niedziela, 31 grudnia 2017

Od Elandrina do Annmea'i

- Będziemy tu częściej wpadać - stwierdził krótko, kiedy wraz z Ashe znaleźli się w ich namiocie by zacząć przygotowywać się do przedstawień. - Podoba mi się tu, mają dobre jedzenie.
- I ładne dziewczęta - prychnęła samica feniksa potrząsając głową. - Idąc do namiotu obejrzałeś się za co najmniej pięcioma. 
- Kochana, za kogo ty mnie masz... - stęknął z udawanym smutkiem i teatralnie zatrzepotał rzęsami, niczym panienka zalecająca się do ukochanego. - Jestem prostym, skromnym człowiekiem, który większość czasu spędza na samotnych podróżach, mam prawo przyglądać się ludziom, jak już ich spotkam. Zwłaszcza pięknym.
W jego uszach zabrzmiało kolejne prychnięcie na co roześmiał się serdecznie. Wyjął ze swoich bagaży jeden z ulubionych strojów zakładany tylko w takie dni jak obecny. Była to jaskrawożółta koszula z czarnymi, błyszczącymi zdobieniami na ramionach i plecach oraz płócienne, czarne spodnie, które w przeciwieństwie do góry stroju posiadały kolorowe naszywki jak reszta posiadanych ubrań. Z reguły narzucał na to jeszcze płaszcz, jednak dziś było za ciepło, już rano wiedział, że z niego zrezygnuje.
- Może ciebie też w powinniśmy w coś ubrać? - zaproponował Ashe.
- Załóż mi cokolwiek, a spłonie bezpowrotnie. - Usłyszał w odpowiedzi i ponownie się roześmiał.
Ah, ten jej ognisty temperament, skwitował w myślach i zaczął powtarzać sobie swój scenariusz.
***
W tej granatowej sukience wyglądała przepięknie. Przyciągała wzrok każdego, nawet tych, którzy wcześniej, gdy jeszcze w codziennych ubraniach kręciła się wokół, nie zwrócili na nią uwagi. Aidan miał wrażenie, że kobiety wzrokiem pożerały stylizację, mężczyźni natomiast wiernie podążali wzrokiem za jej ruchami, którym towarzyszyło ciche dzwonienie dzwoneczków. Sam elf śledził natomiast wszystko. Każdy ruch idealnie współgrał z muzyką, sama opowiadana w tym czasie historia również wciągała słuchającego.
Założył ręce na piersi.
- I weź mi wytłumacz Ashe, czemu ona jest zwykłą służącą? - zagadnął cicho do siedzącego mu na ramieniu ptaka nie odrywając wzroku od tańczącej. - Czemu nie dołączyła się już dawno do grupy Fariana?
- Los wyznaczył jej taką ścieżkę i to nią podąża - Odpowiedziała ognistopióra. - Zresztą nie znam jej dobrze, skąd mogę wiedzieć, dlaczego akurat w taj mieścinie żyje.
- Jak zwykle mówisz nudno i bez polotu - parsknął na to czarnowłosy.
W tym samym momencie tuż za nim rozległ się głośny huk. Drgnął zaskoczony i prawie się potknął, gdy tuż obok niego przeleciało kilka odłamków ściany pobliskiego budynku. Ashe poderwała się do lotu, a młodzieniec odskoczył pod drzewo, by spanikowany tłum go przypadkiem nie staranował.
- Co do... - stęknął zaskoczony i szybko rozglądał się po okolicy szukając źródła zamieszania.
Nie pozwalały mu na to jednak walące się budynki i rozbiegana ludność, której krzyki rozbrzmiewały mu w głowie, jakby znalazł się w piekle wśród dusz potępionych nie pomagały rozeznać się w sytuacji. Głośny skrzek sprawił, że odruchowo spojrzał w lewo. Wśród ludzi udało mu się dostrzec małą dziewczynkę, Lathię, która próbowała wydostać się z ciągnącego ją za sobą tłumu. Ashe krążyła nad nią nie odrywając od niej spojrzenia, dzięki temu elf doskonale znał położenie młodej damy, choć nieraz znikała mu z oczu ze względu na swój niski wzrost.
Niewiele myśląc ruszył w jej stronę przepychając się pomiędzy ludźmi. Niektórzy wyklinali go, jednak nie zwracał na to uwagi, musiał tylko dotrzeć do Lathii i tylko o tym na razie myślał. Przepchnął się przez ostatnie kilka osób i złapał młodą, która krzyknęła zaskoczona, gdy jej głowa nagle znalazła się ponad tłumem.
- Czy mogę służyć młodej damie swoją pomocną dłonią? - spytał ją radośnie chcąc by nieco się uspokoiła. - Zaraz się stąd wydostaniemy. 
To powiedziawszy zaczął przeciskać się w stronę sceny, przy której po raz ostatni widział Fariana i Annmea'ę. Gdy niemal tam dotarł dziewczyna wyszła mu i Lathii na spotkanie. W przeciwieństwie do innych była opanowana i szybko podejmowała decyzje, co dalej.
- Chodź, musimy stąd uciekać! - krzyknęła i pociągnęła go za sobą.
Nie oponował, nawet gdyby powiedziała coś innego wycofałby się, by mieć pewność, że trzymana przez niego dziewczynka jest bezpieczna. A potem by wrócił, by zobaczyć źródło całego zamieszania. O ile będzie mu dane to zrobić.
- Padnij! - Annmea nagle pociągnęła go na zimny bruk, ledwo udało mu się podeprzeć, by nie przygnieść Lathii.
Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zaoponować na jej działania zasłoniła go i dziewczynkę własnym ciałem chcąc ich zasłonić przez spadającym fragmentem muru. Cudowny gest, ale samobójczy. Wyciągnął rękę planując szybko zmienić się w niedźwiedzia i podeprzeć lecący na nich odłam. Jednak jego dłoń cofnęła się zaskoczona, gdy wokół jego i dziewcząt rozbłysła ochronna bariera, na której spadający fragment muru rozpadł się i zmienił w pył, jakby dotychczas był tylko mocno ściśniętym piaskiem, który po mocniejszym uderzeniu rozpadł się na milion drobinek.
- Nic wam nie jest? - zamrugał zaskoczony słysząc to pytanie, wokół nich panowała cisza.
Annmea chwiejnie podniosła się z ziemi i wzięła na ręce Lathię, która szybko doszła do siebie i wpatrywała się w dziewczynę błyszczącymi z podekscytowania oczami. Aidan jednak nie podzielał jej entuzjazmu, podniósł się z ziemi zapominając niemal całkowicie o tym, co przed chwilą się działo. Skupił swój wzrok na Mea'i.
- Jak to zrobiłaś? - odezwał się nagle.
- Ja... - Dziewczyna zawahała się i odwróciła wzrok.
W tym samym momencie podszedł do nich młody mężczyzna o jasnych, kręconych włosach. Kompletnie zignorował obecność Aidana i Lathii, skupił się na czarnowłosej.
- Intuicja mnie nie zwiodła - odezwał się melodyjnym głosem nie przestając się uśmiechać, a za nim pojawiło się jeszcze kilku podobnie do niego odzianych ludzi. - Wiedziałem, że tutaj odnajdziemy córkę Eyolfa Mealinesenne i Dayenne Mealinesenne z rodu Birschon.
Aidan w tym samym momencie skupił swoją uwagę na uszach rozmówcy. Był elfem, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. A dotychczas większość elfów, które spotkał, pochodziła z Leoatle bądź miała tam dalszą rodzinę. Zesztywniał nieco. Sytuacja byłaby ultra ciekawa, gdyby się okazało, że jakimś przypadkiem się znają. Jednocześnie było to niepokojące.
- Aidanie, zaprowadź proszę Lathię do Fariana, Później ci wyjaśnię to, co będę mogła. - Słowa Ann wyrwały go z zamyślenia, gdy tylko to powiedziała oddaliła się wraz z grupą magów.
Przez chwilę patrzył jak się oddalają, jednak odegnał od siebie niepokojące myśli i ruszył z dziewczynką w stronę namiotu Fariana. Rozpętany chaos został już opanowany, większość zachowywała się jakby do niczego nie doszło. Jednak jego głowę zaprzątała bariera, którą dziewczyna wyczarowała. Miała w swoich żyłach magiczną krew, młodzieniec, który do nich podszedł zaraz po tym wydarzeniu tylko to potwierdził. Aidan spojrzał w niebo starając się znaleźć Ashe, po feniksie nie było jednak śladu.
- To ci dopiero ciekawy dzień - skwitował, gdy znalazł się koło namiotu a Lathia pobiegła do jednej z obecnych tam kobiet.
- Fakt, takiego wydarzenia nikt się raczej nie spodziewał. - Farian stanął obok niego, nie odrywał wzroku od ledwo widocznej z tej odległości Annmea'i rozmawiającej z tajemniczymi przybyszami.
Zapadła cisza i Aidan wiedział, miał stuprocentowe przeczucie, że nie wyciągnie żadnych informacji od dziewczynie od tego cygana. Oboje byli dość tajemniczy.
Po raz kolejny obejrzał się za Ashe a w jego głowie zawitał mały plan. Zagwizdał chcąc przywołać zaginionego ptaka, jednak nie uzyskał odpowiedzi.
- Chyba pójdę rozejrzę się za Ashe, jeszcze wpakuje się w jakieś kłopoty - skomentował spokojnie i oddalił się od namiotu. Celowo wybrał okrężną drogę chcąc przyczaić się bliżej rozmawiających. Na pewno uda mu się spokojnie zakraść. Jak nie to znajdzie Ashe i ją tam wyśle.

