— Nie. Nie ruszałem niczego, co nie jest rogalikiem, słowo anioła! — Dłoń na piersi, wyprostowana postawa, śmiech na sali, a już za chwilę machanie bez ładu i składu rękami, bo zaczynał tracić równowagę. Oczywiście nie obyło się bez moich prychnięć, szczególnie gdy nawygimnastykował się w powietrzu. Przynajmniej tyle dobrego, że nie spadł i nie zrobił sobie krzywdy. Istne ADHD, nie chciałem dowierzać, że niczego nie brał. W takiej euforii go jeszcze nie widziałem, jak dotąd był z niego tylko chłopek-roztropek, albo coś w deseń przybitego szczeniaka, ale tyle radości? Tyle pozytywnej energii? Uśmiech był jaśniejszy, niż promienie słońca w ciepły, letni dzień, oczy też ślicznie mu się skrzyły. — Przepraszam, już się uspokajam. Nie przyniosę ci już ani trochę wstydu, obiecuję — rzucił, dalej będąc porządnie rozemocjonowanym. Oddychał ciężko, ale radośnie i chyba to się tylko liczyło.
Pokręciłem głową, gdy sens słów do mnie dotarł, podszedłem do skrzydlatego chłopca i uśmiechnąłem się kpiąco, wciąż zerkając na niego z góry. Wyciągnąłem pojedyncze piórko z jego włosów, prawdopodobnie zaplątało się tam podczas pokazu. Dalej wylatywały z niego tonami.
— Carr, nie przynosisz mi wstydu — zaśmiałem się, nie dowierzając, że chłopak mógł palnąć, a co gorsza, pomyśleć coś takiego. Niska samoocena, brak tego typowego instynktu samozachowawczego, czy może po prostu ja sam sprawiłem wrażenie osoby, której towarzystwo aniołka uwłacza godności? Żadna z powyższych opcji nie brzmiała dobrze. Szczególnie ostatnia. — Wróciło ci energii i w końcu ładnie się uśmiechasz, to dobrze. Ładne fikołki. Obrazek też. — Skrzywiłem się nieco, orientując się, jak źle, sztywno i niewygodnie brzmiałem w tej sytuacji.
Przez to tracisz wszystkich, Sivik.
— Gotowy na przespane noce i brak poczucia, że zaraz coś spadnie ci na głowę? — spytałem, podpierając dłoń na biodrze, przekrzywiając nieco głowę i kontynuując szczerzenie się jak głupi do sera.
Dalej trudno było mi pojąć, jak ten poranny, zbity i pozbawiony chęci do życia chłopak w przeciągu kilku godzin zmienił się na nowo w pobudzonego dzieciaka, który latał, śmiał się i co najlepsze, zarażał tym chichotem innych.
niedziela, 25 marca 2018
Od Nichio do Ktosia
Gromadka dzieci pod czujnym okiem rodziców bawiła się na placu przed kościołem czy innym ośrodku kłamstw, goniąc drewnianą, magicznie napędzaną zabawkę. Spoglądałem na nich spod byka, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, przyczajony na dachu. Bezwiednie oblizywałem swoje wargi. Mimo, że niedawno się posiliłem, nie miałbym nic przeciwko małej przekąsce.
- Chiiiiiii.. - usłyszałem żałosny głos, dobiegający gdzieś z powierzchni ulicy. Przekląłem cicho, wychylając się przez krawędź. Posłałem zabójcze spojrzenie puchatemu, skacowanemu Pancho, który dreptał wte i we wte wokół drabiny na dach. Wyraźnie chciał wejść. A ja wyraźnie nie chciałem mu na to pozwolić.
- Zamknij się, głąbie. - wysyczałem z furią, licząc w duszy na to, że nie zostałem wykryty. Kamień, który przeleciał obok mojej głowy sprawił, że szybko dodałem dwa do dwóch. Cały misterny plan spłonął na panewce. Zerknąłem jedynie szybko na dzieciaka, który cisnął we mnie tym twardym obiektem, po czym przeciągnąłem kciukiem po gardle i zeskoczyłem z dachu. Całkowicie ignorując czworonoga, z rękoma w kieszeniach, ruszyłem poboczną uliczką na targ.
- Nichio, no! Łeb mnie boli, iść nie mogę.. - jęczał Pancho, co jakiś czas ostentacyjnie upadając na drogę, chcąc tym swoim smutnym spojrzeniem wywołać wyrzuty sumienia.
- Ruszaj się, albo cię sprzedam Ucurumczykom na kiełbasy. Chyba nawet kilku widziałem przy porcie. - Wskazałem w bliżej nieokreślonym kierunku. Na szczęście, mój towarzysz był zbyt roztrzepany, aby długo chować urazę. Dlatego po chwili ciszy, męczącej, ciężkiej ciszy, podjął opuszczony wątek historii, jaką opowiadał mi od wczorajszego wieczora. Bodajże o księżniczce, którą osobiście uratował, po przemienieniu się w rycerza dzięki eliksirowi. Z faktu, że trzymał moje rzeczy na swym grzbiecie, nie kazałem mu się zamknąć. Niech sobie gada zdrów.
Ludzie co rusz odwracali się, aby spojrzeć na mówiącego psa. Nie dziwię im się. W końcu, taki okaz jest stosunkowo rzadki. Zwłaszcza obdarzony talentem do wymyślania opowiastek, w które mogłoby uwierzyć co najwyżej małe dziecko. Ale bywa i tak.
Nadal nie mogłem mu wybaczyć, że przerwał mi obserwację w jakże wybitnie złośliwy sposób. Wiedziałem, że zrobił to specjalnie. To było tak samo pewne, jak to, że po nocy jest dzień, że woda jest mokra oraz, że Pancho zaciągnie mnie do karczmy, jeśli jakąś zobaczy.
I, po raz kolejny, miałem rację. Wchodząc do środka za psem, który merdał ogonem jak szalony i swoim nosem obwąchiwał wszystko, co się dało, wiedziałem, że zwróciłem na siebie całą uwagę gości. Zarówno przez swój wiek, jak i wygląd. Przywitałem się z nimi skinięciem głowy, a następnie skierowałem się do lady, starając się ignorować ciężkie spojrzenia na swoich plecach.
- Jedno piwo, poproszę. W misce albo szerokim kuflu. - oznajmiłem, kładąc pieniądze na wytartym, lepkim od rozlanych napojów blacie. Barman spojrzał krytycznie na moją twarz.
- Poproś lepiej tatę, co? Czy już wstać nie może? -
Ktoś się zaśmiał w głębi, inni zaczęli szeptać między sobą. Przewróciłem oczami.
- To dla mojego psa. -
Kolejna salwa śmiechu. Czułem, że zaczynam tracić nad sobą kontrolę oraz ten okropny, specyficzny ruch pod skórą.
- Musisz wymyślić lepsze kłamstwa, chłopczyku.. - Barman sięgnął po brudną ścierkę i zaczął nią "wycierać" ladę. Czy raczej, rozprowadzać syf na większej powierzchni, bo sprzątaniem się tego nie dało nazwać. Chwyciłem go za ubrania i ściągnąłem gniewnie brwi.
- Dawaj to piwo. Teraz. -
Szeroko otworzone oczy mężczyzny świadczyły o fakcie, że się wystraszył. W dodatku, jego serce biło coraz szybciej. Znowu nabrałem ochoty na oblizanie się, a głód przybrał na sile. Wtem do łomotania serca barmana doszedł inny dźwięk - szuranie butów, oddech, kolejny szum krwi. Nie wiedziałem, kto to był, lecz jeśli mnie dotknie, pożałuje, że w ogóle się urodził.
<Ktoosiu?>
Ludzie mówią, że bez miłości nie da się żyć. Osobiście uważam, iż tlen jest ważniejszy.

Imię: Mare Quill
Pseudonim: Ludzie, głównie zwracają się do niego po nazwisku. Często posługuje się fałszywymi imionami.
Wiek: 22 lata
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 187 cm
Rasa: Mieszanka człowieka i elfa.
Stanowisko: Ordynator oddziału neurologicznego, głównego ośrodka medycznego w Merkez.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Mieszkaniec Merkez. Przyszedł na świat, na wyspie w Mantrikar.
