Ton dziewczyny przede mną był wyniosły i można było usłyszeć, że nie pochodzi z niższej klasy ludzi. Wywnioskowałam również to, że nie jest sama. Ktoś jej towarzyszył. Tak jak wypadało na samym początku się przedstawiłam, a dziewczyna zrobiła to samo. Zapewne można było to zaliczyć pod spoufalanie się ale ja chciałam jakoś uniknąć złego nastawienia.
- Co robisz w tym lesie? Łatwo tu o myśliwych, którzy tylko czekają na zbłąkane duszyczki. - jej wzrok utknął na mojej twarzy.
- Wiesz, tak naprawdę to nie jestem sama. Jest ze mną jeszcze dwóch członków rodziny, ale oni to obecnie nie dadzą rady się przedstawić. Pewnie przyjdą tutaj za jakieś siedem minut - miałam nadzieję, że nie pomyśli sobie o mnie źle. - Tak naprawdę to przyszłam po kilka roślin leczniczych, które rosną w tym lesie. Chciałam jakoś uzupełnić swój wolny czas na coś pożytecznego - zaśmiałam się nie wiedząc jakiej to reakcji się spodziewać po dziewczynie. - Przepraszam za wtargnięcie na twoje terytorium - skłoniłam się w pół w ramach przeprosin.
Nim kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć koło mnie zjawili się oni. Ryuu i Yuzu ciężko oddychania, zupełnie tak jakby się zmęczyli.
- Taka-chan dlaczego ty zawsze dajesz nam coś do roboty, zostawiasz nas z tym samych a koniec końców pakujesz się w kłopoty - Yuzu chwycił mnie za policzki i zaczął mi je ściskać.
- Przepraszamy za kłopot jaki to sprawiła taka dziewczyna jak Takako. Proszę o wyrozumiałość, gdyż ona ma już taka naturę - usłyszałam słowa przepraszajace Ryuu.
- To wasza wina, że mnie wkurzyliście! Ja się po prostu przestraszyłam - wymamrotałam cicho, gdy tylko pije policzki zostały uwolnione z uścisków chłopaka.
- Chłopcy przestańcie już! - moja twarz czerwieniła się na samą myśl o tym co mogła pomyśleć dziewczyna. - Czy mogłabym się w jakiś sposób odpłacić za wtargnięcie na twoją posesje? - zapytałam się uśmiechając że zdenerwowania.
<Dolorem?> ^ω^
sobota, 12 maja 2018
piątek, 11 maja 2018
Od Sivika do Carreou
Zebranie się chłopaka do kupy zabrało chwilę. Zanim dotarło do niego, co się działo, jak się działo i czemu się działo, zdecydowanie minęło dość sporo czasu, a gdy już załapał co i jak, wyglądał, jakby zaraz miał mi zejść na miejscu. Ale pokiwał niemrawo tą złotą główką, spojrzał na mnie ze zmartwieniem i zaczął badać dłońmi moje ciało, jakby upewniając się, czy aby na pewno jestem, a jak już, to czy z pewnością w całości.
Aż w końcu miękkie opuszki zahaczyły o szyję, iskierki wybuchły, błękitne oczy spojrzały na mnie uspokajająco. Mogłem tylko odetchnąć z ulgą, bo chociaż przecież nic poważniejszego mi się nie stało, to zawsze odjął jakiś tam ból i było to zdecydowanie bardzo przyjemne.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — odpowiedział w końcu z miną, jakby miał zaraz się rozpłakać i, o losie, rzeczywiście za chwilę to zrobił. Zaraz po tym, jak dał swojej dolnej wardze nieco zadrżeć, podobnie jak całemu ciału. Skorzystał z okazji, że moje dłonie dalej były stosunkowo blisko i wtulił się w nie, dalej łkając i smarając w najlepsze. Westchnąłem cicho, nie ruszając się ani kawalątek i dając się chłopakowi wyżyć.
— Przepraszam. — Skrzydła drgnęły, a mężczyzna ponownie załkał, dalej usilnie poszukując u mnie pocieszenia.
Wypuściłem dość ciężko powietrze, bo zdecydowanie anioł był jak duże dziecko, którym trzeba się zaopiekować, przytulić, poklepać po pleckach i powiedzieć, że w sumie to będzie dobrze.
Ale w końcu poruszyłem kciukami, ścierając przy okazji te nieszczęsne, mokre smugi z policzków i może nieco go pocieszając, gdy ten ryczał w najlepsze.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — mruknąłem, przeciągając palce pod jego oczami i uśmiechając się przy okazji szeroko. — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — kontynuowałem, ściągając dłonie z twarzy chłopaka i przenosząc je na jego plecy, żeby przytulić go mocno do piersi i westchnąć cicho.
I trwaliśmy tak chwilę, czy dwie, a kręgosłup zaczął dawać o sobie się we znaki, bo nie szło przetrwać upadku bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Nawet jeśli opadło się na miękką pufę.
— Co to było? — spytałem, gdy świat nieco zwolnił, ciśnienie zeszło, a chłopak odrobinę się uspokoił.
Aż w końcu miękkie opuszki zahaczyły o szyję, iskierki wybuchły, błękitne oczy spojrzały na mnie uspokajająco. Mogłem tylko odetchnąć z ulgą, bo chociaż przecież nic poważniejszego mi się nie stało, to zawsze odjął jakiś tam ból i było to zdecydowanie bardzo przyjemne.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — odpowiedział w końcu z miną, jakby miał zaraz się rozpłakać i, o losie, rzeczywiście za chwilę to zrobił. Zaraz po tym, jak dał swojej dolnej wardze nieco zadrżeć, podobnie jak całemu ciału. Skorzystał z okazji, że moje dłonie dalej były stosunkowo blisko i wtulił się w nie, dalej łkając i smarając w najlepsze. Westchnąłem cicho, nie ruszając się ani kawalątek i dając się chłopakowi wyżyć.
— Przepraszam. — Skrzydła drgnęły, a mężczyzna ponownie załkał, dalej usilnie poszukując u mnie pocieszenia.
Wypuściłem dość ciężko powietrze, bo zdecydowanie anioł był jak duże dziecko, którym trzeba się zaopiekować, przytulić, poklepać po pleckach i powiedzieć, że w sumie to będzie dobrze.
Ale w końcu poruszyłem kciukami, ścierając przy okazji te nieszczęsne, mokre smugi z policzków i może nieco go pocieszając, gdy ten ryczał w najlepsze.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — mruknąłem, przeciągając palce pod jego oczami i uśmiechając się przy okazji szeroko. — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — kontynuowałem, ściągając dłonie z twarzy chłopaka i przenosząc je na jego plecy, żeby przytulić go mocno do piersi i westchnąć cicho.
I trwaliśmy tak chwilę, czy dwie, a kręgosłup zaczął dawać o sobie się we znaki, bo nie szło przetrwać upadku bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Nawet jeśli opadło się na miękką pufę.
— Co to było? — spytałem, gdy świat nieco zwolnił, ciśnienie zeszło, a chłopak odrobinę się uspokoił.
środa, 9 maja 2018
Od Dolorem do Takako
Zmierzyłam wzrokiem dziewczynę. Zdecydowanie była mi obca. Poruszyłam delikatnie palcami. Pierścienie otarły się o siebie z cichutkim zgrzytem. Byłam gotowa zaatakować, ale zdecydowanie nie spodziewałam się tego, co nastąpiło po chwili. Nieznajoma nagle upadła na ziemię. Uniosłam brew, nie zaprzeczajmy, nieco zdziwiona. Zamierzała mnie wyręczyć? Jakie to miłe.
Do moich uszu doszedł jęk bólu dziewczyny. Nie było to zaskakujące, biorąc pod uwagę siłę uderzenia.
- Czy coś ci się stało? - padło w moim kierunku. Dziewczyna podniosła się i stała przede mną cała umorusana. Zadawać takie pytanie komuś innemu, gdy to ona jest poszkodowana? Ten upadek musiał być poważny.
- Masz na myśli moją osobę czy swoją? - mruknęłam, mierząc nieznajomą wzrokiem. Gdy moje spojrzenie skierowało się na jej twarz, dostrzegłam, że jest niewidoma. Przez sekundę aż zrobiło mi się szkoda tej dziewczyny.
- Oczywiście, że mówię o tobie. - zaśmiała się nieznajoma. Tak, to chyba był śmiech.
- Wybacz, ale nie lubię, gdy osoba, która mnie nie zna za bardzo się spoufala. - odparłam, unosząc dłoń, na której po chwili przysiadł Diaval.
- Jestem Takako, a ty?- czyli nie dotarło.
- Dolorem z rodu Nigrumów. - odparłam z dumą, choć niechętnie.
- Co robisz w tym lesie? Łatwo tu o myśliwych, którzy tylko czekają na zbłąkane duszyczki. - zmróżyłam oczy i dotknęłam policzkiem czubka głowy kruka.
<Takako? :) >
wtorek, 8 maja 2018
Od Takako do Dolorem
Jak zawsze przekimaliśmy się w jakimś nieznanym nam miejscu, aby zacząć kolejny dzień, który ma przynieść nam trochę przygód. Co jak co, ale dzisiaj to się wyspałam i to bardzo.
