Spoglądałem z istnym smutkiem na padające po kolei ciała. W groty, które z impetem wbijały się w ich czaszki i torsy, uprzednio błyszcząc w świetle księżyca, odbijając każdy możliwy strumień srebrnego blasku. Dźwięk przebijanej skóry, czaszki, organów był obrzydliwy, podobnie jak głuche krzyki, które wydzierały się z ciał ostatkami sił. Zmarszczyłem brwi. Już dawno nie przyszło mi oglądać morderstw na ludziach, a te w wykonaniu Aysala zawsze były harmonijne, wręcz perfekcyjne. Mimo to, odrzucały mnie. Tak okrutnie mnie odrzucały, że dawniej nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy. Te chłodne, bezlitosne oczy zabójcy. Momentami bałem się, że zrobi o krok za daleko, że kolejną ofiarą będę ja, mimo, że nigdy to się nie zdarzyło. Westchnąłem cicho, widząc i słysząc powstające z ich ciał duchy. Łkające, wrzeszczące głośno, rozrywające bębenki uszu. Ściągnąłem brwi, próbując odpędzić je od siebie. Nie chciałem mieć do czynienia z kolejnymi czterema, już i tak zbyt wiele uczepiło się mojej dupy. Obserwowałem zmarnowane dusze, które nie wiedziały co tak właściwie się dzieje. Nie wierzono w życie po śmierci, sam nie wiem czemu. Moccobi były przecież doskonałym przykładem tego, że oów bycie po egzystencji jednak istniało. Podniosłem wzrok z ciał. Jeszcze ciepła, ba, wręcz gorąca krew wypływała z czoła, z nosa, ust, piersi. Wylatywała z rytm pulsu, który z czasem słabł, by ostatecznie całkowicie zaniknąć, wraz z ich żywotem. Czasem, gdy nie chciałem wiedzieć, że to krew, wpajałem sobie, że przychodzi mi obserwować wytrawne, czerwone wino. Wolałem wyobrażać sobie, że Aysal spożywa je, jak każdy szlachcic... że nie żywi się gorącą jeszcze juchą... Robił to dla pożywienia, doskonale o tym wiedziałem, mimo wszystko trudno było mi to zaakceptować. Cóż z tego, że sam zjadałem mięso. Picie osocza było... było po prostu bestialskie, nie ważne jak bardzo mówiłem sobie, że to normalne, bo przecież jest wampirem. Inną rasą. Innym bytem mającym własne potrzeby. Ja spijam herbatę, zabijając zioła, on farbę, zabijając ludzi.
Rozjuszone, szczęśliwe ze swojego czynu oczy zawisły na mojej osobie. Ponownie westchnąłem, odpowiadając zawiedzionym spojrzeniem. Nie był pełen obrzydzenia jak za pierwszym razem, gdy przyszło mi to zobaczyć. Był spokojny, pełen akceptacji dla jego inności. Mimo to usta powiedziały co innego. Coś, czego potem bardzo, ale to bardzo żałowałem, bo ostatecznie mnie zdradziło. Zdradziło fakt, że ja, to ja, istota, z którą przyszło mu się spotykać te kilkadziesiąt lat temu. Czułem rosnącą gulę w gardle, powiększającą się z każdą sekundą. Jego mina rzedła, z pełnej pewności siebie przechodziła do niemałego przerażenia i zdziwienia, co z kolei wryło mnie w glebę. Nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś obserwować jego reakcję na taką sytuację. Że kiedykolwiek jeszcze będę go w ogóle obserwować. Nawet przy tym przeklętym polowaniu, którego szczerze nienawidziłem. Nie spodziewałem się nawet tego, że go spotkam, no chyba, że w marzeniach sennych, w których z kolei jego portret zaczynał mi się zacierać. Jakbym nie widział go od stuleci. Tymczasem, proszę bardzo. Stoi teraz kilka metrów ode mnie, powoli rozumiejąc co się dzieje, jak się dzieje, z kim się dzieje. Wrócił do rzeczywistości. Jego oczy zabłyszczały, jakby ze strachu, po czym jego głowa opadła bezwładnie, by wbić spojrzenie w glebę. Glebę pokrytą trawą i krwią.
- Sivik... - Wyszeptał. Jego głos drżał, wróć, nie tyle co drżał, a wręcz się załamywał. Wstrząs przepłynął przez jego ciało. Nie lubiłem, gdy wpadał w ten stan. Gdy tracił pewność siebie i zdawał się być tak okrutnie zagubiony, we właściwie wszystkim. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Przecież gdybym wiedział, że to Ty... - Widziałem jak zaciska mocniej dłoń na łuku. Jak ciężko oddycha. jak trudno mu uwierzyć w to, co właśnie się dzieje. Jakie scenariusze odgrywały się w jego głowie? O czym wtedy myślał? Czy przemknęła mu świadomość, że prawie mnie zamordował dla zaspokojenia głodu? A może zaczął wspominać nasze wspólne przeżycia? Chwile pełne szczęścia, jak i te dramatyczne, przyzywające moje gorzkie łzy. Może wcale się nie zastanawiał, po prostu patrzył się to na mnie, to na glebę, doczekując się odpowiedzi, której koniec końców nie otrzymał. Nie byłem w stanie się wysłowić, wymyślić czegokolwiek, co by go w tej chwili zadowoliło. Byłem beznadziejny w tej kwestii. Tak mało oryginalny, tak mało impulsywny, kreatywny.
- Jedz spokojnie, idę się przejść. - mruknąłem tylko i odwróciłem się do niego plecami. Sapnął, a może raczej warknął. Nienawidził, gdy uciekałem.
Ale ja nie umiałem inaczej.
- Nie mów mi, że teraz mnie tak zostawisz. - wrzasnął za nim. Czuł jak wściekły był, jak kipiał, jak miał serdecznie dosyć zachowania młodszego. Wiedział, że białowłosy miał ochotę go w tym momencie ukatrupić, zabić, wyssać do ostatniej kropli, następnie wskrzesić i znowu zabić. Nie wiedział, czy jest to możliwe, ale pewien był, że tego właśnie chce. Rozszarpać go na drobne kawałeczki bo zostawił go w tej niekomfortowej sytuacji, która pozostawiała wiele do życzenia. Można wręcz powiedzieć, że wyrzucił go na bardzo cienki lód i opuścił bez słowa. Chciał jakoś go przeprosić, zareagować, wytłumaczyć, lecz strach kłębił mu się w żyłach i nie wytrzeźwiał jeszcze z adrenaliny, która odbierała możliwość racjonalnego myślenia. Po prostu odszedł bez słowa, zaciskając palce na swoich przeciwnych ramionach. Sam nie wiedział co się stało i dlaczego tak się stało. Stchórzył jak najgorsza fretka. Uciekł z podkulonym ogonem. Wyszedł z uroczej, leśnej chatki, która była jedynym przytulnym i ciepłym miejscem pośród srogiej, cholernie chłodnej zimy. Była ostoją pośród śnieżnych zasp i burz, które szalały, huczały, bębniły w drewniane ściany i słabe okiennice. Ich "wczasy" na okres mrozu wydawały się do tego momentu, gdzie ich romantyczna atmosfera skończyła się fiaskiem. Robili to już kilka razy, na polach, w mieszkaniach, czy nawet jeziorze, ale teraz coś nieubłaganie odciągało go od miłosnego aktu. Jakieś omeny, duchy wrzeszczące o zaprzestanie karygodnych czynów. Ich głosy ciągle brzmiały w jego głowie. Brzęczały i skrzypiały, jakby nienaoliwione zawiasy.
Nawet nie zwrócił uwagę na zimno i fakt, że stał właśnie w zaspie, będąc ubrany jedynie w bieliznę. Jego stopy zatapiały się w białym puchu, śnieżynki uderzały w jego twarz, wpadały do oczu. Wiatr smagał nagą, czystą jeszcze od atramentu, klatkę piersiową, oraz o wiele krótsze niż teraz włosy. Zaciskał kurczowo palce na skórze, sapał gorącym oddechem w mroźne powietrze. Drżał i to cholernie mocno. Para buchała spomiędzy warg, nos napełniał się flegmą.
- Sivik...? Sivik, do kurwy nędzy co Ty robisz?! Wracaj tu, natychmiast! - Usłyszał nagle głos kochanka. Odwrócił się, by zobaczyć go opatulonego w gruby, brunatny koc. Tylko on wyróżniał go z tłumu latających płatków śniegu. Aysal był bowiem biały. Idealnie wpasowywał się w zimowy krajobraz, nawet jego błękitne oczy. Czasem Sivik określał go w głowie mieniem Księcia Lodu, bo cholernie go przypominał. Brakowało tylko diademu z długich sopli, który spocząłby na jego długich, platynowych włosach. Wyglądał pięknie, nawet gdy się martwił i był smutny.
Starszy jednym, silnym ruchem wciągnął Moccobiego do środka, zamknął drzwi i ukrył go pod materiałem, przytulając się przy okazji do zmarzniętej już piersi, która ciężko dychała. Pewnie chciał załkać w jego tors, ale nie mógł. Bolało to obu, świadomość, że Aysal nigdy nie będzie już w stanie robić tych ludzkich rzeczy. Nigdy nie zapłacze, nie zaśnie... Sivik chciał, by mógł zasnąć. Skryłby go wtedy w swoich ramionach i obserwował jego spokojną twarz. Odgarniał białe kosmyki za ucho, całował bez świadomości tego drugiego. Zachwycałby się nim. Oczywiście dalej mógł to robić, ale wydawało mu się to bardzo mało romantyczne i efektowne. Chciał po prostu zobaczyć go w stanie spoczynku, gdzie nic nie zakłóca jego duchowego spokoju. Zamiast tego wydawało się, że to właśnie Sivik śpi i płacze za obu, bo mimo wszystko żałośnie łkać w poduszkę mu się zdarzało. Ba! Potrzebował tego jak nikt inny, wiedział bowiem, jak słaby jest, a dodatkowo nocne zjawy, oraz zmory męczące go za dnia dodatkowo wysysały z niego energię. Tą fizyczną, jak i mentalną.
- Oszalałeś? To było niebezpieczne, idioto... jak mogłeś być aż tak nieodpowiedzialny. - szeptał Aysal i rozpoczął pocieranie dłońmi ramion wyższego. Przenosił dłonie na tors, plecy, czy nawet szyję. Wytwarzał tarcie, a co za tym idzie energię, która dawała ciepło. Chyba tak to działało. Nie mógł ogrzać go własnym organizmem, więc robił to za każdym razem, gdy młodszemu przyszło zmarznąć. Jego obraza i oburzenie odeszły tak szybko, jak się pojawiły, a zastąpiła je troska i chęć opieki nad wyższym, ale czasem zdającym się o wiele delikatniejszym, chłopakiem. Tymczasem w głowie Szamana krążyło tylko jedno słowo. Śnieżynka. Słowo, które tak idealnie oddawało każdy cal jego kochanka. Był chłodny, mały i uroczy. Gdy było go za dużo przynosił utrapienie i często ból, ale jeśli pojawiał się co jakiś czas, był czymś perfekcyjnym, wartym uwagi. Do tego wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, jak każdy płatek śniegu. No i przede wszystkim - wyglądał jak on.
- Mój mały, Lumipallo. - wyszeptał nisko brunet, wpatrując się z czułością w jego oczy. Białowłosy ściągnął brwi i na chwilę zaprzestał wszelkich czynności.
- Co? Zaczynasz bredzić od tego chłodu... - burknął.
- Śnieżynka... Lumipallo, t-to... to Śnieżynka. Jesteś moją drobną Śnieżynką, dobrze? - Uśmiechnął się krzywo. Nigdy nie był romantyczny. Jego beznadziejność w tej kwestii była wręcz oszałamiająca i zapierająca dech w piersiach, bo nigdy nie umiał rzucić jakimś porywającym tekstem. Zamiast tego sklejał niezgrabnie słowa, no i wychodziło... wychodziło nawet uroczo. Wyraz twarzy Wampira za chwilę złagodniał, a on sam uśmiechnął się delikatnie, widząc niezdarnego partnera.
- Dobrze, ale wolałbym, żebyś skrócił to do zwykłego Lumi, zgadzasz się?
- Zgadzam się, Lumi. - wyszeptał z radością i zaciągnął go do mocnego objęcia, z którego długo nie mógł się wyplątać. Gigant był czasem gorszy niż dziecko, do tego silniejszy, co czyniło sprawę jeszcze trudniejszą.
Dalej spokojnie kierowałem się naprzód, mimo krzyków starszego, który z jednej strony chciał za mną iść, z drugiej natomiast nie miał zamiaru zostawiać swojego obiadu samego sobie. Wrzeszczał na mnie, gorzej niż kiedyś, jeszcze bardziej podirytowany moim dziecinnym zachowaniem i kolejną ucieczką. W moim życiu było ich zdecydowanie zbyt wiele, do tego w najbardziej nieodpowiednich momentach. On nie lubił, gdy odchodziłem bez słowa, ja nienawidziłem, gdy krzyczał jak nienormalny, Szczególnie, gdy wrzeszczał na mnie. Mimo tego ile siły w to wkładał, zawsze brzmiał tak bezradnie, jakby nie zostawało mu nic innego, jak rozdarcie gardła i naprężenia strun głosowych. Ostatecznie zamilkł, na co odetchnąłem z ulgą. Został przy posiłku, jednocześnie dając mi spokój i czas na przemyślenie tego wszystkiego. Całej tej beznadziejnej sytuacji, przy której mogłem tylko rozłożyć ręce i czekać na dalszy bieg wydarzeń. Prawdopodobnie obaj czuliśmy się tak samo źle, wolałem więc dać nam obu więcej przestrzeni w tym momencie.
Niesamowite, poznał mnie po jednej kwestii, powiedzianej kiedyś, dawno temu, jednym zdaniu, które uleciało w eter i szybuje gdzieś tam, pomiędzy resztą naszych zapomnianych konwersacji na tematy ważne i ważniejsze, albo te nie mające żadnego znaczenia, jak na przykład kogo ostatnio przyłapano na zdradzie w sadzie. Utknęło to gdzieś w linijce między nocnymi rozmowami o gwiazdach i naszych historiach, kiedy to nie byłem w stanie zasnąć, a kłótnią o to, kiedy się poznaliśmy.
Było już okrutnie ciemno. Jedyną rzeczą, jaka była w stanie naprowadzić mnie z powrotem, był blask ogniska, które tliło się gdzieś za tymi wszystkimi drzewami i chaszczami. Może przez to udało mi się wdepnąć prawie całą stopą w zimną wodę, która wypełniała jezioro, nad którym jakimś cudem właśnie się znalazłem. Mogłem jednak rzec, że szczęście mi sprzyjało, bowiem zamoczyłem tylko stopę, a nie wszystko, łącznie z twarzą, jak to wielokrotnie mi się zdarzało. Zbyt często chodziłem z głową w chmurach i widać jak to się kończyło.
Kiedyś, kiedy byłem jeszcze odważniejszy, młodszy i co najważniejsze - przystojniejszy, zdarzało mi się w takie noce jak ta, pływać nago w jeziorze, takim jak to. Obawiam się jednak, że nie byłbym w stanie tego zrobić tego wieczora, czy kiedykolwiek później. Straciłem tę pewność siebie, która pozwalała mi na rzucenie się w morską toń podczas sztormu. Teraz byłem w stanie tylko przykucnąć na brzegu i obserwować pełnię księżyca, odbijającą się w falującej powierzchni. Srebrny spodek zawsze był niezwykle uspokajającą rzeczą. Magicznie wpływał na naszą psychikę, przyciągał przypływy, ale jednocześnie odbierał nam możliwość spokojnego spania. Nie wiem czemu, sprawiał, że było jaśniej? Czy może na serio posiadał jakieś mityczne i mistyczne zdolności. Przybywało też wtedy dusz, może był to znak, że mamy nad nimi czuwać, a nie spać jak ten ostatni leń? Oddać im cześć, bądź coś w ten deseń.
Westchnąłem cicho. Noc była cicha i ciepła. Niezwykle przyjemna, nie licząc zapachu krwi, który jeszcze nie uleciał z moich nozdrzy. Nienawidziłem go i to szczerze. Wzbudzał u mnie odruch wymiotny, obrzydzał. Błagałem, by odór w końcu wywietrzał. Była to jedna z większych wad Aysala, bowiem potem śmierdział tą cieczą przez dobre kilka godzin, jednakże nigdy mu tego nie wytykałem i nawet wytrzymywałem jego pocałunki, którymi momentami obdarowywał mnie na tyle często, że miałem ochotę zrzygać się na jego buty. Dosłownie. Teraz starałem się skupić na liliach wodnych, wysokich trzcinach wokół zbiornika i wodzie. Wszystko to składało się w spójną, harmonijną mieszankę zapachów, będącą w stanie chociaż na chwilę wybić mi z głowy charakterystyczną woń świeżej juchy. Oczyszczona atmosfera uwolniła zszargany nerwami umysł, a oddalone huczenie sowy i strzykanie palonego drwa wprowadziły luz, którego tak bardzo teraz potrzebowałem. Zagarnąłem źdźbła trawy między palce, przeciągnąłem nimi. Czułem jak przecinają mi skórę, ale nie było to uciążliwe. W porównaniu do kłów Wampira w szyi, była to rzecz nad wyraz przyjemna i spokojna. Pod opuszki natknął mi się otoczak. Płaski, gładki. Perfekcyjny do puszczania kaczek. Zajęcia, które w swoim czasie było moją ulubioną czynnością. Umiałem godzinami siedzieć nad wodą szukając odpowiednich kamieni, by po chwili cisnąć nimi w powierzchnię i liczyć ile razy tym razem się odbiły. Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy dobiłem siódemki i jak bardzo przeklinałem się w myślach, gdy kamień od razu tonął, pozostawiając tylko rozchodzące się pierścienie. Było to swego rodzaju upokorzenie, nie mogę zaprzeczyć. Wyprostowałem się, naprężyłem i rzuciłem skałą. Piękne trzy, gładkie odbicia. Jaka była moja radość, gdy mimo upływu lat, znalazłem w tym zajęciu tę samą zabawę, co kiedyś. Czułem się, jakbym cofnął się w czasie do tych jakże szczęśliwych nocy, które spędzałem z podchmieloną grupką znajomych. Duża część z nich ma już swoje lata, bo powiedzmy sobie szczerze - lubowałem się w towarzystwie zwykłych ludzi. Co prawda można było z nimi spędzić o wiele mniej chwil, ale byli dogodnym towarzystwem, przy którym dobrze się bawiłem. Prawie tak dobrze, jak przy przebojowych Krasnoludach, które gotowe są podbić świat, oczywiście po spożyciu kilkuprocentowego napoju w ilościach przerażających.
- I on wtedy do mnie takie "Kurwa stary co Ry tak właściwie odpierdalasz", a ja taki nabity w trupa odpowiadam mu... nie pamiętam co... hk... ale wiem, że było dobre. - Nolias wybuchnął gromkim śmiechem, podobnie po chwili poczyniła cała kompania. Głośny ryk w środku lasu przerywany czknięciami i beknięciami. W tym co mówili nie było tak właściwie nic śmiesznego, mimo to wszyscy rżeli jak dorodne ogiery. Byli już w stanie, który niektórymi pomiatał po parkiecie. Nie pamiętali ile bimbru, wina i piwska już wychlali, wiedzieli jedynie, że zabawa była przednia, a dzień następny pełen będzie wymiocin, bólu głowy i gorzkiego płaczu przerywanymi słowami "Czym się strułeś, tym się lecz". Jednak tym się nie przejmowali, jak to się mówi, żyj chwilą, a ta chwila była bardzo przyjemna i pragnęli, by trwała w nieskończoność. Śmiejący się wniebogłosy Sivik opadł w ramiona siedzącego obok Zevrana, czyli Elfa, będącego jednocześnie dobrym przyjacielem Moccobiego i prawdopodobnie jedynym wyjątkiem od reguły "Elfy są złe". Stwierdził, że lubi zapach rudowłosego, od którego zazwyczaj biła woń cynamonu. Przypominał mu zimowe wieczory, które spędzał w ciepłym domu.
Cóż, tego wieczoru wszyscy bawili się przednio, nie licząc Aysala, który siedział na pobliskim drzewie i oglądał wszystko z pewnej odległości. Zachowanie Sivika nieszczególnie mu się spodobało. Komu podobałby się widok swojego partnera, który przywala się do swojego przyjaciela? No właśnie.
Dlatego nikt się nie dziwił, gdy dnia następnego nawrzeszczał na wyższego od siebie chłopaka i strzelił mu porządnego liścia. Za nieodpowiedzialność i za swego rodzaju zdradę. Po prostu buchał zazdrością. Odszedł od Sivika, a towarzyszyły mu przy tym gromkie śmiechy i oklaski dziabniętych jeszcze towarzyszy.
Był to początek końca.
Kolejny pocisk w formie kamienia odbił się od powierzchni, pozostawiając po sobie tylko plusk i rozchodzące się okręgi. Robiłem to od dobrych kilku minut, czując się jakby wszystkie smutki nagle zniknęły, podobnie jak zmartwienia. Kto by pomyślał, że w zwykłych kaczkach można odnaleźć taką frajdę i spokój ducha. Prawdopodobnie nikt. Nagle w wodę poleciały dwa kamienie, mimo, że wyrzuciłem tylko jeden. Spojrzałem w bok, by dostrzec Aysala. Wpatrywał się w taflę, a jego oczy jak zawsze świeciły czystym znudzeniem.