Charakter: Tego nad wyraz skomplikowanego oraz zmiennego człowieka, naprawdę sztuka opisać. Mare jest osobą dbającą o zasady etykiety i kultury osobistej o każdej porze dnia i nocy. Charakteryzuje się swoją miłą postawą wobec płci pięknej. Nie da się ukryć, że w niektórych sytuacjach, które powinny być przepełnione bezwzględnością z jego strony, zwyczajnie ulega tym, nawet podważającym jego osobę istotom. Przy swych wypowiedziach, zawsze stara się odpowiednio i adekwatnie dobierać słowa, w nielicznych przypadkach podpierając je o książkowe cytaty. Bardziej, od szczególnie upodobanego sobie dogryzania ludziom wybuchowym, czy dosyć wyróżniającym się pesymistom, preferuje ogólne doglądanie tych bardziej ciekawych egzystencji. Przez ostatnie, kilka lat swego życia, zdołał ukształtować w swoim mózgu cechy idealnego obserwatora, czy nawet samowystarczalnego manipulatora, mającym w tym głównie cele eksperymentalne i rozgrywkowe. Nie przywiązując szczególnej uwagi do uczuć w stosunku do innych ludzi, otaczające go społeczeństwo zdążył otwarcie obdarzyć mianem "nudnego placu zabaw dla nudnych ludzi". Prawdę mówiąc, jest pełnoletnim przedstawicielem płci męskiej, lecz podobnie jak dziecko w wieku przedszkolnym, uwielbia zajadać się słodyczami o wysokiej zawartości cukrów. Niestety, mimo starań nie może się wyzbyć tych bardziej uporczywych, bardzo upokarzających cech. Najlepszym przykładem w tym przypadku, jest zbytnia ekscytacja na nowo poznanych ludzi, czy pierwszy raz widziane przedmioty. Zachwycony "czymś nowym", bez zastanowienia potrafi podążyć w kierunku danej egzystencji. Pod to podchodzi kolejne z przekleństw dla jego ewentualnych towarzyszy, jakim jest słaba orientacja w terenie i podatność na szybkie gubienie się w tłumie. Zniknie ci z oczu, zanim się obejrzysz. Sytuacja zupełnie się odmienia w momentach zagrożenia, w trakcie których bezwzględnie oraz agresywnie w stosunku do napastnika, potrafi dosłownie wyryć w nim najokropniejsze z możliwych boleści. Pod pretekstem chronienia swojego zdrowia fizycznego, w rzeczywistości, wewnętrznie wyładowuje się cały, głęboko ukryty ból psychiczny z całego swojego życia. Począwszy od momentu odrzucenia, kończąc na swoim wyzbyciu się szczerych emocji, w stosunku do drugiego człowieka. Jego zachowanie, jak i charakter jest naprawdę dziwaczny. Można powiedzieć, że zmienia się jak w kalejdoskopie, jest całkowicie zależny od aktualnego humoru, czy nawet źle przespanej nocy. Chociaż rzadko dopuszcza do siebie smutki, czy ewentualne żale na światło dzienne, bywają u niego pewne wybuchy, w których może dodać za dużo na swój, lub osoby przeciwnej temat.
Rodzina: Matka, ojciec... Rodzeństwa brak.
Partner: -
Umiejętności: Ze względu na swój bliski kontakt z wampirem, została mu przekazana część jego potęgi. Są to głównie charakterystyczne dla tych istot umiejętności, tj.: nadnaturalna szybkość, zwinność, czy siła; która u tego chłopaka objawia się głównie po zachodzie słońca. Mówiąc o tych nieco bardziej nadzwyczajnych, nie sprawia mu większego kłopotu łamanie praw fizyki, czy w amatorskim stopniu posługiwanie się umiejętnością psychokinezy. Jest również zdolny samym dotknięciem, wyleczyć ranę.
Aparycja: Mare, jest dosyć smukłym, jak na swój wzrost mężczyzną. Posiada ciemno fioletowe włosy, przy końcówkach rozjaśniane do koloru ciemniejszego różu. Tęczówki chłopaka, są podobnej barwy co jego czupryna, również przechodzące na przemian w kilku odcieniach. Jako lekarz, codziennie stara się przyodziewać bardziej oficjalne stroje, chodź zdarzają się momenty, gdy przyodziewa najzwyklejszą koszulę i spodnie. Uwielbia majstrować przy swej garderobie, co w zasadzie można łatwo zauważyć. Nawet marynarki, czy koszule tego mężczyzny, zachowane są w całkiem niespotykanych, u tego typu strojów kolorach.
Historia: Rodzice, ze względu na nagłe, zauważalne zmiany nazbyt nadnaturalne w synie, oraz wstyd ze względu na jego wygląd, zwyczajnie wyzbyli się chłopaka, niczym niepotrzebnego przedmiotu. Odosobniony, zamieszkał ze starszym, ubogim małżeństwem, którzy okazali mu swą dobroduszność i otoczyli go opieką. Wychowany na równie biednej wsi. Mimo tego względu, Mare nigdy nie był w stanie im w pełni zaufać, czy też spróbować nawiązać bliższe relacje. Zmarli na wskutek epidemii, przed którą śmiertelnicy nie byli uodpornieni.
Inne:
- Uwielbia kremówki.
- Gdy nie ma ruchu związanego ze szpitalem, czy domowymi obowiązkami, potrafi przeczytać jedną, średniej wielkości książkę w jeden dzień.
- Posiada zwyczaj pojawiania się spod lub z normalnych przedmiotów np. mebli. Nie zdziw się, gdy w pewnym momencie wyjdzie ci z szafy jakby nigdy nic.
- Obchodzi urodziny 30 września (ze znaku zodiaku jest wagą).
Właściciel: Hw - Asia1509; Email - asiasimsy@gmail.com; Discord - Vane
Od Carreou do Sivika
Akurat przebywałem na płotku, okalającym niewielki skwer. Balansowałem na drewnianym balu jak rasowy akrobata, rozkładając jedną rękę na bok, aby zachować jako taką równowagę.
- Już widzę, że ci lepiej? - Usłyszałem za sobą śmiech Sivika, którego nie byłbym w stanie pomylić z niczyim innym. Odwróciłem się automatycznie z szerokim uśmiechem. Pobieżnie spojrzałem na niego. Nic się nie zmienił. Chociaż, czego mógłbym oczekiwać po tych zaledwie kilku godzinach? Że nagle wyrosną mu rogi, zmieni kolor włosów na różowy albo stanie się rycerzem? Zachichotałem cichutko do swoich myśli.
- Brałeś coś? - Pokręciłem głową. O ile mordowanie grzeszników to nie narkotyk, to jestem czysty jak boska łza!
- Błagam, nie mów tylko, że znowu targnąłeś się w nieciekawe okolice, bo sczeznę .- Rozbawiony ton mężczyzny sprawił, że sam poczułem ciepełko na sercu. Oglądanie czyjeś radości to chyba najlepszy widok, jaki można ujrzeć w życiu. W dodatku, to po części moja zasługa, więc to jeszcze lepiej!
- Nie. Nie ruszałem niczego, co nie jest rogalikiem, słowo anioła! - Położyłem dłoń na piersi w geście nieco zabawnej wersji przysięgi. Przez tak zamaszysty ruch, jakich wiele wykonywałem w tym dziwnym stanie euforii, zachwiałem się i przechyliłem do przodu. Zacząłem machać rękoma jak oszalały, a przez głowę przebiegła mi myśl, że wyglądam jak za duży gołąb. Wiedząc, że upadek jest nieunikniony, postanowiłem wzbić się w powietrze, zrobić kilka akrobacji ku uciesze przechodniów, a następnie wylądować z gracją oraz elegancją przed Sivikiem.
- Przepraszam, już się uspokajam. Nie przyniosę ci już ani trochę wstydu, obiecuję. - Powiedziałem po chwili, biorąc głębsze wdechy oraz wypuszczając nadmiar energii w eter. Może ktoś ją wyłapie i użyje do dobrych celów?
Na powrót stałem się nie - karzącym - niewiernych - i - grzeszników Carreou, może jedynie trochę bardziej silniejszym niż wcześniej. Dla bezpieczeństwa, wypuściłem kilka iskier z palców. Były małe. Czyli sytuacja kryzysowa została opanowana.
Od Marco do Ishi
Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc "groźby" dziewczyny. Gdybym powiedział, że mnie tym przekonała do czegokolwiek, skłamałbym. Postanowiłem jednak dalej ciągnąć tę grę, w tym czasie jedząc przygotowane wcześniej mięso. Wiedziałem, że kiedy się pożywię, proces regeneracji się rozpocznie. A jeśli wystarczy czasu - rana być może zniknie.
- Jakbym był przywiązany, to kto by panienkę pilnował? - Zapytałem, obracając nóż w dłoni i wbijając go w pieczeń.
- Sama sobie poradzę, panie Marco.- udała, że się naburmuszyła - podniosła podbródek, wyprostowała się i wypięła dumnie pierś. Próbowała spojrzeć na mnie z góry. W odpowiedzi poczochrałem dłonią jej włosy. Wręcz nie mogłem się powstrzymać, kiedy przejęła tę swoją minkę.