Chłopcy poszli po składniki, aby przyrządzić coś do jedzenia. Może nic nie widziałam, ale za to gotować to potrafiłam. Oczywiście z drobną pomocą chłopców. Po przyrządzeniu i zjedzeniu naszego śniadania nadszedł czas, aby opuścić las. Czas spędzony w nim był bardzo miły, ale musieliśmy wyruszyć dalej. Może i nie dostałam wezwania na czyiś królewski dwór, ale są również inne osoby, które potrzebują mojej pomocy. Idąc przez las wsłuchiwałam się w odgłosy ptaków. Tak pięknie śpiewały, że szkoda było mi opuścić tutejsze miejsce. Mój spokój zakłóciła kłótnia moich dwóch kompanów. Ponownie zaczęli się kłócić. Sama nawet nie wiedziałam jaka tym razem była przyczyna. Szłam ostrożnie przed siebie do momentu w którym to nastała głucha cisza. Nie słyszałam już kłócących się ze sobą Ryuu i Yuzu. Stanęłam w miejscu, gdyż ta nagła cisza mnie zaniepokoiła.
- Ryuu, Yuzu, czy coś się stało? - zapytałam się w obawach, że coś się stało. Nic w odpowiedzi nie dostałam. - Chłopcy przestańcie się wydurniać - dodałam, a prócz cichego chichotu ich obu nie usłyszałam więcej.
- Twoja mina Taka-chan nigdy mi się nie znudzi - powiedział Yuzu nie mogąc się przestać śmiać.
- Mi również - dodał Ryuu.
- Skoro macie czas na wygłupy to się zajmijcie czymś pożytecznym - zezłościłam się i to bardzo na nich.
- Przestań Taka-chan... - Ryuu chciał dokończyć, ale nie dałam mu szansy. Wzięłam swoją "różdżkę" i przywołałam kilku pomniejszych Bogów.
- Skoro macie czas na wygłupy to macie teraz czas na mały trening - oburzona, ruszyłam dalej.
Szłam przed siebie trochę szybszym krokiem. Może i ci pomniejsi Bogowie są silni, ale dla Yuzu i Ryuu to ani nie rozgrzewka. Chciałam od nich trochę odpocząć. Zamyśliłam się co spowodowało, że się o coś potknęłam i wylądowałam na ziemi. Ktoś stał przede mną, jednak nie wiedziałam za bardzo kto to był.
- Ałć! - usiadłam na ziemi. Wylądowałam bardzo twardo na ziemi. Zapewne bez siniaków się nie obejdzie. Tajemnicza osoba stała wciąż przede mną. - Czy coś ci się stało? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy. Wstałam na równe nogi. Nawet się nie otrzepałam, bo nie wiedziałam gdzie się ubrudziłam.
<Dolorem?>
Chłopcy poszli po składniki, aby przyrządzić coś do jedzenia. Może nic nie widziałam, ale za to gotować to potrafiłam. Oczywiście z drobną pomocą chłopców. Po przyrządzeniu i zjedzeniu naszego śniadania nadszedł czas, aby opuścić las. Czas spędzony w nim był bardzo miły, ale musieliśmy wyruszyć dalej. Może i nie dostałam wezwania na czyiś królewski dwór, ale są również inne osoby, które potrzebują mojej pomocy. Idąc przez las wsłuchiwałam się w odgłosy ptaków. Tak pięknie śpiewały, że szkoda było mi opuścić tutejsze miejsce. Mój spokój zakłóciła kłótnia moich dwóch kompanów. Ponownie zaczęli się kłócić. Sama nawet nie wiedziałam jaka tym razem była przyczyna. Szłam ostrożnie przed siebie do momentu w którym to nastała głucha cisza. Nie słyszałam już kłócących się ze sobą Ryuu i Yuzu. Stanęłam w miejscu, gdyż ta nagła cisza mnie zaniepokoiła.
- Ryuu, Yuzu, czy coś się stało? - zapytałam się w obawach, że coś się stało. Nic w odpowiedzi nie dostałam. - Chłopcy przestańcie się wydurniać - dodałam, a prócz cichego chichotu ich obu nie usłyszałam więcej.
- Twoja mina Taka-chan nigdy mi się nie znudzi - powiedział Yuzu nie mogąc się przestać śmiać.
- Mi również - dodał Ryuu.
- Skoro macie czas na wygłupy to się zajmijcie czymś pożytecznym - zezłościłam się i to bardzo na nich.
- Przestań Taka-chan... - Ryuu chciał dokończyć, ale nie dałam mu szansy. Wzięłam swoją "różdżkę" i przywołałam kilku pomniejszych Bogów.
- Skoro macie czas na wygłupy to macie teraz czas na mały trening - oburzona, ruszyłam dalej.
Szłam przed siebie trochę szybszym krokiem. Może i ci pomniejsi Bogowie są silni, ale dla Yuzu i Ryuu to ani nie rozgrzewka. Chciałam od nich trochę odpocząć. Zamyśliłam się co spowodowało, że się o coś potknęłam i wylądowałam na ziemi. Ktoś stał przede mną, jednak nie wiedziałam za bardzo kto to był.
- Ałć! - usiadłam na ziemi. Wylądowałam bardzo twardo na ziemi. Zapewne bez siniaków się nie obejdzie. Tajemnicza osoba stała wciąż przede mną. - Czy coś ci się stało? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy. Wstałam na równe nogi. Nawet się nie otrzepałam, bo nie wiedziałam gdzie się ubrudziłam.
<Dolorem?>
Od Carreou do Sivika
Nie sądziłem, że umrę w taki głupi sposób. W dodatku taki, który na upartego można podciągnąć pod samobójstwo. W końcu, to przeze mnie otworzył się ten cholerny portal, a ja pociągnąłem za sobą w nieznane Sivika.
Spróbowałem uratować sytuację, rozkładając skrzydła. Zaniechałem tego czynu, czując, że pęd powietrza jest zbyt silny, aby wyhamować w bezpieczny sposób. Zostało mi tylko czekanie i błaganie o boską interwencję. O ile ta nastąpi.
Poczułem, że mężczyzna się rusza. Delikatnie, lecz nadal rusza. Nie zwróciłem większej uwagi na to, co robi, gdyż mój umysł był i tak opętany myślami o rychłym zgonie. Zgaduję, że każdy w naszej sytuacji, miałby takie zmartwienia, czyż nie?
Ale wtedy okazało się, że Sivi uratował dzień po raz kolejny.
Spadaliśmy tak chyba w nieskończoność, ziemia była niemiłosiernie bliżej z każdą mijająca chwilą. Zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć, co się stanie później.
Usłyszałem nagle wybuch, coś na wzór szumu, a potem tylko miękka powierzchnia. Podniosłem najpierw jedną, a potem drugą powiekę. Zmierzyłem wzrokiem otoczenie. Byliśmy już na dole. Bezpieczni. Leżący na czymś pomiędzy kwiatem a poduszką. Mężczyzna leżał pode mną, dysząc, jakby przebiegł co najmniej maraton. Najprawdopodobniej sam nie mógł uwierzyć w to, co się stało, że przeżyliśmy upadek z takiej wysokości.
Gwałtownie, zupełnie uniemożliwiając mi reakcję, złapał mnie za policzki. Od razu znieruchomiałem, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.To było dla mnie zbyt intymne. Zbyt ludzkie, abym czuł się komfortowo z takimi gestami. Poczułem, jak się rumienię, kiedy Sivik dodatkowo zmierzył moją twarz wzrokiem i odgarnął palcami niesforne włosy.
— Nic ci nie jest? — Jego głos był przerywany przez krótkie, lecz częste sapnięcia — Żyjesz?
Spróbowałem uratować sytuację, rozkładając skrzydła. Zaniechałem tego czynu, czując, że pęd powietrza jest zbyt silny, aby wyhamować w bezpieczny sposób. Zostało mi tylko czekanie i błaganie o boską interwencję. O ile ta nastąpi.
Poczułem, że mężczyzna się rusza. Delikatnie, lecz nadal rusza. Nie zwróciłem większej uwagi na to, co robi, gdyż mój umysł był i tak opętany myślami o rychłym zgonie. Zgaduję, że każdy w naszej sytuacji, miałby takie zmartwienia, czyż nie?
Ale wtedy okazało się, że Sivi uratował dzień po raz kolejny.
Spadaliśmy tak chyba w nieskończoność, ziemia była niemiłosiernie bliżej z każdą mijająca chwilą. Zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć, co się stanie później.
Usłyszałem nagle wybuch, coś na wzór szumu, a potem tylko miękka powierzchnia. Podniosłem najpierw jedną, a potem drugą powiekę. Zmierzyłem wzrokiem otoczenie. Byliśmy już na dole. Bezpieczni. Leżący na czymś pomiędzy kwiatem a poduszką. Mężczyzna leżał pode mną, dysząc, jakby przebiegł co najmniej maraton. Najprawdopodobniej sam nie mógł uwierzyć w to, co się stało, że przeżyliśmy upadek z takiej wysokości.
Gwałtownie, zupełnie uniemożliwiając mi reakcję, złapał mnie za policzki. Od razu znieruchomiałem, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.To było dla mnie zbyt intymne. Zbyt ludzkie, abym czuł się komfortowo z takimi gestami. Poczułem, jak się rumienię, kiedy Sivik dodatkowo zmierzył moją twarz wzrokiem i odgarnął palcami niesforne włosy.
— Nic ci nie jest? — Jego głos był przerywany przez krótkie, lecz częste sapnięcia — Żyjesz?
