wtorek, 15 września 2020

Od Cythian'diala i Lottielle

Lottielle od razu poczuła że nie znajduje się już w Merkez. Ani też z w jednym z ościennych krajów. Wiedziała gdzie się znalazła. W Temenii. Miejscu z którego uciekła i do którego nie chciała nigdy wrócić. Paradoksalnie poczuła się tutaj jak w domu. To było jedyne w swoim rodzaju uczucie które zrozumieją jedynie ci którzy urodzili się i dorastali w cieniu Temenii lub samym kraju. Rozumiały to ich serca. Wyschnięte na wiór i zniszczone nieustanną biedą. Lotte rozumiala, że znajduje się w podobnej sytuacji, jednak nie akceptowała tego. Opuściła te ziemie może i kilka miesięcy temu, jednak od tego czasu zdawały się minąć całe lata. W całym kraju jak i Cytadeli czas zdawał się płynąć jak tylko chciał. Potrafił przyspieszyć, ale również zwolnić. Wciąż rozbudzona magia próbowała podłączyć się do Źródła, jednak Linie Mocy były tak słabe, pogrążone w marazmie oraz głęboko ukryte że dziewczyna nie mogła z nich zaczerpnąć. Jedyne co mogła zrobić to spętać na nowo swoją moc i spróbować odzyskać siły. Bolała ja głowa i ogólnie wszystko. Jakby przebiegła wiele razy drogę wiodącą na targ i spowrotem do kwatery w piwnicach gildii. Ale taka była cena używania Mocy oraz korzystania ze Źródła. Żeby coś dostać najpierw musiała coś dać. Zazwyczaj nieostrożny mag cierpiał jedynie fizycznie, jednak znała też przypadki, kiedy to ceną była dusza. Uniosła lekko powieki. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Umeblowane szykownie i porządnie. W pewnej chwili jej wzrok zatrzymał się na magu. Poczuła jak wzrasta w niej bunt, gotowy zapłonąć żywym ogniem na jej rozkaz. Musiała go jednak stłumić, gdyż nie miała już sił walczyć. Musiała odpocząć. Nie mogła ryzykować utratą życia na tych nieprzyjaznych, wrogich i okrutnych ziemiach. Wbiła świdrujące spojrzenie w maga. Jednym tylko spojrzeniem chciała mu przekazać jak bardzo go niecierpi i obiecać mu że przy najbliższej okazji obróci Cytadelę w proch, jeśli nie da jej odejść gdy tego zechce.
~ Drzwi są otwarte ~ zauważył demon, nie patrząc nawet na dziewczynę. W wielkim fotelu wyglądał jak dziecko, które znużone zabawą postanowiło przysiąść na chwilę w biegu, choć jego nóżki wciąż wyrywały się do ruchu. ~ Śmiało, sprawdź, jeśli mi nie wierzysz. Nie, nie ma za nimi przepaści. Jesteśmy w najwyższej wieży Cytateli, ale nie oznacza to, że drzwi muszą prowadzić w pustkę. Możesz przez nie wyjść, pokonać stopnie, prowadzące w dół wieży, przejść przez całą Cytadele, potem przez góry Temeni, aż do Sharru lub Khayru. Jednak tylko w tej wieży, w tym pomieszczeniu zapewniam ci bezpieczeństwo.
Podążyła wzrokiem w stronę drzwi. Mogła odejść w każdym momencie. Przed zerwaniem się i ucieczką powstrzymały ją ostatnie słowa maga. Nic z tego nie rozumiała. Czego on od niej chciał? Przecież nie porwał jej bez przyczyny, prawda? Powróciła do niego wzrokiem. Odgarnęła lekkim ruchem, zbłąkany kosmyk za ucho. 
- Czego chcesz? - warknęła rzucając mu spojrzenie spod przymknietych powiek. -  Odstaw mnie do Merkez! - zarządała.
~ Interesują mnie twoje magiczne zdolności ~ oznajmił Arcymag. ~ Opowiedz mi o nich. Gdzie znajduje się źródło twojej magii? Jak ją czerpiesz? I oczywiście, czemu odmawiasz sobie korzystania z niej. Tak. ~ Pokiwał w zamyśleniu głową. ~ Opowiedz mi również o Malumie. Twoja ucieczka musiała spowodować wiele bólu jego niewolnikom. Ciekawe czy nadal cię szuka. Po prawdzie, nigdy nie umiał przegrywać i próbował sięgać po rzeczy, które go przerastały, jednak nie spodziewałem się, że jego obsesja może przenieść się na kobietę. 
  Ctyhian'dial wyglądał, jakby odpływał myślami gdzieś daleko, choć może to było tylko wrażenie spowodowane brakiem wyrazu na jego masce?
Z jej ust wyrwało się mimowolne prychnięcie. Podparła brodę dłonią i odwróciła wzrok od maga. Nie zamierzała odpowiadać na jego pytania. To skąd pochodziła jej magia było jej własnością i nikt nie musiał znać jej źródeł. Czemu odmawiała korzystania z niej? Czy to nie było dość jasne? Moc nie przyniosła jej nic poza jeszcze większym bólem i rozczarowaniem. Malum? Ten okrutnik na pewno wciąż jej szukał. Kilka razy ledwie umknęła jego gończym. Jeśli nauczyła się czegoś podczas pobytu u niego to był fakt że czarnoksiężnik nie potrafił przegrywać i za wszelką cenę chciał zdobyć to co było poza jego zasięgiem. Obsesja na punkcie kobiety? Co to to nie. Malum z pewnością nie dostrzegał w niej kobiety. Jedynie narzędzie do zdobycia jeszcze większej potęgi i kto wie, może również miejsca w Cytadeli. Martwiła się po prawdzie o innych niewolników maga, zdawała sobie jednak sprawę że oni doskonale potrafili unikać jego gniewu i wściekłości. To było coś czego ona nigdy się nie nauczyła. Dlatego potrafiła stamtąd uciec. I była pewna że jeśli nadarzy się okazja ucieknie również stąd- chociażby miało ją to kosztować życie. Przynajmniej umrze jako wolna osoba. W końcu to zabiło jej brata, gdy próbował ochronić ją przed tym losem. Była mu to winna, bezwzgledu na wszystko, bezwzględu na cenę jaką musiała za to zapłacić. Była na to gotowa.. cokolwiek planował ten mag nie zamierzała podporządkować się jego woli. Ani teraz, ani nigdy.
Karzełek pokiwał w zamyśleniu głową. Nie zawiodła jego oczekiwań. Buntownicza dusza, nie chcąca być spętana żadnymi więzami.  Doskonale. 
