czwartek, 28 marca 2019

Exitus acta probat.


Imię: Raphtalia
Nazwisko: Nawet jeśli kiedykolwiek ów posiadała, nie pamięta go. Jako niewolnik i tak pozostaje jedynie numerem.
Pseudonim: Nie przytrafiło się nic pozytywnego, czemu pozwoliłaby pozostać w swojej pamięci. Rodzice zwykli byli zdrabniać jej imię do formy "Raph".
Wiek: 11 lat. Wiek u pół-ludzi bazuje na ich stopniu rozwinięcia umiejętności. Raphtalia jest na jego początkowym stadium.
Płeć: Kobietą nie można jej nazwać, ale tak - płeć piękna.
Wzrost: Nie mierzy więcej niż 130 cm.
Rasa: Pół-człowiek, a mówiąc dokładnie - człekokształtny z cechami szopa pracza.
Zawód: Jest niewolnikiem.
Miejsce zamieszkania: Nie posiada go. Można ją przez to nazwać postacią wędrowną, jednak nie robi tego rzecz jasna ze swojej, nieprzymuszonej woli.
Miejsce urodzenia: Daleko za oceanem.
Charakter: Raphtalia jest wyjątkowo bojaźliwą dziewczynką - nie da się ukryć, że zdarza się jej przerazić własnego cienia. Posiada przeróżne fobie, z którymi często nie daje sobie rady. Listę można by było zacząć od prostego lęku przed widokiem krwi, natomiast skończyć na głębszym urazie do płci przeciwnej. W niedalekiej przeszłości była wyjątkowo przedmiotowo traktowana przez mężczyzn, przez co straciła do nich sporą część zaufania. Nie ma w zwyczaju dzielić się z innymi swoimi emocjami, czy odczuciami głównie przez wcześniej wpajane zakazy poprzednich właścicieli. Choć drzemie wciąż w jej wnętrzu beztroska, dziecięca radość, przynajmniej w pewnym stopniu udało się jej odsunąć ją na drugi plan. W codziennym życiu Raphtali nie ma miejsca na czułości, do czego zdążyła się przyzwyczaić. Słabowite ciało dziewczynki przez miniony okres srogiej zimy ledwo pozostało przy funkcjach życiowych, co odzwierciedla się na jej aktualnym stanie fizycznym. Choć mija niespełna rok od jej "oficjalnego" pozostania niewolnikiem, wciąż nie jest w pełni pogodzona ze swoim losem i psychicznie oraz okazjonalnie fizycznie stara się walczyć, za co najczęściej jest jeszcze bardziej karana.
Rodzina: Rodziciele poświęcili za nią swoje życie.
Partner: -
Umiejętności: Nie jest uzdolniona pod żadnym względem. Jedyne czego nauczyła się przez ostatnie lata swojego życia to niezbędne do przetrwania umiejętności, typowe dla osobników jej gatunku. Mimo wszystko szybko przyswaja sobie wiedzę, więc nauka nie sprawia jej większego problemu.
Aparycja: Raphtalia to pospolity pół-człowiek o szopich cechach. Jak można się domyślić po jej drobnej budowie ciała - nie grzeszy siłą, ani wytrzymałością. Skóra dziewczyny jest bardzo delikatna, czego dowodzi pojawienie się dużej ilości krwi przy nawet niewielkim zadrapaniu oraz zwolnionym procesie gojenia. Jej tęczówki - zależnie od światła - gubią się w odcieniach jasnej czerwieni, nierzadko podchodząc pod róż. Rudowłosa dziewczynka posiada trójkątne uszka oraz ryży, puszysty ogon. Nie preferuje żadnego typu ubrań, zazwyczaj była po prostu zmuszana do założenia takiej, a nie innej szmatki.
Historia: Do dziesiątego roku życia Raphtalia mieszkała w niewielkiej, nadmorskiej wiosce za oceanem. Spokojne życie jej rodziny zakłócił niespodziewany atak przybyłych z innego wymiaru istot. W trakcie ucieczki stwory zagoniły całą trójkę w kozi róg, jakim był sam czubek wysokiego klifu. Rodzice dziewczynki postanowili złożyć się w ofierze za życie córki. Gdy monstrum było coraz bliżej, zepchnęli ją z urwiska, sami ponosząc krwawą śmierć. Nieświadoma niczego Raphtalia powróciła po jakimś czasie do znajomych stron w celu odnalezienia bliskich, co rzecz jasna spotkało się z niepowodzeniem. Wkrótce potem do jej wioski przybyła grupa handlarzy niewolnikami, dla których stała się łatwym celem. W późniejszym czasie jej osoba wędrowała po wielu domach, również wykorzystywana na przeróżne sposoby. Ostatni z jej właścicieli upodobał sobie znęcanie, przez co do tej pory przechodzą ją dreszcze na widok mężczyzny.
Głos: Nie wyróżnia się z tłumu - posiada pospolity, cieniutki, dziewczęcy głosik.
Towarzysz: -
Inne:
- Jest bardzo słabego zdrowia.
- Często miewa związane z traumatyczną przeszłością koszmary.
- Posiada delikatną Androfobię
Właściciel: Vane

