wtorek, 29 września 2020

Zacharias do Matriasen

W jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość, którą rozpoczęły te dziwne ptaki-piniaty, a potem doprawili ją wojownicy. Ledwo umknęliśmy z życiem, a oni chcieli nas oskarżyć o magię. Miałem ochotę chwycić miecz i ich wszystkim pozabijać. Nie wiedząc czemu, nowo przybyli posłuchali się spotkanego przeze mnie wynalazcy. Zdezorientowany przyglądałem się tylko, jak pomagają mu wstać, a kiedy jeden z nich dotknął mnie w ramię, zrzuciłem dłoń nieznajomego i spojrzałem na niego groźnym spojrzeniem. Jego wyraz twarzy wykazywał jedynie obojętność, nie obchodziło go, czy dam się opatrzeć, czy nie, po prostu miał wykonać zadanie. Dopiero wtedy poczułem piekący ból w ramieniu i postanowiłem zaufać na tę chwilę nieznajomym. Trzymając jedynie dłoń na trzonie miecza (dla własnego spokoju), pozwoliłem nieznajomemu spojrzeć na ranę. Sam byłem ciekaw, co pozostało po lodowych ostrzach. Miałem głęboką rysę na ramieniu, draśnięcie na nodze i siniak na klatce piersiowej – czyli nic ciekawego. Gorzej się miał drugi mężczyzna, on był w pewnym sensie moją tarczą. Ptaki były z tyłu, on siedział z tyłu, więc dostawał wszystkie ciosy; mogłem być jedynie wdzięczny losowi, że żył i wdzięczny jemu, bo inaczej ja bym leżał w kałuży krwi. Mną zajęli się szybko, ponieważ nie było zbytnio co oglądać, a nieznajomego wtaszczyli na konia, wpierw zatamowawszy krwawienie na plecach. Spojrzałem na niego. Miał zamknięte oczy, brudne od krwi ubranie, poszarzałe włosy od dymu i piachu oraz brudną twarz, na której gościł spokój. Wyglądał, jakby nic się nie stało. Jakby po prostu spał, a wszystko to było złym koszmarem.
- Jak się nazywasz? - usłyszałem obok głos. Odwróciłem głowę w kierunku nieco wyższego mężczyzny w pancerzu i płaszczu, który wyglądał, jakby został wyhaftowany z wymiocin jednorożca; zdecydowanie miał za dużo kolorów i wzorów.
- Mówią mi Zack – przedstawiłem się.
- Skąd jesteś? I co tu robisz? - kolejne pytania, jakbym był jakimś złodziejem albo innym bandytą. Nie denerwuj się, pamiętaj, to oni mają władzę, nie ty.
- Zwykłym wędrownym. Zmierzałem do Sharr – wyjaśniłem spokojnie, kątem oka widząc, jak ciemnoskóry wojownik ciągnie konia z rannym wynalazcą.
- W jakim celu? - spojrzałem na rozmówcę, mając go dość. Ciekawe jak cienki może być jego pancerz.
- Żadnym konkretnym. Zwykłe odwiedziny starych ziem – wmawiając mu, że urodziłem się w tym królestwie, zadawał kolejne pytania. Zastanawiałem się dlaczego. Byłem dla niego zwykłym obcym, prawdopodobnie brał mnie za jakiegoś parobka, którego spotkali przypadkiem podczas ataku wroga. Nie mieli czegoś ważniejszego na głowie, niż wypytywanie mnie o życie "osobiste"? - Rodzice podróżowali, więc ja też. Wszelkie problemy zgłaszać martwym – zakończyłem swą krótką powiastkę o mym "życiu", po czym odwróciłem się i podszedłem do swojego konia. Na moje szczęście nie był ranny, jedynie wystraszony i zdezorientowany. Chwyciłem lejce i go pogłaskałem.

Wylądowałem na szarym końcu kolumny wojskowej. Wynalazca w dalszym ciągu leżał na koniu, otoczony przez straż. W głowie pojawiały się złe myśli – ptaki zaraz wrócą i to z większym asortymentem, prowadzą mnie do miasta, aby mnie ściąć, bo nie uwierzyli w moją historyjkę, mężczyzna umrze, a mnie oskarżą o jego śmierć, jeśli okażę się kimś ważnym. Zdecydowanie za dużo myślałem, za dużo analizowałem i wymyślałem. Wyobraźnia to mój wróg, zaśmiałem się w duszy, po czym wbiłem wzrok w ziemię. Moje myśli powędrowały ku ptakom – wynalazca oskarżył o ich przybycie Khayr. Dlaczego? Dobrze znałem plany bitew, wszystkie strategie, w tym używane bronie i techniki, i nigdzie nie pojawiała się wzmianka o czymś podobnym. Czyżby mój ojciec...
Moje myśli przerwało głośnie kaszlnięcie i nagłe poruszenie wśród żołnierzy. Nieprzytomny się obudził i podali mu wody. Nie zatrzymaliśmy się, kontynuowaliśmy drogę do miasta – z jednej strony cieszyłem się, że wreszcie wyjdę z tego lasu, z drugiej jednak nie podobała mi sie eskorta wojowników. Po kilku następnych minutach szyk się rozszedł, każdy podszedł do swojego ulubionego towarzysza, powstały grupki i teraz przypominaliśmy bardziej zwykłych wędrownych niż wojsko. Korzystając z sytuacji, przyspieszyłem trochę, póki nie znalazłem się przy koniu z rannym. Miał już otwarte oczy, spojrzał na mnie.
- Nieźle oberwałeś, jak się czujesz? - w tym samym momencie usłyszałem charakterystyczny dźwięk miecza, wyciąganego z pochwy. Spojrzałem na niskiego wojownika, który mierzył do mnie z broni, instynktownie moja dłoń także spoczęła na głowicy.
- Odsuń się od cesarza – w tym momencie chłopak na koniu sie podniósł.
Kogo? Cesarza? To był chyba żart. Spotykam brudnego mężczyznę w jakichś szmatach, który zachowuje się, jakby wziął jakąś używkę, a oni mi mówią, że to "cesarz"? To słowo ani trochę do niego nie pasowało, a mnie wprowadziło w takie oszołomienie, że nawet nie wyciągałem miecza, tylko gapiłem się na żołnierza jak na kompletnego idiotę. Mogłem to wziąć za żart, chciałem to wziąć za żart, ale to by wyjaśniło całe to zamieszanie, to szczegółowe wypytywanie się, kim jestem, ta opieka i ciągła ochrona mężczyzny. Spójrz, los podał ci go na talerzu, a ty nie skorzystałeś z okazji.
Tak naprawdę nie było żadnej okazji.

