sobota, 2 grudnia 2017

Od Titsho

Rozległa równina rozciągała się po horyzont po obu stronach drogi. Zielone łąki, a na nich stada krów. Typowy krajobraz dla tej części Nelayanu. Titsho była w drodze już drugi dzień, na wieczór miała dotrzeć na miejsce. Siedząc w karocy wachlowała się próbując się ochłodzić i co jakiś czas próbowała złapać irytującą ją muchę.
Ubrana była w piękną, zwiewną suknię w kolorze piasku, a włosy miała spięte w kok, ze wplecionymi, żółtymi kwiatami. Wyglądała nad wyraz ślicznie idealne rysy twarzy i gęste rzęsy tylko jeszcze bardziej ją ozdabiały. Naprzeciw niej, tyłem do kierunku jazdy siedziała starsza dama wykonując robótkę.
- Hildo, daleko jeszcze? - spytała dziewczyna, wachlarzem opędzając muchę.
- Niebawem dojedziemy na miejsce, wasza margrabiowska wysokość. - oznajmiła staruszka. - Morze jest już niedaleko.
- Powtarzasz to po raz dziesiąty! - prychnęła Titsho. - Gdyby mój łaskawy ojciec nie zagwarantował ci nietykalności, na ostatnim postoju kazałabym cię wychłostać!
Hilda pozostawała niewzruszona na tę groźbę. Jeszcze bardziej zdenerwowana dziewczyna odwróciła się do okna i zaczęła liczyć krowy. Zabijała tym sposobem czas od dobrych kilku godzin.
- Dwieście dwadzieścia, dwieście dwadzieścia jeden, dwieście dwadzieścia dwa, dwieście... - liczyła po około godzinie na głos. - Agh! To bez sensu! Stangret! Stać!
Powóz zatrzymał się, a po chwili dziewczyna wysiadła i wyszła na zewnątrz. Od razu podbiegł do niej jeden ze służących, którzy jechali na powozie.
- Czy wasza margrabiowska wysokość dobrze się czuje? - spytał troskliwie.
- Wody! - zażądała dziewczyna. - I proszę podać mi rzetelne informacje na temat drogi jaka została.
W mgnieniu oka przyniesiono jej bukłak, a ta od razu zaczęła pić. W tym samym czasie służący tłumaczył:
- Jesteśmy niedaleko nadmorskich włości i jestem niemal pewien, że dojedziemy do stolicy jeszcze przed zachodem słońca.
- Jeżeli twoje słowa okażą się nieprawdą, rozważę ucięcie ci palców - oznajmiła dama, po czym dwa razy obeszła powóz i ponownie do niego wsiadła.

Przez resztę drogi starała się myśleć o ostatnich wydarzeniach. Księżniczka Fufuzani zniknęła! To była okropna wiadomość! Jej najlepsza przyjaciółka nie mogła od tak zniknąć! Przez dłuższy czas Titsho myślała, że stało się coś strasznego, że dokonano zamachu, albo porwania. Potem jednak doszły ją wieści, że księżniczka mogła uciec. Tylko, że to wszystko nie miało sensu! Po co miałaby uciekać? Gdzie mogłaby się ukryć? Titsho martwiła się o przyjaciółkę. Choć od lat ich przyjaźń wisiała nad krawędzią przepaści, jednak wysyłały sobie ten jeden list na pół roku. Poza tym margrabianka nie miała innych przyjaciółek. Dlatego jej zmartwienia były tysiąckroć większe.
Kiedy tylko przyszła wiadomość o zniknięciu Fufu, pan Revethode od razu pojechał do stolicy. Przebywał tam od dłuższego czasu i nagle wezwał do siebie córkę. Nie było żadnych wyjaśnień. Po prostu rozkaz "Titsho ma przyjechać do stolicy!". Rozkazom ojca nie wolno się sprzeciwiać, dlatego zaraz spakowano ją i wyruszyła w męczącą podróż. Nienawidziła podróżować. Często od długiej jazdy bolały ją plecy, mdliło ją i musiała spać w jakichś obskurnych zajazdach dla biedoty. Choćby nawet jechała złotą karocą z jedwabnymi posłaniami to i tak podróży nienawidziła.
Po dłuższej chwili myśli dziewczyny zaczęły krążyć wokół jej wezwania. Titsho miała wrażenie, że może chodzić o zaginiecie księżniczki, ale gdyby o to chodziło wezwano by ją od razu po jej zniknięciu. Nie, tu musiało iść o coś głębszego, poważniejszego.
- Miasto na horyzoncie wasza miłość! - Wołanie służącego wybudziło margrabiankę z transu.
- Nareszcie! - zawołała i wyjrzała przez okno karocy. Słońce powoli zachodziło, ale jeszcze cały jego krąg był widoczny. Jej służący miał szczęście. Zdążyli na czas.
Po przejechaniu miasta główną drogą, powóz zaczął wjeżdżać na klif, na którym znajdował się imponujący zamek. Jego wieże były widoczne z naprawdę daleka, a solidna zabudowa czyniła z niego niezdobytą twierdzę. Wiele razy Nalayan łupiono lecz zamku nigdy nie zdobyto. Mawiano, że potężne mury chroni magia morskich istot, które na życzenie jednego z Wielkich wzniosły mury cudownego budynku. Czy to prawda? Tego nie wiedział nikt. Pewne było to, że zamczysko chroni magia nieznana nikomu innemu.
Powóz wjechał na dziedziniec. Zaraz zbiegłą się służba, by powitać młodą damę. Z powodu wieczornego chłodu Titsho zarzuciła na siebie pelerynę. Kiedy wysiadła od razu rozejrzała się po dziedzińcu. Bardzo się nie zmienił od czasu, kiedy wyjechała. Pochodnie paliły się na loggiach, dzięki czemu było jasno, a zamek tętnił życiem. Służba od razu zabrała się do zdejmowania bagaży, a dwie młode służące podeszły do Titsho i uniżenie poprosiły ją, aby poszła za nimi.
Zaprowadziły dziewczynę do zamkowej łaźni, gdzie miała się odświeżyć po podróży. Nie wzgardziła kąpielą. Bardzo lubiła się myć w ciepłej wodzie. Relaksowało ją to, a po każdej kąpieli czuła się piękniejsza i spokojniejsza.
W trakcie kąpieli do łaźni weszła pewna starsza służąca, o pulchnych kształtach i brzydkiej twarzy.
- Po kąpieli zostanie panienka zabrana do sypialni - powiedziała skrzekliwym głosem. - Jutro z rana czeka panienkę audiencja u króla, służka panienkę obudzi.
Nie przypadło Titsho do gustu nazwanie jej po prostu "panienką", a nie "jej margrabiowską wysokością" lub "jej miłością", jak zwykli to robić jej służący. Postanowiła jednak nie psuć sobie chwili rozkoszy i puściła to tej wiedźmie płazem. Skrzyczy ją innym razem.
- Chciałabym się spotkać z ojcem. - oznajmiła służącym, gdy te wycierały ją po kąpieli.
- Wasz ojciec, margrabianko, spotka się z tobą jutro podczas audiencji. - wyjaśniła służąca o pięknych, brązowych włosach. Wyglądała na bystrą dziewczynę. Na oko Titsho mogła mieć góra dwadzieścia pięć lat.
- Rozumiem - odpowiedziała. - Cóż, będę musiała poczekać do rana. Którą z was przydzielono mi do pomocy?
- Mnie, wasza miłość - mruknęła skromnie ta sama dziewczyna.
- Cieszę się - prychnęła Titsho, niby niechętnie. - Masz jakieś imię, czy mam na ciebie wołać "dziewko"?
- Filber - powiedziała.
Po chwili Filber i inne służące ubrały Titsho w nową, nocną koszulę i otuliły ją ciepłym płaszczem, aby podczas prowadzenia do komnaty jej nie zawiało. Bardzo podobał się margrabiance ten sposób traktowania. Lubiła, gdy ktoś się o nią troszczył. A szczególnie służące. Ich troska wynikała z przymusu, ale lubiła, gdy myślały o czymś, o czym inne służące na ogół szybko zapominały.
Titsho miała spać w komnacie dla gości rodziny królewskiej. Było to średniej wielkości pomieszczenie, jednak nie potrzebowała większego. Była tak zmęczona całym dniem, że szybko zasnęła.

