poniedziałek, 31 lipca 2017

Od Ashley do Madelyn

Dziewczyna dość zabawnie mówiła. Trochę bawiła mnie ta jej łatwowierność. Nawet tym, którym prześlicznie z oczek błyszczy, mogą okazać się największymi zdrajcami jaki nosił ten świat. Nawet największy kłamca może powiedzieć prawdę, aby zmylić przeciwnika, a tym bardziej kiedy mówi tak jak mi, że jego towarzysz wyczuwa kłamstwo. Do tego łatwo jest wcielić kłamstwo w prawdę i na odwrót. Wystarczy tylko trochę techniki i logicznego zamętu, a nie można się połapać, że coś nie gra. Kiedy stwierdziła, że mi z oczu dobrze patrzy, uśmiechnęłam się lekko w duszy. Czy demonowi może ładnie patrzeć z oczu? Czy one nie mają być przypadkiem straszne, a ich oczy przeszywać na wylot zimnem i wrogością? Może tak długo przebywam wśród ludzi, że nawet nie wiem kiedy moje oczy się do tego wszystkiego tak dobrze przystosowały?
Nagle Madelyn zadała za dużo pytań, przypominała mi w tej chwili zwykłego Pionka, który po prostu gada ze zwierzętami; ale czy tak nie jest? Nie słyszałam o Zaklinaczach, jak o jakiejś rasie podobnej do elfów, magów czy demonów. Raczej to Pionek z mocą, w krwi posiadającą magiczne strużkę pozwalającą jej na takie rzeczy.
- Powoli - powiedziałam odstawiając od ust napój. - Jestem handlarzem i wędruje tu i tam. Zatrzymuje się w miastach na jakiś czas nocując w karczmach - wytłumaczyłam. Dziewczyna wzięła kęs swojego jedzenia, a ja przyjrzałam się niskiej kobiecie siedzącej niedaleko nas. Miała zapłakane oczy, siedziała sama i zapijała smutki alkoholem.
- To tak jak ja - odpowiedziała moja towarzyszka po przełknięciu. - A co sprzedajesz?
- Wszystko - odparłam z lekkim uśmiechem i wypiłam do końca piwo. - Zaraz przyjdę - po tych słowach wstałam z naczyniem w dłoni i poszłam do blatu. Położyłam kufel i zamówiłam jeszcze jedną porcję alkoholu. Po zapłacie otyły mężczyzna wlał mi ów płyn i oddał naczynie. Wróciłam popijając do stolika, w którym Maddie zajadała się tym, co miała w talerzu. Usiadłam na swoim miejscu. - Sprzedaje wszystko co jest możliwe, co trafi mi się pod ręką - "nawet Pionki" przeszło mi przez myśl. Przypomniał mi się mały chłopczyk, bez rodziców, który chciał mnie okraść, ale nieudanie. Za pyskowanie i brak szacunku sprzedałam go na jakąś wieś jako pracownika za dobrą sumkę. Wtedy stwierdziłam, że handel ludźmi jest bardziej opłacalny niż cokolwiek innego. Tyle, że nielegalny, ale kto by w tych czasach to sprawdzał?
- Ja tylko tkaniny.
- Zauważyłam - powiedziałam.
- Czyli jeździsz jakimś wozem, prawda? - no tak, handlarze raczej powinni takowymi jeździć, aby przewozić swoje towary. Tyle, że możesz zostać napadnięty i okradziony ze wszystkiego, co posiadałeś. Mój mały woreczek był bardziej praktyczny.
- Można by tak powiedzieć - i w tej chwili jak to dziewczyna powiedziała, jej pupil mógłby wyczaić kłamstwo i jej o tym powiedzieć. Ale to nie było kłamstwo, mimo, iż ja sama nie posiadałam żadnego wozu. Nie odpowiadając dokładnie na jej pytanie nie mogłam skłamać, ponieważ czasem przejeżdżałam obok wozów. Jednocześnie bezsensu, zagmatwane, ale jakąś logikę to posiada. - Kiedy wyjeżdżasz? Przejadę się z tobą - zaproponowałam.