<Matriasen?>

piątek, 25 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Mimo sopli, widziałam przez nie rozmazaną sylwetkę mojej gwardzistki. Patrzyłam na to, jak przerzuca ubrania przez sople, a potem po prostu... Klęka. Klęka, a ja odczułam od razu co ona robiła. Dłuższą chwilę byłam w ogromnym szoku, nie ruszyłam się ani na milimetr. Patrzyłam się jak spetryfikowana w jeden punkt. Po chwili jednak wrzasnęłam, a sople rozbiły się niczym kryształowy żyrandol, a ja wyleciałam, łapiąc Lexie w moje ramiona. Mocno ujęłam jej policzki, błagałam ją, aby została. Błagałam, aby mnie nigdy nie opuściła. Powoli odczuwałam coraz większą samotność. Jak stracę Lexie, zapadnę w wąwóz rozpaczy i żalu, że dopuściłam do śmierci mojej gwardzistki. Hares nieco panikował, biegał w miejscu, uderzając końcówką ogona o ziemię i piszczał w przerażeniu.
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała po chwili Lexie. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do mnie.
Mówiła gdzieś w powietrze, nie kierowała do mnie twarzy. Byłam przerażona jak nigdy. Trzymałam blisko siebie Lexie, zupełnie jakby zaraz ktoś miał mi ją odebrać. Ucałowałam kilka razy jej policzki z nadzieją, że poczuje się lepiej. Myślałam, że wtedy spojrzy na mnie, że uśmiechnie się i powie, że jest już lepiej. Jednak tak się nie stało. Wyglądała na bardzo słabą, była blada, a jej wzrok... Wzrok wydawał się uciekać ciągle w innym kierunku, jakby nie miała władzy w swoim ciele. Co ja znowu narobiłam. To wszystko to była moja wina. Moja i mojej egoistycznej momentami natury. Zawsze każdego ranię... Szybko ubrałam ją w jej spodnie oraz buty, aby nie zamarzała.
- Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczęśliwą.
Słysząc te słowa, moje serce zabiło mocniej. W przerażeniu patrzyłam, jak chwilę potem wybełkotała kilka ostatnich słów. Zaczęła majaczyć, przez co wiedziałam, że nie jest z nią dobrze. Pocałowałam czule jej czoło, wtulając ją w siebie. Wstałam razem z Lexie, po czym usiadłam na grzbiet Haresa. Ułożyłam gwardzistkę tak, abym miała ją przed sobą, objęłam ją i dłońmi złapałam się futra Discorda. Zwierzę machnęło skrzydłami i wyleciało znowu do góry. Ja z kolei ułożyłam głowę strażniczki na swoim ramieniu. Delikatnie całowałam jej skroń, aby czuła, że jestem obok niej. W oddali powoli można było dojrzeć wieżę, w jakiej prawdopodobnie znajdował się lekarz. Odetchnęłam, kładąc policzek na głowie Lexie.
- Zaraz będziesz zdrowa, obiecuję ci to. - szepnęłam.
Lexie miała rację. Nie mogłam jej pokochać, tak, jak pokochałam Mera. Moje serce w całości należało do silnego rycerza, jaki był dla mnie bardzo, ale to bardzo bliski. To jednak nie sprawiało, że nie kochałam gwardzistki. Była dla mnie jak najbliższa siostra. Jak przyjaciółka, na którą zawsze mogłam liczyć. Żałowałam jednak, że nie mogłam odwzajemnić jej uczucia. Na pewno byłaby wtedy szczęśliwa, a wtedy... Wtedy by mogły być szczęśliwe we dwie... No ale przeznaczenie chciało inaczej. Pokochałam Mer. Obiecałam jednak sobie jedno. Będę dla niej zawsze najbliższą osobą. Zawsze będę obok niej i zawsze będę dawała jej to, czego potrzebuje. To był mój plan na przyszłość. 
Minęło kilka chwil, a Discord wylądował na ziemi przed wieżą. Rozejrzałam się lekko, biorąc Lexie na barana. Cóż, to było trudne, nie byłam przyzwyczajona do noszenia kogokolwiek. Jednak dla niej dam radę zrobić wszystko, nawet przenieść góry. Hares zmniejszył się nieco, a łebkiem podtrzymywał jedno z ud Lexie, pomagając mi ją nieść. Drzwi do wieży otworzyły się samoistnie, kiedy podeszłam w tamtym kierunku. Nieśmiało weszłam do środka i rozejrzałam się. Zaczęłam wchodzić po schodach z pomocą Discorda. Minęło kilka dłuższych chwil, a wtedy znalazłam się na górze wieży. Na samym czubku były drzwi, więc zapukałam, a po kilku sekundach otworzył nam mężczyzna w dość młodym jak na lekarza wieku. Miał blond włosy, a na jego ciele leżał biały kitel, który był rozpięty i ukazywał zieloną koszulę w paski. Na oczach miał okulary z zielonymi szkłami, które błysnęły, kiedy zdejmował je z twarzy.
- A kogo ja widzę. Księżniczka Mirajane? - powiedział.
- Zna mnie pan? - zapytałam zaskoczona. - Tak, w każdym razie. To ja. Potrzebuję pilnej pomocy. Moja gwardzistka... - zaczęłam, ale nie zdążyłam skończyć.
Doktor wciągnął nas do pokoju, biorąc Lexie na ręce. Położył ją na kozetce i obejrzał pod lupą, jaką miał w kieszeni białego, choć nieco poplamionego dziwnymi substancjami, kitla. Przyglądał się mojej strażniczce bardzo dokładnie, jakby badał każdy milimetr jej skóry. Potem odszedł od niej, biorąc ze szklanej gablotki fiolkę o niebiesko-fioletowym kolorze. Otworzył usta Lexie i wlał jej kilka kropel cieczy do ust. Wyrwał dwa liście z małej szklarenki na jego biurku i też wsadził jej to do ust. 
- Zaraz się obudzi. A ty panienko? Też nie wyglądasz najlepiej. - powiedział, biorąc swoją lupę. 
Zaczął mnie oglądać, podobnie jak oglądał wcześniej gwardzistkę. Rzeczywiście, najmniejszy fragment mojego ciała został przez niego dokładnie obejrzany. Podobnie jak wcześniej, wyjął kolejną fiolkę, tym razem błękitno-czarną, podając mi ją.
- Magia Lodu. Jednak już nie ta książkowa, a taka zaklęta głęboko w tobie, księżniczko. Powiem ci szczerze, jeszcze kilka tygodni bez leku, a zginęłabyś w ogromnych męczarniach. Wpierw wnętrze zamarza, potem zewnętrzne części, a na końcu, powoli przebijają cię od środka lodowe kolce. Zdarzało się też, że ciała pod klątwą Lodu wybuchały, no ale nie wiadomo co by się z panienką stało. To co ci dałem, hamuje rozwój klątwy, nie eliminuje jej. Dam ci przepis na eliksir. Dzięki temu będziesz mogła normalnie żyć, normalną ilość czasu, a śmierć nie będzie tak bolesna, moja pani. - powiedział.
Usiadł do biurka i zaczął pisać coś na pergaminach. Podejrzewam, że zapisywał mi cały przepis na eliksir. Podeszłam do mężczyzny.
- Czy moja gwardzistka przeżyje? - zapytałam.
- Oczywiście, że tak. Nie stało się nic złego. Potrzebuje odpoczynku. Pozostańcie tutaj dwa dni, a wszystko wróci do normy. - odpowiedział mi doktorek, wracając do zapisek.
Odetchnęłam, siadając obok Lexie. Złapałam jej dłoń i położyłam ją na swój policzek. Zamknęłam oczy, wpatrując się w zmęczoną twarz mojej strażniczki. Jedną ręką pogłaskałam jej policzek, a potem ucałowałam jej czoło.
- Wybacz mi  za wszystko Lexie... - szepnęłam do niej, głaszcząc bardzo delikatnie jej włosy. - Od teraz będę bardziej o ciebie dbała. Będę więcej myślała o tobie i o tym jak się czujesz. Nigdy więcej nie będę egoistką... - nadal mówiłam bardzo cicho.
Liczyłam, że zaraz się wybudzi po lekach, jakie podał jej blondwłosy mężczyzna.
(Lexie?)