Następnego ranka, zgodnie z obietnicą obudziła ją Fliber. Wraz z dwiema innymi służącymi ubrała Titsho w jej elegancką suknię, którą przywiozła i zabrała się za czesanie margrabianki, podczas gdy pozostałe służki zajęły się jej makijażem. Musiała się ładnie prezentować przed królem.
Gdy skończyły Titsho przejrzała się w lustrze. Miały prawdziwy talent. Wyglądała tysiąc razy lepiej, niż kiedy malowały ją jej służące. Zadowolona postanowiła, że po audiencji każe im wypłacić trzy razy tyle, ile powinny dostać. Warto mieć tak sprawne służące po swojej stronie, zwłaszcza, że są królewską służbą. Kto wie, czy ich wiedza i umiejętności nie okażą się kiedyś przydatne?
Gotowa dziewczyna została przejęta przez tę wstrętną, starą służącą. Przy pierwszej okazji Titsho zbeształa ją za nazywanie jej tylko "panienką", co więcej kazała jej siebie nazywać za każdym razem "jej szlachetną cnotliwością margrabianką". Służąca łamała sobie ciągle na tym tytule język, ale musiała tak mówić, bo nie mogła więcej obrażać możnej damy.
Sala audiencyjna, czy jak kto woli tronowa nie zmieniła się od lat. Wszechobecny kolor niebieski przywodził na myśl lodowe pustkowie, lub morskie głębiny, których w ogóle nie przypominały terenów Nalayanu. Kraina przywodziła na myśl ciepłe miejsca, przez wszechobecną zieleń, złociste plaże. Choć jesienią i zimą klimat się ochładzał, przez resztę roku w Nalayan było ciepło i przyjemnie. Dla Titsho wygląd sali zawsze był zagadką. Może miała ochładzać spoconych gości krainy? A może miała zaskakiwać? Tajemnica. Odwieczna tajemnica.
Na niebieskim tronie siedział podparty na łokciu król, a obok niego stało dwoje mężczyzn. Jednym z nich był Axyriel, królewski doradca dworski. Był człowiekiem uczonym i doświadczonym. Szanowali go wszyscy w królestwie. Drugim był margrabia Revethode, ojciec Titsho. Na dworze zawsze pełnił rolę doradcy króla w sprawach wojny. Dlatego miał wielki autorytet wśród wielu mieszkańców Nalayan.
- Kłaniam się uniżenie, wielki władco, najlepiej nam panujący, jaśnieoświecony* Królu Mavuto Skkaringu - oznajmiła dziewczyna wykonując zgrabny ukłon. - Witam także i was uczony lordzie Axyrielu i was także, miłościwy ojcze.
- Widzę Troście, że twoja córka nadal nie skąpi nikomu przymiotów - powiedział lord Axyriel, serdecznie uśmiechając się do margrabi.
- Zaiste przyjacielu - odparł, ale szybko umilkł, ponieważ król uciszył go gestem. Po chwili władca wstał i podszedł do Titsho. Dziewczyna zadrżała, nie do końca rozumiejąc, o co może chodzić władcy.
- Droga Titsho - powiedział spokojnym tonem. - Czy ty jesteś wierna Nalayanowi?
- Oczywiście, jaśniepanie - odpowiedziała nieco niepewnie.
- Dobrze - mruknął król. - A czy zależy ci na tym, aby nasz kraj żył spokojnie i w pokoju?
- Ależ tak! - odpowiedziała już nieco pewniej. - Urodziłam się w świecie wolnym od rozlewu krwi i nienawistnej wojny i w takim pragnę w przyszłości umrzeć.
- Cieszą mnie twe słowa - powiedział władca wracając na swój tron. - Ciężkim ciężarem jest dla mnie brzemię pokoju z Merkez. Latami niszczyli naszą krainę, a my nie pozostawaliśmy im dłużni. Obawiam się, że nasze przymierze może niebawem upaść.
- Niech Wielcy czuwają, aby się nie stało - mruknęła dziewczyna. - Dlaczego mi o tym mówisz, o wielki królu?
- Potrzebuję swoich oczu w Merkez - powiedział król. - Kogoś, komu mogę powierzyć tak ważną misję i zaufać, że zostanie wypełniona poprawnie.
- Margrabia Revethode polecił mi Ciebie, Titsho - powiedział Axyriel. - Zaklinał się, że możemy ci zaufać.
- Ale... Ale dlaczego ja? Czemu nie wyślecie jakiegoś szpiega, lub rycerza? Ja jestem damą, margrabianką! Jakim cudem mam szpiegować władze Merkez? - zawołała oburzona Titsho.
- Właśnie dlatego poleciłem ciebie - oznajmił chłodno jej ojciec. - Nikt nie będzie podejrzewał kobiety. Macie szersze możliwości niż my. Poradzisz sobie z tą misją.
- Dostaniesz fałszywe dokumenty - odezwał się znów król. - Pamiętam cię jeszcze jako dziecko, jak razem z moją córką i innymi dziećmi wystawialiście przedstawienie. Jesteś doskonałą aktorką. Łatwo odnajdziesz się w nowej roli.
Król gestem dłoni zasygnalizował coś Axyrielowi, który wyciągnął spod płaszcza kopertę i podszedł do Titsho.
- Na tej kartce jest wszystko, co powinnaś wiedzieć o swojej nowej tożsamości. Naucz się tego na pamięć. Nie możesz niczego pomylić!
- Wyruszysz jutro rano - oznajmił margrabia Revethode. - Zapowiedzieliśmy przybycie hrabianki Sophii Valdez w ciągu najbliższego tygodnia. Powinnaś się już spakować.
- Kim jest Sophia Veldez? - zapytała niemrawo Titsho.
- To od teraz ty - odparł. - Dasz sobie z tym radę. Całe królestwo pokłada w tobie nadzieję.
- Postaram się go nie zawieść - oznajmiła dziewczyna.
- Zatem dziękujemy - rzekł król. - Możesz odejść.
Titsho już miała się odwrócić, kiedy jednak przypomniała sobie o czymś ważnym. Nie dawało jej to od dawna spokoju.
- Z całym szacunkiem, wasza królewska wysokość, ale czy mogę jeszcze o coś spytać? - powiedziała nagle, jeszcze raz się kłaniając.
- Słucham uważnie, drogie dziecko - powiedział król.
- Od miesięcy martwię się o księżniczkę i słucham tylko niemrawych plotek na temat tego, co się z nią stało - powiedziała dziewczyna. - Wiele wieści, jakie mnie doszły martwi mnie tylko jeszcze bardziej. Chciałabym wiedzieć, co tak naprawdę się stało.
Nastała chwila ciszy, podczas której obaj doradcy patrzeli na zamyślonego króla. Po chwili władca wyprostował się i oznajmił:
- Wróżki mówią, że moja córka żyje. Musiano ją zatem porwać lub sama uciekła.
- Ale ta druga opcja wydaje się być nierealna! - zawołała Titsho, nieco zapominając o etykiecie. - Po co miałaby uciekać? W zamku jest wszystko, czego można zapragnąć!
- Może właśnie to ją irytowało? - odezwał się Axyriel. - Może chciała uciec od tego przepychu? Albo bała się swoich obowiązków? Nie wiemy, ale to możliwe. Jednak nie martw się, nasi szpiedzy przeszukują każdy kawałek królestwa, aby ją odnaleźć.
- A jeżeli jest za granicą? - zapytała dusząc płacz.
- Tam także mamy swoje mniejsze dojścia - oznajmił Axyriel. - Księżniczka szybko się znajdzie. Albo zrozumie swój błąd i wróci sama.
Kilka godzin później Titsho leżała na posłaniu w swojej komnacie i uczyła się swojej nowej tożsamości. Sophia Valdez urodziła się w Nalayan i pochodziła z pozamałżeńskiego związku hrabiny Isis Okade i hrabiego Dylana Valdez z Merkez. Jej matka zmarła przy porodzie, a całe życie wychowywał ją wuj. W rzeczywistości owa hrabina naprawdę zmarła w podobnych okolicznościach, a z nią jej dziecko. Jej brat jest zamieszany w spisek i będzie pomagał Titsho w misji. Nieprawdą w całej tej historii jest to, że tamtych dwoje miało romans. Przynajmniej nie ma na to dowodów. Jednak nikt, kto mógłby to podważyć już nie żyje, ponieważ sam hrabia zmarł kilka miesięcy temu. Jego domniemana córka miała być wychowywana w świadomości tego, czyim jest dzieckiem, a jej ojciec miał o tym wiedzieć, ale zachowywał to przed rodziną w sekrecie. Teraz po jego śmierci Sophia ma wyprowadzić się od wuja i zamieszkać u ciotki, siostry ojca. Ona nic nie wie o spisku, jest zwykłą mieszkanką Merkez. Wdową, ma dwóch dorosłych synów.
Całość wydawała się być na pierwszy rzut oka nieco zakręcona, ale w miarę czytania Titsho rozumiała coraz więcej. Sophia ma wszystko. Dokumenty, świadków, powóz, służbę... No właśnie. Sophia przyjedzie do swojej ciotki ze służącymi. Muszą to być ludzie dobrze obeznani z całym planem. Ciekawe ile osób jest w tym spisku?