Drzwi do pokoju otworzyły się zamaszyście i pojawiła się w nich smukła sylwetka przystojnego mężczyzny, którego ciało oplatały pasożytnicze ciernie, a w oczodołach lśniły białka. Ros uniósł rękę do góry, jakby chciał powitać Arcymaga, jednak zamarł w pół ruchu. Jego spojrzenie padło na dziewczynę. Przełknął ślinę i zakłopotany podrapał się po karku.
- Przychodzę nie w porę...? - Jego głos się urwał, gdy napotkał zimne spojrzenie karzełka. - Nie poradzę! - zaczął się bronić, wymachując rękami - Wszyscy chodzili na paluszkach i nie chcieli mi nic powiedzieć, co się dzieje. I prawie musiałem ogłuszyć Ghorma, żeby się tu dostać. Uparty jak kozioł. A swoją drogą, kimż jest ta piękna dama, która zaszczyciła to ponure miejsce swoja obecnością? - Ros wszedł do środka i mrugnął znacząco do dziewczyny. - I czy ty ją poisz, Cyth? Zainwestowałbyś w coś mocniejszego. - To mówiąc zrobił znaczący gest, jakby przechylał kieliszek do ust. Cythian'dial milczał, co zaniepokoiło mężczyznę. Atmosfera w pokoju ochłodziła się znacząco. Mężczyzna stanął przed stolikiem, na tle biblioteczki i założył ręce na piersi. Ciernie na jego ciele poruszyły się niespokojnie.
Karzełek zwrócił się do dziewczyny, ignorując kompletnie przybysza. 
~ Rozumiem. ~ powiedział krótko, mimo że ta nie wypowiedziała ani jednego zdania. ~ Ros pokaże ci twój pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebować możesz zwrócić się do dowolnego sługi. Jestem wielce uradowany, mogąc gościć cię w mojej Cytadeli. A teraz wybacz, ale pewne sprawy wymagają mojej osobistej prezencji. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać, jeśli zachowasz rozsądek. Dobrej nocy, Lottielle.
Arcymag wstał bezgłośnie i pomieszczenie pogrążyło się w ciemności, a gdy opadła, jego już nie było. Dziewczyna została sam na sam z zakłopotanym mężczyzną który czuł, że nie powiedziano mu wszystkiego i że tak właściwie ma kłopoty. 
Dziewczyna prychnęła pogardliwie. Nawet nie spojrzała na maga. Ani jeden dreszcz nie przebiegł jej zmrożonej grozą sytuacji skóry gdy pokój pogrążył się na kilka chwil w ciemnościach. Zmróżyła oczy, lustrując uważnie wzrokiem postać niespodziewanego i pewno niechcianego gościa. Wstała unosząc dumnie głowę, mimo że jej twarz pokrywała zaschnięta krew, kurz i brud starała się nadać swojej postaci jak najbardziej władczy wyraz. Mimo że wciąż kręciło się jej w głowie po korzystaniu ze Źródła nie pozwoliła sobie na nawet nieznaczne wsparcie się na fotelu lub innym meblu. 
- Czyżby moje przybycie tutaj było aż taką tajemnicą? - Posłała mu mordercze spojrzenie. - Jeśli on myśli że może mi mówić co mam robić i gdzie iść to się myli i to grubo. 
Zadarła głowę do góry i skrzyżowała ramiona na piersiach. 
- Wiesz, Cythuś jest dość skrytym karzełkiem - Ros podrapał się z zakłopotaniem po karku. - Niech mnie diabli jeśli jestem w stanie choć w kawałeczku zrozumieć, co tam mu chodzi po tej rogatej łepetynie. Może po prostu nie chciał, bym wyrwał mu laskę i dlatego wolał trzymać przede mną w sekrecie pojawienie się takiej piękności w Cytadeli. A skoro już mowa o pięknościach, pozwól się, o pani, przedstawić mojej nędznej osobie. Nazywam się Ros, do usług. - To mówiąc skłonił się do ziemi, nieco teatralnie, a gdy się wyprostował wyszczerzył się w zalotnym uśmiechu. - Pozwolisz zatem, że zaprowadzę cię do twoich komnat, zanim Cyth nie zmieni zdania i nie każe wyrzucić mnie przez okno?
Wredny uśmiech wykwitł niczym trujący kwiat na jej ustach. 
- Czyżbyś myślał, że Cythian'dial potrafi się zakochać? Nie rozśmieszaj mnie! - rzuciła mu drwiące spojrzenie. - Jest potworem, który nie potrafi kochać. Wykorzystuje tylko innych, aby podnieść swoją sławę i umocnić pozycję. Taki ktoś jak on nie potrafiłby się zakochać
Milczała przez chwilę. 
- W porządku. Możesz mnie zaporowadzić ale tylko dlatego że nie chcę byś miał z jego strony jakieś nieprzyjemności. 
Uniosła dumnie głowię i przemaszerowała obok Rosa.
- A tak przy okazji. Mam na imię Lottielle. - rzuciła przez ramię.
- To imię jest równie piękne, jak jego właścicielka - powiedział mężczyzna, wyprzedzając ją i nonszalancko otwierając przed nią drzwi. - Jeśli chodzi o Karzełka to tym bym się nim nie martwił. - Ros ruszył za dziewczyną prosto w wyłożoną śnieżnobiałym kamieniem klatkę schodową.. - Niech mnie drzwi ścisną, jeśli od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłem nie byłem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Życie z Cytusiem jest jak trzymanie głowy w paszczy lwa. Niby psia krew oswojona bestia, niby znasz każdy jej zwyczaj, każdy odruch, jednak wiesz, że jeden kaprys dzikiego zwierzęcia i kszszszyt - to mówiąc przejechał palcem po szyi - jesteś po drugiej stronie. Tędy, tędy. - Będąc u podstawy schodów dziewczyna próbowała skręcić w najbliższy korytarz, jednak Ros zastąpił jej przejście. - Tam jest kuchnia, a to nie miejsce dla uroczych młodych panien, jak ty madam. Mamy dużo szczęścia, że drzwi są zamknięte, bo dobywające się stamtąd zapachy mogłyby położyć trupem niedźwiedzia. 
Korytarze, którymi zmierzali były zaskakująco puste i zimne. Odgłos ich kroków odbijał się echem, ale mężczyzna szedł pewnie znajomymi drogami. Cytadela o tej porze zwykle nie była zbyt ruchliwym miejscem. Wszyscy mieli swoje obowiązki, a dla własnego dobra lepiej było je wykonać sumiennie. Nie żeby Cythian'dial przykładał do tego jakąkolwiek wagę. Problem stanowił Ghorm. Po plecach Rosa przebiegł dreszcz.
(Cythian'dial?)