- Nie rozumiem co takiego w tym widzisz. - powiedział nagle, odwracając się przy tym do mnie. Wzruszyłem ramionami, by po chwili podeprzeć biodra dłońmi. Białowłosy dokładnie obserwował moją twarz. Jego ślepia mieniły się błękitem w trakcie nocy, co upodabniało go bardziej do Wilkołaka. Do tego wspaniale widział, więc mógł spokojnie mnie oglądać, gdy ja zazwyczaj widziałem jedynie czarne gówno. Tym razem jednak noc była jasna i mogłem napawać wzrok, tym pięknym widokiem. Po chwili jednak na nowo spojrzał na jezioro, pozostawiając mi do dyspozycji jedynie jego profil, na co bąknąłem pod nosem. Czułem od niego bijący niepokój i smutek. Razem z nim przybył również zapach wanilii pomieszanej z juchą, którego dopiero co się wyzbyłem. Tak właściwie nie miało to już większego znaczenia, ważne było tylko to, że stał teraz obok mnie, tak samo jak te dzieści lat temu. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? Skrzywdziłem Cię, prawie za...
- Przestań, proszę. - przerwałem mu, gdy już miał wypowiedzieć to słowo. Nie chciałem go słyszeć. - Nic nie mówiłem, bo... uznałem, że tak będzie lepiej, no i stchórzyłem, jeśli mam być szczery. - kolejny raz użyłem mojego ulubionego ostatnimi czasy stwierdzenia. Strzeliłem palcami, by po chwili wraz z nim wbić wzrok w spokojną taflę jeziora. Uśmiechałem się delikatnie, aczkolwiek smutno, sam nie wiem czemu. Powinienem być raczej radosny, że mam go znowu przy sobie, że znowu widzę jego twarz. - No i niestety strzeliłem gafę... miałem nadzieję...
- Że tak po prostu się rozejdziemy i znowu zapomnimy...? - Na te słowa skinąłem głową.
- Przepraszam... - mruknąłem, sam nie będąc pewien, czy to dobrze dobrane zdanie do sytuacji.
< I'M DUN >
środa, 19 lipca 2017
Od Aysala do Sivika
Ciepło płynące od rozpalonego ogniska nieprzyjemnie paliło moje plecy. Starłem wierzchem dłoni resztki czerwonej cieczy z ust, starając się za wszelką cenę nie rzucić na towarzysza. Tak naprawdę, to nawet mi się nie chciało. Ból, uczucie palenia w żołądku, który najwyraźniej nie miał zamiaru odejść zbyt bardzo mnie rozkojarzył. Do tego stopnia, że po zwróceniu tego całego gówna nie potrafiłem się na niczym skupić. Nawet cichy syk ze strony chłopaka wydawał mi się rzeczą tak odległą, że w życiu bym nie powiedział, iż siedzi on obok mnie. Po prostu jakoś się tak wyłączyłem, przestałem kontaktować, mimo tego że wiedziałem co się dzieję.
Przymknąłem lekko powieki, wpatrując się w krzaki naprzeciw siebie, które co jakiś czas kołysały się przez wiatr. Wtedy też kilka przekleństw doleciało do moich uszu, więc obróciłem lekko głowę za siebie, dostrzegając tylko cieknący od krwi nadgarstek. Westchnąłem cicho, mając wyjątkowo dzień dobroci dla innych i oderwałem kawałek i tak poszarpanej peleryny. Podparłem się ręką o ziemię i rzuciłem mu materiał, nie chcąc ani trochę zbliżać się do tego palącego się drewna. Za gorąco, fe.
Ten spojrzał na mnie zdziwiony, prawdopodobnie nie spodziewając się takiego obrotu wydarzeń.
- Nie wiem z jakiego powodu mi pomogłeś, dlaczego dałeś mi się pogryźć, ale mimo wszystko dziękuję. - mruknąłem, odwracając od niego wzrok i siadając prosto. Coś po prostu tutaj cholernie mi nie pasowało. Kto o zdrowych zmysłach zaryzykowałby własnym życiem, żeby ocalić kogoś, kto tylko na to zasłużył. Przecież to głupie. Jednak wiedział co zrobić, jakimś sposobem miał pojęcie, że go nie zaatakuję. Owszem, może i polowałem na niego wcześniej, ale czy nie lepiej czasami być dobrym dla innego człowieka i mu po prostu darować? W końcu uratował mi życie, nie ważne jak to wszystko obrzydliwe musiało być.
Stukot kopyt uderzających o utwardzoną ziemię, od dawna rozbrzmiewał mu w uszach. Wcześniej niesamowicie go to drażniło, ale za pomocą silnych ramion oplatających go z tyłu, kompletnie się wyłączył.
Sam nie wiedział gdzie tak właściwie jechali. Po prostu udało im się niepostrzeżenie zgarnąć jakiegoś konia i na jego grzbiecie wędrować nie wiadomo gdzie.
- Długo jeszcze? - białowłosy zapytał ciapkowatego ogiera, jakby liczył na to, że mu odpowie. Poklepał go więc tylko po szyi i odwrócił głowę w stronę swojego chłopaka, który w ciszy rozglądał się dookoła. Wykorzystując moment jego nieuwagi, wygiął się do tyłu i złączył ich usta w lekkim pocałunku. Brunet, gdy skupił się już na mniejszym, a ten nagle się odsunął, złapał jego twarz pomiędzy długie palce i znów przyciągnął do siebie. Obaj napawali się obecnością ust jednego na tych drugiego, w delikatnym złączeniu ust, które dla nich znaczyło więcej niż wiele.
Przyglądałem się mu w ciszy, patrząc jak nieumiejętnie obwiązuje nadgarstek czarnym materiałem. Miałem ochotę zlizać dalej cieknącą z rany krew, bo nie lubiłem marnować tego, z czego dalej mogłem skorzystać, ale mogło się to skończyć zbyt tragicznie, gdyż nie do końca potrafiłem panować jeszcze nad swoim instynktem. Do tego, miałem mu dać święty spokój.
Położyłem się po raz kolejny, skupiając swoje spojrzenie na granatowej kopule, spowitej świecącymi lekko gwiazdami. Gdzieniegdzie spod koron drzew można było dostrzec kawałki księżyca, który sam, na swój własny sposób oświetlał niektóre fragmenty ziemi. Westchnąłem pod nosem, nie przejmując się zbytnio panującą ciszą, przerywaną tylko skrzeczeniem ognia i tupotem kopyt konia, który od pewnego czasu grzecznie stał przy jednym z drzew. Jednak te dwa odgłosy, właściwie same w pewnym momencie zaniknęły w ciszy.
- Braciszku, ale opowiedz nam jakąś bajkę. - jęknęła dziewczynka, po raz kolejny ciągnąc swojego najstarszego brata za mały palec u lewej dłoni. Ich różnica wieku, była tak przerażająco duża, że białowłosy czasami miał jej dosyć. Czterolatka uwielbiała się z nim bawić i słuchać jego opowieści, które wyniósł z miasta, kiedy on najzwyczajniej w świecie był już na to za stary. Będąc dwudziesto-trzy latkiem jego ojciec zawalał go coraz większą dozą nauki, prawiąc mu ciche kazania, na temat tego, że obowiązkiem przyszłego króla jest wysokie wykształcenie.
Westchnął po raz kolejny na prośbę swojej siostry i po kolejnych błaganiach w końcu jej uległ. Zamknął grubą księgę, opowiadającą o dziejach Deste i powędrował z dziewczynką do jej pokoju.
- Ale tylko jedna, Asce. Po niej masz iść spać. Dzisiaj i tak wystarczająco przeholowałaś. - mruknął pod nosem, gdy zastanawiał się, co ciekawego działo się w mieście od ostatniego razu.
Blondynka skinęła radośnie głową, wlepiając swoje niebieskie oczy w brata i wskoczyła na swoje łóżko od razu przykrywając się pierzastą kołdrą.
- A Erneff? - zapytała w pewnym momencie, myśląc, że drugi brat dołączy do słuchania dziejów ich mieszkańców.
- Erneff wyrósł już z tych bajek, moja droga. - odpowiedział z czułym uśmiechem, widząc jak ta robi minę zbitego psa.
Ponaglił ją, żeby ułożyła się wygodnie w łóżku i wkrótce po tym rozpoczął swoją opowieść. Właściwie to mówił tylko, jak to pani Makfeyer w końcu uspokoiła się po stracie męża w wielkim pobojowisku, jakie jeszcze nie tak dawno rozpętał ich król, ale również to, jak Robbie, z ich sąsiedztwa, w końcu ustatkował się z dziewczyną, której bał się wyznać swoje uczucia od ośmiu ostatnich lat. Była też opowieść o przyjaciółce Aysala - Rosie, która urodziła dwóch przeuroczych chłopców, gdy ostatni raz ją widział.
Jak się spodziewał, jego siostra zasnęła przed końcem zdawania relacji z życia ich poddanych, dlatego drepcząc na palcach zgasił małą lampkę, która stała na stoliku obok łóżka i wyszedł z pokoju, nie domykając drzwi do końca. Nie spodziewał się jednak widoku własnego ojca, gdy tylko wejdzie do swojej własnej komnaty. Stanął więc jak wryty, na środku pokoju, patrząc przerażony, jak ten przegląda jego notatki.
- Powinieneś już zapomnieć o tej bandzie biedaków, którą przystało nam władać. - powiedział oschłym tonem, gdy tylko wyczuł, że jego syn wpatruje się w niego bezradnie. - Mam powtórzyć akcję sprzed tygodnia? - uniósł jedną brew.
Białowłosy, próbując zachować względny spokój przeszedł przez resztę pokoju i usiadł na swoim łożu, spuszczając wzrok na wypastowaną podłogę.
- Nie, ojcze. Zrozumiałem. - odpowiedział, próbując odpuścić wszczynanie kolejnych awantur.
- Nie powinieneś także zatruwać umysłów swojego rodzeństwa opowieściami stamtąd. - dodał.
Król uniósł się z krzesła przy biurku i nie mówiąc już nic, prócz "Śpij dobrze" po prostu wyszedł. Aysal z jękiem padł na łóżko, mając już dość tego wszystkiego, zważywszy na to, że tego było już za wiele. Ocierając łzy bezradności z policzków, podniósł się gwałtownie i ruszył powoli do drzwi. Rozglądnął się po korytarzu, czy aby na pewno nikogo nie ma, zgarnął swój płaszcz z kapturem i ruszył w stronę wyjścia. Nie widział w tym wszystkim innego rozwiązania, jak poradzenia sobie w ten sposób. Ruszy w las i znajdzie lepsze życie.
Tym właśnie sposobem, przy uniknięciu kilkunastu strażników stał właśnie przed ogromnym lasem, który wydawało się, że wręcz wołał go, by postawił stopę na jego terenie. Pomimo sporego wahania, w końcu przekroczył linię niewielkich drzew, wkraczając do ogromnej, leśnej krainy. Tego co ona skrywała, nie można było w stanie dostrzec od razu, dopiero jak wkroczyło się głębiej, Twoje spojrzenie automatycznie biegło do kolorowych, świecących w ciemności kwiatów, biegających radośnie zwierząt przy rzece, która jak się okazało też tutaj płynęła i świeciła dziwnym, fioletowym blaskiem. Rozejrzał się dookoła z otwartymi ustami, nie dowierzając co tutaj zobaczył, wyłączając się kompletnie na świat zewnętrzny.
Przeszywający ból w ramieniu. Chciał krzyknąć. Głośno. Jednak na jego ustach wylądowała ubrudzona krwią dłoń, skutecznie uniemożliwiająca jakikolwiek ruch warg. Przeniósł przerażone spojrzenie w bok, patrząc na swoje ramie, na którym znajdował się wyraźny znak zębów. Z każdą sekundą ból nasilał się coraz bardziej, jego ciało paliło, jakby ktoś specjalnie wzniecił ogień gdzieś w środku niego. Był tym tak pochłonięty, że nie zwrócił nawet uwagi na mężczyznę, który sprawił mu to całe cierpienie. Cierpienie, które będzie musiał znosić przez całe swoje niekończące się życie.
Dziwne światło, jakby z pochodni mignęło mi w krzakach od strony z której wcześniej przyjechaliśmy. Zerwałem się do równego siadu, nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu, którego nie słyszałem do tej pory. Coś zwyczajnie mi tu nie pasowało.
- Coś się stało? - mruknął mój towarzysz zmęczonym głosem, przenosząc wzrok na punkt, w który się wpatrywałem.
- Siedź cicho. - warknąłem na niego szeptem i wstałem na chwiejnych nogach.
Wtem do moich uszu doleciało szczeknięcie psa i odgłos biegnących w naszą stronę nóg. Przekląłem pod nosem, chcąc sięgnąć po swój łuk, nim zorientowałem się, że jego najzwyczajniej w świecie go nie ma. Brunet jakby wiedząc o czym myślę przełknął ślinę i wbił we mnie spojrzenie.
- Będziesz po niego wracał, a teraz schowaj się gdzieś. - burknąłem. Zerknąłem na konia, przywiązanego do drzewa, szukając na nim jakiejkolwiek broni, którą mógłbym w tym momencie użyć. Jednak nic takiego nie było. Wdrapałem się więc na pierwsze lepsze drzewo, wypatrując wyższego z wysokości, tym samym czekając aż grupka upartych ludzi do nas dotrze. Nie trwało to długo, zważywszy na to, że pies idealnie wytropił zapach któregoś z nas i idealnie potrafił wskazać drogę którą jechaliśmy. Niedługo po tym, czteroosobowa grupa mężczyzn stała przy nadal rozpalonym ognisku, rozglądając się dookoła. Wtedy spostrzegłem swoje kochane dziecko w rękach jednego z nich i kołczan strzał u drugiego. Warknąłem pod nosem po raz kolejny. Teraz jeszcze trzeba coś zrobić, żeby to odzyskać, a później wszystkich powybijać.
Przeskoczyłem po kilku gałęziach, w końcu znajdując się obok wyższego chłopaka, zaraz po bezszelestnym zeskoczeniu na ziemię.
- Masz jakiś sposób na odebranie im tego walonego łuku i wystrzelania, żeby badziewie nie robiło więcej problemów? - zapytałem sarkastycznie, wychylając się zza drzewa, sprawdzając czy najbliższe dwa metry wokół na sto procent są czyste.
Pokręcenie głową z jego strony.
Ugh, dobra, sam spróbuję coś wykombinować.
Wtem jak na zawołanie grupka rozdzieliła się na cztery strony i każdy z mężczyzn ruszył w zupełnie inną. Ten trzymający już teraz i łuk i strzały był najbliżej nas.
- Pomożesz mi i zaciągniesz trupy do ogniska, tym samym ocalisz siebie od nadstawiania mi nadgarstka po raz kolejny. - mruknąłem i poprawiłem kaptur na głowie. Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem powoli przed siebie tak, by nie wydawać żadnego dźwięku. Wiedziałem dobrze, że przez dłuższy czas nadal będę osłabiony przez ten cały wywar, ale w tym momencie wolałem nie ryzykować życiem naszej dwójki. Właściwie to tylko Moccobiego, za bezmyślne pomaganie mi.
Skradanie się pomiędzy drzewami nie bardzo mi odpowiadało, ale zwyczajnie nie miałem siły na włażenie po drzewach. Tak też przecież mogłem ich pozaskakiwać. W pewnym momencie miałem już dosyć stania prosto, ale dzięki mojemu dziennemu szczęściu znalazłem się obok rudego mężczyzny, który stał do mnie tyłem.
Jeden skok, nieumiejętne wbicie zębów w kark i wysączenie krwi w akompaniamencie głośnego krzyku. No cóż, teraz mam chociaż broń i jak się zlecą, to łatwiej będzie powybijać.
Kolejny odgłos biegu. Trzy osoby. Głuche krzyki.
Leniwie nachyliłem się nad ludzkim skwarkiem, wyrwałem mu z dłoni łuk i zdjąłem kołczan z pleców, zawieszając go sobie.
Wyjęcie strzały. Ustawienie jej na cięciwie. Swobodne puszczenie, gdy przed moimi oczami pojawiło się pierwsze ciało. Prosto pomiędzy oczy. Dwójka pozostałych mężczyzn zatrzymała się gwałtownie obok kolejnego martwego ciała i spojrzała na nie z przerażeniem. Uśmiechnąłem się na ten swój własny sposób i podszedłem do nich bliżej.
- Na co wam to wszystko było? Tak czy siak skończycie jak ta dwójka. - ciche mruknięcie z mojej strony. Kolejna strzała, tym razem w bok czaszki. Jak tak dalej pójdzie, to to targanie ciał wcale nie będzie potrzebne.
Ostatni żywy zacisnął mocno wargę, patrząc na mnie gniewnie, gdy wyciągałem jeszcze jedną strzałę. Widać było, że już się poddał.
Strzał w serce.
Opuściłem ręce wzdłuż ciała, zerkając za siebie na stojącego przy pierwszym ciele bruneta.
- Musiałeś to zrobić? - tym razem to on warknął sarkastycznie.
Odgłos upadającego ciała, tuż pod jego nogami, krew powoli rozlewała się po wcześniej zielonej trawie. Przełknął ślinę usatysfakcjonowany i spojrzał z radością na zdegustowanego chłopaka, opierającego się o drzewo.
Nie powinien go zabierać ze sobą, przecież oczywistym było, że jeśli od razu nie ucieknie, to będzie patrzył na niego w zupełnie innym świetle. To chyba bolało w tym momencie najbardziej. Chciał mu pokazać co tak naprawdę w życiu robi, a tym samym jest możliwość, że zraził go do swojej osoby. Zagryzł więc wargę i podszedł do chłopaka powoli.
- Sivik, ja... Jeżeli w jakikolwiek sposób Cię to odrzuca... - zaczął, nie mogąc spleść żadnego sensownego zdania.
- Musiałeś to zrobić? - zapytał tylko niebieskooki, wlepiając w niższego swoje spojrzenie.
Przełknął ślinę, kiedy wszystko tak nagle do mnie przyszło. Przecież to nie mógł być on, prawda? Obiecałem mu przecież, że nigdy go nie skrzywdzę, a tymczasem byłem w stanie na niego polować, prawie, by go zabijając, gdyby nie te jego duchy. Spuściłem rozbiegane spojrzenie na ziemię, nie potrafiąc w żaden sposób poskładać myśli.
- Sivik. - mruknąłem pod nosem drżącym głosem. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Przecież gdybym wiedział, że to Ty...
< Koniec anonimowości Ha Ha! >
Przymknąłem lekko powieki, wpatrując się w krzaki naprzeciw siebie, które co jakiś czas kołysały się przez wiatr. Wtedy też kilka przekleństw doleciało do moich uszu, więc obróciłem lekko głowę za siebie, dostrzegając tylko cieknący od krwi nadgarstek. Westchnąłem cicho, mając wyjątkowo dzień dobroci dla innych i oderwałem kawałek i tak poszarpanej peleryny. Podparłem się ręką o ziemię i rzuciłem mu materiał, nie chcąc ani trochę zbliżać się do tego palącego się drewna. Za gorąco, fe.
Ten spojrzał na mnie zdziwiony, prawdopodobnie nie spodziewając się takiego obrotu wydarzeń.
- Nie wiem z jakiego powodu mi pomogłeś, dlaczego dałeś mi się pogryźć, ale mimo wszystko dziękuję. - mruknąłem, odwracając od niego wzrok i siadając prosto. Coś po prostu tutaj cholernie mi nie pasowało. Kto o zdrowych zmysłach zaryzykowałby własnym życiem, żeby ocalić kogoś, kto tylko na to zasłużył. Przecież to głupie. Jednak wiedział co zrobić, jakimś sposobem miał pojęcie, że go nie zaatakuję. Owszem, może i polowałem na niego wcześniej, ale czy nie lepiej czasami być dobrym dla innego człowieka i mu po prostu darować? W końcu uratował mi życie, nie ważne jak to wszystko obrzydliwe musiało być.
Stukot kopyt uderzających o utwardzoną ziemię, od dawna rozbrzmiewał mu w uszach. Wcześniej niesamowicie go to drażniło, ale za pomocą silnych ramion oplatających go z tyłu, kompletnie się wyłączył.
Sam nie wiedział gdzie tak właściwie jechali. Po prostu udało im się niepostrzeżenie zgarnąć jakiegoś konia i na jego grzbiecie wędrować nie wiadomo gdzie.
- Długo jeszcze? - białowłosy zapytał ciapkowatego ogiera, jakby liczył na to, że mu odpowie. Poklepał go więc tylko po szyi i odwrócił głowę w stronę swojego chłopaka, który w ciszy rozglądał się dookoła. Wykorzystując moment jego nieuwagi, wygiął się do tyłu i złączył ich usta w lekkim pocałunku. Brunet, gdy skupił się już na mniejszym, a ten nagle się odsunął, złapał jego twarz pomiędzy długie palce i znów przyciągnął do siebie. Obaj napawali się obecnością ust jednego na tych drugiego, w delikatnym złączeniu ust, które dla nich znaczyło więcej niż wiele.
Przyglądałem się mu w ciszy, patrząc jak nieumiejętnie obwiązuje nadgarstek czarnym materiałem. Miałem ochotę zlizać dalej cieknącą z rany krew, bo nie lubiłem marnować tego, z czego dalej mogłem skorzystać, ale mogło się to skończyć zbyt tragicznie, gdyż nie do końca potrafiłem panować jeszcze nad swoim instynktem. Do tego, miałem mu dać święty spokój.
Położyłem się po raz kolejny, skupiając swoje spojrzenie na granatowej kopule, spowitej świecącymi lekko gwiazdami. Gdzieniegdzie spod koron drzew można było dostrzec kawałki księżyca, który sam, na swój własny sposób oświetlał niektóre fragmenty ziemi. Westchnąłem pod nosem, nie przejmując się zbytnio panującą ciszą, przerywaną tylko skrzeczeniem ognia i tupotem kopyt konia, który od pewnego czasu grzecznie stał przy jednym z drzew. Jednak te dwa odgłosy, właściwie same w pewnym momencie zaniknęły w ciszy.