Preferowana długość odpisów: Średnie (400-800)
Stopień Wpływu (SW): 5
Inne uwagi: -

środa, 27 marca 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Nie pozostało mi nic więcej jak wzruszyć ramionami, wcisnąć dłonie do kieszeni nieco brudnych po tej całej walce i ucieczce bryczesów, a następnie skwitować to wszystko krótkim, lecz znaczącym spojrzeniem na to dziwne stworzenie, jakie przede mną stało. Chciałem uwierzyć. Naprawdę. Ale było to o tyle trudne, że miałem styczność ze sprawami tego typu (oczywiście na mniejszą skalę, nigdy nie ratowałem świata, z tego, co mi wiadomo) i wiedziałem, iż niektórzy ludzie mają tendencję do mówienia rzeczy na wyrost bądź naginania rzeczywistości, byleby tylko swoje cztery litery uratować. Ale Akroteastor nie był ani człowiekiem, ani kimś, kto miałby interes w zwodzeniu mnie na nieodpowiednią drogę, zwłaszcza, iż zawarliśmy swego rodzaju umowę. Może i brzmiało to naiwnie. Umowa. Niepisana w dodatku. Jest wręcz nic nie warta, po prawdzie. Mimo to, chciałem wierzyć, że chociaż on nie będzie taki sam jak inne persony spotkane na szlaku i postanowi współpracować. Westchnąłem ciężko po chwili ciszy.
— Pomogę ci — zacząłem powoli, jakbym mówił do dziecka, głównie z powodu wielu sprzecznych emocji, jakie mną miotały — Znajdę to, czego potrzebujesz. Ale laskę dezaktywuję, jeśli mi się uda, na koniec. Bez obrazy, ale twój widok nie sprawia, że wszelkie opory przed odwróceniem się przy tobie zniknęły — Pochyliłem się jakby odruchowo, aby zerknąć w oczy Morteo — Taaak, nie ufam ci. A więc? Czego potrzebujesz? Ogon traszki? Skrzydła nietoperza? Krew dziewicy? Ludzkie serce?
Skwitowałem całą wypowiedź gromkim śmiechem, mającym na celu obrócenie wszystkiego w żart. Może nieco makabryczny, ale nadal żart. Taką przynajmniej miałem nadzieję.

<Akroteastor?>

Od Ayarashi do Lexie

Ayarashi obserwowała poczynania gwardzistki, która zwracała się do mężczyzny za biurkiem.
- Oczywiście. - odparł, widząc znak gwardii królewskiej, który leżał przednim na biurku.
Mężczyzna wyciągnął kartoteki trzech skrytobójców. Aya sięgnęła lewą ręką po jedną z kartotek, gdy wzrok mężczyzny skupił się na dziewczynce.
- A to kto? - spytał, pokazując na nią palcem i spoglądając na gwardzistkę.
- Pomaga rozwiązać tę sprawę. - Wymamrotała, przeglądając inną kartotekę. W tych papierach były wypisane miejsca, w których dani podejrzani najczęściej są widoczni. Lexie podała Ayi karty, a ta spisała nazwy sklepów i barów przy których ostatnio byli widziani. - Liczę na owocną współpracę. -Takie padły słowa, gdy dziewczyny opuszczały pomieszczenie.
  Na mieście jak zawsze panował gwar, nawet mimo późnej godziny. W barach słychać było śpiewy i głośne rozmowy oraz muzykę. Dziewczyny weszły do baru, gdzie dość szybko w tłumie ujrzeli Minormator. Lexie niepostrzeżenie wyciągała Minormatora, a następnie rzuciła nim o ceglaną ścianę budynku na co mężczyzna skrzywił się wyraźnie.
- Co jest, kurna? - warknął ze złowrogim spojrzeniem na kobietę, która natychmiast przystawiła mu ostrze do gardła.
- Nie mam czasu. Co wiesz na temat ataku na zamek? - warknęła gwardzistka, lecz mężczyzna nie wydał się, być tym poruszony.
- Nie podaje informacji nieznanym ludziom. - Wyszczerzył zęby lecz długo to nie trwało. Blondyn dostał prawego sierpowego w szczękę na tyle mocno, że jego głowa się odwróciła.