Resztę nocy dziewczyna spędziła na czytaniu w kółko swojego nowego życia. Do rana była wyuczona na pamięć. O świcie wsiadła w nowy powóz, wielce niezadowolona z kolejnej podróży. Wraz z nią jechać miała Filber i jeszcze jedna służąca. Do tego jeszcze woźnica i jakiś strażnik.
Titsho była bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy, więc od razu zasnęła w drodze.

* - kto zna, ten zna xD

piątek, 1 grudnia 2017

Od Ashley do Nathaniela

Osobiście uwielbiam iść prostszymi drogami i szukać najłatwiejszych rozwiązań, dlatego według mnie lepiej się przystosować, niż ciągle zmieniać dane. Nie wyróżniając się, nie zwrócisz na siebie zbędnej uwagi, a gdy będziesz ciągle zmieniać miejsce zamieszkania, bo pewnego dnia przypadkiem wydało się, kim jesteś, i tak cię znajdą. Nawet jeśli ludzie są naiwni i głupi, to jednak są tacy odmieńcy, którzy tworzą to wszystko; czy idiota stworzył by komórkę, albo dom, który nie zawali się po jednym trzaśnięciu drzwiami? Raczej nie. W tym świecie za nich wszyscy myślą ludzie powołani do tego. Pilnują miasta i tego, co się w nim dzieje. Nawet jeśli ja sama podróżuje i znikam tak szybko jak się pojawiam, to jest to jednak moja praca, przed którą się do wszystkiego przystosowałam.
- Damy radę – poklepałam go po plecach. - Ale najpierw idziemy po Ramzesa. Zostawiłam go w stajni przy karczmie, która znajduje się jakieś cztery przecznice stąd – dodałam. Nathaniel spojrzał na mnie znudzonym wzrokiem, na co tylko się szeroko uśmiechnęłam i powiedziałam, aby się ruszał, a nie stał jak kołek. Niezachwycony z wycieczki ruszył szybkim krokiem. - Masz jakąś robotę? - zapytałam po drodze. Nathaniel pokręcił głową.
- Miałem pracować tu i tak, w zależności od tego, gdzie mnie przyjmą – skinęłam głową i wpadłam na pewien pomysł.
- To ja cię zatrudniam – klepnęłam go po plecach. Spojrzał na mnie zdziwiony. - Nauczę cie jednocześnie rozmawiać z ludźmi i nimi manipulować, na dodatek ty sobie trochę zarobisz – wytłumaczyłam. Nic nie odpowiadał przez parę minut, zdążyliśmy przejść już jedną ulicę. Zaciągnęłam go między budynki, przeszliśmy na duży plac, a następnie przez targ. Szybko mu wytłumaczyłam, że idziemy skrótem. W końcu znaleźliśmy się w odpowiedniej karczmie.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Żebym pracował u siebie i... - machnęłam ręką, mi zamilkł.
- Nie, ale od czegoś trzeba zacząć – odparłam wchodząc do środka. Przywitała nas woń piwa zmieszanego z potem. Podeszłam do właściciela, który siedział przy stole i akurat siłował się na rękę. Widziałam go tylko raz, ale trudno jest zapomnieć kogoś z takimi wąsami i brodą; były zaplecione w warkocze i wyglądał jak typowy wiking. Brakowało tylko hełmu i topora. Przerwałam im oświadczając, że zabieram jednego konia ze stajni; nie jest to potrzebne, zazwyczaj idziesz do stajennego, ale ostatnie trafiłam na takiego pijaka, który najpierw nie chciał mi oddać ogiera, a następnie oskarżył mnie o porwanie. Dopiero po załatwieniu sprawy mogłam opuścić ich miasto. Właściciel ów karczmy zmierzył mnie surowym wzrokiem i skinął głową. Nim zdążyłam stąd wyjść z chłopakiem, zwrócili mu uwagę, że jest okropnie chudy. Nathaniel nie wiedząc co odpowiedzieć spojrzał na mnie. Zatrzymałam się i podeszłam do ich stolika.
- Siłujesz się? - zapytałam jeden z nich odkładając kufel piwa na stół. Chłopak pokręcił głową, na co wszyscy się zaśmiali. - Wiedziałem, nikt o takim ciele tego nie robi. Jesteście zbyt słabi i powinno was się wyrżnąć co do jednego – klepnęłam Nathaniela po plecach wpadając na cudowny pomysł.