- Braciszku, ale opowiedz nam jakąś bajkę. - jęknęła dziewczynka, po raz kolejny ciągnąc swojego najstarszego brata za mały palec u lewej dłoni. Ich różnica wieku, była tak przerażająco duża, że białowłosy czasami miał jej dosyć. Czterolatka uwielbiała się z nim bawić i słuchać jego opowieści, które wyniósł z miasta, kiedy on najzwyczajniej w świecie był już na to za stary. Będąc dwudziesto-trzy latkiem jego ojciec zawalał go coraz większą dozą nauki, prawiąc mu ciche kazania, na temat tego, że obowiązkiem przyszłego króla jest wysokie wykształcenie.
Westchnął po raz kolejny na prośbę swojej siostry i po kolejnych błaganiach w końcu jej uległ. Zamknął grubą księgę, opowiadającą o dziejach Deste i powędrował z dziewczynką do jej pokoju.
- Ale tylko jedna, Asce. Po niej masz iść spać. Dzisiaj i tak wystarczająco przeholowałaś. - mruknął pod nosem, gdy zastanawiał się, co ciekawego działo się w mieście od ostatniego razu.
Blondynka skinęła radośnie głową, wlepiając swoje niebieskie oczy w brata i wskoczyła na swoje łóżko od razu przykrywając się pierzastą kołdrą.
- A Erneff? - zapytała w pewnym momencie, myśląc, że drugi brat dołączy do słuchania dziejów ich mieszkańców.
- Erneff wyrósł już z tych bajek, moja droga. - odpowiedział z czułym uśmiechem, widząc jak ta robi minę zbitego psa.
Ponaglił ją, żeby ułożyła się wygodnie w łóżku i wkrótce po tym rozpoczął swoją opowieść. Właściwie to mówił tylko, jak to pani Makfeyer w końcu uspokoiła się po stracie męża w wielkim pobojowisku, jakie jeszcze nie tak dawno rozpętał ich król, ale również to, jak Robbie, z ich sąsiedztwa, w końcu ustatkował się z dziewczyną, której bał się wyznać swoje uczucia od ośmiu ostatnich lat. Była też opowieść o przyjaciółce Aysala - Rosie, która urodziła dwóch przeuroczych chłopców, gdy ostatni raz ją widział.
Jak się spodziewał, jego siostra zasnęła przed końcem zdawania relacji z życia ich poddanych, dlatego drepcząc na palcach zgasił małą lampkę, która stała na stoliku obok łóżka i wyszedł z pokoju, nie domykając drzwi do końca. Nie spodziewał się jednak widoku własnego ojca, gdy tylko wejdzie do swojej własnej komnaty. Stanął więc jak wryty, na środku pokoju, patrząc przerażony, jak ten przegląda jego notatki.
- Powinieneś już zapomnieć o tej bandzie biedaków, którą przystało nam władać. - powiedział oschłym tonem, gdy tylko wyczuł, że jego syn wpatruje się w niego bezradnie. - Mam powtórzyć akcję sprzed tygodnia? - uniósł jedną brew.
Białowłosy, próbując zachować względny spokój przeszedł przez resztę pokoju i usiadł na swoim łożu, spuszczając wzrok na wypastowaną podłogę.
- Nie, ojcze. Zrozumiałem. - odpowiedział, próbując odpuścić wszczynanie kolejnych awantur.
- Nie powinieneś także zatruwać umysłów swojego rodzeństwa opowieściami stamtąd. - dodał.
Król uniósł się z krzesła przy biurku i nie mówiąc już nic, prócz "Śpij dobrze" po prostu wyszedł. Aysal z jękiem padł na łóżko, mając już dość tego wszystkiego, zważywszy na to, że tego było już za wiele. Ocierając łzy bezradności z policzków, podniósł się gwałtownie i ruszył powoli do drzwi. Rozglądnął się po korytarzu, czy aby na pewno nikogo nie ma, zgarnął swój płaszcz z kapturem i ruszył w stronę wyjścia. Nie widział w tym wszystkim innego rozwiązania, jak poradzenia sobie w ten sposób. Ruszy w las i znajdzie lepsze życie.
Tym właśnie sposobem, przy uniknięciu kilkunastu strażników stał właśnie przed ogromnym lasem, który wydawało się, że wręcz wołał go, by postawił stopę na jego terenie. Pomimo sporego wahania, w końcu przekroczył linię niewielkich drzew, wkraczając do ogromnej, leśnej krainy. Tego co ona skrywała, nie można było w stanie dostrzec od razu, dopiero jak wkroczyło się głębiej, Twoje spojrzenie automatycznie biegło do kolorowych, świecących w ciemności kwiatów, biegających radośnie zwierząt przy rzece, która jak się okazało też tutaj płynęła i świeciła dziwnym, fioletowym blaskiem. Rozejrzał się dookoła z otwartymi ustami, nie dowierzając co tutaj zobaczył, wyłączając się kompletnie na świat zewnętrzny.
Przeszywający ból w ramieniu. Chciał krzyknąć. Głośno. Jednak na jego ustach wylądowała ubrudzona krwią dłoń, skutecznie uniemożliwiająca jakikolwiek ruch warg. Przeniósł przerażone spojrzenie w bok, patrząc na swoje ramie, na którym znajdował się wyraźny znak zębów. Z każdą sekundą ból nasilał się coraz bardziej, jego ciało paliło, jakby ktoś specjalnie wzniecił ogień gdzieś w środku niego. Był tym tak pochłonięty, że nie zwrócił nawet uwagi na mężczyznę, który sprawił mu to całe cierpienie. Cierpienie, które będzie musiał znosić przez całe swoje niekończące się życie.
Dziwne światło, jakby z pochodni mignęło mi w krzakach od strony z której wcześniej przyjechaliśmy. Zerwałem się do równego siadu, nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu, którego nie słyszałem do tej pory. Coś zwyczajnie mi tu nie pasowało.
- Coś się stało? - mruknął mój towarzysz zmęczonym głosem, przenosząc wzrok na punkt, w który się wpatrywałem.
- Siedź cicho. - warknąłem na niego szeptem i wstałem na chwiejnych nogach.
Wtem do moich uszu doleciało szczeknięcie psa i odgłos biegnących w naszą stronę nóg. Przekląłem pod nosem, chcąc sięgnąć po swój łuk, nim zorientowałem się, że jego najzwyczajniej w świecie go nie ma. Brunet jakby wiedząc o czym myślę przełknął ślinę i wbił we mnie spojrzenie.
- Będziesz po niego wracał, a teraz schowaj się gdzieś. - burknąłem. Zerknąłem na konia, przywiązanego do drzewa, szukając na nim jakiejkolwiek broni, którą mógłbym w tym momencie użyć. Jednak nic takiego nie było. Wdrapałem się więc na pierwsze lepsze drzewo, wypatrując wyższego z wysokości, tym samym czekając aż grupka upartych ludzi do nas dotrze. Nie trwało to długo, zważywszy na to, że pies idealnie wytropił zapach któregoś z nas i idealnie potrafił wskazać drogę którą jechaliśmy. Niedługo po tym, czteroosobowa grupa mężczyzn stała przy nadal rozpalonym ognisku, rozglądając się dookoła. Wtedy spostrzegłem swoje kochane dziecko w rękach jednego z nich i kołczan strzał u drugiego. Warknąłem pod nosem po raz kolejny. Teraz jeszcze trzeba coś zrobić, żeby to odzyskać, a później wszystkich powybijać.
Przeskoczyłem po kilku gałęziach, w końcu znajdując się obok wyższego chłopaka, zaraz po bezszelestnym zeskoczeniu na ziemię.
- Masz jakiś sposób na odebranie im tego walonego łuku i wystrzelania, żeby badziewie nie robiło więcej problemów? - zapytałem sarkastycznie, wychylając się zza drzewa, sprawdzając czy najbliższe dwa metry wokół na sto procent są czyste.
Pokręcenie głową z jego strony.
Ugh, dobra, sam spróbuję coś wykombinować.
Wtem jak na zawołanie grupka rozdzieliła się na cztery strony i każdy z mężczyzn ruszył w zupełnie inną. Ten trzymający już teraz i łuk i strzały był najbliżej nas.
- Pomożesz mi i zaciągniesz trupy do ogniska, tym samym ocalisz siebie od nadstawiania mi nadgarstka po raz kolejny. - mruknąłem i poprawiłem kaptur na głowie. Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem powoli przed siebie tak, by nie wydawać żadnego dźwięku. Wiedziałem dobrze, że przez dłuższy czas nadal będę osłabiony przez ten cały wywar, ale w tym momencie wolałem nie ryzykować życiem naszej dwójki. Właściwie to tylko Moccobiego, za bezmyślne pomaganie mi.
Skradanie się pomiędzy drzewami nie bardzo mi odpowiadało, ale zwyczajnie nie miałem siły na włażenie po drzewach. Tak też przecież mogłem ich pozaskakiwać. W pewnym momencie miałem już dosyć stania prosto, ale dzięki mojemu dziennemu szczęściu znalazłem się obok rudego mężczyzny, który stał do mnie tyłem.
Jeden skok, nieumiejętne wbicie zębów w kark i wysączenie krwi w akompaniamencie głośnego krzyku. No cóż, teraz mam chociaż broń i jak się zlecą, to łatwiej będzie powybijać.
Kolejny odgłos biegu. Trzy osoby. Głuche krzyki.
Leniwie nachyliłem się nad ludzkim skwarkiem, wyrwałem mu z dłoni łuk i zdjąłem kołczan z pleców, zawieszając go sobie.
Wyjęcie strzały. Ustawienie jej na cięciwie. Swobodne puszczenie, gdy przed moimi oczami pojawiło się pierwsze ciało. Prosto pomiędzy oczy. Dwójka pozostałych mężczyzn zatrzymała się gwałtownie obok kolejnego martwego ciała i spojrzała na nie z przerażeniem. Uśmiechnąłem się na ten swój własny sposób i podszedłem do nich bliżej.
- Na co wam to wszystko było? Tak czy siak skończycie jak ta dwójka. - ciche mruknięcie z mojej strony. Kolejna strzała, tym razem w bok czaszki. Jak tak dalej pójdzie, to to targanie ciał wcale nie będzie potrzebne.
Ostatni żywy zacisnął mocno wargę, patrząc na mnie gniewnie, gdy wyciągałem jeszcze jedną strzałę. Widać było, że już się poddał.
Strzał w serce.
Opuściłem ręce wzdłuż ciała, zerkając za siebie na stojącego przy pierwszym ciele bruneta.
- Musiałeś to zrobić? - tym razem to on warknął sarkastycznie.
Odgłos upadającego ciała, tuż pod jego nogami, krew powoli rozlewała się po wcześniej zielonej trawie. Przełknął ślinę usatysfakcjonowany i spojrzał z radością na zdegustowanego chłopaka, opierającego się o drzewo.
Nie powinien go zabierać ze sobą, przecież oczywistym było, że jeśli od razu nie ucieknie, to będzie patrzył na niego w zupełnie innym świetle. To chyba bolało w tym momencie najbardziej. Chciał mu pokazać co tak naprawdę w życiu robi, a tym samym jest możliwość, że zraził go do swojej osoby. Zagryzł więc wargę i podszedł do chłopaka powoli.
- Sivik, ja... Jeżeli w jakikolwiek sposób Cię to odrzuca... - zaczął, nie mogąc spleść żadnego sensownego zdania.
- Musiałeś to zrobić? - zapytał tylko niebieskooki, wlepiając w niższego swoje spojrzenie.
Przełknął ślinę, kiedy wszystko tak nagle do mnie przyszło. Przecież to nie mógł być on, prawda? Obiecałem mu przecież, że nigdy go nie skrzywdzę, a tymczasem byłem w stanie na niego polować, prawie, by go zabijając, gdyby nie te jego duchy. Spuściłem rozbiegane spojrzenie na ziemię, nie potrafiąc w żaden sposób poskładać myśli.
- Sivik. - mruknąłem pod nosem drżącym głosem. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Przecież gdybym wiedział, że to Ty...
< Koniec anonimowości Ha Ha! >
Życie nie polega tylko na tym, by cały czas biec przed siebie i dla siebie. Można też żyć w ten sposób, by czyjeś szczęście uważać za własne.

Imię: Madelyn Alayne z rodu Rosenthal
Pseudonim: W wielkim świecie znana jako Zaklinaczka, przyjaciele i bliscy natomiast zwracają się do niej, używając skrótu od pierwszego imienia dziewczyny - Maddie.
Wiek: Dziewczynie dane już było zobaczyć, jak dziewiętnaście razy zakwitają chabry na okolicznych łąkach i jak śnieg dziewiętnaście razy pokrywa świat grubą, białą pierzyną. Tyleż samo razy była świadkiem, jak anioły z farby przeznaczonej na malowanie nieba w czasie wschodu i zachodu słońca barwią liście na ciepłe, jasne kolory i jak złote łany zboża szumią cicho na łąkach. Widziała dziewiętnaście równonocy wiosennych - na świat przyszła własnie w jedną z nich, otwierając miodowe oczy po raz pierwszy, kiedy to promienie słońca zaczęły swój nowy taniec.
Płeć: Kobieta w każdym calu.
Wzrost: Nazywana nieraz niziołkiem - mierzy sobie bowiem zaledwie 155 centymetrów. Ów niski wzrost i drobna budowa są często powodem, przez który ludzie mylą ją z dzieckiem.
Rasa: Pochodzenie dziewczyny owiane jest mgiełką tajemnicy przez nieznajomość rasy jej rodziców. O ojcu nie wiadomo zupełnie nic, jednak konającą matkę z dopiero co narodzonym dzieckiem, Horacy - przybrany tata Maddie - znalazł na maleńkiej polance, pod rozłożystym bukiem. Kobieta, utraciwszy wiele krwi przez strzałę wbitą w prawy bok, zdołała jedynie wcisnąć zawiniątko w potężne dłonie drwala i wyszeptać imię córki - Madelyn, po czym skonała. Nikomu nigdy nie udało się ustalić jej tożsamości, przypuszcza się jednak, z plotek mieszkańców, iż przybyła z lasów, gdzie żyją druidzi, wskazywały też na to jej rysy twarzy. Horacy, jako rodowity mag, pragnął z całego serca, by jego córka, nawet przybrana, również podążała drogą wytyczoną przez jego przodków. Maddie liznęła nieco wiedzy o zaklęciach - ba, według rodziny, posiadała nawet wielki talent w tej dziedzinie, jednak wolała skupić się na kontaktach ze zwierzętami. W wieku pięciu lat odkryła, że sama potrafi się w co poniektóre zmieniać, a także rozumie doskonale ich język i emocje oraz potrafi im odpowiedzieć. Co więcej, w pewnym sensie jest w stanie je wyczuć, co wykorzystywała nieraz w poszukiwaniu czy to zagubionych kociąt, czy porzuconych piskląt. Z pewnych źródeł wywnioskowała, iż jej ojciec mógł mieć pewne powiązania ze zmiennokształtnymi, Maddie nazywa więc siebie po prostu Zaklinaczką.
Stanowisko: Wędruje po kraju i świecie, pomagając zwierzętom i ludziom, żywi się głównie tym, co otrzyma od lasu, gdy zaś idzie do miast, zazwyczaj sprzedaje swoje tkaniny, których to tworzeniem się trudni.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Pierwsze kroki zaczęła stawiać pod koronami drzew Aranayi, tu też odebrała staranne wykształcenie i dorosła. Aktualnie jednak często wychodzi poza granice rodzimego kraju i wędruje po dolinach innych państw, by jak najlepiej poznać ich florę i faunę.
Charakter: Jaka jest Shirley? Bliscy dziewczynie ludzie zazwyczaj określają ją jako zadziwiająco pogodną i wytrzymałą - trzeba przyznać, że sporo w tym prawdy. Z jej twarzy praktycznie nigdy nie schodzi ciepły, łagodny uśmiech, którym to uwielbia dzielić się z innymi. Pomimo wszelkich napotkanych w życiu trudności, a może właśnie i dzięki nim, mało co jest w stanie ją złamać lub wyprowadzić ją z równowagi. Znana jako oaza spokoju, nigdy nie podnosi na nikogo głosu i nierzadko już brała udział w rozwiązywaniu sporów jako mediator. Dąży do pokojowych rozwiązań, szuka złotych środków, które zadowolą wszystkie strony. Pomimo delikatnej aparycji i spokojnego charakteru, nie daje sobie wejść na głowę, ma plany i ambicje, do których zawzięcie dąży. Równocześnie jednak, nie uznaje zdobywania celu metodą "pójścia po trupach", jeśli uznaje, że dane rozwiązanie może skończyć się krzywdą dla zbyt wielu osób, szuka innych możliwości. Obiektywna i cierpliwa, zawsze gotowa do wysłuchania każdej ze stron, szybko zapomina o urazach i rzadko kiedy żywi do kogokolwiek nienawiść. Jest jednak przeciwniczką brutalnych rozwiązań i ma raczej nadzieję na to, że pewnego dnia wszystkie państwa Sayari będą żyć w pokoju. Uparta, ale nie zadziorna - woli raczej pozostawać bardziej w cieniu, unika kłótni i hałaśliwego stylu życia, z racji swojej nieśmiałej natury, rzadko kiedy stara się o bycie w centrum uwagi, chyba że otacza ją grono przyjaciół. Ciężko pracuje, by osiągnąć swoje cele, zawsze daje z siebie wszystko i nie używa wymówek takich jak zmęczenie czy lenistwo.
Od urodzenia wychowywana w duchu rodzinnych tradycji, do których to jest niezwykle przywiązana. Większości rzeczy nauczyła się od dziadka, a także ojca, obaj zaś wyznawali stare wartości, które to przekazali i jej. Często wraca myślami do domu rodzinnego, sama zaś odwiedza go przy każdej nadarzającej się okazji.
Empatyczna i wrażliwa, z sercem na dłoni - pomoże zawsze i wszędzie, nie zwraca uwagi na pochodzenie czy zamiary innych, jeśli wymagają pomocy, udzieli im jej od razu. Bliscy Maddie często mawiają, iż można z niej czytać jak z otwartej księgi, nie ukrywa swoich emocji, jednak te negatywne trzyma na wodzy. Określana nie raz i nie dwa jako urocza, szczególnie przez przedstawicieli płci przeciwnej, sama jednak zdaje się tego nie zauważać - nie w głowie jej romanse, skupiona raczej jest na rozwijaniu pasji i domu rodzinnym.
Ma bardzo dużo pokładów energii i wyobraźni. Ciągle wpada na nowe pomysły, którymi to często dzieli się podczas pogawędek z przyjaciółmi lub wieczornych dyskusji z dziadziem nad kubkiem parującej czekolady. Swoją kreatywność nauczyła się wykorzystywać już od dziecka - najpierw uwalniała ją w formie zamków z piasku, dziś w formie obrazów. Opiekuńcza i troskliwa, szczególnie o rodzinę - te dwie cechy szczególnie mocno łączą ją z bratem.
Nieśmiała z niej duszyczka, która rzadko kiedy zaczyna rozmowę, kiedy już jednak dyskusja schodzi na interesujące ją tematy, mało kto jest w stanie ją przegadać. Przywykła do życia w gronie rodziny, ciężko jej wychodzić odważnie do nieznajomych, na początkach znajomości można ją poznać raczej jako wycofaną i cichą... no, zazwyczaj. Kiedy nawiąże już z kimś głębsze relacje, staje się wyjątkowo rozgadana i trajkocze wesoło przez kilka godzin chociażby o perłowej barwie kwiatów wiśni. Romantyczna z niej duszyczka, która kocha marzyć. Często dzieli się swoimi przemyśleniami i, nieświadomie, zdarza jej się najzwyczajniej w świecie zanudzać ludzi bardzo długimi wywodami na tematy iście z kosmosu. Nietuzinkowa i wesoła, co jednak często odkrywa się w dalszych etapach znajomości z nią, ma tysiące pomysłów i przemyśleń, nad którymi to uwielbia się rozwodzić.
Inteligentna, szybko łączy fakty, "dodając dwa do dwóch", logiczne myślenie jest jej mocną stroną - uwielbia dumać nad zagadkami maści wszelakiej. Po poznaniu zespołu, dobrze wychodzi jej praca w grupach, jednak rzadko kiedy chce zajmować stanowisko lidera, woli raczej wykonywać swoją część, żywo i uczestnicząc w dyskusjach.
W kilku słowach podsumowania - Shirley to spokojna, ale wesoła dziewczyna, która umie się otworzyć dopiero po pewnym czasie. Kiedy już komuś jednak zaufa, odda za tę osobę życie i nigdy nie zwątpi w jej słowa. I, wbrew pozorom, potrafi być bardzo żywiołową gadułą.
Rodzina:
- przybrany ojciec Horacy - mąż postawny, o mocnej aparycji, tubalnym głosie, spracowanych dłoniach drwala i gołębim sercu. Pochodzi ze znamienitego rodu, acz, w przeciwieństwie do licznego rodzeństwa, wolał opuścić obfitujący w dostatki dom rodzinny, by zaszyć się na skraju głuszy. Córeczka jest jego oczkiem w głowie, za którą oddałby życie. On właśnie nauczył ją wszystkiego, co sam wie o co lasach i zwierzętach w nim żyjących, a gdy wracał z pracy, od czasu do czasu przynosił ze sobą odratowane stworzenia, takie jak jeże czy myszy, z rzadka też sarenki. Raz nawet przyniósł młodego rysia, z którym to Maddie żyje aż po dziś dzień.
- przybrana matka Lily - złota kobieta, która samym uśmiechem potrafiła sprawić, że słońce zaczęło jaśniej świecić, a trawa stawała się zieleńsza. Traktowała Maddie jak swoją własną córkę, zmarła jednak po narodzinach drugiego dziecka.
- przybrany dziadzio Halt - siwiuteńki staruszek, liczący już sobie półtora wieku. Podręcznikowy przykład maga, który całe życie poświęcił na studiowanie tajników tego, czym jego rodzina zajmowała się od pokoleń - magii. Na dzień dzisiejszy zajmuje się jednak głownie wnuczętami, którym to często wieczorami opowiada historie "ze starego świata", ubarwiając swe bajki dymnymi postaciami, które tworzy za pomocą magii.