<Madelyn?>

sobota, 29 lipca 2017

Od Riliane

Był to jeden z dni kiedy przebywałam w stolicy Merkez. Za kilka dni miałam mieć audiencję u króla. Na niebie nie było ani jednej chmurki i słońce prażyło wszystkich, których nie było w cieniu albo w jakimś pomieszczeniu bez okien od strony słonecznej. Damy oraz córki kupców ubrane w drogie bawełniane suknie były całe spocone od grubych ubrań. W takie dni wybierałam przewiewną lnianą sukienkę. Nie była ani piękna ani kosztowna. Większość mieszczanek takowe posiadała. Była wygodna i praktyczna.
Siedziałam w cieniu wielkiego dębu oczekując na powrót Analind, która załatwiała kwaterę na obrzeżach miasta. Oto minus wymogów bezpieczeństwa - ciągła zmiana miejsca pobytu, informowanie niewielkiej liczby osób i ogólna konspiracja. Wstałam i rozejrzałam się dokoła aby sprawdzić czy już nie idzie. W oddali widziałam wymijającą innych czarnowłosą postać. Zapewne była to Analind. Ruszyłam więc w jej kierunku. Nie pomyliłam się to była ona. Mogłabym przysiąc, że wszędzie bym ją rozpoznła. Miała krótkie kruczoczarne włosy oraz niebieskie oczy. Do tego była nieprawdopodobnie wysoka. Przewyższała większość mężczyzn, przez co w jej obecności dużo ludzi czuła się niepewnie. Dodatkowo była dobrze zbudowana. Posiadała dobrze widoczne mięśnie.
- Znalazłam coś - oświadczyła - Możemy ruszać - Kobieta pomimo iż z wierzchu wydawała się być szorstka i chłodna w stosunkach lecz tak naprawdę była bardzo miłą osobą. Bardzo starała się podczas swojej pracy i zawsze podchodziła do wszystkiego co z nią związane od strony technicznej. Dojście do naszego miejsca zakwaterowanie nie trwało długo, może pięć minut. Był to domek z pokojem na wynajem. Niczym nie wyróżniał się od pozostałych. W wejściu powitała nas gospodyni. Wyglądem odstawała od poprzednich - była szczupła, a jej długie włosy były w kolorze blond.
- Witaj - przywitałam się z nią
- Witaj - odparła z uśmiechem - Jestem Mia, a ty to Ane? - przedstawiła się. Moje imię, a raczej jego skrót poznała za pewne od mojej towarzyszki.
- Zgadza się - odwzajemniłam uśmiech - Miło mi poznać!
- Mi też, zapraszam do środka! - obróciła się i weszła w głąb domku, a my podążyłyśmy za nią - Ten pokój jest wasz - wskazała pokój po lewej - Kuchnia jest na wprost, a łaźnia zaraz obok mojego pokoju - wskazała na pomieszczenie. - Swoją drogą, czemu wybrałyście prywatną kwaterę, a nie tawernę?
- Większy komfort, nie ma tylu ludzi… - odparła Analind. Po chwili wyjęła kilka monet i wręczyła gospodyni.
- Interesy z wami to przyjemność - powiedziała przyjmując monety. - Kolacja będzie o siedemnastej. Lubię chodzić wcześniej spać.
- Dobrze, będziemy na czas z Ane
- To do zobaczenia! - pożegnała się i zanim zdążyłyśmy coś odpowiedzieć zniknęła za drzwiami. Zapewne miała wiele spraw do załatwienia. Im dłużej byłam w stolicy Merkez tym więcej widziałam różnic między stolicą Cellanu. Pierwszą z nich był sposób ubioru. Każda dama, hrabianka czy nawet córka kupca chciała się stroić i wyglądać jak najlepiej choć nie zawsze było to wygodne i odpowiednie do pogody, zaś w moim królestwie więcej osób nosiło wygodniejsze stroje. Proste lniane tuniki były popularne nie tylko wśród mieszczanek ale także wśród osób o wyższym statusem. Drugą różnicą było tempo życia. W Cellanie dzień toczył się powoli i dokładnie, a tutaj zaraz po wschodzie słońce już jest południe i po chwili już wieczór. Na nudę zapewne nikt tu nie mógłby narzekać.
- Chodźmy się rozpakować - zaproponowałam
- Mogę zrobić to za ciebie, księżniczko
- Po pierwsze Ane, a po drugie przez to zadanie korona mi z głowy nie spadnie, przecież jej jeszcze nie mam - uśmiechnęłam się i weszłam do pokoju, a za mną Analind. Był on niewielki, stały w  nim dwa łóżka, dwie skrzynie przy nich oraz stolik z dwoma krzesłami. Panował półcień z powodu zasłoniętych grubych zasłon. Podeszłam do nich i odsłoniłam je wpuszczając popołudniowe światło. Po czym zaczęłam rozpakowywać rzeczy. Każda z nas zajęła się swoimi bagażami i po godzinie skończyliśmy. Usiadłyśmy na moim łóżku i długo rozmawiałyśmy. Na tyle długo, że nastała siedemnasta.

