sobota, 30 czerwca 2018

Od Takako do Dolorem

Zawsze sprawiłam problemy innym. Chociaż, że chciałam pomóc to i tak nie potrafiłam. Swój wzrok i głowę zniżyłam. Nie miałam kompletnie żadnego pomysłu w jaki sposób mogłabym odwdzięczyć się dziewczynie za jej dobroć.  Dziewczyna wstała co dokładnie usłyszałam. Ona sama pomogła mi wstać na równe nogi. Była miła w dodatku robiła wszystko z gracją i kulturą. Przynajmniej tak usłyszałam od chłopaków. Ja tylko mogłam oceniać ją po tobie głosu oraz zachowaniu wobec mnie i osób znajdujących się do okoła.
- Co jestem w stanie zrobić? - dobre pytanie, powtórzyłam sobie je po cichu w myślach. Trochę się bałam, że nie będę w stanie w niczym pomóc. Każdy się stara i jest w stanie pomóc, a ja znowu jestem bezradna.
- Powinnam być w stanie rozróżnić zioła, gdyż jestem w stanie rozpoznać je po zapachu. Mogę również podlać kwiatki, ale to i tak mogę zrobić źle... - zaczęłam wymieniać w głowie, ale tak naprawdę mówiłam wszystko na głos. - Jestem bezużyteczna we wszystkim, jakim cudem mogę komuś pomóc gdy to wszyscy wciąż pomagają mi - nagle zorientowałam się, że wszystko to co mówiłam sobie w myślach tak naprawdę wypowiedziałam na głos. Dolorem wszystko usłyszała, a mi nie pozostało nic innego jak tylko zawstydzić się i zniżyć swoją głowę ponownie w dół. Koniec końców bałam się, że znowu ktoś się na mnie zawiedzie. Czarne scenariusze w mojej głowie zaczęły przelatywać jeden po drugim. Wróciłam do swojej poprzedniej pozycji, skulając się w kulkę, aby zakryć swoje zawstydzenie oraz bezradność.
<Dolorem?> (///▽///)