(LEXIE?)

piątek, 22 marca 2019

Od Lexie do Ayarashi

- Kogo mamy na liście - zapytała strażniczka, jakby mimochodem.
- Dragragov, Setallic i Minormator - powtórzyła Ayarashi, idąc przy boku strażniczki. - Zamierzasz przesłuchać ich wszystkich?
- Oczywiście. A masz jakiś inny pomysł? - zapytała Lexie, pewnie maszerując ulicami stolicy.
  Jej towarzyszka nie odpowiedziała. Najwyraźniej zastanawiała się nad możliwymi innymi opcjami i nie za bardzo widziała jakąkolwiek, która byłaby odpowiednia. Wreszcie najwyraźniej zrezygnowała.
- Jak chcesz ich znaleźć? - spytała. 
  Gwardzistka nie odpowiedziała, tylko skręciła na główną ulicę. Kierowały się w kierunku dużego budynku, którego okna miały kraty, a nad drzwiami wisiał charakterystyczny szyld. Komenda Straży Miejskiej Miasta Stołecznego Leoatle. Ciemnowłosa po stopniach podeszłą do bramy. Stało przy niej dwóch wzorowo umundurowanych przedstawicieli tego szlachetnego przybytku. Spod luźnego ubrania Lexie wyciągnęła symbol Gwardii Królewskiej i bez słowa pokazała wartownikowi. Ten skinął głową i otworzył drzwi. Kobiety weszły do gwarnego pomieszczenia, w którym w tę i z powrotem przemieszczali się strażnicy oraz urzędnicy, zajmujący się zwykłymi, codziennymi sprawami komendy.
  Brunetka pewnym krokiem skierowała się do biura komendanta. Ani razu w ciągu tej podróży nie zostały zatrzymane i zapytane o powód przebywania w tym budynku. Strażnicy zwykle byli w stanie rozpoznać siebie nawzajem nawet jeśli nie nosili munduru. Coś w sposobie bycia Lexie oraz tego, jak prowadziła swojego jeńca upewnił ich, że jest na właściwym miejscu.
  Dopiero przed drzwiami dowódcy zostały zatrzymane przez nieco zmartwionego, młodszego strażnika.
 - Lepiej tam teraz nie wchodź - poradził zduszonym szeptem. - Komendant jest nie w humorze. Ma kupę roboty przez ten cały zamach. Wszędzie szukają tego skrytobójcy, jednak nie są w stanie nic odkryć. Jakby się rozpłynął.
- Trudno. Muszę tam wejść - odparła gwardzistka i łagodnie, acz zdecydowanie przesunęła chłopaczka ze swoje drogi. 
  Kobiety wmaszerowały do gabinetu, w którym starszy mężczyzna siedział pochylony nad sterta papieru, przerzucając nerwowo kolejne strony. Lexie stanęła na baczność z przytupem i zasalutowała. Zwróciło to uwagę przełożonego straży. Jego spojrzenie było nieco nieprzytomne, jednak widok nieznajomej twarzy go rozbudził.
- Wolno mi spytać, kto panie wpuścił do tego budynku? - mruknął niechętnie, wyjmując spod biurka czystą kartkę i maczając pióro w atramencie.
  Gwardzistka bez słowa podeszła i położyła przed nim symbol Gwardii Królewskiej. Komendant łypnął na nią ponuro.
- Przejmuję tą sprawę - oznajmiła stanowczo, a serce jej biło jak oszalałe. - Od teraz macie się ze mną dzielić wszystkimi informacjami. Chcę również akt Dragragoya, Setallica i Minormatora.
(Ayarashi?)

Od Ayarashi do Lexie

Wzięłam łyk napoju i rozejrzałam się po pomieszczeniu, wzrokiem oceniając, który z nich może coś wiedzieć na temat niedawnych wydarzeń. Moją uwagę przykuła postać, która obserwowała nas z cienia.
- Tamten w cieniu. - Powiedziałam po czym wstałyśmy i ruszyłyśmy w stronę zakapturzonej postaci.
Sama trzymałam w ręce kufel i brałam co chwilę sporę łyki. Zaczęła się rozmowa, a starsza kobieta na parę sekund skupiła na sobie wzrok wszystkich bywalców. Mężczyzna jednak nie zwracał na nią uwagi. Jego wzrok skupiony był na mniejszej dziewczynce, która na spokojnie usiadła naprzeciwko niego.
- Mamy... nie. Ja mam do ciebie interes. - Musnęłam go ostrzem po nodze, a jego wzrok zatrzymał się na mnie przelotnie.
- Słucham? - Powiedział cicho, biorąc łyk z kufla.
- Poszukuje osoby, która miała zadanie na Perłę.
- Na pewno, powiadasz? Znam parę osób, które podjęłyby się tego zadania. - Wymamrotał. - Ale wiesz, nie ma niczego za darmo.
Kobieta pracująca w zamku usiadła bliżej mężczyzny i niewidocznie przyłożyła mu ostrze do szyi.
- A zostawienie cię przy życiu, pasuje?
- Jasne.
- Spróbuj tylko komuś coś pisnąć, a będziesz gryźć piach.
Podał mi ksywki trzech osób i gdzie możemy ich znaleźć. Opuściłyśmy pomieszczenie, a po wyjściu z budynku zapisałyśmy informacje i ruszyłyśmy na poszukiwania.

