Był rozedrgany, zdenerwowany i nieswój, a ja nie mogłem jakkolwiek na niego wpłynąć, bo tak, czy, siak, bliżej mu było zachowaniem do przerażonego szczeniaka.
— Nie każdy umiera tak łatwo jak ludzie — stwierdził cicho, na co mogłem mu tylko przyznać rację, bo przecież sam nie umrę w ten sam sposób, co oni. Niektórzy wcale nie umierają, a jeszcze inni umarli już raz i czekają tylko na coś, co oderwie ich od tego przeklętego niby "życia wiecznego". Nagle się ruszył, wyparował, zostawił mnie samotnie na łóżku, gdy sam ruszył w stronę parapetu, zerkając przy okazji przez tą brudną, małą szybkę, która dzieliła nad od świata zewnętrznego. — Ale nie smućmy się. Nie ma czasu, jak to powiedziałeś. — Pokiwałem głową, bo chyba łapał, o co chodziło i jak w sumie do tego wszystkiego powinno się podchodzić. — Świat stoi dla nas otworem, czyż nie? Trzeba korzystać!
A potem już dawno nie widziałem, żeby ktoś tak skrzętnie siedział nad notatkami, skupiał się, rysował coś, wystawiając charakterystycznie język. Drewienko poruszało się agresywnie, oczy uważnie lustrowało kartkę, a ja spokojnie spoglądałem na chłopaka, który nagle jakby znalazł się w czymś na kształt transu, z którego trudno się wybudzić, bo praca, trzeba dokończyć pracę, szybko, teraz, zaraz.
— Merkez — szepnął sam do siebie, uważnie wlepiając wzrok w notatnik, a później spoglądając na mnie z czymś podobnym do obłędu. Wzdrygnąłem się mimowolnie, bo nie wyglądało to ciekawie. — Jak daleko stąd jest do Merkez? — Prychnąłem cicho pod nosem, podrapałem się po karku i westchnąłem.
— Blisko w sumie — odparłem krótko po chwili zastanowienia. — To znaczy, wiesz, wszystkie drogi prowadzą do Merkez i prawie wszystko z nim graniczy, także nieważne jak byś nie poszedł, to kiedyś się tam dostanie. Ale nie za długo. Pięć, sześć dni drogi przy dobrych wiatrach, wiesz, o co chodzi — mruczałem, odchylając się nieco do tyłu. — A co? Jakieś oświecenie?
sobota, 7 kwietnia 2018
Od Carreou do Sivika
Zerknąłem spod warstwy włosów na mężczyznę. Zamrugał, jakby nie do końca zrozumiał co powiedziałem, czy raczej - temu niedowierzał. Ponownie opuściłem spojrzenie, bojąc się, że byłem zbyt otwarty. Powinienem się opanować w tej sprawie. Jak chcę z kimś szczerze porozmawiać, to tylko z Panem. O ile mnie słyszy.
Po kilkunastu modlitwach, pozostawionych w eterze bez odpowiedzi, zaczynałem mieć w tej kwestii wątpliwości.
Usłyszałem śmiech Sivika. Cichy, stonowany. Doszło do tego tarmoszenie, przez co przez głowę przebiegła mi myśl o Razjelu. Z mojego wnętrza dobiegło głuche westchnięcie. To nie jest zbyt dobry moment na ckliwe wspominki. Nie potrzebowałem kolejnego powodu, aby wybuchnąć płaczem.
Uścisk stał się mocniejszy. Mężczyzna nadal się śmiał. Może w końcu cisza między nami zostanie przerwana.
— Wyglądam aż tak źle? Ja wiem, że pół wieku to nie jest mało, no ale proszę cię, jeszcze się do grobu raczej nie mam zamiaru się składać — Z cieniem rozbawienia w głosie, ciemnowłosy zebrał się na odpowiedź — Nie myśl o przeszłości. Sama w sobie nie jest warta zachodu, dopóki jej echo nie zaczyna cię dopadać — dodał nieco ciszej. Przytaknąłem na jego słowa, które można by nawet uznać za motto życiowe. Jeśli będę miał kiedyś swój dom, namaluję je i powieszę na ścianie. Nad kominkiem. Albo łóżkiem. — A co do znikania i umierania, każdy to zrobi. Kiedyś tam, przyjdzie na nas czas, jesteśmy tu tylko gośćmi i trzeba korzystać z życia, wiesz? Także się nie przejmuj, nie ma po co strzępić nerwów.
— Nie każdy umiera tak łatwo jak ludzie. — Wyszeptałem pół głosem, drżąc od tłumionych emocji. Musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie i to w trybie natychmiastowym. Aby zająć sobie czymkolwiek ręce. Umysł. Całe ciało. A tak bliska obecność mężczyzny nie pomagała w zebraniu myśli. Dlatego ostrożnie wstałem, w myślach błagając, żeby Sivik nie uznał to za jakiś akt odrazy jego osobą. Dlatego szybko zmieniłem wyraz swojej twarzy, na bardziej podekscytowany, radosny. Mimo, że we wnętrzu krwawiłem i rozpadałem się na drobne kawałeczki.
— Ale nie smućmy się. Nie ma czasu, jak to powiedziałeś. — Oznajmiłem, podbiegając do okna. Następnie popukałem palcem w szybę. — Świat stoi dla nas otworem, czyż nie? Trzeba korzystać!
Świat. Wymiary. Notatki.
Zacisnąłem palce na parapecie. Zupełnie o nich zapomniałem! Te zapiski to mógł być klucz do mojego domu, do wrót w drugą stronę. Musiałem sobie tylko przypomnieć, gdzie znajdowało się centrum tamtego czarodzieja.
Sięgnąłem po swój szkicownik, wziąłem ołówek i zacząłem rysować, wystawiając końcówkę języka spomiędzy warg. Miałem taką tendencję w chwilach skupienia. A właśnie taki byłem, próbując jak najwierniej odwzorować wizję z zakamarków umysłu. Gdy skończyłem, podniosłem szkic. Przedstawiał rezydencję, stojącą na szczycie góry.
— Merkez — Mruknąłem do siebie, a następnie odwróciłem się gwałtownie w stronę Sivika. Przez gwałtowny ruch, pióra ponownie rozwiały się po pokoju. — Jak daleko stąd jest do Merkez?
Po kilkunastu modlitwach, pozostawionych w eterze bez odpowiedzi, zaczynałem mieć w tej kwestii wątpliwości.
Usłyszałem śmiech Sivika. Cichy, stonowany. Doszło do tego tarmoszenie, przez co przez głowę przebiegła mi myśl o Razjelu. Z mojego wnętrza dobiegło głuche westchnięcie. To nie jest zbyt dobry moment na ckliwe wspominki. Nie potrzebowałem kolejnego powodu, aby wybuchnąć płaczem.
Uścisk stał się mocniejszy. Mężczyzna nadal się śmiał. Może w końcu cisza między nami zostanie przerwana.
— Wyglądam aż tak źle? Ja wiem, że pół wieku to nie jest mało, no ale proszę cię, jeszcze się do grobu raczej nie mam zamiaru się składać — Z cieniem rozbawienia w głosie, ciemnowłosy zebrał się na odpowiedź — Nie myśl o przeszłości. Sama w sobie nie jest warta zachodu, dopóki jej echo nie zaczyna cię dopadać — dodał nieco ciszej. Przytaknąłem na jego słowa, które można by nawet uznać za motto życiowe. Jeśli będę miał kiedyś swój dom, namaluję je i powieszę na ścianie. Nad kominkiem. Albo łóżkiem. — A co do znikania i umierania, każdy to zrobi. Kiedyś tam, przyjdzie na nas czas, jesteśmy tu tylko gośćmi i trzeba korzystać z życia, wiesz? Także się nie przejmuj, nie ma po co strzępić nerwów.
— Nie każdy umiera tak łatwo jak ludzie. — Wyszeptałem pół głosem, drżąc od tłumionych emocji. Musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie i to w trybie natychmiastowym. Aby zająć sobie czymkolwiek ręce. Umysł. Całe ciało. A tak bliska obecność mężczyzny nie pomagała w zebraniu myśli. Dlatego ostrożnie wstałem, w myślach błagając, żeby Sivik nie uznał to za jakiś akt odrazy jego osobą. Dlatego szybko zmieniłem wyraz swojej twarzy, na bardziej podekscytowany, radosny. Mimo, że we wnętrzu krwawiłem i rozpadałem się na drobne kawałeczki.
— Ale nie smućmy się. Nie ma czasu, jak to powiedziałeś. — Oznajmiłem, podbiegając do okna. Następnie popukałem palcem w szybę. — Świat stoi dla nas otworem, czyż nie? Trzeba korzystać!
Świat. Wymiary. Notatki.
Zacisnąłem palce na parapecie. Zupełnie o nich zapomniałem! Te zapiski to mógł być klucz do mojego domu, do wrót w drugą stronę. Musiałem sobie tylko przypomnieć, gdzie znajdowało się centrum tamtego czarodzieja.