środa, 27 czerwca 2018

Od Annmeii do Carreou

Dziewczyna przez chwilę milczała. Zaskoczyły ją słowa Carreou. Wydawało się jej, że dobrze udawała. Wygląda na to, że nie wystarczająco. Poczuła też wpływ innej magii. Nie zablokowała jej. Nie miała na to siły. Usiadła na chłodnych kamieniach obok drobnego blondyna. Wolną dłonią, delikatnie pogładziła go po włosach, aby zyskać na czasie.
- Panie Carreou... - zaczęła niepewnie.
Nie wiedziała czy może mu zaufać. Chociaż widziała, że mężczyzna czuł się lepiej. Jeszcze trzy czy cztery dni i powinno być wszystko dobrze. A jeśli się nie myliła i ta magia pochodziła od niego, nawet szybciej, bo się uleczy. Tak jak mistrz nie popierała tego typu zachowania. Chyba, że w ostateczności, gdy grozi ci ogromne niebezpieczeństwo czy jesteś potrzebny, a ranny czy chory, jesteś bezużytecznym. W każdym razie, niedługo miała go zabrać stąd. W mieście pewnie już huczało od nowiny, że przywódca jednej z największych i najsławniejszych trup artystycznych nie żyje. Zdecydowała się wyznać mu prawdę. Spojrzała na tę niewinną twarz. Wyglądał jak ci święci z obrazów, które widziała kiedyś w katedrze, gdy kuzynka Roxali brała ślub.
- Dzisiaj o poranku... - wyszeptała, czując gulę w gardle.
Wzięła głęboki oddech. Gula jednak nie zniknęła.
- Umarł człowiek, który przez ostatnie kilka lat zastąpił mi ojca, a jego rodzina stała się moją. - Powiedziała w końcu.
Pojedyncze łzy zaczęły spływać po jej twarzy, a ramionami wstrząsnął szloch.
- A ja nie mogłam mu pomóc. Tyle dla mnie zrobił, a gdy mogłam mu się w końcu odwdzięczyć to tego nie chciał. A bez zgody mi nie wolno było nic zrobić. To moja wina, że już go nie ma.
Ukryła twarz w dłoniach. Co z tego, że jestem magiem? To nic nie znaczy! 
- Chcę wrócić do domu. - szepnęła tak cicho, aby Carreou nie mógł jej usłyszeć.
Nagle poczuła, że czyjeś ramiona ją obejmują.
- Już dobrze. - usłyszała słowa Carreou. - Wszystko, będzie dobrze. Ojciec zawsze ma plan. A po chwilach smutku przychodzi radość.
Podniosła wzrok i przyjrzała się chłopakowi. Chciałaby posiadać taką wiarę jak on. Dawno już straciła wiarę w bogów. Może są tam gdzieś w swoich siedzibach, jednak nie ma ich na Ziemi. A losy ludzi są im całkiem obojętne. Czy to byli ich wierni wyznawcy czy osoby, które w nich nie wierzyły. Tak na dobrą sprawę byli sami na tym świecie.
- Plan? - szepnęła. - Wybacz Panie Carreou, ale nie wierzę w coś takiego.  W sensie w siłę, która kieruje naszym życiem.
Wstała, wyswobadzając się z objęć mężczyzny. Delikatnie postawiła go na nogi.
- Powinien pan jeszcze odpoczywać. - Rzekła podrzucając do ognia i stawiając kociołek z resztkami z wczorajszej kolacji. Na jedną porcję starczało. I tak nie miała ochoty teraz jeść.
Myślami była gdzie indziej. Zastanawiała się kim jest Carreou. Do głowy przychodziła jej jedynie myśl, że jest kapłanem. Jednak w jego ubiorze nie widziała emblematów z żadnej świątyni. No może poza krucyfiksem. Ale czemu takto sprzedawał obrazy? Zbyt wiele pytań kłębiło się jej w głowie.
- Rozumiem, że możesz mieć wątpliwości - usłyszała słowa Carreou. - Lecz to normalne w takich sytuacjach. Musisz jednak pamiętać, że w każdej chwili swojego życia, nawet tej najciemniejszej, odnajdziesz światło w Ojcu. Nie jestem od tego, aby cię przekonywać, ale... Po prostu nigdy o tym nie zapominaj.
Uśmiechnęła się smutno na jego słowa. Tyle wiary w jednym człowieku. Tak bardzo przypominał jej ją, jeszcze całe lata temu. Nie potrafiła go zrozumieć. Przecież skoro jest wyznawcą swojego "Ojca" to czemu wciąż wierzy mimo tego co się wydarzyło kilka dni temu? A także zdarzało się wcześniej? Czy jeszcze nie pojął, że pomimo tak silnej wiary jest sam.
- Trochę trudno mi w to uwierzyć. - Powiedziała patrząc w płomienie.
Czuła ich siłę i doskonale wiedziała co mogą zrobić. Mogła sięgnąć po ich moc i... Szybko pokręciła głową powstrzymując się przed tym pragnieniem. Ogień lekko zamigotał. Miała nadzieję, że Carreou tego nie zauważył. Jednak on wyglądał na zamyślonego. Na wszelki wypadek ukryła jeszcze bardziej swoją aurę magiczną.
- Błogosławieni ci, co nie widzieli, a uwierzyli. - rzekł w końcu.
- Błogosławieni, mówisz - szepnęła.
Przerzuciła włosy na plecy. Między nimi zapadła cisza. W końcu potrawka się zagrzała. Nałożyła jedzenie dla Carreou. Nalała też wody do kubka. Bez słowa wróciła do paleniska i zaczęła grzebać w nim pogrzebaczem.
- Panie Carreou... - zaczęła zwracając na siebie jego uwagę. - Wybacz mi, że nie potrafię obdarzyć wiarą tego samego co pan. Ale przez lata doszłam do wniosku, że tylko nad swoim życiem mam realną kontrolę. -Chociaż też nie zawsze. Dodała w myślach. - I żadne bóstwo ani nic innego na to nie wpływa. I muszę się trzymać tej myśli.

Nieświadomie jej dłoń powędrowała do lewego ramienia. Zdążyła ją jednak zatrzymać w pół drogi, nim dotknęła ukrytego, pod warstwami bandaża i ubrania, piętna niewolnicy. Czasem wciąż czuła ogień i ból w tym miejscu tak samo prawdziwy jak lata temu. Mimo, że minęło tyle czasu. Wciąż często rozglądała się w tłumie, w obawie iż ujrzy ją któraś z kurtyzan. Doniesie swojej Pani, a potem będzie zmuszona wrócić do nich. Wedle prawa wciąż pozostawała niewolnicą, towarem, a ona moją właścicielką. I nawet ujawnienie nazwiska czy poparcie znamienitej Grupy Fariana, czy Naemy by jej przed tym losem nie uratowało. Swoją drogą zastanawiała się czy nazwisko wciąż coś znaczy. Obawiała się również, że może spotkać tych którzy sprzedali ją wtedy w niewolę. Mimo, że zmieniła się nie mal do poznania. Wciąż czasem w ciemności słyszała słowa ich przywódcy: Jesteś taką śliczną, choć głupią, dziewczyną. Wziąłbym sobie ciebie, gdybyś tylko była starsza i oczywiście nie była paskudną wiedźmą. 
Wtedy nie zabił byś mojej rodziny i puścił nas wolno. Odwarknęła mu wtedy. Nie było to zbyt mądre. Mocnym uderzeniem posłał ją wtedy w zaspę przy drodze. Ogień rozgorzał wtedy w jej oczach, jednak nie zapłonął w rękach, a szkoda. "Nie zapomnę cię." Warknął oprych. "Takich oczu się nie zapomina." 