Skinąłem słabo głową, nie mogąc zebrać się na odpowiedź. Sprawdziłem ostrożnymi ruchami dłoni, czy ciało mojego towarzysza jest całe, ostatecznie decydując się na dotknięcie jego szyi i uleczenia drobnych zadrapań, jakie powstały podczas naszej ucieczki. Obserwując, jak białe nitki światła opuszczają me palce, aby rozejść się po skórze ciemnowłosego, uspokoiłem się do tego stopnia, że mogłem otworzyć usta i wyszeptać te kilka słów.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — Warga mi zadrżała, a samotna łza zakręciła się w kąciku oka, z czasem znajdując drogę na policzek. Później w ślad za nią popłynęły kolejne, przez co mój pozorny spokój poszedł w diabły. Niepewnie, szukając czyjegoś oparcia, przytuliłem twarz do dłoni Sivika. Nie mogłem spojrzeć na ciemnowłosego, nie w takim stanie i z takimi wyrzutami sumienia.
— Przepraszam. — Wydusiłem tylko z siebie, prostując skrzydła i łkając w ciszy, jakby to mogło chociaż po części zmniejszyć ból w mym sercu.
sobota, 5 maja 2018
Od Dolorem do Ktosia
Przetarłam oczy, czując na twarzy natarczywe promienie słońca. Uchyliłam powieki i usiadłam na łóżku, układając sobie w głowie plan na dopiero co rozpoczęty dzień. Prawdopodobnie będzie to, co zwykle - kontrola zaraz po ogarnięciu się. Potrzebowałam jeszcze kilku roślin. Dobrze się składało. Kontrola lasu i zbiory w nim - dwie czynności za jednym razem.
Następnie wstałam i wzięłam poranną kąpiel. Ze znudzeniem obserwowałam, jak bańki piany unoszą się na wodzie, by po chwili pęknąć i zniknąć bezpowrotnie. Idealnie obrazowały to, jak kruche jest życie.
Słysząc znajomy skrzek, uniosłam głowę na pleciony kosz z ubraniami, na którym siedział Diaval.
- Co? - mruknęłam. Ptak przeskoczył z jednego końca kosza na drugi. Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko. Tak oto moja chwila relaksu została złośliwie przerwana.
Z niezadowoleniem wysuszyłam swoją skórę i ubrałam się. Następnie zjadłam śniadanie ze swoim przyjacielem. Nie przemyślałam do końca pozbycia się i zwolnienia służby. Postanowiłam, że zatrudnię z trzy osoby. Ciężko jest zarządzać samemu tak dużą posiadłością. O sprzątaniu nie wspominawszy.
Posiłek przebiegł w ciszy. Po nim udaliśmy się jak zwykle na wspólny spacer. Było to jednocześnie sprawdzenie, czy nikt nie zakradł się na nasz teren.
Zbierałam do koszyka zioła, owoce i potrzebne składniki. Szybko został on zapełniony, więc całą uwagę mogłam poświęcić wypatrywaniu nieproszonych gości, w głowie układając plan na zajęcie się nimi. Udawać miłą czy pokazać prawdziwe oblicze?
Blade promienie słońca przechodziły przez szczeliny w koronach drzew. Odgarnęłam zielone liście od mojej twarzy, by nie zaczepiły mi o włosy. Z wyższych gałęzi słyszałam ciche śpiewy ptaków. Kiedyś może mogłabym cieszyć się tą chwilą, ale cóż. Te czasy minęły. Wytężyłam więc wzrok i w milczeniu szłam przed siebie, kątem oka obserwując gęstwiny i drzewa po moich bokach.
Gdy już zaczynałam myśleć, że w lesie otaczającym zamieszkiwaną przeze mnie budowlę nikogo nie ma, usłyszałam cichy szelest w krzakach. Znieruchomiałam, czekając, aż ten ktoś lub coś opuści swoją kryjówkę, wpatrując się w nią. Diaval usiadł na moim ramieniu. Ukryłam swoje zatrute pierścienie za suknią.
"No pokaż się.." szeptałam w myślach, jakbym myślała, że ten ktoś lub coś mnie usłyszy.
<Ktosiu? >
Następnie wstałam i wzięłam poranną kąpiel. Ze znudzeniem obserwowałam, jak bańki piany unoszą się na wodzie, by po chwili pęknąć i zniknąć bezpowrotnie. Idealnie obrazowały to, jak kruche jest życie.
Słysząc znajomy skrzek, uniosłam głowę na pleciony kosz z ubraniami, na którym siedział Diaval.
- Co? - mruknęłam. Ptak przeskoczył z jednego końca kosza na drugi. Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko. Tak oto moja chwila relaksu została złośliwie przerwana.
Z niezadowoleniem wysuszyłam swoją skórę i ubrałam się. Następnie zjadłam śniadanie ze swoim przyjacielem. Nie przemyślałam do końca pozbycia się i zwolnienia służby. Postanowiłam, że zatrudnię z trzy osoby. Ciężko jest zarządzać samemu tak dużą posiadłością. O sprzątaniu nie wspominawszy.
Posiłek przebiegł w ciszy. Po nim udaliśmy się jak zwykle na wspólny spacer. Było to jednocześnie sprawdzenie, czy nikt nie zakradł się na nasz teren.
Zbierałam do koszyka zioła, owoce i potrzebne składniki. Szybko został on zapełniony, więc całą uwagę mogłam poświęcić wypatrywaniu nieproszonych gości, w głowie układając plan na zajęcie się nimi. Udawać miłą czy pokazać prawdziwe oblicze?
Blade promienie słońca przechodziły przez szczeliny w koronach drzew. Odgarnęłam zielone liście od mojej twarzy, by nie zaczepiły mi o włosy. Z wyższych gałęzi słyszałam ciche śpiewy ptaków. Kiedyś może mogłabym cieszyć się tą chwilą, ale cóż. Te czasy minęły. Wytężyłam więc wzrok i w milczeniu szłam przed siebie, kątem oka obserwując gęstwiny i drzewa po moich bokach.
Gdy już zaczynałam myśleć, że w lesie otaczającym zamieszkiwaną przeze mnie budowlę nikogo nie ma, usłyszałam cichy szelest w krzakach. Znieruchomiałam, czekając, aż ten ktoś lub coś opuści swoją kryjówkę, wpatrując się w nią. Diaval usiadł na moim ramieniu. Ukryłam swoje zatrute pierścienie za suknią.
"No pokaż się.." szeptałam w myślach, jakbym myślała, że ten ktoś lub coś mnie usłyszy.
<Ktosiu? >
środa, 2 maja 2018
Od Ishi do Marco
Westchnęłam cicho, przyglądając się ziemi widocznie zmieszana. Na tym świecie panuje istna plaga, chytrych osób wymagających czegoś w zamian, za użyczenie siebie w jakikolwiek sposób. Nic dziwnego, że w przypadku poszukiwań Dantego, będziemy musieli mieć z podobnymi do czynienia. W całej wypowiedzi mężczyzny, najbardziej nie podobała mi się kwestia związana z jego "udziałem". Ponowne użyczenie swego majątku, w rzeczywistości całkowicie na mój zysk, dosłownie nie pozwalało memu sumieniu siedzieć cicho. Zmarszczyłam brwi, jednocześnie delikatnie mrużąc oczy. Zwróciłam wzrok ku ciemnowłosemu, który aktualnie jechał czymś na wzór kłusa.
- Zamęczę się psychicznie, z poczuciem winy i bezradności, przez Pana pomoc... - powiedziałam całkiem cichym pół-mrukiem, którego następstwem było głośniejsze westchnięcie. - Lecz jeśli chodzi o dodatkowe środki zapłaty... Zaoferuję mu coś od siebie. - dodałam, gdy do głowy wpadł mi pewien plan, trochę podobny do akcji z wypożyczeniem koni. Gdybym tym razem zmieniła historię, bardziej skupiając się na swej - po części -, wyimaginowanej zemście na ów człowieku, za udział w morderstwie mego rodziciela. Jestem w stanie odrobinę podkoloryzować zarówno prawdę, jak i kłamstwo, złączone w jak najspójniejszą całość. Słabi, czy zwyczajnie, mniej zamożni, muszą radzić sobie w najrozmaitsze sposoby, by przeżyć, osiągać swe cele oraz po prostu - żyć. Nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu należę do tej grupy, z czego jedynie można gdybać nad mymi szczerymi intencjami, jak i nieco chytrych chwytach. Gdy tak teraz nad tym myślę, zaczynam stopniowo dochodzić do wniosku, że czego bym nie zmieniła - jestem prawie identyczna, w porównaniu z przykładowym, znajomkiem Pana Marco. Życie opieram głównie na ślepych trafach, nie rzadko - kłamstwach oraz oszustwach. Przy tym na własny zysk, rzecz jasna. Aż dziwne, że to społeczeństwo nie zdążyło się wyżreć od środka... Populacja, której przedstawiciele, przynajmniej jednej osobie, kiedykolwiek życzyli źle. Może taka właśnie jest natura ludzka. Trochę nie podoba mi się fakt, mojego, ostatecznego złączenia się z ów osobnikami. Bo jakby na to nie spojrzeć - stuprocentowym demonem, nigdy nie byłam, nie jestem i raczej nie będę.
Nawet nie zauważyłam, gdy te wszystkie przemyślenia, całkowicie zamordowały płynący wokół mnie czas. Również wokół, zakamarki natury zaczęła płynnie pochłaniać nocna otchłań. Zadziwiające, jak istota myśląca, może tak długo i generalnie - bezsensownie, skupić się na swych gdybaniach, wątpliwościach, czy zwykłych troskach. Trochę... Idiotyczne.