Od Mirajane do Lexie

 Wiedziałam od samego początku, że Lexie bardziej będzie przejmowała się moim stanem, niż czymkolwiek innym. To w niej doceniałam i uwielbiałam. Zawsze była dla mnie rodziną, zawsze się mną opiekowała jak starsza siostra. Zawsze mogłam na nią liczyć, jak na nikogo innego na ziemi... Dlatego obiecałam sobie, że będę ją chroniła tak samo, jak ona chroni mnie. Kiedy trzymała moją dłoń, czułam się bezpieczna. Zawsze odczuwałam, że Lexie chroniła mnie jak jajko, jak porcelanową lalkę, której najmniejsza ryska może zaszkodzić. Z jednej strony to było dość upierdliwe... Ale z drugiej... Tak właśnie okazuje mi swoje oddanie. 
Zaczęliśmy rozmawiać o Merze, o tym co może się z nim dziać... Tak się bałam, że wizja mojej gwardzistki może się spełnić. Że mój rycerz może nie żyć. Że już nigdy nie zobaczę tej dziwnie uspokajającej mnie zbroi, tego chroniącego mnie ciała. Potrząsnęłam głową na tą myśl, nawet nie chciałam tego mieć w głowie. On. Musiał. Żyć. Musiał być przy mnie i Lexie. Jesteśmy rodziną. Razem. 
Kiedy brązowowłosa wspomniała o szaleńcu-lekarzu, z początku niezbyt dobrze przyjęłam informację, że ma mnie leczyć. Ba. Nawet nie chciałam do niego płynąć. Nie czułam się... Chora. Choć wiedziałam, że coś się we mnie złego dzieje, często tego nawet nie odczuwałam, przez co chętnie wykonywałam kolejne to eksperymenty i ćwiczyłam kolejne zaklęcia. Ah, magia. Szczególnie ta magia, którą ja się posługiwałam sprawiała, że czułam się dopełniona, czułam się kimś ważnym, bo mogłam osiągnąć coś, czego mało księżniczek osiągnęło. Mogłam być lepsza. Mogłam być zapisana w kartach historii, jako ktoś, kto wynalazł coś naprawdę cudownego. To były marzenia, ale wierzyłam, że się spełnią.
Gdy Lexie kazała otworzyć mi buzię, nieco się zdziwiłam. Zabrzmiało to dziwnie, ale czy ja powinnam się tym martwić? Nie. Oczywiście że nie. Musiałam zaufać dla gwardzistki, która powiedziała, że dzięki temu będę mogła oddychać pod wodą. Już miałam mówić o mojej bańce, kiedy ta przypomniała mi o tym, że w momencie, kiedy będzie mnie trzymała, ja nie będę mogła użyć mocy... Ile razy mnie zaskoczyła tym. Kilka razy uratowała jednak moje życie, kiedy magia wymknęła się poza moją kontrolę. Wtedy gdy otworzyłam buzię i Lexie była blisko mnie, zdałam sobie sprawę, że chyba po raz pierwszy widziałam lekki rumieniec na jej policzkach. Nie wiedziałam czym mogło to być spowodowane, ale uznałam, że po prostu się krępowała robiąc to. W końcu, nieco grzebała mi w buzi, co mogło być nieco peszące. Mnie też to zawstydziło, dlatego na moich bladych policzkach wstąpił również pudroworóżowy rumieniec. 
Przytuliłam się do Lexie, a po chwili tryton złapał dłoń gwardzistki i ruszyliśmy w ogromnej prędkości. Poczułam, jak nieco mi się zatykają uszy z powodu ciśnienia, nie powiem, nawet nieco się wystraszyłam, przez co mocniej złapałam moją przyjaciółkę, przylegając do niej swoim ciałem. Dziewczyna również mnie mocniej przycisnęła do siebie. Poczułam, jak dolnej części mojego ubioru trzyma się nikt inny, jak mój słodki Discord... Zwierzak trzymał się mocno pazurkami i udawało mu się. Widocznie wiedział, że da radę nam pomóc.
Po dłuższej chwili znaleźliśmy się blisko brzegu... Już spod wody czułam unoszącą się nad wyspą dziwną, gęstą i ciężką aurę. Wręcz przytłaczającą, pełną... W sumie nawet nie wiedziałam czego. Wypłynęliśmy na powietrze, a wtedy wyjęłam z mojego gardła urządzenie. Schowałam je do torby, wiedząc, że przyda się nam jeszcze. Przyznam, wyjmowanie tego sprawiło, że czułam ogromny dyskomfort, wręcz obrzydzenie. Westchnęłam po chwili, trzymając się ramienia Lexie.
- Cóż, dalej was nie mogę zaprowadzić. Tutaj musicie sobie poradzić same, panienki. Wiem, że wokół wyspy jest jakieś wejście, ale nie mam pojęcia jakie. - powiedział tryton, po czym ukłonił się do nas. - Jak będę znowu potrzebny, proszę, oto muszla, którą będziecie mogły wezwać mnie lub jakiegoś innego trytona. - po tych słowach, zniknął w głębinie.
Rozejrzałam się dokładnie, a po chwili przede mną wyskoczył z wody Discord, piszcząc zadowolony i machając ogonem. W oka mgnieniu wyleciał z oceanu, powiększając się i patrząc na nas obie. Uśmiechnęłam się lekko. Haresy wyjątkowo szybko goiły rany, a mój maluch szczególnie szybko, mały mistrz chaosu. Z pomocą Lexie weszłam na zwierzę, a potem pomogłam jej wejść na grzbiet pupila. Białowłosa hybryda po chwili ruszyła niezbyt szybko w kierunku miejsca, gdzie będziemy mogli bezpiecznie wylądować. Przeczuwałam, że ochrona wyspy może nie przyjąć nas miło, ale o tym się przekonamy, jak wylądujemy. Popatrzyłam na Lexie.
- Wiesz, nie powiem... To miejsce jest dziwne. Chyba... Chyba nawet nieco się boję tam wejść. Ta aura jest tutaj taka ciężka, dziwna... Jest bardzo gęsta... Nie wiem dlaczego. - powiedziałam, po czym mruknęłam. - Mam nadzieję, że nic złego się nie wydarzy... - dodałam.
(Lexie?)