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Carreou. To przywołało ją do rzeczywistości. Musiała się do tego zdystansować pomimo, że w obecnej sytuacji było to ciężkie. Oni wszyscy odeszli do Krainy Zmarłych. A próba sprowadzenia ich na ziemię, byłaby ogromnym grzechem, a także zasmuciłaby ich. A także byłaby wbrew zasadom na jakich się wychowywała. Nie była nekromantą. Musiała się pogodzić z tym, że nie należeli już do tego świata. Każdego to czekało. Czy świętych czy grzeszników. Królów i żebraków. Jedna myśl często zaprzątała jej głowę. Co się stało z ludźmi, którzy rozeszli się po całym świecie.. Dawno temu zdążyła im wybaczyć, że w tamtym czasie jej nie bronili. Że nie zbuntowali się, gdy byli ciągnięci przez całą Aranayę w największym śniegu. Każda reakcja z ich strony była niebezpieczna. Rozumiała, że bali się o życia swoje i swoich bliskich. Dzięki życiu i słuchaniu mądrości magów, wiedzieli kiedy odpuścić. Mimo, że wcześniej odważnie walczyli u ich boku, broniąc wspólnego domu, swoich rodzin i przyjaciół. A kiedy przegrali i magowie musieli uciekać przed rzezią, oni wiedzieli, że muszą się poddać, bo agresorzy ich nie skrzywdzą. Bo to nie było ich celem. Zamierzali zniszczyć "zło w jego gnieździe". Chcieli zniszczyć magów co im się udało. Owiana legendą Gildia z Księżycowej Doliny już nie istniała.
- Mea powiedz coś. - usłyszała szept Carreou.
- Oh. Wybacz mi Panie Carreou. Trochę się zamyśliłam. - Spróbowała się uśmiechnąć. Wyszła jednak marna parodia uśmiech. - Odkładając na bok wcześniejszą rozmowę, niech mi pan powie proszę jak się Pan czuje?
Mimo, że wciąż czuła się mocno przygnębiona dalej martwiła się o podopiecznego. Zaczęła się nawet zastanawiać, jak go w tym zamieszaniu wyprowadzić z zamku. W końcu musiała się nim wciąż zajmować i być przy rodzinie Fariana. Na razie jednak próbowała nie zawracać sobie tym głowy. Jakoś dam sobie z tym radę. Postanowiła. Jak zawsze zresztą. Dodała po chwili.

<Carreou?>

sobota, 23 czerwca 2018

Od Dolorem do Takako

Spojrzałam przez ramię na dziewczynę, klęczącą za mną, by po chwili się do niej odwrócić.
- Dolorem... - zaczęła nieśmiało. Od razu poczułam, że w czymś jest problem.
- Tak, słucham? - zapytałam ze stoickim spokojem.
- Jakie to rośliny, które zbierasz? - Takako wyraźnie chciała zacząć rozmowę od czegoś innego. Chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, postanowiłam odpowiedzieć na wszystkie wymijające pytania, jakie mi zada. Albo raczej prawie wszystkie.
- Głównie są tu przyprawy i zioła, które często wykorzystuję do gotowania. Tymianek, szczypiorek, bazylia i jeszcze kilka innych. - zaczęłam wymieniać.
- Wybacz, że sprawiam ci problemy, ale czy mogę zrobić coś innego dla ciebie niż zbieranie owoców z drzew? Wiesz, ja sobie trochę nie radzę z odróżnianiem dobrych jabłek od tych, co muszą zostać i od tych, co są złe. Naprawdę przepraszam za kłopot jaki ci wciąż przysparzam. - Takako spuściła wzrok. Nagła zmiana tematu mnie zaskoczyła. Jednak faktycznie zapomniałam o tym, że dziewczyna jest niewidoma. I co ja mam z nią zrobić? Nie chcę wpuszczać jej do kuchni, nie jest w stanie pracować w ogrodzie, a ze zwierzętami pewnie też sobie nie poradzi.
Westchnęłam cicho i odwróciłam się w stronę dziewczyny.
- Co więc jesteś w stanie zrobić? - wstałam i pomogłam zrobić dziewczynie to samo.