- Hej! -
- Przynieś mi lepiej galon mleka z chłodni. - Puściłem oko ciemnowłosej. Ta wzniosła spojrzenie ku sufitowi, lecz podążyła do wskazanego pomieszczenia, aby wykonać moją prośbę. Była taka miła, pomocna i troskliwa. Jak matka albo córka. Ah, znowu złapałem się na myśleniu o Ishi w nieodpowiednich kategoriach. Przynajmniej nie mam w planach uwiedzenia jej. W końcu, jest za młoda, moim zdaniem - za mała, na jakąkolwiek formę miłości poza przytulniem czy czymś tego typu.
Kiedy drzwi zamknęły się za panienką, wyciągnąłem z szafki surowe, ludzkie mięso, które zacząłem jeść, ostrymi paznokciami odrywając coraz to większe kawałki. Musiałem skończyć swój posiłek, nim dziewczyna wróci. Nie chciałem, aby zobaczyła mnie w tym stanie. Nie jest jeszcze na to gotowa.
- Tylko tyle zostało.. - Ishi wniosła dzban do kuchni, zatrzymując się w połowie kroku. Opuściłem palce, zakryłem mięso szmatką. No to mam problem. I to spory. Chcąc uratować sytuację, sięgnąłem po truskawki z koszyka i wsunąłem całą garść do ust. Było to trudne, gdyż aktualnie mój organizm był nastawiony anty - wegetariańsko, więc od razu szarpnęły mną torsje. Z trudem powstrzymałem się przed pobiegnięciem do łazienki. Dlatego wziąłem od ciemnowłosej naczynie, postawiłem je na stole, a następnie wcisnąłem jej w objęcia miskę z truskawkami.
- Proszę pana..! -
- Shh... - Położyłem palec na wargach, po czym zacząłem myć ręce. - Owoce to zdrowie. I kluczowy element diety osób w wieku dojrzewania. - Uniosłem nieznacznie kącik ust. - Ale to pani doktor już wie. -
- Proszę się nie śmiać z kogoś, kto uratował panu życie i wracać do łóżka. - Ishi zasiadła na stołku, lecz jednak zajęła się jedzeniem truskawek. Czułem, że zaczyna coś podejrzewać. Może już wie. Ważne, że jeszcze o tym nie wspomina. Nie podejrzewałbym takiej odważnej dziewczyny jak ona o atak paniki, ale pozory czasami mylą.
Po umyciu rąk i schowaniu mięsa, kontynuowałem gotowanie posiłku. Tym razem przeszkodą były delikatne skurcze w okolicach rany, oznaczające stopniowe leczenie się. Syczałem za każdym razem głucho przez zęby, a moja pani doktor co rusz podnosiła głowę. Musiałem uspokajać ją ruchami dłoni. Nie sądzę jednak, aby to przekonało brunetkę w jakikolwiek sposób.
- Hmm, tak sobie teraz myślę. - Zacząłem niepewnie, smażąc kolejnego syrnika. Nie były może najsmaczniejszą potrawą na świecie, ale spełniały swoja rolę obiado - deseru. I to się liczyło najbardziej. - Może nauczyłbym cię samoobrony i walki, co panienka sądzi o tym pomyśle? -
Dziewczyna ściągnęła brewki i skrzyżowała ręce na piersi. Jej mimika mówiła, że jest już na skraju zdenerwowania. W sumie, w łóżku powinienem być dobrą godzinę temu. Mam nadzieję, że chociaż naleśniczki wynagrodzą dziewczynie nerwy przez moją osobę. Kiedy skończyłem przygotowywać ostatniego syrnika, oparłem się o blat i dotknąłem opuszkami palców rany przez materiał. Teraz wszystko było boleśnie naciągnięte, a ja musiałem jak najszybciej usunąć szwy. Albo poprosić o to Ishi. Nadal czekałem na odpowiedź. Gdy cisza ciągnęła się prawie w nieskończoność, przewróciłem oczami.
- No dobrze, pójdę do łóżka. Ale powiedz najpierw, czy chcesz, abym cię uczył, panienko? -
<Ishi? Przepraszam, że krótkie :c >
- Jakbym był przywiązany, to kto by panienkę pilnował? - Zapytałem, obracając nóż w dłoni i wbijając go w pieczeń.
- Sama sobie poradzę, panie Marco.- udała, że się naburmuszyła - podniosła podbródek, wyprostowała się i wypięła dumnie pierś. Próbowała spojrzeć na mnie z góry. W odpowiedzi poczochrałem dłonią jej włosy. Wręcz nie mogłem się powstrzymać, kiedy przejęła tę swoją minkę.
- Hej! -
- Przynieś mi lepiej galon mleka z chłodni. - Puściłem oko ciemnowłosej. Ta wzniosła spojrzenie ku sufitowi, lecz podążyła do wskazanego pomieszczenia, aby wykonać moją prośbę. Była taka miła, pomocna i troskliwa. Jak matka albo córka. Ah, znowu złapałem się na myśleniu o Ishi w nieodpowiednich kategoriach. Przynajmniej nie mam w planach uwiedzenia jej. W końcu, jest za młoda, moim zdaniem - za mała, na jakąkolwiek formę miłości poza przytulniem czy czymś tego typu.
Kiedy drzwi zamknęły się za panienką, wyciągnąłem z szafki surowe, ludzkie mięso, które zacząłem jeść, ostrymi paznokciami odrywając coraz to większe kawałki. Musiałem skończyć swój posiłek, nim dziewczyna wróci. Nie chciałem, aby zobaczyła mnie w tym stanie. Nie jest jeszcze na to gotowa.
- Tylko tyle zostało.. - Ishi wniosła dzban do kuchni, zatrzymując się w połowie kroku. Opuściłem palce, zakryłem mięso szmatką. No to mam problem. I to spory. Chcąc uratować sytuację, sięgnąłem po truskawki z koszyka i wsunąłem całą garść do ust. Było to trudne, gdyż aktualnie mój organizm był nastawiony anty - wegetariańsko, więc od razu szarpnęły mną torsje. Z trudem powstrzymałem się przed pobiegnięciem do łazienki. Dlatego wziąłem od ciemnowłosej naczynie, postawiłem je na stole, a następnie wcisnąłem jej w objęcia miskę z truskawkami.
- Proszę pana..! -
- Shh... - Położyłem palec na wargach, po czym zacząłem myć ręce. - Owoce to zdrowie. I kluczowy element diety osób w wieku dojrzewania. - Uniosłem nieznacznie kącik ust. - Ale to pani doktor już wie. -
- Proszę się nie śmiać z kogoś, kto uratował panu życie i wracać do łóżka. - Ishi zasiadła na stołku, lecz jednak zajęła się jedzeniem truskawek. Czułem, że zaczyna coś podejrzewać. Może już wie. Ważne, że jeszcze o tym nie wspomina. Nie podejrzewałbym takiej odważnej dziewczyny jak ona o atak paniki, ale pozory czasami mylą.
Po umyciu rąk i schowaniu mięsa, kontynuowałem gotowanie posiłku. Tym razem przeszkodą były delikatne skurcze w okolicach rany, oznaczające stopniowe leczenie się. Syczałem za każdym razem głucho przez zęby, a moja pani doktor co rusz podnosiła głowę. Musiałem uspokajać ją ruchami dłoni. Nie sądzę jednak, aby to przekonało brunetkę w jakikolwiek sposób.
- Hmm, tak sobie teraz myślę. - Zacząłem niepewnie, smażąc kolejnego syrnika. Nie były może najsmaczniejszą potrawą na świecie, ale spełniały swoja rolę obiado - deseru. I to się liczyło najbardziej. - Może nauczyłbym cię samoobrony i walki, co panienka sądzi o tym pomyśle? -
Dziewczyna ściągnęła brewki i skrzyżowała ręce na piersi. Jej mimika mówiła, że jest już na skraju zdenerwowania. W sumie, w łóżku powinienem być dobrą godzinę temu. Mam nadzieję, że chociaż naleśniczki wynagrodzą dziewczynie nerwy przez moją osobę. Kiedy skończyłem przygotowywać ostatniego syrnika, oparłem się o blat i dotknąłem opuszkami palców rany przez materiał. Teraz wszystko było boleśnie naciągnięte, a ja musiałem jak najszybciej usunąć szwy. Albo poprosić o to Ishi. Nadal czekałem na odpowiedź. Gdy cisza ciągnęła się prawie w nieskończoność, przewróciłem oczami.
- No dobrze, pójdę do łóżka. Ale powiedz najpierw, czy chcesz, abym cię uczył, panienko? -
<Ishi? Przepraszam, że krótkie :c >
Od Sivika do Carreou
— Dobrze. Sam cię znajdę. Na razie muszę iść, mam kilka obrazów do namalowania. — Skinąłem głową, na potwierdzenie zrozumienia słów chłopaka. Wyszedł pośpiesznie, zabierając wszystkie swoje rzeczy, pakując się i pozostawiając po sobie jedynie charakterystyczny zapach i kupki białych piórek.