Sięgnąłem po swój szkicownik, wziąłem ołówek i zacząłem rysować, wystawiając końcówkę języka spomiędzy warg. Miałem taką tendencję w chwilach skupienia. A właśnie taki byłem, próbując jak najwierniej odwzorować wizję z zakamarków umysłu. Gdy skończyłem, podniosłem szkic. Przedstawiał rezydencję, stojącą na szczycie góry.
— Merkez — Mruknąłem do siebie, a następnie odwróciłem się gwałtownie w stronę Sivika. Przez gwałtowny ruch, pióra ponownie rozwiały się po pokoju. — Jak daleko stąd jest do Merkez?
Od Nichio do Regulusa
Zainteresowałem się tamtym chłopakiem, na oko moim rówieśnikiem, od momentu, gdy teatralnie przewrócił się na podłodze w karczmie. Nie powiem, że mnie to nie rozbawiło. Miałem ochotę zaśmiać się razem z resztą opijusów, ale powstrzymałem się, widząc zażenowanie na twarzy chłopaka. Postanowiłem go nie dobijać, bo jeszcze pójdzie na jakiś most i skoczy. A wtedy? Wtedy nie będzie darmowej komedii.
Z tych i wielu innych powodów, postanowiłem pójść za rudzielcem, gdy tylko uciekł z gospody po zakupieniu swoich rzeczy. W dodatku, Pancho również chciał go lepiej poznać, więc nie miałem jako takiego wyboru, bo wysłuchiwanie narzekań psa nie było ciekawą alternatywą. Dlatego posnuliśmy się za tym przegrywem, ja z rękoma w kieszeniach, Pancho z językiem wywalonym na zewnątrz. W pewnym momencie przyspieszył, a następnie zajął się obwąchiwaniem torby chłopaka. Na ten widok przewróciłem oczami. Mistrzem dyskrecji to on na pewno nie zostanie.
- Pancho, zostaw go. - Rzuciłem nonszalancko, zatrzymując się obok rudego. W nos uderzył mnie zapach strachu. Wręcz można powiedzieć, że paniki. Zdziwiło mnie to delikatnie, gdyż rzadko zdarzało mi się wyczuwać emocje. Ale w tym momencie trudno nie dało się rozumieć, co on czuje, skoro całym ciałem dawał znać, że się boi.
Zmierzyłem go z góry. Mimo, że były to dwa - trzy centymetry różnicy, cieszyłem się samym faktem bycia wyższym.
Jego ruchy były nerwowe, czasami drżał. Gdy się powoli odwrócił, zobaczyłem, że przygryza wargi. Nie pasowało to do samego wyglądu chłopaka - zadbany, wymuskany młodzieniec, nawet z jakąś biżuterią. W porównaniu do mnie, ubranego na czarno potwora, to było jak niebo i ziemia.
Ale przynajmniej ja miałem jakieś tam pokłady pewności siebie.
- Przepraszam za Pancho. Jest cholernie ciekawy. I wścibski. - Zgromiłem wzrokiem psa, który ostentacyjnie usiadł na drodze i odwrócił wzrok.
Chłopak nerwowo skubnął palcami mankiet koszuli, po czym jedynie przytaknął. Nie odzywał się. Serio był nieśmiały. A w sumie, jakie inne wrażenie mogłem odnieść, patrząc na jego osobę?
- T-Tak. - Mruknął jedynie, cofając się. Podniosłem zdziwiony brew. - Ja mam dużo rzeczy.. Zostawiłem zapalone palenisko w domu..
- Co? - Nim zorientowałem się, byłem na ulicy sam. Jedyne, co zobaczyłem, to znikające za rogiem czerwone włosy. Wzdychając ciężko, kopnąłem leżący w okolicy kamień i wcisnąłem głębiej dłonie w kieszenie. Jak chce uciekać, to ja go gonić nie będę. Jego wybór.
Pod wieczór byłem już całkowicie wygłodzony, a żadnego włóczęgi nigdzie nie znalazłem. Diabli by to wzięli. Musiałem znowu pójść na cmentarz i tam zabawić się w hienę oraz liczyć na to, że nikt nie będzie chciał mnie przegonić. A takie coś zdarza się bardzo często. Dlaczego do nikogo nie dociera, że po prostu przyspieszam proces rozkładu? Tak czy siak te ciała znikną czy coś, a w tym przypadku mogą się nawet komuś przydać.
Z taką myślą, wręczyłem magiczną latarenkę, płonącą na niebiesko niezależnie od pogody, w pysk Pancho i zająłem się rozkopywaniem świeżego grobu. Ostatecznie, odrzuciłem na bok łopatę i dokończyłem pracę swoimi palcami. Przebiłem się przez cienkie drewno, po czym pochyliłem się i wciągnąłem nosem zapach świeżych zwłok. Oblizałem się ze smakiem. Czas na ucztę!
Wtem Pancho podniósł ogon i rozejrzał się. Na początku zignorowałem go, będąc zbyt zajętym dobieraniem się do ukochanej śledziony, lecz w pewnym momencie również poczułem coś dziwnego. Niebezpieczeństwo i łopot skrzydeł. Wyprostowałem się, szukając źródła zagrożenia.
Coś na kształt kuro - wężo - ptaka przeleciało nad okolicą. Poderwałem się gwałtownie.
- Pancho, musimy to sprawdzić! - Odebrałem psu latarenkę i ruszyłem w ślad za stworzeniem. Musiałem się mu lepiej przyjrzeć!
Czworonóg spojrzał na rozkopany grób, a następnie na mnie. Przeklnąłem siarczyście, lecz potruchtał za mną, nie chcąc zostawać w tyle.
Udało nam się dotrzeć do pasma górskiego. Gdzieś w górze znajdowała się jaskinia, wyglądająca jak pusty oczodół. To było tak straszne, że aż ekscytujące. Swojego zdania nie zmieniłem nawet, kiedy mutant wylądował na półce ze skrzekiem. I wtedy, kiedy przybrał ludzką postać.
Zachichotałem jak małe dziecko, po czym wspiąłem się po kamieniach. Człowiek zniknął już w środku, ale wejście było otwarte. Stanąłem więc u wejścia i oświetliłem latarenką wnętrze.
< Reggi? >
Z tych i wielu innych powodów, postanowiłem pójść za rudzielcem, gdy tylko uciekł z gospody po zakupieniu swoich rzeczy. W dodatku, Pancho również chciał go lepiej poznać, więc nie miałem jako takiego wyboru, bo wysłuchiwanie narzekań psa nie było ciekawą alternatywą. Dlatego posnuliśmy się za tym przegrywem, ja z rękoma w kieszeniach, Pancho z językiem wywalonym na zewnątrz. W pewnym momencie przyspieszył, a następnie zajął się obwąchiwaniem torby chłopaka. Na ten widok przewróciłem oczami. Mistrzem dyskrecji to on na pewno nie zostanie.
- Pancho, zostaw go. - Rzuciłem nonszalancko, zatrzymując się obok rudego. W nos uderzył mnie zapach strachu. Wręcz można powiedzieć, że paniki. Zdziwiło mnie to delikatnie, gdyż rzadko zdarzało mi się wyczuwać emocje. Ale w tym momencie trudno nie dało się rozumieć, co on czuje, skoro całym ciałem dawał znać, że się boi.
Zmierzyłem go z góry. Mimo, że były to dwa - trzy centymetry różnicy, cieszyłem się samym faktem bycia wyższym.
Jego ruchy były nerwowe, czasami drżał. Gdy się powoli odwrócił, zobaczyłem, że przygryza wargi. Nie pasowało to do samego wyglądu chłopaka - zadbany, wymuskany młodzieniec, nawet z jakąś biżuterią. W porównaniu do mnie, ubranego na czarno potwora, to było jak niebo i ziemia.
Ale przynajmniej ja miałem jakieś tam pokłady pewności siebie.
- Przepraszam za Pancho. Jest cholernie ciekawy. I wścibski. - Zgromiłem wzrokiem psa, który ostentacyjnie usiadł na drodze i odwrócił wzrok.
Chłopak nerwowo skubnął palcami mankiet koszuli, po czym jedynie przytaknął. Nie odzywał się. Serio był nieśmiały. A w sumie, jakie inne wrażenie mogłem odnieść, patrząc na jego osobę?
- T-Tak. - Mruknął jedynie, cofając się. Podniosłem zdziwiony brew. - Ja mam dużo rzeczy.. Zostawiłem zapalone palenisko w domu..
- Co? - Nim zorientowałem się, byłem na ulicy sam. Jedyne, co zobaczyłem, to znikające za rogiem czerwone włosy. Wzdychając ciężko, kopnąłem leżący w okolicy kamień i wcisnąłem głębiej dłonie w kieszenie. Jak chce uciekać, to ja go gonić nie będę. Jego wybór.