- przybrana babcia Pauline - zeszła z tego świata jako starowinka kilka wiosen temu. Zapamiętana jako wyprostowana, dumna i pracowita do końca życia, na pierwszy rzut oka nieco surowa, troszczyła się jednak o bliskich z całego serca. Nauczyła Maddie tkactwa i haftowania, a także sztuki gotowania. Młode lata przeżyła w mieście, dopiero po ślubie przeniosła się na skraj lasu, gdzie też urodziła córkę.
- przybrany starszy brat Will - mężczyzna liczy sobie już niemal dwadzieścia sześć wiosen, zdążył znaleźć żonę, zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna, który na chwilę obecną liczy sobie trzy lata. Will, pomimo bycia wzorową głową całej rodziny, przykładnym mężem i troskliwym ojcem, zachował też w sobie coś z dziecka.
- przybrana młodsza siostra Lilianne - uroczy, niewinny aniołek liczący sobie siedem przepięknych wiosen. Przyrównywana nieraz do matki, do której z każdym dniem staje się coraz bardziej podobna - nie tylko z wyglądu. Jest promyczkiem całej rodziny, a jej śmiech często budzi do życia całą drewnianą chatkę.
- "prawie bratowa" Miriam - niewiasta o oczach jak morze i mlecznej skórze, która słynęła w całej wiosce ze swojej urody. Nieco leniwa i roztrzepana, ale i kochana, stara się jak tylko może, by zyskać miano przykładnej gospodyni. Pomimo, że zdążyła już powić dziecko, wciąż zostało w niej coś z małej dziewczynki.
- "prawie bratanek" Andy - dziecko żywotne, zdrowie i słodkie - Maddie kocha wręcz się nim zajmować. Kiedy wraca do domu i odwiedza brata, często zabiera jego syna na przechadzki do lasu i pokazuje mu pulsujące tam życie.
- nieznana matka - zginęła od strzały wypuszczonej z tajemniczej ręki, sprawca nigdy nie został odnaleziony. Utraciła dużo krwi, gdy, już ze strzała wbitą w bok, uciekała jak najdalej, znacząc krwią pokaźną trasę. Przybyła zapewne z zachodu, w okolicznych wioskach przez jakiś czas jej śmierć i domysły, dla których tu przybyła, były głównym tematem rozmów w tawernach. Przypuszcza się, iż przybyła ze wschodu - być może z puszczy, gdzie żyją druidki...
- nieznany ojciec - Maddie nie wie niczego na jego temat, podejrzewa jedynie, iż mógł być zmiennokształtnym lub magiem. Kiedy wędruje po różnych państwach, często rozgląda się w poszukiwaniu znajomej twarzy - jest przekonana, że kiedy go zobaczy, coś przecież poczuje.
Partner: Jej serca nie zdobył jeszcze nigdy żaden mężczyzna.
Umiejętności: Jeśli chodzi o umiejętności fizyczne, w ich poczet można z całą pewnością zaliczyć przede wszystkim zwinność - w pakiecie z szybkością, Maddie potrafi uciec niemalże z każdego miejsca. Stąpa cicho niczym kot, zaś jej ruchy mają sobie coś z gracji owego stworzenia. Jest też dość wytrzymała, potrafi wytrzymać od kilku do kilkunastu godzin szybkiego marszu. Równocześnie jednak, siły z całą pewnością nie można przypisać do jej atrybutów - jak mówi jej delikatna aparycja, unika bezpośrednich starć, a gdy sytuacja robi się niebezpieczna, woli raczej umknąć między drzewa.
Jeśli zaś sprawa dotyczy umiejętności od magicznej strony, w pierwszej kolejności z całą pewnością należy wymienić rozumienie mowy zwierząt - jak człowiek idący przez miasto słyszy gwar rozmów ludzkich, tak Maddie słucha również rozmów prowadzonych pomiędzy innymi stworzeniami. Dodatkowo, posiadła umiejętność mówienia w ich językach, co nie raz i nie dwa uratowało jej życie. Kolejną z jej mocy jest także zdolność do przemiany w inne zwierzęta - nie dotyczy to jednak ludzi. Wpierw jednak musi bardzo wnikliwie poznać anatomię istoty, której ciało przybierze, a zaklęcie to wymaga od niej sporej ilości mocy. Dzięki staraniom przybranego ojca, nauczyła się też nieco magii - podobno ma do tego smykałkę, jednak nigdy nie chciała poświęcać całych dni na zagrzebywaniu się pomiędzy starymi księgami w dusznych pomieszczeniach, dlatego poznała tylko podstawy magii. Od czasu do czasu ćwiczy się jednak w rzucaniu zaklęć - jej specjalnością są uroki.
Aparycja: Maddie to dziewczę o twarzy miłej i ujmującej, które to jednak zdaje się nie wiedzieć o swoim uroku. Mylona nieraz z dzieckiem za sprawą swojego niskiego wzrostu i smukłości, zdaje się być niczym trzcina na wietrze, którą zaraz mocniejszy powiew może unieść gdzieś hen daleko w przestworza. Posiadaczka miodowych, sięgających za ramiona, prostych włosów i oczu w tym samym kolorze, a także mlecznej, delikatnej cery, niegdyś przez brata została przyrównana do duszka, który w każdej chwili jakby może zniknąć. Ubiera się raczej prosto i skromnie, zazwyczaj sama szyje swoje ubrania.
Historia: Losy, jakie spotkały Maddie w ciągu pierwszych miesięcy jej życia, osnute są mgłą tajemnicy, przez które dziewczyna nigdy nie zdołała się przedrzeć - czy to zaklęciami, czy to rozpytywaniem ludzi w niemal wszystkich państwach Sayari. Wiadomo jedynie, iż jej matka, prawdopodobnie będąca druidką, zginęła od strzały wystrzelonej z łuku nieznajomego napastnika, który zdążył zbiec zaraz po dokonaniu zbrodni. Niemowlę, znalezione przez Horacego, cudem odratowane, zostało i przez niego przygarnięte. Znając jedynie imię dziecka, mężczyzna uszanował ostatnie słowa jej rodzicielki i tak ją ochrzcił, dał jej jednak drugie imię, a także zaakceptował jako córkę, dzięki czemu została włączona w poczet rodu Rosenthal.
Rodzina ciepło przyjęła małą, nawet jeśli nikt nie wiedział zupełnie nic ani o niej samej, ani o jej ojcu czy matce. Po kilku miesiącach wzmożone zainteresowanie postacią dziewczyny ucichło, a wszyscy mieszkańcy wioski traktowali Maddie jako swojaka, zaś ani Horacy, ani nikt z jego rodziny, nigdy nie dał odczuć Maddie, że do nich nie należy. Przeciwnie, dziewczynę od najmłodszych lat otoczono ciepłem ogniska domowego, w co szczególnie zaangażowana była Lily. Jak można się więc domyślić, życie podrzutka przebiegało naprawdę szczęśliwie - rozwijała się zdrowo i prędko, a dziadzio cieszył się, że znalazł w przybranej wnusi zapowiedź na porządną magiczkę. Dni w Chatce Ech mijały ciepło i szczęśliwie - tak, jak w każdej rodzinie winny przebiegać. Całodzienne zabawy z bratem i rówieśnikami z wioski, mocne, acz delikatne dłonie ojca sadzającego córkę na kolana wieczorami, świeżo upieczone ciasto babci, opowieści dziadka, ciepły pocałunek matki - cudowny lek na stłuczone kolano, wspólne posiłki, praca w domu czy też nauka - wszystko to definiowało to, z czego składało się życie Maddie.
Cień na rodzinę Rosenthal padł, kiedy to dziewczynka wchodziła w swoją dziewiątą wiosnę - wtem to, w chłodny, jesienny wieczór, jeden z pierwszych tego roku, ostatnie tchnienie wydaje Lily, resztką sił wydając na świat córkę, nazwaną po matce - Lilianne. Krótko później, być może częsciowo z wyniku szoku po stracie jedynej córki, umiera seniorka chatki. Dom, znany z gwaru i wesołego rozgardiaszu, nagle tonie w ciszy i apatii, tonąc niczym rozbitek na morzu, który nie ma nawet sił wyciągnąć ręki na ratunek. Zdaje się, że wszyscy domownicy zostali pozbawieni dusz, które uniosły się w górę razem z ostatnim tchem zmarłej. Jakby ktoś zgasił ognisko, które od zawsze rozgrzewało ściany chatki, do tej pory przecież tak otwartej, niemal pękającej z radości.
Nie wiadomo, co właściwie przełamało to wszystko. Może to była pierwsza próba raczkowania małej Lilianne. Patrząc na nieudolne próby córki, której życie zostało przecież okupione życiem najukochańszej małżonki, Horacy przysiadł i zaczął bawić się z latoroślą - pierwszy raz zauważając jej istnienie, odkąd przyszła na świat. I tak stopniowo zaczęło być lepiej. Śmiech Maddie, kiedy obserwowała "ganianego" rodzeństwa, dziadzio opowiadający pierwsze nieśmiałe żarty i opowieści, ojciec strugający w kącie zabawki dla dzieci - życie powoli znowu zaczynało toczyć się swoim rytmem. Opornie, jakby od niechcenia, ale stopniowo nabierając tempa, by już po kilku zakrętach zacząć podskakiwać wesoło pomimo napotykanych wyboi. W międzyczasie, Will, chłopiec znany z łobuzerskiego usposobienia, staje się mężczyzną i bierze sobie żonę, a Horacy błogosławi ich związek. Krótko później, na świat przychodzi mały Andy. Maddie coraz śmielej zaczyna kreślić swoje przyszłe plany, coraz dobitniej dociera też do niej, że być może jej los nie będzie na zawsze związany z tą maleńką wioską, która przecież stanowiła dla niej cały świat. Siadając wieczorami w kącie, głaszcząc aksamitną sierść rysia dłonią, patrzyła w okno, na ścianę drzew, która stała się dla niej murem. Powoli zaczynała jednak godzić się ze świadomością, że coś woła ją do siebie, a głos ten dobiega gdzieś z oddali, bardzo, bardzo daleko od jej gniazda, jej bezpiecznej przystani. Od zawsze była przekonana, że, nawet jeśli jest podrzutkiem, spotka ją taki sam los, jak wszystkie inne dziewczęta - nauczy się wszystkich rzeczy potrzebnych żonie, znajdzie dobrego męża, zamieszka w zbudowanej przez niego chatce, urodzi mu dzieci, a potem doczeka się wnucząt. Stworzy rodzinę, stworzy nowy krąg życia, by w ten sposób odpłacić się ludziom, którzy ją wychowali. Chciała opanować magię, by uszczęśliwić dziadzia. Nauczyć się piec ciasto równie dobre, co jej babcia, a także wyszyć mnóstwo serwetek i pościeli. Stworzyć dobrą, ciepłą atmosferę w swoim przyszłym domu. Która dziewczyna o tym by nie marzyła?
Do tej pory doskonale pamięta dzień, kiedy obwieściła rodzinie, że wyrusza w podróż. Nie wie, gdzie, nie wie, po co, nie wie, kiedy wróci, czy wróci. Wie tylko, że wyrusza. Dzisiaj, zaraz, nieodwołalnie. Bo musi. O dziwo, na twarzy rodziny dostrzegła tylko smutny uśmiech. Pierwszy odezwał się ojciec. Mówiąc tylko krótkie "Niech ci Bóg błogosławi na drodze, córko", zamyka Maddie w niedźwiedzim uścisku. Żegna ją brat, jego żona i syn, dziadek, siostra. Z każdym długo rozmawia. Je ostatni obiad, który osobiście przyrządza. Mięso dzika, upolowanego przez ojca, pieczony rano chleb, trochę fasoli z ogrodu, sok z porzeczek - dziewczyna do tej pory doskonale pamięta smak i zapach tego wszystkiego.
Wyruszyła po południu, nie zwracając uwagi na porę. Z małym zawiniątkiem zaczęła wędrować, mając przy boku Maku. Najpierw wędrowała tylko po okolicznych lasach, wsiach. Potem dotarła do miasteczek, z każdym dniem coraz bardziej oddalając się od domu. Poza granicę Aranayi wyszła kilka miesięcy później. I tak cały czas podróżuje. Szuka.
Szuka czegoś, czego powinna. Czego chce.
Głos: River flows in you
Towarzysz: Maku
Inne:
- Szybko się uczy, często wystarczy jej choćby raz przeczytać/usłyszeć dany tekst, aby go zapamiętać. Ma jednak kłopoty z rozpoznawaniem twarzy i imion, krótkie formułki tego typu często są dla niej większym wyzwaniem niż słówka lub całe wyrażenia.
- Często przygarnia zwierzęta na krótki okres czasu, szczególnie te chore: kiedy je wyleczy, od razu wypuszcza na wolność. Obcowanie z różnymi gatunkami, pomaga jej poznać ich zwyczaje, a co za tym idzie - łatwiej jej się przemieniać.
- Podobnie jak spora część zmiennokształtnych, część jej duszy również należy do zwierzęcia, a co za tym idzie - budzą się w niej od czasu do czasu jego zachowania. Gatunek, o którym tu mowa, to ryś.
- Bardzo dobrze moduluje głos. Kiedy jest sama, lubi ogrywać monologi lub scenki z udziałem wielu osób, grając równocześnie wszystkie. Lubi też śpiewać, acz wstydzi się swojego głosu i robi to tylko w zaciszu, kiedy jest pewna, że żaden człowiek jej nie usłyszy.
- Kiedy miał pięć lat, wylała na siebie gorącą wodę, czego śladem jej blizna na ramieniu.
- Po kawie robi się senna.
- Kiedy się denerwuje, lubi zawiązywać supełki - oby tylko mieć czymś zajęte palce.
- Woli asymetryczność, nie przepada, kiedy wszystko jest idealnie uporządkowane.
- Drugie imię otrzymała po matce przybranego ojca.
- Urodzona idealistka i optymistka, wyraża to szczególnie poprzez swoje obrazy.
- Bardzo dobrze gotuje, choć od dłuższego czasu nie ćwiczyła się w tej dziedzinie.
- Panicznie wręcz boi się małych, zamkniętych przestrzeni - jej terenem naturalnym są łąki, wrzosowiska czy też lasy.
- Ma bardzo słabą pamięć do imion i twarzy, natomiast często kojarzy mało istotne szczegóły, podczas gdy ważniejsze wydarzenia jej umykają.
Właściciel: Ayame / shirley.fenette59@gmail.com
~~~~

Imię: Maku
Pseudonim: Makiś, Makki, Makaronek, Jego Rysiowatość
Płeć: samiec
Wiek: 5 lat
Gatunek: ryś elfi
Charakter: Makki to istotka bardzo dumna, która swój honor będzie bronić zębami i pazurami do ostatniej kropli krwi. Bardzo łatwo go urazić, czujnie przewierca dopiero co poznane osoby na wskroś, szukając choćby cienia chęci na obrażenie jego osoby. Ma duże mniemanie o sobie i uważa się za przedstawiciela najszlachetniejszej rasy kotowatych, jaka w ogóle istnieje - on sam natomiast, sprawa oczywista, ze wszystkich swoich braci i sióstr, jest tym najlepszym.
Równocześnie jednak, cały czas uważa na Maddie. Podąża za nią niczym cień - czasem idąc dumnie przy nogach dziewczyny, czasem bezszelestnie niczym duch w mrokach konarów drzew. Udziela ostrych reprymend, kiedy "Mała" chce robić coś lekkomyślnego lub popełnia błąd, ale w duszy tak naprawdę to właśnie on uważa się za jedynego godnego strażnika Maddie, a wszystkie nowe osoby w jej otoczeniu poddaje wnikliwej obserwacji.
Samotnik chodzący własnymi drogami - o tak, Jego Rysiowatość to podręcznikowy przykład indywidualizmu, nie daje sobą sterować, a bierze do siebie jedynie słowa Maddie. Długo zajmuje mu nawiązanie kontaktu i zaufanie kogoś, jak to kotowaty, jest raczej ostrożny.
Inteligenty i przebiegły. Piekielnie bystry, czujnym okiem obserwuje wszystko w zasięgu wzroku, szukając potencjalnego niebezpieczeństwa. Chce sprawiać wrażenie nieustraszonego, który mężnie staje naprzeciw wszelkim stworom, tylko Maddie wie o jednej, maleńkiej rzeczy - na samą myśl o niej, Maku czuje nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Zwie się to zbiornikiem wodnym.
Wygląd: Maki jest wyjątkowo mały jak na rysia, w kłębie mierzy około 40 centymetrów. Ma aksamitną, orzechową sierść, naznaczoną czarnymi plamkami, typowymi dla rysi. Uszy zakończone frędzelkami w ciemnym odcieniu, prawy płatek ma lekko nadgryziony, podobnie jak końcówkę ogona. Dzięki poduszkom na łapkach stąpa wyjątkowo cicho, kuleje jednak na prawą przednią łapę. Oczy zawsze czujne, szare niczym burzowe niebo - ciągle wypatrują niebezpieczeństw, a nosek delikatnie drga, by, w razie zagrożenia, od razu wyczuć woń potencjalnego napastnika.
Moce: Od zwykłych rysi, jakich w lasach pełno, Maku odróżnia właściwie tylko posiadanie owych kilku mocy. Jako najsłabszy z miotu, zakres jego umiejętności nie jest zbyt szeroki, na pierwszym miejscu należy jednak wymienić pole widzenia o niesamowitym zasięgu - potrafi zobaczyć niemal wszystko, nawet to, co teoretycznie jest poza zasięgiem jego wzroku. Oprócz tego, jest w stanie w jakimś stopniu kontaktować się z przyrodą - dzięki powiązaniom z elfią rasą, może usłyszeć, dajmy na to, historie opowiadane przez drzewa. Ma też jeszcze jedną umiejętność, której jednak prawie nigdy nie używa, ze względu na zakaz Maddie - gdy jest w stanie zagrożenia, staje się bestią - jego ciało staje się rozmiarów niedźwiedzia, a on sam atakuje praktycznie wszystko w zasięgu wzroku. Ciężko wtedy wrócić mu do swojej właściwej formy - jak do tej pory, zazwyczaj udawało mu się to dzięki zaklęciom Maddie.
Moce: Biorąc pod uwagę delikatną aparycję rysia może się to wydawać zaskakujące, ale dzięki elfiej magii, jest w stanie przenosić na swym grzbiecie ogromne ciężary, idąc zupełnie swobodnie - często pomaga zatem Maddie w noszeniu ciężkich tkanin. Dodatkowo, jest niesamowicie czuły na kłamstwa wypowiadane w jego obecności. Porusza się też zaskakującą, nawet jak na kotowatego, prędkością - nikomu jednak słówkiem nie piśnie, że jego słabością jest wdrapywanie się na drzewa, opanował to dość późno, jednak zdecydowanie woli twardy, stabilny grunt pod łapami.
Moce: Biorąc pod uwagę delikatną aparycję rysia może się to wydawać zaskakujące, ale dzięki elfiej magii, jest w stanie przenosić na swym grzbiecie ogromne ciężary, idąc zupełnie swobodnie - często pomaga zatem Maddie w noszeniu ciężkich tkanin. Dodatkowo, jest niesamowicie czuły na kłamstwa wypowiadane w jego obecności. Porusza się też zaskakującą, nawet jak na kotowatego, prędkością - nikomu jednak słówkiem nie piśnie, że jego słabością jest wdrapywanie się na drzewa, opanował to dość późno, jednak zdecydowanie woli twardy, stabilny grunt pod łapami.
Historia: Historia Maku raczej nie należy do tych długich. Ryś, jako najsłabszy z miotu, został odrzucony przez matkę, która chciała wykarmić młode, jednak brakowało jej mleka. Ślepe, prawie martwe, znalazł Horacy i postanowił zabrać do domu, gdzie już zajęła się nim Maddie. Od tej pory, jest nieodłącznym towarzyszem dziewczyny - uważa się za jej strażnika - i często udziela jej rad, a także pomaga przetrwać.
Właściciel: Madelyn Alayne z rodu Rosenthal
wtorek, 18 lipca 2017
Od Sivika do Riliane
Potężna gospoda. Wyglądała na budynek bogaty, w który trzeba było włożyć wiele funduszy, co znaczyło, że przebywanie w nich również miało swoją cenę. Zapewne dużą, większą niż kiedykolwiek przyjdzie mi zobaczyć. Znaczyło to tylko jedno - dziewczyna była bogata, albo miała znajomości, bądź i jedno i drugie, bo zazwyczaj te dwie cechy się ze sobą łączyły, czy się tego chciało, czy nie. Obserwowałem wszystko z niemałym zachwytem, wręcz czułem jak świecą mi się ślepia, nieco wygłodniałe na te wszystkie zdobienia. Zachwycały, cieszyły oko, zapierały dech w piersiach. Dlatego pod Złotą Gęsią, bo jednak ta gospoda miała w sobie coś szlachetnego. Coś, co przebijało się przez swojskie klimaty.
Poczułem trochę większe obciążenie, jakby Riliane postanowiła naprzeć na mnie większą powierzchnią ciała, odejmując kilogramów z rannej nogi. Absolutnie nie miałem jej tego za złe. Ba! Wręcz się cieszyłem, bo znaczyło to, że dbała o kończynę. Ostatnią rzeczą jaką chciałem to jej uparcie się na samodzielne poruszanie się. Gdyby tego zażądała od razu sprzeciwiłbym się jej i trzymałbym ją do własnego upadku. Nagle zaczęła kuśtykać, więc dołączyłem kroku i starając się zachować równowagę, pomogłem nastolatce, bo wyglądała na nastolatkę, wspiąć się po dość stromych schodach. Nie przysłuchiwałem się konwersacji mojej towarzyszki i prawdopodobnie właścicielki lokalu, bo po pierwsze średnio mnie interesowało co mają sobie do powiedzenia, a po drugie, zawsze uczono mnie, by nie podsłuchiwać, bo tak nie przystoi.