<Takako? Nie szkodzi ^^ >

środa, 20 czerwca 2018

Od Takako do Dolorem

Sad. Czyli dziewczyna miała koło swojej posiadłości sad. Po skończeniu kolacji od prawie od razu wybraliśmy się w tamtą stronę. Zapach owoców zaczął mnie otaczać tym samym zrobiłam się weselsza. Kochałam takie miejsca jak to. Dolorem na opuściła, a myśmy zaczęli pomagać. Przynajmniej ja się starałam, ale nie szło mi tak sprawnie jak chłopakom. Trudno było mi zbierać jabłka z drzewa. Zwłaszcza, że drzewa obrodzone były w tym roku sporą ilością owoców. Zeszłam z drabiny i skierowałam się ostrożnie do Dolorem. Wiatr jaki wiał był przyjemny, ale tym samym mówił, że dzisiaj trochę popada.
- Dolorem - przykucnełam bardziej za nią.
- Tak, słucham? - poczułam jak skierowała swój wzrok na mnie.
- Jakie to rośliny, które zbierasz? - zapytałam się o coś innego, nie miałam odwagi, aby powiedzieć jej, że nie daje rady sobie ze zrywaniem jabłek.
- Głównie są tu przyprawy i zioła, które często wykorzystuje do gotowania. Tymianek, szczypiorek, bazylia i jeszcze kilka innych - odpowiedziała na moje pytanie.
- Wybacz, że sprawiam ci problemy, ale czy mogę zrobić coś innego dla ciebie niż zbieranie owoców z drzew? Wiesz ja sobie trochę nie radzę z odróżnianiem dobrych jabłek od tych co muszą zostać i od tych co są złe. Naprawdę przepraszam za kłopot jaki ci wciąż przysparzam - schyliłam swój wzrok ze zawstydzenia i zażenowania.
<Dolorem?> wybacz za opowiadanie i za to, że musiałaś tak długo czekać...

Od Sivika do Carreou

Widziałem to całe spięcie się ciała, drgnięcie mięśni, które głośno mówiło, świadczyło o tym, że mężczyzna chciał się ruszyć, zadziałać, zrobić coś, najwidoczniej pomóc mi nawet z przygotowaniem legowiska, jak z dosłownie wszystkim, co robiłem i co miałem zamiar robić. Zreflektował się w ostatniej chwili, zrezygnował, cofnął i wyglądał, jak mocno kopnięty, potrącony kociak, który za bardzo nie wie, co ze sobą począć. Objął sam siebie ramionami, obserwował mnie i ciągle podrygiwał, jakby kierowany jakimś instynktem, wyraźnie zalecającym mu podejście i zaoferowanie pomocy.
A potem po prostu się ruszył w stronę okna, grzebiąc gdzieś pod koszulą i za chwilę wyciągając zza materiału mały krzyżyk.
— Pozwolisz — mruknął cicho, dość wyciszony, uspokojony w całej tej sytuacji — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
A potem, nim kiwnąłem głową i wróciłem do własnych zajęć, klęknął na tej zdartej, mającej już swoje lata podłodze i przystąpił do modlitwy, składając dłonie i zamykając oczy.
Jak to przy sprawach duchowych bywało, zdecydowałem się mu nie przeszkadzać, tylko dalej babrać się w swoich interesach, ścieleniu łóżka, poprawianiu poduszek i ogarnianiu się przed popołudniową, czy jakąś tam drzemką, bo dalej mnie w kręgosłupie niemiłosiernie kłuło.
Potem tylko obiło mi się o uszy, że coś tam o mnie mruknął, ale nie starałem się bardziej zgłębiać w temacie, nie było przecież ładnym, wściubiać nos w nie swoje sprawy, nawet jeśli istniało prawdopodobieństwo, że właśnie ze swoim ojcem o mnie plotkował, czy co tam mógł robić.
A kiedy już się ogarnął, wstał, popoprawiał i spojrzał na mnie, to ja skinąłem głową.
— Pozwolisz — odparłem w prawie identycznym tonie, tym razem zbliżając się do łóżka i siadając na nim, jednym, ciężkim ruchem. — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.