Pod wieczór byłem już całkowicie wygłodzony, a żadnego włóczęgi nigdzie nie znalazłem. Diabli by to wzięli. Musiałem znowu pójść na cmentarz i tam zabawić się w hienę oraz liczyć na to, że nikt nie będzie chciał mnie przegonić. A takie coś zdarza się bardzo często. Dlaczego do nikogo nie dociera, że po prostu przyspieszam proces rozkładu? Tak czy siak te ciała znikną czy coś, a w tym przypadku mogą się nawet komuś przydać.
Z taką myślą, wręczyłem magiczną latarenkę, płonącą na niebiesko niezależnie od pogody, w pysk Pancho i zająłem się rozkopywaniem świeżego grobu. Ostatecznie, odrzuciłem na bok łopatę i dokończyłem pracę swoimi palcami. Przebiłem się przez cienkie drewno, po czym pochyliłem się i wciągnąłem nosem zapach świeżych zwłok. Oblizałem się ze smakiem. Czas na ucztę!
Wtem Pancho podniósł ogon i rozejrzał się. Na początku zignorowałem go, będąc zbyt zajętym dobieraniem się do ukochanej śledziony, lecz w pewnym momencie również poczułem coś dziwnego. Niebezpieczeństwo i łopot skrzydeł. Wyprostowałem się, szukając źródła zagrożenia.
Coś na kształt kuro - wężo - ptaka przeleciało nad okolicą. Poderwałem się gwałtownie.
- Pancho, musimy to sprawdzić! - Odebrałem psu latarenkę i ruszyłem w ślad za stworzeniem. Musiałem się mu lepiej przyjrzeć!
Czworonóg spojrzał na rozkopany grób, a następnie na mnie. Przeklnąłem siarczyście, lecz potruchtał za mną, nie chcąc zostawać w tyle.
Udało nam się dotrzeć do pasma górskiego. Gdzieś w górze znajdowała się jaskinia, wyglądająca jak pusty oczodół. To było tak straszne, że aż ekscytujące. Swojego zdania nie zmieniłem nawet, kiedy mutant wylądował na półce ze skrzekiem. I wtedy, kiedy przybrał ludzką postać.
Zachichotałem jak małe dziecko, po czym wspiąłem się po kamieniach. Człowiek zniknął już w środku, ale wejście było otwarte. Stanąłem więc u wejścia i oświetliłem latarenką wnętrze.
< Reggi? >
Od Ashley do Cyrusa
Tak właściwie, to za co ja zapłaciłam? Chyba tylko za boks i pożywienie, był tak zaniedbany... Musiałam się porządnie wyczyścić, by doprowadzić go do ładu. Co ciekawsze, nie jeździłam na nim od dwóch dni, a podkowy miał zapchane wszelkim świństwem. Przy okazji nakarmiłam go jeszcze i dałam wody, w zamian za wyskubanie resztki słomy z moich włosów. Pomyśleć, że spałam na kocu... Gdy czesałam jego grzywę, a on gawędził sobie z koniem Cyrka, chłopak zaproponował nagle wspólną przejażdżkę.
- W sumie, to czemu nie. Rozbudzę nieco Ramzesa, przez podróżą - poklepałam konia po szyi, gdy skończyłam czesać grzywę. Zaszłam go od tyłu i zaczęłam czyścić ogon. Same kołtuny... jakby sam sobie próbował zrobić piękną fryzurę, kończąc na poplątaniu wszystkich włosów.
- Jaką podróżą? - zapytał.
- Pewnie wylądujemy w Cellan. W końcu są tam najpiękniejsze biżuterie i wyroby. Warto zajrzeć - stwierdziłam zastanawiając się, kiedy to miasto upadnie. Skoro królewski ród niezbyt sobie radzi z państwem, to znaczy, że kiedyś w końcu musi upaść, prawda? A gdy to się stanie, złodzieje będą mieli wszystko podane na talerzu. Dobrze by było być na bieżąco z informacjami, czemu by nie skorzystać?
- Tylko ceny są skandaliczne - zauważył, lekko się uśmiechnęłam.
- Dlatego tam mam zamiar sprzedać twoją szkatułkę - smok zerknął na mnie kątem oka, ale już nie drożył tego tematu, bo po co? Przecież wszystko było wyjaśnione. Moja cena w tym mieście nie będzie "inna". Po za tym jest tam tyle amatorów i innych kretynów, że na pewno któryś się skusi na moją historyjkę o pudełku.
Po wyczyszczeniu koni i ich osiodłaniu, wyszliśmy ze stajni z naszymi końmi. Wsiedliśmy na nie i stępem wyszliśmy z miasta, na otwartą przestrzeń. Dopiero wtedy pozwoliliśmy sobie na galop i mały wyścig przez las. Ponieważ każde z nas obrało inną drogę, a meta nie została wyznaczona, nie było wygranego. Ale naszym koniom najwyraźniej podobał się ten "niby wyścig". Slalomem między drzewami, przeszkody w postaci strumyków, wąskich rzek czy rozwalonych drzew, a nawet wyścigi z innymi leśnymi stworzeniami. By odpocząć, wybraliśmy się na polanę przy jeziorze, aby nasi towarzysze mogli ugasić pragnienie. Ja za to usiadłam sobie wygodnie pod drzewem i w jego cieniu obserwowałam, jak Cyrek odprowadza klacz do wody.
- Tak właściwie, to skąd ty jesteś? - zapytałam smoka, gdy był na tyle blisko, by mógł usłyszeć to pytanie. - Bo moim domem jest cały świat - założyłam ręce za głowę i przymknęłam oczy.
<Cyrus?>
- W sumie, to czemu nie. Rozbudzę nieco Ramzesa, przez podróżą - poklepałam konia po szyi, gdy skończyłam czesać grzywę. Zaszłam go od tyłu i zaczęłam czyścić ogon. Same kołtuny... jakby sam sobie próbował zrobić piękną fryzurę, kończąc na poplątaniu wszystkich włosów.
- Jaką podróżą? - zapytał.
- Pewnie wylądujemy w Cellan. W końcu są tam najpiękniejsze biżuterie i wyroby. Warto zajrzeć - stwierdziłam zastanawiając się, kiedy to miasto upadnie. Skoro królewski ród niezbyt sobie radzi z państwem, to znaczy, że kiedyś w końcu musi upaść, prawda? A gdy to się stanie, złodzieje będą mieli wszystko podane na talerzu. Dobrze by było być na bieżąco z informacjami, czemu by nie skorzystać?
- Tylko ceny są skandaliczne - zauważył, lekko się uśmiechnęłam.
- Dlatego tam mam zamiar sprzedać twoją szkatułkę - smok zerknął na mnie kątem oka, ale już nie drożył tego tematu, bo po co? Przecież wszystko było wyjaśnione. Moja cena w tym mieście nie będzie "inna". Po za tym jest tam tyle amatorów i innych kretynów, że na pewno któryś się skusi na moją historyjkę o pudełku.
Po wyczyszczeniu koni i ich osiodłaniu, wyszliśmy ze stajni z naszymi końmi. Wsiedliśmy na nie i stępem wyszliśmy z miasta, na otwartą przestrzeń. Dopiero wtedy pozwoliliśmy sobie na galop i mały wyścig przez las. Ponieważ każde z nas obrało inną drogę, a meta nie została wyznaczona, nie było wygranego. Ale naszym koniom najwyraźniej podobał się ten "niby wyścig". Slalomem między drzewami, przeszkody w postaci strumyków, wąskich rzek czy rozwalonych drzew, a nawet wyścigi z innymi leśnymi stworzeniami. By odpocząć, wybraliśmy się na polanę przy jeziorze, aby nasi towarzysze mogli ugasić pragnienie. Ja za to usiadłam sobie wygodnie pod drzewem i w jego cieniu obserwowałam, jak Cyrek odprowadza klacz do wody.
- Tak właściwie, to skąd ty jesteś? - zapytałam smoka, gdy był na tyle blisko, by mógł usłyszeć to pytanie. - Bo moim domem jest cały świat - założyłam ręce za głowę i przymknęłam oczy.
<Cyrus?>
Od Cyrusa do Ashley
Cyrek. Skąd jej przyszło takie zdrobnienie do głowy? Teoretycznie mogło być gorzej. Na przykład taki Cyriuszek, jakiego jedna z nimf wymyśliła. Albo Russi. Z drugiej strony, są takie piękne określenia mojej osoby!
Ale nie będę narzekał. Sam fakt, że postanowiła wyjawić mi swoje imię, był kluczowym momentem w naszej małej znajomości. Takie wyznania zbliżają ludzi i coś w tym stylu.
Prostując się dumnie, pogłaskałem pysk Kelpie. Między mną a Ashley zawisło pytanie, na które nie byłem pewien, co mam odpowiedzieć.
Prawdę? Wtedy może mnie wyśmiać. Że jestem słaby. Byłoby to również przyznanie się do błędu, czego nigdy, przenigdy, za wszystkie skarby świata nie zrobię. Nie, nie, nie. To już gorsze od łatki słabeusza - To zakrawa o utratę honoru oraz mej godności.