Ann? Niedokońcamiwyszłojakchciałam. Elek podsłuchiwacz, on lubi wiedzieć.

Od Aristaira

Stałem na jakimś zboczu, spoglądając w górę, w niebo. Kaptur odrzuciłem na plecy, czekając, aż powróci Vai ze zdobyczą. Już od dawna nie natrafiłem na żadną zdobycz. Głód dawał mi się we znaki.
Czekałem już od kilku godzin. Zaczynałem tracić cierpliwość.
Nareszcie zobaczyłem mały, czarny punkt na tle ciemniejącego już nieboskłonu, rosnący z każdą sekundą. Szybko byłem w stanie zauważyć ciało zwieszające się z pazurów mojej towarzyszki. Zaraz nadejdzie koniec czekania.
Zwierze wylądowało ciężko tuż przede mną, w jednej, uniesionej łapie trzymając mięso.
- Długo ci to zajęło. - powiedziałem tylko krótko.
= Cóż... Sam mogłeś się ruszyć i iść czegoś poszukać. W okolicy nic, a dalej albo grupy takie, że trudno kogoś odciągnąć, albo już coś gnijącego za życia. = słyszałem jej głos, jednak nie jak normalny, rozchodzący się przez powietrze, a głuchy, po prostu nagle pojawiający się w mojej głowie.
Rzuciła truchło na ziemię. Przyjrzałem się. Kobieta, już nie najmłodsza. Głowę miała pod dziwnym kątem, czyli Vaikne musiała skręcić jej kark. Najszybszy, najlepszy sposób.
- Gdzie ją dorwałaś? - rzuciłem torbę na ziemię, nie chcąc jej pobrudzić. Ze skóry łatwo zmyć krew, z materiału gorzej.
= Na obrzeżach miasta. Daleko, ale szybko poszło. = zajęła miejsce po drugiej stronie posiłku.

Wspólnie zabraliśmy się za jedzenie. Najpierw mięso, dokładnie zdzierając je z kości. Płaszczu nie zdjąłem, pojedyńcze krople krwi spływały po nim.
Gdy skończyły się mięśnie rozerwałem szkielet. Vai z lubością rzuciła się flaki, połykając je w całości. Sobie wziąłem jedynie serce, wciąż zawierające dużo krzepnącej już krwi. Wyssałem ją, gasząc tym samym pragnienie.
Pooddzielałem żebra i kręgi, błyszczące biało wśród resztek porwanego ubrania. Niewiele zostało na nich tkanek, więc mogłem spokojnie włożyć je do torby, do specjalnego skórzanego worka. Resztę kości skończyliśmy na miejscu.

Vai skończyła pierwsza i wzleciała, by znaleźć jakąś rzekę.
Wciąż siedziałem na swoim miejscu, przegryzając ostatnie kości paliczków, najdelikatniejsze i pękające przy najlżejszym nacisku. Takie przekąski.

Nagle mój wzrok przykuł jakiś punkt, figura idąca przed siebie. Samotna.
To mógł być kolejny cel.
Spojrzałem w stronę, w którą poleciała Vaikne. Leciała już spowrotem, jak się okazało. Bardzo dobrze.
Uniosłem dłoń, by dać jej znak i wskazałem na przedmiot mojego zainteresowania.
Vai zmieniła kierunek. Zrozumiała mnie.
Ruszyłem.
Szybko dotarłem za postać. Gdy dzieliło nas już tylko kilka metrów Vai wyłoniła się gdzieś z góry i z hukiem pazurów wylądowała na kamieniach przed postacią.
- ...Daj mi to, co masz. - zarządzałem spokojnie.