środa, 23 września 2020

Od Lexie do Mirajane

Gwardzistka zatrzymała się tuż przed lodowymi kolcami. Tym razem nie miała swojej włóczni, a nawet jeśli by miała, prawdopodobnie nie wykrzesałaby z siebie dość siły, by je rozbić. Przez chwilę przeleciało jej przez myśl, że może powinna mimo wszystko spróbować. Że jeśli będzie uderzać dostatecznie długo, to w końcu się przebije. Ale obawiała się, że wtedy nie będzie mieć dość siły, by poprowadzić swoją panią dalej. Było jej zimno. Brak wierzchniego odzienia dopiero teraz tak naprawdę zaczynał dawać jej się we znaki. Kropelki krwi zamarzały na jej ciele. Lexie nie do końca rozumiała wszystko, co mówiła do niej księżniczka, mimo że bardzo starała się wyłapać nawiązania i zrozumieć, zanim się odezwie. Stan księżniczki, jej słowa... wszystko wskazywało na to, że jej wysokość sięgnęła po coś, po co nie powinien sięgać żaden śmiertelnik. Musiała zaczerpnąć ze Źródła. Tylko z jakiego? I czemu właśnie ona? Czemu jej pani, nawet jej pani miała zostać zniszczona przez magię. Gwardzistka zacisnęła mocniej zęby, mając nadzieję, że jej zniekształcony obraz przez kolce nie będzie dla księżniczki zbyt czytelny. W tej sytuacji... co powinna zrobić w tej sytuacji? Co powinien uczynić gwardzista jej królewskiej mości księżniczki... nie księżniczki, królowej Mirajane z rodu Reiss? Po krótkim namyśle Lexie zdjęła spodnie, potem buty i przerzuciła je na tyle ostrożnie, o ile to było możliwe przez sople. Ubrania upadły na śnieg, koło księżniczki z cichym pufięciem. Stopy gwardzistki zanurzone były po kostki w lodowatej masie, a zmęczony utratą krwi i wysiłkiem organizm szybko się wychładzał.
- Wedle woli, wasza wysokość. Nie będę ci już więcej zawadzać. - oznajmiła Lexie, klękając na jedno kolano przed klatką z sopli. Nie powiedziała nic więcej. Postawiła wszystko na tą jedną kartę. Reszta zależała od księżniczki. 
  Powoli przestawała czuć zimno w kończynach. Zaczynało jej się coraz gorzej oddychać. Jej świadomość powoli odpływała. Strażniczka zamarzała w samym środku tropikalnej puszczy. Jak przez mgłę usłyszała dźwięk tłuczonego lodu i niewyraźna, wątła postać dopadła do niej. 
- Nie, nie, nie, nie, nie - słowa przerywane szlochem były blisko. Niemal przy jej twarzy. A może przy jej twarzy? Nie mogła jednak skupić uwagi na głowie. Nie tak bardzo, jakby chciała. Nie czuła też dotyku, choć widziała, że dłonie księżniczki chwytają jej twarz w objęcia. - Co ty wyprawiasz? Nie zniosę twojej śmierci... Lexie... nie możesz umrzeć przeze mnie... miałaś iść... iść i mnie zostawić. Nie zostawać tutaj... miałaś nie cierpieć... nie mogę cię stracić, nie mogę!
- Przysięgłam ci wierność do śmierci, pani - głos gwardzistki był nieco niewyraźny, język jej się plątał. Czy dżungla ostatecznie pokonała śnieżne zaspy jej pani, czy tylko jej zaczynało robić się przyjemnie ciemno? - Więc muszę być posłuszna - mamrotała. - Nie mogę pójść za tobą, wbrew twojej woli. Ale jeśśśli umrę... przysięga przestanie mnie obowiązywać. I nie będę musiała cierpieć, będąc odizolowana od ciebie. Ciałem nie będę bezpieczna obok ciebie... zostanę z tobą w twoim sercu...
- Lexie, błagam - księżniczka próbowała hamować szloch. - Nie o to mi chodziło. Nie zasypiaj. Trzymaj się! - Oczy gwardzistki właśnie zaczynały się zamykać. - Mów do mnie, Lexie!
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do księżniczki. Mówiła gdzieś w przestrzeń, jakby kompletnie przestała zauważać jej obecność. - Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczęśliwą.
  Słowa jej wysokości przestały już nawet dochodzić do świadomości gwardzistki. Nie wiele do niej dochodziło. Jej mętne myśli kotłowały się gdzieś między obawą, że jej decyzja może jeszcze bardziej pogorszyć stan księżniczki i pewnością, że nie mogła tego zrobić inaczej. Słowa by do niej nie dotarły. Do jej wysokości nigdy nie docierały słowa. Nawet gdy była dzieckiem. Piękne, złote włosy w świetle dnia i wesoły śmiech, gdy popisywała się swoją mocą. W Lexie zawsze ten lód budził niepokój, jednak księżniczka wydawała się nad nim dobrze panować. Były w parku zamkowym, pełnym lazurowych sadzawek, które młoda Mirajane zamrażała według swojej woli. Tego dnia próbowała z jednej z nich wypiętrzyć lodową rzeźbę. Chciała zrobić ojcu niespodziankę na urodziny i postawić jego lodowy pomnik w ogrodzie. Była pewna, że to dobry pomysł. Nawet był całkiem niezły. Magiczny lód powinien wytrzymać dostatecznie długo, szczególnie że był ledwie początek wiosny. Spędziła dobrych kilka godzin na misternym stawianiu podobizny ojca. Wyszła nawet całkiem nieźle, choć nos był za duży. Gdy to zauważyła, chciała wspiąć się i go poprawić, mimo zdecydowanego sprzeciwu gwardzistki. Jak zawsze pewna siebie, pewna swojej mocy. Z gracją dostała się na barki ojca i zaczęła magią starannie formować niesforny element, gdy wychyliła się nieco za bardzo. Straciła równowagę i próbowała się chwycić któregoś z wystających elementów, jednak dłonie ześlizgnęły jej się po śliskiej, lodowej powierzchni. W ostatniej chwili Lexie zdołała ją pochwycić i nieco zamortyzować upadek, jednak zwichnęła sobie przy tym nadgarstek. Wtedy pierwszy raz widziała, jak Mirajane szlocha. Jej piękne oczęta, okolone złotą aureolą włosów i czerwonymi, nabrzmiałymi od łez polikami.
- To nic takiego, wasza wysokość, tylko zwichnięcie - wymamrotała Lexie, patrząc w zapłakaną twarz swojej pani. Leżała na czymś miękkim i ciepłym, a z jej ramion sypał się drobny, metaliczny proszek, gdy księżniczka dotykała jej ciała. 
(Mirajane?)

Od Mirajane do Lexie

 Stałam pośród zielonej polany, okrytej kolorowymi kwiatami. Słońce kuliło się ku zachodowi, a ja stałam i patrzyłam w horyzont. Zamknęła lekko oczy. Ciepła, orzeźwiająca mnie bryza, muskała moje policzki oraz resztę twarzy, powodując, że blond kosmyki moich włosów, wpadały delikatnie do moich oczu. Uśmiechnęłam się mimo to. Zarumieniłam się dość mocno, odchylając lekko głowę do tyłu. Poczułam, jak spoczywa ona na czyimś silnym ramieniu. Ciepłe, męskie dłonie objęły mnie w pasie, przyciągając delikatnie do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i dotknęłam uzbrojonego przedramienia kogoś, kto sprawiał, że czułam się prawdziwie wolna. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam, że miałam lekko wypukły brzuch. No tak... W mojej wizji zawsze widziałam, że ja i Mer będziemy szczęśliwą rodziną. Wymarzyłam, że chciałam mieć z nim dzieci, chciałam żyć z nim z dala od królewskich luksusów, w miejscu, gdzie będziemy mieli dostatek, ale też spokój od obowiązków monarchy. Tak... Tak właśnie widziałam siebie. Widziałam też, że Lexie na zawsze pozostałaby z nami. Jako moja siostra i ciocia dzieci...
- Mer... - szepnęłam znowu, uśmiechając się lekko do siebie. - Teraz jest idealnie, prawda...?
Ostatnie co widziałam w moim świecie, była jasna twarz ukochanego, a potem czuły pocałunek, jaki sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Dziękuję ci Mer... Bądź przy mnie zawsze.