(Lex. Jakieś pomysły? xd)

środa, 20 marca 2019

Od Sivika do Carreou

Przez dłuższą chwilę naprawdę z uporem godnym maniaka wmawiał sobie, że to wszystko było tylko i wyłącznie efektem uderzenia, adrenaliny buzującej we krwi i ogólnego rozdrażnienia połączonego z roztargnieniem. Że tylko dlatego, że tylko przez połączenie się tych wszystkich czynników, tak bardzo to nim tąpnęło i tylko dlatego odnosił wrażenie, że skądś znał mężczyznę, że kiedyś już go spotkał. Że znał świdrujące, błękitne oczy.
Zaciskał kurczowo palce, wyrywając spomiędzy kostki kępki trawy i chwastów. Chuchnął, sapnął, jęknął, raz, drugi, przy okazji nie spuszczając wzroku z głównej przeszkody na drodze ucieczki, która szła już tak dobrze, tak płynnie, bez szczególnych problemów.
To zawsze musiało się zjebać i do tego w tak spektakularny sposób, prawda?
Odgarnął zdecydowanie zbyt długie kudły na prawą stronę, byle odsłonić sobie chociaż jeden fragment widoku, byle nie być już całkiem zgubionym i byle być w stanie nasłuchiwać, bo potencjalne zagrożenie wciąż nie zniknęło.
— Nic ci się nie stało, o-obywatelu? Proszę wybaczyć me roztargnienie. Nie zdałem sobie sprawy, że obywatel zmierzał w moim kierunku. — Były szaman chciał już odpowiedzieć, może uspokoić mężczyznę, gdy usłyszał hałas. Hałas, który nie zapowiadał niczego dobrego, wręcz przeciwnie. Przypominał tylko i wyłącznie o straży, która najwidoczniej nie zapomniała o występku i wciąż goniła, coś ostatnimi czasy pechowego, mężczyznę.
Warknął, syknął, rozglądnął się szybko i równie żwawo popędził przed siebie, zagarniając przy okazji materiał koszuli mężczyzny w garść i wręcz targając go za swoją osobą, bo pragnął jedynie zakopać się w ciemnej uliczce między starymi budynkami, dbając przy tym o to, by ten przypadkiem nie wpadł na pomysł puszczenia farby.
Może dlatego skończył przyklejony plecami do ściany, z jedną dłonią na ustach, a drugą na plecach blondyna, wręcz bojąc się nawet głośniej odetchnąć, świadomy faktu, że z tego miejsca zbyt dużego pola manewru nie miał.
— Skąd go znam? — spytał rozgoryczony, rozwierając delikatnie powieki trzeciego oka. Odpowiedziała mu cisza. Odpowiedział mu wszechobecny milczący mrok. — Kim on jest? — powtórzył, pozwalając sobie na ukrócenie słabej widoczności. Ognisto czerwona poświata delikatnie pulsowała. Istota miała zamknięte oczy.
Mężczyzna krzyknął. Raz, drugi.
Głucha, wiercąca dziurę w brzuchu cisza. Brak jakiejkolwiek odpowiedzi.
Przecież miały ucichnąć już na wieki.
— Kim on jest, do cholery — ryknął, paszcza rozwarła się, oczy zobaczyły wszystko. Drażniąco białe światło wręcz buchnęło z piersi stojącego przed nim młodzieńca, znacząc charakterystyczne znaki na klatce piersiowej.
Fuksjowy pysk kłapnął, wilk warknął.
Trzecie oko zamknęło się.
Obiecał, że nigdy tam nie wróci, obiecał, że przestanie.
Jednak czuł, że w tym wszystkim jedynie duchy będą w stanie mu pomóc.
Chociaż jedynie przyprawiły go o zawroty głowy i skrzywienie twarzy, gdy zreflektował się, że pozwolił sobie na zbyt wiele po tak długiej przerwie.
— Cichutko, proszę — wyszeptał, siląc się na uśmiech i mrużąc przy okazji oczy. Wszystko to przepełnione dziwnym zaufaniem co do błękitnych tęczówek.