< Ktosiu? Jak zareagujesz na te dwie, upaćkane krwią istoty? >

sobota, 30 grudnia 2017

Od Cynthi

Ale tu cieeeemno.... Idealnie~
Nie wiedziałam, w jakim miejscu aktualnie byłam, ale widziałam dużo potencjalnych celów, obwieszonych błyskotkami, aż proszących się, by zabrać od nich ten ciężar, jakim było ich bogactwo. A ja jestem taaaaka dobra, że chętnie ich uwolnię~
Znalazłam kogoś, kto wyglądał idealnie...
Taki tłusty, bogaty koleś. Wpół wyłysiały, a jak mu się łeb świeci... Bleh. Obrzydliwe
Ale, aaaale... Ten pierścień na jego palcu, widzę go z daleka... Za sam ten pierścień dostanę sporą sumkę.
A więc trzeba brać się do roboty..
Szybko ruszyłam przed siebie, biegnąc bocznymi uliczkami, by go wyprzedzić.
Gdy już znalazłam się na jego drodze rozpięłam trochę koszule, zmierzwiłam włosy i czekałam.
Jak on powoli idzie.... Wieczność tu spędzę!
Nie no, przyszedł. Już z daleka zawiesił na mnie wzrok... Dobry znak~
- Miły panie, masz może ochotę na miłą chwilę? - rzuciłam słodko, zastępując mu drogę. Widziałam, że obejrzał mnie od stóp do głów, a a jego wargi wpłynął obleśny uśmiech.
Nie musiałam długo go przekonywać. Bardziej niż chętnie ruszył za mną do ciemnego zaułka, a ja niezauważenie wyciągnęłam kij, który miałam schowany pod ubraniem.
Jeszcze kawałek, kilka kroków.... Z daleka od ciekawskiego wzroku nocnych wędrowców..
Kilkanaście sekund później, po uderzeniu tak mocnym, że aż zabolała mnie ręka, tłuścioch leżał na ziemii, zdany całkowicie na moją łaskę.
Zabrałam mu całą biżuterię i wszystkie wartościowe przedmioty. Sporo ich było...
Zabrakło mi kieszeni, by to zapakować. Po chwili namysłu wcisnęłam koszulę w spodnie i powrzucałam wszystko za dekolt. Tak się udało.

Zadowolona ruszyłam na poszukiwanie jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym jak najszybciej to wszystko sprzedać. Nie znałam jeszcze okolicy, więc po prostu kręciłam się, nie znajdując właściwie niczego. Starałam się omijać wszystkie żywe istoty na swojej drodze, jednocześnie nie gubiąc zdobyczy. Niektóre, jak się okazało, miały ostre krawędzie, więc musiałam bardzo uważać, by nie powbijały mi się w brzuch. A mogłam założyć coś pod spód...
Spieszyłam się. Chciałam już się tego pozbyć, wrócić do swojej prowizorycznej "sypialni" i odpocząć.
Szybko skręciłam, z małej uliczki wychodząc na większą, ale... To był błąd. Większą ulica, to więcej ludzi.
Wpadłam na kogoś. Na tyle nieszczęśliwie, by poczuć, jak coś ostrego kaleczy mi skórę. No świetnie.
Od impetu uderzenia straciłam równowagę. Syknęłam, próbując znaleźć oparcie, ale kamień czy inny śmieć, na którym postawiłam stopę, potoczył się w bok. Runęłam na ziemię, na plecy.
Może i jestem głupia i uparta, ale nie puściłam swojego "brzucha" wypchanego przedmiotami. Nie chciałam, by się rozsypały.
Przy okazji dowiedziałam się, że trudno będzie mi wyprać tą koszulę. Bród na plecach, i mokra, deifinitywnie krwista plama która już przesiąkała na zewnątrz to zło, eh.
Skupiłam swoją uwagę na osobie, na którą wpadł. W ciemności nie widziałam kto czy co to, w każdym razie, to nade mną sterczało...
Miałam złe przeczucia, oj złe. Gorsze nawet niż pranie, które mnie czekało.

< Ktosiu? >

Życie nie zawsze daje ci to, czego chcesz.... Rozwiązanie? Sama sobie to weź!

Znalezione obrazy dla zapytania fantasy girl red hair

Imię: Cynthia Cheron
Pseudonim: Brak konkretnego, każdy mówi jak chce
Wiek: 24
Wzrost: 151 cm
Rasa: Podobno człowiek, jednak na sto procent jest tam jakaś domieszka
Stanowisko: Udaje prostytutkę, ale robi to tylko po to, by ogłuszyć swoją ofiarę i ją okraść, więc można uznać ją za złodziejkę. Czasem chwyta się jakichś drobnych prac
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Nie zna miejsca swojego urodzenia, gdyż odkąd pamięta zawsze była w drodze. Wędruje po dziś dzień, za schronienie wystarczy jej jakaś grota, powalony pień drzewa, czy jakakolwiek dziura, do której się zmieści. Często bywa w Merkez.
Charakter: Cynthia jest istotą pełną sprzeczności, a także niczym niekontrolowanej ciekawości. Jeśli chce o coś zapytać, prawie pewne jest, że to zrobi. A jeśli jednak się powstrzyma, oznacza to, że po prostu zachowuje je na lepszą okazję. Jej nastrój zmienia się właściwie co godzinę, ze skrajności w skrajność. W jednej chwili śmieje się w głos, w drugiej płacze w kącie, a gdzieś pomiędzy ma wielką ochotą pozbawić kogoś życia. Taki jest jej urok.
Potrafi być świetną towarzyszką i przyjaciółką. Gdy słucha, to uważnie, gdy mówi, to wyraźnie, a jeśli kocha, to do końca. Jeśli komuś uda się uzyskać jej zaufanie będzie wierna niczym pies, chętnie wplątując się w bijatyki nawet z osobnikami dużo większymi od siebie. Co z tego, że uzbrojona tylko w kij zacznie okładać osobnika płci męskiej, większego od niej dwukrotnie, a cięższego ze cztery razy? Jeśli osoba znacząca dla niej chociaż trochę więcej niż grudka brudu na drodze będzie miała w ten sposób okazję do ucieczki i uratowania się, to Cynthia już biegnie, już leci. 
Ciężko u niej o wyrzuty sumienia. Kradnie, bo zazwyczaj nie ma innego wyboru. Jest w stanie też zabić, gdy zmusi ją do tego sytuacja. Nie brzydzi się krwi i bebechów. 
Często prowadzi rozmowy z samą sobą, a słuchanie ich może być niezwykle zabawne. Czasem jest tak pochłonięta taką rozmową, że nawet rzucenie w nią kamieniem nic nie da. Po prostu pójdzie dalej. 
Mimo że zachowuje się jak naiwna idiotka, nie jest głupia. Posiada dużą wiedzę, dużo też w życiu widziała i przeżyła. Zazwyczaj nie ufa obcym, nie pokazuje tego jednak. Po co mają wiedzieć? Niech czują się zaszczycenie, że udaje, że są przyjaciółmi, ha!
Rodzina: Prawdziwej nie zna, często przewijała się z rąk do rąk, gdy jakaś rodzina, która przygarnęła ją z dobrego serca, po prostu miała dość jej paplaniny i dziwnego zachowania i po prostu podrzucała ją komuś innemu.
Partner: -
Umiejętności: Dziewczyna jest bardzo zwinna i szybka, od lat nad sobą pracowała, by móc szybko uciekać. Mimo wątłej postury ciała nie brakuje jej siły. Jest bardzo wytrzymała, bez problemu może wędrować przez wiele godzin bez odpoczynku, niosąc na plecach spory bagaż. Pływanie też nie sprawia jej problemu
Tak naprawdę nie posiada zbyt wielu talentów, a na pewno nie jest ich świadoma. Potrafi co prawda śpiewać i tańczyć, oraz używać swoich wdzięków by mamić swoje ofiary, ale na tym można zakończyć listę
Aparycja: Niektórym osobom nie dane jest urosnąć do normalnych rozmiarów. Do takich osób zalicza się Cynthia. Przy wadze niepełnych 50 kilogramów i 151 centymetrach wzrostu jest naprawdę drobna, a mimo to dobrze widoczna w tłumie. Posiada długie, ogniście rudo-czerwone włosy, układające się w grube fale, sięgające jej aż za pośladki. Twarz ma delikatną, dziewczęcą, a duże, błękitne oczy mocno odcinają się od blade, piegowatej cery.
Kończyny ma długie i zgrabne, talię wąską, a kobiecości znaczne, chociaż nie przesadne. 
Rzadko kiedy nosi spódnice czy sukienki. Wygodne spodnie, często krzywo szyte własną ręką, koszula, coś na wierzch, i wio. Idzie. Czasem zapomni butów, ale zazwyczaj przypomina sobie po kilku minutach.
Potrafi jednak zmienić się w prawdziwą damę, jeśli chce. No i potrzebuje porządnej motywacji, a taką ciężko znaleźć
Historia: Nie ma właściwie co opowiadać. Brak prawdziwej rodziny i stałego miejsca pobytu wyrobiły u niej hart ducha. Przez około pięć, sześć lat "mieszkała" u jednej rodziny, ale gdy stała się zbyt upierdliwym dzieckiem, po prostu podrzucili ją jakimś innym podróżnym. Działo się tak wiele, wiele, razy, czasem nawet nie raz w ciągu jednego miesiąca. Jej to zbytnio nie przeszkadzało, ale jasne jest, że dziecku przerzucanemu z miejsca na miejsce nie jest łatwo. 
W wieku czternastu lat trafiła pod opiekę właścicielki domu publicznego w Merkez. Kobiecina nie kazała jej, na szczęście, pracować u siebie, a nawet zajęła się nią lepiej niż ktokolwiek wcześniej. Tam Cynthia nauczyła się, jak się bronić, a w razie konieczności zdobyć pieniądze, nie musząc rezygnować ze swojego honoru.
Przez dwa lata nie ruszała się z miejsca, wreszcie jednak stało się to dla niej zbyt trudne. Nie miała niczego, co by ją tam trzymało.Ledwo skończyła 16 lat, a zaczęła wędrować. Najpierw po okolicy, lecz zapuszczała się coraz dalej i dalej..
Inne: Nie raz zjadła już coś trującego, jednak nigdy nic się jej nie działo. Myśl, że może być odporna na wszelakie trucizny, jest bardzo prawdopodobna, lecz przez nią ignorowana
Właściciel: Howrse - Afryka; Gmail - cynthcheron@gmail.com/nemidith@gmail.com