___

Po długiej chwili odmętnych myśli o przyszłym wspólnym może życiu z moim ukochanym, wybudziło mnie kapanie krwi. Słyszałam opadające raz co raz ciężkie, czerwone krople. Jedna z nich właśnie znowu uderzyła o coś. Przerażona się rozejrzałam. Byłam w dżungli, na Discordzie, a przede mną była Lexie, jaka była cała zakrwawiona. Odwróciłam słabo głowę, a tam ujrzałam goniącą nas wściekłą pumę. Bodajże to była puma. Mój wzrok nadal był zamglony, przez co niespecjalnie wiedziałam co się działo wokół mnie. Jęknęłam z bólu, czując ścisk w ciele. Moje oczy przewróciły się, zupełnie jakbym miała znowu zemdleć, jednak na szczęście to się nie stało i szybko ocknęłam się z tego dziwnego stanu. Objęłam mocno Lexie w przerażeniu, że zaraz spadnę. Zaczęłam nagle krzyczeć. Sama nie wiedziałam dlaczego wrzeszczałam, dlaczego moje ciało całe drżało, dlaczego czułam się, jakbym zaraz miała umrzeć. Zaczęłam płakać. Po prostu po moich bladych policzkach popłynęły łzy. Objęłam mocniej gwardzistkę, wtulając się w jej plecy.
- Lexie... Boję się. - szepnęłam niczym małe dziecko. - Nie chce umierać... Ja nie chcę. - powiedziałam głośniej, po czym zacisnęłam blade dłonie na jej talii.
Po chwili jednak Discord z całej siły uderzył ogonem w pumę, która w porównaniu do mojego pupila była o wiele mniejsza. Prawda była taka, że w czasie ich ucieczki, Hares powiększał się co chwilę, aby uratować ważne mu osoby. Nie powinien, ale wiedział, że musiał uratować właścicielkę jak tylko mógł. Kiedy drapieżnik padł oszołomiony na ziemię, białe stworzenie zwolniło, kładąc się, potrzebował chwilowo odpoczynku, aby jego energia z powrotem wróciła do ciała. Biały królikopodobny ciężko oddychał, ale po chwili jego oddech się uspokoił. Podniosłam się, lekko puszczając ciało ciężko dyszącej Lexie. Popatrzyłam na nią.
- Co się stało? Czy ja... Czy to ja ci zrobiłam? - powiedziałam w przerażeniu, dotykając jej ramion oraz nogi. - Czy to ja ciebie tak skrzywdziłam, znowu...? - dodałam jeszcze, czując jak trzęsą mi się ręce.
Zabrałam od niej dłonie i odsunęłam się po chwili. Cofałam się, patrząc na moje dłonie, aż wreszcie potknęłam się o korzeń i upadłam na ziemię, patrząc się nadal na narzędzia zbrodni, jakimi ostatniego czasu narobiłam wiele złego. Źrenice mi się zwężyły, ciało zadygotało w kolejnej partii przerażenia i strachu przed samą sobą. Z moich palców zaczęła wydobywać się magia, a pode mną zaczęła zamarzać lekko ziemia, trawa i pobliska kora drzewa. Rozejrzałam się, patrząc na to co znowu narobiłam. Po policzkach pociekło mi więcej łez.
- Nie, to nie możliwe. Ta magia... Miałam pomagać, a nie niszczyć... Lexie... Ja znowu niszczę, a nie naprawiam... - powiedziałam, patrząc na moją gwardzistkę.
Strażniczka popatrzyła na mnie, jednak po chwili zauważyłam, jak idzie w moją stronę. Jej wzrok zawsze był spokojny, wydawał się nawet lekko zmartwiony o mnie. Co jednak ja zrobiłam? W przerażeniu krzyknęłam, łapiąc się za głowę i skuliłam się. Wokół mnie powstały lodowe kolce, które odgrodziły mnie od gwardzistki. Cała drżałam, ciągle po moich policzkach płynęły łzy.
- Nie podchodź! Nie! Nie mogę ciebie krzywdzić! Przeze mnie ciągle cierpisz! Ciągle musisz mnie ratować! Ciągle patrzysz, jak ja niszczę swoje i twoje życie! Dlaczego ja się zgodziłam na to, aby ktokolwiek mnie pilnował! Powinnam odpowiedzieć za grzechy jakich się dopuściłam! Powinnam... Powinnam zapłacić życiem za cierpienie jakie sprawiłam tylu ludziom... Mama, tata... Rodzeństwo... To przeze mnie. to na pewno przeze mnie straciłam ich wszystkich. Nie mam nic. Mam tylko magię, której się boję. Którą sama przyjęłam do mojego ciała z nadzieją, że będę mogła naprawiać. A tak naprawdę? Tak naprawdę wszystko niszczę i ranię innych! Ty cierpisz! Discord cierpi... A Mer... Mer zniknął, znowu... Dlaczego go nie ma... Tak bardzo chcę, aby był obok mnie! - krzyknęłam, po czym zalałam się łzami.
Na niebie zebrały się szare, wręcz ciemnoszare chmury. Ułożyły się tak, aby ani kawałeczek słońca nie oblał lasu w jakim znajdowałam się ja i moja gwardzistka. Chwilę później, zaczął padać śnieg, a  ten chwilę potem przemienił się w wichurę śnieżną. Ja zalewałam się nadal płaczem, a wiatr wzmagał na sile, sople wokół mnie wydawały się zaostrzać, a szron pode mną i na drzewie wydawał się zmieniać w prawdziwy lód.
- Zniszczyłam życie wszystkich ludzi! To moja wina! - krzyknęłam.
Zaraz potem uciszyłam się. Wichura lekko ustąpiła, a lodowe sople znowu wydawały się być jak galareta. Uniosłam głowę do góry, patrząc na padający z nieba śnieg, na zabielające się korony drzew. Zamknęłam oczy, czując łzy w oczach. Wizja mnie i Mera, naszej rodziny zaczęła przeciekać mi przez palce. Przez to co robiłam, nigdy to się nie spełni.. Ból w moim sercu się ciągle wzmacniał.
- Sama dojdę do tego doktora. Lexie, nie musisz tu zostawać. Przeze mnie za wiele osób cierpiało i nie chcę abyś ty też zmarnowała sobie życie u mojego boku. Jestem śmiercią. Uosobieniem śmierci. Każdy kto jest obok mnie, cierpi, umiera... Nie pozwolę, aby tak bliska osoba jak ty również cierpiała... - szepnęłam, a potem uśmiechnęłam się sama do siebie. - Jestem jak ostatni płatek śniegu... Inny niż reszta, zawsze opadający na ziemię samotnie. A potem... Potem łączę się z tłumem, znikając pośród niego... A zaraz potem, kiedy opadnę, reszta zaczyna się topić. Zaczyna ginąc w ziemi pod postacią wody. - szepnęłam, po czym popatrzyłam na Lexie. - Tak mi na tobie zależy... Nie chcę ciebie nigdy utracić na zawsze. Zawsze będziesz w moim sercu. Tam będziesz bezpieczna jako myśl. Ciałem nigdy nie będziesz bezpieczna obok mnie... Wybacz mi, Lexie... Za bardzo się boję, aby pozwolić ci iść dalej. - dodałam.
(Lexie?)

Od Keyi do Lexie

To nie miało tak wyglądać. Niewola powodowała we mnie wrzenie, nie mogłam uporządkować myśli.Statek, zapach prawdopodobnie morza i Ci ludzie tworzyli chaos w moim życiu. Jastrząb była cenna, nie miałam do tego żadnych wątpliwości, ale co im po takim tworze jak ja? Intuicja mówiła, że to nie skończy się dobrze. A ona rzadko mnie zawodziła. 
Poczułam mocny uścisk na związane ręce i jedynie mocno zacisnęłam zęby. Czułam jak dłonie oprawcy wędrują po mojej skórze, a z jego ust wydobywa się rechot. Szarpanie przynosiło jedynie ból, więc odpuściłam. Traciłam powoli wolę walki. 
- Nieźle na tobie zarobimy. - przystawił zamaskowaną twarz do mojego ucha. Odór jaki od niego dolatywał jeszcze bardziej uświadamiał mi w jakim położeniu jestem. Nie mogę zrobić nic. 
Nawet moja towarzyszka, która niewątpliwie była potężna została bez wyjścia, więc co ze mną? I choć ogarniał mnie egoizm, potrafiłam szybko zająć go obojętnością. Nigdy nie miałam wartości. 
Zanim wrócił Ptak minęła wieczność, tak mi się wydawało. Jej wyraz twarzy był poważny i skupiony. Kiedy znów stanęłyśmy przywiązane razem, poczułam jak ciężko oddycha. Szukałam odpowiednich słów, jednak to ona pierwsza się odezwała.
- Wypuszczą Cię. - poinformowała mnie, na co zmarszczyłam brwi. 
- Co musisz zrobić? - westchnęłam. - Poradzę sobie sama, nie rób nic wbrew swojej woli. Nie warto...
Spojrzałam jej w oczy i przygryzłam dolną wargę. Nawet podczas porwania czułam się ciężarem. 
- Podjęłam decyzję, po prostu czekaj. - odwróciła się. 
Odpuściłam, nie ciągnąc dalej niewygodnego tematu. Zamknęłam oczy, przeklinając pod nosem. Wsadzono nas ponownie do schowka i zamknięto, pozostawiając z niewygodnymi myślami. W międzyczasie wciąż próbowałam przedrzeć sznury, miałam na to całą noc.

- Wstawaj! - silna ręka uniosła mnie do góry, boleśnie ciągnąc za sobą. Było jeszcze ciemno, a wyrwana ze snu nie potrafiłam ocenić co się dzieje. 
Kiedy wyciągnęli nas na pokład, Jastrząb już tam stała. Miała na sobie czarną pelerynę, która skutecznie skrywała ładną buzię. Obok uśmiechał się nieznajomy, który nie miał na sobie maski. Jego chłodny wzrok zatrzymał się nade mną tylko przez chwilę. Skupiony był na mojej towarzyszce, patrzył w jej kierunku jakby widział wielki skarb. Kim tak na prawdę była? 
Mrok powoli się rozjaśniał, a my stanęliśmy. Założono mi maskę, tak, że nic nie widziałam i popchnięto naprzód, ignorując moje marudzenie. Nagłe pchnięcie było na tyle mocne, że padłam na ziemię. Poczułam w ustach ziemię, a już i tak obolałe ciało nie mogło samo się podnieść. Wtedy postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę, nie wiedziałam jeszcze, że doprowadzi mnie to do zagłady. 
Poluzowane wcześniej węzły puściły, a ja odzyskałam na moment wolność. Zmuszenie mięśni do ostatniego wysiłku nie było nawet aż takie ciężkie. Kiedy wstałam, miałam mało czasu. Od tej chwili liczył się każdy ruch. Zobaczyłam tylko wściekły wzrok Jastrzębia i ruszyłam na oprawcę. Dwóch wielkich ludzi mocno mnie złapało i choć zadałam im kilka mocnych ciosów, nie zdołałam ich powalić. Byłam zbyt osłabiona. Momentalnie oberwałam w twarz. Obraz pociemniał, a ból rozszedł się po całym ciele. W ustach rozszedł się smak własnej krwi i nie potrafiłam się nawet ruszyć. Nie mogłam nic zrobić, tylko przeszkadzałam. To nie miało sensu.
- Przestańcie. - krzyknęła moja towarzyszka, a ja jedyne co chciałam to ją przeprosić za bycie uciążliwym i najsłabszym ogniwem. To nigdy nie miało tak wyglądać. Życzyłam jej wygranej.
Nikt się tym nie przejął, kazali iść jej na przód, a ja zostałam z tyłu. Widziałam jak coś do niej mówią, ale nic nie słyszałam. Potem straciłam orientację, czułam jedynie złość, a następnie ciemność całkowicie przejęła moje ciało. Zamknęłam oczy, pozwalając na wieczny sen i przeklinając własne życie. W ostatnim momencie pragnęłam jedynie zemsty i siły.