Kłamstwo natomiast wydawało się być najodpowiedniejszym wyjściem, moim skromnym zdaniem. Nie jest może prawe i szlachetne, aczkolwiek ukryję w ten sposób fakt, że dzisiaj ledwo co zwlokłem się z łóżka, a w głowie szumi mi jak na kacu. Oraz wzbudzę więcej pytań, niż odpowiedzi, co zwiększy mój poziom "tajemniczości" w oczach innych.
- No.. Tak trochę. Ale ogólnie, nic mi nie jest.- Burknąłem pod nosem, decydując się na pół-prawdę. To złoty środek między dwoma wyjściami i odpowiedziami na tę sytuację. Nie pokazuje mnie od strony kłamcy i słabeusza, ale również daje odpowiedź na pytanie. Jednym słowem - idealnie!
- Tak trochę, mówisz? - Ashley zaśmiała się krótko, po czym poklepała bok swojego konia. Kelpie na ten widok podniosła swój ogon, również oczekując pieszczot. Dlatego podrapałem ją delikatnie za uchem. Widząc, jak bardzo ją zaniedbali w tej stajni, przeprosiłem na chwilę towarzyszkę, a następnie zacząłem się czyszczeniem rumaka. Ciemnowłosa obserwowała to przez chwilę, a następnie również zajęła się pielęgnacją Ramzesa. Same konie szturchały się nosami, obwąchiwały i ogólnie prowadziły zwierzęcą dyskusję, opierającą się na parsknięciach czy innych odruchach.
- Co powiesz na przejażdżkę? - Zapytałem nagle, przerywając wyciąganie słomy z ogona klaczy. Zgodnie z przekonaniem ludowym, nie należy wsiadać na konia, gdy ten ma coś we włosiu, bo można spaść. Niby nie byłem zabobonny, ale należy uważać.
<Ash?>
Ale nie będę narzekał. Sam fakt, że postanowiła wyjawić mi swoje imię, był kluczowym momentem w naszej małej znajomości. Takie wyznania zbliżają ludzi i coś w tym stylu.
Prostując się dumnie, pogłaskałem pysk Kelpie. Między mną a Ashley zawisło pytanie, na które nie byłem pewien, co mam odpowiedzieć.
Prawdę? Wtedy może mnie wyśmiać. Że jestem słaby. Byłoby to również przyznanie się do błędu, czego nigdy, przenigdy, za wszystkie skarby świata nie zrobię. Nie, nie, nie. To już gorsze od łatki słabeusza - To zakrawa o utratę honoru oraz mej godności.
Kłamstwo natomiast wydawało się być najodpowiedniejszym wyjściem, moim skromnym zdaniem. Nie jest może prawe i szlachetne, aczkolwiek ukryję w ten sposób fakt, że dzisiaj ledwo co zwlokłem się z łóżka, a w głowie szumi mi jak na kacu. Oraz wzbudzę więcej pytań, niż odpowiedzi, co zwiększy mój poziom "tajemniczości" w oczach innych.
- No.. Tak trochę. Ale ogólnie, nic mi nie jest.- Burknąłem pod nosem, decydując się na pół-prawdę. To złoty środek między dwoma wyjściami i odpowiedziami na tę sytuację. Nie pokazuje mnie od strony kłamcy i słabeusza, ale również daje odpowiedź na pytanie. Jednym słowem - idealnie!
- Tak trochę, mówisz? - Ashley zaśmiała się krótko, po czym poklepała bok swojego konia. Kelpie na ten widok podniosła swój ogon, również oczekując pieszczot. Dlatego podrapałem ją delikatnie za uchem. Widząc, jak bardzo ją zaniedbali w tej stajni, przeprosiłem na chwilę towarzyszkę, a następnie zacząłem się czyszczeniem rumaka. Ciemnowłosa obserwowała to przez chwilę, a następnie również zajęła się pielęgnacją Ramzesa. Same konie szturchały się nosami, obwąchiwały i ogólnie prowadziły zwierzęcą dyskusję, opierającą się na parsknięciach czy innych odruchach.
- Co powiesz na przejażdżkę? - Zapytałem nagle, przerywając wyciąganie słomy z ogona klaczy. Zgodnie z przekonaniem ludowym, nie należy wsiadać na konia, gdy ten ma coś we włosiu, bo można spaść. Niby nie byłem zabobonny, ale należy uważać.
<Ash?>
piątek, 6 kwietnia 2018
Od Sivika do Carreou
Spiął się nieoczekiwanie, nagle, dość zastanawiająco, ale mogłem tylko kontynuować powolne, ociężałe ruchy dłonią i zerkać na niego kątem oka, mając nadzieję, że jednak udzieli mi odpowiedzi, może mnie uspokoi i wyłączę zasrany tryb opiekuna wszystkiego, co jest w stanie się poruszyć i wykazuje jakiekolwiek cechy istoty żywej.
Nagle, dość niespodziewanie, przynajmniej jak dla mnie, głowa chłopaka spoczęła spokojnie na moim ramieniu. Dość niepewnie, ale jednak z aurą odprężenia, do tego z czymś, co sprawiało wrażenie, że chłopak za chwilę mi się rozpuści, rozpłynie, całkiem rozleje po barku i nie będzie w stanie wrócić do poprzedniego stanu. Ale dalej trwał i dalej spokojnie oddychał, a ja dalej go masowałem.
— Przypomniały mi się rzeczy, które kiedyś zrobiłem. — Pokiwałem głową, gdy sapnął cicho, bez wdechu, bez przerwy, szybko. — Te złe. Przypomniała mi się przeszłość. Zacząłem myśleć o przyszłości. W dodatku... Martwię się o ciebie, Sivik. Że umrzesz. Że... Znikniesz. — Mrugnąłem nieco zdezorientowany, gdy usłyszałem słowa chłopaka. Bo czemu miałbym umrzeć? Co miał na myśli, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy. Czuć to? Czuć, że kostucha wisi mi nad karkiem, szykuje się, zaciąga zapachem mojego ciała, duszy, całokształtu, który za jakiś czas pozbawiony zostanie jakiejkolwiek iskry życia?
Parsknąłem cichym śmiechem, nieco potrząsając przy okazji skrzydlatym towarzyszem, który dalej siedział jak zbity szczeniak. Wiedziałem, że odwrócił wzrok, bo jakoś w ciągu tych trzech dni dało się to pojąć, chłopak uciekał oczami, gdy tylko powiedział coś zaliczającego się pod bardziej drażliwe tematy.
Potarłem mocniej jego ramię, dalej się śmiejąc.
— Wyglądam aż tak źle? Ja wiem, że pół wieku to nie jest mało, no ale proszę cię, jeszcze się do grobu raczej nie mam zamiaru się składać — rzuciłem z lekkim rozbawieniem, starając się chociaż trochę rozładować napiętą atmosferę. — Nie myśl o przeszłości. Sama w sobie nie jest warta zachodu, dopóki jej echo nie zaczyna cię dopadać — mruknąłem jeszcze, sam dobrze wspominając moje znamiona czasu, które jak zanikły dwa, trzy lata po rozstaniu z wampirem, tak zaczęły palić żywym ogniem dopiero po tych trzech dekadach rozłąki. — A co do znikania i umierania, każdy to zrobi. Kiedyś tam, przyjdzie na nas czas, jesteśmy tu tylko gośćmi i trzeba korzystać z życia, wiesz? Także się nie przejmuj, nie ma po co strzępić nerwów.
Nagle, dość niespodziewanie, przynajmniej jak dla mnie, głowa chłopaka spoczęła spokojnie na moim ramieniu. Dość niepewnie, ale jednak z aurą odprężenia, do tego z czymś, co sprawiało wrażenie, że chłopak za chwilę mi się rozpuści, rozpłynie, całkiem rozleje po barku i nie będzie w stanie wrócić do poprzedniego stanu. Ale dalej trwał i dalej spokojnie oddychał, a ja dalej go masowałem.
— Przypomniały mi się rzeczy, które kiedyś zrobiłem. — Pokiwałem głową, gdy sapnął cicho, bez wdechu, bez przerwy, szybko. — Te złe. Przypomniała mi się przeszłość. Zacząłem myśleć o przyszłości. W dodatku... Martwię się o ciebie, Sivik. Że umrzesz. Że... Znikniesz. — Mrugnąłem nieco zdezorientowany, gdy usłyszałem słowa chłopaka. Bo czemu miałbym umrzeć? Co miał na myśli, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy. Czuć to? Czuć, że kostucha wisi mi nad karkiem, szykuje się, zaciąga zapachem mojego ciała, duszy, całokształtu, który za jakiś czas pozbawiony zostanie jakiejkolwiek iskry życia?