piątek, 29 grudnia 2017

Od Madelyn do Naix'a

Rozluźniłam się, prowadząc miłą, spokojną rozmowę z chłopcem - patrząc po jego budowie, ciężko byłoby nazwać go pełnoprawnym mężczyzną, choć, rzecz jasna, nie zamierzałam mu o tym mówić.
 Cóż... - zaczął po dłuższej chwili milczenia, rozglądając się po sielankowym krajobrazie, jakby chciał wyryć w swojej pamięci ten obraz, czemu zresztą ani trochę się nie dziwiłam. - Raczej tak wcześnie nie wstaję, ale okazało się, że moi kompani mają chyba jakieś problemy z zegarkiem i siłą rzeczy też musiałem wstać - tu ze zrezygnowaną miną pokręcił głową, wzruszając równocześnie ramionami, by podkreślić swoją bezradność. - Jednak, jak już tu jesteśmy, to co cię tu sprowadziło? To nie jest tak, że młode dziewczyny nie powinny same chodzić po lesie?
Zaśmiałam się krótko, słysząc słowa chłopca - sposób, w jakie je wypowiadał, był naprawdę pocieszny, kojarzył mi się z mruczeniem nieporadnego szczeniaka.
- Och, biedny - westchnęłam, puszczając doń perskie oko. - Hm... wiatry przyjazne i trawa zielona, szepnęły mi, że oto dziś na tym wzgórzu będzie  miał miejsce spektakl najcudowniejszy, i, cóż... - machnęłam ręką, zakreślając szeroki łuk - nie pomyliły się! Idę teraz w stronę miasta, chociaż jeszcze pewnie z dzień się zejdzie... och, nie jestem sama! - wskazałam na skulonego obok moich nóg rysia - to Maki.
Na dźwięk swojego imienia ryś, jak łatwo można było przewidzieć, szybko się obudził - wpierw zjeżył się, widząc obcego, szybko jednak poklepałam go uspokajająco po sierści.
- Jest dobrze, nic nam nie zrobi - szepnęłam mu, gładząc przyjaciela za puchatym uszkiem.
~ Tego nie możesz być pewna ~ zamruczał w odpowiedzi, wciąż nieco rozespany.
- Och, już, już.
~ Powinnaś mnie była obudzić ~ zauważył z wyrzutem, ziewając głośno.
- Słodko spałeś - odparłam, trącając go lekko w bok.
- Rozumiesz, co mówi? - zapytał Naix, przyglądając się rysiowi z ciekawością. Wstałam z kucek z nieco zakłopotaną miną. No tak, to dość częste pytanie.
- Tak - uśmiechnęłam się lekko, przegryzając wargi. - To dłuższa historia, ale mam w sobie krew zmiennokształtnych... no, jak sądzę.
- Duża rodzina?
- Można tak powiedzieć. Cóż, ale jak będziesz miał problem z narwanym koniem czy cokolwiek, zawsze możesz się do mnie zwrócić - pochyliłam się w geście dworskiego ukłonu. - Zaklinaczka, do usług.
- Na pewno dam znać!
- No ja myślę - ignorując znaczące spojrzenie Maki'ego, trąciłam żartobliwie chłopca w łokieć. - Swoją drogą, jak cię zwą, szanowny paniczu?
Byłam naprawdę ciekawa jego reakcji. Mógł teraz z powodzeniem podać mi pierwsze nazwisko, jakie przyszłoby mu do głowy. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazał się być zwiadowcą lub szpiegiem na jakiejś tajnej misji.
- Naix - odparł jednak prostodusznie, wyciągając w moją stronę drobną dłoń. - Miło mi.
- Naix - powiedziałam, smakując brzmienie tego imienia. - Mi również, Madelyn jestem. Ale śmiało możesz mówić Maddie.
~ A ja? ~ upomniał się ryś. Przewróciłam oczami.
- No jakże bym o tobie mogła zapomnieć. Naix, Maki. Maki, Naix.
~ Musiałeś się tu przypałętać?
- Co powiedział? - zapytał.
Wzruszyłam niewinnie ramionami.
- A co usłyszałeś?
- Miau.
~ Ja ci dam zaraz miau ~ zjeżył się.
- Jemu też miło - przetłumaczyłam.
- Uroczy jest - skomentował Naix.
Ryś zaklął tak konkretnie, że nawet chłopiec najwyraźniej domyślił się jego niezbyt pochlebnych słów.  Skrzywiłam się, zagryzając wargę.
- Taki już jego charakterek, przepraszam - stwierdziłam. - Nie obraź się na niego, dobrze? Ma średnie nastawienie do nowo poznanych osób, ale to kochana kuleczka.