Lexie? 

wtorek, 22 września 2020

Od Cythian'diala do Kiku

"Nie specjalnie konkretna i nie wiele mówiąca o celach twórcy." Skomentował Cythian'dial, siadając za barkiem tuż przed truchłem kota. Nie ma podpisu adresata ani jego żądań. Arcymag oglądał zwierzę z dużą uwagą. "Choć zapewne brak ucha i serca może wskazywać na konkretną treść. Kot, który nie słyszy i nie ma serca, zamordowany za barem. Odór rozkładu wskazuje, iż znajduje się tutaj od około kilku godzin. A jeśli w danym miejscu do baru istnieje tylko jedno wejście, możemy spokojnie założyć, że ktokolwiek to zrobił, zrobił to wcześniej, niż 4 godziny temu. Czyli czyn dokonany został między szóstą a ósmą rano. I to przez kogoś, kto wiedział, że będziesz wychodził i zabawisz dłuższy czas poza barem." Karzełek na chwilę zamilkł, jakby się zastanawiał, przeglądając listę wrogów w myślach rozmówcy.
- Zwolnij nieco, herbata gotowa - powiedział tamten, korzystając z chwili i stawiając parujący napar przed Cythian'dialem. Aromat pomarańczy, czarnej herbaty z Aranayi, imbiru i goździków wniknął pod maskę Arcymaga.
"To naprawdę dobra herbata. Czarna mamba, jeśli się nie mylę, z południowych lasów Aranayi. Zbierana w czwartym nowiu roku. Doskonale aromatyczna. Dobrze dobrane przyprawy i plasterek pomarańczy tylko uwydatniają jej zalety." 
- A jak smakuje. Śmiało, skosztuj - zachęcił go Kiku. - Nie sądziłem, że spotkałem takiego znawcę herbat.
  Karzełek nieco zachwiał się na krześle.
"To niestety niefortunne, ale mój organizm nie jest w stanie przyswajać pokarmów materialnych. Sam zapach jest wszystkim, czego mi potrzeba do osiągnięcia pełni doznań smakowych i pokarmowych. Choć z drugiej strony pozwala mi to rozkoszować się aromatem znacznie dłużej, niż śmiertelnym." 
  Atmosfera i barwa tego miejsca bardzo odpowiadały Cythian'dialowi. Było spokojne, a jednocześnie tętniące magią, ciepło urządzone, a jedna z nutą tajemniczości, a zwłoki kocięcia, umieszczone za barem dopełniały obrazu o dzieło sadystycznej sztuki. Kto jak kto, ale Arcymag doceniał dobrą metaforę i niejasne przekazy. Umiejętnie sformułowana groźba również nie była mu niczym obcym. Z tym że on zwykle od razu wiedział, od kogo otrzymał prezent i czyja głowa powinna zostać oddzielona od ciała na stałe.
  I jeszcze ta herbata. Rzadko, naprawdę rzadko spotykał kogoś, kto faktycznie rozumiałby sztukę komponowania herbat owocowych w ten sposób, nie nie uchybić ani aromatowi herbaty, ani zawartemu w niej specjalnemu składnikowi, jakim był owoc. 
(Kiku?)

Od Lexie do Mirajane

Gwardzistka zatrzymała się tuż przed lodowymi kolcami. Tym razem nie miała swojej włóczni, a nawet jeśli by miała, prawdopodobnie nie wykrzesałaby z siebie dość siły, by je rozbić. Przez chwilę przeleciało jej przez myśl, że może powinna mimo wszystko spróbować. Że jeśli będzie uderzać dostatecznie długo, to w końcu się przebije. Ale obawiała się, że wtedy nie będzie mieć dość siły, by poprowadzić swoją panią dalej. Było jej zimno. Brak wierzchniego odzienia dopiero teraz tak naprawdę zaczynał dawać jej się we znaki. Kropelki krwi zamarzały na jej ciele. Lexie nie do końca rozumiała wszystko, co mówiła do niej księżniczka, mimo że bardzo starała się wyłapać nawiązania i zrozumieć, zanim się odezwie. Stan księżniczki, jej słowa... wszystko wskazywało na to, że jej wysokość sięgnęła po coś, po co nie powinien sięgać żaden śmiertelnik. Musiała zaczerpnąć ze Źródła. Tylko z jakiego? I czemu właśnie ona? Czemu jej pani, nawet jej pani miała zostać zniszczona przez magię. Gwardzistka zacisnęła mocniej zęby, mając nadzieję, że jej zniekształcony obraz przez kolce nie będzie dla księżniczki zbyt czytelny. W tej sytuacji... co powinna zrobić w tej sytuacji? Co powinien uczynić gwardzista jej królewskiej mości księżniczki... nie księżniczki, królowej Mirajane z rodu Reiss? Po krótkim namyśle Lexie zdjęła spodnie, potem buty i przerzuciła je na tyle ostrożnie, o ile to było możliwe przez sople. Ubrania upadły na śnieg, koło księżniczki z cichym pufięciem. Stopy gwardzistki zanurzone były po kostki w lodowatej masie, a zmęczony utratą krwi i wysiłkiem organizm szybko się wychładzał.
- Wedle woli, wasza wysokość. Nie będę ci już więcej zawadzać. - oznajmiła Lexie, klękając na jedno kolano przed klatką z sopli. Nie powiedziała nic więcej. Postawiła wszystko na tą jedną kartę. Reszta zależała od księżniczki. 
  Powoli przestawała czuć zimno w kończynach. Zaczynało jej się coraz gorzej oddychać. Jej świadomość powoli odpływała. Strażniczka zamarzała w samym środku tropikalnej puszczy. Jak przez mgłę usłyszała dźwięk tłuczonego lodu i niewyraźna, wątła postać dopadła do niej. 
- Nie, nie, nie, nie, nie - słowa przerywane szlochem były blisko. Niemal przy jej twarzy. A może przy jej twarzy? Nie mogła jednak skupić uwagi na głowie. Nie tak bardzo, jakby chciała. Nie czuła też dotyku, choć widziała, że dłonie księżniczki chwytają jej twarz w objęcia. - Co ty wyprawiasz? Nie zniosę twojej śmierci... Lexie... nie możesz umrzeć przeze mnie... miałaś iść... iść i mnie zostawić. Nie zostawać tutaj... miałaś nie cierpieć... nie mogę cię stracić, nie mogę!
- Przysięgłam ci wierność do śmierci, pani - głos gwardzistki był nieco niewyraźny, język jej się plątał. Czy dżungla ostatecznie pokonała śnieżne zaspy jej pani, czy tylko jej zaczynało robić się przyjemnie ciemno? - Więc muszę być posłuszna - mamrotała. - Nie mogę pójść za tobą, wbrew twojej woli. Ale jeśśśli umrę... przysięga przestanie mnie obowiązywać. I nie będę musiała cierpieć, będąc odizolowana od ciebie. Ciałem nie będę bezpieczna obok ciebie... zostanę z tobą w twoim sercu...
- Lexie, błagam - księżniczka próbowała hamować szloch. - Nie o to mi chodziło. Nie zasypiaj. Trzymaj się! - Oczy gwardzistki właśnie zaczynały się zamykać. - Mów do mnie, Lexie!
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do księżniczki. Mówiła gdzieś w przestrzeń, jakby kompletnie przestała zauważać jej obecność. - Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczeliwa.
  Słowa jej wysokości przestały już nawet dochodzić do świadomości gwardzistki. Nie wiele do niej dochodziło. Jej mętne myśli kotłowały się gdzieś między obawą, że jej decyzja może jeszcze bardziej pogorszyć stan księżniczki i pewnością, że nie mogła tego zrobić inaczej. Słowa by do niej nie dotarły. Do jej wysokości nigdy nie docierały słowa. Nawet gdy była dzieckiem. Piękne, złote włosy w świetle dnia i wesoły śmiech, gdy popisywała się swoją mocą. W Lexie zawsze ten lód budził niepokój, jednak księżniczka wydawała się nad nim dobrze panować. Były w parku zamkowym, pełnym lazurowych sadzawek, które młoda Mirajane zamrażała według swojej woli. Tego dnia próbowała z jednej z nich wypiętrzyć lodową rzeźbę. Chciała zrobić ojcu niespodziankę na urodziny i postawić jego lodowy pomnik w ogrodzie. Była pewna, że to dobry pomysł. Nawet był całkiem niezły. Magiczny lód powinien wytrzymać dostatecznie długo, szczególnie że był ledwie początek wiosny. Spędziła dobrych kilka godzin na misternym stawianiu podobizny ojca. Wyszła nawet całkiem nieźle, choć nos był za duży. Gdy to zauważyła, chciała wspiąć się i go poprawić, mimo zdecydowanego sprzeciwu gwardzistki. Jak zawsze pewna siebie, pewna swojej mocy. Z gracją dostała się na barki ojca i zaczęła magią starannie formować niesforny element, gdy wychyliła się nieco za bardzo. Straciła równowagę i próbowała się chwycić któregoś z wystających elementów, jednak dłonie ześlizgnęły jej się po śliskiej, lodowej powierzchni. W ostatniej chwili Lexie zdołała ją pochwycić i nieco zamortyzować upadek, jednak zwichnęła sobie przy tym nadgarstek. Wtedy pierwszy raz widziała, jak Mirajane szlocha. Jej piękne oczęta, okolone złotą aureolą włosów i czerwonymi, nabrzmiałymi od łez polikami.
- To nic takiego, wasza wysokość, tylko zwichnięcie - wymamrotała Lexie, patrząc w zapłakaną twarz swojej pani. Leżała na czymś miękkim i ciepłym, a z jej ramion sypał się drobny, metaliczny proszek, gdy księżniczka dotykała jej ciała. 
(Mirajane?)