poniedziałek, 18 marca 2019

Od Lexie do Ayarashi

  Wyjaśnienia Takako były dość mętne i nie przemawiały do Lexie. Usłyszawszy wszystko, co ta miała do powiedzenia zadecydowała, że rozpocznie śledztwo na własny sposób. A poszukiwanie skrytobójcy najlepiej zacząć od ich wylęgarni - jednej ze spelun, w której spotykały się takie typy. A dzięki pewnym doświadczeniom gwardzistka poznała kilka takich miejsc od podszewki. "Kwiczący prosiak" wydał jej się dobrym wyborem. Na początek.
  Ayarashi trochę protestowała, jednak Lexie dobrze wiedziała, że nie należy pchać się do paszczy lwa w sukni zrobionej z krwistego steku. Szybko zmieniła strój królewskiego gwardzisty na coś znacznie lżejszego - swoje błękitne, luźne ubranie, które zdążyło już porządnie się zakurzyć, odkąd ostatni raz miała je ubrane. W końcu rudowłosa miała nieco racji - gwardzistka od bardzo dawna nie wychodziła na miasto. Gdy całe dnie wartuje się przy boku księżniczki nie pozostaje wiele czasu na podobne rozrywki.
  Ruszyły w miasto. Dotarcie do karczmy nie zajęło im wiele czasu. Nie była zbytni oddalona od zamku. Jak to mówią - najciemniej po latarnią, nieprawdaż? Lexie pchnęła ciężkie drzwi i kobiety wmaszerowały w świat śmiechów, trunków i poszturchiwań. Ich wejście zwróciło uwagę kilku bywalców, siedzących bliżej drzwi oraz być może kilku ciemnych postaci, piastujących urząd w ciemnych rogach sali - tych naturalnych oraz tych stworzonych właśnie po to, by tacy jak oni mogli w nich usiąść. Tajemnicze postacie w kapturach - zabójcy. 
  Gwardzistka pewnym krokiem podeszła do baru, ciągnąc za sobą Ayarashi i usiadła na wysokim, okrągłym stołku przez blatem. 
- Dwa piwa poproszę - oznajmiła, a karczmarz spojrzał na nią z ukosa, po czym zdjął kufel z wieszaka, przetarł go brudną szmatą sprawiając, że kufel stał się brudniejszy niż był przed chwilą, po czym napełnił go złocistym trunkiem.
  Gdy alkohol stał przed dziewczynami, a właściciel tego zacnego przybytku oddalił się, Lexie zwróciła się do towarzyszki. 
- Wybierz któregoż z podejrzanych jegomości - mruknęła, ledwie poruszając wargami i unosząc alkohol do ust, by zamoczyć w nim wargi udając, że pije.
- Po co? - Ayarashi podniosła swój kufel i pociągnęła z niego spory łyk. 
- Wyciągniemy od niego informacje - Lexie wzruszyła lekko ramionami.
(Ayarashi?)

niedziela, 17 marca 2019

Od Ayarashi do Lexie

Ruszyliśmy pospiesznie na skrzydło zajmowane przez zielarzy. Weszłyśmy do pomieszczenia, Tako zajmowała się jakimiś ziołami.
- Takako powiedz nam co wiesz, na temat tego ducha.- usiadłam na krześle, gdy zielarka zaczęła opowiadać gwardzistce, wszystko co wie, na temat tak zwanych duchów. Lecz nasza biedna zielarka, nie zdawała sobie sprawy, że większość ze zdobytych informacji jest przedawniona. Przyciągnęłam ręce nad głową, tej czynności stanowił charakterystyczny dźwięk łańcucha. - Więc powinniśmy udać się do „Kwiczącego prosiaka”. - Na tą nazwę speluny, aż się wzdrygnęłam, co zwróciło uwagę gwardzistki na moją osobę.
- Zwariowałaś!? - zapytałam podnosząc lekko ton swojego głosu, nie spuszczając gwardzistki ze wzroku.
- Speluna jak speluna. - Odparła niczego nieświadoma kobiet, przetarłam obręcz z kajdan, która luźno zwisała na moim lewym nadgarstku.
- Ty na miasto nie wychodzisz, czy jak!? Nie wiesz, że żaden gwardzista tam nie wchodzi, a jak jakiś wszedł to żywy karczmy nie opuścić. - mówiłam bez zawahania, dziewczyna nie spuszczała mnie ze wzroku, a Tako gdzieś się ulotniła. - Na pewno nie pójdę tam z tobą, jeśli będziesz w tym stroju. -Wykonałam gest, wskazując na jej ubiór gwardzisty.
-Idziemy do mnie. - ruszyliśmy w stronę jej pokoju, szliśmy powoli schodami do góry. Korytarz, który nam się ukazał, był długi. Zatrzymaliśmy się przed którymiś z kolei drzwiami, po drodze odebrała klucz, by się przebrać. Gdy już wszystko, było gotowe, zapięła ponownie kajdanek i oddała kluczy towarzyszowi i ruszyliśmy do baru.