wtorek, 19 czerwca 2018

Od Ashley do Cyrusa

Nie czekając dłużej, ruszyłam ku łaźni, zarzucając sobie materiał na ramię.
- Zużyję ci całą - oznajmiłam zadowolona i zamknęłam za sobą drzwi. Tak dawno nie myłam się ciepłą wodą... jeśli nie korzystałam z publicznych łaźni z zimną wodą, brałam kąpiel w jeziorze czy wodospadzie, by chociaż zmyć z siebie smród. To była jedna wada, która przeszkadzała mi w życiu; brak własnej ciepłej wody. Gdy ciecz oblała moje nagie ciało, poczułam się jak w niebie. To było całkowicie inne uczucie, niż przy lodowatej wodzie, w której nie chciałeś spędzić więcej, niż trzy minuty. W tej chwili zamarzył mi się własny dom, taki mały, cztery szare ściany, ale z własną łaźnią... może by kupić sobie jakiś i osiedlić się gdzieś na stałe?
Siedziałam w pomieszczeniu dobrą godzinę i wcale nie zużyłam mu wody, wręcz przeciwnie. Uszanowałam jego słowa, dotyczące niemarnowania wody i starałam się wykorzystać jej jak najmniej - dlatego praktycznie polewałam się gorącą wodą, której temperatura była dla mnie idealna. Przez resztę czasu, po prostu sobie siedziałam i cieszyłam się ciepłem wokół. Gdy dobiegł do mnie odgłos pukania w drzwi i pytanie, czy żyję, zaczęłam się zbierać. Ostatni raz poczułam na sobie krople gorącej cieczy, starając się zapamiętać to przyjemne uczucie. Wróciłam do swoich ubrań i wyszłam z łaźni.
- Ciepła woda się skończyła! - oznajmiłam wchodząc do pokoju. Musiał siedzieć w kuchni, skoro go tutaj nie było. Skłamałam jeśli chodzi o wodę, chciałam po prostu, by uwierzył w to kłamstwo i nalał sobie najgorętszej wody myśląc, że to ostatnie resztki ciepłej. Chciałam sobie po prostu z niego pożartować.
Wskoczyłam na jego wolne łóżko i wygodnie się w nim ułożyłam. By nie stracić ciepła po wodzie, owinęłam się w kołdrę niczym naleśnik. Zamknęłam oczy i oddałam się chwili.
- Nie za wygodnie? - usłyszałam ponury głos Cyrka. - Chyba nie sądzisz, że będziesz spała na moim łóżku - mruknął. Nie spojrzałam na niego, zamiast tego posłałam mu uśmiech.
- Przecież wiem. Daj mi tu chwilę poleżeć, tak dawno nie miałam styczności z czymś tak miękkim. Jak będziesz chciał się położyć, daj znać. Ja śpię na górze.
- Na górze? Chyba nie zauważyłaś, ale to nie jest piętrowe łóżko - otworzyłam jedno oko.
- Uważasz, że jestem głupia? - zaśmiałam się. Użyłam mocy; zamieniłam się w ducha i uniosłam ponad łóżko, ale bez kołdry. - Często śpię w powietrzu, na wypadek jakichś zwierząt. Nie mam ochoty czatować w nocy i dorzucać do ogniska, by je odstraszyć - po zademonstrowaniu mojego sposobu snu, wróciłam na łóżko i do kołderki.

<Cyrus?>

Od Cyrusa do Ashley

Zmierzyłem ją pobieżnie wzrokiem, z każdą sekundą coraz bardziej upewniając się w przekonaniu, że jednak proponowanie dziewczynie przyjść do mego domu to był pomysł nie o tyle zły, co aż fatalny. Jak to się mówi, co się stało, to się nie odstanie. Klamka zapadła. Kości zostały rzucone i tysiąc innych epitetów, które mogłyby opisać daną sytuację. Dlatego machnąłem ręką na słowa dziewczyny, po czym podszedłem do komody. Otworzyłem jedną z szuflad i zacząłem przeglądać jej zawartość.
— Naprzeciwko sypialni znajduje się łaźnia — mruknąłem jakby od niechcenia. Wnioskując po trzasku paneli podłogowych, towarzyszącemu przenoszenia ciężaru z jednej nogi na drugą, dziewczyna musiała się już nudzić. Nie zwróciłem na to wybitnej uwagi, bo cierpliwość jest cnotą, którą trzeba wyrobić sobie tak czy owak. A jeśli komuś brakuje tej cechy... Cóż. Któżby był lepszym obiektem do trenowania swego charakteru niż uparty smok?
Po chwili poszukiwań, odnalazłem to, czego szukałem. Obróciłem w palcach miękki materiał, ukradkowo nawet nabierając w nozdrza woń. Przywodziła ona na myśl las, pola oraz kwiaty, rosnące w pełnym słońcu. Co za tym szło, również dom, jego okolice i wszystko, co zostało mi odebrane przez własną, głupią decyzję. Nie chcąc coraz bardziej zatracać się w przeszłości, rzuciłem tkaninę w stronę Ashley, po czym odwróciłem się. Dziewczyna oglądała właśnie obiekt w swoich ramionach, unosząc pytająco brwi. Splotłem ręce za plecami, po czym minąłem ją, kierując się do kuchni. W progu zatrzymałem się i zerknąłem przez ramię na towarzyszkę.
— Oszczędzaj tylko wodę.