Parsknąłem cichym śmiechem, nieco potrząsając przy okazji skrzydlatym towarzyszem, który dalej siedział jak zbity szczeniak. Wiedziałem, że odwrócił wzrok, bo jakoś w ciągu tych trzech dni dało się to pojąć, chłopak uciekał oczami, gdy tylko powiedział coś zaliczającego się pod bardziej drażliwe tematy.
Potarłem mocniej jego ramię, dalej się śmiejąc.
— Wyglądam aż tak źle? Ja wiem, że pół wieku to nie jest mało, no ale proszę cię, jeszcze się do grobu raczej nie mam zamiaru się składać — rzuciłem z lekkim rozbawieniem, starając się chociaż trochę rozładować napiętą atmosferę. — Nie myśl o przeszłości. Sama w sobie nie jest warta zachodu, dopóki jej echo nie zaczyna cię dopadać — mruknąłem jeszcze, sam dobrze wspominając moje znamiona czasu, które jak zanikły dwa, trzy lata po rozstaniu z wampirem, tak zaczęły palić żywym ogniem dopiero po tych trzech dekadach rozłąki. — A co do znikania i umierania, każdy to zrobi. Kiedyś tam, przyjdzie na nas czas, jesteśmy tu tylko gośćmi i trzeba korzystać z życia, wiesz? Także się nie przejmuj, nie ma po co strzępić nerwów.
Od Regulus'a do Nichio
Po skromnym śniadaniu, składającym się z jadalnych liści, korzonków i leśnych owoców, wybrałem się na kolejne poszukiwania składników, z których mógłbym stworzyć farby. Wejście do jaskini zablokowałem jak zwykle głazem. Następnie zacząłem powoli schodzić po stromych zboczach gór, wzrokiem szukając kolorów, których mi brakowało. Powinienem zacząć robić zapasy.
Zwinnie zeskoczyłem ze skały na ziemię porośniętą żółtą trawą. Znałem te góry jak własną kieszeń, albo nawet lepiej. Wciągnąłem w płuca zapach sosen. Coś pięknego. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Uwielbiałem to miejsce. Tylko w nim czułem się naprawdę bezpiecznie.
Niechętnie opuściłem zajmowane przez siebie tereny. Widząc znaki obecności ludzi, z westchnięciem zawiązałem swoje oczy. Czy to kiedyś się skończy?
Niechętnie wznowiłem swój spacer.
Gdy przez dłuższy czas wciąż niczego nowego nie miałem w swojej torbie, wpadłem na pomysł poszukania składników w mieście i, z bólem serca, tam też się udałem.
Mieszkańcy patrzyli na mnie zdziwieni. Piesi schodzili mi z drogi, zapewne w obawie, że zrobię sobie krzywdę, idąc pozornie niewidomy. Poczułem ciepło w moim sercu. Martwili się o mnie i chcieli mi pomóc. Nie zasługiwałem na to. Zawstydzony zacząłem miętosić w palcach materiał swojej torby.
Moją uwagę przykuły odgłosy z karczmy. Chyba zanosiło się na bijatykę. Zapach nie był zbyt zachęcający, ale nawet najlepsze kolory mogą mieć okropny zapach. Z tą myślą postanowiłem do niej wejść. Smród wzrósł na sile, a moje nozdrza zaczęły wołać o pomoc. Skrzywiłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu. Najczystsze to ono nie było.
Już zamierzałem podejść do barmana, gdy dostrzegłem, że od jakiegoś czasu jest on przytrzymywany za ubrania przez chłopaka o ciekawym wyglądzie. Uwaga wszystkich zebranych skupiła się na nas. Czułem się niekomfortowo.
Niepewnie zbliżyłem się do lady i już miałem zadać pytanie o barwiące składniki, gdy nagle...pośliznąłem się na wylanym piwie i upadłem jak długi na brudną podłogę. Jęknąłem cicho, kiedy poczułem ból z tyłu głowy. Automatycznie rozmasowałem tamto miejsce. Do moich uszu doszedł śmiech gości karczmy. Czułem się upokorzony, ale wiedziałem, że taki potwór, jak ja na to zasługuje.
- Żyjesz, młody?- usłyszałem nad sobą. Uniosłem głowę, którą obwąchał duży pies. Gadający pies.
Z krzykiem odskoczyłem na bok. Obiecałem sobie w myślach, że zrobię duże zapasy i już nigdy nie opuszczę swojej bezpiecznej jaskini.
Z rozmyślań wyrwał mnie silny uścisk na moich ramionach.
-Nic ci nie jest?
Spojrzałem na twarz albinosa, który nie wiem kiedy pojawił się obok mnie. Dopiero po jego pytaniu zdałem sobie sprawę z tego, że mój oddech jest przyspieszony, a serce wali jak oszalałe. Z trudem uspokoiłem się i wstałem na równe nogi z pomocą chłopaka.
- Dostanę w końcu to piwo?- albinos wrócił do kłótni z barmanem. Obolały usiadłem przy ladzie. Usłyszawszy ciche burczenie w swoim brzuchu, uderzyłem w niego pięścią. Nie chciałem przeszkadzać chłopakowi w rozmowie. Postanowiłem, że poczekam na swoją kolej. Barman jednak usłyszał marsza moich kiszek. Zawstydzony wbiłem wzrok w blat.
-Marnuję tylko na ciebie mój czas. - warknął pracownik karczmy, stawiając z hukiem kufel piwa przed albinosem. Następnie zwrócił się do mnie. Nieśmiało wykupiłem najtańszy posiłek i resztki wina, które zaproponował mi barman, gdy zapytałem go o barwniki.
Po zjedzeniu opuściłem karczmę. Wciąż jednak słyszałem sapanie psa. Zrozumiałem, że to nie moja wyobraźnia dopiero, gdy coś puchatego uderzyło w moją nogę. Spojrzałem za siebie. Za mną stał nie kto inny, jak gadający pies z karczmy. Zwierzak obwąchiwał moją torbę.
- Pancho, zostaw go.- rozpoznałem głos albinosa. Zaczął się zbliżać. Bardzo niebezpiecznie. A co jeśli coś mu zrobię? Na nowo zaczynałem panikować.
< Nichio? >
Zwinnie zeskoczyłem ze skały na ziemię porośniętą żółtą trawą. Znałem te góry jak własną kieszeń, albo nawet lepiej. Wciągnąłem w płuca zapach sosen. Coś pięknego. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Uwielbiałem to miejsce. Tylko w nim czułem się naprawdę bezpiecznie.
Niechętnie opuściłem zajmowane przez siebie tereny. Widząc znaki obecności ludzi, z westchnięciem zawiązałem swoje oczy. Czy to kiedyś się skończy?
Niechętnie wznowiłem swój spacer.
Gdy przez dłuższy czas wciąż niczego nowego nie miałem w swojej torbie, wpadłem na pomysł poszukania składników w mieście i, z bólem serca, tam też się udałem.
Mieszkańcy patrzyli na mnie zdziwieni. Piesi schodzili mi z drogi, zapewne w obawie, że zrobię sobie krzywdę, idąc pozornie niewidomy. Poczułem ciepło w moim sercu. Martwili się o mnie i chcieli mi pomóc. Nie zasługiwałem na to. Zawstydzony zacząłem miętosić w palcach materiał swojej torby.
Moją uwagę przykuły odgłosy z karczmy. Chyba zanosiło się na bijatykę. Zapach nie był zbyt zachęcający, ale nawet najlepsze kolory mogą mieć okropny zapach. Z tą myślą postanowiłem do niej wejść. Smród wzrósł na sile, a moje nozdrza zaczęły wołać o pomoc. Skrzywiłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu. Najczystsze to ono nie było.
Już zamierzałem podejść do barmana, gdy dostrzegłem, że od jakiegoś czasu jest on przytrzymywany za ubrania przez chłopaka o ciekawym wyglądzie. Uwaga wszystkich zebranych skupiła się na nas. Czułem się niekomfortowo.
Niepewnie zbliżyłem się do lady i już miałem zadać pytanie o barwiące składniki, gdy nagle...pośliznąłem się na wylanym piwie i upadłem jak długi na brudną podłogę. Jęknąłem cicho, kiedy poczułem ból z tyłu głowy. Automatycznie rozmasowałem tamto miejsce. Do moich uszu doszedł śmiech gości karczmy. Czułem się upokorzony, ale wiedziałem, że taki potwór, jak ja na to zasługuje.
- Żyjesz, młody?- usłyszałem nad sobą. Uniosłem głowę, którą obwąchał duży pies. Gadający pies.
Z krzykiem odskoczyłem na bok. Obiecałem sobie w myślach, że zrobię duże zapasy i już nigdy nie opuszczę swojej bezpiecznej jaskini.
Z rozmyślań wyrwał mnie silny uścisk na moich ramionach.
-Nic ci nie jest?
Spojrzałem na twarz albinosa, który nie wiem kiedy pojawił się obok mnie. Dopiero po jego pytaniu zdałem sobie sprawę z tego, że mój oddech jest przyspieszony, a serce wali jak oszalałe. Z trudem uspokoiłem się i wstałem na równe nogi z pomocą chłopaka.