Będąc w pokoju, tym razem to rudowłosa rozglądała się po wszystkim, co znajdowało się wewnątrz. Widocznie chciała zapoznać się już z miejscem swojego noclegu. Mnie natomiast interesowała tylko i wyłącznie jej noga, o którą, powiem szczerze, zaczynałem martwić się coraz bardziej i chciałem już ją obejrzeć.
- A więc? Mam coś zrobić? - Spytała nagle, odwracając się w moją stronę. Nawet nie zauważyłem, że odsunęła się od mojej osoby i zdążyła już dorwać się do najbliższego wieszaka, zrzucając tam wierzchnie odzienie.
- Na razie nie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Rozglądnąłem się szybko po pokoju, szukając najbardziej nadającej się rzeczy. Potężna, drewniana ława, czyli to, czego teraz potrzebowałem. Podszedłem do mebla i przeciągnąłem ją prawie na środek pokoju. Była cholernie ciężka, jak to wyposażenie z prawdziwego drwa. - Siadaj. - poleciłem. Bez gadania posłuchała tego, o co ją prosiłem i kuśtykając podeszła do ławy, by po chwili na niej przycupnąć. Ukucnąłem przed nią i złapałem za skrawek sukni, którą przywdziewała. Plama była rozległa, więc ostrożnie podciągałem materiał do momentu, gdzie zaczął stawiać opór. Przykleiła się do świeżej juchy. - Teraz może zaboleć - mruknąłem, by później nie panikowała i przygotowała się na możliwy zastrzyk adrenaliny, której znając życie dzisiaj jej nie brakowało. Starałem się zrobić to szybko, by ból szybko nastał i równie szybko zniknął. To co tam zobaczyłem nieco mnie odrzuciło. Rana nie była aż tak długa, jak mogło się wydawać po ilości krwi, ale za to była dosyć głęboka. Ktoś musiał ją mocno poharatać porządnym ostrzem. Zgadywałem, że moja mina nie była zbyt zachęcająca, bo za chwilę otrzymałem komentarz od dziewczyny.
- Domyślam się, że nie wygląda to za dobrze. - rzekła. Spojrzałem w górę na jej ściągnięte brwi i usta. Nie krzywiła się, wyglądała po prostu na zaniepokojoną. Ponownie spuściłem wzrok na rozcięcie.
- No, obraz za grube pieniądze, to to nie jest, ale nie jest źle jeśli mam być szczery. W każdym bądź razie, amputacja nie będzie potrzebna. - zerknąłem na nią, wysilając się na delikatny uśmiech. Skinęła głową. Uniosłem materiał sukienki na wysokość jej dłoni, dając jej znak, by go przytrzymała. Uczyniła o co niemo prosiłem, a sam ułożyłem palce na skórze wokół rany. Sam nie wiem dlaczego, ale delikatnie ją ugniatałem, sprawdzałem, czy nie ma gdzieś grud? Nie jestem pewien. Grudy pod skórą? - Obmyłbym to i zszył... najbliższy lekarz jest kawał stąd, a to nie wygląda ciekawie. Nie wiem co robić, jeśli mam być szczery - przysiadłem na kolanie i spojrzałem na nią. Na jej czole wystąpiła głęboka bruzda, ta, która jest tylko gdy się martwimy, bądź zastanawiamy. Bądź i jedno i drugie. Ostatnia opcja była prawdopodobnie tą właściwą. Riliane westchnęła cicho i wyprostowała się.
- Zrób to, przynajmniej prowizorycznie, dopóki nie trafię na specjalistę. - żachnęła się nagle, sprawiając, że moje brwi powędrowały wysoko w górę, prawie na czubek czoła.
- Jest panienka tego pewna? Możliwe, że tylko pogorszę tą i tak już złą sytuację. - mruknąłem będąc naprawdę zaniepokojony jej słowami. Ta propozycja była co najmniej idiotyczna i lekkomyślna.
- Proszę, przynajmniej zatamujmy krwawienie.
- Powinno być dobrze - stwierdziłem, gdy noga, już dokładnie umyta, owinięta została w zerwany rękaw mojej lnianej koszuli. Szczyt bezpieczeństwa i higieny to to nie był, ale lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się mawia. Miałem nadzieję, że prędzej czy później panna zabierze się z kimś do medyka, który byłby w stanie zapewnić jej coś lepszego, niż mój marny "Bandaż". Zszedłem z kolana i usiadłem na zimnej posadzce. Dziewczyna opuściła sukienkę, by na nowo zakryła ranę. Niestety dalej znajdowała się na niej ta okrutna plama.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję. - posłała mi delikatny uśmiech, przy którym jej błękitne oczy zajaśniały radośnie i szczerze. Skinąłem głową. - Przydałoby się przebrać i wyprać tę suknię... krew ciężko schodzi. - zrozumiałem aluzję i wstałem, podpierając się na ręce. Otrzepałem dłonie.
- Będę czekał na dole, obiad pewnie już jest gotowy. - podszedłem do drzwi. - A co do krwi, użyj soli.
- Soli? - Na to pytanie skinąłem głową. Wieloletnie doświadczenie z Wampirem przygotowało mnie na najgorsze okoliczności. Po krótkiej konwersacji opuściłem pokój i skierowałem się do sali głównej gospody.
- Dawno nie jadłem niczego tak pysznego... - mruknąłem wbijając sztuciec w kolejny kawałek dobrze wypieczonego mięsa. Prawdopodobnie wieprzowiny, która była tak ogólnie dostępna. Do tego kasza i jakiś sos, czyli w porównaniu do mojej codziennej diety - prawdziwe rarytasy. Kątem oka dostrzegłem uśmiech na twarzy Riliane, która ubrana w nową, czystą sukienkę jadła o wiele wolniej ode mnie i z o wiele lepszą kulturą. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nazwał mnie wtedy prosiakiem, chociaż wcale się nie ubabrałem. Po prostu jadłem szybko, trochę zachłannie. Co poradzić, skoro od dobrych kilku tygodni leciałem na suchych korzonkach i pierwszej lepszej wodzie, z pierwszego lepszego stawu. Takie pyszności nie były dla mnie, Szamana z zapędami do parzenia herbatki. Słabej herbatki, bez smaku i zapachu, zrobionej z własnej mieszanki ziółek. Do tego szlajającego się po świecie i nocującego pod gołym niebem. Chociaż, szczerze? Nie narzekałem na ten żywot. Lubiłem go i przyzwyczaiłem się, bo spędziłem tak prawie pół wieku. To była już po prostu nieodłączna część mnie, jak Elfy i szpiczaste uszy, Krasnoludy i kowalstwo, Południce i rozległe pola, z których zboże wręcz się wylewało.
- Cieszę się, że smakuje. - powiedziała tęga gospodyni, która zaraz zniknęła w sali obok. Oblizałem usta, czując sos w kąciku ust. Jedzenie często przyczepiało mi się do szwów, przez co czułem się nieswojo gdy jadłem. Zawsze miałem wrażenie, że wychodzę z brudnymi sznurkami, to od napoju, to od kawałka mięsa. Dlatego też, wręcz nałogowo się oblizywałem i dodatkowo przecierałem usta dłonią.
- Jeszcze raz, dziękuję za posiłek. - rzekłem, zwracając się tym razem do dziewczyny. Ponownie skinęła głową. Cóż, dalej to co pamiętam, to mocne szarpnięcie od tyłu za kołnierz i lądowanie na zimnych panelach. But na policzku i krzyk towarzyszki. No i długi wywód o tym, jakie to Moccobi są niegodne zaufania i że znając życie zdążyłem już coś podwędzić z jej sakwy.
- A jak było na serio? - Napotkałem znudzony wzrok przyjaciela, który postanowił przerwać mi w najciekawszym miejscu opowieści. Bąknąłem niezadowolony pod nosem, bo absolutnie nie podobała mi się wizja opowiadania prawdziwego biegu zdarzeń. - Wiem, że kłamiesz, Sivik, po prostu powiedz jak było i wszyscy będziemy szczęśliwi. Potem gubisz się we własnych kłamstwach i słabo to wychodzi. Jesteś plotkarą i łgarą jaką mało, więc po prostu przestań brnąć w to gówno.
- Dobrze, niech ci będzie, Panie Wiem Wszystko Najlepiej. - burknąłem. - Tak na serio, to tylko mnie zaczepili, a potem zamówiliśmy piwo, no i jakoś poszło. Nie wszystko pamiętam, bo jednak jak alkohol zaszumi w głowie, to nie ma zmiłuj. Wiem tylko, że miałem cholernego kaca. Pewnie potem dobiliśmy coś jeszcze oprócz tego "Złotego Trunku Bogów".
< Sialalalalalalal co ja robię ze swoim żywotem >
Poczułem trochę większe obciążenie, jakby Riliane postanowiła naprzeć na mnie większą powierzchnią ciała, odejmując kilogramów z rannej nogi. Absolutnie nie miałem jej tego za złe. Ba! Wręcz się cieszyłem, bo znaczyło to, że dbała o kończynę. Ostatnią rzeczą jaką chciałem to jej uparcie się na samodzielne poruszanie się. Gdyby tego zażądała od razu sprzeciwiłbym się jej i trzymałbym ją do własnego upadku. Nagle zaczęła kuśtykać, więc dołączyłem kroku i starając się zachować równowagę, pomogłem nastolatce, bo wyglądała na nastolatkę, wspiąć się po dość stromych schodach. Nie przysłuchiwałem się konwersacji mojej towarzyszki i prawdopodobnie właścicielki lokalu, bo po pierwsze średnio mnie interesowało co mają sobie do powiedzenia, a po drugie, zawsze uczono mnie, by nie podsłuchiwać, bo tak nie przystoi.
Będąc w pokoju, tym razem to rudowłosa rozglądała się po wszystkim, co znajdowało się wewnątrz. Widocznie chciała zapoznać się już z miejscem swojego noclegu. Mnie natomiast interesowała tylko i wyłącznie jej noga, o którą, powiem szczerze, zaczynałem martwić się coraz bardziej i chciałem już ją obejrzeć.
- A więc? Mam coś zrobić? - Spytała nagle, odwracając się w moją stronę. Nawet nie zauważyłem, że odsunęła się od mojej osoby i zdążyła już dorwać się do najbliższego wieszaka, zrzucając tam wierzchnie odzienie.
- Na razie nie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Rozglądnąłem się szybko po pokoju, szukając najbardziej nadającej się rzeczy. Potężna, drewniana ława, czyli to, czego teraz potrzebowałem. Podszedłem do mebla i przeciągnąłem ją prawie na środek pokoju. Była cholernie ciężka, jak to wyposażenie z prawdziwego drwa. - Siadaj. - poleciłem. Bez gadania posłuchała tego, o co ją prosiłem i kuśtykając podeszła do ławy, by po chwili na niej przycupnąć. Ukucnąłem przed nią i złapałem za skrawek sukni, którą przywdziewała. Plama była rozległa, więc ostrożnie podciągałem materiał do momentu, gdzie zaczął stawiać opór. Przykleiła się do świeżej juchy. - Teraz może zaboleć - mruknąłem, by później nie panikowała i przygotowała się na możliwy zastrzyk adrenaliny, której znając życie dzisiaj jej nie brakowało. Starałem się zrobić to szybko, by ból szybko nastał i równie szybko zniknął. To co tam zobaczyłem nieco mnie odrzuciło. Rana nie była aż tak długa, jak mogło się wydawać po ilości krwi, ale za to była dosyć głęboka. Ktoś musiał ją mocno poharatać porządnym ostrzem. Zgadywałem, że moja mina nie była zbyt zachęcająca, bo za chwilę otrzymałem komentarz od dziewczyny.
- Domyślam się, że nie wygląda to za dobrze. - rzekła. Spojrzałem w górę na jej ściągnięte brwi i usta. Nie krzywiła się, wyglądała po prostu na zaniepokojoną. Ponownie spuściłem wzrok na rozcięcie.
- No, obraz za grube pieniądze, to to nie jest, ale nie jest źle jeśli mam być szczery. W każdym bądź razie, amputacja nie będzie potrzebna. - zerknąłem na nią, wysilając się na delikatny uśmiech. Skinęła głową. Uniosłem materiał sukienki na wysokość jej dłoni, dając jej znak, by go przytrzymała. Uczyniła o co niemo prosiłem, a sam ułożyłem palce na skórze wokół rany. Sam nie wiem dlaczego, ale delikatnie ją ugniatałem, sprawdzałem, czy nie ma gdzieś grud? Nie jestem pewien. Grudy pod skórą? - Obmyłbym to i zszył... najbliższy lekarz jest kawał stąd, a to nie wygląda ciekawie. Nie wiem co robić, jeśli mam być szczery - przysiadłem na kolanie i spojrzałem na nią. Na jej czole wystąpiła głęboka bruzda, ta, która jest tylko gdy się martwimy, bądź zastanawiamy. Bądź i jedno i drugie. Ostatnia opcja była prawdopodobnie tą właściwą. Riliane westchnęła cicho i wyprostowała się.
- Zrób to, przynajmniej prowizorycznie, dopóki nie trafię na specjalistę. - żachnęła się nagle, sprawiając, że moje brwi powędrowały wysoko w górę, prawie na czubek czoła.
- Jest panienka tego pewna? Możliwe, że tylko pogorszę tą i tak już złą sytuację. - mruknąłem będąc naprawdę zaniepokojony jej słowami. Ta propozycja była co najmniej idiotyczna i lekkomyślna.
- Proszę, przynajmniej zatamujmy krwawienie.
- Powinno być dobrze - stwierdziłem, gdy noga, już dokładnie umyta, owinięta została w zerwany rękaw mojej lnianej koszuli. Szczyt bezpieczeństwa i higieny to to nie był, ale lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się mawia. Miałem nadzieję, że prędzej czy później panna zabierze się z kimś do medyka, który byłby w stanie zapewnić jej coś lepszego, niż mój marny "Bandaż". Zszedłem z kolana i usiadłem na zimnej posadzce. Dziewczyna opuściła sukienkę, by na nowo zakryła ranę. Niestety dalej znajdowała się na niej ta okrutna plama.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję. - posłała mi delikatny uśmiech, przy którym jej błękitne oczy zajaśniały radośnie i szczerze. Skinąłem głową. - Przydałoby się przebrać i wyprać tę suknię... krew ciężko schodzi. - zrozumiałem aluzję i wstałem, podpierając się na ręce. Otrzepałem dłonie.
- Będę czekał na dole, obiad pewnie już jest gotowy. - podszedłem do drzwi. - A co do krwi, użyj soli.
- Soli? - Na to pytanie skinąłem głową. Wieloletnie doświadczenie z Wampirem przygotowało mnie na najgorsze okoliczności. Po krótkiej konwersacji opuściłem pokój i skierowałem się do sali głównej gospody.
- Dawno nie jadłem niczego tak pysznego... - mruknąłem wbijając sztuciec w kolejny kawałek dobrze wypieczonego mięsa. Prawdopodobnie wieprzowiny, która była tak ogólnie dostępna. Do tego kasza i jakiś sos, czyli w porównaniu do mojej codziennej diety - prawdziwe rarytasy. Kątem oka dostrzegłem uśmiech na twarzy Riliane, która ubrana w nową, czystą sukienkę jadła o wiele wolniej ode mnie i z o wiele lepszą kulturą. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nazwał mnie wtedy prosiakiem, chociaż wcale się nie ubabrałem. Po prostu jadłem szybko, trochę zachłannie. Co poradzić, skoro od dobrych kilku tygodni leciałem na suchych korzonkach i pierwszej lepszej wodzie, z pierwszego lepszego stawu. Takie pyszności nie były dla mnie, Szamana z zapędami do parzenia herbatki. Słabej herbatki, bez smaku i zapachu, zrobionej z własnej mieszanki ziółek. Do tego szlajającego się po świecie i nocującego pod gołym niebem. Chociaż, szczerze? Nie narzekałem na ten żywot. Lubiłem go i przyzwyczaiłem się, bo spędziłem tak prawie pół wieku. To była już po prostu nieodłączna część mnie, jak Elfy i szpiczaste uszy, Krasnoludy i kowalstwo, Południce i rozległe pola, z których zboże wręcz się wylewało.
- Cieszę się, że smakuje. - powiedziała tęga gospodyni, która zaraz zniknęła w sali obok. Oblizałem usta, czując sos w kąciku ust. Jedzenie często przyczepiało mi się do szwów, przez co czułem się nieswojo gdy jadłem. Zawsze miałem wrażenie, że wychodzę z brudnymi sznurkami, to od napoju, to od kawałka mięsa. Dlatego też, wręcz nałogowo się oblizywałem i dodatkowo przecierałem usta dłonią.
- Jeszcze raz, dziękuję za posiłek. - rzekłem, zwracając się tym razem do dziewczyny. Ponownie skinęła głową. Cóż, dalej to co pamiętam, to mocne szarpnięcie od tyłu za kołnierz i lądowanie na zimnych panelach. But na policzku i krzyk towarzyszki. No i długi wywód o tym, jakie to Moccobi są niegodne zaufania i że znając życie zdążyłem już coś podwędzić z jej sakwy.
- A jak było na serio? - Napotkałem znudzony wzrok przyjaciela, który postanowił przerwać mi w najciekawszym miejscu opowieści. Bąknąłem niezadowolony pod nosem, bo absolutnie nie podobała mi się wizja opowiadania prawdziwego biegu zdarzeń. - Wiem, że kłamiesz, Sivik, po prostu powiedz jak było i wszyscy będziemy szczęśliwi. Potem gubisz się we własnych kłamstwach i słabo to wychodzi. Jesteś plotkarą i łgarą jaką mało, więc po prostu przestań brnąć w to gówno.
- Dobrze, niech ci będzie, Panie Wiem Wszystko Najlepiej. - burknąłem. - Tak na serio, to tylko mnie zaczepili, a potem zamówiliśmy piwo, no i jakoś poszło. Nie wszystko pamiętam, bo jednak jak alkohol zaszumi w głowie, to nie ma zmiłuj. Wiem tylko, że miałem cholernego kaca. Pewnie potem dobiliśmy coś jeszcze oprócz tego "Złotego Trunku Bogów".
< Sialalalalalalal co ja robię ze swoim żywotem >
Od Annmea'i
W wieku prawie szesnastu zim przybyłam do zamku. Dzięki pomocy Fariana, któremu mój mistrz uratował życie zostałam przyjęta do służby, gdyż jego córka była ochmistrzynią.
- Ojcze myślisz, że przyjmę przybłędę do siebie? Przecież nawet nie wiem kim jest poza tym, że kiedyś pracowała w burdelu! - krzyknęła Naema.
Kilku służących odwróciło się w ich stronę uważnie się nam przyglądając. Mimo, że byłam wyższa od starca, ukryłam się za jego plecami.
- Naema! Ciszej! - skarcił ją Farian. - Jeszcze druga połowa zamku nie ma o tym pojęcia!
- Ale… - zaczęła.
- Żadnego ale! Dawny opiekun tej dziewczyny uratował mi życie przed laty. Mam wobec niego dług, który mogę chociaż po części spłacić.
Kobieta w końcu niechętnie się zgodziła.
- Ojcze idź już. Sama ją przyuczę, mamy mnóstwo pracy. - powiedziała. - Chodź. - rzekła ciągnąc mnie za ramię.
Jednak ja się jej wyrwałam i podbiegłam do mężczyzny. Mocno go uściskałam.
- Dziękuję. Dziękuję.
Kiedy się od niego odsunęłam ujrzałam jego uśmiech.
- Panienko, jesteśmy w mieście, więc jeśli czegoś, by Ci brakowało albo działo się coś złego możesz zawsze do mnie przyjść. I pamiętaj jest w Tobie coś co Cię wyróżnia. Nie zmarnuj tego. Mam nadzieję, że Twoi bliscy wciąż żyją i kiedyś mam nadzieję ich odnajdziesz.
Ja jedynie pokręciła głową. Nie byłam już panienką. Nigdy więcej.
- Nie jestem już panienką. Byłam nią dawno temu. W innym życiu. To co mnie wyróżniało zginęło tamtej nocy. Teraz jestem nikim.
On tylko pokręcił głową i życząc mi powodzenia odszedł. Poczułam się wtedy tak samotna jak jeszcze nigdy dotąd.
- Dziewczyno, idziesz? - spytała Naema.
Jedynie kiwnęłam głową i poszłam za nią. Zaprowadziła mnie do obszernej komnaty, gdzie pod sufitem suszyło się pranie, a poniżej stały ustawione trzypoziomowe łóżka. Podeszła ze mną do ostatniego, koło wysokiego okna. Położyłam swoje zawiniątko ze skromnym majątkiem na materacu.
- Tutaj będziesz spać. A tutaj... - rzekła podchodząc do ogromnej szafy. - Będziesz mieć swój ubiór do pracy. Podpisz tylko kołnierzyk, żeby się nie pomylił. Jesteś wysoka więc ten będzie pasował. - rzekła wyjmując jeden z uniformów. - Tutaj, możesz włożyć swoje rzeczy. - wskazała szufladkę poniżej. - Jak już się ubierzesz przyjdź do kuchni. Na razie tam będziesz pomagać, potem zobaczymy. A buty stoją pod Twoim ubiorem bo w tych na pewno nie będziesz chodzić.
I wyszła z pokoju. Spojrzałam na swoje buty. Z miękkiej skórki i z wyszywanymi złotą nicią wzorami. Były na mnie trochę za duże. Przez chwilę siedziałam myśląc nad swoim położeniem. Po czym przypominając sobie słowa mistrza: “W nowym położeniu trzeba się jak najmniej ujawniać”, postanowiłam co mam zrobić. Szybko przebrałam się w strój. Prosta czarna sukienka i fartuch do tego. Materiał drapał ją, ale przynajmniej dobrze leżał. Kiedy skończyłam się przebierać, ukryłam wszystkie rzeczy w szufladzie, którą zamknęła na kluczyk. Powiesiła go sobie na szyi. Kiedy zeszłam do kuchni od razu zostałam złapana przez jedną z kucharek.