- Mogę założyć się o wszystkie wasze oszczędności, że pokona najsilniejszego – uśmiechnęłam się. Każdy z nich wybuchnął śmiechem, a towarzysz cicho zapytał, co robię. - Chcę zarobić – popchnęłam go do przodu i wyjmując woreczek pieniędzy wystawiłam go na stół. - Wymiękacie? - zlustrowali mnie wzrokiem i każdy z nich wyjął po woreczku monet na stół. - Świetnie – ustąpili miejsca chłopakowi, a on na nie niechętnie usiadł. Wystawił rękę, kiedy jego przeciwnik już to zrobił i tylko czekał na niego. Złapał go mocnym chwytem delikatnie miażdżąc mu rękę. Kiedy Nathaniel położył palce na jego, używając telekinezy nieco zgniotłam rękę przeciwnika.
- Tylko nie odrywać łokci od stołu – po puszczeniu ich dłoni przez wysokiego czarnoskórego, natychmiast obie ręce przechyliły się w prawo; chłopak przegrywał. Ale nie o to chodziło. Używając swojej mocy to ja się z nim siłowałam, a ręka towarzysza była tylko przykrywką. Po jakichś trzech minutach siłowania się z tym ogrem udało nam się. Szybko wyszliśmy z karczmy z woreczkami pieniędzy.
- No, teraz szybko do stajni. Tacy zazwyczaj się denerwują i mszczą – zaśmiałam się cicho pod nosem.
- Więc po to było? - zapytał oburzony. - Co to miało mnie nauczyć? - wzruszyłam ramionami.
- Chciałam się pobawić i zarobić – zaczęłam wkładać wszystko do małego lnianego woreczka, który wszystko zmniejszał. - A jak chcesz, to sobie pomyśl, że miało to cię nauczyć tego, że nie możesz dawać się tak poniżać – dodałam na koniec.
- Świetnie. Teraz musisz, że będą chcieli zemsty? - dalej był poddenerwowany, co w jego wykonaniu było dość zabawne.
- Jesteś kim jesteś, co oni mogą co zrobić? - prychnęłam. - Chyba, że kłamiesz i nic nie potrafisz – spojrzałam na niego ostrym wzrokiem.

<Nasthaniel?>

środa, 29 listopada 2017

Od Megan

Mieliście kiedyś tak, że oskarżono Was o coś czego nie zrobiliście? Wkurzyliście się, nie? To wyobraźcie sobie że ja tak mam od czterech miesięcy. Jestem ścigana za morderstwo, którego nie popełniłam.
Głuchy odgłos kopyt stukających na kamiennej ścieżce odbijał się echem po całej wiosce. Jeźdźcami byli trzej mężczyźni, nerwowo rozglądający się za ciemnowłosą kobietą. Nie byłam tu bezpieczna, ale za dużym ryzykiem byłoby proszenie któregoś z mieszkańców o pomoc. Stałam za rogiem jednego z budynków unikając starcia ze ściągającymi mnie mężczyznami. Niestety moja niezdarność wzięła górę i gwałtownym ruchem strąciłam stos wiader, które wydały przy tym olbrzymi huk. Tak jak się spodziewałam zwróciło to uwagę mężczyzny, który zatrzymał konia po czym z niego zsiadł i ostrożnym krokiem ruszył w moją stronę. Napływ adrenaliny wypełnił moje ciało, a głowa szalała w poszukiwaniu rozwiązania z sytuacji. Łowca głów zbliżał się coraz bliżej i mimo odległości jaka nas dzieliła czułam jakby jego oddech na karku. Całe szczęście z opóźnionym refleksem z między wiader wyleciał kot wystraszony nagłym wypadkiem i wpadł na mężczyznę.
- Jest ktoś tam? - zapytał towarzysz speszonego człowieka.
- Nie. ~ odparł niepewnie - To tylko kot
Razem z odejściem łowców poczułam ulgę. Ale nie na długo bo w głowie znów zabłysła świadomość, że jeszcze zostało mi około czterech kilometrów do granicy. Dopiero potem będę bezpieczna.

Na terenie Merkez pojawiłam się już sporo po zmroku. Mimo, że minęłam granice Aranayi nadal było to blisko więc nie zamierzałam na pewniaka udać się do najbliższej wioski. Przemieszczałam się po lesie, gdy nagle zobaczyłam w oddali zapalone światło. Był to domek obok którego znajdowała się stodoła. Ostrożnie tak, aby nikt mnie nie usłyszał uchyliłam stare drzwi, które mimo mojej ostrożności cicho zaskrzypiały. W środku stał koń, który popatrzył na mnie lekko zaskoczony. Nogi już uginały się pode mną, a oczy kleiły ze zmęczenia. Położyłam się na słomie z nadzieją, że nikt nie zorientuję się o mojej obecności. Nim zdążyłam cokolwiek zaplanować na następny dzień zapadłam w głęboki sen.
Ze snu wyrwało mnie wiadro lodowatej wody, które wylądowało na mojej głowie. Od razu pozycje zmieniłam na siedzącą biorąc przy tym ogromny wdech powietrza.
- Wstawaj, śpiąca królewno. ~ usłyszałam przyjaźnie nastawiony głos - Mam nadzieję, że się wyspałaś.