- Panie Marco, ile drogi do celu nam jeszcze zostało? - podpytałam w pewnym momencie, spoglądając na mężczyznę.
- Niestety panienko, na tyle dużo, że zmuszeni jesteśmy gdzieś się zatrzymać. Podróżowanie w nocy, szczególnie, w tych okolicach... Z tego co mi wiadomo, jest bardzo ryzykowne. - odpowiedział całkiem wyczerpująco, co jednoznacznie mówiło o postoju. Ziewnęłam głośno, na samą myśl o spaniu.
Po kilkunastu minutach, gdy okolica wsi przez którą dane nam było przejeżdżać, została praktycznie zupełnie spowita pół-mrokiem, rozpoczęliśmy swe poszukiwania jakiejś noclegowni, czy też zwykłej gospody. Z początku, drzwi były zatrzaskiwane przed czubkami naszych nosów. Szczerze, spodziewałam się podobnych reakcji, podobnie z resztą jak Pan Marco, lecz odważnie, odwiedzaliśmy kolejne domy. W swe progi, pod warunkiem porannej pomocy przy gospodarstwie, przyjęła nas starowinka imieniem Elizabeth. Wdowa, z tego co udało mi się wywnioskować, mieszkała samotnie w domku, typowo rodzinnym. Bardzo stary pokój dla dzieci, trochę zakurzone meble, mówiły same za siebie... Aż mi się trochę żal staruszki zrobiło. Zostaliśmy zaproszeni w progi pokoju gościnnego, z jednym, małżeńskim łóżkiem oraz średniej większości szafą. Gospodyni, objaśniła nam, że niegdyś ów pomieszczenie było zajmowane przez jej syna i synową, lecz ostatecznie relacje pomiędzy nimi szlag trafił i wszystko poszło w swoje strony. Generalnie, zostaliśmy obdarzeni masą historyjek, ciekawostek i żarcików, które o dziwo - jakby odrobinę mnie... Rozluźniły? Chyba tak mogę nazwać to uczucie. Zapomniałam całkowicie o wszelkich troskach, czy sprawach koniecznych do załatwienia. W pewnym sensie - odpłynęłam. Hah, chyba takie bywają uroki, przybywania roczników, o znacznej różnicy wiekowej.
- Aż nie mogę uwierzyć, że w drodze tutaj, byłam w stanie wrzucić wszystkich, nawet siebie do jednego worka... - wzruszyłam delikatnie ramionami, zamykając za nami drzwi, od użyczonej nam sypialni.
- Poszczęściło się nam, że trafiliśmy na samotną staruszkę, opuszczoną przez bliskich. - stwierdził zgodnie z nieukrywaną prawdą, której chyba nie szło kwestionować. - Choć ona sama, farta w życiu widocznie nie miała. - dodał jedynie, wyciągając ze swej torby, nieco cieńsze ubranie do spania. Postąpiłam podobnie, również w pierwszej kolejności udając się do łazienki. Oporządzenie się, zajęło mi niespełna dziesięć minut, po których minięciu pojawiłam się na powrót w pokoju. Mężczyzna zajmował się nadal swymi rzeczami, jakby uporczywie czegoś szukając. Zainteresowana, zbliżyłam się do ciemnowłosego, zza jego ramienia obserwując, jak przegrzebuje dotychczas poukładane na swych miejscach rzeczy.
- Coś się stało? - przechyliłam pytająco głowę, zadając krótkie pytanie. Pan Marco, jakby odrobinę mnie ignorując, sięgnął samego dnia torby. Wtem na jego usta wpłynął delikatny uśmiech, a sam, po chwili wyciągając z wnętrza paczkę krówek, rzucił w moją stronę pełne dumy spojrzenie. Czy przez dziesięć minut, gdy ja siedziałam w łazience, on siłował się ze swym, typowo, męskim nieporządkiem? Ostatecznie jednak, podekscytowana wysunęłam ręce ku paczuszce.
- A-a, Pani Doktor, chyba nie muszę wspominać o złych skutkach po spożyciu takiej ilości cukru na noc? - wypalił w momencie, delikatnie trącąc moją dłoń.
- Z dzieckiem ma pan zamiar się droczyć? - fuknęłam, nadal starając się dorwać do siebie saszetkę. - Nic nie zaszkodzi, ten jeden raz! - dodałam, również unosząc nieco kąciki swych ust.
- Ciężko leczy się próchnicę... - brnął w swoje, chyba zadowolony ze swego droczenia się.
- Połamane żebra, jak dobrze wiem, również trochę muszą się zrastać... - zmrużyłam oczy, ostatecznie przejmując trzymany przez mężczyznę przedmiot. Pewnie dał mi w tym momencie fory, lecz ignorując powstałą w tyłu mej głowy myśl, przysiadłam na ziemi z szerokim uśmiechem. Nie minęło kilka sekund, a w moich ustach znalazł się klejący słodycz. W trakcie mego długotrwałego delektowania się ciągutką, Pan Marco, zdążył chyba wzdłuż i wrzesz zwiedzić łazienkę. Wciąż siedząc na podłodze, już miałam zamiar brać się za kolejnego cukierka, gdy wtem, wyczułam w okolicy bioder czyiś uchwyt. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a znalazłam się pod kocykiem, w stojącym tuż obok łóżku. Zmierzyłam Pana Marco, morderczym spojrzeniem.
- Mówiono mi niegdyś, że okropnie kopię po nogach w nocy... Nie zdziwiłabym się, gdybym była również w stanie wykonać jakieś, bardziej stanowcze ruchy. Ostatnio, poświęciło się Panu, lecz teraz... Kto wie?
<Panie Marco? Hehe :3 >
- Zamęczę się psychicznie, z poczuciem winy i bezradności, przez Pana pomoc... - powiedziałam całkiem cichym pół-mrukiem, którego następstwem było głośniejsze westchnięcie. - Lecz jeśli chodzi o dodatkowe środki zapłaty... Zaoferuję mu coś od siebie. - dodałam, gdy do głowy wpadł mi pewien plan, trochę podobny do akcji z wypożyczeniem koni. Gdybym tym razem zmieniła historię, bardziej skupiając się na swej - po części -, wyimaginowanej zemście na ów człowieku, za udział w morderstwie mego rodziciela. Jestem w stanie odrobinę podkoloryzować zarówno prawdę, jak i kłamstwo, złączone w jak najspójniejszą całość. Słabi, czy zwyczajnie, mniej zamożni, muszą radzić sobie w najrozmaitsze sposoby, by przeżyć, osiągać swe cele oraz po prostu - żyć. Nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu należę do tej grupy, z czego jedynie można gdybać nad mymi szczerymi intencjami, jak i nieco chytrych chwytach. Gdy tak teraz nad tym myślę, zaczynam stopniowo dochodzić do wniosku, że czego bym nie zmieniła - jestem prawie identyczna, w porównaniu z przykładowym, znajomkiem Pana Marco. Życie opieram głównie na ślepych trafach, nie rzadko - kłamstwach oraz oszustwach. Przy tym na własny zysk, rzecz jasna. Aż dziwne, że to społeczeństwo nie zdążyło się wyżreć od środka... Populacja, której przedstawiciele, przynajmniej jednej osobie, kiedykolwiek życzyli źle. Może taka właśnie jest natura ludzka. Trochę nie podoba mi się fakt, mojego, ostatecznego złączenia się z ów osobnikami. Bo jakby na to nie spojrzeć - stuprocentowym demonem, nigdy nie byłam, nie jestem i raczej nie będę.
Nawet nie zauważyłam, gdy te wszystkie przemyślenia, całkowicie zamordowały płynący wokół mnie czas. Również wokół, zakamarki natury zaczęła płynnie pochłaniać nocna otchłań. Zadziwiające, jak istota myśląca, może tak długo i generalnie - bezsensownie, skupić się na swych gdybaniach, wątpliwościach, czy zwykłych troskach. Trochę... Idiotyczne.
- Panie Marco, ile drogi do celu nam jeszcze zostało? - podpytałam w pewnym momencie, spoglądając na mężczyznę.
- Niestety panienko, na tyle dużo, że zmuszeni jesteśmy gdzieś się zatrzymać. Podróżowanie w nocy, szczególnie, w tych okolicach... Z tego co mi wiadomo, jest bardzo ryzykowne. - odpowiedział całkiem wyczerpująco, co jednoznacznie mówiło o postoju. Ziewnęłam głośno, na samą myśl o spaniu.
Po kilkunastu minutach, gdy okolica wsi przez którą dane nam było przejeżdżać, została praktycznie zupełnie spowita pół-mrokiem, rozpoczęliśmy swe poszukiwania jakiejś noclegowni, czy też zwykłej gospody. Z początku, drzwi były zatrzaskiwane przed czubkami naszych nosów. Szczerze, spodziewałam się podobnych reakcji, podobnie z resztą jak Pan Marco, lecz odważnie, odwiedzaliśmy kolejne domy. W swe progi, pod warunkiem porannej pomocy przy gospodarstwie, przyjęła nas starowinka imieniem Elizabeth. Wdowa, z tego co udało mi się wywnioskować, mieszkała samotnie w domku, typowo rodzinnym. Bardzo stary pokój dla dzieci, trochę zakurzone meble, mówiły same za siebie... Aż mi się trochę żal staruszki zrobiło. Zostaliśmy zaproszeni w progi pokoju gościnnego, z jednym, małżeńskim łóżkiem oraz średniej większości szafą. Gospodyni, objaśniła nam, że niegdyś ów pomieszczenie było zajmowane przez jej syna i synową, lecz ostatecznie relacje pomiędzy nimi szlag trafił i wszystko poszło w swoje strony. Generalnie, zostaliśmy obdarzeni masą historyjek, ciekawostek i żarcików, które o dziwo - jakby odrobinę mnie... Rozluźniły? Chyba tak mogę nazwać to uczucie. Zapomniałam całkowicie o wszelkich troskach, czy sprawach koniecznych do załatwienia. W pewnym sensie - odpłynęłam. Hah, chyba takie bywają uroki, przybywania roczników, o znacznej różnicy wiekowej.