< Naixiątko? I nawet nie wiem, za co przepraszać bardziej, moje tempo odpisywania, czy za całe to opko >

Od Rahelii do Elanrina

 Kobieta z niecierpliwością czekała, aż jej brat przetworzy podane mu informacje. Cała ta sytuacja nawet ją bawiła, ale bądźmy szczerzy, kto nie byłby zirytowany, kiedy tak bliska osoba nie jest w stanie cię rozpoznać? Nawet jeśli Elandrin jedynie się z nią droczył, w tej chwili niezbyt jej się to uśmiechało. Nie po tylu latach. Bo naprawdę nie wiedziała, czy tylko udaje, czy też rzeczywiście o niej zapomniał. 
W końcu mężczyzna cicho cmoknął. Świst nabieranego powietrza dotarł do jej uszu. Młodzieniec rozłożył ramiona, jakby chciał objąć cały świat, a nim tropicielka zdała sobie z tego sprawę, to ona znajdowała się w jego niedźwiedzim uścisku. Oczy rozbłysły jej w zdumieniu. Przez chwilę obawiała się nawet, czy kości nie zdążą popękać, nim brat odstawi ją na ziemię. Jeszcze chwilę temu jedynie przyglądał się jej twarzy, a teraz nie potrafił utrzymać w sobie radosnego śmiechu. 
— Wydaje mi się, czy urosłaś trochę? — kuglarz odsunął od siebie dziewkę, na długość ramion i porównał odległość od jej czubka głowy do swojej. — Nie, jednak nie. Za mało mleka piłaś młoda damo. — Oznajmił z szelmowskim uśmieszkiem na ustach. 
Zaledwie sekundę Rahelia stała oszołomiona nie wiedząc jak zareagować i tylko wpatrywała się w niego z rozdziawionymi ustami. Zaraz jednak jej twarz wypełnił iście dziecięcy grymas buty. Brakowało tu tylko założenia rąk pod piersią i mocnego tupnięcia stopą o podłoże. 
— Piłam wystarczająco! — Burknęła zawzięcie, a część włosów opadła jej na oczy, wyplątując się z grubego warkocza. — To nie moja wina, że cała reszta rodziny postanowiła udawać jakieś olbrzymy! 
— Oczywiście... — kuglarz mruknął z powątpiewaniem. Wątły uśmieszek i błysk w oku rozświetlały jednak jego osobę. 
Młoda panna zaraz się rozchmurzyła i wybuchła serdecznym chichotem. Jakby sam widok twarzy swojego rozmówcy tak ją bawił. W końcu byli na tyle blisko, że z łatwością widziała każdą zmarszczkę ciągnącą się z kącików uśmiechniętych oczu. Każdy detal skóry, miejsca, w których wyrastała zgolona teraz dokładnie broda. Może to rzeczywiście cały ten głupkowaty wyraz twarzy oraz komiczny ubiór tak bardzo ją cieszyły?
Czarnowłosa ścisnęła ponownie elfa, wtulając się w jego ciało i nie przestając ciągle się przy tym uśmiechać. Zmienił się. Musiała to przyznać. Zdaje się, że odnalazł siebie. Mogła to zauważyć jeszcze wtedy, gdy uważnie przyglądała się jego drugiemu przedstawieniu. Wręcz ociekał wtedy dumą. Widać było, że dobrze czuł się przed swoją widownią, a nawet był dumny z tego, co pokazywał ludziom.
— To takie stroje nosi się teraz na świecie? — prychnęła śmiechem, chwytając materiał kamizelki z ponaszywanymi, błyszczącymi i pełnymi kolorów zdobieniami.  
— A spróbuj powiedzieć, że mi nie pasują. — Mężczyzna burknął nad jej głową z udawaną groźbą. 
— Nie pasują! Ałć! — Jęknęła czując szarpnięcie za włosy. Oddała bratu natychmiastowo, naskakując na jego stopę. 
Młodzieniec syknął lekko i poluźnił swój uścisk, co elfka wykorzystała odskakując w tył. Przyjęła jedną z form obronnych, którą nauczył ją towarzysz, niedługo po ich ucieczce z rodzinnego domostwa. Twarz dziewczyny wypełnił szelmowski uśmieszek. Aidan zmierzył ją wyzywającym spojrzeniem. 
— Wciąż się nie nauczyłaś — cmoknął z powątpiewaniem. — Odsłonięty bok. 
Zawahała się przez chwilę. Tyle właśnie wystarczyło, by Aidan pokonał niewielki dystans. Panienka nie zdążyła zareagować w żaden sensowny sposób. Jedynie jakiś nieokreślony zamach rękami, jakby to miało ją obronić. Krzyknęła cicho, kiedy elf złapał ją i objął pod brzuchem pochylając głowę w stronę ziemi. Znajdowała się teraz pod ramieniem brata. 
— Elandrin! — Krzyknęła bardziej zaskoczona niż zła. 
Próbowała jakoś uratować się z uścisku brata, ale i tak doskonale wiedziała, że jest już na przegranej pozycji. Niemal nie mogła się ruszyć, a podłożenie bratu nogi nie przynosiło efektów. Był silniejszym przeciwnikiem i zdecydowanie lepiej trzymał się w tej chwili gruntu. W przeciwieństwie do elfki, której palce u stóp ledwie sięgały ziemi. Nagle duża dłoń brata opadła na jej głowę i silnie zaczęła ocierać jej potylicę, przez co włosy powychodziły z warkocza i zmierzwiły się niczym kupka świeżo przerzuconej słomy.
— Elandrin! Hej, hej, przestań! — szarpała się najsilniej jak tylko mogła, pod silnym chwytem brata. Od ciągłego śmiechu dodatkowo rozbolał ją brzuch i policzki. — Eleeek!
I to był ten moment. Nimfetka uniosła głowę ponad uliczny pył, na skrzynie, które akurat znajdowały się teraz prosto przed nią. Jej ciało zesztywniało, a źrenice rozszerzyły się, emanując blaskiem. Na drewnie siedziała czerwono pióra ptaszyna o smukłej sylwetce i nieco wydłużonej szyi. Przyglądała się rodzeństwu złotymi oczami, przechylając przy tym swój orli dziób w bok. Długi ogon zwracał uwagę. Mienił się w wielu kolorach na wydłużonych piórach. Niebieskie i złote, zielenie i fiolety. Czerwieni również nie brakło. 
Rahelia chwyciła trzymającą ją pod brzuchem dłoń Aidana i jak w transie ją odtrąciła. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, kiedy kuglarz poluźnił uścisk i ją wypuścił. Błyskawicznie rzuciła się do pięknego stworzenia, dłońmi łapiąc mocno za brzeg skrzyni. Skrzek. Feniks był tak zaskoczony gwałtownym zbliżeniem, że rozłożył szeroko skrzydła, kilkukrotnie poruszając nimi w powietrzu. Niefortunnie wydobyły się z nich również iskry, które opadły na prawą dłoń tropicielki. Kobieta syknęła cofając się minimalnie. Zmierzyła zwierzę spod zmrużonych powiek, po czym na powrót rozluźniła mięśnie twarzy. Dmuchnęła jedynie w poparzone miejsce od nadgarstka do knykcia. 
— Spokojnie — zaczęła zbliżając się ponownie, tym razem powoli do stworzenia. Jej głos był uspokajający — przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć. 
Młoda dama niezwykle zainteresowała się stworzeniem. Pierwszy raz widziała takiego ptaka. Słyszała wcześniej o feniksach, a także widziała różne ich szkice, jednak wciąż nie była pewna, czy aby napewno to jeden z nich znajdował się teraz przed nią. 
Cichy śmiech przywrócił ją na ziemię. 
— Asha, to jest Rahelia, moja siostra, Rahciu, to jest Asha — elf przedstawił sobie dziewczęta. 
Czarnowłosa przenosiła promienną twarz od brata do zwierzęcia. Nawet jeśli to drugie nie wyglądało na zachwycone, a może nawet było obrażone, nie zmieniało to dziecięcego wręcz zachwytu kobiety. 
Mogłaby tak nawet zostać na wiele godzin, wpatrując się w ognistego ptaka, gdyby nie nowo przybyła osoba. Ktoś odchrząknął próbując zwrócić na siebie uwagę i z pewnością nie był to kuglarz. 
— Wybaczcie, że przeszkadzam... Wasza praca w przedstawieniu była wspaniała! 
To był... Ten chłopak, który zagrał w przedstawieniu o smoku razem z Rahelią. Czyżby pomyślał, że wybór księżniczki był z góry ustalony w tym wystąpieniu? Rude kosmyki prostych włosów opadały na boki twarzy, tworząc niewielką grzywkę. Gęste piegi podkreślały jasny brąz oczu młodzieńca. Początkowo wydawał się nieco nieśmiały zaczynając rozmowę, zaraz jednak tropicielka pozbyła się tego wrażenia. Chłopak zbliżył się jeszcze kilka kroków, po czym kontynuował swoją wypowiedź. 
— Jeśli byłaby Księżniczka łaskawa — zwrócił się do Rahelii używając teatralnego przydomku i chyląc przed nią w pół — byłbym zaszczycony mogąc zaoferować wspólny obiad. Oczywiście jegomość, oraz jego towarzyszka — tu z pewnością na myśli miał Ashę — także są zaproszeni. Matka z pewnością ucieszyłaby się na takich gości. 
Elfka nie wiedziała co odpowiedzieć. Napewno nie poszłaby sama. Dopiero co spotkała się z Elandrinem, nie miała zamiaru tak po prostu go teraz puścić, żeby zniknął na kolejne trzy lata, bez choć jednej rozmowy. 