< Ktoś? >

Od Naix'a do Rahelii

Mój umysł był atakowany przez miliony bodźców. Mimo, że nie był to pierwszy raz jak odwiedzałem rynek, ba, nie był to nawet drugi mój wypad, a ja wciąż nie potrafiłem powstrzymać lekkiego grymasu twarzy, gdy docierały do mnie te wszystkie doznania. Zaduch, smród, hałas. Niekończący się korowód postaci kradnących cenny tlen, pozostawiając w zamian tylko osobliwy zapach potu. Nieopodal jeden z krasnoludów właśnie zwracał swój ostatni posiłek w pobliskim kącie, a nieco dalej można było zobaczyć handlarza wymachującego, umówmy się, nie pierwszej świeżości rybą. Nie odmawiając sobie, jak każdy sprzedawca, przyjemności darcia japy w poszukiwaniu potencjalnych kupców:
- Królikokrety? Żabojeże? Panie, tutaj znajdziesz wszystko, a nawet więcej! Zapraszam, zapraszam!
- Jedwab, wełna? A może tkaniny z Nehiru? Zapewniam, że lepszych w okolicy nie znajdziecie!
- Talizman na szczęście? Mądrość? Władzę? A może chcesz, panie, pozbyć się wroga? Talizmany, amulety, klątwy - wszystkiego bez liku! A wszystko za psie pieniądze!
Cóż, nie żebym nie wierzył temu ostatniemu czy coś, ale odradzam omijania tego stanowiska. Nie, nie, próbowałem nic takiego! No dobra, może kiedyś... Ale wtedy byłem głupi i naiwny! Teraz, jeśli szukałbym czegoś w podobnym stylu, szukałbym zdecydowanie bardziej dyskretniejszych sprzedawców. Tych, którzy stali niby z boku, a jednak wciąż blisko, tych, którzy odziani byli w płaszcza od czasu do czasu migając umowny znak czy ukazując spod peleryny jakiś symbol czy immunitet. Oj, uwierz mi, oni to dopiero mają cuda! Albo potrafią Cię skutecznie do tych cudów doprowadzić.
Dzisiaj jednak nic chodziło mi o nic takiego. Nie szukałem tutaj żadnego posiłku, nie szukałem zwierzęcia, ani nie próbowałem ruszyć za kolejną kuszącą tajemnicą. Zamiast tego minąłem po kolei każdy stragan, kiwając głową do jednego czy dwóch znajomych, a od czasu do czasu rzucając też dyskretne spojrzenia w kierunku środka placu. Dopiero, gdy udało mi się niemal w całości ujrzeć zdobiącą go fontannę przystanąłem na chwilę co spotkało się z dezaprobatą pozostałych ludzi, którzy stać wcale nie chcieli. Na moje nieszczęście oberwałem kilka razy z bara póki nie usunąłem się lekko w bok, a pozostali nie skorygowali ponownie swojej trasy, klnąc na mnie pod nosem. Tutaj nie było miejsca na postoje, tu trza iść albo zginiesz. Przecież każda chwila jest na wagę złota, a oni nie mogą się zatrzymać, pfy. Co Ty sobie myślisz?
Tutaj każdy się spieszy, każdy przepycha, a nieliczna straż od czasu do czasu rzuca okiem na całe towarzystwo. Ot, zwyczajny rynek w zwyczajny dzień.
- Idealnie. - mruknąłem, opierając się o pobliską ścianę i lekko uśmiechając.
Nie wypocząłem jednak długo bo wystarczył mi ledwie krótki czas, by ponownie przyjrzeć się tłumowi, który rzadko kiedy ktoś dbał o czyjąś, czy nawet swoją, przestrzeń osobistą, a niespodziewanie ponurą monotonię przerwał jakiś gwar i ruch. Ktoś wyraźnie i niestrudzenie przedzierał się przez tłum, nie kryjąc się w żaden sposób swoją obecnością.
- Ej, Finn, czyś Ty mnie właśnie śmiał obrazić? - przez hałas przedzierał się właśnie iście wyzywający głos.
- Skądże, Nick! - odkrzyknął długowłosy blondyn, którego czupryna właśnie wyłoniła się z tłumu, gdy wskoczył on na fontannę usadowioną w centrum placu. - Przecież jesteś moim najwierniejszych kompanem! Aż do śmierci! - mężczyzna gwałtownie gestykulował, by nagle opuścić ręce i ramiona, przybierając do tego iście poważną minę. - Nie możesz mi jednak zabronić życzyć śmierci komuś innemu.
- Finnie, Finnie, mój kochany druhu... - Drugi, mniejszy mężczyzna, również wszedł na fontannę, a jego głos przybrał ton podejrzanie miły. - Nie bronię Ci życzyć komuś śmierci. Ja, bym Ci nigdy niczego nie bronił przecież! - Jego słowa dalej brzmiały jak miód na uszy, ale słychać było zbliżającą się kulminację i w końcu ona nadeszła, a mężczyzna uniósł się gniewem. - Ale przed chwilą życzyłeś tej śmierci mi! - Nawet stąd dało się słyszeć wymierzony w przeciwnika policzek.
- Śmiałeś podnieść na mnie rękę, Finnicku?
- A i owszem, Finnicku Drugi.
- Zatem stań i walcz jak mężczyzna, Ty który odważyłeś się mnie obrazić! Nie śmiesz nazywać się Finnickiem! - Rozległ się szczęk wyciąganej w pochwy stali, a wkrótce potem dołączył się do niego drugi.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Finnicki, czy też Nick i Finn jak na siebie wołali, nie należeli do cechu błaznów czy komediantów, ale niejednego potrafili ubawić. No, a przynajmniej zająć czymś towarzystwo. Stąd też wyszła moja prośba do nich, by zjawili się na jarmarku i co nieco porozrabiali, gdy ja uzupełnię swoje zapasy.
Dlatego też, nie przysłuchując się dalszym pogróżkom słownym, bezszelestnie zanurzyłem się w tłum i rozejrzałem za odpowiednim celem. Patrzyłem zarówno po ubiorze jak i po rękach gdzie lśniły wdzięcznie pierścienie; sygnety rodowe, pamiątki rodzinne czy drobne podarunki od ukochanego. Zazwyczaj doskonale sprawdzała się tu zasada, że im ich więcej tym bogatszy ich właściciel, a i ja nie zamierzałem rezygnować z tego przekonania. Szybko znalazłem odpowiednio wyposażaną rękę i odpowiednio też zmniejszyłem ciężar z jakim musiał sobie radzić ten człowieczek. W końcu nie można pozwalać, by inni się przemęczali, prawda? Zwłaszcza, gdy chodzi o taką ciężką sakiewkę...
- Teraz tylko dajcie mi czas, by się ulotnić. - szepnąłem bezszelestnie, kierując moje myśli do chłopaków, którzy kończyli właśnie swoją walkę i szykowali się na ckliwy powrót do niegasnącej przyjaźni.