I pieniądze na ławie. Przewróciłem oczami i pokręciłem głową, bo zachwiano mój niepowstrzymany zapęd do wspomagania tych w opłakanym stanie. Westchnąłem ciężej, stukając palcami o łóżko i zerkając na niedokończony posiłek.
Tysiące myśli na sekundę, wszystko niepoukładane, niespokojne, dzikie, agresywne. Bo zdarzyło się tak wiele w tak krótkim czasie, mój dziesięcioletni zastój w takich sprawach zaczynał dawać o sobie się we znaki, bo najzwyczajniej w świecie poczynałem się gubić w rzeczach, które dawien dawna nie sprawiały mi żadnych problemów, kłopotów.
Ale miałem już ponad pół wieku na karku, a nie szczęśliwe dwadzieścia lat, gdzie wszystko było lekkie dla rześkiego, żwawego, chętnego do działania organizmu. Teraz mała pierdoła niosła ze sobą ciężar kilkunastu ton, przynajmniej ja tak to odczuwałem.
Do tego nieustanne kłucie w klatce piersiowej, zacierająca się granica pomiędzy światem żywych i umarłych. To nie mogło się dobrze skończyć i wiedziałem, że kiedyś mogę wylądować w złym punkcie, zostać ostatecznie przeciągnięty w ten drugi wymiar, potępiony, jak oni wszyscy, którzy błąkali się po świecie, płacząc, jęcząc i sapiąc mi nad uszami.
Znając okrutne realia tamtej rzeczywistości, ostatnim, co chciałem uczynić, było wylądowanie tam. Ale wiedziałem, że będę musiał. Jak wszyscy, zresztą. Może nieco drastyczniej i okrutniej, ale jednak.
I wiedziałem, że pomoc chłopakowi się do tego przyczyni. Każde przejście, każda reakcja, integracja z duchami. To wszystko zebrało się już w potężną masę, która agresywnie łapała mnie przy każdej możliwej okazji, próbując przeciągnąć tam na stałe. Za każdym razem coraz silniejsza.
Kiedyś usnę i się nie obudzę.
Prosił mnie o to, bym więcej się w tym nie babrał. Bym tam nie wchodził. Wiedział, co się z tym wiąże. A ja z uporem maniaka to robiłem i po tych trzech dziesięcioleciach znalazłem się w miejscu, gdzie każdy seans mógł doprowadzić do katastrofy.
Przynajmniej będę robić to, co kochałem.
— Znowu szczekałem?
— Jak popierdolony — parsknął dredziarz, zawijając zioła w bibułkę, zerkając przy okazji kątem oka na moccobiego, który mógł tylko głośno westchnąć, pokręcić głową i ukraść mu niekształtne zawiniątko. — Wiesz, ile się nad tym narobiłem? Oddaj mi to, popaprańcu, albo zawołam po hycla — warczał, gdy zadowolony z siebie chłopak odpalił jointa i zaciągnął się bez zastanowienia. — Z psem we łbie jesteś przyjemniejszy, wiesz? — burknął oburzony, zakładając nogę na nogę.
— Gdybyś miał, chociaż psa w głowie, to byłbyś przyjemniejszy.
— Przynajmniej jako kundel dajesz się wygłaskać i wymiziać — mruknął ciszej, z pewnym zawodem w głosie i smutkiem w oczach. Sivik mógł tylko westchnąć, zmarszczyć brwi i odwrócić wzrok od chłopaka, na którym w sumie mu zależało, chociaż słabo to okazywał. — Siv. Nie mogłem cię wybudzić.
Cisza.
— Siv. Siv, zabierz mnie ze sobą — sapnął cicho, zbliżając się do mężczyzny. — Jak już będziesz się tam wybierać. Zabierz mnie, proszę.
— Gdy będę się tam wybierać, już dawno nie będziemy o sobie wspominać.
— Zabierz mnie.
Błękitne oczy spojrzały niepewnie. Kciuk przejechał po bródce.
Nie udzielił odpowiedzi. Nawet nie musiał. Obaj wiedzieli, jak brzmi.
Schowałem drobne do sakwy, spakowałem zioła, posłałem kobiecie najjaśniejszy uśmiech, jaki miałem w asortymencie i oddaliłem się w okolice obrzeży mieściny, gdzie, o losie, zastałem blondyna, który radośnie przeskakiwał z murku na murek, zaciskając palce na płótnie i bawiąc się przy okazji z ptaszyskiem. Aposem, tak? Coś w ten deseń.
Poprawiłem sznurki koszuli i przewieszoną przez pierś torbę, upewniłem się, że wszystko jest na swoim miejscu i ruszyłem do chłopaka, który rzucał się i wierzgał jak młode źrebię napompowane energią.
— Już widzę, że ci lepiej? — zaśmiałem się, znajdując się już powoli w zasięgu słuchu Carra, który zareagował jak czujne zwierze, zwracając głowę w moim kierunku. — Brałeś coś? — parsknąłem, widząc iskierki radości. — Błagam, nie mów tylko, że znowu targnąłeś się w nieciekawe okolice, bo sczeznę — dodałem rozbawionym tonem.
I pieniądze na ławie. Przewróciłem oczami i pokręciłem głową, bo zachwiano mój niepowstrzymany zapęd do wspomagania tych w opłakanym stanie. Westchnąłem ciężej, stukając palcami o łóżko i zerkając na niedokończony posiłek.
Tysiące myśli na sekundę, wszystko niepoukładane, niespokojne, dzikie, agresywne. Bo zdarzyło się tak wiele w tak krótkim czasie, mój dziesięcioletni zastój w takich sprawach zaczynał dawać o sobie się we znaki, bo najzwyczajniej w świecie poczynałem się gubić w rzeczach, które dawien dawna nie sprawiały mi żadnych problemów, kłopotów.
Ale miałem już ponad pół wieku na karku, a nie szczęśliwe dwadzieścia lat, gdzie wszystko było lekkie dla rześkiego, żwawego, chętnego do działania organizmu. Teraz mała pierdoła niosła ze sobą ciężar kilkunastu ton, przynajmniej ja tak to odczuwałem.
Do tego nieustanne kłucie w klatce piersiowej, zacierająca się granica pomiędzy światem żywych i umarłych. To nie mogło się dobrze skończyć i wiedziałem, że kiedyś mogę wylądować w złym punkcie, zostać ostatecznie przeciągnięty w ten drugi wymiar, potępiony, jak oni wszyscy, którzy błąkali się po świecie, płacząc, jęcząc i sapiąc mi nad uszami.
Znając okrutne realia tamtej rzeczywistości, ostatnim, co chciałem uczynić, było wylądowanie tam. Ale wiedziałem, że będę musiał. Jak wszyscy, zresztą. Może nieco drastyczniej i okrutniej, ale jednak.
I wiedziałem, że pomoc chłopakowi się do tego przyczyni. Każde przejście, każda reakcja, integracja z duchami. To wszystko zebrało się już w potężną masę, która agresywnie łapała mnie przy każdej możliwej okazji, próbując przeciągnąć tam na stałe. Za każdym razem coraz silniejsza.
Kiedyś usnę i się nie obudzę.
Prosił mnie o to, bym więcej się w tym nie babrał. Bym tam nie wchodził. Wiedział, co się z tym wiąże. A ja z uporem maniaka to robiłem i po tych trzech dziesięcioleciach znalazłem się w miejscu, gdzie każdy seans mógł doprowadzić do katastrofy.
Przynajmniej będę robić to, co kochałem.
— Znowu szczekałem?
— Jak popierdolony — parsknął dredziarz, zawijając zioła w bibułkę, zerkając przy okazji kątem oka na moccobiego, który mógł tylko głośno westchnąć, pokręcić głową i ukraść mu niekształtne zawiniątko. — Wiesz, ile się nad tym narobiłem? Oddaj mi to, popaprańcu, albo zawołam po hycla — warczał, gdy zadowolony z siebie chłopak odpalił jointa i zaciągnął się bez zastanowienia. — Z psem we łbie jesteś przyjemniejszy, wiesz? — burknął oburzony, zakładając nogę na nogę.
— Gdybyś miał, chociaż psa w głowie, to byłbyś przyjemniejszy.
— Przynajmniej jako kundel dajesz się wygłaskać i wymiziać — mruknął ciszej, z pewnym zawodem w głosie i smutkiem w oczach. Sivik mógł tylko westchnąć, zmarszczyć brwi i odwrócić wzrok od chłopaka, na którym w sumie mu zależało, chociaż słabo to okazywał. — Siv. Nie mogłem cię wybudzić.
Cisza.
— Siv. Siv, zabierz mnie ze sobą — sapnął cicho, zbliżając się do mężczyzny. — Jak już będziesz się tam wybierać. Zabierz mnie, proszę.
— Gdy będę się tam wybierać, już dawno nie będziemy o sobie wspominać.