<Aidan? >

czwartek, 28 grudnia 2017

Od Annmea'i c.d do Aidana

Dziewczyna obdarzyła chłopaka jednym z jej niewielu pięknych uśmiechów. Komplement bardzo jej pochlebił i mimo największych starań nie mogła go zatuszować. Gromki śmiech Fariana rozniósł się po placu.
- Nie stójmy tak tutaj! Dalej! Wynieśmy stoły i krzesła, aby zjeść tutaj razem! - zakrzyknął mężczyzna.
Szybko z namiotu wyniesiono długie stoły. Wkrótce na placu zaroiło się od ludzi w różnym wieku, różnym kolorze skóry, różnej mowie. Nie brakowało dzieci, kobiet i mężczyzn. Każdy pomagał przygotować tradycyjną ucztę. Aidan mimo, że chciał również pomóc szybko został przepędzony ze względu na poranione dłonie.
- Mowy nie ma! - zadecydowała głośno Leita. - Poza tym już kończymy.
I rzeczywiście stół był już zastawiony. I nie była to przynajmniej skromna uczta. Każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie. Dla Ashy też znalazły się pyszności. Dziewczyna zajęła miejsce obok Aidana. Uśmiechnęła się do niego lekko. Sama przed sobą nie umiała przyznać, że zaczynała lubić tego chłopaka. Uspakajała, a jednocześnie smuciła, ją myśl, że prawdopodobnie po dzisiejszym wieczorze już nigdy nie zobaczy Aidana. On wyjedzie, ona zostanie. Starała się jednak odsunąć od siebie te ponure myśli i cieszyć się wspólnym posiłkiem z bliskimi przyjaciółmi.
- Powiedz mi co słychać w pracy? - spytała mnie Roxalia, matka Leitii i Lathii.
- To co zawsze Rox. Naema wydziera się o wszystko, a i Anna i Sae ciągle się mnie czepiają. Coraz bardziej mam ich dosyć...
- Meo proszę bądź bardziej wyrozumiała dla Naemy. Musi zarządzać taką ilością osób, ma prawo się denerwować. Chociaż racja nie powinna tak na was krzyczeć. - rzekł Farian.
Dziewczyna pokiwała jedynie głową, po czym uśmiechnęła się do starszego mężczyzny.
- Masz rację Farianie. Szczególnie, że dziś mają szczególnie dużo na głowie.
Słońce przyjemnie grzało zebranych ludzi przy stole. Każdy rozmawiał z każdym. Kiedy posiłek dobiegł końca artyści i ich rodziny najpierw pomogły sprzątnąć, aby później rozejść się na ostateczne próby. Za nie całą godzinę rozpoczynały się pokazy.
- Ja już muszę iść Aidanie.- rzekła do elfa.
- Taak. Ja też powinienem iść się przygotować do przedstawienia.
- Jak coś mój występ będzie za dwie godziny. Więc jeśli chcesz przyjdź. - rzekła szybko, po czym jej policzki przykryły rumieńce. -Muszę już iść.
Szybko zniknęła w przygotowanym dla niej namiocie. Raz jeszcze obejrzała wszystkie tasiemki i inne rzeczy przy kostiumie.
-Gotowa?- spytała Roxalia wchodząc do środka. - Pomóc ci?
- Tak. Poproszę. - rzekła dziewczyna zdejmując koszulę.
Z pomocą kobiety szybko ubrała swój strój. Roxalia pomogła jej również pozawiązywać wszystkie tasiemki i rzemyki. Oraz zapiać dzwoneczki. Kobieta uparła się by ułożyć jej włosy mimo, że Mea zarzekała się że rozpuszczone wystarczą.
- Roxalio... -zaczęła niepewnie, gdy ta czesała jej włosy.
- Tak kochanie?
- Zastanawiam się czy nie opuścić miasta..
Kobieta na chwilę przerwała tę czynność.
- Czemu chcesz to zrobić? - spytała po chwili.
- Jak opowiadał wam Farian, żyłam w całkiem innym miejscu od tego. I nie wiem.. Kiedy myślę sobie, że mogłabym podróżować po świecie to...
- Chodzi o tego młodego elfa, prawda? - trafiła celnie.
- Ja...- zarumieniła się. - Wiesz Roxalio tak na prawdę nie wiem. On podróżuje.. Jest wolny, a ja? Codziennie od długiego czasu robię to samo. I mam wrażenie, że nikt z mojej rodziny nie miał dla mnie takiego planu. Tak na prawdę nie wiem gdzie jest moje miejsce.
- To zrozumiałe w twoim wieku. - rzekła Roxalia odkładając szczotkę. - To jasne, że nie wiesz gdzie przynależysz. Ale uważam, ze powinnaś dać sobie czas. Może w końcu wszystko się wyjaśni. Wierzę, że Farian ma jakiś plan wobec ciebie. W końcu ma dług u twojego zmarłego mistrza.
- Nie wiesz co planuje?
- Nie. Ale na pewno wyniknie z tego coś dobrego. - rzekła upinając dziewczynie włosy. - I gotowe! Jak ci się podoba?
Mea zerknęła do lustra. Musiała przyznać, że cyganka znała się na rzeczy. W tej fryzurze wyglądała na prawdę pięknie.
- Jak myślisz, czy mogę spytać o to Fariana? - rzekła.
- Nie wiem, kochanie. Wiesz, że on jest bardzo tajemniczą osobą. Ale możesz spróbować. Teraz jednak musimy już iść. Powinniśmy być wcześniej by to wszystko przygotować.