Od Orelli do Cythian'diala

Poradzę sobie sama — odparła Orella, choć w jej głosie nie było cienia przekonania. Poprowadziła klacz dalej, miętosząc lejce w zmarzniętej dłoni. — Niewiele mam już do stracenia — dodała, oczekując, że stworzenie zostanie za nią i zniknie gdzieś we mgle. Ta wydawała się jeszcze gęstsza, jeszcze bielsza i jeszcze bardziej dusząca.
Satyrka opuściła wzrok, choć wydawało się, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Jednak milczała. Orelli zaś zrobiło się głupio.
— Nie mogę ci pomóc. Nie potrafię. Nie mam niczego, co mogłabym ofiarować, byś odnalazła swoją… siostrę. Jestem z daleka, nie znam tych ziem, ani obyczajów ich mieszkańców — rzuciła kobieta, zatrzymując się i spoglądając za siebie przez ramię. — W Temeni na ludzi czeka tylko jedno…
Wreszcie odwróciła wzrok od satyrki. Trudno jej było wyczytać jakiekolwiek emocje z pustych oczu stworzenia. Jeśli jakiekolwiek tam gościły.
— Nie przyszłam walczyć, przyszłam błagać o litość — dopowiedziała Orella, wreszcie bezradnie rozkładając ręce i starając się usprawiedliwić. — Nie…
Wiatr dmuchnął niespodziewanie, przewracając kobietę na bok klaczy. Mara zarżała, zamaszyście wywijając ogonem i zadreptała w miejscu, robiąc krok do tyłu.
Na środku ścieżki pojawił się masywny gad, nie większy od kuny. Orella zrobiła kilka kroków w tył, patrząc na srebrzyste ciało zwierzęcia niemal lśniące na tle czarnej ziemi.
Tak, jak przedstawiony był herb Martelów.
Orella położyła dłoń na rękojeści miecza, zdecydowanie popychając klacz w bok.
Gad zasyczał, przekrzywiając głowę. Żółte oczy wpatrywały się prosto w nią, a małe pazurki żłobiły ziemię. Z paszczy wysunął się czarny język. A potem rozpłynął się w powietrzu.
— Co do… — mruknęła kobieta, zatrzymując się w pół kroku. — Zniknął, po prostu zniknął…
Orella spojrzała na satyrkę, potem znów na miejsce, w którym przed momentem znajdowało się zwierzę. W końcu pokręciła głową i gładząc siodło, westchnęła.
Mgła zgęstniała, nie mogła wsiąść na klacz. Wszystko wskazywało na to, że przed nocą nie uda się jej opuścić doliny. 
(Cythian'dial?)

Od Crylin do Lexie

Jak to możliwe? Tak szybko wszystko ogarnęła w czasie, gdy ja padałam z wycieńczenia? Właściwie... gdzie ja jestem?
Wszędzie wyczuwałam dziwne zapachy powodujące mój niepokój. Otworzyłam notes i zaczęłam czytać. Wiele pożytecznych informacji... ale musiałam się śpieszyć. Wstałam na równe nogi, chwytając się drewnianej podpory.
- Gdy tylko odnajdę siostrę, jestem do twojej dyspozycji Garde [Strażniczko]. - Odparłam poważnie, przeszywając ją wzrokiem. - Jednak, bym mogła ją odbić, albo chociaż odnaleźć na czas, będę potrzebowała łzy.
Gwardzistka spojrzała na mnie ostro, najwyraźniej wciąż była nieufna, co nie dziwiło mnie tak bardzo. W końcu zobaczenie na własne oczy osoby, która dosłownie rozszarpała człowieka, nie wzbudza nikogo zaufaniem. Nie wspominając o kradzieży i morderstwie na jednym z jej przyjaciół w fachu.
- W jaki sposób ona miałaby pomóc? Planujesz oddać ją w zamian za dziewczynkę? - Była pewna siebie, ale również niezwykle chłodna.
- Non [Nie], powinnaś wiedzieć, że od początku nie planowałam oddawać Łzy Oceanu. Użycie jej w niewłaściwy sposób bądź do złych celów, skończyłoby się... tragedią. - Podeszłam do niej, wystawiając rękę. - Dlatego musisz mi zaufać, a przekonasz się, do czego to jest zdolne.
- Skąd mam mieć pewność, że akurat ty potrafisz się nią posługiwać? - Nie chciała odpuścić...
- W przeciwieństwie do ciebie, moja wiedza o przedmiotach magicznych wywodzi się z setek lat, w których panowały smoki. - Wyjaśniłam płynnie. - Łza Oceanu pozwoli mi zwiększyć swoje instynkty i siłę. Chère Madame [Droga Pani] nie będę tak wycieńczona se transformer en dragon [smoczą transformacją/przemianą]. Nie martw się o Łzę, zostanie zwrócona osobiście do twych rąk. - Odparłam dumnie i zaczęłam otwierać swój naszyjnik. Klejnot powinien się w nim zmieścić, a przeciwnicy nie muszą wiedzieć, że jestem w jego posiadaniu.
Kobieta przez chwilę zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić, jednak w końcu z niechęcią wypisaną na twarzy, podała mi przedmiot. Chwyciłam go w dłonie, a wokół niego zaczął pojawiać się kryształ i ogień. Moja rana w dość błyskawicznym tempie zaczęła się zlepiać, pozostawiając jedynie bladą linię.

- Nie zawiodę Cię Garde [Strażniczko/Gwardzistko]. - Ukłoniłam się jej w podzięce, następnie chowając klejnot do naszyjnika. Na mojej skórze zaczęły pojawiać się łuski, a paznokcie zmieniły wygląd na długie i ostre szpony. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać nad zabraniem ze sobą kobiety. Ostatecznie może być to samobójcza droga, a ja nie lubiłam narażać osób trzecich. Po chwili przemyśleń postanowiłam wybór dać mon Garde. - Nie chcę wplątywać Cię w te ordures [śmieci], ale nie zabronię Ci, jeśli będziesz chciała wyruszyć ze mną. - Podałam jej swoją dłoń, która teraz bardziej przypominała łapę. - Dam radę przetransportować nas obie na skrzydłach. 