- No wreszcie jesteś. Trzeba obrać warzywa! Umiesz to zrobić, dziewko? - spytała.
Kiwnęłam jedynie głową.
- A tak właściwie jak Cię wołają? Nie możemy wołać na Ciebie "ej, Ty"! Ja jestem Pani Fraun. I tak masz mi mówić.
- Annmea, pani Fraun. - szepnęłam.
- Za długie. Skrócimy to do Mea. Krótkie, szybkie i łatwe do zapamiętania. Tak więc, Meo, bierz się do roboty. Warzywa czekają. - rzekła po czym pokazała mi co i jak.
Wieczorem kiedy kładłam się spać podeszły do mnie dwie dziewczyny. Jedna, blondynka miała na imię Anna, a druga, ruda Sae.
- Więc to Ty jesteś ta nowa. - zauważyła odkrywczo Sae.
Kiwnęłam tylko głową, wiążąc troczki koszuli.
- Co Ci stało w ramię? - zapytała Anna wskazując mój bandaż.
- Nic. - szepnęłam, wciąż skupiając się na wiązaniu koszuli.
- Nie chcesz nie mów. - powiedziała blondynka wchodząc na swoje łóżko.
- Wybacz Annie, jest zmęczona. Ja w sumie też. - rzekła Sae zajmując środkową prycz. - Dobranoc.
Miałam nadzieję, że dadzą mi spokój, ale bardzo się pomyliłam. Przyczepiły się mnie jak rzep psiego ogona. W nocy nie mogłam spać. Patrzyłam za okno na gwiazdy rozmyślając czy moi bliscy teraz patrzą w to samo niebo gdzieś daleko na wygnaniu. Czy myślą o mnie. Czy raczej są przekonani, że nie żyję. Uformowałam małą kulę światła. Pierwsze zaklęcie jakiego się nauczyłam. Bym przestała bać się ciemności. Umieściłam tam twarz mistrza. Taką jaką ją zapamiętałam. Uśmiechniętą i pełną ciepła. Przerwałam zaklęcie i udało mi się jakoś zasnąć.
Od tamtego czasu minęły dwa lata. Bardzo szybko nauczyłam się topografii pałacu więc i awansowałam. Zyskałam aprobatę pracowników bo byłam cicha i się nie odzywałam. Nocami wymykałam się do biblioteki czytać. Znalazłam w głębokich piwnicach całkiem dobry zbiór książek o magii, z których codziennie się uczyłam. Tam też ćwiczyłam swoje ciało, aby nic nie mogło mnie zaskoczyć. Zaprzyjaźniłam się ze sporym stadkiem bezpańskich zwierząt, które przynosiły mi wiadomości z miasta. Nauczyłam się rozmawiać nawet ze szczurami, które karmiłam w piwnicach. Po prostu żyć nie umierać. Oczywiście jak zwykle wszystko musiało się skomplikować. Tydzień poprzedzający moje urodziny był wypełniony pracą, gdyż szykował się wielki bal maskowy na zamku. Więc w poniedziałek nogi mi odpadały. Ale poszłam jeszcze nakarmić koty. Z ogromną miską odpadków mięsa wyszłam na podwórze. Zaczęłam je karmić słuchając nowin. Dowiedziałam się, że w mieście będzie ogromny jarmark w dzień przesilenia zimowego. Zaczęłam żałować, że będę zbyt potrzebna w zamku i nie będę mogła się urwać. Przez drzwi usłyszałam słowa Sae.
- Gdzie jest Mea? - spytała najprawdopodobniej panią Fraun.
- Gada z kotami. - opowiedziała jej kobieta.
- Robi co? - usłyszałam słowa pani Naemy. - A mówiłam jej żeby przestała!
Moi mali przyjaciele czmychnęli w noc. A drzwi otworzyły się chwilę potem. Stanęły w nich Naema i Sae. Kobieta odebrała mi prawie pustą miskę z odpadkami i bez słowa weszła do środka. Przyglądałam się milcząco Sae.
- Chodź, niemowo. Mam sprawę. - mruknęła kiwając na mnie głową.
Wstałam i otrzepałam fartuch z okruszków. Spojrzałam jeszcze w miejsce gdzie zniknęły koty.
- Idziesz? - krzyknęła ze środka dziewczyna.
Poszłam za nią do ciepłego pomieszczenia. Kucharz rzucił mi jabłko. Złapałam je od razu.
- Zasłużyłaś. - rzekł z uśmiechem.
Kiwnęłam głową w podziękowaniu. Poszłam za Sae do łaźni dla służby. Czekała tam na nas Anna. Miałam bardzo, bardzo złe przeczucia. Chciałam wyjść, ale Sae zamknęła drzwi odcinając mi drogę ucieczki. Mogłam ją postraszyć ognistą kulą, ale ryzykowałam ujawnienie. I wyrzucenie z pracy. Musiałam czekać na rozwój wydarzeń.
- Książę dziś wydarł się na Annę. I to nie pierwszy raz. - oznajmiła mi Sae.
Nic nowego. Mnie też dostało się kilka razy po uszach od księcia. Taki już był. Służba musiała do tego przywyknąć. Nie wiedziałam jednak co to ma wspólnego ze mną.
- Chcemy jakoś utrzeć nosa księciu i tu jesteś nam potrzebna Ty. - rzekła Anna.
- J-ja? - wydukałam, cofając się pod ścianę. Złe przeczucia nasiliły się.
- Chcemy, żebyś na balu maskowym podeszła do księcia i z nim zaczęła gadać. Czarować go. Nie wiem. W każdym razie tak, aby potem go ośmieszyć, że poświęcił więcej niż jedno spojrzenie i słowo służącej.
- Nie! - pisnęłam.
Ryzykowałam utraceniem posady. Nie mogłam tego zrobić. Poza tym czemu ja? One mogły to zrobić.
- Nie? - rzekła Sae zaskoczona. - Nie?! To może powiem Naemie co robisz nocami. Że wymykasz się nie wiadomo gdzie? I robisz nie wiadomo co? Doskonale wiesz, że nie ma o Tobie zbyt dobrej opinii.
- Czemu ja? - spytałam drżącym głosem.
- Ponieważ... - powiedziała Anna podchodząc i owijając wokół palca pasmo moich lśniących włosów.- Jesteś niezwykle urodziwa. Takiej buźki nie ma byle służka. Trochę mydła, spinek i jakieś ładne ubranko i będziesz wyglądać lepiej od tych wszystkich napuszonych księżniczek.
- Poza tym kolor twoich oczu jest dość niecodzienny.
- Rozpozna mnie! - pisnęłam, odpychając je.
- To bal maskowy. Każdy będzie mieć maskę. Nikt Cię nie pozna. - powiedziała Anna.- Wiem nawet gdzie kupić jakąś tanią i ładną. Pasującą do sukienki.
- Nie mam… - zaczęłam.
- A to co ukradłaś z zamtuza? Zostało Ci coś? - spytała Sae.
Nagle sobie przypomniałam. Została mi jedna strojna suknia, która była moja oraz ozdoba do włosów. Miałam jeszcze suknię w której przybyłam i ciepłą kurtkę z futrem. Ale nie miałam butów. Ani spinek.
- Pokażesz nam? - spytała Sae, uśmiechając się groźnie.
Poddałam się i poszłam do sypialni. Otworzyłam szufladę przy pomocy kluczyka. Wyciągnęłam zawinięte w płótno stroje i ozdobę. Zauważyłam, że oczy dziewczyn zaświeciły się na widok tych skarbów.
- To jest piękne. - sapnęła Anna.
Wyciągnęłam długą, granatową jak nocne niebo suknię. Rękawy były z prześwitującego granatowego materiału, tak samo dekolt. Góra wyszywana była złotą nicią. Widać było, że jest ona opinająca. Dół rozlewał się niczym wodospad błyszczącego ciemnego szafiru. Do tego był futrzany płaszcz ciemnogranatowego koloru, długi do połowy uda. Cały kaptur miał obszyty futrem i tak samo rękawy. Zapinany na piersi. Całość obrobiona białym futrem. Na rękawach miał wyszyte złote wzory. Ozdoba do włosów również była ze złota. Nie przyznałam się do tego, ale należała kiedyś do mojej matki. Był to jakby diadem z szafirowymi łzami (takimi jak na zdjęciu).
- Jak książę Cię w tym zobaczy to padnie. - stwierdziła Sae.
Pokręciłam przecząco głową. Złożyłam rzeczy i schowałam do szuflady. Zamknęłam ją na klucz. “W co ja się pakuję?” - pomyślałam.
- Czyli zgadzasz się? - spytała Sae.
Kiwnęłam głową. Nie miałam wyjścia. Miałam nadzieję, że to się jakoś nie rozniesie. Kiedy dziewczyny spały wymknęłam się bo i tak nie mogłam spać. Zwierzyłam się szczurom w piwnicach, kiedy już zapaliłam świece.
- Dè tha mi ag ràdh a dhèanamh?* - spytałam je.
Popatrzyły się na mnie świecącymi oczkami. Jeden otarł się o moją rękę w geście pocieszenia. Oddałam im resztki mięsa i zaczęłam ćwiczyć zaklęcia. Unosiłam przedmioty w górę. Sprawiałam, że nad dłonią płonął mi ogień. Ale wystarczył szelest, aby mnie rozproszyć. Przypaliłam sobie dół sukni. Szczury pisnęły wystraszone i uciekły. Zgasiłam to podmuchem powietrza. Przy okazji gasząc świece i zrzucając ze stołu kilka ksiąg. Usiadłam na podłodze w ciemnościach i rozpłakałam się po raz pierwszy od lat. Płakałam za utraconym domem, samotnością, zagrożeniem idącym w ciągu tygodnia. Już niedługo stracę dom także tutaj. Ujrzałam jasną kulę światła. Większą niż umiałam uformować. Wytarłam twarz rękawem. Dotknęłam świetlistego przedmiotu. Ujrzałam w jego wnętrzu mojego mistrza.
- Mistrzu!
Uśmiechnął się do mnie.
- Wszystko będzie dobrze malutka. Przecież nauczyłem cię zaklęcia, które rozproszy mrok. Dalej użyj go. - powiedział. Złożyłam dłonie i po chwili gdy je rozłożyłam błyszczała na nich taka sama, ale mniejsza kopia kuli.- Nie martw się. Pamiętaj, uratować może Cię zawsze Twój umysł.
- Tęskniłam za Tobą. Nie zostawiaj mnie. - szepnęłam.
- Zawsze będę przy Tobie. Ale teraz muszę już iść. Ale muszę jeszcze cię ostrzec. Siły zła zaczynają rosnąć w siłę. I co najważniejsze. Graj tak dobrze jak umiesz, a będzie dobrze. Pamiętaj, że masz tytuł. Twoje nazwisko ma wartość, nie ważne co mówią inni. Nieważne co sama sądzisz. - kula zamigotała i zmieniła się drobinki srebrnej mgły.
- Moje nazwisko było chyba tylko coś warte na terenie gildii. - szepnęłam do siebie. - Siły zła?
Podniosłam się z podłogi i biorąc łuk wyszłam na podwórze. Po szybkim sprincie byłam już na polanie, na którą raczej nikt nie chodził. Tarcze stały tak jak je ustawiłam poprzednim razem. Sięgając po strzałę spojrzałam w kierunku wymarłych okien zamku. Puste oczodoły okien zdawały się mi przyglądać. Szybko odnalazłam wzrokiem okna komnaty księcia. Wydawało mi się, że ktoś w nich stoi, ale kiedy spojrzałam raz jeszcze nikogo tam nie było. “Wydawało mi się” - pomyślałam. Wypowiedziałam kilka słów i runy wyryte na ramionach łuku zalśniły księżycowym światłem. Oczy zabłysły mi tym samym blaskiem. Od razu mimo ciemnej, zimowej nocy zobaczyłam swoje cele. Teraz tylko nałożyłam strzałę na cięciwę. Naciągnęłam ją i puściłam. Pęd powietrza musnął mój policzek, a strzała poleciała do celu. Utkwiła w stojaku. Spróbowałam znów. Ale to było na nic bo żadna ze strzał nie zbliżyła się nawet do środka. Więc nawet nie próbowałam strzelać w ruchu. Kiedy opróżniłam kołczan wstałam i podeszłam do najbliższej tarczy. Sfrustrowana wyrywałam z niej kolejne strzały. Kiedy skończyłam wrzuciłam wszystkie do kołczana. Zaczęło się robić szaro i zaczął prószyć śnieg. Szybko wróciłam do sypialni. Jak najciszej ukryłam broń pod materacem. To samo zrobiłam ze strojem do ćwiczeń. Założyłam strój do kuchni. Poszłam tam. Zaczęłam myć naczynia. Zamyśliłam, gdy prawie stłukłam pozłacany półmisek postanowiłam się bardziej skupić.
- O dzień dobry! - krzyknął od progu kucharz. - Co tak wcześnie?
- Nie mogłam spać. Bal chyba będzie dosyć wystawny? - rzekłam nie odrywając się od roboty. Po raz pierwszy odważyłam się więcej powiedzieć. Kucharza to nie zdziwiło. Raczej ucieszyło.
- Tak. To drugie tysiąclecie od momentu zakończenia wojny z siłami zła.
- Hm?- zapytałam. Przypomniała mi się opowieść mistrza. Tylko, że ja byłam zbyt zajęta napełnianiem atramentem owczego pęcherza, żeby go słuchać.
- Niegdyś magów było tutaj więcej. Wszędzie się o nich słyszało. A szczególnie o legendarnej gildii magów z Telepsa Lan.
- Srebrzystej doliny. - szepnęłam do siebie.
- Znasz mowę elfów? - rzekł zaskoczony kucharz.
- Niezbyt. - przyznałam.
- Na czym skończyłem? A już wiem. Ci magowie z Telepsa Lan zrzeszali same najpotężniejsze rody. Każdy kto miał magiczne zdolności mógł się czegoś nauczyć. Ich potęga polegała na tym, że szkolili każdego. I kobiety i mężczyzn. Nie było u nich czegoś takiego jak pierworodny najważniejszy. Byli sobie równi. Szczególnie uzdolnione dzieci oddawano pod naukę najlepszych, gdzie szlifowały swoje umiejętności. A co najciekawsze nigdy nie uczyli ich polegania jedynie na swojej magicznej mocy. Zawsze trenowali tak samo jak żołnierze. Walka mieczem, sztyletami, strzelanie z łuku. Uczyli ich szybkości i zwinności. Niczym szpiegów. Wiodła u nich prócz nauki magii, nauka strategii. Jednym z najpotężniejszych rodów był ród Mealinesenne. Mówią, że wywodził się on od potężnego elfiego rodu. Ale dobrze nie pamiętam.
I pewnej zimy siły zła spróbowały przejąć władzę nad światem. Jednak magowie nie złamali się jak ludzie. Nie uciekli jak krasnoludy czy elfy. Stawili czoło mrokowi i wygrali. Walka była okrutna. Wielu z nich tego dnia przelało swoją krew na Równinie. I do dziś piasek jest tam krwistoczerwony. Po wojnie wrócili oni do miasta. - jego spojrzenie pociemniało. - Ale zamiast uzyskać szacunek przywitał ich lęk. Nikt nie chciał złożyć im gratulacji. Żadnego dziękuję. Obawiali się, że magowie ich skrzywdzą. Kazali im odejść. Chociaż mówią, że to magowie sami postanowili odejść z Telepsa Lan. I słuch o nich zaginął. Mówią, że ukryli się głęboko gdzieś w lasach Aranayi. Albo, że już nie ma nikogo. Ale czy ja wiem ile w tym prawdy? Może po prostu poukrywali się gdzieś w Sayari. Kto wie. Może to nawet lepiej. Ludzie mniej się boją. Jest już dość dziwactw na tym świecie.
- Po co kładziesz jej do głowy te bzdurne legendy? - spytała Naema wchodząc do kuchni.
Słysząc o Aranayi. Moim domu. Mojej rodzinie. Tak zostałam zaskoczona, że upuściłam talerz, który rozbił się na drobne kawałeczki.
- I widzisz co się przez to dzieje? Mea, skup się. - powiedziała wręczając mi miotłę i szuflę.
Rozejrzałam się po kuchni. Okazało się, że cała służba przysłuchiwała się historii.
- Co tak stoicie? Do roboty! - zarządziła Naema.
I wszyscy nagle jak wyrwani z transu zabrali się za swoje obowiązki. Zaczęłam zmiatać szczątki naczynia, ale myślami byłam gdzieś. Daleko w zielonych lasach Aranayi. I w domu w Górze. A potem przeniosłam się do odległej i tajemniczej Srebrzystej Doliny. Do dziś ich mury poznaczone pradawnymi runami, błyszczały srebrzystym blaskiem. Stąd nazwa. Telepsa Lan. Klepnięcie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Zobaczyłam Sae, szczerzyła się do mnie niczym Salem Starszy kiedy coś przeskrobie i ja doskonale o tym wiem. Ale Salem Starszy był od niej o wiele mądrzejszy i był kotem.
- Ta podłoga nie będzie już czystsza. - zakpiła. - Mamy maskę. Myślę, że będzie pasowała do Ciebie. - szepnęła mi do ucha.
Wzdrygnęłam się na te słowa. Czyli nie ma już odwrotu. Westchnęłam cicho. Podniosłam szuflę i wrzuciłam do śmieci jej zawartość. Szybko zajęłam się swoimi obowiązkami. Zajęłam tym umysł, aby nie myśleć o pomyśle Sae i Anny. Przeklęłam w duchu ich słowa o mojej urodzie. W czasie przerwy obiadowej wyciągnęły mnie z kuchni. Pokazały swój nabytek. Granatowa atłasowa maska. Zdobiona złotym brokatem i imitacją kamieni szlachetnych. Po prawej stronie miała trzy pióra. Środkowe było czarne, a dwa granatowe. Wiązana była dwiema wstążkami. “Piękna” - przemknęło mi przez myśl. Szybko pokręciłam głową, by pozbyć się tej myśli. Ukryłam ją w szufladzie w sypialni. Wróciłam na obiad do kuchni, ale nie zjadłam zbyt wiele. W sumie prawie nic. Całą rybę oddałam kotom, które próbowały mnie pocieszyć. Ale niestety bezskutecznie.
Przez resztę tygodnia pracowałam za trzy osoby. Byle tylko nie myśleć o zbliżającym się balu. Obiecałam sobie, że kiedy będzie po wszystkim nie odezwę się więcej do Sae i Anny. Nocami wciąż ćwiczyłam i uczyłam się. Tylko dołożyłam do tego jeszcze naukę wszystkich zaproszonych gości. Kto kim jest i jak należy się do niego zwracać. Kiedy nadszedł dzień balu i moich osiemnastych urodzin znałam już imiona, nazwiska oraz tytuły wszystkich zaproszonych gości. Sae i Anna jakimś cudem zdobyły zaproszenie i dla mnie. Widniało tam moje imię i nazwisko, które podałam heroldowi. Tym razem ciemność przyszła kiedy zegar wybił trzecią po południu. To przez ciężkie śniegowe chmury, który nadciągnęły z północy i otoczyły miasto grubym kordonem. Cała służba zajęta była ostatnimi przygotowaniami do bankietu, więc całą łaźnię miałyśmy dla siebie. Ale nie pozwoliłam Annie i Sae wejść do środka. Sama umyłam włosy i całe ciało. Zdjęłam na ten czas bandaż. W lustrze idealnie widziałam poznaczone szramami ramię. Mogłam znaleźć zaklęcie, które je usunie, ale nie chciałam tego robić. Mistrz, by tego nie pochwalił. Poza tym nie pozwalały mi one zapomnieć. Zapomnieć o wszystkim co się wydarzyło. Znów się zamyśliłam. Bawiłam się unosząc i opuszczając kule wody. Z zamysłu wyrwało mnie pukanie do drzwi.
- Mea! Długo jeszcze? - spytała Sae.
Westchnęłam i wyszłam z wody. Szybko wysuszyłam włosy i ubrałam halkę. Owinęłam bandaż wokół ramienia. Przejrzałam się w lustrze. Mydło zmyło cały brud i moja twarz była jasna i rumiana. Uśmiechnęłam się do odbicia, ale uśmiech był smutny. Otworzyłam drzwi. Dziewczyny od razu wparowały do środka.
- Co tak długo? Bankiet zaraz się zacznie! - warknęła Sae.
Jedynie wzruszyłam ramionami. Pomogły mi zasznurować suknie i ułożyć włosy. Zgodnie zdecydowały, że takie pofalowane mogą zostać tylko trochę poupinały je wsuwkami.. Założyły mi na głowę ozdobę. Czułam na czole chłód szafiru i ciężar złota. Włożyłam płaszcz z futrem. Zapięłam jego guziki. Na koniec włożyłam maskę i wsunęłam stopy w atłasowe granatowe pantofelki na płaskim obcasie. Cofnęłam się, by przejrzeć się w lustrze. Kiedy ujrzała swoje oblicze, aż sapnęłam ze zdziwienia. Wyglądałam jak mniejsza kopia mojej matki. Wszystko idealnie pasowało do siebie.
- Łał. - mruknęła Anna.
- Łał. - zawtórowała jej Sae. - Tylko ten bandaż… Zdejmij go.
Pokręciłam przecząco głową.
- To chociaż załóż to. - rzekła wręczając mi granatowe rękawiczki.
Żeby je założyć musiałam zdjąć płaszcz. Zasłoniły częściowo bandaż, tak, że jeśli ktoś nie będzie się zbytnio przyglądał, nie zauważy go i znów włożyłam płaszcz.
- A teraz pora iść na bankiet. - Anna klasnęła w dłonie. Jej oczy zabłysły. - Tędy.