Kolacja była prosta - ziemniaki, kawałek mięsa, jakaś surówka oraz grzane wino. Mia opowiadała z zafascynowaniem wszelkie miejskie plotki. Słuchałam jej z zaciekawieniem. Była to dla mnie niejako nowość gdyż z miastowymi miałam rzadko kontakt. Jedyną taką była Esme… Gdy tylko jej imię przyszło mi do głowy natychmiast odtrąciłam myśl.
- Co robisz oprócz wynajmowania mieszkań? - zapytałam.
- Jestem szwaczką, szyję suknie i je haftuję - odparła - Mogę ci je pokazać zaraz po kolacji - zaproponowała z uśmiechem na ustach.
- Jestem całkowicie za - zgodziłam się. I tak się stało pokazała mi je. Były cudowne. Pomimo, że kroje nie były wymyślne całość dopełniał piękny i misterny haft. Szczególnie spodobała mi się zielona bez rękawów i złotymi zdobieniami. Były to ptaki. Przypominały mi feniksa - Mogłabym ją kupić?
- Oczywiście! Tylko zdejmę miarę i trochę ją zwężę i będzie idealna! - Szybko pobiegła z miarką i zdjęła ze mnie miarę po czym chwyciła sukienkę - Będzie gotowa na jutro! - Zanim zniknęła w swoim pokoju zdążyłam przekazać jej zapłatę za suknię i za usługę. Było to pewnie więcej niż wartość sukienki ustalona przez szwaczkę ale dla mnie miała właśnie taką wartość.

Z Analind postanowiłyśmy się położyć wcześniej spać. Jednak zeszło nam się, że położyłyśmy się o wiele później niż zakładałyśmy. Moja towarzyszka szybko zasnęła ja jednak nie mogłam. Obserwowałam księżyc, którego światło wpadało do pokoju. Wszędzie był tak samo piękny, tak samo towarzyszące mu gwiazdy. Nagle usłyszałam niepokojący hałas  dobiegający z pokoju Mii. Chwyciłam za sztylet z feniksem i szybko udałam się tam. Ujrzałam postać stojącą nad łóżkiem. Z całą pewnością nie była to gospodyni. Nie odpowiadała mi postura.
- Kim jesteś? - zapytałam. Owa postać obróciła się w moim kierunku szukając mnie wzrokiem. Wysunęłam dłoń na której pojawiła się mała kulka ognie rozświetlając pomieszczenie. Spojrzałam na postać leżącą w łóżku. Była to gospodyni, bardziej blada niż zwykle… - Co jej zrobiłeś?!
- Stało się co musiało… - odparł i zrobił krok w moją stronę, na co ja wyciągnęłam sztylet i skierowałam w jego stronę, zwiększyłam również kulę ognia.
- Nie sądzę. Spróbuj tylko zrobić coś podejrzanego a zostaniesz albo kupką popiołu albo mokrą plamą - ostrzegłam. Choć zapewne moje moce nie były na tyle rozwinięte by to zrobić wolałam zagrozić czymś gorszym niż poważne oparzenia. Jednak w oczach mężczyzny nie widziałam strachu. - Nie żartuję. Powiedz mi co tu się dzieje - zażądałam.