Od Mirajane do Lexie

Stałam pośród zielonej polany, okrytej kolorowymi kwiatami. Słońce kuliło się ku zachodowi, a ja stałam i patrzyłam w horyzont. Zamknęła lekko oczy. Ciepła, orzeźwiająca mnie bryza, muskała moje policzki oraz resztę twarzy, powodując, że blond kosmyki moich włosów, wpadały delikatnie do moich oczu. Uśmiechnęłam się mimo to. Zarumieniłam się dość mocno, odchylając lekko głowę do tyłu. Poczułam, jak spoczywa ona na czyimś silnym ramieniu. Ciepłe, męskie dłonie objęły mnie w pasie, przyciągając delikatnie do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i dotknęłam uzbrojonego przedramienia kogoś, kto sprawiał, że czułam się prawdziwie wolna. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam, że miałam lekko wypukły brzuch. No tak... W mojej wizji zawsze widziałam, że ja i Mer będziemy szczęśliwą rodziną. Wymarzyłam, że chciałam mieć z nim dzieci, chciałam żyć z nim z dala od królewskich luksusów, w miejscu, gdzie będziemy mieli dostatek, ale też spokój od obowiązków monarchy. Tak... Tak właśnie widziałam siebie. Widziałam też, że Lexie na zawsze pozostałaby z nami. Jako moja siostra i ciocia dzieci...
- Mer... - szepnęłam znowu, uśmiechając się lekko do siebie. - Teraz jest idealnie, prawda...?
Ostatnie co widziałam w moim świecie, była jasna twarz ukochanego, a potem czuły pocałunek, jaki sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Dziękuję ci Mer... Bądź przy mnie zawsze. 
___

Po długiej chwili z odmętów myśli o przyszłym wspólnym może życiu z moim ukochanym, wybudziło mnie kapanie krwi. Słyszałam opadające raz po raz ciężkie, czerwone krople. Jedna z nich właśnie znowu uderzyła o coś. Przerażona się rozejrzałam. Byłam w dżungli, na Discordzie, a przede mną była Lexie, jaka była cała zakrwawiona. Odwróciłam słabo głowę, a tam ujrzałam goniącą nas wściekłą pumę. Bodajże to była puma. Mój wzrok nadal był zamglony, przez co niespecjalnie wiedziałam, co się działo wokół mnie. Jęknęłam z bólu, czując ścisk w ciele. Moje oczy przewróciły się, zupełnie jakbym miała znowu zemdleć, jednak na szczęście to się nie stało i szybko ocknęłam się z tego dziwnego stanu. Objęłam mocno Lexie w przerażeniu, że zaraz spadnę. Zaczęłam nagle krzyczeć. Sama nie wiedziałam, dlaczego wrzeszczałam, dlaczego moje ciało całe drżało, dlaczego czułam się, jakbym zaraz miała umrzeć. Zaczęłam płakać. Po prostu po moich bladych policzkach popłynęły łzy. Objęłam mocniej gwardzistkę, wtulając się w jej plecy. 
- Lexie... Boję się. - szepnęłam niczym małe dziecko. - Nie chce umierać... Ja nie chcę. - powiedziałam głośniej, po czym zacisnęłam blade dłonie na jej talii.
Po chwili jednak Discord z całej siły uderzył ogonem w pumę, która w porównaniu do mojego pupila była o wiele mniejsza. Prawda była taka, że w czasie ich ucieczki, Hares powiększał się co chwilę, aby uratować ważne mu osoby. Nie powinien, ale wiedział, że musiał uratować właścicielkę, jak tylko mógł. Kiedy drapieżnik padł oszołomiony na ziemię, białe stworzenie zwolniło, kładąc się, potrzebował chwilowo odpoczynku, aby jego energia wróciła do ciała. Biały królikopodobny ciężko oddychał, ale po chwili jego oddech się uspokoił. Podniosłam się, lekko puszczając ciało ciężko dyszącej Lexie. Popatrzyłam na nią. 
- Co się stało? Czy ja... Czy to ja ci zrobiłam? - powiedziałam w przerażeniu, dotykając jej ramion oraz nogi. - Czy to ja ciebie tak skrzywdziłam, znowu...? - dodałam jeszcze, czując, jak trzęsą mi się ręce.
Zabrałam od niej dłonie i odsunęłam się po chwili. Cofałam się, patrząc na moje dłonie, aż wreszcie potknęłam się o korzeń i upadłam na ziemię, patrząc się nadal na narzędzia zbrodni, jakimi ostatniego czasu narobiłam wiele złego. Źrenice mi się zwężyły, ciało zadygotało w kolejnej partii przerażenia i strachu przed samą sobą. Z moich palców zaczęła wydobywać się magia, a pode mną zaczęła zamarzać lekko ziemia, trawa i pobliska kora drzewa. Rozejrzałam się, patrząc na to co znowu narobiłam. Po policzkach pociekło mi więcej łez. 
- Nie, to niemożliwe. Ta magia... Miałam pomagać, a nie niszczyć... Lexie... Ja znowu niszczę, a nie naprawiam... - powiedziałam, patrząc na moją gwardzistkę.
Strażniczka popatrzyła na mnie, jednak po chwili zauważyłam, jak idzie w moją stronę. Jej wzrok zawsze był spokojny, wydawał się nawet lekko zmartwiony o mnie. Co jednak ja zrobiłam? W przerażeniu krzyknęłam, łapiąc się za głowę i skuliłam się. Wokół mnie powstały lodowe kolce, które odgrodziły mnie od gwardzistki. Cała drżałam, ciągle po moich policzkach płynęły łzy.
- Nie podchodź! Nie! Nie mogę cię krzywdzić! Przeze mnie ciągle cierpisz! Ciągle musisz mnie ratować! Ciągle patrzysz, jak ja niszczę swoje i twoje życie! Dlaczego ja się zgodziłam na to, aby ktokolwiek mnie pilnował! Powinnam odpowiedzieć, za jakich grzechy się dopuściłam! Powinnam... Powinnam zapłacić życiem za cierpienie, jakie sprawiłam tylu ludziom... Mama, tata... Rodzeństwo... To przeze mnie. To na pewno przeze mnie straciłam ich wszystkich. Nie mam nic. Mam tylko magię, której się boję. Którą sama przyjęłam do mojego ciała z nadzieją, że będę mogła naprawiać. A tak naprawdę? Tak naprawdę wszystko niszczę i ranię innych! Ty cierpisz! Discord cierpi... A Mer... Mer zniknął, znowu... Dlaczego go nie ma... Tak bardzo chcę, aby był obok mnie! - krzyknęłam, po czym zalałam się łzami.
Na niebie zebrały się szare, wręcz ciemnoszare chmury. Ułożyły się tak, aby ani kawałeczek słońca nie oblał lasu, w jakim znajdowałam się ja i moja gwardzistka. Chwilę później, zaczął padać śnieg, a  ten chwilę potem przemienił się w wichurę śnieżną. Ja zalewałam się nadal płaczem, a wiatr wzmagał na sile, sople wokół mnie wydawały się zaostrzać, a szron pode mną i na drzewie wydawał się zmieniać w prawdziwy lód.
- Zniszczyłam życie wszystkich ludzi! To moja wina! - krzyknęłam.
Zaraz potem uciszyłam się. Wichura lekko ustąpiła, a lodowe sople znowu wydawały się być jak galareta. Uniosłam głowę do góry, patrząc na padający z nieba śnieg, na zabielające się korony drzew. Zamknęłam oczy, czując łzy w oczach. Wizja mnie i Mera, naszej rodziny zaczęła przeciekać mi przez palce. Przez to co robiłam, nigdy to się nie spełni... Ból w moim sercu się ciągle wzmacniał.
- Sama dojdę do tego doktora. Lexie, nie musisz tu zostawać. Przeze mnie za wiele osób cierpiało i nie chcę, abyś ty też zmarnowała sobie życie u mojego boku. Jestem śmiercią. Uosobieniem śmierci. Każdy, kto jest obok mnie, cierpi, umiera... Nie pozwolę, aby tak bliska osoba jak ty również cierpiała... - szepnęłam, a potem uśmiechnęłam się sama do siebie. - Jestem jak ostatni płatek śniegu... Inny niż reszta, zawsze opadający na ziemię samotnie. A potem... Potem łączę się z tłumem, znikając pośród niego... A zaraz, potem kiedy opadnę, reszta zaczyna się topić. Zaczyna, ginąc w ziemi pod postacią wody. - szepnęłam, po czym popatrzyłam na Lexie. - Tak mi na tobie zależy... Nie chcę cię nigdy utracić na zawsze. Zawsze będziesz w moim sercu. Tam będziesz bezpieczna jako myśl. Ciałem nigdy nie będziesz bezpieczna obok mnie... Wybacz mi, Lexie... Za bardzo się boję, aby pozwolić ci iść dalej. - dodałam.
(Lexie?)