<Garde? Jaka twa decyzja?>

Od Lexie do Mirajane

Moja pani, najpierw powinniśmy uratować ciebie - oznajmiła zdecydowanie Lexie, nie wstając i nie puszczając jej dłoni. - Mi nic się nie stało, a Mer... - zacięła się na chwilę. - Pani, Mer... - Lexie nie chciała tego mówić. - Powinnyśmy na razie uznać, że jest martwy.
- Nie... - Księżniczka zacisnęła dłonie na uszach. - Nie chcę tego słuchać... Mer nie umarł... Nie mógł... Lexie... proszę... nigdy nie mogłabym sobie wybaczyć, jeśli...
  Gwardzistka wpatrywała się w swoją panią przez chwilę nieruchomo. Stan Mirajane był naprawdę kiepski, a mimo to martwiła się przede wszystkim o swojego gwardzistę. Lexie wiedziała, że jej pani ma słabość do przystojnych mężczyzn i pozwala się im adorować z dużą przyjemnością, jednak aż do teraz przez myśl by jej nie przeszło, że księżniczka może żywić jakieś uczucie do swojego strażnika. Kobieta poczuła ukłucie, gdzieś w prawej piersi. Położyła drugą dłoń na dłoni Mirajane, po czym przyciągnęła jej lodowate palce do swojego czoła.
- Przysięgam pani, że zrobię wszystko, by go uratować - oznajmiła oficjalnie, po czym uniosła wzrok na oszronioną twarz swojej pani. - Ale najpierw priorytetem jest twoje życie. Jeśli nie powstrzymamy... tego... nawet jeśli go uratuję, nigdy więcej go nie ujrzysz. Jego życie przestanie mieć wartość. Tak samo, jak moje. 
- Im dłużej zwlekamy...
- W tym gorszym stanie jesteś, pani - przerwała jej stanowczo Lexie. Nie lubiła tego robić. Nie chciała się sprzeciwiać woli księżniczki, jednak w tej sytuacji był to jedyny sposób, by utrzymać ją przy życiu. Wszystko inne musiało zejść na dalszy plan. - I jeśli będzie trzeba, pani, wbrew twojej woli zaniosę cię, choćby na koniec świata.
  Mirajane milczała, jakby zamyślona. 
- Pani, na wyspie niedaleko żyje pewien szaleniec - zaczęła gwardzistka powoli, spoglądając badawczo na twarz swojej pani. - Jest lekarzem. Ponoć niezwykle dobrym. Być może on będzie w stanie cię uleczyć.
- Im szybciej to zrobimy, tym szybciej uratujemy Mera - powiedziała Mirajane, patrząc gdzieś poza gwardzistką.
- Tak, pani. Przysięgłam, że to zrobimy.
  Lexie nie chciała puszczać dłoni swojej pani. Wiedziała, że wtedy ta znowu zacznie zamarzać. Ale nie mogła przygotować się do drogi, cały czas ją trzymając. Zacisnęła zęby i wstała. 
- Proszę pani, wytrzymaj jeszcze tę chwilę - szepnęła, po czym wypuściła jej dłoń. Lodowa warstwa na ciele księżniczki zaczęła błyskawicznie narastać. Lexie błyskawicznie oderwała od tego wzrok. Nie mogła o tym myśleć, jeśli chciała ją uratować. Wzdrygnęła się i wcisnęła sobie do gardła urządzenie do oddychania pod wodą, po czym wróciła do słonej wody. Chwyciła stanowczo młodego syrena za ramię, wpatrując się intensywnie w jego oczy i licząc, że i tym razem telepatia zadziała w wystarczającym stopniu.
- Zawołam kogoś, by was odholował. Będziecie musieli przebić się przez niemal całą wyspę, aż do północnego jej krańca, na którym stoi zamek Richarda. - Syren uśmiechnął się pokrzepiająco do gwardzistki i wypłynął z pomieszczenia. Lexie wróciła błyskawicznie do boku swojej pani. Nawet nie trudząc się, by wyjąć urządzenie z gardła, uklękła przy niej, chwytając jej dłoń. Lodowacenie ciała ponownie zwolniło. Strażniczka czekała. Po dłuższej chwili wilgotna dłoń pojawiła się na jej ramieniu. Kobieta wstała i spojrzała na kanciastą, rekinią twarz trytona. Tamten bez słowa podał jej drugie urządzenie do łapania oddechu. Gwardzistka zaczerpnęła oddechu pod wodą, po czym pochyliła się nad Mirajane.
~ Pani, otwórz usta ~ poprosiła, używając całego potencjału telepatycznego, jaki posiadała. Na twarzy księżniczki pojawił się zdziwiony wyraz. Nic dziwnego, nigdy jej nie powiedziała, że to umie. ~ Będziesz musiała użyć urządzenia, filtrującego tlen z wody. Nie będziesz w stanie utrzymywać bańki, gdy ja będę przy tobie. 
  Księżniczka skinęła głową i rozchyliła wargi. Lexie pochyliła się jeszcze bardziej. Przez myśl jej przeleciało, że nigdy nie była tak blisko swoją twarzą twarzy swojej pani. Policzki jej lekko poczerwieniały i skarciła siebie w myślach. Tak delikatnie jak tylko mogła umieściła urządzenie w gardle Mirajane, a ta zaczęła się dusić. Błyskawicznie poderwała ją na ręce i wyskoczyła z powietrznej bańki. Tryton wyciągnął do niej dłoń. Gwardzistka mocniej przytuliła do swojego ciała księżniczkę, po czym chwyciła błoniastą kończynę stwora. Ten nie wahał się ani chwili. Pociągnął swoje pasażerki przez najbliższy wylot z pomieszczenia prosto w otwarte wody oceanu. Prędkość, z jaką je ciągnął uderzyła Lexie, jednak ona tylko zacisnęła zęby i przytuliła mocniej do siebie Mirajane. 
(Mirajane?)