<Tib? Przepraszam, że tak beznadziejnie xDD>

Od Madelyn do Ashley

Naprawdę ucieszyło mnie, że dziewczyna zgodziła się, bym z nią usiadła. Przez las wędrowałam z Makim kilka tygodni i brakowało mi człowieka, z którym mogłabym uciąć sobie beztroską pogawędkę.
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytała w pewnym momencie, przekrzywiając z zaciekawieniem głowę. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się, jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne?
~ Dobrze gada~ zauważył z respektem ryś, patrząc uważnie na naszą towarzyszkę.~ Mogłabyś czasem wziąć przykład i być trochę ostrożniejsza!
Z tymi słowami, ułożył się wygodnie przy moich nogach i zwinął w mały, puchaty kłębek. Poklepałam go w odpowiedzi tylko po łebku - podobnymi uwagami raczył mnie przy każdej możliwej okazji, ale i to właśnie w nim kochałam. Jakby przejął rolę mojego ojca, gdy opuściliśmy rodzinny dom.
- A wiesz, że chyba tak? - potaknęłam po chwili, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem. - Wiesz, na dobrą sprawę, ludzie po usłyszeniu tego, czasem proszą mnie o jakieś przysługi, a gdy jest się cały czas na szlaku, to każda moneta jest ważna, no nie?
- Co nie zmienia faktu, że lepiej być ostrożnym, prawda?
- Pewnie masz rację - przyznałam z ociąganiem. - Ale to nie jest tak, że trąbię każdemu, kim jestem. A ty wyglądasz na dobrą osobę. Chcesz mojej głowy, żeby ją sprzedać.
- Myślisz, że nawet jeśli, to bym się przyznała? - odpowiedziała pytaniem.
- Masz szczery wzrok, mi to wystarczy. Chociaż większość pewnie by się z tobą zgodziła. Maki zawsze w sumie mówi, że za dużo gadania przynosi więcej szkody, jak pożytku, ale przecież w życiu nie możemy otaczać się grubym murem, żeby tylko być bezpiecznym, co nie?
- Kolekcjonerzy i inne takie typy lubią słuchać - ostrzegła mnie.- Więc taki mur to rzecz przydatna.
- Ale wtedy nie dociera słońce- rozżaliłam się. - Zresztą, skoro tyle przeżyłam, to jest dobrze! Ludzie są w większości mili, a ja i Maki umiemy się obronić, gdy trzeba!
Na dowód swoich słów, uniosłam entuzjastycznie zaciśnięte pięści i wykonałam wymianę ciosów z wyimaginowanym przeciwnikiem.
- Świetnie poradziłabyś sobie nawet z najtwardszym zabójcą - skomentowała z uśmiechem Ashley.
- No nie? - zabrałam się znowu za potrawkę, energicznie połykając porcję: od dłuższego czasu nie miała w końcu niczego w ustach. - Poza tym, widać, kiedy komuś źle z oczu patrzy. Jest wtedy taki straszny i w ogóle!
- Niektórzy dobrze udają - odparła cicho dziewczyna.
- Wyobrażasz sobie mnie jako, na przykład, taką łowczynię głów? - zaśmiałam się, rozkładając szeroko ręce. - Oszuści są może i wszędzie, ale nie znajdziesz nikogo doskonałego ,a zwłaszcza kłamcy. Tym bardziej, że Maki ma do nich niezły zmysł.
Drzemiący ryś zamruczał cichutko, gdy wspomniałam jego imię, ale nie powiedział ani słowa.
- Tak w ogóle - zagaiłam znowu, uważnie przypatrując się dziewczynie. - To też może wędrujesz? Czym się zajmujesz? Sprzedajesz coś czy jak? A może mieszkasz tu i po prostu byłaś na przejażdżce?

< Ashley? >

Współpraca

Witam wszystkich serdecznie! Przychodzę z dobrą informacją. Jaką? Otóż...
Rozpoczynamy współpracę z blogiem Four Clans!