(Lexie? Przepraszam, że taka beznadziejnie.)

sobota, 16 marca 2019

Od Lexie do Crylin

  Lexie uważnie obserwowała zachowanie najemniczki, podążając za nią niczym cień. Nie odzywanie się, zimny wygląd i podążanie za kimś było w końcu jej specjalnością. Można powiedzieć wręcz, że mogła to robić całymi dniami, nie odczuwając zmęczenia czy nudy. Zresztą czy można odczuwać nudę, gdy przez cały czas jest się świadkiem wyczynów osoby, której się asystuje? Gwardzistce nigdy nie zdarzyło się nudzić przy boku humorzastej księżniczki, a bok zadziornej najemniczki był nawet ciekawszy. Oczy Lexie omiotły spojrzeniem wszystkie szumowiny, znajdujące się w tym wątpliwej reputacji miejscu instynktownie szukając potencjalnych zagrożeń. Czujniki kobiety zareagowały natychmiast serią pisków i syren, jednak wskazania mieściły się w dopuszczalnej normie. Przynajmniej do tamtej chwili, gdy przekroczona została strefa intymności gwardzistki.
- No proszę, czyżby nowa zabaweczka szefa? - Lexie poczuła nieprzyjemną, lepką i ciężką łapę na swoim ramieniu. - No pokaż nam się nowa, chcemy wiedzieć, w kim wybierać w nocy.
  Mięśnie kobiety zareagowały, zanim jeszcze informacja została poprawnie przesłana do mózgu, zaprotokołowana i odesłana z powrotem. Lexie chwyciła jego dłoń i poruszając się z szybkością i zwinnością profesjonalnego strażnika wykręciła rękę typa, sprawiając że syknął z bólu i zaskoczony opadł na jedno kolano. Normalnie dla gwardzistki były to moment, w którym by zapytała, co ma z nim zrobić, jednak gdy do głosu doszedł wreszcie świadomy umysł, nie zaś wyuczone przez lata treningu instynkty ta opcja została szybko odrzucona. Kobieta kopnęła podeszwą buta w twarz,napastnika, puszczając jednocześnie jego wykręconą rękę. Wszystko to wydarzyło się w przeciągu kilku, może kilkunastu sekund.
  Drugiemu mężczyźnie, widząc co stało się z jego towarzyszem, nieco zrzedła mina, jednak wziął się w garść, by zachować twarz przed wyglądającymi ciekawie z karczmy bywalcami. Tego wieczoru zapewne sprzeczka "tej nowej" z nimi zapewne będzie jednym z głównych tematów do żartów w gronie najemników.
- Ostra z ciebie laseczka, co? - powiedział, opierając się uwodzicielsko o ścianę, próbując jeszcze jakoś uratować beznadziejną sytuację.
- Lepiej się nie zbliżaj, bo się zatniesz, plouc - odparła Crylin z doskonałym refleksem osoby, przyzwyczajonej do rozmowy w tym tonie. - Twój kolega nie wygląda najlepiej, a szkoda by było oszpecić również twoją piękną twarzyczkę.
- Chodźmy już - mruknęła Lexie. - Czas mnie goni.
- Chwileczkę... - kobieta wymierzyła celnego kopniaka w krocze bandyty, po czym wyminęła jego zwijające się z bólu ciało bez słowa. Gwardzistka ruszyła za nią. Odkąd wsypała piratów nie miała do czynienia z takimi ludźmi. I chyba zdążyła już odzwyczaić się od ich sposobu postępowania. Zniesmaczało ją i zapewne niesmak pozostanie w jej ustach jeszcze przez kilka dni.
  Najemniczka się zatrzymała, na co ciało Lexie zareagowało niemal bez ingerencji umysłu. Znajdowały się przed drzwiami. Drzwiami, w których nie było nic niezwykłego, ot zwykłe, drewniane drzwi. Zapewne nikt nie zatrzymywałby na nich swojego spojrzenia dłużej, niż przez sekundę gdyby nie fakt, że stały przed nim dwie uzbrojone po zęby postaci, swoją posturą przypominające filary od mostu.
- Mam artefakt dla szefa, garde - powiedziała niewidoma, pokazując strażnikom pudełeczko. Ci spojrzeli na siebie wymownie. Lexie poczuła ukłucie zazdrości. Wymowne spojrzenia! W tak perfekcyjnej synchronizacji! A ona, choć tak bardzo się starała nie zdołała wymienić jeszcze ani jednego z Mer. Nawet najbardziej niezgrabnego!
- Pokaż go - rozkazał jeden z nich.
  Niewidoma uniosła pudełeczko na wysokość swojej piersi i otworzyła jej. Nastąpiła chwila prawdy. Przez umysł gwardzistki przeleciał pełen rachunek sumienia, w którym upewniała się, że jej dłonie nie dotknęły klejnotu.