***

Występy grupy Fariana dobiegły końca. Zostały nagrodzone gromkimi brawami. Teraz nadeszła kolej Meii. Dziewczyna powoli weszła na podest sceny. Każdy krok rozbrzmiewał dźwiękiem dzwoneczków. Ostatnie promienie światła kładły się szerokim cieniem na placu. Wokół prowizorycznej sceny ustawiono pochodnie. Mea zlustrowała wzrokiem tłum. Zauważyła grupę przybyszy, którzy uważnie przeczesywali tłum wzrokiem. Ich aury mówiły jej iż są oni potężnymi magami. Takimi na których lepiej jest uważać. Przymknęła powieki kiedy ich wzrok przesunął się po jej obliczu. Wyszeptała kilka słów w Starej Mowie. Kiedy znów podniosła powieki z zadowoleniem stwierdziła, że jej aura jest teraz niewidoczna. Jednak poczuła na sobie wzrok jednego z magów. Młodzieniec szybko został zaabsorbowany przez swoich kompanów, którzy po chwili zniknęli w jednej z uliczek. Kiedy promień Słońca padł na jej twarz rozbrzmiała muzyka. Mea jak zawsze dała się jej ponieść. Melodia była doskonale dobrana do przedstawianej historii. "Młoda elfka traci dom przez zazdrosnych ludzi. Tuła się po świecie nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Nagle spotyka na swojej drodze ludzkiego mężczyznę. Zakochują się w sobie. Niestety na skutek wojny młodzieniec ginie bez śladu. Zrozpaczona dziewczyna, pewna, że jej ukochany nie żyje, rzuca się z klifu. Nie trafia jednak do Krainy Zmarłych. Staje się duchem, którego nikt nie widzi. Niespodziewanie chłopak powraca. Nie jest jednak już taki sam. Stał się mrukliwy i nieprzyjemny. Jego ciało znaczą liczne blizny. Nawet nie przejął się, że dziewczyna odebrała sobie życie. Elfka za wszelką cenę chce mu udowodnić, że go nie opuściła. Mijają miesiące i wszystkie jej starania idą na nic. Pogrąża się w coraz większej rozpaczy. Dowiaduję się o zaklęciu, które sprawi, że będzie widoczna przez pięć minut. Później jej duch zniknie ze świata na zawsze. Zbliża się Święto Wiosennego Przesilania. Dziewczyna w końcu decyduje się na ten krok. Pojawia się na polanie. Chłopak ją widzi lecz kiedy próbuję ją objąć, jego ramiona..."
Nagły powiew gorącego powietrza przerywa występ. Wokół zaczynają rozbrzmiewać krzyki. Huk rozpadających się ścian. Mea wraca do rzeczywistości. Zeskakuje ze sceny.
- Trzeba wszystkich stąd zabrać! I to już! - krzyknęła do Fariana.
Mężczyzna od razu wziął się za działanie. Coś latało nad ich głowami, wzniecając panikę. Wcześniej widziani magowie próbowali ochronić uciekając ludność przez odłamkami domów. Dziewczyna w tłumie wypatrzyła Aidan'a. Podbiegła do niego. Trzymał na rękach przerażoną Lathię.
- Chodź musimy stąd uciekać! - krzyknęła, łapiąc go za ramie.
Było jednak za późno. Ogromny kawał muru osunął się i poleciał w ich stronę.
- Padnij! - krzyknęła ciągnąc chłopaka z dziewczynką na bruk.
Zakryła ich sobą. Zacisnęła powieki szykując się na uderzenie. Chciała jedynie ochronić córkę ludzi, których traktowała jak rodzina oraz chłopaka, który był dla niej pierwszą osobą, z którą mogła się tak na prawdę zaprzyjaźnić. Nie chciała umierać. Nie tak. Nie teraz. Wiedziała, że żaden z magów nie zdąży. Poczuła wirowanie magi w powietrzu. Przygotowała się na najgorsze. Nic się jednak nie wydarzyło. Powoli uniosła powieki. Wokół nich błyszczała tarcza ochronna. Srebrzysta powłoka ochroniła ich przed śmiercią. Zaklęcie to było bardzo wyczerpujące. Bez ostrzeżenia tarcza pękła obsypując ich wszystkich pyłem.
- Nic wam nie jest? - spytała dziewczyna podnosząc się chwiejnie na nogi.
Rozejrzała się dookoła. Po bestii nie było śladu. Miasto było puste i niezwykle ciche.
Mała dziewczynka wpatrywała się w nią jak urzeczona, wzięła ją na ręce. Elf był jednak zaskoczony.
- Jak to zrobiłaś? - wypalił nagle.
- Ja... -zająknęła się.
Nie zdążyła dokończyć, gdy podszedł do nich ten młodzieniec który wcześniej lustrował ją wzrokiem. Odrzucił kaptur peleryny ukazując jasne loki. Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
- Intuicja mnie nie zwiodła. - rzekł, gdy dołączyli do niego jego kompanii. - Wiedziałem, że tutaj odnajdziemy córkę Eyolfa Mealinesenne i Dayenne Mealinesenne z rodu Birchson.
- Poczekaj chwilę. - rzekła, stawiając Lathię na ziemi. - Skąd znasz imiona moich rodziców?
- Znajdźmy bardziej ustronne miejsce do rozmów. Co powiesz panienko na teren obozu na obrzeżach miasta? Tam gdzie wszyscy artyści się zatrzymują?
Jego spojrzenie był szczere, a intencje nie wydawały się złe. Dziewczyna kiwnęła więc głową. Do miasta zaczęli wracać mieszkańcy i wszyscy zaczęli się im przyglądać.
- Dobrze więc. Niech tak będzie. - rzekła szybko. - Ale tak by pozostać w zasięgu wzroku grupy Fariana.
- Doskonale. - rzekł młody chłopak. Elf, jak dziewczyna zauważyła gdy się odwrócił.
- Aidanie zaprowadź proszę Lathię do Fariana. Później ci wyjaśnię to co będę mogła. - rzekła dziewczyna, po czym podbiegła dogonić tajemniczą grupę magów.