- Dostanę w końcu to piwo?- albinos wrócił do kłótni z barmanem. Obolały usiadłem przy ladzie. Usłyszawszy ciche burczenie w swoim brzuchu, uderzyłem w niego pięścią. Nie chciałem przeszkadzać chłopakowi w rozmowie. Postanowiłem, że poczekam na swoją kolej. Barman jednak usłyszał marsza moich kiszek. Zawstydzony wbiłem wzrok w blat.
-Marnuję tylko na ciebie mój czas. - warknął pracownik karczmy, stawiając z hukiem kufel piwa przed albinosem. Następnie zwrócił się do mnie. Nieśmiało wykupiłem najtańszy posiłek i resztki wina, które zaproponował mi barman, gdy zapytałem go o barwniki.
Po zjedzeniu opuściłem karczmę. Wciąż jednak słyszałem sapanie psa. Zrozumiałem, że to nie moja wyobraźnia dopiero, gdy coś puchatego uderzyło w moją nogę. Spojrzałem za siebie. Za mną stał nie kto inny, jak gadający pies z karczmy. Zwierzak obwąchiwał moją torbę.
- Pancho, zostaw go.- rozpoznałem głos albinosa. Zaczął się zbliżać. Bardzo niebezpiecznie. A co jeśli coś mu zrobię? Na nowo zaczynałem panikować.
< Nichio? >
Od Ashley do Cyrusa
Zamiast wynajmować wolny pokój czy miejsce na hamaku, zanocowałam w stajni z dwóch powodów: pogoda była świetna, brak wiatru, nie duszno, bez chmur... noc po prostu idealna na spanie pod gołym niebem. Drugi powód był taki, że karczmarz był złodziejem: za zwykły pokój brał tyle, co ja bym zapłaciła za porządne zakupy dla wielkiej, głodnej rodziny. Wyjęłam z woreczka jakiś koc i pościeliłam go na sianie, po czym na nim zasnęłam. Obudził mnie stajenny, który kazał mi się stąd wynosić. Ziewnęłam przeciągle oznajmiając mu, że skoro zapłaciłam za konia, ja także mogę tu przebywać. Gdy odszedł, poleżałam jeszcze chwilę, aż siano nie zaczęło mi się wbijać w skórę. Zgarnęłam kocyk, otrzepałam jego i siebie i go schowałam. Poszłam do swojego ogiera, który wyjął z moich włosów sterczący kłos i go zjadł.
- Niedługo wyruszamy dalej - poklepałam go po szyi i krzyknęłam do stajennego zapytanie, która godzina. Odparł, że jest po południu. Już dawno tak długo nie spałam. Wyszłam na chwilę na targ, bu zakupić coś do jedzenia i kostki cukru dla Ramzesa. Po powrocie okazało się, że nie tylko ja odwiedziłam swoją szkapę. Zauważyłam wczorajszego znajomego przy siwej klaczy. Po chwili podszedł do mnie.
- Dobrze, że zamknęłaś sklep... Tak poza tym, jak cię zwą? - nie odpowiedziałam od razu. Automatycznie przypomniało mi się, jak mnie wczoraj nazwał. Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Fanka - ceremonialnie się ukłoniłam i dałam kostkę cukru dla Ramzesa. - Wczoraj się jakoś dogadaliśmy bez imion - zauważyłam. Takie rzeczy nie często się zdarzają.
- Owszem, ale wypada się przedstawić - odpowiedział ze spokojem. Koń szturchnął mnie, więc oddałam mu ostatnią kostkę. Potem ruszył w stronę smoka, którego szturchnął pyskiem.
- Nazywam się Ashley, a to Ramzes. Masz jakieś marchewki? - zapytałam obserwując, jak koń wymaga od niego czegoś do jedzenia.
- Przed chwilą oddałem wszystkie mojej klaczy, Kelpie - wskazał na klaczkę stojąca dwa boksy dalej. Na swoje imię koń zarżał. - Ja zwę się Cyrus - teatralnie się ukłonił.
- Będę cię nazywać Cyrek - oznajmiłam z lekkim uśmiechem. Spojrzał na mnie z obrażoną dumą w oczach, jednak nie zwróciłam na to uwagi. - Jak się czujesz? Wczoraj chyba użyłeś zbyt dużo energii - zauważyłam.
- Niedługo wyruszamy dalej - poklepałam go po szyi i krzyknęłam do stajennego zapytanie, która godzina. Odparł, że jest po południu. Już dawno tak długo nie spałam. Wyszłam na chwilę na targ, bu zakupić coś do jedzenia i kostki cukru dla Ramzesa. Po powrocie okazało się, że nie tylko ja odwiedziłam swoją szkapę. Zauważyłam wczorajszego znajomego przy siwej klaczy. Po chwili podszedł do mnie.
- Dobrze, że zamknęłaś sklep... Tak poza tym, jak cię zwą? - nie odpowiedziałam od razu. Automatycznie przypomniało mi się, jak mnie wczoraj nazwał. Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Fanka - ceremonialnie się ukłoniłam i dałam kostkę cukru dla Ramzesa. - Wczoraj się jakoś dogadaliśmy bez imion - zauważyłam. Takie rzeczy nie często się zdarzają.
- Owszem, ale wypada się przedstawić - odpowiedział ze spokojem. Koń szturchnął mnie, więc oddałam mu ostatnią kostkę. Potem ruszył w stronę smoka, którego szturchnął pyskiem.
- Nazywam się Ashley, a to Ramzes. Masz jakieś marchewki? - zapytałam obserwując, jak koń wymaga od niego czegoś do jedzenia.
- Przed chwilą oddałem wszystkie mojej klaczy, Kelpie - wskazał na klaczkę stojąca dwa boksy dalej. Na swoje imię koń zarżał. - Ja zwę się Cyrus - teatralnie się ukłonił.
- Będę cię nazywać Cyrek - oznajmiłam z lekkim uśmiechem. Spojrzał na mnie z obrażoną dumą w oczach, jednak nie zwróciłam na to uwagi. - Jak się czujesz? Wczoraj chyba użyłeś zbyt dużo energii - zauważyłam.
<Cyrus?>
czwartek, 5 kwietnia 2018
Od Ishi do Marco
Rzuciłam mężczyźnie przepełnione lękiem oraz pytaniami spojrzenie. Nie potrafię ukryć, że jego plany w stosunku do naszego gościa, delikatnie mnie niepokoiły. Westchnęłam cicho, zaprzestając swego z lekka dziecinnego, machania nogami.
- Proszę na razie to odłożyć. - choć ton w którym wypowiedziałam te słowa był stanowczy, można było również wyczuć w nim garść zawahania. - Może powie cokolwiek, mimowolnie... - dodałam powoli podnosząc się do postawy stojącej.
- Panienko, nie śmiałbym podważać twych słów, lecz wątpię, czy osoba z którą mamy do czynienia, przyjmie twoją, ładną prośbę. - odpowiedział mi po chwili, pozostawiając nagrzewający się pręt, na drobnym haczyku wmontowanym w murowaną ściankę pieca. Podchodząc do mnie i niewolnika, w drodze, poprawił swe zapewne wcześniej przyodziane rękawiczki.
- Proszę się mną nie przejmować, dopóki ten nie zrobi nic mojemu prawowitemu pacjentowi, mym obowiązkiem jest przestrzeganie się lekarskich zasad. Dopiero za naruszenie nietykalności cielesnej Pana, pobawię się w naginanie reguł. W końcu, zadaniem lekarza, jest ochrona swego rekonwalescenta. - uśmiechnęłam się delikatnie, spoglądając nieco pewniej na Pana Marco. - Czy posiada Pan jeszcze jakieś rękawiczki? - dodałam, zmieniając tym samym temat. Skinąwszy głową, z drugiej szafki komody, wyciągnął jakieś, zapewne ogrodnicze rękawice. Choć materiał, aktualnie owijający moje ręce dosłownie z nich zwisał, wolałam zachować chociaż takową ochronę. Zbliżyłam się do faceta, który już od kilku sekund, dawał jakieś jaśniejsze znaki życia. Już miałam zabrać się za swą przemowę, gdy w tym samym momencie, me nozdrza na powrót przeszył przyprawiający o wymioty zapach, mający swe źródło w wiadomym człowieku.
- Może, otworzymy okno? - spojrzałam kątem oka na bacznie przyglądającemu się sytuacji mężczyźnie.
- Żeby doszły do ludzi jego krzyki? - prychnął pod nosem, przy tym z lekka się uśmiechając. - Panienko, mogę się nim zająć sprawnie i szy- -
- Dobra, dam sobie jakoś radę... - syknęłam momentalnie przez zęby, tym samym urywając szyk wypowiedzi Pana Marco. Wzięłam nieco głębszy wdech, przysłoniętym ręką nosem. - Gadaj; kto cię tu nasłał, kim jesteś, skąd znasz ten adres... - gdy miałam wymieniać dosyć zdesperowana dalej, dosłownie zmusił mnie do przystania, głośny śmiech gbura. Zacisnęłam mocniej pięści, mrużąc przy tym oczy. - I z czego rżysz. - fuknęłam, przy tym marszcząc zdenerwowana brwi.