sobota, 12 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Ziemia z szaleńczą prędkością umykała spod końskich kopyt. Matriasen oplótł rękami w pasie wojownika i mocno przytulił się do jego pleców, próbując nie wypaść z siodła. Wokół świstały lodowe odłamki, raz za razem rozbijając się na pobliskich drzewach lub ocierając o ciało chłopaka. Wiatr. Ciepło ciała wojownika. Nagły ból w plecach. Koń skręcił gwałtownie, wymijając ścianę z drzew, które przemieściły się, by zagrodzić mu drogę, a Matriasenem szarpnęło na bok. Mimo to nie zwolnił uścisku. Przed oczami zaczynało robić mu się ciemno, ale wiedział, że nie może zwolnić uścisku. Jeśli to zrobi – umrze. Kolejne uderzenie w plecy. Cesarz czuł jednocześnie gorąco wypływającej krwi i lodowate zimno tkwiącego w ciele sopla. Czuł, że zaczyna tracić panowanie nad organiczną kończyną. Potężnym wysiłkiem woli spróbował chwycić ją mechaniczną, jednak ta nie reagowała. Być może został uszkodzony system rozluźniający palce…? W mętnej mieszaninie bólu, strachu, podniecenia i wściekłości przez głowę cesarza zaczęły przesuwać się wzory, opisujące parametry protezy, kolejne schematy i obliczenia. Chłopak skupił się na tych myślach. Odpływająca powoli świadomość oparła się na znanych, powtarzalnych schematach. Ale nie pomogło to na długo. Matriasen czuł, że uścisk jego dłoni się rozluźnia. Nie mógł już nic na to poradzić. Jego ciało było słabe. Zawsze było słabe. Chłopak poczuł jeszcze, że wojownik próbuje przytrzymać jego rękę, jednak nie mógł trzymać jej cały czas, jeśli sam chciał utrzymać się na galopującym wierzchowcu. Koń ponownie skręcił gwałtownie. Białowłosym zarzuciło jak szmatą, jednak twardy uścisk wojownika zdołał go przytrzymać. Kolejny skręt. Jeszcze jeden. Wyszli chyba na prostą. Może to już blisko skraju? Gwałtownie zwierz wygiął swoje ciało w skoku. Najwyraźniej dotarli do jakiegoś wąwozu? Dłoń Matriasena ześlizgnęła się z pasa wojownika. Palce tego drugiego musnęły czubki jego palców, nie zdążywszy jednak powstrzymać upadku. Bezwładne nagle ciało chłopaka pociągnęło za sobą protezę, rozdzierając strój jeźdźca i poleciało w dół. Przed oczami cesarza pojawiły się ptaki. Cała piątka. Zawisły w miejscu nad nim, przez chwilę wyglądały, jakby się zastanawiały co robić. Ale było to tylko mylne wrażenie. Cały czas machały w końcu skrzydłąmi, a pył pod nimi powoli formował się w coś większego.
Zginę tutaj - przeleciało jeszcze przez myśl wynalazcy. Zupełnie bez emocji, bez strachu czy niepokoju. Nie mógł nic z tym zrobić, nie było więc powodu do zmartwień. Uderzył twardo o pylistą ziemię brzegu wąwozu. Gdzieś kawałek dalej zarżał koń i dźwięk kopyt rozbrzmiał tuż przy głowie chłopaka. Wojownik ponownie skakał przez wąwóz. Jego rozwiane, białe włosy i piękne, złote oczy wydały się w tamtym momencie Matriasenowi tak bliskie i znajome. Jakby znów był przy nim jego brat. Wojownik miechem rozgonił ptaki, jednak tworzony przez nie duży odłamek lodu stracił oparcie w momencie, gdy zdzielił jednego mieczem. Bryła lodu uderzyła mężczyznę w pierś, strącając z konia, tuż obok wynalazcy. Wojownik upadł z jękiem, jednak błyskawicznie się podniósł. Spojrzał na leżącego. Oczy chłopaka były mętne, a ziemia wokół niego nasiąknięta krwią.
- Trzymaj się – mruknął, stając naprzeciw trzem pozostałym przy życiu wrogom, które właśnie pikowały w jego kierunku.
  W tym momencie rozległ się wystrzał. Jedno z błękitnych stworzeni wydało z siebie żałosny skrzek, a pozostałe rozproszyły się gwałtownie. Nie pomogło im to. Padły kolejne strzały i wokół wąwozu pojawił się niewielki, ciężkozbrojny, konny oddział.
- To już wszystkie, komisarzu! - krzyknął jeden z mężczyzn, trzymających pistolet kapiszonowy. Z lufy wciąż unosił się dym.
- Dobrze. - Do wąwozu zbliżył się postawny mężczyzna w lekkim pancerzu wspomaganym, przykrytym barwnym płaszczem, wyglądającym jakby był zszywany przez wiele krawcowych, z których każda miała nieco inny pomysł na efekt końcowy. Przy bokach konia wisiały dwa dziwaczne, ząbkowane ostrza, jednak poza nimi nie było widać u mężczyzny broni. - Aresztujcie czarowników i po sprawie. 
  Wojownik spiął wszystkie mięśnie, a otaczający go inkwizytorzy zareagowali błyskawicznie, dobywając spod płaszczy pistoletów.
- Ani drgnij chłopcze albo z miejsca rozerwiemy cię na strzępy. - Dowódca badawczo patrzył w twarz młodzieńca. Białe włosy albinosa i złoto w jego oczach coś mu przypominały, jednak nie był w stanie przypomnieć sobie, co dokładnie.
- Zgłupieliście? - jęknął półprzytomny Matriasen, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych. W oczach komisarza pojawił się błysk zaskoczenia. - Opuś... cić... broń. - wydukał, dużym wysiłkiem woli chłopak.
- Opuścić! - rozkazał gwałtownie komisarz. - Seref! Na co czekacie! Pomóc rannym! - warknął do najbliższego podkomendnego.
(Zacharias? Zostawiam cię w tym niezręcznym momencie :P)

środa, 9 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Po tej podróży czułam ogromne wyczerpanie. W głębi mojego ciała czułam gorąc, ale moje ciało zamarzało w pełni. Nie rozumiałam dlaczego, a raczej... Rozumiałam, ale nie chciałam przyswoić tych informacji do mnie. Całkowicie bałam się o moje życie. Co jak co, pragnęłam zobaczyć, że Mer i Lexie żyją. W mojej głowie słyszałam tylko to, że mam ich ratować. Ale dlaczego. Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś z moich pozostałych bliskich jest w zagrożeniu. To Mer? Czy Lexie...? Co jak tamte stwory dogoniły jej gwardzistkę? Co jak jej przyjaciółce mogło się coś stać...
Poczułam jak ktoś mnie kładzie mnie w dziwnym miejscu, ale czułam, że mogę być tam bezpieczna... Ciągle jednak obawiałam się o bliskich. Dlaczego nie mogłam się obudzić i im pomóc?! Chcę się obudzić! Chcę się zaopiekować moją rodziną! Chcę, aby byli już obok mnie! Mój Mer i Lexie!
---
- Mer! Popatrz! Mam wianek od jakiejś dziewczynki z miasta! - krzyknęłam. - Lexie! - dodałam.
Uśmiechnęłam się słodko, biegnąc do moich najbliższych. Widziałam, jak Mer ma na sobie swoją tradycyjną zbroję, a Lexie była ubrana w mundur. Zarumieniłam się lekko, po czym kiedy przybiegłam do nich, zaśmiałam się.
- Cóż, jak mam być szczera, nauczyłam się od niej co nieco, dzięki czemu mam wianek dla każdego. - powiedziałam, po czym podeszłam do mojej gwardzistki.
Założyłam na jej głowę kwiatki, przytulając ją lekko. Kiedy już uśmiechnęłam się do niej i obdarzyłam ją uczuciem, zbliżyłam się do Mera. Od razu poczułam rumieńce na policzkach... Westchnęłam cicho, wkładając wianek na jego głowę z uśmiechem.
- Bardzo ci pasuje... - szepnęłam, a potem zauważyłam jedno...
Mer ukłonił się do mnie, ujął mą dłoń i uchylił lekko swój hełm, całując moją dłoń w geście podziękowania. Zarumieniłam się jeszcze mocniej, a potem odwróciłam głowę. W głowie przeleciało mi tyle myśli... Szczególnie ta, że chciałam ujrzeć jego twarz i chciałam pocałować jego policzek w geście podziękowania. Nie odzywał się, ale mimo to, zawsze czułam się przy nim bezpieczna... Odsunęliśmy się od siebie, a potem usiedliśmy razem na polanie w pobliżu miasta... Było tam pięknie, było tam dużo kwiatów... Przez ten czas zrobiłam jeszcze jeden wianek, który Mer zabrał z moich dłoni i założył mi go na głowę... To była przepiękna chwila.
---
Właśnie, kiedy patrzyłam w hełm Mera, obudziłam się... Otworzyłam lekko oczy, rozglądając się. Ciężko odetchnęłam.
- Lexie... Mer... G-Gdzie jesteście... - szepnęłam.
- Jestem tutaj, księżniczko. - powiedziała nagle moja gwardzistka.
Wolno obróciłam głowę w jej stronę, patrząc na nią nieco zamglonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się bardzo słabo, ściskając bezsilnie jej dłoń. Westchnęłam, aby po chwili spróbować się podnieść. Lexie jednak mnie położyła z powrotem.
- Musisz odpoczywać... - powiedziała.
Zimno nadal było dość... uporczywe. Czułam się tak, jakbym nie miała mojego ciała. Chłód, naprawdę ogromny chłód... Nie wiedziałam w sumie co to miało znaczyć. Przyglądałam się dokładnie mojej gwardzistce, czy jest z nią wszystko w porządku... Bardzo się bałam, czy nikt jej nie skrzywdził. Gdyby tak było, sama bym zabiła tego lub tą, którzy ją skrzywdzili. To byłoby... Jasne, że nikt by nie przeżył. Zrobiłabym wszystko, aby moja rodzina żyłą w spokoju. Westchnęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się do gwardzistki.
- Dziękuję, że tutaj jesteś... Wiesz może, co się dzieje z Merem? Bardzo się o niego martwię. - powiedziałam.
- Niestety, ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka.
Zmartwiłam się... Ale wiedziałam, skąd ona może wiedzieć... Popatrzyłam na miejsce, gdzie leżałam, była to muszla, tak sądziłam przynajmniej. Zauważyłam mojego pupila, który wiernie przy mnie leżał. Zagryzłam lekko wargę, patrząc po chwili na Lexie.
- Dziękuję, że jesteś... - dodałam. - Powinnyśmy porozmawiać z tymi syrenami w pobliżu... Pomogą tobie i mnie... A potem też Merowi... Chcę, aby tutaj wrócił... Chcę, aby był już z nami... Z jego rodziną... - szepnęłam, zamykając oczy. - Uratujmy go, proszę... - dodałam.
(Lexie?)