Poprowadziła nas bocznymi korytarzami na zewnątrz. Zaczął padać śnieg. Wyciągnęłam z kieszeni moje zaproszenie i weszłam po głównych schodach zamku. Tych samych, którymi szłam pierwszego dnia służby. Czułam jakby serce miało mi zaraz wyskoczyć z piersi. Odwróciłam się. Anna i Sae gdzieś zniknęły. Uważając żeby się nie potknąć na śliskich schodach ruszyłam dalej. Wokół mnie spieszyli goście. W świetle pochodni ustawionych na stopniach widziałam ich twarze i zaczęłam ich rozpoznawać. Zamek był rozświetlony tysiącami świateł. Widok zapierał dech w piersiach. Weszłam do hallu. Kandelabr nad moją głową lśnił niczym diament. Całe pomieszczenie było wypełnione gwarem. Służący zabierali płaszcze, a dłonie były ściskane z wymianą uprzejmości. Służący chciał wziąć mój płaszcz, ale go odprawiłam. Nagle podeszli do mnie lord i lady z rodu Wella. Lord ucałował wierzch mojej dłoni, a Lady ją uścisnęła.
- Chyba jeszcze się nie znamy. - rzekł lord. - Jestem Lord Andre Wella, a to moja małżonka Lady Sanae Wella z rodu Faerów. - Przedstawił się. - Wybacz, że pytam, ale kim Ty jesteś?
- Na imię mi Miadella Annmea Mealinesenne. - rzekłam składając ukłon. Wykorzystałam drugie imię. Mistrz kiedyś powiedział mi, że mam tak robić. Gdyż jest mała szansa, że dojdą do mojego imienia, gdybym udawała na przykład służącą. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. - Miło mi Was poznać, Wasze lordowskie mości.
Spojrzałam im uważnie w oczy. Ile to uśmiech może zdziałać. Byli zaskoczeni.
- Mealinesenne? Jak ten ród magów? - spytała Lady.
- Tak, pani. Jednakże to raczej daleki odłam, gdyż moja familia od pokoleń nie wykazuje magicznych zdolności. - skłamałam gładko.
- Nie ma przy Tobie ojca? - zapytał mnie lord.
Pokręciłam przecząco głową i przybrałam zasmucony wyraz twarzy.
- Przez przemiany polityczne w Aranayi zostaliśmy rozdzieleni. I nie wiem kiedy znów się spotkamy.
- To gdzie teraz mieszkasz? - zapytał zaciekawiony hrabia Donvan przyłączając się do rozmowy.
- Mieszkam u dalekich znajomych mej rodziny. To dobrzy ludzie. - rzekłam z delikatnym uśmiechem.
Dalszą rozmowę przerwał nam dźwięk otwieranych wrót. Punktualnie o piątej wrota ukazały naszym oczom ogromną salę balową. Z sufitu zwieszały się kryształowe kandelabry oraz tysiące ozdób. Świece paliły się srebrnych lichtarzach. Powietrze pachniało kwiatami, którymi udekorowane były kolumny i balkony. Lśniły wypolerowane srebra i porcelany. Kryształowe kieliszki lśniły niczym gwiazdy. Obrysy były śnieżnobiałe ozdobione krwistoczerwonymi wzorami. Potrawy i smakołyki kusiły obietnicą nieba w gębie. Zapach kwiatów mieszał się ze słodkim zapachem wyrobów cukierniczych. Po butelkach rozpoznałam, że władca kazał wystawić swoje najlepsze wino. Widok zapierał dech w piersiach. Wokół siebie słyszałam pomruki aprobaty. Przeniosłam wzrok na podwyższenie i tron. Właśnie szedł ku nam władca, a za nim kroczyły jego dzieci. Rozłożył ramiona w geście powitalnym i jego oblicze rozpromieniło się w uśmiechu.
- Witajcie! - zakrzyknął. - Witajcie na naszym balu!
Zatrzymał się u stóp schodów. Teraz było najważniejsze. Zaproszenia. Wyciągnęłam moje. Arystokraci zaczęli się ustawiać według hierarchii. Ja stanęłam prawie na końcu. “Kiedy nie wiesz gdzie się ustawić, nigdy nie stawaj na końcu. Stań pod koniec, ale nigdy na końcu”. Słyszałam słowa mistrza w głowie tak wyraźnie jakby stał zaraz obok i cierpliwie mi tłumaczył wszystkie najważniejsze zasady. Usłyszałam odchrząknięcie. Spojrzałam na wyciągniętą dłoń herolda. Posłałam mu delikatny uśmiech.
- Proszę o wybaczenie. Zamyśliłam się. - wyciągnęłam swoje zaproszenie i mu podałam.
Uważnie przeczytał jego treść. Po czym mi je zwrócił. Odwrócił się do tłumu zgromadzonego pod schodami.
- Panienka Miadella Annmea Mealinesenne. - zakrzyknął.
Szmer przeszedł przez tłum. Ale zaraz ktoś wyjaśnił wszystko i wszyscy zamilkli tracąc zainteresowanie. Zeszłam po alabastrowych schodach wprost do króla. Zatrzymałam się przed nim, składając głęboki protokolarny ukłon okraszony słowami: “Wasza Wysokość”. Oblicze władcy wciąż promieniało uśmiechem, czego nie można było powiedzieć o księciu. Wyglądał jakby się nudził. Król uścisnął mi dłoń. To samo zrobiły jego dzieci. Wymieniliśmy kilka uprzejmości po czym wymieszałam się w tłum. Kiedy rodzina królewska przywitała się ze wszystkimi władca przeszedł przez tunel utworzony przez gości na podwyższenie tronu.
- Świętujemy dziś kolejne stulecie pokoju w Sayari. Jak na razie żadne wrogie siły nie próbują zniewolić naszych umysłów, ciał i dusz! Najdłuższa noc w roku nie jest na więc straszna! Moi drodzy delektujmy się więc tym wieczorem. Życzę wszystkim dobrej zabawy! Niechaj rozpocznie się bankiet! - po tych słowach zasiadł na tronie.
Wiedziałam, że najpierw będzie poczęstunek, a potem tańce. Podeszłam do stołu. Zjadłam małe ciasteczko, a służący nalał mi wina. Upiłam łyk. Było wyborne. Smakowało jak lato zamknięte w butelce. Pamiętałam jednak, że nie mogę przesadzić. Kiedyś mój starszy o dziewięć lat brat się upił. Mistrz bardzo się na niego zdenerwował. Nie dlatego, że był pijany. Tylko dlatego co zrobił po pijaku. Powiesił moją ulubioną lalkę pod sufitem biblioteki. Tak mnie to zdenerwowało, że jakimś cudem sprawiłam, że wszystkie książki pospadały z półek. Przygniotły by mnie, gdyby nie mój mistrz. Chłopak za karę musiał poukładać wszystkie książki na miejsce bez użycia czarów. Był na mnie za to wściekły, ale sam był sobie winien. Rozejrzałam się za księciem, ale nigdzie nie mogłam go wypatrzeć. Miałam nadzieję, że Anna i Sae mi odpuszczą. Nie miałam racji. Stojąc przy filarze ktoś wsunął mi w dłoń karteczkę. Przeczytałam ją. “Jest na balkonie” - głosił napis. Puls mi przyśpieszył. Jednak szybko opanowałam zdenerwowanie. Nagle usłyszałam znajomą mowę. Odwróciłam się. Bez wątpienia byli to elfowie. Na dodatek magowie. Przez gwar ich za dobrze nie słyszałam. Ale mówili to samo co mój mistrz tamtej nocy. Że mrok powoli podnosi łeb. I że żałują, że gildia magów z Telepsa Lan nie daje znaków życia od stuleci. Zmarszczyłam brwi próbując zrozumieć o co im chodzi. Nagle ich spojrzenie zaczęło przeczesywać tłum. Zanim spoczęło na mnie wymówiłam bezgłośnie zaklęcie ukrywające moją aurę. Kiedy zatrzymało się na mojej osobie skłoniłam się im lekko. Odpowiedzieli mi kiwnięciem głową. Wrócili do swojej rozmowy, ale przeszli kawałek dalej. I więcej już nie mogłam ich słyszeć. Ruszyłam więc na balkon trzymając w dłoni kieliszek z winem. Drzwi były otwarte i do środka wpadało zimne powietrze. Wyszłam na zewnętrzny balkon. Chłodny wiatr od razu ucałował mi policzki. Śnieg przestał padać, chmury się rozwiały, a na horyzoncie stał księżyc w pełni zalewając blaskiem całą okolicę. Gwiazdy błyszczały w górze niczym klejnoty. Noc wydawała się przyjazna. Ujrzałam chłopaka w masce. Siedział na barierce i opierał się o ścianę. Miał przymknięte oczy. Podeszłam do końca balkonu. Postawiłam kieliszek i oparłam dłonie na murowanej barierce. Wdychałam chłodne powietrze. Usłyszałam jakiś ruch za sobą. I ciche skrzypienie śniegu pod jego krokami.
- Piękna noc. Nieprawdaż, Wasza Wysokość? - rzekłam do księcia, odwracając się do niego.
Powiał wiatr, unosząc mojej włosy. Przytrzymałam je dłonią, aby nie wpadały mi do oczu.
- Kim Ty jesteś? - zapytał mnie patrząc mi w oczy.
- Miadella Annmea Mealinesenne - rzekłam, składając mu ukłon.
Nie wiedziałam o co mu może chodzić.
*- Co ja mam zrobić?
< Sakit? Wybacz, trochę się rozpisałam, co ta nuda robi z człowiekiem. :p >
- Ojcze myślisz, że przyjmę przybłędę do siebie? Przecież nawet nie wiem kim jest poza tym, że kiedyś pracowała w burdelu! - krzyknęła Naema.
Kilku służących odwróciło się w ich stronę uważnie się nam przyglądając. Mimo, że byłam wyższa od starca, ukryłam się za jego plecami.
- Naema! Ciszej! - skarcił ją Farian. - Jeszcze druga połowa zamku nie ma o tym pojęcia!
- Ale… - zaczęła.
- Żadnego ale! Dawny opiekun tej dziewczyny uratował mi życie przed laty. Mam wobec niego dług, który mogę chociaż po części spłacić.
Kobieta w końcu niechętnie się zgodziła.
- Ojcze idź już. Sama ją przyuczę, mamy mnóstwo pracy. - powiedziała. - Chodź. - rzekła ciągnąc mnie za ramię.
Jednak ja się jej wyrwałam i podbiegłam do mężczyzny. Mocno go uściskałam.
- Dziękuję. Dziękuję.
Kiedy się od niego odsunęłam ujrzałam jego uśmiech.
- Panienko, jesteśmy w mieście, więc jeśli czegoś, by Ci brakowało albo działo się coś złego możesz zawsze do mnie przyjść. I pamiętaj jest w Tobie coś co Cię wyróżnia. Nie zmarnuj tego. Mam nadzieję, że Twoi bliscy wciąż żyją i kiedyś mam nadzieję ich odnajdziesz.
Ja jedynie pokręciła głową. Nie byłam już panienką. Nigdy więcej.
- Nie jestem już panienką. Byłam nią dawno temu. W innym życiu. To co mnie wyróżniało zginęło tamtej nocy. Teraz jestem nikim.
On tylko pokręcił głową i życząc mi powodzenia odszedł. Poczułam się wtedy tak samotna jak jeszcze nigdy dotąd.
- Dziewczyno, idziesz? - spytała Naema.
Jedynie kiwnęłam głową i poszłam za nią. Zaprowadziła mnie do obszernej komnaty, gdzie pod sufitem suszyło się pranie, a poniżej stały ustawione trzypoziomowe łóżka. Podeszła ze mną do ostatniego, koło wysokiego okna. Położyłam swoje zawiniątko ze skromnym majątkiem na materacu.
- Tutaj będziesz spać. A tutaj... - rzekła podchodząc do ogromnej szafy. - Będziesz mieć swój ubiór do pracy. Podpisz tylko kołnierzyk, żeby się nie pomylił. Jesteś wysoka więc ten będzie pasował. - rzekła wyjmując jeden z uniformów. - Tutaj, możesz włożyć swoje rzeczy. - wskazała szufladkę poniżej. - Jak już się ubierzesz przyjdź do kuchni. Na razie tam będziesz pomagać, potem zobaczymy. A buty stoją pod Twoim ubiorem bo w tych na pewno nie będziesz chodzić.
I wyszła z pokoju. Spojrzałam na swoje buty. Z miękkiej skórki i z wyszywanymi złotą nicią wzorami. Były na mnie trochę za duże. Przez chwilę siedziałam myśląc nad swoim położeniem. Po czym przypominając sobie słowa mistrza: “W nowym położeniu trzeba się jak najmniej ujawniać”, postanowiłam co mam zrobić. Szybko przebrałam się w strój. Prosta czarna sukienka i fartuch do tego. Materiał drapał ją, ale przynajmniej dobrze leżał. Kiedy skończyłam się przebierać, ukryłam wszystkie rzeczy w szufladzie, którą zamknęła na kluczyk. Powiesiła go sobie na szyi. Kiedy zeszłam do kuchni od razu zostałam złapana przez jedną z kucharek.
- No wreszcie jesteś. Trzeba obrać warzywa! Umiesz to zrobić, dziewko? - spytała.
Kiwnęłam jedynie głową.
- A tak właściwie jak Cię wołają? Nie możemy wołać na Ciebie "ej, Ty"! Ja jestem Pani Fraun. I tak masz mi mówić.
- Annmea, pani Fraun. - szepnęłam.
- Za długie. Skrócimy to do Mea. Krótkie, szybkie i łatwe do zapamiętania. Tak więc, Meo, bierz się do roboty. Warzywa czekają. - rzekła po czym pokazała mi co i jak.
Wieczorem kiedy kładłam się spać podeszły do mnie dwie dziewczyny. Jedna, blondynka miała na imię Anna, a druga, ruda Sae.
- Więc to Ty jesteś ta nowa. - zauważyła odkrywczo Sae.
Kiwnęłam tylko głową, wiążąc troczki koszuli.
- Co Ci stało w ramię? - zapytała Anna wskazując mój bandaż.
- Nic. - szepnęłam, wciąż skupiając się na wiązaniu koszuli.
- Nie chcesz nie mów. - powiedziała blondynka wchodząc na swoje łóżko.
- Wybacz Annie, jest zmęczona. Ja w sumie też. - rzekła Sae zajmując środkową prycz. - Dobranoc.
Miałam nadzieję, że dadzą mi spokój, ale bardzo się pomyliłam. Przyczepiły się mnie jak rzep psiego ogona. W nocy nie mogłam spać. Patrzyłam za okno na gwiazdy rozmyślając czy moi bliscy teraz patrzą w to samo niebo gdzieś daleko na wygnaniu. Czy myślą o mnie. Czy raczej są przekonani, że nie żyję. Uformowałam małą kulę światła. Pierwsze zaklęcie jakiego się nauczyłam. Bym przestała bać się ciemności. Umieściłam tam twarz mistrza. Taką jaką ją zapamiętałam. Uśmiechniętą i pełną ciepła. Przerwałam zaklęcie i udało mi się jakoś zasnąć.
Od tamtego czasu minęły dwa lata. Bardzo szybko nauczyłam się topografii pałacu więc i awansowałam. Zyskałam aprobatę pracowników bo byłam cicha i się nie odzywałam. Nocami wymykałam się do biblioteki czytać. Znalazłam w głębokich piwnicach całkiem dobry zbiór książek o magii, z których codziennie się uczyłam. Tam też ćwiczyłam swoje ciało, aby nic nie mogło mnie zaskoczyć. Zaprzyjaźniłam się ze sporym stadkiem bezpańskich zwierząt, które przynosiły mi wiadomości z miasta. Nauczyłam się rozmawiać nawet ze szczurami, które karmiłam w piwnicach. Po prostu żyć nie umierać. Oczywiście jak zwykle wszystko musiało się skomplikować. Tydzień poprzedzający moje urodziny był wypełniony pracą, gdyż szykował się wielki bal maskowy na zamku. Więc w poniedziałek nogi mi odpadały. Ale poszłam jeszcze nakarmić koty. Z ogromną miską odpadków mięsa wyszłam na podwórze. Zaczęłam je karmić słuchając nowin. Dowiedziałam się, że w mieście będzie ogromny jarmark w dzień przesilenia zimowego. Zaczęłam żałować, że będę zbyt potrzebna w zamku i nie będę mogła się urwać. Przez drzwi usłyszałam słowa Sae.
- Gdzie jest Mea? - spytała najprawdopodobniej panią Fraun.
- Gada z kotami. - opowiedziała jej kobieta.
- Robi co? - usłyszałam słowa pani Naemy. - A mówiłam jej żeby przestała!
Moi mali przyjaciele czmychnęli w noc. A drzwi otworzyły się chwilę potem. Stanęły w nich Naema i Sae. Kobieta odebrała mi prawie pustą miskę z odpadkami i bez słowa weszła do środka. Przyglądałam się milcząco Sae.
- Chodź, niemowo. Mam sprawę. - mruknęła kiwając na mnie głową.
Wstałam i otrzepałam fartuch z okruszków. Spojrzałam jeszcze w miejsce gdzie zniknęły koty.
- Idziesz? - krzyknęła ze środka dziewczyna.
Poszłam za nią do ciepłego pomieszczenia. Kucharz rzucił mi jabłko. Złapałam je od razu.
- Zasłużyłaś. - rzekł z uśmiechem.
Kiwnęłam głową w podziękowaniu. Poszłam za Sae do łaźni dla służby. Czekała tam na nas Anna. Miałam bardzo, bardzo złe przeczucia. Chciałam wyjść, ale Sae zamknęła drzwi odcinając mi drogę ucieczki. Mogłam ją postraszyć ognistą kulą, ale ryzykowałam ujawnienie. I wyrzucenie z pracy. Musiałam czekać na rozwój wydarzeń.
- Książę dziś wydarł się na Annę. I to nie pierwszy raz. - oznajmiła mi Sae.
Nic nowego. Mnie też dostało się kilka razy po uszach od księcia. Taki już był. Służba musiała do tego przywyknąć. Nie wiedziałam jednak co to ma wspólnego ze mną.
- Chcemy jakoś utrzeć nosa księciu i tu jesteś nam potrzebna Ty. - rzekła Anna.
- J-ja? - wydukałam, cofając się pod ścianę. Złe przeczucia nasiliły się.
- Chcemy, żebyś na balu maskowym podeszła do księcia i z nim zaczęła gadać. Czarować go. Nie wiem. W każdym razie tak, aby potem go ośmieszyć, że poświęcił więcej niż jedno spojrzenie i słowo służącej.
- Nie! - pisnęłam.
Ryzykowałam utraceniem posady. Nie mogłam tego zrobić. Poza tym czemu ja? One mogły to zrobić.
- Nie? - rzekła Sae zaskoczona. - Nie?! To może powiem Naemie co robisz nocami. Że wymykasz się nie wiadomo gdzie? I robisz nie wiadomo co? Doskonale wiesz, że nie ma o Tobie zbyt dobrej opinii.
- Czemu ja? - spytałam drżącym głosem.
- Ponieważ... - powiedziała Anna podchodząc i owijając wokół palca pasmo moich lśniących włosów.- Jesteś niezwykle urodziwa. Takiej buźki nie ma byle służka. Trochę mydła, spinek i jakieś ładne ubranko i będziesz wyglądać lepiej od tych wszystkich napuszonych księżniczek.
- Poza tym kolor twoich oczu jest dość niecodzienny.
- Rozpozna mnie! - pisnęłam, odpychając je.
- To bal maskowy. Każdy będzie mieć maskę. Nikt Cię nie pozna. - powiedziała Anna.- Wiem nawet gdzie kupić jakąś tanią i ładną. Pasującą do sukienki.
- Nie mam… - zaczęłam.
- A to co ukradłaś z zamtuza? Zostało Ci coś? - spytała Sae.
Nagle sobie przypomniałam. Została mi jedna strojna suknia, która była moja oraz ozdoba do włosów. Miałam jeszcze suknię w której przybyłam i ciepłą kurtkę z futrem. Ale nie miałam butów. Ani spinek.
- Pokażesz nam? - spytała Sae, uśmiechając się groźnie.
Poddałam się i poszłam do sypialni. Otworzyłam szufladę przy pomocy kluczyka. Wyciągnęłam zawinięte w płótno stroje i ozdobę. Zauważyłam, że oczy dziewczyn zaświeciły się na widok tych skarbów.
- To jest piękne. - sapnęła Anna.
Wyciągnęłam długą, granatową jak nocne niebo suknię. Rękawy były z prześwitującego granatowego materiału, tak samo dekolt. Góra wyszywana była złotą nicią. Widać było, że jest ona opinająca. Dół rozlewał się niczym wodospad błyszczącego ciemnego szafiru. Do tego był futrzany płaszcz ciemnogranatowego koloru, długi do połowy uda. Cały kaptur miał obszyty futrem i tak samo rękawy. Zapinany na piersi. Całość obrobiona białym futrem. Na rękawach miał wyszyte złote wzory. Ozdoba do włosów również była ze złota. Nie przyznałam się do tego, ale należała kiedyś do mojej matki. Był to jakby diadem z szafirowymi łzami (takimi jak na zdjęciu).
- Jak książę Cię w tym zobaczy to padnie. - stwierdziła Sae.
Pokręciłam przecząco głową. Złożyłam rzeczy i schowałam do szuflady. Zamknęłam ją na klucz. “W co ja się pakuję?” - pomyślałam.
- Czyli zgadzasz się? - spytała Sae.
Kiwnęłam głową. Nie miałam wyjścia. Miałam nadzieję, że to się jakoś nie rozniesie. Kiedy dziewczyny spały wymknęłam się bo i tak nie mogłam spać. Zwierzyłam się szczurom w piwnicach, kiedy już zapaliłam świece.
- Dè tha mi ag ràdh a dhèanamh?* - spytałam je.