< Ash?>

niedziela, 10 czerwca 2018

Od Carreou do Annameii

Bałem się po raz kolejny zasnąć. Głównie przez koszmary, które nawiedzały mnie od początku "wizyty", dotyczące głównie wydarzeń z przeszłości. Jednak był jeszcze jeden rodzaj snów. Ten, którego nienawidziłem bardziej niż ponowne przeżywanie wojny czy śmierci ojca. Mgliste, wizje przyszłości. Zawsze takie same. Tak samo mroczne, tajemnicze. Niezrozumiałe.

Górzyste pole bitwy wyglądało na pokryte warstwą szarawego popiołu, który pojawił się wraz z przybyciem anioła. Boski posłaniec stąpał dumnie między stosami ciał poległych, patrząc na nich z góry z dumą, a za razem pogardą dla nic nie znaczących istnień ludzkich.
Wiatr zerwał się niespodziewanie, łopocząc podartym sztandarem, wbitym gdzieś samotnie w pełną od krwi ziemię. Anioł spojrzał na to pobieżnie, lecz nie zwrócił większej uwagi na źródło dźwięku. Skupił się bardziej na niebie, gdzie to chmury rozstępowały się niczym wody morza przed Mojżeszem.
Zaśmiał się krótko, bez krzty wesołości w głosie.  Wzniósł ku górze płonący, półtoraręczny miecz. Wycelował nim w tworzące się przejście między światem ludzkim a niebiańskim.
— Nie powstrzymacie mnie — szepcze, kiedy to na jego twarzy zaczyna błądzić szaleńczy uśmiech — Nie powstrzymacie Drugiego Lucyfera