Długo też nie trwało nim moja ofiara zorientowała się o niespodziewanych brakach w jej majątku osobistym, a równie krótko zajęło jej rozgłoszenie tego po całym placu, ale ja właśnie opuszczałem rynek, a i moi kompani kierowali się w swoją stronę.
- Do zobaczenia wieczorem. - mruknąłem w ich stronę i z uśmiechem skierowałem się do pobliskiej tawerny gdzie mieliśmy się spotkać. W razie jakiś problemów nie udali się na miejsce bezpośrednio dlatego czeka mnie co najmniej kilka godzin samotnego popijania piwa w samotności. Ciekaw jestem czy znajdzie się dziś jakiś chętny do towarzystwa.

~~~~~~

Otworzyłem drzwi tawerny, a ludzie zachowywali się równie klasycznie jak zawsze. Podchmielone towarzystwo dalej darło się swoje, jak oni zwykli to nazywać, pieśni, wyzwiska czy gorące zapewnienia, szemrane towarzystwo przycichło na chwilę, uważnie lustrując mnie wzrokiem, a zagubiona reszta spoglądała na mnie tępo, szukając we mnie kompana. Ja jednak, nie zdejmując z głowy kaptura, skierowałem się w stronę lady, skutecznie ignorując spojrzenia innych i dając im tym samym do zrozumienia, że nie mam ochoty na rozmowy. Zamiast tego pochwyciłem tylko moje piwo i udałem się do kąta, nieopodal elfki, której widok nieco mnie zaskoczył.
Elfy, zwłaszcza pełnej krwi, z tego co wiem to rzadko ukazują się w tak hucznych miejscach, a tym rzadziej samotnie. Uniosłem lekko brew.
- Może i nie będzie tak nudno.

< Rah? No idea >.< >

Od Tercji do Babci Boo

Babcia Boo podreptała w stronę przyczepy i wręcz wskoczyła na nią, stając naprzeciwko wejścia. Odsunęła kotarę i weszła do środka. Z wnętrza mojego domku na kółkach dało się słyszeć co chwila jakieś szuranie. Powolnym krokiem wraz z osłem staruszki podeszłam do drabinki, do której zwierzę przywiązałam. Pogłaskałam osła po głowie i zaczęłam spinać się na podest. Chwilę przed moim wejściem przypomniałam sobie jak wielki bałagan mam w środku. Walnęłam otwartą dłonią w czoło i odsunęłam kotarę. Nie miałam pojęcia, co mogło się tutaj wydarzyć, ale na podłodze nie było ani jednej sakiewki z ziołami. Wszystkie moje rzeczy były poukładane. Popatrzyłam na staruszkę, która jak gdyby nigdy nic robiła herbatę. Co z tą kobietą jest nie tak. Nikt normalny nie posprzątałby takiego armagedonu w kilka minut. Moja szczęka spadła na ziemię. W tej przyczepie w życiu nie było tak czysto.
- Kochanieńka, zamknij buzię, jeszcze coś połkniesz – powiedziała staruszka, po czym usiadła w rogu przy małym stoliku, kładąc na nim 2 filiżanki z ziołami.
Szybko podeszłam do stolika i usiadłam. Herbata pachniała cudownie. Miała w sobie jakby nutę wanilii, jakichś owoców, mięty i czegoś, czego nie mogłam określić. Myślałam, że znam wszystkie zioła, a tu chyba jednak się myliłam.
Spojrzałam na Babcię Boo, która już kończyła pić swoje ziółka.
Kim ta kobieta jest?
- Nie chcę być zbytnio ciekawska, ale czym się Babcia zajmuje? – spytałam, a na twarzy staruszki pojawił się promienny uśmiech.

Babciu?

niedziela, 26 listopada 2017

Od Nathaniela do Ashley

- Aż tak ze mną źle? - zapytałem biorąc łyk gorącego napoju.
- Nawet jeszcze gorzej. - zaśmiała się.
Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedziałem, że nie rozumiała do końca mojego postępowania ale nie miałem siły komukolwiek opowiadać szczegółowo co się tam działo. Nawet Albert nie wiedział, po prostu wypełnił moją wolę ucieczki.
- Możemy w sumie iść. Tylko nie zmuszaj mnie do picia tego czegoś gorzkiego. - mruknąłem mając na myśli ten ich zacny alkohol.
Jak można to w ogóle pić?! Usłyszałem śmiech dziewczyny.
- Wiesz, większość ludzi tutaj pije ale zawsze możesz mówić, że jesteś abstynentem.
Mi pasuje, abym tylko nie musiał brać tego do ust. Po wypiciu kawy znów wyszliśmy, zgarnąłem dodatkowy klucz z szafki i dałem go dziewczynie. Spojrzała na mnie pytająco.
- Mówiłaś, że zostaniesz. Klucz ci się przyda bo nie zawsze jestem w domu, a nawet z mocami się tam nie dostaniesz. - uśmiechnąłem się do siebie wspominając zabezpieczenia założone przez Alberta.
- Dzięki! - uśmiechnęła się i schowała klucz.
Ruszyliśmy ulicą w stronę centrum miasta, dziewczyna mówiła mi to i owo o ludziach, ich zwyczajach i zachowaniach. Starałem się to poukładać sobie w głowie ale nie szło mi najlepiej.
- Dużo mi powiedziałaś, ale nadal nie mam zielonego pojęcia co robić. - westchnąłem.
- O to, to ty się już nie martw. Zrobię z ciebie najlepszego nie wyróżniającego się człowieka na tym świecie.
- Nie mógłbym po prostu zmieniać danych co miesiąc i miejsca zamieszkania? Albert by to tak kazał załatwić. - mruknąłem do siebie.
- Kim jest Albert? - zapytała.
- Znowu powiedziałem coś na głos? - zaśmiała się - To mój przyjaciel, który mnie tu wysłał, dał papiery i wymyślił życiorys. Taki, stary przyjaciel. - uśmiechnąłem się na tę myśl. - A teraz spróbujmy zrobić ze mnie człowieka. Co nie należy raczej do najprostszych zadań. - odparłem w końcu.

< Ashley? Ja tam czytałem wszystkie wcześniejsze op bo też jakoś mi z głowy wyleciało po przerwie xddd >

Od Mirajane do Lexie

- Wtopić w zwykłą ludność? - zapytałam. - W moim przypadku będzie to ciężkie. Mój kaptur może odrywać spojrzenie, ale przy bliższym spotkaniu, na pewno odkryją kim jestem. Pamiętam... Pamiętam jak budziłam się szczęśliwa, a potem wyglądałam z okna, machając do poddanych. -moje serce jakby pękło na pół.