Od Lexie do Mirajane

Trzymanie jej dłoni nie pomagało. Mirajane zamarzała. Powoli, ale cały czas. Bez sekundy przerwy. Lexie zaczynała czuć narastającą panikę. Hares otulił je swoim ciepłym futerkiem, odgrodził od świata zewnętrznego skrzydłem. Ale to nie pomoże. Pył sypiący się z Lexie wąskim ciurkiem opadał na ziemię pod nimi, tworząc niewielkie piramidki. Nie, tak jej nie ogrzeje. Gwardzistka przełknęła ślinę. Nie powinna tego robić. To mogło nie pomóc. I było rażącym naruszeniem etykiety. Naprawdę nie powinna tego robić. Ale nie mogła pozwolić księżniczce umrzeć. Nie. Nie po tym wszystkim. Nie tutaj. Zaczęła powoli rozwiązywać sukienkę Mirajane, jednak widząc, jak szybko postępuje zlodowacenie, przyspieszyła. Potem szybko zrzuciła swoje ubranie i całym ciałem przytuliła swoją panią do piersi. Poczuła, jak lodowate zimno zaczęło promieniować na jej ciało, niemal zamrażając ją od środka. Drobny pył zamienił się w metalowe odłamki, a ból w plecach stał bardziej intensywny i zaczął rozprzestrzeniać się w górę, w stronę karku i obojczyka kobiety oraz prawego ramienia. Lexie poczuła, jak krople krwi pływają po jej ciele, ale tylko mocniej przytuliła swoją panią, zamykając przy tym oczy i próbując nie myśleć o tym, jak niestosowna jest ta sytuacja. Częściowo nawet skupienie się na bólu było lepszą alternatywą. 
  Chłód ciała Mirajane nieco osłabł, dziewczyna poruszyła się lekko. Gwardzistka otworzyła oczy. Jej pani nie była już tak zamrożona, wydawało się wręcz, że postępy zamarzania nieco się cofnęły. Uśmiechała się nawet lekko, jakby miała jakiś przyjemny sen. Niespodziewanie dla gwardzistki wyciągnęła do niej swoje dłonie. Lexie nie zdążyła zaryzykować. Jej zmysły zbytnio zostały przyćmione przez ból, wstyd i ulgę. Delikatne palce spoczęły na policzkach gwardzistki i przyciągnęły lekko jej twarz do ust księżniczki. Krótki pocałunek wprawił kobietę w zupełne osłupienie. Serce Lexie zabiło szybciej. Nigdy w życiu nie czuła się tak przerażona. I szczęśliwa. I zdezorientowana. Ale szczęśliwa. Miała ochotę na raz płakać, śmiać się, krzyczeć ze szczęścia i zaszyć w najdalszym kącie dżungli w samotności. Mirajane opadła lekko na jej ramiona. Oddychała spokojnie. 
- Mer... - wydobyło się z jej ust, a serce gwardzistki się zatrzymało. Ale przecież... tak. Już wcześniej sobie to uświadomiła. Ten niespodziewany pocałunek nie powinien niczego zmieniać. Księżniczka nawet nie była zapewne świadoma, kogo całuje. Pewnie myślała... myślała, że Mer jest tutaj. Lexie poczuła wilgoć na policzkach. Było to dla niej nowe doświadczenie. Musiała się pogodzić. Musiała się pogodzić na nowo, że jej pani nigdy nie zaakceptuje jej miłości. Przecież zawsze to wiedziała, jednak czemu w tym momencie to musiało tak mocno zaboleć?
  Siedziały obie, zupełnie nagie, wtulone w siebie, a Discord otaczał je swoim własnym ciepłem. Prawdopodobnie był jedynym, co utrzymywało jeszcze Lexie przy życiu. Gdyby nie on samo zimno ciała księżniczki pewnie by ją zamroziło. Gwardzistka nie dbała o swoje życie. A przynajmniej już nie. Było jej zupełnie wszystko jedno, czy przeżyje tak długo, jak długo jej pani żyła. Kurczowo uchwyciła się tego uczucia, spychając samą siebie w najdalsze części umysłu. Tak naprawdę nie była tu istotna. Jej wysokość lubiła mówić do niej pięknymi słowami, porównywać ją do rodziny, jednak nie powinna sobie z tego powodu zbyt wiele wyobrażać. Dystans. Etykieta. Ostatnio tak wiele się działo i Lexie prawie zapomniała, czemu te rzeczy były tak istotne. 
- Wasza wysokość - zaczęła cicho, nie była nawet pewna, czy jej pani ją słyszy. Może i lepiej, że jest nieprzytomna. - Wygląda na to, że zdołam utrzymać waszą wysokość tylko, jeśli nasze ciała będą w bezpośrednim kontakcie. Zaraz ubiorę się oraz waszą wysokość, jak bardzo to będzie możliwe i wezmę waszą wysokość na plecy. 
  Księżniczka dalej pogrążona była w twardym śnie. Lexie ostrożnie położyła ją na haresie, by wdziać ponownie dolną część munduru, a następnie ubrać swoją panią w halkę i narzucić na jej plecy swoją własną kurtę. Mimo wszystko ta była cieplejsza od sukni jej wysokości. Strażniczka wybrała też kilka szmat i przetarła ciało z krwi, żeby przynajmniej częściowo pozbyć się jej z pleców, o które chciała oprzeć jej wysokość. Resztę sprzętu gwardzistka zarzuciła na królika, a sama ostrożnie założyła sobie ciało swojej pani na plecy, niezdarnie zaplatając jej ręce na swojej szyi i nogi w pasie. Ośrodki odpływu mocy przemieściły się na ręce i nogi gwardzistki, kilka stróżek zaczęło nawet sypać się z jej twarzy. Poszerzająca się ciemna plama łuski powoli jęła oplatać gardło gwardzistki w miejscu styku z dłońmi księżniczki. Pod skórą Lexie zaczęły się też pojawiać niewyraźne zarysy większych łusek, jakby powoli szykując się do przerżnięcia przez skórę.
  Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, strażniczka ruszyła w las przed sobą, starając się utrzymać dziarskie tempo. Discord szedł tuż obok, przybierając większość sporego drapieżnika i brzęcząc lekko sprzętem. Jej wysokość byłą dość lekka, jednak jej delikatne, zimne ciało raz po raz zsuwało się z barków gwardzistki, która czuła, że z każdą opuszczającą jej ciało kroplą krwi maleje ich szansa na dotarcie do celu. Ale nie mogła się poddać. Nie ważne, ile będzie musiała za to zapłacić. Doniesie swoją panią do tego przeklętego maga, a potem zmusi go do udzielenia im pomocy.
  A krew kapała w pylisty grunt, zostawiając za przybyszami szlak czerwieni. 
  W pewnym momencie hares zaczął intensywniej węszyć w powietrzu i dziwnie ni to warczeć, ni to szczekać. Coś przebiegło w krzakach. Lexie poprawiła ciało jej wysokości na plecach i spróbowała dobyć jedną ręką włóczni. Ale nie była w stanie. Jeśli to będzie jeden z kotowatych drapieżników tych lasów sytuacja mogła wyglądać nie za ciekawie. Szybka ocena sytuacji i strażniczka zdecydowała się na jedyny sensowny ruch. Zrzuciła cały sprzęt, jaki miała na Discordzie i wskoczyła na jego grzbiet.
- Na przód - zarządziła. Królikowi nie trzeba było tego specjalnie powtarzać. Z zarośli wyskoczyła puma, jednak hares wyrwał do przodu, umykając spod jej pazurów. Gwardzistka jedną dłonią chwyciła się mocno jego futra, by drugą przytrzymywać ciało swojej pani. Kolejna mocniejsza fala zimna i rany na rękach oraz nogach gwardzistki, powodowane przez żelazne odłamki jeszcze się poszerzyły. Lexie zrobiło się ciemno przed oczami. Białe futro Discorda powoli przybierało kolor czerwieni. A zapach krwi tylko pobudzał drapieżnika.
(Mirajane?)