Obudziłem się przerażony i zlany potem. Nie wiem, jak długo spałem. Kołysanki Mei były niezwykle kojące, więc odpływałem po nich jak dziecko. Nigdy nie zrobiłbym tego przy obcej osobie (Nie licząc pewnego Piórkowego Człowieka), a teraz? To aż niewyobrażalne jak zmieniłem się przez jeden jedyny akt dobroci.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że mogę siedzieć prosto i to bez większych problemów. Czyżbym odzyskał siły?  Jeśli tak, to pewnie będę nawet w stanie wyleczyć swoje ciało.
Dotknąłem swoich ramion, skupiając się na pokładach mocy, ukrytych w głębi mego jestestwa. Powoli wyprowadziłem nici energii, aby te przemknęły jak zagubione ogniki po skórze, próbując naprawić to, co inni ludzie zniszczyli. Pomyślałem przelotem, że takie potraktowanie boskiego sługi jest obrazą dla samego Stwórcy. To tak samo jakby kopnąć rzeźbę artysty na jego oczach. Tak się po prostu nie robi.
Musnąłem palcami szorstką pościel, ułożyłem dłonie odpowiednim miejscu, abym miał jak najlepsze oparcie. Wziąłem kilka głębokich wdechów. Przygryzłem wargę i poderwałem nadal obolałe ciało na kilka centymetrów. Ręce momentalnie zaczęły drżeć, straciłem równowagę i opadłem na siennik. Chwilę leżałem nieruchomo, z policzkiem wtulonym w poduszkę, zbierając siły i próbując przeanalizować dokładniej swoją pozycję. Wiedziałem, że momentami zachowuję się bardziej jak te przedziwne istoty, zwane w którymś ze światów "androidami" (tak przynajmniej opowiadał mi kiedyś Eneki, jednak on zawsze lubił się przechwalać oraz podbarwiać swe historie nieprawdziwymi szczegółami). Patrzę na wszytko jak na ciąg zadań, które muszę wykonać. Chociaż, nie różni się to w zbyt dużym stopniu od sposobu, w jaki zachowuję się jako anioł. Również jestem gotowy wykonać polecenie, jeśli otrzymam impuls z góry. Nie mam jako takiej wolnej woli, lecz to się ostatnimi czasy poprawiło. Posiadam marzenia, własne myśli... Cudowne wręcz uczucie. Mam sporo ograniczeń, nakazów, zakazów i tym podobnych. Pod groźbą kary, muszę się do nich stosować.
— Carreou — szepnąłem, ponownie siadając na łóżku — Dasz sobie radę.
Podjąłem kolejną próbę. Tym razem wstałem szybciej, aby jak najkrócej utrzymywać się na rękach. Będąc już w pionie, rozłożyłem ręce na bok jak akrobata i zwalczyłem zawroty głowy. Po kilku minutach mogłem już przemieszczać się, nadal jednak będąc zmuszonym do łapania się co jakiś czas mebli. Zrobiłem niewielką wycieczkę po pokoju, chłonąc dokładnie każdy szczegół taki jak ułożenie przedmiotów czy ich wielkość. Po chwili chodzenia w tę i z powrotem, spojrzałem na wyjście. Walcząc sam ze sobą, chwiejnie podszedłem do niego i z sercem bijącym jak oszalałe w piersi, zrobiłem krok do przodu, w stronę korytarza . Nie powinienem tego robić. Mea zdenerwuje się, jeśli wyjdę bez słowa, a jej zawodu sprawiać nie chciałem. Zbyt wiele dla mnie zrobiła, aby odwdzięczyć się w taki sposób. Dodatkowo, jeśli to, co mówiła o tych mniej żywych mieszkańcach podziemi jest prawdą... Zadrżałem na samą myśl o spotkaniu ducha. Ciekawość jednak zwyciężyła i postanowiłem wyjrzeć z pomieszczenia chociaż na chwilę. Tylko po to, żeby sprawdzić, na jakich fundamentach stoję. Z tego powodu bez dłuższego zwlekania, wystawiłem głowę na zewnątrz. Nic takiego się nie wydarzyło na początku. Jednak z czasem, kiedy to próbowałem nakreślić w głowie pobieżny plan okolicy, usłyszałem kroki. Ktoś szedł w stronę mojej kryjówki. Nie myśląc zbyt długo, schowałem się w bezpiecznym pomieszczeniu i momentalnie znalazłem się przy palenisku, gdzie wesoło trzaskał ogień. Dlaczego uznałem to za dobry pomysł nie byłem zbytnio pewien. Prawdopodobnie dużą rolę odegrała w tym irracjonalna potrzeba przebywania w świetle. W końcu, jasność przegania mrok i wszystko, co tam mieszka.
Kroki nie ucichły, wręcz przeciwnie. Były coraz bliżej, aż ostatecznie dochodziły z okolic załomu. Nie mogłem już powstrzymać drżenie całego swego ciała.
Dźwięk nagle ustal, a nic złego się nie wydarzyło. Obejrzałem się przez ramię, ku swojemu szczęściu widząc ciemnowłosą bohaterkę, anioła w ciele człowieka. Zrzuciła kaptur, podeszła bliżej, stając w plamie migotliwego, ciepłego światła.
— Witaj. Przepraszam, że nie przyszłam rano. Musiałam pilnie gdzieś iść. Mam nadzieję, że Pan nie czuł się tutaj źle, gdy mnie nie było.
Powiedziała to cichym tonem. Całą swoją osobą emanowała smutkiem, rozpaczą, żalem. Coś się stało. Coś, co dogłębnie dziewczynę dotknęło, zraniło wręcz. Wbiłem w nią swoje uważne spojrzenie, próbując zrozumieć powód jej zachowania. Widziałem, że czuje się niekomfortowo, że nie podoba się Meii. Jednak musiałem dowiedzieć się, dlaczego jest taka smutna. Nie spocznę, dopóki nie otrzymam satysfakcjonującej odpowiedzi.
Wstałem więc z podłogi i chwiejnie, ledwie utrzymując równowagę, podszedłem do niej, aby klęknąć następnie przed zdziwioną dziewczyną. Spojrzałem jej długo w oczy, po czym ująłem delikatną, zmęczoną zapewne od ciężkiej pracy dłoń ciemnowłosej w swoje. Użyłem swojej mocy, aby nieco ukoić jej nerwy, dodatkowo uśmiechając się.
— Nie przepraszaj — wyszeptałem, niepewnie przytulając rękę do piersi — Co się stało? Mogę ci jakoś pomóc?