  Łza Oceanu, a właściwie Wierna Kopia Łzy Oceanu leżała w ciszy wewnątrz pudełeczka, lśniąc delikatnym, mistycznym blaskiem. Mężczyzna delikatnie ją podniósł i obrócił w palcach.
  Lexie zaparło dech w piersiach.
- Wygląda w porządku - przyznał, odkładając ją na miejsce i odsuwając się nieco na bok. Drugi ochroniarz zrobił to samo i obie kobiety weszły do biura.
  Na jego końcu, za masywnym meblem siedziała osoba, która najwyraźniej była owym tajemniczym "szefem". Nie zareagowała na nasze przybycie, zajęta najwyraźniej oglądaniem pod lupą diamentu. Najemniczka pewnym krokiem podeszłą do biurka i położyła na nim szkatułkę, co zwróciło uwagę mężczyzny. Gwardzistka zbliżyła się, starając się by nie wypaść zbyt sztywno. Mężczyzna odsunął lupę sprzed swoich oczu po czym wziął pudełko. Otworzył je jedną dłonią, by drugą wydobyć przedmiot. Uśmiechnął się, jednak w tym wyrazie nie było wesołości.
- Cóż, moja droga, najwyraźniej zostałaś perfidnie oszukana - powiedział cicho. - Kopia. Piękna, perfekcyjna kopia. A szkoda. Nieźle sobie radziłaś, jak na kobietę.
  Lexie zareagowała w tym samym momencie, w którym zrobiła to najemniczka. I nie była to reakcja, jakiej spodziewała się tamta. Ręka niewidomej została przechwycona w połowie drogi w stronę przywódcy, a z nadgarstka wytrącony nóż. Ciężki przedmiot upadł na blat z cichym stuknięciem. Następnie ręka, która jeszcze przed chwila trzymała broń została wykręcona za plecy kobiety.
- Co robisz? - syknęła, uwięziona w uścisku kobiety. Gwardzistka nie odpowiedziała. Jej wzrok zastygł nieruchomo na szefie.
- Twoja koleżanka jest teraz pod moją kontrolą - spokojnie odpowiedział mężczyzna. - Zmartwiło mnie, że spóźniasz się z wykonaniem zadania, więc wziąłem sprawy w swoje ręce.
  Sięgnął pod biurko i wyciągnął stamtąd niewielki pakuneczek, skupiając na nim całą uwagę zgromadzonych. Na oczach kobiet rozwinął go, ukazując... Łzę Oceanu. Lexie poczuła ucisk w żołądku. Najemniczka szarpnęła się gwałtownie, jednak gwardzistka tylko zacieśniła chwyt. A póki ją trzymała, ta nie była w stanie użyć swojej magi.
- Po co więc zlecałeś to mnie, skoro sprawniej zdołałeś zając się tym sam, caïd? - zapytała ponuro.
- Widzisz... - mężczyzna uśmiechnął się paskudnie. - Miałem nadzieję...
  W tym momencie uścisk na ręce niewidomej zelżał, a z twarzy dowódcy spełzł nieprzyjemny wyraz, gdy okuta w żelazną rękawicę dłoń gwardzistki zderzyła się centralnie z jego czołem, pozbawiając go przytomności. W ostatniej chwili został powstrzymany przed przywaleniem głową w blat biurka i zmiażdżeniem drogocennego klejnotu. Lexie ostrożnie odłożyła go na stertę papierów, po czym powoli wzięła Łzę Oceanu do rękawicy i podniosła do oczu.
- Co to miało znaczyć, garde? - Najemniczka wyglądała na zdenerwowaną. Brunetka schowała klejnot do wnętrza rękawicy i obeszła biurko, nie spoglądając na towarzyszkę. Wyjęła z kieszeni kawałek sznura i zajęła się wiązaniem dłoni szefa za plecami.
- Intuicja - mruknęła, zwinnie poruszając dłońmi w sekwencji więzów. - Wyczuwanie nastrojów pana jest moją mocną stroną.
- Twierdził, że miesza ci w umyśle, ale wygląda na to, że jednak nie miał zdolności telepatycznych - zauważyła ironicznie niewidoma, zaplatając ręce na piersi.
  Lexie wydobyła z kieszeni kolejny kawał sznura i zniknęła pod stołem, wiążąc nogi przywódcy najemników.
- Powiedzmy, że usłyszałam, ale zignorowałam nakaz posłuszeństwa - odparła, by po chwili podnieść się i wydobyć na światło dzienne już ostatni element układanki "mój jeniec" - knebel. Bezceremonialnie wcisnęła bandycie szmatę do gardła, po czym dźwignęła jego ciało i spojrzała w kierunku okna. - Jesteś w stanie nas stąd wydostać?
- Co planujesz, garde? - w słowach najemniczki było coś, co kazało Lexie przypuszczać, że gdyby posiadała wzrok, mrużyłaby zapewne oczy.
- Muszę wiedzieć, skąd ją ma. I kto mu to zlecił - oznajmiła gwardzistka. - Więc?
(Crylin? Przepraszam, jeśli w ostatnim fragmencie Crylin nie jest Crylinowa, ale totalnie nie miałam pojęcia na ile będzie spokojna, a na ile agresywna ;-;)