— Zabierz mnie.
Błękitne oczy spojrzały niepewnie. Kciuk przejechał po bródce.
Nie udzielił odpowiedzi. Nawet nie musiał. Obaj wiedzieli, jak brzmi.
Schowałem drobne do sakwy, spakowałem zioła, posłałem kobiecie najjaśniejszy uśmiech, jaki miałem w asortymencie i oddaliłem się w okolice obrzeży mieściny, gdzie, o losie, zastałem blondyna, który radośnie przeskakiwał z murku na murek, zaciskając palce na płótnie i bawiąc się przy okazji z ptaszyskiem. Aposem, tak? Coś w ten deseń.
Poprawiłem sznurki koszuli i przewieszoną przez pierś torbę, upewniłem się, że wszystko jest na swoim miejscu i ruszyłem do chłopaka, który rzucał się i wierzgał jak młode źrebię napompowane energią.
— Już widzę, że ci lepiej? — zaśmiałem się, znajdując się już powoli w zasięgu słuchu Carra, który zareagował jak czujne zwierze, zwracając głowę w moim kierunku. — Brałeś coś? — parsknąłem, widząc iskierki radości. — Błagam, nie mów tylko, że znowu targnąłeś się w nieciekawe okolice, bo sczeznę — dodałem rozbawionym tonem.
Od Ashley do Cyrusa
Obserwowałem jak nieznany wojownik wyciąga broń z klatki piersiowej smoka. Było mi trochę żal tego stwora; w końcu są rzadkie, a wnioskując po osobniku stojącego obok mnie, także ciekawe. I właśnie przez takiego ludzkiego kretyna ich populacja maleje, a moje życie jest nudne. Po raz wtóry przeleciało mi przez głowę, że chciałabym ich wszystkich pozabijać, ale świat bez Pionków byłby jeszcze nudniejszy. W końcu nie ma tak durnych i dających się manipulować ras, jak oni, a w tym cała zabawa.
- To nie ten! - krzyknął i cisnął grot w naszą stronę (zrobił to odruchowo, wątpię, by w nas celował, skoro nawet nas nie zauważył). Strzała wylądowała drzewo od nas, słyszałam, jak chłopak przełyka gulę w gardle. Co tu się dziwić? W tej chwili jego pobratymca leży martwy na ziemi. - Ten smok, dzięki któremu ta wiedźma uciekła, był biały! - wydarł się na swoich towarzyszy, którzy ściskali w dłoniach łuki i strzały, najwidoczniej przerażeni, że ich dowódca (tak sądzę) jest wściekły.
- Z dołu każdy smok wygląda tak samo - odezwał się ktoś cichym i niepewnym głosem. Mężczyzna, który przed chwilą stał przy martwym smoku, podszedł do tego, który odważył się odezwać.
- Ale nie każdy jest ujeżdżany przez człowieka! - uderzył go w twarz. Aż poczułam dreszcze. Spojrzałam na Cyrusa, który tak samo jak ja, przyglądał się całemu zajściu, ale głównie był wpatrzony w martwe ciało. Szturchnęłam go lekko w ramię.
- Jak cię zobaczą, zabiją cię - spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Jakbym tego nie wiedział, ciebie też - mruknął i zrobił krok w tył. Tak jak to bywa w tajemniczych filmach grozy czy czymś tam, stanął na gałązkę, a przez jego chrupnięcie, wszystkie głowy zaczęły się rozglądać wokół poszukując źródła dźwięku. Tylko ten jeden rosły mężczyzna spojrzał w dobrym kierunku; zmrużył oczy i ruszył w naszą stronę. Gdy oboje mieliśmy zamiar stąd uciec, zatrzymaliśmy się pod jego głosem "Stać!".
- Uciekać, czy podejść - powiedziałam sama do siebie i zamieniłam się w ducha, na wypadek, gdyby zechcieli strzelać. Każda strzała przeleci przeze mnie na wylot. Kiedy my tak staliśmy nie wiedząc co zrobić, przed nami pojawili się towarzysze pogromcy smoków. Byliśmy zmuszeni się ujawnić.
- Kim jesteście? - zapytał jeden z nich, kiedy ich dowódca zaczął krążyć wokół nas i uważnie nam się przyglądać. Czy nas rozpoznał? Mnie może jeszcze nie, ale Cyrus zdecydowanie się wyróżnia. Tym bardziej, że wokół pasa ma owinięty biało ogon. A takiego smoczego koloru ten mężczyzna właśnie poszukuje.
- Ej, paczcie! - zaśmiał się dość otyły osobnik, którego ręka przelatywała przez moje ciało; bawił się machaniem dłoni jak mały dzieciak, a ja akurat miałam łaskotki na brzuchu, dlatego musiałam się zmusić, by w tak poważnej sytuacji nie zacząć się śmiać.
<Cyrus? Czekałam, aż ktoś dokończy>
- To nie ten! - krzyknął i cisnął grot w naszą stronę (zrobił to odruchowo, wątpię, by w nas celował, skoro nawet nas nie zauważył). Strzała wylądowała drzewo od nas, słyszałam, jak chłopak przełyka gulę w gardle. Co tu się dziwić? W tej chwili jego pobratymca leży martwy na ziemi. - Ten smok, dzięki któremu ta wiedźma uciekła, był biały! - wydarł się na swoich towarzyszy, którzy ściskali w dłoniach łuki i strzały, najwidoczniej przerażeni, że ich dowódca (tak sądzę) jest wściekły.
- Z dołu każdy smok wygląda tak samo - odezwał się ktoś cichym i niepewnym głosem. Mężczyzna, który przed chwilą stał przy martwym smoku, podszedł do tego, który odważył się odezwać.
- Ale nie każdy jest ujeżdżany przez człowieka! - uderzył go w twarz. Aż poczułam dreszcze. Spojrzałam na Cyrusa, który tak samo jak ja, przyglądał się całemu zajściu, ale głównie był wpatrzony w martwe ciało. Szturchnęłam go lekko w ramię.
- Jak cię zobaczą, zabiją cię - spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Jakbym tego nie wiedział, ciebie też - mruknął i zrobił krok w tył. Tak jak to bywa w tajemniczych filmach grozy czy czymś tam, stanął na gałązkę, a przez jego chrupnięcie, wszystkie głowy zaczęły się rozglądać wokół poszukując źródła dźwięku. Tylko ten jeden rosły mężczyzna spojrzał w dobrym kierunku; zmrużył oczy i ruszył w naszą stronę. Gdy oboje mieliśmy zamiar stąd uciec, zatrzymaliśmy się pod jego głosem "Stać!".
- Uciekać, czy podejść - powiedziałam sama do siebie i zamieniłam się w ducha, na wypadek, gdyby zechcieli strzelać. Każda strzała przeleci przeze mnie na wylot. Kiedy my tak staliśmy nie wiedząc co zrobić, przed nami pojawili się towarzysze pogromcy smoków. Byliśmy zmuszeni się ujawnić.
- Kim jesteście? - zapytał jeden z nich, kiedy ich dowódca zaczął krążyć wokół nas i uważnie nam się przyglądać. Czy nas rozpoznał? Mnie może jeszcze nie, ale Cyrus zdecydowanie się wyróżnia. Tym bardziej, że wokół pasa ma owinięty biało ogon. A takiego smoczego koloru ten mężczyzna właśnie poszukuje.
- Ej, paczcie! - zaśmiał się dość otyły osobnik, którego ręka przelatywała przez moje ciało; bawił się machaniem dłoni jak mały dzieciak, a ja akurat miałam łaskotki na brzuchu, dlatego musiałam się zmusić, by w tak poważnej sytuacji nie zacząć się śmiać.
<Cyrus? Czekałam, aż ktoś dokończy>
sobota, 24 marca 2018
Od Carreou do Sivika
- Rzadko, jakby nie miał siły? Przynajmniej tyle dobrego.- Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech. Mi nie było jednak do śmiechu. Widok tej "persony" przeraził mnie zbyt dogłębnie. Mimo, że wiedziałem, iż istota nie zjawiła się osobiście, to fakt, że była w stanie skrzywdzić Sivika, znaczył o jej sile. A ta na pewno była potężniejsza, gdyby Upadły postanowił się tu zjawić. Zadrżałem nieznacznie, po czym zerknąłem na mężczyznę, aby zachować pozory normalnego zachowania.
- Nie brzmi źle, ba, nie będę się musiał nawet porządniej przygotowywać - Z piersi ciemnowłosego wydobył się śmiech. - Dziś wieczór, dobrze?