<Annamea?>

sobota, 9 czerwca 2018

Od Carreou do Sivika

Ręka cofnęła się, sprawiając, że znowu mogłem oddychać. Ale mimo tego dusiłem się, czy raczej dławiłem poczuciem winy. To nie powinno tak wyglądać. Po prostu nie powinno.
— Nie mówię tego dlatego, żeby zrobić ci przykrość, czy żeby cię bez powodu opierdolić, dobrze? Chcę dla ciebie i dla mnie jak najlepiej, chcę chociaż odrobiny bezpieczeństwa, jakie nam pozostało, czy coś. I mam pieniądze, ładnych rzeczy mam pod dostatkiem. Jeśli proszą o zapłatę, to płacimy. Czego was w tym Edenie uczyli, że wszystko wam się należy? — Wzruszyłem ramionami, obserwując spode łba, jak mężczyzna poprawia swoje włosy, moim zdaniem bardzo ładnie pasujących do jego osoby — Chyba się położę.
Byłem gotowy zaoferować mu swoją pomoc w pościeleniu łóżka, nawet otworzyłem usta, aby przedstawić Piórkowemu Człowiekowi swój pomysł, kiedy to zreflektowałem się i jedynie skinąłem głową. Pozwoliłem Sivikowi samemu ogarnąć się oraz przygotować do jego przyszłych planów. Przez cały ten czas stałem w rogu, obejmując się za ramiona i jak ta sierota wojenna wodziłem spojrzeniem za postacią mężczyzny. Ostatecznie pokręciłem głową i opuściłem swój punkt obserwacyjny.
— Pozwolisz — powiedziałem cicho, podchodząc do okna i wyciągając spod koszuli krzyżyk — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
I może nawiążę kontakt z którymś z archaniołów, dodałem w myślach, klękając na wysłużonej podłodze i składając ręce do modlitwy. Krucyfiks znalazł swoje miejsce na parapecie, gdzie został oparty o okno. Następnie zamknąłem oczy, opuściłem głowę z uniżeniem i przeżegnałem się. Nie chcąc zbytnio denerwować czy przeszkadzać mojemu towarzyszowi, zniżyłem głos do szeptu i przeszedłem na aramejski. Odmawiałem kolejne inkantacje, gorliwie i żarliwie, jakby od tego zależało moje życie. Być może, po części tak było.
— Panie przenajświętszy w Niebiosach, jeśli mnie słyszysz — Splotłem ze sobą palce dłoni, licząc, że może to sprawi, iż modlitwa trafi tam, gdzie trzeba — dopomóż Sivikowi i utrzymaj go na prawej ścieżce, wolnej od grzechów i pokus. Amen.

Od Dolorem do Takako

Diaval usiadł przy mnie. Zjadłam niewiele, wiedząc, że z pełnym brzuchem pracuje się ciężej. Co jakiś czas podawałam krukowi elementy dań, które by mu nie zaszkodziły.
- Pyszne to jest. - powiedziała dziewczyna, biorąc pierwszy kęs.
- Jesteś wspaniała! - Takako z uśmiechem kontynuowała jedzenie. Tak łatwo mogłabym ich otruć. Ale jeszcze nie teraz.
Po posiłku dziewczyna odłożyła delikatnie sztućce.
- Dziękuję za wyśmienite jedzenie. Dolorem, czy jest może coś, co moglibyśmy zrobić, aby odwdzięczyć ci się za to, co dla nas zrobiłaś? - wulkan energii i pozytywizmu na nowo zaczął kipieć.
- Właściwie to możecie mi pomóc w sadzie. - odparłam po chwili namysłu.
- Jest w nim wiele drzew owocowych. Mi samej zbiory zajęłyby trochę czasu. - dodałam, gładząc przy tym grzbiet kruka.
*
Przebrałam się w strój podobny do tego, który dałam Takako. Jej przyjaciele również otrzymali luźniejsze ubrania.
Zabraliśmy ze sobą kilka drabin i wiele koszy oraz wiader. Zaprowadziłam gości to dużego ogrodu, podzielonego na kwatery. Wszystko musiało mieć swój porządek. Dzięki temu było wiadomo, do czego służy każda jego część. Otworzyłam bramę, umieszczoną w murze i wpuściłam wszystkich do środka.
- Postarajcie się nie uszkodzić gniazd oraz gałęzi lub pnia. Te drzewa mają wiele lat. Nie mieszajcie też zgnitych owoców z jadalnymi, bo wszystkie będą do niczego. Te zepsute wrzucajcie do wiader. Sama się nimi później zajmę. - powiedziałam, ostrożnie stawiając przy tym drabiny obok drzew. Po krótkim instruktarzu, zostawiłam gości z drzewami i Diaval'em. Sama natomiast zajęłam się delikatniejszymi, najmłodszymi i najstarszymi roślinami. Ostrożnie zbierałam plony, następnie umieszczając je delikatnie w kosztach lub wiadrach. Kątem oka jednak obserwowałam co jakiś czas energiczną trójkę.
Przymknęłam powieki, czując na twarzy delikatny, wilgotny wiatr. Zapowiadało się na deszcz. Otworzyłam oczy, słysząc czyjeś kroki.

<Takako?>