- Aż nie mogę uwierzyć, że w drodze tutaj, byłam w stanie wrzucić wszystkich, nawet siebie do jednego worka... - wzruszyłam delikatnie ramionami, zamykając za nami drzwi, od użyczonej nam sypialni.
- Poszczęściło się nam, że trafiliśmy na samotną staruszkę, opuszczoną przez bliskich. - stwierdził zgodnie z nieukrywaną prawdą, której chyba nie szło kwestionować. - Choć ona sama, farta w życiu widocznie nie miała. - dodał jedynie, wyciągając ze swej torby, nieco cieńsze ubranie do spania. Postąpiłam podobnie, również w pierwszej kolejności udając się do łazienki. Oporządzenie się, zajęło mi niespełna dziesięć minut, po których minięciu pojawiłam się na powrót w pokoju. Mężczyzna zajmował się nadal swymi rzeczami, jakby uporczywie czegoś szukając. Zainteresowana, zbliżyłam się do ciemnowłosego, zza jego ramienia obserwując, jak przegrzebuje dotychczas poukładane na swych miejscach rzeczy.
- Coś się stało? - przechyliłam pytająco głowę, zadając krótkie pytanie. Pan Marco, jakby odrobinę mnie ignorując, sięgnął samego dnia torby. Wtem na jego usta wpłynął delikatny uśmiech, a sam, po chwili wyciągając z wnętrza paczkę krówek, rzucił w moją stronę pełne dumy spojrzenie. Czy przez dziesięć minut, gdy ja siedziałam w łazience, on siłował się ze swym, typowo, męskim nieporządkiem? Ostatecznie jednak, podekscytowana wysunęłam ręce ku paczuszce.
- A-a, Pani Doktor, chyba nie muszę wspominać o złych skutkach po spożyciu takiej ilości cukru na noc? - wypalił w momencie, delikatnie trącąc moją dłoń.
- Z dzieckiem ma pan zamiar się droczyć? - fuknęłam, nadal starając się dorwać do siebie saszetkę. - Nic nie zaszkodzi, ten jeden raz! - dodałam, również unosząc nieco kąciki swych ust.
- Ciężko leczy się próchnicę... - brnął w swoje, chyba zadowolony ze swego droczenia się.
- Połamane żebra, jak dobrze wiem, również trochę muszą się zrastać... - zmrużyłam oczy, ostatecznie przejmując trzymany przez mężczyznę przedmiot. Pewnie dał mi w tym momencie fory, lecz ignorując powstałą w tyłu mej głowy myśl, przysiadłam na ziemi z szerokim uśmiechem. Nie minęło kilka sekund, a w moich ustach znalazł się klejący słodycz. W trakcie mego długotrwałego delektowania się ciągutką, Pan Marco, zdążył chyba wzdłuż i wrzesz zwiedzić łazienkę. Wciąż siedząc na podłodze, już miałam zamiar brać się za kolejnego cukierka, gdy wtem, wyczułam w okolicy bioder czyiś uchwyt. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a znalazłam się pod kocykiem, w stojącym tuż obok łóżku. Zmierzyłam Pana Marco, morderczym spojrzeniem.
- Mówiono mi niegdyś, że okropnie kopię po nogach w nocy... Nie zdziwiłabym się, gdybym była również w stanie wykonać jakieś, bardziej stanowcze ruchy. Ostatnio, poświęciło się Panu, lecz teraz... Kto wie?
<Panie Marco? Hehe :3 >
sobota, 28 kwietnia 2018
Od Sivika do Carreou
Nie dało się normalnie, prawda? Żaden dzień w tym pieprzonym mieście z Carrem u boku nie mógł być po prostu zwykłym dniem, neutralnym, spokojnym, takim, jakie lubię? Musiało się coś dziać. Jak nie narkomani, to demony, a potem walone ataki magiczne na nasze osoby, ogień, panika mniejszego i namiętne uciekanie przed niebezpieczeństwami, które bez wątpienia na mnie sprowadzał. Bo nie było na to innego wytłumaczenia.
Dlaczego to zawsze mnie trafia takie fatum? I to jeszcze na starość?
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Chwycił mnie za dłoń, odetchnął ciężko, aczkolwiek jego wydechy były bardzo nerwowe, drżące, jak cały mężczyzna, który przebierał tymi krótszymi nogami i starał się opuścić pomieszczenie, a ja brnąłem za nim.
Syczące, skwierczące drewno, piski zwierząt, które zdążyły zagnieździć się w budynku, ktoś umierał, a otulające mnie strużki energii, które jeszcze kiedyś były ludźmi, coraz dotkliwiej dawały o sobie znać, bo nie mogłem o nich zapomnieć. Szczególnie gdy tak bardzo domagały się mojej uwagi, moich spojrzeń, reakcji. Słów, działań, odesłania ich dalej.
Otulił mnie nagle tymi wątłymi ramionami i puchatymi skrzydłami. Pióra wlazły mi do ust, rozbiegane spojrzenie latało od ognia do drzwi, a następnie dusz, a już całkiem otumanił mnie fakt, że za chwilę grunt zdecydował się osunąć spod naszych nóg.
Już nie wiem, czy wtedy lecieliśmy, spadaliśmy, biegliśmy, czy co do cholery jasnej się działo, kojarzyłem tylko wielką, coraz szybciej zbliżającą się dziurę, za którą czaiło się jezioro, uścisk Carra i jego, a może mój głośny, niespokojny oddech, który jeszcze długo dudnił mi w uszach.
Szelest ubrań, huk piór, które były ciągle agresywnie bite przez wiatr i pęd, który posiadaliśmy.
Ciemność, która jak dotąd nas otaczała, zniknęła, zastąpił ją błękit nieba, miękkie, białe chmury i ładne, krajobrazy. Mężczyzna dalej kurczowo mnie trzymał, zaciskał palce na mojej dłoni, dziwnym cudem uspokajał, sprawiał, że mój oddech nagle zwolnił, głowa nagle się oczyściła, a dziwna, wręcz dziecięca beztroska powoli zapełniła jak dotąd dość rozkołatane myśli.
Spadnięcie do wody równało się spadnięciu na kostkę brukową, a ziemia też jakoś średnio mi się w tym wszystkim widziała.
Siłując się z oporami powietrza, udało mi się jakimś cudem dociągnąć mężczyznę do siebie, otulić ramieniem i zadbać, żeby w razie, gdybyśmy jednak spadli na grunt, spadł na mnie i wyszedł z mniejszym szwankiem.
Ograniczone przez chłopaka i okoliczności ruchy, których starałem robić się jak najmniej, jak najmniej się przemęczać, jak najmniej walczyć. Zanurzyłem palce w jednej sakiewce, w drugiej, otoczyłem nieszczęsne ziarna poduszkowca sproszkowanym porostowcem i czekałem.
Jeszcze daleko. Jeszcze tak daleko. Jeszcze tyle czasu, tyle planów, tyle możliwości. Hamowanie lotu skrzydłami towarzysza groziło natychmiastowym wyłamaniem, powiedzmy sobie szczerze. Jeszcze, żeby sam leciał, a nie z o wiele cięższym załadunkiem, jakim byłem.
Jeszcze chwila. Jeszcze dosłownie chwila.
Kilkadziesiąt. Naście. Kilka. Metrów.
Wyrzucenie nasion, liczenie w duchu na trafienie na dobrą ziemię, na litość dusz, które też miały znaczenie, na przychylność losu.
Fioletowy proch wybuchł, wielki, miękki kwiat pojawił się znikąd, to znaczy z ziaren, a my bez większego fiasko wylądowaliśmy na wielkiej pufie. Jednak to, że bez większego fiasko, nie oznaczało, że wcale go nie było, bo doskonale czułem ból w kręgosłupie, gdy mężczyzna runął na mnie całym swoim, chociaż i tak lekkim ciałem.
Szybkim ruchem ująłem jego twarz w dłoniach, przyjrzałem się dokładniej błękitnym oczom, całej buźce chłopaka, sapiąc przy tym niemiłosiernie głośno.
— Nic ci nie jest? — wyszeptałem drżącym głosem, odgarniając przy okazji złote kosmyki z czoła Anioła. — Żyjesz?
Dlaczego to zawsze mnie trafia takie fatum? I to jeszcze na starość?
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Chwycił mnie za dłoń, odetchnął ciężko, aczkolwiek jego wydechy były bardzo nerwowe, drżące, jak cały mężczyzna, który przebierał tymi krótszymi nogami i starał się opuścić pomieszczenie, a ja brnąłem za nim.