Popatrzyły się na mnie świecącymi oczkami. Jeden otarł się o moją rękę w geście pocieszenia. Oddałam im resztki mięsa i zaczęłam ćwiczyć zaklęcia. Unosiłam przedmioty w górę. Sprawiałam, że nad dłonią płonął mi ogień. Ale wystarczył szelest, aby mnie rozproszyć. Przypaliłam sobie dół sukni. Szczury pisnęły wystraszone i uciekły. Zgasiłam to podmuchem powietrza. Przy okazji gasząc świece i zrzucając ze stołu kilka ksiąg. Usiadłam na podłodze w ciemnościach i rozpłakałam się po raz pierwszy od lat. Płakałam za utraconym domem, samotnością, zagrożeniem idącym w ciągu tygodnia. Już niedługo stracę dom także tutaj. Ujrzałam jasną kulę światła. Większą niż umiałam uformować. Wytarłam twarz rękawem. Dotknęłam świetlistego przedmiotu. Ujrzałam w jego wnętrzu mojego mistrza.
- Mistrzu!
Uśmiechnął się do mnie.
- Wszystko będzie dobrze malutka. Przecież nauczyłem cię zaklęcia, które rozproszy mrok. Dalej użyj go. - powiedział. Złożyłam dłonie i po chwili gdy je rozłożyłam błyszczała na nich taka sama, ale mniejsza kopia kuli.- Nie martw się. Pamiętaj, uratować może Cię zawsze Twój umysł.
- Tęskniłam za Tobą. Nie zostawiaj mnie. - szepnęłam.
- Zawsze będę przy Tobie. Ale teraz muszę już iść. Ale muszę jeszcze cię ostrzec. Siły zła zaczynają rosnąć w siłę. I co najważniejsze. Graj tak dobrze jak umiesz, a będzie dobrze. Pamiętaj, że masz tytuł. Twoje nazwisko ma wartość, nie ważne co mówią inni. Nieważne co sama sądzisz. - kula zamigotała i zmieniła się drobinki srebrnej mgły.
- Moje nazwisko było chyba tylko coś warte na terenie gildii. - szepnęłam do siebie. - Siły zła?
Podniosłam się z podłogi i biorąc łuk wyszłam na podwórze. Po szybkim sprincie byłam już na polanie, na którą raczej nikt nie chodził. Tarcze stały tak jak je ustawiłam poprzednim razem. Sięgając po strzałę spojrzałam w kierunku wymarłych okien zamku. Puste oczodoły okien zdawały się mi przyglądać. Szybko odnalazłam wzrokiem okna komnaty księcia. Wydawało mi się, że ktoś w nich stoi, ale kiedy spojrzałam raz jeszcze nikogo tam nie było. “Wydawało mi się” - pomyślałam. Wypowiedziałam kilka słów i runy wyryte na ramionach łuku zalśniły księżycowym światłem. Oczy zabłysły mi tym samym blaskiem. Od razu mimo ciemnej, zimowej nocy zobaczyłam swoje cele. Teraz tylko nałożyłam strzałę na cięciwę. Naciągnęłam ją i puściłam. Pęd powietrza musnął mój policzek, a strzała poleciała do celu. Utkwiła w stojaku. Spróbowałam znów. Ale to było na nic bo żadna ze strzał nie zbliżyła się nawet do środka. Więc nawet nie próbowałam strzelać w ruchu. Kiedy opróżniłam kołczan wstałam i podeszłam do najbliższej tarczy. Sfrustrowana wyrywałam z niej kolejne strzały. Kiedy skończyłam wrzuciłam wszystkie do kołczana. Zaczęło się robić szaro i zaczął prószyć śnieg. Szybko wróciłam do sypialni. Jak najciszej ukryłam broń pod materacem. To samo zrobiłam ze strojem do ćwiczeń. Założyłam strój do kuchni. Poszłam tam. Zaczęłam myć naczynia. Zamyśliłam, gdy prawie stłukłam pozłacany półmisek postanowiłam się bardziej skupić.
- O dzień dobry! - krzyknął od progu kucharz. - Co tak wcześnie?
- Nie mogłam spać. Bal chyba będzie dosyć wystawny? - rzekłam nie odrywając się od roboty. Po raz pierwszy odważyłam się więcej powiedzieć. Kucharza to nie zdziwiło. Raczej ucieszyło.
- Tak. To drugie tysiąclecie od momentu zakończenia wojny z siłami zła.
- Hm?- zapytałam. Przypomniała mi się opowieść mistrza. Tylko, że ja byłam zbyt zajęta napełnianiem atramentem owczego pęcherza, żeby go słuchać.
- Niegdyś magów było tutaj więcej. Wszędzie się o nich słyszało. A szczególnie o legendarnej gildii magów z Telepsa Lan.
- Srebrzystej doliny. - szepnęłam do siebie.
- Znasz mowę elfów? - rzekł zaskoczony kucharz.
- Niezbyt. - przyznałam.
- Na czym skończyłem? A już wiem. Ci magowie z Telepsa Lan zrzeszali same najpotężniejsze rody. Każdy kto miał magiczne zdolności mógł się czegoś nauczyć. Ich potęga polegała na tym, że szkolili każdego. I kobiety i mężczyzn. Nie było u nich czegoś takiego jak pierworodny najważniejszy. Byli sobie równi. Szczególnie uzdolnione dzieci oddawano pod naukę najlepszych, gdzie szlifowały swoje umiejętności. A co najciekawsze nigdy nie uczyli ich polegania jedynie na swojej magicznej mocy. Zawsze trenowali tak samo jak żołnierze. Walka mieczem, sztyletami, strzelanie z łuku. Uczyli ich szybkości i zwinności. Niczym szpiegów. Wiodła u nich prócz nauki magii, nauka strategii. Jednym z najpotężniejszych rodów był ród Mealinesenne. Mówią, że wywodził się on od potężnego elfiego rodu. Ale dobrze nie pamiętam.
I pewnej zimy siły zła spróbowały przejąć władzę nad światem. Jednak magowie nie złamali się jak ludzie. Nie uciekli jak krasnoludy czy elfy. Stawili czoło mrokowi i wygrali. Walka była okrutna. Wielu z nich tego dnia przelało swoją krew na Równinie. I do dziś piasek jest tam krwistoczerwony. Po wojnie wrócili oni do miasta. - jego spojrzenie pociemniało. - Ale zamiast uzyskać szacunek przywitał ich lęk. Nikt nie chciał złożyć im gratulacji. Żadnego dziękuję. Obawiali się, że magowie ich skrzywdzą. Kazali im odejść. Chociaż mówią, że to magowie sami postanowili odejść z Telepsa Lan. I słuch o nich zaginął. Mówią, że ukryli się głęboko gdzieś w lasach Aranayi. Albo, że już nie ma nikogo. Ale czy ja wiem ile w tym prawdy? Może po prostu poukrywali się gdzieś w Sayari. Kto wie. Może to nawet lepiej. Ludzie mniej się boją. Jest już dość dziwactw na tym świecie.
- Po co kładziesz jej do głowy te bzdurne legendy? - spytała Naema wchodząc do kuchni.
Słysząc o Aranayi. Moim domu. Mojej rodzinie. Tak zostałam zaskoczona, że upuściłam talerz, który rozbił się na drobne kawałeczki.
- I widzisz co się przez to dzieje? Mea, skup się. - powiedziała wręczając mi miotłę i szuflę.
Rozejrzałam się po kuchni. Okazało się, że cała służba przysłuchiwała się historii.
- Co tak stoicie? Do roboty! - zarządziła Naema.
I wszyscy nagle jak wyrwani z transu zabrali się za swoje obowiązki. Zaczęłam zmiatać szczątki naczynia, ale myślami byłam gdzieś. Daleko w zielonych lasach Aranayi. I w domu w Górze. A potem przeniosłam się do odległej i tajemniczej Srebrzystej Doliny. Do dziś ich mury poznaczone pradawnymi runami, błyszczały srebrzystym blaskiem. Stąd nazwa. Telepsa Lan. Klepnięcie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Zobaczyłam Sae, szczerzyła się do mnie niczym Salem Starszy kiedy coś przeskrobie i ja doskonale o tym wiem. Ale Salem Starszy był od niej o wiele mądrzejszy i był kotem.
- Ta podłoga nie będzie już czystsza. - zakpiła. - Mamy maskę. Myślę, że będzie pasowała do Ciebie. - szepnęła mi do ucha.
Wzdrygnęłam się na te słowa. Czyli nie ma już odwrotu. Westchnęłam cicho. Podniosłam szuflę i wrzuciłam do śmieci jej zawartość. Szybko zajęłam się swoimi obowiązkami. Zajęłam tym umysł, aby nie myśleć o pomyśle Sae i Anny. Przeklęłam w duchu ich słowa o mojej urodzie. W czasie przerwy obiadowej wyciągnęły mnie z kuchni. Pokazały swój nabytek. Granatowa atłasowa maska. Zdobiona złotym brokatem i imitacją kamieni szlachetnych. Po prawej stronie miała trzy pióra. Środkowe było czarne, a dwa granatowe. Wiązana była dwiema wstążkami. “Piękna” - przemknęło mi przez myśl. Szybko pokręciłam głową, by pozbyć się tej myśli. Ukryłam ją w szufladzie w sypialni. Wróciłam na obiad do kuchni, ale nie zjadłam zbyt wiele. W sumie prawie nic. Całą rybę oddałam kotom, które próbowały mnie pocieszyć. Ale niestety bezskutecznie.
Przez resztę tygodnia pracowałam za trzy osoby. Byle tylko nie myśleć o zbliżającym się balu. Obiecałam sobie, że kiedy będzie po wszystkim nie odezwę się więcej do Sae i Anny. Nocami wciąż ćwiczyłam i uczyłam się. Tylko dołożyłam do tego jeszcze naukę wszystkich zaproszonych gości. Kto kim jest i jak należy się do niego zwracać. Kiedy nadszedł dzień balu i moich osiemnastych urodzin znałam już imiona, nazwiska oraz tytuły wszystkich zaproszonych gości. Sae i Anna jakimś cudem zdobyły zaproszenie i dla mnie. Widniało tam moje imię i nazwisko, które podałam heroldowi. Tym razem ciemność przyszła kiedy zegar wybił trzecią po południu. To przez ciężkie śniegowe chmury, który nadciągnęły z północy i otoczyły miasto grubym kordonem. Cała służba zajęta była ostatnimi przygotowaniami do bankietu, więc całą łaźnię miałyśmy dla siebie. Ale nie pozwoliłam Annie i Sae wejść do środka. Sama umyłam włosy i całe ciało. Zdjęłam na ten czas bandaż. W lustrze idealnie widziałam poznaczone szramami ramię. Mogłam znaleźć zaklęcie, które je usunie, ale nie chciałam tego robić. Mistrz, by tego nie pochwalił. Poza tym nie pozwalały mi one zapomnieć. Zapomnieć o wszystkim co się wydarzyło. Znów się zamyśliłam. Bawiłam się unosząc i opuszczając kule wody. Z zamysłu wyrwało mnie pukanie do drzwi.
- Mea! Długo jeszcze? - spytała Sae.
Westchnęłam i wyszłam z wody. Szybko wysuszyłam włosy i ubrałam halkę. Owinęłam bandaż wokół ramienia. Przejrzałam się w lustrze. Mydło zmyło cały brud i moja twarz była jasna i rumiana. Uśmiechnęłam się do odbicia, ale uśmiech był smutny. Otworzyłam drzwi. Dziewczyny od razu wparowały do środka.
- Co tak długo? Bankiet zaraz się zacznie! - warknęła Sae.
Jedynie wzruszyłam ramionami. Pomogły mi zasznurować suknie i ułożyć włosy. Zgodnie zdecydowały, że takie pofalowane mogą zostać tylko trochę poupinały je wsuwkami.. Założyły mi na głowę ozdobę. Czułam na czole chłód szafiru i ciężar złota. Włożyłam płaszcz z futrem. Zapięłam jego guziki. Na koniec włożyłam maskę i wsunęłam stopy w atłasowe granatowe pantofelki na płaskim obcasie. Cofnęłam się, by przejrzeć się w lustrze. Kiedy ujrzała swoje oblicze, aż sapnęłam ze zdziwienia. Wyglądałam jak mniejsza kopia mojej matki. Wszystko idealnie pasowało do siebie.
- Łał. - mruknęła Anna.
- Łał. - zawtórowała jej Sae. - Tylko ten bandaż… Zdejmij go.
Pokręciłam przecząco głową.
- To chociaż załóż to. - rzekła wręczając mi granatowe rękawiczki.
Żeby je założyć musiałam zdjąć płaszcz. Zasłoniły częściowo bandaż, tak, że jeśli ktoś nie będzie się zbytnio przyglądał, nie zauważy go i znów włożyłam płaszcz.
- A teraz pora iść na bankiet. - Anna klasnęła w dłonie. Jej oczy zabłysły. - Tędy.
Poprowadziła nas bocznymi korytarzami na zewnątrz. Zaczął padać śnieg. Wyciągnęłam z kieszeni moje zaproszenie i weszłam po głównych schodach zamku. Tych samych, którymi szłam pierwszego dnia służby. Czułam jakby serce miało mi zaraz wyskoczyć z piersi. Odwróciłam się. Anna i Sae gdzieś zniknęły. Uważając żeby się nie potknąć na śliskich schodach ruszyłam dalej. Wokół mnie spieszyli goście. W świetle pochodni ustawionych na stopniach widziałam ich twarze i zaczęłam ich rozpoznawać. Zamek był rozświetlony tysiącami świateł. Widok zapierał dech w piersiach. Weszłam do hallu. Kandelabr nad moją głową lśnił niczym diament. Całe pomieszczenie było wypełnione gwarem. Służący zabierali płaszcze, a dłonie były ściskane z wymianą uprzejmości. Służący chciał wziąć mój płaszcz, ale go odprawiłam. Nagle podeszli do mnie lord i lady z rodu Wella. Lord ucałował wierzch mojej dłoni, a Lady ją uścisnęła.
- Chyba jeszcze się nie znamy. - rzekł lord. - Jestem Lord Andre Wella, a to moja małżonka Lady Sanae Wella z rodu Faerów. - Przedstawił się. - Wybacz, że pytam, ale kim Ty jesteś?
- Na imię mi Miadella Annmea Mealinesenne. - rzekłam składając ukłon. Wykorzystałam drugie imię. Mistrz kiedyś powiedział mi, że mam tak robić. Gdyż jest mała szansa, że dojdą do mojego imienia, gdybym udawała na przykład służącą. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. - Miło mi Was poznać, Wasze lordowskie mości.
Spojrzałam im uważnie w oczy. Ile to uśmiech może zdziałać. Byli zaskoczeni.
- Mealinesenne? Jak ten ród magów? - spytała Lady.
- Tak, pani. Jednakże to raczej daleki odłam, gdyż moja familia od pokoleń nie wykazuje magicznych zdolności. - skłamałam gładko.
- Nie ma przy Tobie ojca? - zapytał mnie lord.
Pokręciłam przecząco głową i przybrałam zasmucony wyraz twarzy.
- Przez przemiany polityczne w Aranayi zostaliśmy rozdzieleni. I nie wiem kiedy znów się spotkamy.
- To gdzie teraz mieszkasz? - zapytał zaciekawiony hrabia Donvan przyłączając się do rozmowy.
- Mieszkam u dalekich znajomych mej rodziny. To dobrzy ludzie. - rzekłam z delikatnym uśmiechem.
Dalszą rozmowę przerwał nam dźwięk otwieranych wrót. Punktualnie o piątej wrota ukazały naszym oczom ogromną salę balową. Z sufitu zwieszały się kryształowe kandelabry oraz tysiące ozdób. Świece paliły się srebrnych lichtarzach. Powietrze pachniało kwiatami, którymi udekorowane były kolumny i balkony. Lśniły wypolerowane srebra i porcelany. Kryształowe kieliszki lśniły niczym gwiazdy. Obrysy były śnieżnobiałe ozdobione krwistoczerwonymi wzorami. Potrawy i smakołyki kusiły obietnicą nieba w gębie. Zapach kwiatów mieszał się ze słodkim zapachem wyrobów cukierniczych. Po butelkach rozpoznałam, że władca kazał wystawić swoje najlepsze wino. Widok zapierał dech w piersiach. Wokół siebie słyszałam pomruki aprobaty. Przeniosłam wzrok na podwyższenie i tron. Właśnie szedł ku nam władca, a za nim kroczyły jego dzieci. Rozłożył ramiona w geście powitalnym i jego oblicze rozpromieniło się w uśmiechu.
- Witajcie! - zakrzyknął. - Witajcie na naszym balu!
Zatrzymał się u stóp schodów. Teraz było najważniejsze. Zaproszenia. Wyciągnęłam moje. Arystokraci zaczęli się ustawiać według hierarchii. Ja stanęłam prawie na końcu. “Kiedy nie wiesz gdzie się ustawić, nigdy nie stawaj na końcu. Stań pod koniec, ale nigdy na końcu”. Słyszałam słowa mistrza w głowie tak wyraźnie jakby stał zaraz obok i cierpliwie mi tłumaczył wszystkie najważniejsze zasady. Usłyszałam odchrząknięcie. Spojrzałam na wyciągniętą dłoń herolda. Posłałam mu delikatny uśmiech.
- Proszę o wybaczenie. Zamyśliłam się. - wyciągnęłam swoje zaproszenie i mu podałam.
Uważnie przeczytał jego treść. Po czym mi je zwrócił. Odwrócił się do tłumu zgromadzonego pod schodami.
- Panienka Miadella Annmea Mealinesenne. - zakrzyknął.
Szmer przeszedł przez tłum. Ale zaraz ktoś wyjaśnił wszystko i wszyscy zamilkli tracąc zainteresowanie. Zeszłam po alabastrowych schodach wprost do króla. Zatrzymałam się przed nim, składając głęboki protokolarny ukłon okraszony słowami: “Wasza Wysokość”. Oblicze władcy wciąż promieniało uśmiechem, czego nie można było powiedzieć o księciu. Wyglądał jakby się nudził. Król uścisnął mi dłoń. To samo zrobiły jego dzieci. Wymieniliśmy kilka uprzejmości po czym wymieszałam się w tłum. Kiedy rodzina królewska przywitała się ze wszystkimi władca przeszedł przez tunel utworzony przez gości na podwyższenie tronu.
- Świętujemy dziś kolejne stulecie pokoju w Sayari. Jak na razie żadne wrogie siły nie próbują zniewolić naszych umysłów, ciał i dusz! Najdłuższa noc w roku nie jest na więc straszna! Moi drodzy delektujmy się więc tym wieczorem. Życzę wszystkim dobrej zabawy! Niechaj rozpocznie się bankiet! - po tych słowach zasiadł na tronie.
Wiedziałam, że najpierw będzie poczęstunek, a potem tańce. Podeszłam do stołu. Zjadłam małe ciasteczko, a służący nalał mi wina. Upiłam łyk. Było wyborne. Smakowało jak lato zamknięte w butelce. Pamiętałam jednak, że nie mogę przesadzić. Kiedyś mój starszy o dziewięć lat brat się upił. Mistrz bardzo się na niego zdenerwował. Nie dlatego, że był pijany. Tylko dlatego co zrobił po pijaku. Powiesił moją ulubioną lalkę pod sufitem biblioteki. Tak mnie to zdenerwowało, że jakimś cudem sprawiłam, że wszystkie książki pospadały z półek. Przygniotły by mnie, gdyby nie mój mistrz. Chłopak za karę musiał poukładać wszystkie książki na miejsce bez użycia czarów. Był na mnie za to wściekły, ale sam był sobie winien. Rozejrzałam się za księciem, ale nigdzie nie mogłam go wypatrzeć. Miałam nadzieję, że Anna i Sae mi odpuszczą. Nie miałam racji. Stojąc przy filarze ktoś wsunął mi w dłoń karteczkę. Przeczytałam ją. “Jest na balkonie” - głosił napis. Puls mi przyśpieszył. Jednak szybko opanowałam zdenerwowanie. Nagle usłyszałam znajomą mowę. Odwróciłam się. Bez wątpienia byli to elfowie. Na dodatek magowie. Przez gwar ich za dobrze nie słyszałam. Ale mówili to samo co mój mistrz tamtej nocy. Że mrok powoli podnosi łeb. I że żałują, że gildia magów z Telepsa Lan nie daje znaków życia od stuleci. Zmarszczyłam brwi próbując zrozumieć o co im chodzi. Nagle ich spojrzenie zaczęło przeczesywać tłum. Zanim spoczęło na mnie wymówiłam bezgłośnie zaklęcie ukrywające moją aurę. Kiedy zatrzymało się na mojej osobie skłoniłam się im lekko. Odpowiedzieli mi kiwnięciem głową. Wrócili do swojej rozmowy, ale przeszli kawałek dalej. I więcej już nie mogłam ich słyszeć. Ruszyłam więc na balkon trzymając w dłoni kieliszek z winem. Drzwi były otwarte i do środka wpadało zimne powietrze. Wyszłam na zewnętrzny balkon. Chłodny wiatr od razu ucałował mi policzki. Śnieg przestał padać, chmury się rozwiały, a na horyzoncie stał księżyc w pełni zalewając blaskiem całą okolicę. Gwiazdy błyszczały w górze niczym klejnoty. Noc wydawała się przyjazna. Ujrzałam chłopaka w masce. Siedział na barierce i opierał się o ścianę. Miał przymknięte oczy. Podeszłam do końca balkonu. Postawiłam kieliszek i oparłam dłonie na murowanej barierce. Wdychałam chłodne powietrze. Usłyszałam jakiś ruch za sobą. I ciche skrzypienie śniegu pod jego krokami.
- Piękna noc. Nieprawdaż, Wasza Wysokość? - rzekłam do księcia, odwracając się do niego.
Powiał wiatr, unosząc mojej włosy. Przytrzymałam je dłonią, aby nie wpadały mi do oczu.
- Kim Ty jesteś? - zapytał mnie patrząc mi w oczy.
- Miadella Annmea Mealinesenne - rzekłam, składając mu ukłon.
Nie wiedziałam o co mu może chodzić.
*- Co ja mam zrobić?
< Sakit? Wybacz, trochę się rozpisałam, co ta nuda robi z człowiekiem. :p >
Subskrybuj:
Posty (Atom)