Teraz potrzebowałam się szybko uspokoić. Zaczęłam śpiewać bardzo cicho piosenkę z dzieciństwa, którą nuciła mi matka. Założyłam na głowę kaptur i wstałam. Popatrzyłam na Lexie.
- Poradzisz sobie? - zapytałam.
Nagle, Ares do nas przygalopował. Gdzie on był? Nawet nie zauważyłam jego zniknięcia. Za moim kochanym koniem, leciał drugi. Ciemny jak noc, który parsknął, gdy stanął obok gwardziski. Delikatnie trącił ją nosem. Następnie jakby uklęknął i tylko czekał, aż ta na niego wejdzie. Ja za to wskoczyłam na Aresa, który radośnie zarżał. Lexie z trudem usiadła na grzbiecie konia, który po tym się podniósł. Zastanowiłam się nad czymś... Widać, że ktoś tutaj był. Trawa była cała mokra i na dodatek pełna błota. Wjechałam Aresem na teren gdzie był obóz i go jak najmocniej się dało zaklepaliśmy. Lexie ruszyła do przodu, a ja za nią. Tylko ona znała wyjście stąd. Ares na spokojnie dotrzymywał kroku towarzyszom, a ja ze spokojem rozejrzałam się. Postanowiłam, że gdy już będzie po wszystkim,wrócę tu i zbadam to miejsce. A dokładniej... Ustalę jego położenie. To może się przydać. Nikt nas nie znalazł, czyli coś w tym jest. Droga trwała dość długo, mimo tego, że konie ciągle kłusowały ku Leoatle. Bałam się. Jednak muszę to zrobić dla dobra ludu.
-Pierwsza rzecz, którą zrobimy, to odwiedzimy mojego znajomego medyka w mieście. Powinien ci pomóc.-powiedziałam.
Gwardzistka jednak mi nie odpowiedziała. Przegryzłam wargę. Słońce było w południu, gdy zbliżałyśmy się do zamku. Narzuciłam na głowę kaptur i otuliłam nim połowę twarzy. W taki sposób uniknę wykrycia. Różdżkę miałam w pogotowiu. Przy bramie zwolniłyśmy i chodem wyminęłam gwardzistkę, prowadząc nas do domu medyka. Na szczęście mieszkał bardzo blisko bramy co jedynie ułatwiło nam zadanie. Konie zostały puszczone w jego ogrodzie, a my odwiedziłyśmy Dra Galvaniego. Mężczyzna o posiwiałych odrostach z brodą, okularami i niebieskimi oczami przyjął nas bardzo ciepło. Od razu zajął się Lexie, która oddała się pod jego opiekę. Dzień zbliżał się ku wieczorowi, kiedy na koniach kroczyłyśmy ulicami miasta.
-Zatrzymajmy się w karczmie.-powiedziałam.
Tak też i zrobiłyśmy. Najbliżą tawerną był Zielony Lis. Tam zakwaterowałyśmy się i udałyśmy na spoczynek. Jednak nie mogłam spać... Czułam się obserwowana. Coś było nie tak. Kiedy słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu, my byłyśmy gotowe. Wraz z końmi oddaliłyśmy się od karczmy.
-Wróćmy na zamek... Zabiję tego psychopatę, który skrzywdził mój lud.-rzekłam wiedząc, że gwardzistka wyrazi sprzeciw.
Byłam jednak zdeterminowana do walki... Nie poddam się.

< Lexie? Mira to nadgorliwe stworzonko xd >

Od Lexie do Mirajane

  Ból nie zelżał, jednak rany były opatrzone, co uspokoiło gwardzistkę nieco. Leżała spokojnie, czując ciepłą bliskość swojej pani, ciesząc się i jednocześnie gardząc samą sobą. Powinna była nie dopuścić do sytuacji, w której jej wysokość musiała się nią opiekować. Co będzie, jeśli teraz ktoś ich napadnie?
  Lexie, jak przez mgłę, słyszała rozmowę księżniczki z posłańcem. W duszy obiecała sobie, że nazajutrz zapyta ją, co tamten mężczyzna przyniósł. 
  Jednak nazajutrz nastało zbyt szybko. Nie powinno tak być. Strażniczka nie powinna była zasnąć. A jednak. Jasne promienie słońca raziły zamknięte oczy gwardzistki. Spokojny oddech Mirajane rozbrzmiewał tuż obok niej. Brunetka z niechęcią podniosła powieki. Obie dziewczyny przykryte były płaszczem strażniczki. Lexie odsunęła go delikatnie, krzywiąc się z bólu. Spróbowała wstać, jednak zrezygnowała. Spojrzała w kierunku pasącego się spokojnie Aresa. Przynajmniej to zwierzę czuwało nad nimi, gdy spały. Dziewczyna była pewna, że koń obudziłby je, gdyby coś się działo. Był bardzo przywiązany do księżniczki. Być może… tak samo jak Lexie czy Mer. Co jej wysokość miała takiego w sobie? Brunetka nie była w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 
  Dość długo leżała tak, przebudzona, nie chcąc wyrywać ze snu Mirajane. Dziewczyna musiała się dobrze wyspać. Dzień zapowiadał się na bardzo ciężki. Zresztą sama Lexie nie czuła się jeszcze na siłach, by podejmować jakikolwiek wysiłek fizyczny. Za to w jej głowie kształtował się już pewien plan. Ale wymagał od jej wysokości czegoś, czego gwardzistka nie chciała żądać od jej wysokości. 
  W pewnym momencie uwagę brunetki przyciągnął cichy jęk księżniczki. Zaniepokojona spojrzała na swoją panią, której twarz wykrzywiła się, jakby śniło jej się coś niedobrego. Usta dziewczyny poruszały się delikatnie, jakby z kimś rozmawiała, na kogoś krzyczała, kogoś o coś błagała lub... Strażniczka pogładziła ją delikatnie po głowie, a jej wysokość obudziła się gwałtownie z krzykiem. Jej źrenice były rozszerzone, oczy – wilgotne. Spojrzała nieprzytomnie na gwardzistkę, która gwałtownie cofnęła rękę z miną przyłapanego dziecka. 
- Gdzie jesteśmy? – spytała cicho Mirajane, rozglądając się dokoła, jakby widziała tą polankę po raz pierwszy w życiu.
  Lexie spróbowała się nieco oddalić, by siedzieć na wprost księżniczki, jednak zdołała tylko przesunąć się o kilka centymetrów.
- Wasza wysokość, wszystko w porządku? – spytała, zaniepokojona Lexie. Oczy księżniczki wracały do zwyczajnego stanu. Sama zainteresowana najwyraźniej też przypominała sobie, co się wydarzyło.