- Dobrze. - Podniosłem się z łóżka, wziąłem swoje rzeczy, po czym ogarnąłem się po raz ostatni przed wyjściem. - Sam cię znajdę. Na razie muszę iść, mam kilka obrazów do namalowania. -
Mówiąc to, wyszedłem z pokoju, na stoliku zostawiając pieniądze za noc. Nie chciałem być dłużny. W końcu i tak sporo na mnie wydał. Licząc w duchu na to, że nie uzna mnie za niewychowanego buca, znalazłem się na ulicy. Ponownie. Tym razem z planem, aby zebrać myśli. Odnaleźć notatki maga. Zrobić cokolwiek, aby zapomnieć tamten pocałunek. Nabrałem chłodnego, porannego powietrza w płuca. Nowy początek. Kolejny dzień, kolejna próba przeżycia. Tym razem jednak postanowiłem zawalczyć o swoje, być tak samo pewny siebie jak Sivik.
Za swój pierwszy punkt podróży obrałem handlarza, u którego mogłem uzupełnić swoje zapasy farb. W dodatku, po dłuższej, przyjaznej rozmowie, nawet nieco obniżyć cenę. Próbowałem sobie wmawiać, że to mój talent do dyskusji, a nie zdolność manipulacji głosem. Po prostu tę możliwość postanowiłem odrzucić. Po odejściu od straganu, zająłem się zwiedzaniem miasta. Nie miałem na to możliwości, od kiedy tu przybyłem, więc, kiedy nadeszła okazja, nadrobiłem zaległości. Próbowałem zapamiętać wszystkie budynki, jakie mijałem - szpital, bank, galerie, kolorowe kamienice.. Oraz slumsy. Tam również zajrzałem, z czystej ciekawości i pchany dziwnym przeczuciem. Ktoś tam potrzebował mojej pomocy. Dlatego opuściłem nieco powieki, podążając za delikatną nicią. Apos sunął nad ulicą, szukając jakiegoś posiłku.
W pewnym momencie zatrzymałem się, otworzyłem oczy. To było tutaj. Znajdowałem się przy wylocie pobocznej uliczki, gdzie smród był wręcz niemiłosierny. Do tego stopnia, że musiałem zakryć nos skrawkiem koszuli. Mimo niezwykle niesprzyjających okoliczności, wszedłem głębiej. W końcu, mój anielski zmysł nigdy się nie myli.
- Nie brzmi źle, ba, nie będę się musiał nawet porządniej przygotowywać - Z piersi ciemnowłosego wydobył się śmiech. - Dziś wieczór, dobrze?
- Dobrze. - Podniosłem się z łóżka, wziąłem swoje rzeczy, po czym ogarnąłem się po raz ostatni przed wyjściem. - Sam cię znajdę. Na razie muszę iść, mam kilka obrazów do namalowania. -
Mówiąc to, wyszedłem z pokoju, na stoliku zostawiając pieniądze za noc. Nie chciałem być dłużny. W końcu i tak sporo na mnie wydał. Licząc w duchu na to, że nie uzna mnie za niewychowanego buca, znalazłem się na ulicy. Ponownie. Tym razem z planem, aby zebrać myśli. Odnaleźć notatki maga. Zrobić cokolwiek, aby zapomnieć tamten pocałunek. Nabrałem chłodnego, porannego powietrza w płuca. Nowy początek. Kolejny dzień, kolejna próba przeżycia. Tym razem jednak postanowiłem zawalczyć o swoje, być tak samo pewny siebie jak Sivik.
Za swój pierwszy punkt podróży obrałem handlarza, u którego mogłem uzupełnić swoje zapasy farb. W dodatku, po dłuższej, przyjaznej rozmowie, nawet nieco obniżyć cenę. Próbowałem sobie wmawiać, że to mój talent do dyskusji, a nie zdolność manipulacji głosem. Po prostu tę możliwość postanowiłem odrzucić. Po odejściu od straganu, zająłem się zwiedzaniem miasta. Nie miałem na to możliwości, od kiedy tu przybyłem, więc, kiedy nadeszła okazja, nadrobiłem zaległości. Próbowałem zapamiętać wszystkie budynki, jakie mijałem - szpital, bank, galerie, kolorowe kamienice.. Oraz slumsy. Tam również zajrzałem, z czystej ciekawości i pchany dziwnym przeczuciem. Ktoś tam potrzebował mojej pomocy. Dlatego opuściłem nieco powieki, podążając za delikatną nicią. Apos sunął nad ulicą, szukając jakiegoś posiłku.
W pewnym momencie zatrzymałem się, otworzyłem oczy. To było tutaj. Znajdowałem się przy wylocie pobocznej uliczki, gdzie smród był wręcz niemiłosierny. Do tego stopnia, że musiałem zakryć nos skrawkiem koszuli. Mimo niezwykle niesprzyjających okoliczności, wszedłem głębiej. W końcu, mój anielski zmysł nigdy się nie myli.
I tym razem miał rację. Zmierzyłem wzrokiem złodzieja, grożącego nożem kobiecie z dzieckiem w objęciach. Nie mogłem zostawić tego obojętnie.
- Zostaw ją. - powiedziałem krótko, zrzucając z ramienia torbę. Preferowałbym mieć pełnię ruchów w razie możliwej konfrontacji. A ta na pewno nastąpi. Czułem to w każdym calu swego ciała. Ten niecny człowiek, słysząc moje słowa, puścił wolno matkę. Odprowadziłem wzrokiem kobietę, czmychającą w jeszcze ciemniejsze zakamarki. Bezzębny uśmiech napastnika, błysk noża, tym razem obróconego w przeciwną stronę. Szybki ruch, skierowany w moje podbrzusze. Wspomnienia.
Uniosłem kącik ust, po czym dotknąłem opuszkami palców czoła mężczyzny. Jego oczy zapłonęły, doszczętnie rozpadając się, podobnie jak reszta ciała. Agonalne wrzaski odbijały się echem od ścian. Było trudno tego słuchać, jednak wiedziałem, że tak trzeba. Że to, co zrobiłem - było dobre.
Zjawiłem się w miejscu, gdzie moje anielskie zmysły wyczuwały obecność Sivika, gdzieś tak w okolicach wieczoru. Nie byłem tego jednak zbyt pewny. Zbyt bardzo podekscytowałem się ostatnimi wydarzeniami. Taak, karanie grzeszników i ratowanie niewinnych jest lepsze od niejednego eliksiru pobudzającego. Po wyzwoleniu takich pokładów mocy, nie mogłem ustać w miejscu. Ciągle krążyłem po okolicy, skakałem po murkach po drodze czy bawiłem się z Aposem. Sokół, jak zwykle, schował się naburmuszony w drzewach. Ah, jego strata!
Pod ręką trzymałem obraz, który namalowałem w tym czasie. Wijącego się z bólu człowieka, zmieniającego się w kwiaty. Zupełnym przypadkiem wyglądał jak złodziejaszek z alejki. Ale to naprawdę, zupełnym przypadkiem.
Kroczył dumnie pośród płatków kwiatów, spadających z nieba. W błyszczącej nowością, odświętnej zbroi. Włócznia o skomplikowanym ostrzu przewieszona przez plecy, złocista aureola nad głową. Wszystko takie piękne i ociekające dostojnością.
Główna Sala zamku edeńskiego kwitnęła życiem. Tłumy aniołów, zarówno żołnierzy i tych, co z wojskiem nie mieli nic wspólnego. Każdy jednak chciał zobaczyć ceremonię przyznania odznaczeń jedynemu synowi Razjela.
Carreou klęknął przed tronem, nie ośmielając się spojrzeć w oczy Stwórcy.
- Tak oto przybywam, Ojcze. - powiedział, dłoń kładąc na sercu. Jego opiekun uśmiechnął się delikatnie z boku, gdzie stał razem z archaniołami.
Odmówienie modlitwy, która była jedynie odruchem boskiej gwardii. W końcu, adresat modłów był razem z nimi w pomieszczeniu.
Uroczystość, zimne ostrze miecza na obu ramionach.
- Carreou Razielu II, oficjalnie mianuję cię oficerem Drugiego Korpusu Powietrznego Królestwa Niebiańskiego. Niech twe dłonie prowadzi sprawiedliwość i dobroć. -
Chwyciłem nóż w dłoń, nie zważając na krew. Wyrwałem broń złodziejaszkowi i wbiłem w pobliski mur. Nawet się nie obejrzałem. Wiedziałem, że trafiłem do celu.
Uniosłem się na rozłożonych skrzydłach, emanując światłością. Boska iluminacja opadła na przysłaniającego dłonią oczy mężczyznę.
- “Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” - Oznajmiłem, cytując słowa z Księgi. Podniosłem podbródek, spoglądając z góry na to marne, grzeszne stworzenie. Kiedy tak zabłądził? Do tego stopnia, że zaczął napadać na słabszych od siebie?Uniosłem kącik ust, po czym dotknąłem opuszkami palców czoła mężczyzny. Jego oczy zapłonęły, doszczętnie rozpadając się, podobnie jak reszta ciała. Agonalne wrzaski odbijały się echem od ścian. Było trudno tego słuchać, jednak wiedziałem, że tak trzeba. Że to, co zrobiłem - było dobre.