poniedziałek, 21 września 2020

Od Mirajane do Lexie

 Odleciałam ponownie w krainę, gdzie moje marzenia oraz wszelkie wydarzenia sklejały się w jedno, tworząc niesamowitą arkadię. Przepiękne miejsce, gdzie magia była bezpieczna, a cała moja rodzina żyła, obok miałam gwardzistów, których pokochałam całym sercem. Ja i Lexie w czasie lotu chyba oddałyśmy się swoim myślom... Ostatnia świadoma rzecz jaką zrobiłam, było uśmiechnięcie się i uściśnięcie dłoni mojej najdroższej strażniczki. A potem... Potem świat stał się taki, jaki chciałam, aby się stał. Moja głowa opadła na ramię uzbrojonej, a ja z uśmiechem odpłynęłam w krainę czarów. Ta utopia w jakiej się znalazłam, sprawiała, że chciałam dalej żyć. Że chciałam prowadzić więcej eksperymentów z magią, wzmacniać moją siłę. Gdy nagle poczułam lekki wstrząs, kraina zaczęła... Się kruszyć. Stanęłam nagle pośrodku niczego, a jedyne co słyszałam to szum śniegu oraz ciche pękanie lodu. Gdy ruszyłam nogą, ziemia pode mną się rozpadła, a ja zaczęłam spadać. Spadać w głąb ciemności. Zrobiło mi się zimno, całe moje ciało zaszroniło się, a ja w przerażeniu zaczęłam dygotać zębami. Nie wiedziałam, że poza moim umysłem, Lexie potrzebowała mojej pomocy. Mimo to... Po chwili zawiesiłam się w powietrzu, czując jakby wielka, gruba lina mnie tam złapała, łamiąc moje kości kręgowe. Poruszyłam jednak palcami, a wtedy wydobyła się z nich moja magia. Zaczęła mnie oplatać, a kiedy otworzyłam znowu oczy, stałam na śnieżnej pustyni, wiatr smagał moje policzki, a ja? Ja stałam bezruchu. Moje nogi były przyklejone przez lód do ziemi, byłam nienaturalnie wygięta, dłonie wisiały tragicznie w powietrzu, a moja twarz...? Moja twarz była zakrwawiona, przez to, że wystawały z niej potężne sople lodu. Nie dałam rady się wybudzić... Nie wiedziałam w ogóle co się dzieje. Dlaczego ja... Czułam się tak martwa...?

___

Discord z ogromnym trudem starał utrzymać się w powietrzu. Jednak bardzo opornie mu to szło. Po chwili jednak, złapał się ogonem drzewa, dzięki czemu opadł wreszcie na ziemię, pośród gęstwiny drzew. Położył się, aby Lexie spokojnie mogła zdjąć księżniczkę z jego pleców. Nie mogła dalej podróżować... Jej ciało znowu było lodowate, całe zaszronione, a oczy...? A jej oczy były otwarte, jednak pokryte podobnie jak ciało szronem. Mirajane leżała prawie, że bez ducha, choć wydawała się żyć. Wydawało się, że znowu jej duch został zamknięty głęboko w lodowej pokrywie. Hares nie wiedząc zbytnio co innego może zrobić, otulił gwardzistkę oraz swoją właścicielkę swoim dużym, ciepłym ogonem i położył się. Uniósł jedno skrzydło i zakrył nimi obie kobiety. Wiedział, że tylko Lexie mogła pomóc w tej chwili jego pani. Całkowicie jej zaufał. Ciało blondwłosej piękności leżało martwe. Jej blade, ale pełne usta były uchylone, a co bardzo długi odstęp czasu, wypadał z nich mały dymek pełny śniegowych płatków. Na skórze kobiety zaczęły pojawiać się pierwsze lody... Jeżeli nic nie zrobią... Zamarznie.

___

Nadal wisiałam w powietrzu, w ogromnej, pustej gęstwinie niczego. Nie dałam rady mówić, nie dałam rady się ruszyć i nie dałam rady się odezwać ani słowem. Zupełnie jakby ktoś wyrwał mi język z ust, a nerwy oraz mięśnie z ciała. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć. Patrzeć na ciągle opadającą wichurę śnieżną, na białą pustynię, na zacienione niebo, bez śladu słońca. Po prostu stałam. Zdałam sobie sprawę, że to musiało być moje serce. Puste serce, samotne i bez kogokolwiek, kto umiałby mnie wyzwolić z tego okropnego miejsca. Po mym zlodowaciałym i poranionym policzku spłynęła łza, jaka jednak po chwili zamarzła, zostawiając kryształ na mej twarzy. Kiedy tak stałam, zdałam sobie sprawę, że byłam zamknięta we własnej duszy, przez własne zaklęcia, którymi chciałam przysporzyć się ku pomocy społeczeństwu. Nie wyszło jednak tak, jak chciałam, aby wyszło.
Po chwili, lód u moich stóp zaczął rosnąć i przerodził się w wielką, lodową wieżę, na której czubku, między kratami, byłam uwięziona ja. Moja dusza.
Wydawało mi się, że mijały godziny, dnie, tygodnie... A tak naprawdę, minęło kilka minut. Ten stan się nie zmieniał, nadal stałam pośród niczego. Mój słuch jednak wyostrzył się, słyszałam kroki na białej pustyni. Dwie osoby, idące w moją stronę. Dwie osoby, jakie mogą wyzwolić mnie z tego okropnego miejsca. Już chciałam wyjść. Miałam dość tego miejsca, chciałam być wolna. Chciałam nadal być księżniczką, chciałam znowu być obok mojej pary gwardzistów. Poczułam, jak wieża zaczyna pokrywać się kolcami. Nie chciała pozwolić, aby ktoś mnie uwolnił z tego więzienia. Zaczęłam bezgłośnie krzyczeć. Bezgłośnie błagać o pomoc. Jedynie to mogłam... Moja magia przejęła nade mną kontrolę. Jednak co ja mogłam począć, tylko dzięki magii byłam wyjątkowa. Nagle poczułam.
Poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nagłe ciepło. Ktoś objął mnie od tyłu, obdarzając mnie niesamowitym uczuciem spełnienia, ciepła i miłości. Zamknęłam oczy, a moje dłonie poruszyły się. Zaraz potem u moich stóp lód zaczął topnieć, a razem z nim wieża, która zniknęła zaraz potem. Zza ciemnych chmur wyszło słońce, a ja mogłam czuć i mówić.
- Kto...? - szepnęłam.
Kiedy się odwróciłam, ujrzałam Mera. Tak, myśl o tym mężczyźnie wyzwalała moje wszelkie uczucia. Każdą lodową kajdanę mógł zerwać on. Każdą kłódkę na moim sercu mógł otworzyć tylko on. Bo ma klucz. Klucz do mojego ciała, duszy i serca. Uśmiechnęłam się lekko, zdejmując hełm z jego głowy. Jego twarz była blada, ale tak jasna, że nie ujrzałam jego lica. Nie obchodziło mnie to jednak. Ujęłam jego policzki, składając na jego ustach delikatny, ale czuły pocałunek... Tego moje serce pragnęło. Pragnęło, aby Mer zawsze był obok.

___

Tymczasem poza umysłem księżniczki działo się coś innego. Mirajane, w całkowitej nieświadomości, ujęła policzki Lexie, składając na jej ustach pocałunek. Nadal była zimna, nadal była zaszroniona, nadal wydawało się, że jej oczy pokrywała warstwa śniegu. Jednak coś się zmieniło. Jej serce zaczynało z powrotem normalnie bić. Gładkie dłonie księżniczki czule pogłaskały policzki gwardzistki, a po chwili blondwłosa opadła w ramiona Lexie, spokojnie oddychając.
- Mer... - to wydobyło się z jej ust, wraz z małą parką pełną płatków śniegu i szronu...

(Lexie? :3)