Od Zachariasa do Matriasena

Patrzyłem na niego z lekkim zdziwieniem. No świr, dobry, ale świr. Pyłek opadł na ziemię oraz na moje włosy, szybko go strzepnąłem, wyobrażając sobie, jak na mojej głowie wyrastają liście. Spojrzałem jeszcze raz do góry, na miejsce, w którym zobaczyłem ptaka. Czy on na prawdę mógł pochodzić z Khayru? Jakim cudem nic o tym nie wiem? Cóż... może i piniaty, które rozstawia się dzieciom do zabawy są dość podobne do tego zwierzęcia, to jednak jakoś trudno mi uwierzyć w to dziwne powiązanie. Wolałem sobie wmawiać, że mężczyzna gada brednie, usłyszał coś od jakiegoś pijaczka i to powtarza, albo sam sobie wmówił głupoty – najgorsze jest jednak to, że zazwyczaj kiedy wydaje nam się, że coś jest niemożliwe, bo nie bierzemy tej osoby na poważnie, wychodzi na odwrót. 
- Żebyś tylko zdążył przed zakończeniem wojny – powiedziałem bardziej do siebie, chociaż on to i tak usłyszał, posłał mi urażone spojrzenie. - W każdym razie, jak chcesz znaleźć źródło zasilania tej anomalii? - zapytałem spokojnie, podchodząc do Saevi'ego i odwiązując go od drzewa. Koń prychnął i szturchnął mnie w ramię. Już dawno powinniśmy znaleźć dla niego stajnię, dobrze o tym wiedział. Poklepałem go po szyi.
- To jest dobre pytanie – obrócił się wokół własnej osi. - Zazwyczaj źródło emanuje najsilniej, a drgania geomagiczne są najszybsze. Moje urządzenie przyprowadziło nas tutaj, czyli w tym miejscu jest źródło, albo gdzieś w okolicy – wyjaśnił. W tym czasie między koronami drzew coś przelatywało i poruszało liśćmi. Pyłek cały czas się rozsypywał w powietrzu, raz delikatnie, raz mocniej. Coś nimi musiało potrząsać, a podczas naszej krótkiej rozmowy, to coś pojawiło się kilka razy. - Gdybyśmy sprawdzili każde drzewa, albo przyjrzeli się uważniej liściom... - mówił dalej i chociaż go słuchałem, to również przyglądałem się koronom drzew. W górze coś się czaiło, tego byłem pewien. Czułem, widziałem, nawet mój koń zdenerwowany podrygiwał łbem na boki, dając mi znać, że chce stąd iść. Nie byłem pewny, czy wynalazca także o tym wiedział, ponownie go pochłonęły słowa, stawianie hipotez i wyobrażenia spełniania niemożliwego.
W pewnym momencie chciałem do niego krzyknąć, zwrócić na siebie jego uwagę, ale uderzył mnie jeden fakt; nie znałem jego imienia. Niestety nie było już czasu o nie pytać. Podszedłem po prostu do niego i szturchnąłem go w ramię. Spojrzał na mnie, wracając do rzeczywistości.
- Spójrz – wskazałem palcem na drzewa. - Zdaje mi się, ale czy one...
- Się poruszają – wyszeptał z cichą ekscytacją i jednocześnie zdenerwowaniem w głosie. Pnie rzeczywiście się poruszały, nie w naszą stronę, one się zagęszczały i zaczynały tworzyć nieduży okrąg, w którego centrum byliśmy my. Opadł na nas spory promień słońca. Zadarłem głowę do góry, gałęzie na moment uchyliły nad nami część czystego nieba. Instynktownie zarzuciłem kaptur na głowę, podobnie jak nieznajomy obok mnie. Milczeliśmy, obserwując dziwne zachowanie natury. Nagle coś przysłoniło cały nieboskłon; były to niebieskie ptaki o długich ogonach i skrzydłach, wielkością dorównującym krukom, było ich z cztery. Oboje się wzdrygnęliśmy, domyślając się, co nas czeka.
- Masz jakieś ustrojstwo na nie? - mocniej zacisnąłem dłoń na lejcach konia, aby mi nie uciekł. Gdy chłopak pokręcił głową, niebieskie ptaki przypuściły atak. Z ich piór wylatywał magiczny pył, który zamieniał się w ostre, lodowe szpikulce. Bez zastanowienia odwróciliśmy się i zaczęliśmy uciekać. W biegu wskoczyłem na konia, po czym złapałem nieznajomego za rękę i pociągnąłem go do siebie.
- Wskakuj – odpychając się nogami od ziemi, udało mu się wylądować na zadzie konia. Trzymałem go mocno, aby nie spadł i kiedy już poprawił się na siodle na tyle, aby nie spaść ze zwierzęcia, wyskoczyliśmy z kręgu drzew, przez niewielką dziurę między nimi. W tym samym czasie pociski nie ustawały, a jeden z nich drasnął mnie w ramię.