- Widziałam, jak tamten gwardzista umiera – szepnęła. Gwardzistkę zmroziło, jednak Mira kontynuowała. – Ten drugi cisnął nóż w szparę w jego hełmie. On upadł. Potem ten psychopata spojrzał na mnie i… ale to był tylko sen. To przez to, że on tam… – Księżniczka wzięła głęboki wdech i wydech, po czym spojrzała ze zmartwieniem w oczach na podwładną. – Co ważniejsze, jak twoje rany?
  Gwardzistka poczuła, że przewraca się jej w żołądku.
- Pani, nie powinnaś się nimi martwić. – Lexie przybrała profesjonalny wyraz twarzy i powoli wstała, starając się nie krzyknąć z bólu. – Już wszystko w porządku. Co ważniejsze… Powinnyśmy rozpocząć nasze poszukiwania, wasza wysokość. I najłatwiej będzie, jeśli wtopimy się w… zwykłą ludność.
  Strażniczka unikała wzroku swojej pani. Wciąż jeszcze w jej głowie rozbrzmiewały słowa Mirajane. „Cisnął nóż w szparę w jego hełmie. On upadł.”. Księżniczka nie mogła tego przecież widzieć. Była nieprzytomna. Skąd więc wiedziała? Wzięła to za koszmar, ale czy aby na pewno to był koszmar? „Ten psychopata”… kim on mógł być i dla kogo pracował. Musiały się koniecznie dowiedzieć, zanim sytuacja zacznie być niebezpieczna.
(Mira? Co teraz zrobisz?)

sobota, 25 listopada 2017

Od Ashley do Nathaniela

Nie potrafiłem go zrozumieć. Władze chciałby mieć każdy i gdybym miała taką możliwość, na pewno bym z niej skorzystała. Możliwość władania wszystkimi i wszystkim... kto by tego nie chciał? A tak, ten typ. Może ma inne poglądy? Albo z całkowicie innej perspektywy na to patrzy? Cóż... zainteresował mnie. W końcu rzadko spotyka się takiego kogoś; kogoś, kto uciekł od przejęcia władzy, a tym bardziej demona. W końcu jesteśmy... jacy jesteśmy.
- Dobra, zostanę - powiedziałam obracając się w taki sposób, że głowa zwisała mi w dół zza brzegiem łóżka. Dłonie położyłam na brzuchu i obserwowałam do góry nogami, jak chłopak wychodzi z pokoju. - Masz kawę?! - krzyknęłam. Po chwili ciszy dowiedziałam się, że tylko rozpuszczalną. - To mi zrób! - dodałam i na chwilę zamknęłam oczy rozmyślając nad tym wszystkim. Czy gdybym ja miała możliwość zostania władcą, wybrałabym tą opcję? Pierwsza myśl jest oczywista, że bez wahania. Ale... ludzie są ciekawsi. Tutaj więcej się dzieje, a ponieważ od małego tutaj żyłam, przywiązałam się do tych naiwnych i głupiutkich Pionków. Pamiętam, że przez jakiś czas próbowałam żyć wśród swoich - nie wyszło. Co ciekawsze, kiedy jego rodzice kazali mu robić coś, czego nie chciał, moi zostawili mnie bez słowa.
Po chwili do mojego nosa doszedł słodki zapach kawy. Ześlizgnęłam się z łóżka na ziemię i wstając poszłam do kuchni. Stanęłam przed dwoma kubkami wdychając ich cudny aromat. Kiedy Nathaniel zabrał jedną szklankę, ja wzięłam drugą. - To jak... - wzięłam łyka napoju, a gorąca ciecz rozlała się w moim gardle. Przyjemne uczucie.
- Co jak? - zapytał chłopak siadając przy stole. Ja usiadłam sobie na jego blacie. Rzadko przebywam w domach, a tym bardziej w takich, gdzie mogę być sobą. Zazwyczaj trzeba było utrzymać kulturę, jeśli chciało się mieć z tego niezły ubaw. A tutaj... chyba będę go często odwiedzała.
- Idziemy na miasto? - dokończyłam trzymając kubek w dwóch dłoniach, jakbym chciała się nim ogrzać. - Może po tych tygodniach w końcu się czegoś nauczysz - dodałam z delikatnym uśmiechem. - Bo jak na razie to nawet zwykły człowiek zauważy, że coś z tobą nie gra.

<Nathaniel? Już zapomniałam o czym pisaliśmy>

Od Ashley do Nathaniela

Nie potrafiłam go zrozumieć. Władze chciałby mieć każdy i gdybym miała taką możliwość, na pewno bym z niej skorzystała. Możliwość władania wszystkimi i wszystkim... kto by tego nie chciał? A tak, ten typ. Może ma inne poglądy? Albo z całkowicie innej perspektywy na to patrzy? Cóż... zainteresował mnie. W końcu rzadko spotyka się takiego kogoś; kogoś, kto uciekł od przejęcia władzy, a tym bardziej demona. W końcu jesteśmy... jacy jesteśmy.
- Dobra, zostanę - powiedziałam obracając się w taki sposób, że głowa zwisała mi w dół zza brzegiem łóżka. Dłonie położyłam na brzuchu i obserwowałam do góry nogami, jak chłopak wychodzi z pokoju. - Masz kawę?! - krzyknęłam. Po chwili ciszy dowiedziałam się, że tylko rozpuszczalną. - To mi zrób! - dodałam i na chwilę zamknęłam oczy rozmyślając nad tym wszystkim. Czy gdybym ja miała możliwość zostania władcą, wybrałabym tą opcję? Pierwsza myśl jest oczywista, że bez wahania. Ale... ludzie są ciekawsi. Tutaj więcej się dzieje, a ponieważ od małego tutaj żyłam, przywiązałam się do tych naiwnych i głupiutkich Pionków. Pamiętam, że przez jakiś czas próbowałam żyć wśród swoich - nie wyszło. Co ciekawsze, kiedy jego rodzice kazali mu robić coś, czego nie chciał, moi zostawili mnie bez słowa.
Po chwili do mojego nosa doszedł słodki zapach kawy. Ześlizgnęłam się z łóżka na ziemię i wstając poszłam do kuchni. Stanęłam przed dwoma kubkami wdychając ich cudny aromat. Kiedy Nathaniel zabrał jedną szklankę, ja wzięłam drugą. - To jak... - wzięłam łyka napoju, a gorąca ciecz rozlała się w moim gardle. Przyjemne uczucie.
- Co jak? - zapytał chłopak siadając przy stole. Ja usiadłam sobie na jego blacie. Rzadko przebywam w domach, a tym bardziej w takich, gdzie mogę być sobą. Zazwyczaj trzeba było utrzymać kulturę, jeśli chciało się mieć z tego niezły ubaw. A tutaj... chyba będę go często odwiedzała.
- Idziemy na miasto? - dokończyłam trzymając kubek w dwóch dłoniach, jakbym chciała się nim ogrzać. - Może po tych tygodniach w końcu się czegoś nauczysz - dodałam z delikatnym uśmiechem. - Bo jak na razie to nawet zwykły człowiek zauważy, że coś z tobą nie gra.

< Nathaniel? Już zapomniałam o czym pisaliśmy >