Zjawiłem się w miejscu, gdzie moje anielskie zmysły wyczuwały obecność Sivika, gdzieś tak w okolicach wieczoru. Nie byłem tego jednak zbyt pewny. Zbyt bardzo podekscytowałem się ostatnimi wydarzeniami. Taak, karanie grzeszników i ratowanie niewinnych jest lepsze od niejednego eliksiru pobudzającego. Po wyzwoleniu takich pokładów mocy, nie mogłem ustać w miejscu. Ciągle krążyłem po okolicy, skakałem po murkach po drodze czy bawiłem się z Aposem. Sokół, jak zwykle, schował się naburmuszony w drzewach. Ah, jego strata!
Pod ręką trzymałem obraz, który namalowałem w tym czasie. Wijącego się z bólu człowieka, zmieniającego się w kwiaty. Zupełnym przypadkiem wyglądał jak złodziejaszek z alejki. Ale to naprawdę, zupełnym przypadkiem.
Od Sivika do Carreou
— Nic — odparł cicho, zwijając dłoń w pięść, zamykając szczelnie wyjątkowe piórko. To zdecydowanie nie było nic, jak to określił. — Tak czasami jest. Czarne piórka to nic takiego. — Zmarszczyłem brwi, kłamał, czuć było na kilometr, jednak nie decydowałem się drążyć tematu, jeśli nie ma ochoty mówić, nie będzie mówić i tyle. Nie jestem tutaj od tego, żeby wymuszać u innych głoszenie swojej biografii.
Skulił się nagle, a za chwilę zaczął nieśmiało spożywać swoją porcję, dalej z tą dozą zdezorientowania i zdenerwowania, którą było bardzo wyraźnie od niego czuć.
— W kwestii nawiedzeń... Hmm. Czasami zrzuca jakieś obiekty. Często dotyka. Zsyła koszmary i pisze w kurzu. Jednak robi to niezwykle rzadko, jakby nie miał siły na takie rzeczy.
Zamarł. Gapił się na mnie, a konkretniej za mnie.
Coś było, coś się czaiło. Coś, czego nie było dane mi wyczuć, nieważne, jak bardzo bym się o to nie starał. To było coś poza moim zasięgiem, chociaż dusze również zerkały na mnie z przerażeniem, szeptały do ucha, kazały uciekać. Mogłem tylko siedzieć i spokojnie zerkać na mężczyznę, którego powieki drgały, podobnie jak skrzydła, ba, całe ciało.
Poczuć coś na szyi.
Zignorować to jak zawsze zresztą.
Spojrzeć, jak kręci głową, mruga agresywnie i chrząka, strzepując skrzydłami coś z moich pleców i ramion, dalej mając niezbyt tęgą minę.
— T-To tylko kurz... — wyszeptał tylko. Znowu skłamał. Znowu przypominał bardziej porządnie obitego szczeniaka, aniżeli jako tako rosłego anioła. Mogłem tylko ponownie zignorować te wszystkie tiki, sytuacje, sygnały, mogłem tylko posłać mu spokojny uśmiech i w przeciwieństwie do niego, pokiwać łbem i przyjąć minę pełną zrozumienia.
— Rzadko, jakby nie miał siły? Przynajmniej tyle dobrego — mruknąłem, uśmiechając się szerzej, bo zdecydowanie były to pozytywne oznaki. Nie miotał nim, nie atakował, nie robił niczego poważniejszego, co często się działo. Miał słabe powiązanie z chłopakiem, wystarczyło pozbyć się, prawdopodobnie, jednego połączenia. — Nie brzmi źle, ba, nie będę się musiał nawet porządniej przygotowywać — parsknąłem śmiechem. — Dziś wieczór, dobrze?
Skulił się nagle, a za chwilę zaczął nieśmiało spożywać swoją porcję, dalej z tą dozą zdezorientowania i zdenerwowania, którą było bardzo wyraźnie od niego czuć.
— W kwestii nawiedzeń... Hmm. Czasami zrzuca jakieś obiekty. Często dotyka. Zsyła koszmary i pisze w kurzu. Jednak robi to niezwykle rzadko, jakby nie miał siły na takie rzeczy.
Zamarł. Gapił się na mnie, a konkretniej za mnie.
Coś było, coś się czaiło. Coś, czego nie było dane mi wyczuć, nieważne, jak bardzo bym się o to nie starał. To było coś poza moim zasięgiem, chociaż dusze również zerkały na mnie z przerażeniem, szeptały do ucha, kazały uciekać. Mogłem tylko siedzieć i spokojnie zerkać na mężczyznę, którego powieki drgały, podobnie jak skrzydła, ba, całe ciało.
Poczuć coś na szyi.
Zignorować to jak zawsze zresztą.
Spojrzeć, jak kręci głową, mruga agresywnie i chrząka, strzepując skrzydłami coś z moich pleców i ramion, dalej mając niezbyt tęgą minę.
— T-To tylko kurz... — wyszeptał tylko. Znowu skłamał. Znowu przypominał bardziej porządnie obitego szczeniaka, aniżeli jako tako rosłego anioła. Mogłem tylko ponownie zignorować te wszystkie tiki, sytuacje, sygnały, mogłem tylko posłać mu spokojny uśmiech i w przeciwieństwie do niego, pokiwać łbem i przyjąć minę pełną zrozumienia.
— Rzadko, jakby nie miał siły? Przynajmniej tyle dobrego — mruknąłem, uśmiechając się szerzej, bo zdecydowanie były to pozytywne oznaki. Nie miotał nim, nie atakował, nie robił niczego poważniejszego, co często się działo. Miał słabe powiązanie z chłopakiem, wystarczyło pozbyć się, prawdopodobnie, jednego połączenia. — Nie brzmi źle, ba, nie będę się musiał nawet porządniej przygotowywać — parsknąłem śmiechem. — Dziś wieczór, dobrze?
Od Ivara do Akroteastora
Nie powiem, średnio rozumiałem całą tę sytuację, od momentu, kiedy łapa Morteo zacisnęła się na mojej ręce, przez szaloną ucieczkę w las, aż do tego momentu, kiedy zaczął bredzić coś o stoperze i kuchennych drzwiach. Potrzebowałem chociaż niewielkiej chwili, aby zebrać myśli. Aby się uspokoić. Wziąłem więc wodze Avalona i podprowadziłem go do rzeki. Kiedy koń pił, ja usiadłem na złotym piasku i zacząłem wpatrywać się przed siebie. Co teraz zrobimy? Nie możemy wrócić do gospody. Powinniśmy unikać głównych traktów, gdyż ten pseudorycerzyk może gdzieś tam być. Muszę doprowadzić swoją część umowy do końca.. Tak samo jak Akroteastor. Wzdychając ciężko, podciągnąłem kolana pod brodę i ukryłem między nimi twarz. Nasłuchiwałem, jak mój towarzysz oczyszcza dokładnie swoje cielsko, jak mamrocze coś o kolejnych stoperach czy sam bóg wie czym, jak drepcze w te i we wte, łamiąc gałązki. I doprowadzając mnie do białej gorączki.
Wziąłem głęboki wdech, a potem długo wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby. Nadal nie mogłem się opanować, w dodatku widmo przemiany, tym razem przez złość, zawisło nade mną jak niewypowiedziana klątwa.
Wtem usłyszałem piski. Wyprostowałem się więc, spoglądając w stronę, z której dochodziły - z lasu. Liivei zrobił to samo, jednak prawdopodobnie pchany instynktem samozachowawczym. Ja wiedziałem jednak, że to Lyria.
I nie myliłem się. Lisiczka przebiegła zgrabnie między drzewami, w pyszczku dzierżąc.. Sznurek. Taki zwykły. Prostej roboty, a w dodatku przecięty. Swe znalezisko zostawiła pod nogami Akroteastora, a następnie wróciła do mnie. Wziąłem w ramiona moją białą księżniczkę i wstałem.
- To chyba od twojego płaszcza, czyż nie? - Zapytałem Akrusia, który jedynie wykonał ten ruch, mający prawdopodobnie na celu imitację wzruszenia ramionami. Wyglądał ma zdenerwowanego, dlatego prawdopodobnie ograniczał się jedynie do gestów. Zmierzyłem po raz kolejny wzrokiem jego ciało. Mnie osobiście zainteresowało, wręcz przyciągało do siebie, gdyż jak dzieciak chciałem wszystkiego dotknąć. Zdawałem sobie sprawę, że raczej niewielu ludzi podzieli moje zdanie. Dlatego podszedłem do Avalona, na jego grzbiecie sadzając Lyrię. Następnie zacząłem szukać czegoś w jukach. Morteo przechylił czaszkę na bok, robiąc mały krok w naszą stronę. Koń otworzył szerzej oczy, tupnął i zaniepokoił się. Przeciągnąłem więc dłonią po jego boku.