- Nie sądziłem, że za diabły mogą uchodzić AŻ tak, z wyglądu bezbronne istoty... - wypalił mi prosto w twarz, na co ja, jedynie zacisnęłam mocniej zęby.
- Zbyt płytkie słowa, by mogły mną one wzburzyć. - warknęłam pod nosem. - Kto cię nasłał? - powtórzyłam pytanie.
- Niczego nie robię za darmo, dziewczynko. - słysząc to jakże prostackie określenie skierowane w moją stronę, z chęcią, wytargałabym jego osobę, nawet, za tą przeszytą wszami brodę. Jedynie zdrowe zmysły, którymi na jego szczęście wciąż dysponowałam, powstrzymały mnie od tych radykalnych kroków.
- Podwoję pańską nagrodę za pochwycenie mnie, jeśli zaraz, bardzo ładnie, wszyściutko mi pan wyśpiewa. - zaproponowałam zwięźle, wzruszając jednocześnie z lekka ramionami. - Jeśli to nie jest dla pana zachęcające, mogę zaproponować, jedynie dzisiaj, w promocyjnej ofercie, darmowe blizny do końca życia! - uzupełniłam, nie zmieniając swej półtorametrowej odległości między pojmanym.
- Dante Alighieri. Myślę, że komuś z twojej rasy znany, łowca demonów. Szczerze nienawidzi takich diablic jak ty. - gdy tylko doszły do mnie dwa, w pierwszej kolejności wypowiedziane przez faceta słowa, gwałtownie, zrobiłam nieco chwiejny krok w tył. Zaciskając mocniej dłonie, przechyliłam głowę w kierunku stojącego za mną mężczyzny. Choć już otwierałam usta, by cokolwiek powiedzieć, na nowo przerwał mi gbur. - Według opisu miałaś być zabijającą wzrokiem istotą... Siedzę trochę w tej branży i... Ach, nie sądziłem, że szczenię Mephistopheles'a może być, aż tak słabe. - dopowiedział, dosłownie na wylot przesiąkając swą drwiną.
- Przyrzekam, że jeśli jeszcze raz, śmiesz w podobny sposób się odezwać, twoje życie będzie mi dostatecznie obojętne... - warknęłam, wciąż stojąc tyłem do "gościa". - Nie mam zamiaru wysłuchiwać gadek, które wymyślił ten debil na wzburzenie mnie. -
- Umknęłaś mu, gdy przyszedł czas tamtego diabła, czyż nie? - dosłownie, nie minęła sekunda, a ja znalazłam się naprzeciw faceta. Dokładnie wycelowanym uderzeniem w okolice szyi, pozbawiłam jego osobę przytomności.
- Panienko, czy na pewno- -
- Panie Marco... - szepnęłam cicho, równocześnie mu urywając. - To nie jest czas na wyjaśnienia, muszę znaleźć tego człowieka. - powiedziałam nad wyraz spokojnie, choć wewnętrznie czułam mocne rozdarcie starych blizn. Nie powinnam wierzyć w coś takiego jako lekarz, lecz lepszego określenia na psychiczne rozterki, nie potrafię znaleźć. - Zna go pan? - dopytałam, zachowując swój fizyczny, stoicki spokój.
- Możliwe, że obiło mi się o uszy, lecz nigdy nie spotkałem się z tym facetem. Poza tym. Nie jestem zwolennikiem twojej gwałtownej decyzji, Ishi. - podzielił się ze mną swym zdaniem, przy tym robiąc powolne kroki w mym kierunku.
- Racja, nie powinnam Pana dłużej wykorzystywać... - westchnęłam cicho, odwracając wzrok z lekka w bok. - I tak, za dużo już Pan dla mnie zrobił. - uśmiechnęłam się niemrawo, jednocześnie, pozwalając sobie podwinąć delikatnie koszulkę mężczyzny, by w następnej kolejności, zlustrować wzrokiem jego ranę. - Leczenie, uważam za zakończone. Zalecam dalszy odpoczynek. - wydałam krótką diagnozę. - Nie mogę, już dłużej narzucać się Panu, dam sobie radę zarówno ze sobą, jak i tamtym zleceniodawcą... - skierowałam tym razem swe spojrzenie, prosto w czerwonawe oczy osobnika. - Choć przez ten ostatni czas, zastąpił mi Pan kogoś bardzo ważnego... Dalej... Powinnam iść sama.
<Marco? *-*>
- Proszę na razie to odłożyć. - choć ton w którym wypowiedziałam te słowa był stanowczy, można było również wyczuć w nim garść zawahania. - Może powie cokolwiek, mimowolnie... - dodałam powoli podnosząc się do postawy stojącej.
- Panienko, nie śmiałbym podważać twych słów, lecz wątpię, czy osoba z którą mamy do czynienia, przyjmie twoją, ładną prośbę. - odpowiedział mi po chwili, pozostawiając nagrzewający się pręt, na drobnym haczyku wmontowanym w murowaną ściankę pieca. Podchodząc do mnie i niewolnika, w drodze, poprawił swe zapewne wcześniej przyodziane rękawiczki.
- Proszę się mną nie przejmować, dopóki ten nie zrobi nic mojemu prawowitemu pacjentowi, mym obowiązkiem jest przestrzeganie się lekarskich zasad. Dopiero za naruszenie nietykalności cielesnej Pana, pobawię się w naginanie reguł. W końcu, zadaniem lekarza, jest ochrona swego rekonwalescenta. - uśmiechnęłam się delikatnie, spoglądając nieco pewniej na Pana Marco. - Czy posiada Pan jeszcze jakieś rękawiczki? - dodałam, zmieniając tym samym temat. Skinąwszy głową, z drugiej szafki komody, wyciągnął jakieś, zapewne ogrodnicze rękawice. Choć materiał, aktualnie owijający moje ręce dosłownie z nich zwisał, wolałam zachować chociaż takową ochronę. Zbliżyłam się do faceta, który już od kilku sekund, dawał jakieś jaśniejsze znaki życia. Już miałam zabrać się za swą przemowę, gdy w tym samym momencie, me nozdrza na powrót przeszył przyprawiający o wymioty zapach, mający swe źródło w wiadomym człowieku.
- Może, otworzymy okno? - spojrzałam kątem oka na bacznie przyglądającemu się sytuacji mężczyźnie.
- Żeby doszły do ludzi jego krzyki? - prychnął pod nosem, przy tym z lekka się uśmiechając. - Panienko, mogę się nim zająć sprawnie i szy- -
- Dobra, dam sobie jakoś radę... - syknęłam momentalnie przez zęby, tym samym urywając szyk wypowiedzi Pana Marco. Wzięłam nieco głębszy wdech, przysłoniętym ręką nosem. - Gadaj; kto cię tu nasłał, kim jesteś, skąd znasz ten adres... - gdy miałam wymieniać dosyć zdesperowana dalej, dosłownie zmusił mnie do przystania, głośny śmiech gbura. Zacisnęłam mocniej pięści, mrużąc przy tym oczy. - I z czego rżysz. - fuknęłam, przy tym marszcząc zdenerwowana brwi.
- Nie sądziłem, że za diabły mogą uchodzić AŻ tak, z wyglądu bezbronne istoty... - wypalił mi prosto w twarz, na co ja, jedynie zacisnęłam mocniej zęby.
- Zbyt płytkie słowa, by mogły mną one wzburzyć. - warknęłam pod nosem. - Kto cię nasłał? - powtórzyłam pytanie.
- Niczego nie robię za darmo, dziewczynko. - słysząc to jakże prostackie określenie skierowane w moją stronę, z chęcią, wytargałabym jego osobę, nawet, za tą przeszytą wszami brodę. Jedynie zdrowe zmysły, którymi na jego szczęście wciąż dysponowałam, powstrzymały mnie od tych radykalnych kroków.
- Podwoję pańską nagrodę za pochwycenie mnie, jeśli zaraz, bardzo ładnie, wszyściutko mi pan wyśpiewa. - zaproponowałam zwięźle, wzruszając jednocześnie z lekka ramionami. - Jeśli to nie jest dla pana zachęcające, mogę zaproponować, jedynie dzisiaj, w promocyjnej ofercie, darmowe blizny do końca życia! - uzupełniłam, nie zmieniając swej półtorametrowej odległości między pojmanym.