<Matriasen? Akcja!>

Od Matriasena do Zachariasa

Co? - Do Matriasena, jakby z opóźnieniem doszły ostatnie słowa rozmówcy. Spojrzał na szlachetne zwierzę i mało brakowało, a ponownie spadłby z drzewa. Błyskawicznie wycelował protezę w ptaka, przytrzymując drugą ręką, a zębami z całej siły wyrywając zawleczkę. Huknęło i ptak rozleciał się w błękitny puch. Chłopak odetchnął i spojrzał na Zachariasa.
- To wiele wyjaśnia. - Zerwał jeszcze kilka próbek liści i schował w skrytce w protezie, po czym zeskoczył z drzewa. Pod konarem, na którym siedział ptak były jeszcze resztki stworzenia. 
- Tak? - Wojownik zeskoczył koło niego. Wyglądał na nieco oszołomionego wystrzałem, którego był świadkiem. A i tak trzymał się dobrze. W większości ludzi, którzy pierwszy raz słyszeli broń prochową, ten dźwięk budził panikę.
- Karnawałowy posłaniec. Używają ich w Khayr do obserwacji i przenoszenia magii. Z jakiegoś powodu ich pióra doskonale absorbują magię i machając, są w stanie strzepywać ją w docelowym punkcie. - Wynalazca bardzo ostrożnie pobrał próbkę piór, po czym z poważną miną odwrócił się do rozmówcy. - Wojowniku, musimy wydostać się z tego lasu i jakoś to powstrzymać. - Zacisnął usta w cienką wargę. - Zwykła anomalia magiczna zwykle się wypala po jakimś czasie, jest do opanowania. Ale jeśli jest zasilana... ten las pochłonie miasto. Jego resztę właściwie. - Coś jakby go tknęło. Podszedł do drzewa i wbił się palcami w jego korę, zrywając najbardziej zewnętrzną warstwę. Między jego palcami, tylko czterema, co mógł zauważyć Zacharias, pociekła czerwona ciecz. - Jeśli mają tego więcej, mogą przemienić nas wszystkich w las. Komu wogle mogłaby przydać się tak wypaczona ziemia? Już same te pustkowia są bezwartościowe, a obarczone zmutowaną roślinnością będą jeszcze gorszym celem. Co właściwie chcą na tym zyskać? 
- Jesteś pewien, że to należy do Khayr? - zapytał wojownik, przyglądając się cieknącej z drzewa krwi. 
- To nie byłby pierwszy raz. - Matriasen spojrzał poważnie na tamtego. - Ty wojowniku walczysz mieczem, ale walcząc mieczem, przeżynasz się przez setki przeciwników, jednocześnie tracąc setki sojuszników. Pole bitwy sprowadza tylko śmierć obu stronom. Podstawą taktyki jest, że jeśli pokrzyżujesz plany wroga, nim ten zaatakuje - wygrasz. 
  Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na spływającą mu między palcami protezy krew. W końcu się od niej oderwał i uśmiechnął.
- Ale jest sposób, jest sposób, by temu wszystkiemu zaradzić. Popchnę technologię do przodu. Siła postępu jest nie do zatrzymania. Tylko rozumem, tylko intelektem wojna może zostać zakończona. Żadna magia, czy inne sztuczki nie pokonają ludzkiego rozumu. Żadna! I ja, sam tego dopilnuję. Choćbym miał sam siebie złożyć w ofierze na ołtarzu nauki, choćbym miał przewrócić pojęcie moralności i całe państwo obrócić do góry nogami! - Po swoich ostatnich słowach uderzył protezą w drzewo. Zatrzęsło się, a liście zachwiały. Teraz nawet gołym okiem dało się dostrzec, że cały czas emitują pył.
(Zacharias? Matriasen trochę się pobudził xd)

niedziela, 6 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Przyglądałem się protezie z obojętną miną, chociaż w myślach podziwiałem jego robotę. Świr, ale jaki utalentowany, wcześniej słyszałem o technologii Sharru, ale nigdy nie widziałem jej na własne oczy, a jeśli już, były to proste kończyny czy pojedyncze dyski wsadzone w ludzkie ciało, aby jakoś podtrzymywały korpus, a to było zrobione bardzo dokładnie, z wieloma szczegółami. Krótko mówiąc: byłem pod wrażeniem.
Odsunąłem się kawałek do tyłu, zdejmując dłoń z miecza i uważnie przyglądając się jego poczynaniom. Z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy, mężczyzna zaczął się wspinać po drzewie z udziałem swojej liny. Kiedy już znalazł się na górze i mógł przyjrzeć się liściu, wyglądał na bardzo zaskoczonego, po chwili znowu się uśmiechnął zainteresowany.
- Możesz tutaj wejść? - zapytał. Na moment mnie zamurowało. Wałęsam się z nieznajomym po lesie, a teraz na jego prośbę mam wpiąć się po drzewie, aby obejrzeć liść. To brzmiało tak niedorzecznie. Pamiętaj, ten las to iluzja, może będzie ciekawie, wmawiałem sobie w myślach, po czym bez słowa przywiązałem konia do pierwszego, lepszego konaru i zaraz zacząłem wchodzić na drzewo. Zrobiłem to szybko i bez problemu, jak za młodych czasów, kiedy dla zabawy skakało się po drzewach i próbowano udawać małpę. - Spójrz – znowu się odezwał, kiedy zjawiłem się obok niego. Kucnąłem na gałęzi, trzymając się jedną ręką tej wyższej, aby nie stracić równowagi i nie wylądować na ziemi. Spojrzałem na trzymany przez niego listek, który zaczął pocierać kciukiem. Po chwili z małej, ciemnozielonej roślinki zaczął ulatywać jasnożółty pyłek, co ciekawsze, leciał on do góry. Nie ukryłem zdziwienia. - Te drzewa muszą być źródłem magii, która zmieniła tutejsze otoczenie – wywnioskował. W ciszy podniosłem głowę i zerwałem liść, który przypominał ten, trzymany przez obcego. Potarłem go palcami, zareagował to samo. Pyłek uniósł się do góry i przypadkiem wciągnąłem go do nosa. Kiedy kichnąłem, z mojego nosa wyleciał jasnozielony glut, który wylądował na niższej gałęzi. Skrzywiłem się, a zaraz zaskoczyłem, ponieważ po chwili z mojego smarka wyrosła gałązka pełna zielonych liści.
- To było obrzydliwe – stwierdziłem, podnosząc się i rozglądając po miejscu. Las jak las, zero jakichkolwiek śladów magii czy iluzji; przynajmniej dla mojego amatorskiego oka. Kiedy spojrzałem z powrotem na nieznajomego, zobaczyłem, że wychyla się w stronę świeżo wyrośniętej gałązki. Obserwowałem, jak próbuje do niej dosięgnąć i zastanawiałem się, czy gdyby to zostało w moim nosie, czy tam wyrosłoby drzewo. Przeszły mnie ciarki po plecach, a wtedy chłopak na tyle mocno wychylił się do boku, że zaczął spadać z gałęzi. Nogi mu się obróciły i w ostatniej chwili złapałem go za ubranie. Pociągnąłem do siebie i kiedy byłem pewny, że stabilnie siedzi, puściłem go. - Co zamierzasz teraz zrobić? - przerwałem ciszę, znowu rozglądając się po miejscu. Z tej perspektywy widziałem więcej, niż z dołu. Zadarłem głowę do góry i na moment zmarszczyłem brwi. - Ten ptak od początku tu siedział? - wskazałem na jasnobieskie zwierzę, z długim ogonkiem, który rozmiarów dosięgał do kruka. Przyglądał nam się w ciszy.

<Matriasen?>