- Shh, Avalon. Nie przejmuj się. Akroteastor nie gustuje w koniach. - Powiedziałem z lekkim przekąsem w głosie, gdyż nie miałem jako takiej pewności, co je gigant. Równie dobrze mógł żywić się roślinami, ludźmi, mięsem czy duszami, jak i energią kosmiczną czy słoneczną. Przy takich osobnikach wszystko wchodziło w rachubę. Morteo jedynie westchnął ostentacyjnie. Już miał się odezwać, kiedy wcisnąłem mu w dłoń.. Dłonie.. Łapy. Odnóża. Chwytaki? Ah, cokolwiek on tam miał, swój płaszcz.
- CÓŻ TO JEST, IVARZE? - Spytał, mierząc sceptycznie materiał. Kiedy go rozłożył, okazało się, że, jak przewidywałem, był na niego za mały. Cóż za niespodzianka.
- Płaszcz, zakryj sobie, co tam chcesz. Przepraszam, nie mam większego.-
- JAM NIE WYRAZIŁ NA TEN DAR ZGODY.. - Zaczął stwór, wyciągając ku mnie kończynę (gdyż to określenie jest najbardziej neutralne ze wszystkich) z płaszczem. Uśmiechając się lekko, pokręciłem głową.
- Jak nie po dobroci.. - Mruknąłem do siebie, biorąc się osobiście za odzianie Akroteastora. Musiałem to robić szybko, gdyż w przeciwnym przypadku, dałbym się złapać we wszystkie cztery łapy Morteo. Ostatecznie, po długiej walce, odsunąłem się, oceniając z pewnej odległości swoje dzieło. Ciemnozielona toga okrywała najbardziej taktyczne rejony mego towarzysza, niestety nieco unieruchamiając jedną z dolnych rąk. To jednak nie był aż taki problem. Bardziej zmartwiło mnie spojrzenie, godne seryjnego mordercy, wymierzone we mnie. Wzruszyłem więc ramionami i z powrotem dosiadłem Avalona.
- Powinniśmy się stąd zbierać, Akruś. Ten wariat z karczmy może zacząć nas szukać w dowolnym momencie, jak nie robi tego już teraz. -
- SŁUSZNE SPOSTRZEŻENIE. -
- Co do jazdy konno, będziemy się zmieniać. - Widząc, że gigant próbuje zabrać głos, ściągnąłem brwi i pokręciłem głową. - Żadnych "Ale". A teraz, chodźmy. - Oznajmiłem, spinając łydkami boki konia. Po kilku krokach, obróciłem się, aby spojrzeć, czy Morteo idzie. W końcu, nie musiał tego robić, lecz w tym momencie nasza umowa nie zostałaby wypełniona. A ja do tego nie mam zamiaru dopuścić - takie coś byłoby ujmą na książęcym honorze. Nawet jeśli nie mam teraz królestwa, nadal stosuję się do zasad wpojonych mi za dziecka. Jedną z nich była pomoc potrzebującym. Liivei jakoś dało się podciągnąć pod tę kategorię. Może nie był umierający, ranny, bezdomny, chory.. Jednak był głodny. Czyli się zaliczał. Chwilę się zastanawiałem, co mam zrobić, lecz ostatecznie zawróciłem, zsiadłem z konia i wcisnąłem wodze w ręce Akroteastora.
- Masz. - Mruknąłem pod nosem. - Ty pojedziesz pierwszy i poszukasz miejsca na obóz, dobra? -
< Akruś? :p >
Wziąłem głęboki wdech, a potem długo wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby. Nadal nie mogłem się opanować, w dodatku widmo przemiany, tym razem przez złość, zawisło nade mną jak niewypowiedziana klątwa.
Wtem usłyszałem piski. Wyprostowałem się więc, spoglądając w stronę, z której dochodziły - z lasu. Liivei zrobił to samo, jednak prawdopodobnie pchany instynktem samozachowawczym. Ja wiedziałem jednak, że to Lyria.
I nie myliłem się. Lisiczka przebiegła zgrabnie między drzewami, w pyszczku dzierżąc.. Sznurek. Taki zwykły. Prostej roboty, a w dodatku przecięty. Swe znalezisko zostawiła pod nogami Akroteastora, a następnie wróciła do mnie. Wziąłem w ramiona moją białą księżniczkę i wstałem.
- To chyba od twojego płaszcza, czyż nie? - Zapytałem Akrusia, który jedynie wykonał ten ruch, mający prawdopodobnie na celu imitację wzruszenia ramionami. Wyglądał ma zdenerwowanego, dlatego prawdopodobnie ograniczał się jedynie do gestów. Zmierzyłem po raz kolejny wzrokiem jego ciało. Mnie osobiście zainteresowało, wręcz przyciągało do siebie, gdyż jak dzieciak chciałem wszystkiego dotknąć. Zdawałem sobie sprawę, że raczej niewielu ludzi podzieli moje zdanie. Dlatego podszedłem do Avalona, na jego grzbiecie sadzając Lyrię. Następnie zacząłem szukać czegoś w jukach. Morteo przechylił czaszkę na bok, robiąc mały krok w naszą stronę. Koń otworzył szerzej oczy, tupnął i zaniepokoił się. Przeciągnąłem więc dłonią po jego boku.
- Shh, Avalon. Nie przejmuj się. Akroteastor nie gustuje w koniach. - Powiedziałem z lekkim przekąsem w głosie, gdyż nie miałem jako takiej pewności, co je gigant. Równie dobrze mógł żywić się roślinami, ludźmi, mięsem czy duszami, jak i energią kosmiczną czy słoneczną. Przy takich osobnikach wszystko wchodziło w rachubę. Morteo jedynie westchnął ostentacyjnie. Już miał się odezwać, kiedy wcisnąłem mu w dłoń.. Dłonie.. Łapy. Odnóża. Chwytaki? Ah, cokolwiek on tam miał, swój płaszcz.
- CÓŻ TO JEST, IVARZE? - Spytał, mierząc sceptycznie materiał. Kiedy go rozłożył, okazało się, że, jak przewidywałem, był na niego za mały. Cóż za niespodzianka.
- Płaszcz, zakryj sobie, co tam chcesz. Przepraszam, nie mam większego.-
- JAM NIE WYRAZIŁ NA TEN DAR ZGODY.. - Zaczął stwór, wyciągając ku mnie kończynę (gdyż to określenie jest najbardziej neutralne ze wszystkich) z płaszczem. Uśmiechając się lekko, pokręciłem głową.
- Jak nie po dobroci.. - Mruknąłem do siebie, biorąc się osobiście za odzianie Akroteastora. Musiałem to robić szybko, gdyż w przeciwnym przypadku, dałbym się złapać we wszystkie cztery łapy Morteo. Ostatecznie, po długiej walce, odsunąłem się, oceniając z pewnej odległości swoje dzieło. Ciemnozielona toga okrywała najbardziej taktyczne rejony mego towarzysza, niestety nieco unieruchamiając jedną z dolnych rąk. To jednak nie był aż taki problem. Bardziej zmartwiło mnie spojrzenie, godne seryjnego mordercy, wymierzone we mnie. Wzruszyłem więc ramionami i z powrotem dosiadłem Avalona.
- Powinniśmy się stąd zbierać, Akruś. Ten wariat z karczmy może zacząć nas szukać w dowolnym momencie, jak nie robi tego już teraz. -
- SŁUSZNE SPOSTRZEŻENIE. -
- Co do jazdy konno, będziemy się zmieniać. - Widząc, że gigant próbuje zabrać głos, ściągnąłem brwi i pokręciłem głową. - Żadnych "Ale". A teraz, chodźmy. - Oznajmiłem, spinając łydkami boki konia. Po kilku krokach, obróciłem się, aby spojrzeć, czy Morteo idzie. W końcu, nie musiał tego robić, lecz w tym momencie nasza umowa nie zostałaby wypełniona. A ja do tego nie mam zamiaru dopuścić - takie coś byłoby ujmą na książęcym honorze. Nawet jeśli nie mam teraz królestwa, nadal stosuję się do zasad wpojonych mi za dziecka. Jedną z nich była pomoc potrzebującym. Liivei jakoś dało się podciągnąć pod tę kategorię. Może nie był umierający, ranny, bezdomny, chory.. Jednak był głodny. Czyli się zaliczał. Chwilę się zastanawiałem, co mam zrobić, lecz ostatecznie zawróciłem, zsiadłem z konia i wcisnąłem wodze w ręce Akroteastora.
- Masz. - Mruknąłem pod nosem. - Ty pojedziesz pierwszy i poszukasz miejsca na obóz, dobra? -
< Akruś? :p >
Subskrybuj:
Posty (Atom)