- Dante Alighieri. Myślę, że komuś z twojej rasy znany, łowca demonów. Szczerze nienawidzi takich diablic jak ty. - gdy tylko doszły do mnie dwa, w pierwszej kolejności wypowiedziane przez faceta słowa, gwałtownie, zrobiłam nieco chwiejny krok w tył. Zaciskając mocniej dłonie, przechyliłam głowę w kierunku stojącego za mną mężczyzny. Choć już otwierałam usta, by cokolwiek powiedzieć, na nowo przerwał mi gbur. - Według opisu miałaś być zabijającą wzrokiem istotą... Siedzę trochę w tej branży i... Ach, nie sądziłem, że szczenię Mephistopheles'a może być, aż tak słabe. - dopowiedział, dosłownie na wylot przesiąkając swą drwiną.
- Przyrzekam, że jeśli jeszcze raz, śmiesz w podobny sposób się odezwać, twoje życie będzie mi dostatecznie obojętne... - warknęłam, wciąż stojąc tyłem do "gościa". - Nie mam zamiaru wysłuchiwać gadek, które wymyślił ten debil na wzburzenie mnie. -
- Umknęłaś mu, gdy przyszedł czas tamtego diabła, czyż nie? - dosłownie, nie minęła sekunda, a ja znalazłam się naprzeciw faceta. Dokładnie wycelowanym uderzeniem w okolice szyi, pozbawiłam jego osobę przytomności.
- Panienko, czy na pewno- -
- Panie Marco... - szepnęłam cicho, równocześnie mu urywając. - To nie jest czas na wyjaśnienia, muszę znaleźć tego człowieka. - powiedziałam nad wyraz spokojnie, choć wewnętrznie czułam mocne rozdarcie starych blizn. Nie powinnam wierzyć w coś takiego jako lekarz, lecz lepszego określenia na psychiczne rozterki, nie potrafię znaleźć. - Zna go pan? - dopytałam, zachowując swój fizyczny, stoicki spokój.
- Możliwe, że obiło mi się o uszy, lecz nigdy nie spotkałem się z tym facetem. Poza tym. Nie jestem zwolennikiem twojej gwałtownej decyzji, Ishi. - podzielił się ze mną swym zdaniem, przy tym robiąc powolne kroki w mym kierunku.
- Racja, nie powinnam Pana dłużej wykorzystywać... - westchnęłam cicho, odwracając wzrok z lekka w bok. - I tak, za dużo już Pan dla mnie zrobił. - uśmiechnęłam się niemrawo, jednocześnie, pozwalając sobie podwinąć delikatnie koszulkę mężczyzny, by w następnej kolejności, zlustrować wzrokiem jego ranę. - Leczenie, uważam za zakończone. Zalecam dalszy odpoczynek. - wydałam krótką diagnozę. - Nie mogę, już dłużej narzucać się Panu, dam sobie radę zarówno ze sobą, jak i tamtym zleceniodawcą... - skierowałam tym razem swe spojrzenie, prosto w czerwonawe oczy osobnika. - Choć przez ten ostatni czas, zastąpił mi Pan kogoś bardzo ważnego... Dalej... Powinnam iść sama.
<Marco? *-*>
Przestaliśmy szukać potworów pod naszymi łóżkami, gdy zrozumieliśmy, że one są w nas.

Imię: Regulus Caverna
Pseudonim: Bazyl, Bazyli, Kurak, Kurczak, Reg, Regul, Reguli
Wiek: 16 lat
Płeć: mężczyzna
Wzrost: 160 cm
Rasa: Bazyliszek
Stanowisko: Rzeźbiarz, malarz, w skrócie, artysta
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Anthrakas
Charakter: Regulus jest nieśmiałą i wrażliwą osobą. Mimo, że chętnie służy pomocą, trzyma się na uboczu, nie chcąc nikogo skrzywdzić. Bazyliszek jest cichy i zazwyczaj milczy. Regulus to również dobry słuchacz, który pociesza smutnych, mimo że sam często by tego potrzebował.
Mimo wszystko bazyliszek stara się unikać głębszych relacji, zdając sobie sprawę, że jest niebezpieczny. Postać ta charakteryzuje się stoickim spokojem, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. Pomimo tego, że bazyliszek nie ma, czego się bać, dzięki swojej umiejętności, jest osobą płochliwą.
Regulus jest również uczciwy i prawdomówny.
Rodzina: Gallus (ojciec), Draconis (matka), Gallina (siostra), Pullum i Shagreen (bracia).
Partner: Brak
Umiejętności: Regulus jest niezwykle utalentowaną plastycznie osobą, co wykorzystuje do zarabiania pieniędzy. Jego głos działa na innych uspokajająco, a nawet usypiająco. Do innych magicznych zdolności należy również umiejętność zmieniania żywych stworzeń w kamień, a nawet zabijania ich nim oraz rozsadzania w ten sposób kamieni i palenia roślinności. Ze względu na swój strach przed tym darem, wciąż stara się nad nim panować, co udało mu się jedynie w przypadku rzeczy martwych i roślin. Regulus posiada również zdolność magicznej symulacji wzroku, dzięki której nie potrzebuje otwierać oczu, by coś zobaczyć. Po przemianie bazyliszek jest również zdolny do lotu, ale na niewielkiej wysokości. Posiada również jadowite kły i trujący oddech, jednak te dary nauczył się kontrolować.
Poza tym jest niezwykle zwinny i szybki.
Aparycja: Regulus jest chudym i bladym, czerwonowłosym nastolatkiem z heterochromią. Tęczówka jego prawego oka ma krwistoczerwoną barwę, a ta lewego - lśniącą, złotą. Bazyliszek spina swoją grzywkę kilkoma czarnymi spinkami.
Regulus ubiera się zazwyczaj elegancko. Nosi czerwoną koszulę z brązową kamizelką, którą zdobi zielono-czarna kokarda ze złotą broszką i rubinem w środku. Spodnie i buty chłopaka mają czarną barwę. Dodatkiem do tego stroju jest kremowy płaszcz i trzy srebrne kolczyki, przekłuwające lewe ucho bazyliszka. Jeden z nich jest ozdobiony rubinem. Chłopak, wychodząc ze swojej jaskini, zawiązuje na swojej głowie pas czarnego materiału tak, by zasłaniał jego oczy.
Po przemianie, Regulus staje się hybrydą koguta, smoka i węża. Jest wtedy znacznie większy, niż w ludzkiej postaci i sięga nieco ponad dwóch metrów. Jego kogucia głowa posiada ostry dziób, pełen znacznie ostrzejszych i jadowitych kłów, dwa zakrzywione rogi oraz lśniące oczy. Inną częścią ciała, pochodzącą od tego ptaka są nogi, uzbrojone w sierpowate szpony, oraz silne, duże skrzydła, posiadające po dwa szpony na sztukę, grzbiet wraz z brzuchem i kuper. Wszystkie te części ciała są pokryte w całości lub częściowo upierzeniem, które na szyi bazyliszka ma ciepłe barwy, a w pozostałych miejscach jest białe oraz czarne o szmaragdowym lub szafirowym połysku. Ekstra dodatkiem do tego wszystkiego jest długi ogon gada, uzbrojony w ostre kolce, które tak samo, jak kły, są jadowite.
Historia: Regulus długo nie przychodził na świat. Jego rodzice wkrótce znudzili się czekaniem i opuścili swoją jaskinię w górach Anthrakas wraz z pozostałymi dziećmi w poszukiwaniu lepszego miejsca zamieszkania. Regulus wykluł się o własnych siłach w pustym gnieździe. Wiedział jedynie, jak sam się nazywa, gdyż matka często zwracała się do swoich dzieci po imieniu, jeszcze nim te się wykluły. Swoją rasę poznał dzięki ludziom, których spotkał w poszukiwaniu jedzenia.
Bazyliszek od zawsze uznawał swój dar, jak i to, kim był, za przekleństwo. Przerażony mocą swojego spojrzenia, Regulus ukrywał się przez jakiś czas w swojej rodzinnej jaskini. Opuszczać ją zaczął dopiero po kilku latach, gdy nauczył się w pewnym stopniu panować nad swoimi umiejętnościami, lecz mimo tego, postanowił ukrywać swoje oczy pod czarnym materiałem, który zawiązywał wokół swojej głowy. Strach przed samym sobą wywołał u niego depresję i lęk przed bliskim spotkaniem z człekokształtnymi istotami.
Inne:
- Większość czasu spędza na tworzeniu rzeźb i malowideł, które ozdobią jego jaskinię, czyniąc ją w ten sposób przytulną. Część z nich zostaje jednak sprzedanych, by bazyliszek mógł się utrzymać. Regulus często też wyrusza na poszukiwania składników do wytworzenia farb lub zwyczajnie, natchnienia.
- Cierpi na depresję, spowodowaną swoim darem oraz arachnofobię.
- Jego skóra jest bardzo dobrym i równie drogim materiałem, służącym do produkcji obuwia, więc bazyliszek musi cały czas mieć się na baczności.
- Odgłos piejącego koguta i zapach łasicy działają na niego usypiająco.
- Po przemianie: kliknij tutaj.
- Po przemianie: kliknij tutaj.
Właściciel: MichaeleJohnes888 [Howrse]
Subskrybuj:
Posty (Atom)