poniedziałek, 4 marca 2019

Od Lexie do Ayarashi i Takako

- Tak, wasza wysokość - potwierdziła Lexie. Perspektywa bycia uwiązaną do osoby, która być może uczestniczyła w próbie zabójstwa jej pani nie za bardzo jej się podobała. Z drugiej strony mówi się, żeby przyjaciół trzymać blisko, a wrogów - jeszcze bliżej.
- To wszystko, możecie odejść - oznajmił król.
  Kobiety wstały i wyszły z pomieszczenia. Na zewnątrz na gwardzistkę czekał Mer. Strażnik stał nieruchomo dokładnie tam, gdzie Lexie zostawiła go, wchodząc do komnaty króla. Rzuciła mu ponure spojrzenie.
- Tobie zawsze wszystko uchodzi - mruknęła z rezygnacją, na co jej towarzysz kompletnie nie zareagował. Gwardzistka jakoś nie potrafiła się dziwić, że wszyscy błędy Mer puszczają w niepamięć. Jakoś nie wyobrażała sobie, by on wziął sobie do serca jakąkolwiek karę. Podejrzewała, że nawet gdyby skazano go na śmierć nie bardzo by się tym przejął. Zapewne zostałby powieszony, a nazajutrz jak zawsze stawił się przed komnatą księżniczki Mirajane, gotów na służbę.
- My zaś zostałyśmy skazane na siebie - zauważyła rudowłosa, zwracając się do strażniczki. - Jestem Aya, a jak mam się do ciebie zwracać?
- Lexie - przedstawiła się gwardzistka krótko. - A teraz idziemy.
- Dokąd? - dziewczyna ruszyła we wskazanym przez strażniczkę kierunku. Lexie szła tuż obok, a za nimi, szczękając cicho metalem, maszerował Mer. Brunetka nie była pewna, czy idzie z nimi, ponieważ dostał rozkaz pilnowania ich, ponieważ akurat szedł w tym samym kierunku czy dlatego, że akurat nie miał nic lepszego do roboty. Czasem na prawdę ciężko było zgadnąć, co tej kupie żelastwa chodziło po hełmie.
- Znajdziemy ci jakieś wygodne kajdanki - mruknęła kobieta, instynktownie wybierając najkrótszą drogę do magazynu zamkowej straży. 
  Zatrzymały się przed samym wejściem. Gwardzistka spojrzała na Mer wymownie, po czym widząc, że jak zawsze nie odnosi to skutku, wypowiedziała swoje myśli na głos.
- Mer, przypilnuj Ayi - rozkazała, po czym zwróciła się do dziewczyny. - Nie próbuj mu uciekać. Nie wygląda, ale jest mistrzem włóczni. Powaliłby cię jednym ciosem.
- Nie wątpię w jego umiejętności, ale obawiam się, że nie zdążyłby - dziewczyna uśmiechnął się zadziornie.
  Lexie rzuciła Mer przelotne spojrzenie i skrzywiła się. Przypomniał jej się moment, w którym tak samo jak Aya twierdziła jeszcze, że ta masywna kupa żelastwa nie zdąży nawet poruszyć włócznią, gdy będzie nokautowana. To było mylne wrażenie i kobieta do dziś pamiętała ból zgniatanych wnętrzności, gdy drzewce włóczni wbiło się w jej brzuch, wyginając kolczugę.
  Po czym zniknęła wewnątrz magazynu. 
  Po kilku minutach wróciła, niosąc w dłoniach długie kajdanki. Jeden jego koniec przypięła do dłoni cierpliwie czekającej dziewczyny, a drugi do własnej dłoni. Cichy szczęk metalu zapieczętował los kobiet.
- Mer, zaopiekuj się kluczem, dobrze? - gwardzistka podała niewielki kawałek metalu towarzyszowi, który przyjął go i kilkoma płynnymi ruchami schował wewnątrz swojej rękawicy.
- To gdzie teraz, pani gwardzistko? - zapytała Aya, poprawiając na nadgarstku obręcz.
- Pójdziemy do Królewskiej Zielarki - oznajmiła. - Opowie nam więcej o zjawie.
(Takako?)