Syczące, skwierczące drewno, piski zwierząt, które zdążyły zagnieździć się w budynku, ktoś umierał, a otulające mnie strużki energii, które jeszcze kiedyś były ludźmi, coraz dotkliwiej dawały o sobie znać, bo nie mogłem o nich zapomnieć. Szczególnie gdy tak bardzo domagały się mojej uwagi, moich spojrzeń, reakcji. Słów, działań, odesłania ich dalej.
Otulił mnie nagle tymi wątłymi ramionami i puchatymi skrzydłami. Pióra wlazły mi do ust, rozbiegane spojrzenie latało od ognia do drzwi, a następnie dusz, a już całkiem otumanił mnie fakt, że za chwilę grunt zdecydował się osunąć spod naszych nóg.
Już nie wiem, czy wtedy lecieliśmy, spadaliśmy, biegliśmy, czy co do cholery jasnej się działo, kojarzyłem tylko wielką, coraz szybciej zbliżającą się dziurę, za którą czaiło się jezioro, uścisk Carra i jego, a może mój głośny, niespokojny oddech, który jeszcze długo dudnił mi w uszach.
Szelest ubrań, huk piór, które były ciągle agresywnie bite przez wiatr i pęd, który posiadaliśmy.
Ciemność, która jak dotąd nas otaczała, zniknęła, zastąpił ją błękit nieba, miękkie, białe chmury i ładne, krajobrazy. Mężczyzna dalej kurczowo mnie trzymał, zaciskał palce na mojej dłoni, dziwnym cudem uspokajał, sprawiał, że mój oddech nagle zwolnił, głowa nagle się oczyściła, a dziwna, wręcz dziecięca beztroska powoli zapełniła jak dotąd dość rozkołatane myśli.
Spadnięcie do wody równało się spadnięciu na kostkę brukową, a ziemia też jakoś średnio mi się w tym wszystkim widziała.
Siłując się z oporami powietrza, udało mi się jakimś cudem dociągnąć mężczyznę do siebie, otulić ramieniem i zadbać, żeby w razie, gdybyśmy jednak spadli na grunt, spadł na mnie i wyszedł z mniejszym szwankiem.
Ograniczone przez chłopaka i okoliczności ruchy, których starałem robić się jak najmniej, jak najmniej się przemęczać, jak najmniej walczyć. Zanurzyłem palce w jednej sakiewce, w drugiej, otoczyłem nieszczęsne ziarna poduszkowca sproszkowanym porostowcem i czekałem.
Jeszcze daleko. Jeszcze tak daleko. Jeszcze tyle czasu, tyle planów, tyle możliwości. Hamowanie lotu skrzydłami towarzysza groziło natychmiastowym wyłamaniem, powiedzmy sobie szczerze. Jeszcze, żeby sam leciał, a nie z o wiele cięższym załadunkiem, jakim byłem.
Jeszcze chwila. Jeszcze dosłownie chwila.
Kilkadziesiąt. Naście. Kilka. Metrów.
Wyrzucenie nasion, liczenie w duchu na trafienie na dobrą ziemię, na litość dusz, które też miały znaczenie, na przychylność losu.
Fioletowy proch wybuchł, wielki, miękki kwiat pojawił się znikąd, to znaczy z ziaren, a my bez większego fiasko wylądowaliśmy na wielkiej pufie. Jednak to, że bez większego fiasko, nie oznaczało, że wcale go nie było, bo doskonale czułem ból w kręgosłupie, gdy mężczyzna runął na mnie całym swoim, chociaż i tak lekkim ciałem.
Szybkim ruchem ująłem jego twarz w dłoniach, przyjrzałem się dokładniej błękitnym oczom, całej buźce chłopaka, sapiąc przy tym niemiłosiernie głośno.
— Nic ci nie jest? — wyszeptałem drżącym głosem, odgarniając przy okazji złote kosmyki z czoła Anioła. — Żyjesz?
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
Od Marco do Ishi
Spojrzałem z dołu na Ishi, podnosząc brwi. Nie byłem pewien, co miała na myśli, mówiąc o wydarzeniach, które zapoczątkowały to wszystko, co działo się aktualnie. Dopiero po chwili wpatrywania się w dziewczynę, analizy poprzednich wydarzeń i przeszukiwania zakamarków swojego umysłu, skinąłem ze zrozumieniem głową. Chodzi o atak w mieszkaniu panienki.
Poprawiłem swój dosiad, podniosłem głowę i westchnąłem cicho. Teraz wystarczy zebrać myśli i wyjaśnić sytuację, w sposób jak najbardziej prosty oraz nie wzbudzający niepotrzebnych emocji.
- Gdy poszedłem po rzeczy panienki, było tam już kilku myśliwych. - Zacząłem spokojnym tonem, robiąc chwilę przerwy. Po szybkim namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej będzie powiedzieć całą prawdę, nawet gdyby Ishi miała to wykorzystać przeciwko mnie. - W dużym skrócie, oszczędzając panience niepotrzebnych, brutalnych szczegółów, jeden z nich zatruł mnie. Tojadem mocnym, aby być dokładnym. A to jest jedna ze słabości mojej rasy. - Zaśmiałem się pod nosem, po czym zbliżyłem się nieco do dziewczyny i poczochrałem jej włosy. Ta odsunęła głowę, z miną wyrażającą coś pomiędzy troską a zdenerwowaniem. Ciekawe, czym było to spowodowane. Może moimi słowami? Albo tym, że musiała uciekać, zostawiając wszystko za sobą? Albo przez jeszcze inne rzeczy, które uciekają mojej świadomości, są zbyt lotne, abym mógł je złapać i opisać?
A może wszystko po trochu?
Nie chcąc denerwować panienki, wysunąłem nogi ze strzemion, poluźniłem wodze i zamknąłem oczy. Adrenalina, która krążyła w moim ciele po dzisiejszym "przesłuchaniu", zdążyła już zniknąć, pozostawiając za sobą jedyne słaby, nic nie znaczący posmak dawnej pewności siebie oraz odwagi. Znowu byłem zagubionym chłopcem, żyjącym z zarobków o wątpliwej wartości moralnej, z żalem do ojca i całego świata.
Właśnie. Ojciec.
Być może zapomniał o tym, że groziłem mu śmiercią? Że obiecałem, iż go zabiję?
Było to mniej niż prawdopodobne, a ja, głupi!, żyłem nadzieją, że Sarlic przywita mnie z otwartymi ramionami. Wierzyłem, czy raczej - chciałem wierzyć, że jest na tym świecie ktoś, kto by mnie chciał. Zarówno jako syna i jako partnera. Od samego początku, gdy się narodziłem, byłem samotny. Miałem kontakt tylko z ojcem i służbą, bądź ludźmi z wiosek, ale ci ginęli zaledwie kilka chwil po poznaniu. Negatywne skojarzenia, związane z rodzicem, nie pomagały mi w przebiciu się przez osłonę bycia aspołecznym odludkiem, jaką sam wokół siebie wytworzyłem. Bałem się zaufać komukolwiek. Mówiąc szczerze, nadal mam z tym problem. Wszystko przez dotkliwe kary za wszystko, co robiłem. Czy to dobrze, czy źle. Zawsze w moich działaniach była jakaś rzecz, która Saralicowi nie przypadała do gustu.
- Panie Marco? - Spytała Ishi, zapewne widząc, że zbyt bardzo odpływam. Zamrugałem kilkukrotnie, spędzając z powiek myśli o rodzinnym domu. Rozejrzałem się ukradkiem, upewniając się, że opuściliśmy pola za miastem i aktualnie kierowaliśmy się w stronę lasu. Według map, które kiedyś przeglądałem, byliśmy na dobrej drodze do górzystego Anthrakas. Przy lepszej pogodzie, z naszego obecnego położenia, być może nawet zobaczylibyśmy wzgórza w oddali. Tylko, czy my dobrze idziemy? Nie mam bladego pojęcia, gdzie znajduje się ten cały Dante. Jedziemy jak ślepcy we mgle!
A może Ishi wie coś na ten temat?
- Panienka wie, gdzie ten osobnik przebywa? - Spytałem po ciągnącej się ciszy, której przerwanie sprawiło mi radość. Nie chciałem, aby dziewczyna odniosła wrażenie, że jestem na nią zły. Wręcz przeciwnie - byłem panience wdzięczny, że nie nazwała mnie wariatem, gdy kazałem się jej pakować. Brunetka odwróciła wzrok, zapewne po to, aby zebrać myśli. Czekałem więc wiernie, aż zabierze głos. Gdy w końcu to zrobiła, poczułem niepokój i zagubienie. Ponownie.
- Nie jestem pewna. - W jej głosie dało się usłyszeć nutkę smutku.
Skomentowałem to cichym westchnięciem. Rzeczywiście byliśmy zagubieni. Mogliśmy niby jeździć po każdym królestwie i pytać o Dantego? Po pierwsze, nie jednemu psu na imię Burek, a po drugie, wzbudzimy tym niezdrowe zainteresowanie. A na pewno spotkamy kogoś, kto zna Alighieriego, a ten zapewne poinformuje osobnika o naszych poszukiwaniach. Wtedy nasz plan spłonie na panewce, nim zdążymy go chociaż w części zrealizować.
Pozostawało jeszcze inne wyjście, do którego wolałbym się nie uciekać. Jednak czasami trzeba zostawić za sobą stare niesnaski i iść do przodu. Opcjonalnie znowu prosić gburowatego, wrednego bożka o pomoc.