<Aidan? Wyyyyyyyyybacz że tak długo i tak słabo!>

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Od Takako do Lucasa

Miło było sobie tak siedzieć z osobą inną niż moi towarzysze, a w dodatku ta osoba była bardzo miła i uprzejma. Nasz tor rozmów zmieniał się za każdym razem. Miło było się dowiadywać o Lucas'ie tylu rzeczy. Chcąc już odpowiedzieć na pytanie co sprowadza mnie do tutejszego państwa, zatrzymało mnie jednak coś, a raczej ktoś. Dostaliśmy przepyszna zupę. Jej zapach rozniósł się po sali. Lucas był wystarczająco miły, że podał mi łyżkę. Było to pomocne. Tak jak mogłam się spodziewać to moi towarzysze również przyszli do mnie.
- Nareszcie ciebie znaleźliśmy - powiedzieli jednocześnie. Zawsze tak robili, a mi się nie przestawało to podobać. Wyglądali zawsze tak przezabawnie.
- Usiądźcie sobie i zjedzcie sobie coś. Poza tym to chłopcy powinniście się przestawić - uśmiechnęłam się delikatnie. - Wybacz za to, że wtargnęli, ale oni już tacy są moi towarzysze. Po prawej stronie siedzi Yuzu, a po lewej Ryuu. Chłopcy przywitajcie, zjedzcie coś, a następnie możecie wyjść i poczekać na mnie na dworze - co mogłam innego zrobić. Byłam trochę zła na nich, więc przydałaby się im jakaś nauczka. - Odnośnie twojego pytania to przyszłam do tego kraju że względu na prośbę od króla. Potrzebuje zielarki, a że miałam wolny czas to zgodziłam się - odpowiedziałam i właśnie wtedy zdecydowałam się go zapytać. - Lucas czy masz może czas, aby wykonać jedno zadanie na dość długi czas? Chciałabym, abyś towarzyszył mi podczas mojego pobytu tutaj. Oczywiście zapłacę tobie i zgodzę się na inne warunki. Jeżeli nie chcesz to nie musisz się zgadzać, po prostu tak pytam - wytłumaczyłam od razu o co mi dokładnie chodzi.

<Lucas? >

sobota, 16 grudnia 2017

Od Lucasa do Takako

Siedząc przy tym stoliki czułem się bardzo nieswojo. Nie przywykłem do tego, że ktoś jest dla mnie miły. Przeważnie spotykam się z drwinami... gospodarz już krzywo na mnie patrzył.
Ale ona pewnie dopiero co tu przyjechała i nie wie, z kim ma do czynienia. Z resztą od kiedy dama ma stawiać obiad...? Lucas, staczasz się. Juz miałem wstać i podziękować za propozycję, kiedy burczenie w brzuchu zatrzymało mnie na krześle. Dobra, ten jeden raz.
- Lucas - odpowiedziałem krótko.
Po chwili zdałem sobie sprawę, jak oschle musiało to brzmieć.
- Długo już jesteś w Merkez? - zagaiłem
- W sumie to od wczoraj. Naprawdę bardzo mi się tu podoba, te wszystkie zapachy...
Uśmiechnąłem  się  pod nosem. Czyli to ten typ, któremu rzucisz cokolwiek i sam się rozgada.
- A Ty? - skończyła swój wywód
- Mieszkam tutaj już od kilku lat.
- A czym się zajmujesz? - podparła się na łokciach o stół, wpatrując się prosto we mnie tak, jakby faktycznie mnie widziała.
Tor, jaki obrała nasza rozmowa, coraz mniej mi się podobał.
- Drobnymi zleceniami...a to komuś coś kozę zjadło...
- A więc jesteś wojownikiem - usłyszałem w jej głosie podziw
Oho, zaczyna się. Z niewyjaśnionych przyczyn nie chciałem, by dziewczyna dowiedziała się prawdy. Mogłaby jeszcze pożałować, że mnie zaprosiła... chociaż nie wydaje się taka. Niewidoma musi oceniać sercem, nic innego jej przecież nie pozostało. Co nie zmienia faktu, że byłoby mi wstyd. Tak bardzo żal mi tej dziewczyny.
- Nadal nie wiem, co cię tu sprowadza - odparłem.
Młoda brunetka, córka gospodarza, postawiła przed nami miskę parującego rosołu. Byłem cholernie głodny, jednak najpierw pomogłem namierzyć położenie łyżki Takako.

[Takako?:3]

piątek, 15 grudnia 2017

Od Lucasa do Fufu

Z gęstniejącego mroku na zboczu wąwozu wyłoniły się małe, zdeformowane sylwetki - przerażająco chude, niczym kościotrupy. Weszły na most cudaczny, kaczym chodem. Małe oczka świeciły w półmroku na mrożący krew w żyłach żółty kolor.
Wyciągnąłem zza pleców dwuręczny miecz, szykując się do walki. Woźnica, który chowa się pod swoim roztrzaskanym wozem, jęczy cicho z przerażenia. Cholerny głupiec, zwróci na siebie ich uwagę. Pierwszy ze skurczybyków nagle rzucił się na mnie z prędkością, o jaką nie można było go z początku podejrzewać. Bez trudu odrąbałem mu głowę, martwe ciało jeszcze chwilę w konwulsjach rzucało się na drodze. Dwa następne stwory, bo było ich w sumie trzy, rzuciły się na mnie chórem - coraz bardziej inteligentne te bestie. Kiedy z nimi skończyłem, czułem tylko lekkie pulsowanie na gardle - nic szczególnego, zwykłe zadrapanie. Pewnie nawet jad się nie zdążył dostać do krwiobiegu. Na pewno.
Podałem rękę przerażonemu mężczyźnie.
- Dziękuję, panie, dziękuję...dam, co obiecałem - płaszczył się przede mną
- To miało być czterdzieści... - przypomniałem mu
- A nie trzydzieści? O...panie, ranniście! - wskazał na moją szyję.
Machnąłem na to ręką, wyciągając kupca spod wozu.

***

- Czterdzieści, czterdzieści pięć...- wyliczałem głośno, wrzucając pieniądze do sakiewki.
No, jeśli mądrze będę tym rozporządzał, starczy do końca tygodnia.
Z trudem powstrzymałem się od odchylenia bandaża i podrapania rany. To tak cholernie swędzi. Ale jad na pewno i tak się nie dostał, leżałbym teraz półżywy w gorączce. Wstałem, podpierając się o stół, nagle zakręciło mi się w głowie. No, czas coś zjeść. Zarzuciłem na siebie płaszcz i wyszedłem z karczmy, w której mam nocleg. Popołudniowe światło oślepiło mnie, przez co o mało nie wpadłem pod kopyta konia. Ruszyłem w stronę rynku, tam zawsze jakiś kupiec gotów zniżyć cenę, byle sprzedać wczorajszą rybę. Przeliczyłem się, z trudem szedłem. To na pewno osłabienie...albo jad. Cholera, nawet nie wiem, gdzie w tej części Merkez jest apteka. Usiadłem pod jakimś murkiem, żeby odrobinę odpocząć. Zaraz wstanę i...

[Fufu? Ratuj? XD]