- Mam znajomego w Nelayan o bardzo ciekawym darze. - Poklepałem konia po boku, po czym zwolniłem do stępa. Ishi zrobiła to samo i rozciągnęła się delikatnie w siodle, gdyż zapewne również jej ciało było zmęczone po ciągłym odbijaniu się od grzbietu rumaka.
- Można mu zaufać? - Spytała od razu, nie czekając, aż rozwinę swoją wypowiedź. Wzruszyłem ramionami w geście, że nie miałem co do tego pewności. Bo jej nie miałem. Alaris gra na kilku frontach, ale jakąś tam godność ma. Więc nie powinien od razu polecieć do innego "klienta" i powiedzieć przy herbatce, jak to mu się spowiadaliśmy z problemów.
Nim jednak tam pojedziemy, musiałem spytać panienki o zdanie.
- Jest w stanie połączyć się z każdym umysłem, czy to ludzkim czy zwierzęcym i określić jego położenie. Ale jest jeden haczyk. - Wyciągnąłem z juków niewielki woreczek z kryształami, wartymi fortunę. - Ceni się bardzo wysoko. Tyle wystarczy zapewne tylko na minutę, dwie seansu. Więc jeśli nie zdobędziemy czegoś, co go rzeczywiście zainteresuje... Będziemy musieli się zastawić. Albo szukać Dantego w inny sposób. - Spojrzałem na dziewczynę, aby zobaczyć jej reakcję i poznać opinię na ten temat. Bo w końcu, jeśli nie podejmiemy jakieś decyzji, nasza podróż w nieznane może równie dobrze zakończyć się w tym miejscu.
<Ishi? Kapitanie?>
Poprawiłem swój dosiad, podniosłem głowę i westchnąłem cicho. Teraz wystarczy zebrać myśli i wyjaśnić sytuację, w sposób jak najbardziej prosty oraz nie wzbudzający niepotrzebnych emocji.
- Gdy poszedłem po rzeczy panienki, było tam już kilku myśliwych. - Zacząłem spokojnym tonem, robiąc chwilę przerwy. Po szybkim namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej będzie powiedzieć całą prawdę, nawet gdyby Ishi miała to wykorzystać przeciwko mnie. - W dużym skrócie, oszczędzając panience niepotrzebnych, brutalnych szczegółów, jeden z nich zatruł mnie. Tojadem mocnym, aby być dokładnym. A to jest jedna ze słabości mojej rasy. - Zaśmiałem się pod nosem, po czym zbliżyłem się nieco do dziewczyny i poczochrałem jej włosy. Ta odsunęła głowę, z miną wyrażającą coś pomiędzy troską a zdenerwowaniem. Ciekawe, czym było to spowodowane. Może moimi słowami? Albo tym, że musiała uciekać, zostawiając wszystko za sobą? Albo przez jeszcze inne rzeczy, które uciekają mojej świadomości, są zbyt lotne, abym mógł je złapać i opisać?
A może wszystko po trochu?
Nie chcąc denerwować panienki, wysunąłem nogi ze strzemion, poluźniłem wodze i zamknąłem oczy. Adrenalina, która krążyła w moim ciele po dzisiejszym "przesłuchaniu", zdążyła już zniknąć, pozostawiając za sobą jedyne słaby, nic nie znaczący posmak dawnej pewności siebie oraz odwagi. Znowu byłem zagubionym chłopcem, żyjącym z zarobków o wątpliwej wartości moralnej, z żalem do ojca i całego świata.
Właśnie. Ojciec.
Być może zapomniał o tym, że groziłem mu śmiercią? Że obiecałem, iż go zabiję?
Było to mniej niż prawdopodobne, a ja, głupi!, żyłem nadzieją, że Sarlic przywita mnie z otwartymi ramionami. Wierzyłem, czy raczej - chciałem wierzyć, że jest na tym świecie ktoś, kto by mnie chciał. Zarówno jako syna i jako partnera. Od samego początku, gdy się narodziłem, byłem samotny. Miałem kontakt tylko z ojcem i służbą, bądź ludźmi z wiosek, ale ci ginęli zaledwie kilka chwil po poznaniu. Negatywne skojarzenia, związane z rodzicem, nie pomagały mi w przebiciu się przez osłonę bycia aspołecznym odludkiem, jaką sam wokół siebie wytworzyłem. Bałem się zaufać komukolwiek. Mówiąc szczerze, nadal mam z tym problem. Wszystko przez dotkliwe kary za wszystko, co robiłem. Czy to dobrze, czy źle. Zawsze w moich działaniach była jakaś rzecz, która Saralicowi nie przypadała do gustu.
- Panie Marco? - Spytała Ishi, zapewne widząc, że zbyt bardzo odpływam. Zamrugałem kilkukrotnie, spędzając z powiek myśli o rodzinnym domu. Rozejrzałem się ukradkiem, upewniając się, że opuściliśmy pola za miastem i aktualnie kierowaliśmy się w stronę lasu. Według map, które kiedyś przeglądałem, byliśmy na dobrej drodze do górzystego Anthrakas. Przy lepszej pogodzie, z naszego obecnego położenia, być może nawet zobaczylibyśmy wzgórza w oddali. Tylko, czy my dobrze idziemy? Nie mam bladego pojęcia, gdzie znajduje się ten cały Dante. Jedziemy jak ślepcy we mgle!
A może Ishi wie coś na ten temat?
- Panienka wie, gdzie ten osobnik przebywa? - Spytałem po ciągnącej się ciszy, której przerwanie sprawiło mi radość. Nie chciałem, aby dziewczyna odniosła wrażenie, że jestem na nią zły. Wręcz przeciwnie - byłem panience wdzięczny, że nie nazwała mnie wariatem, gdy kazałem się jej pakować. Brunetka odwróciła wzrok, zapewne po to, aby zebrać myśli. Czekałem więc wiernie, aż zabierze głos. Gdy w końcu to zrobiła, poczułem niepokój i zagubienie. Ponownie.
- Nie jestem pewna. - W jej głosie dało się usłyszeć nutkę smutku.
Skomentowałem to cichym westchnięciem. Rzeczywiście byliśmy zagubieni. Mogliśmy niby jeździć po każdym królestwie i pytać o Dantego? Po pierwsze, nie jednemu psu na imię Burek, a po drugie, wzbudzimy tym niezdrowe zainteresowanie. A na pewno spotkamy kogoś, kto zna Alighieriego, a ten zapewne poinformuje osobnika o naszych poszukiwaniach. Wtedy nasz plan spłonie na panewce, nim zdążymy go chociaż w części zrealizować.
Pozostawało jeszcze inne wyjście, do którego wolałbym się nie uciekać. Jednak czasami trzeba zostawić za sobą stare niesnaski i iść do przodu. Opcjonalnie znowu prosić gburowatego, wrednego bożka o pomoc.
- Mam znajomego w Nelayan o bardzo ciekawym darze. - Poklepałem konia po boku, po czym zwolniłem do stępa. Ishi zrobiła to samo i rozciągnęła się delikatnie w siodle, gdyż zapewne również jej ciało było zmęczone po ciągłym odbijaniu się od grzbietu rumaka.
- Można mu zaufać? - Spytała od razu, nie czekając, aż rozwinę swoją wypowiedź. Wzruszyłem ramionami w geście, że nie miałem co do tego pewności. Bo jej nie miałem. Alaris gra na kilku frontach, ale jakąś tam godność ma. Więc nie powinien od razu polecieć do innego "klienta" i powiedzieć przy herbatce, jak to mu się spowiadaliśmy z problemów.
Nim jednak tam pojedziemy, musiałem spytać panienki o zdanie.
- Jest w stanie połączyć się z każdym umysłem, czy to ludzkim czy zwierzęcym i określić jego położenie. Ale jest jeden haczyk. - Wyciągnąłem z juków niewielki woreczek z kryształami, wartymi fortunę. - Ceni się bardzo wysoko. Tyle wystarczy zapewne tylko na minutę, dwie seansu. Więc jeśli nie zdobędziemy czegoś, co go rzeczywiście zainteresuje... Będziemy musieli się zastawić. Albo szukać Dantego w inny sposób. - Spojrzałem na dziewczynę, aby zobaczyć jej reakcję i poznać opinię na ten temat. Bo w końcu, jeśli nie podejmiemy jakieś decyzji, nasza podróż w nieznane może równie dobrze zakończyć się w tym miejscu.
<Ishi? Kapitanie?>
niedziela, 22 kwietnia 2018
Od Carreou do Sivika
Biłem się z myślami. Co mam teraz zrobić? Sivik nie odpowiada od razu. Jest zły. Może nawer zaraz na mnie krzyknie. A wtedy? Wtedy cała moja pozorna normalność zniknie. Znowu wpadnę w panikę i na powrót wrócę do życia na granicy rzeczywistości i własnego umysłu. Znowu stanę się niewolnikiem własnych wspomnień.
— Jak mam nie być zły? — Wymruczał mężczyzna, wracając do dawnej pozycji. Pomyślałem, że to dobrze, że się wyprostował, bo przynajmniej nie upadnie i się nie potłucze. Ah, dlaczego jestem taki troskliwy? Tak bardzo troskliwy o Sivika? Czy to coś znaczy? — Powinieneś już wiedzieć, że pewne rzeczy mi się nie podobają i, kurwa, zauroczenie? Hipnoza? Co, losie, Carr, znamy się trzy dni, istnieją granice niektórych zachowań, zdajesz sobie z tego sprawę? Ba, nawet jakbyśmy znali się dziesięć lat, to nie masz do tego prawa. — Byłem gotowy, aby zabrać głos, zacząć przepraszać, może nawet ponownie rzucić się na kolana. Otwierałem już usta, aby zacząć się tłumaczyć, gdy usłyszałem dźwięk, podobny do kota na dachu. Głuche odgłosy dochodziły z przybudówki, której czarne, zniszczone przez pogodę gonty dało się ujrzeć z okna naszego pokoju. Z trudem wmówiłem sobie, że to kolejny efekt burzy. — Nie będę krzyczał, nie będę robić nie wiadomo jakiej szopki, ale chcę, żebyś wiedział, że to nie jest w porządku. Nie możesz robić takich rzeczy, nosz do kurwy nędzy.
Całą wypowiedź, mężczyzna skwitował westchnięciem. Następnie podciągnął nogę i dotknął swojej głowy. Na pewno miał w głowie chaos. Sam miałem podobnie. Być może rzeczywistości potrzebowaliśmy przerwy? Nie. Nie zostawię go w takiej chwili. Obydwoje potrzebujemy ramienia, na które możemy opaść, kogoś, komu możemy się zwierzyć.
Wyciągnąłem dłoń w stronę bruneta, chcąc go dotknąć, przekazać pozytywne emocje czy coś w tym stylu. Spojrzałem przez to przez okno nad jego ramieniem. Burza rozpętała się na dobre, pioruny przecinały niebo. Jednak pewien element się nie zgadzał. Temperatura zarówno w pomieszczeniu jak i na zewnątrz gwałtownie spadła. Do tego stopnia, że pojawiły się u mnie dreszcze. I to bardziej intensywne, niż przy obecności ducha czy demona. Skupiłem wzrok na ruchu, ledwie widocznym zza ściany deszczu.
Dopiero po chwili zrozumiałem, co widzę. Ktoś stał na dachu przybudówki, a sądząc po negatywnej energii, nie miał dobrych intencji. Prawie w ostatniej momencie, pociągnąłem mężczyznę na podłogę, nim magiczna eksplozja rozsadziła prawie całą ścianę pokoju. To była moja szansa, aby odwdzięczyć się Sivikowi za to, co zrobił. Bo w końcu, co nie pokazuje lepiej oddania niż uratowanie życia, czyż nie?
Podniosłem głowę, chcąc zobaczyć, czy ta postać, którą ujrzałem, nadal się znajduje. Bo przecież nie mogła zniknąć w ciągu tych kilku sekund. Po prostu nie mogła. To niemożliwe.
Instynkt mnie zawiódł. Wiązka mocy, ciemnozielonej magii, przemknęła tuż obok mojego ucha, powodując nieprzyjemny pisk po tej stronie. W tym momencie, wpadłem w uzasadnioną panikę. Nie patrząc na zdanie mężczyzny, wyciągnąłem go z pokoju.
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Wyszeptałem drżącym głosem, kierując się w stronę schodów. Ta droga ucieczki została odcięta przez płomienie. Zostały nam dwa wyjścia. Walczyć albo próbować wyskoczyć przez okno. O drugą możliwość osobiście nie musiałem się martwić, mam skrzydła. Czego nie można powiedzieć o towarzyszu. Z bezsilnością zacisnąłem dłonie w pięści, czując, że zbiera mi się płakać. Tak bardzo nie chciałem tego robić, ale byłem w sytuacji podbramkowej. Musiałem działać szybko, poddać się intynktowi. Z tego powodu, wypuściłem anielską moc, pozwalając jej czynić, co tylko zechce. Na wszelki wypadek, objąłem mężczyznę rękoma oraz skrzydłami, gdyby ponownie miał się zachwiać jak za pierwszym razem.
Nie spodziewałem się, że tym razem pod naszymi nogami otworzy się przejście. Podświadomie zauważyłem, iż o istnieniu tej zdolności nie miałem pojęcia. Nigdy nie byłem w stanie jej użyć. Może to oznaka boskiej interwencji?
Nadal jednak nie wiedziałem, gdzie się pojawimy. Pęd powietrza utrudnił mi wypowiedzenie czegokolwiek, więc jedynie wziąłem towarzysza za rękę i przekazalem mu, co czuję - nadzieję, że nie zginiemy, ciśnięci o jakąś skałę. Gdzieś w oddali, na dnie pustki, pojawiła się szczelina, a pod nią cel "podróży", jaką było leśne jezioro, mogące znajdować się gdziekolwiek na świecie.
— Jak mam nie być zły? — Wymruczał mężczyzna, wracając do dawnej pozycji. Pomyślałem, że to dobrze, że się wyprostował, bo przynajmniej nie upadnie i się nie potłucze. Ah, dlaczego jestem taki troskliwy? Tak bardzo troskliwy o Sivika? Czy to coś znaczy? — Powinieneś już wiedzieć, że pewne rzeczy mi się nie podobają i, kurwa, zauroczenie? Hipnoza? Co, losie, Carr, znamy się trzy dni, istnieją granice niektórych zachowań, zdajesz sobie z tego sprawę? Ba, nawet jakbyśmy znali się dziesięć lat, to nie masz do tego prawa. — Byłem gotowy, aby zabrać głos, zacząć przepraszać, może nawet ponownie rzucić się na kolana. Otwierałem już usta, aby zacząć się tłumaczyć, gdy usłyszałem dźwięk, podobny do kota na dachu. Głuche odgłosy dochodziły z przybudówki, której czarne, zniszczone przez pogodę gonty dało się ujrzeć z okna naszego pokoju. Z trudem wmówiłem sobie, że to kolejny efekt burzy. — Nie będę krzyczał, nie będę robić nie wiadomo jakiej szopki, ale chcę, żebyś wiedział, że to nie jest w porządku. Nie możesz robić takich rzeczy, nosz do kurwy nędzy.
Całą wypowiedź, mężczyzna skwitował westchnięciem. Następnie podciągnął nogę i dotknął swojej głowy. Na pewno miał w głowie chaos. Sam miałem podobnie. Być może rzeczywistości potrzebowaliśmy przerwy? Nie. Nie zostawię go w takiej chwili. Obydwoje potrzebujemy ramienia, na które możemy opaść, kogoś, komu możemy się zwierzyć.
Wyciągnąłem dłoń w stronę bruneta, chcąc go dotknąć, przekazać pozytywne emocje czy coś w tym stylu. Spojrzałem przez to przez okno nad jego ramieniem. Burza rozpętała się na dobre, pioruny przecinały niebo. Jednak pewien element się nie zgadzał. Temperatura zarówno w pomieszczeniu jak i na zewnątrz gwałtownie spadła. Do tego stopnia, że pojawiły się u mnie dreszcze. I to bardziej intensywne, niż przy obecności ducha czy demona. Skupiłem wzrok na ruchu, ledwie widocznym zza ściany deszczu.
Dopiero po chwili zrozumiałem, co widzę. Ktoś stał na dachu przybudówki, a sądząc po negatywnej energii, nie miał dobrych intencji. Prawie w ostatniej momencie, pociągnąłem mężczyznę na podłogę, nim magiczna eksplozja rozsadziła prawie całą ścianę pokoju. To była moja szansa, aby odwdzięczyć się Sivikowi za to, co zrobił. Bo w końcu, co nie pokazuje lepiej oddania niż uratowanie życia, czyż nie?
Podniosłem głowę, chcąc zobaczyć, czy ta postać, którą ujrzałem, nadal się znajduje. Bo przecież nie mogła zniknąć w ciągu tych kilku sekund. Po prostu nie mogła. To niemożliwe.
Instynkt mnie zawiódł. Wiązka mocy, ciemnozielonej magii, przemknęła tuż obok mojego ucha, powodując nieprzyjemny pisk po tej stronie. W tym momencie, wpadłem w uzasadnioną panikę. Nie patrząc na zdanie mężczyzny, wyciągnąłem go z pokoju.
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Wyszeptałem drżącym głosem, kierując się w stronę schodów. Ta droga ucieczki została odcięta przez płomienie. Zostały nam dwa wyjścia. Walczyć albo próbować wyskoczyć przez okno. O drugą możliwość osobiście nie musiałem się martwić, mam skrzydła. Czego nie można powiedzieć o towarzyszu. Z bezsilnością zacisnąłem dłonie w pięści, czując, że zbiera mi się płakać. Tak bardzo nie chciałem tego robić, ale byłem w sytuacji podbramkowej. Musiałem działać szybko, poddać się intynktowi. Z tego powodu, wypuściłem anielską moc, pozwalając jej czynić, co tylko zechce. Na wszelki wypadek, objąłem mężczyznę rękoma oraz skrzydłami, gdyby ponownie miał się zachwiać jak za pierwszym razem.
Nie spodziewałem się, że tym razem pod naszymi nogami otworzy się przejście. Podświadomie zauważyłem, iż o istnieniu tej zdolności nie miałem pojęcia. Nigdy nie byłem w stanie jej użyć. Może to oznaka boskiej interwencji?
Nadal jednak nie wiedziałem, gdzie się pojawimy. Pęd powietrza utrudnił mi wypowiedzenie czegokolwiek, więc jedynie wziąłem towarzysza za rękę i przekazalem mu, co czuję - nadzieję, że nie zginiemy, ciśnięci o jakąś skałę. Gdzieś w oddali, na dnie pustki, pojawiła się szczelina, a pod nią cel "podróży", jaką było leśne jezioro, mogące znajdować się gdziekolwiek na świecie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)