Więcej informacji znajdziecie w zakładce "Współpraca".

czwartek, 27 lipca 2017

Od Tiba

- Tib, Tib. No chodź - zniecierpliwiona Evelin zaczęła ciągnąć mnie za rękę
- No już, coś ty taka nie cierpliwa? - uśmiechnięty pozwoliłem się prowadzić wgłąb lasu
Mijaliśmy drzewa, chodziliśmy po miękkiej ściółce i słuchaliśmy otaczających nas dźwięków. Szum wiatru w koronach drzew, śpiew ptaków i odgłosy małych leśnych stworzonek. W pewnym momencie siostra puściła moją dłoń i ruszyła biegiem przed siebie.
- Złap mnie, jeśli potrafisz - zaśmiała się, a ja pognałem za nią
Straciłem ją z oczu, lecz dalej biegłem. W pewnym momencie las pociemniał, otoczył mnie dym i nieprzyjemny zapach spalenizny. Z każdej strony dobiegały kroki, szybkie, głośnie i ciężkie. Było ich wielu. Zbyt wielu.
- Tib! - głos siostry rozbrzmiał za mną, odwróciłem się i ujrzałem las stojący w płomieniach - Tib! - powtórzyła z innej strony, tam także były płomienie.
Gdzie się nie odwróciłem, w którą stronę nie spojrzałem - widziałem tylko płomienie, słyszałem jej zdenerwowane wołanie, i kroki. Były wszędzie.

***

- Tib, Tib - głos naśladujący moją siostrę był nieprzyjemny i sarkastyczny. To Śmierć znowu ze mnie kpi.
Otworzyłem oczy i wściekle na nią spojrzałem.
- Oh Tib. Tib - wyszczerzyła się wrednie w postaci mojej siostry. Siedziała na komodzie z nogą na nogę - Czemu mi nie pomożesz? Tib! - zaśmiała się i spoważniała. Zeskoczyła z komody i stanęła tuż przy mnie - Masz zlecenie.

W postaci demona, czekałem pod domem mojej ofiary i wpatrywałem się w jego okna. Otaczała mnie ciemność, tak jak resztę ulicy. Noc. Pora idealna na wykonywanie zleceń dla Śmierci. Gdy tylko zgasło światło, niespiesznie ruszyłem w stronę drzwi mojego celu. Lekko je pchnąłem, a te mi uległy. Otworzyły się na oścież. Cicho wdarłem się do środka i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nic cennego, ani obrazów, ani szkatułki ze złotem. Żadnego złotego posążka. Ruszyłem w stronę schodów, uważając aby nie zbudzić właściciela przybytku. Na górze to samo, gołe ściany, nic drogiego lub z jakkolwiek wartościowego. Zakradłem się do sypialni, szkatułka leżała na szafce nocnej. Stanąłem przy niej, mężczyzna leżący na łóżku obok niespokojnie się poruszył. Skamieniałem i spojrzałem na niego. Prawie zapomniałem po co tu jestem. Nachyliłem się nad nim i wsunąłem rękę do jego klatki piersiowej. Mocno chwyciłem i szybkim pociągnięciem wyrwałem z niego duszę. Patrzyłem chwilę jak się budzi i przestraszony próbuje oddychać. Próbuje zrobić cokolwiek, aby jeszcze chwile pożyć. Konając zwija się na łóżku, aż w końcu daje za wygraną i umiera. Nie sądzę, aby ciało cierpiało po pozbawieniu go duszy, ale wszyscy reagują podobnie. Fakt jedni szybciej inni wolniej. Ten ewidentnie chciał jeszcze żyć, ale tak już jest. Nie zawsze chcieć znaczy móc. Przeniosłem wzrok z denata na jego duszę wciąż tkwiącą w mojej dłoni, wystającą z obu jej stron i wijącą się. Zostawiała po sobie białe nie wyraźne smugi. Tak piękna. Starczy. Zmiażdżyłem ją, a ta skamieniała na chwilę po czym się rozpadła na kawałki, które poleciały w każdą możliwą stronę. Ten smak, którego nie da się poczuć i opisać. Ten smak był cudowny, tak jak za każdym razem. Za każdym razem smakuje lepiej. Za każdym razem coraz bardziej się od niego uzależniam. To piękne chwile. Z dołu dobiegł mnie szmer. Chwyciłem szkatułkę i wyskoczyłem przez okno, tłukąc szkło i budząc okolicznych mieszkańców. Teleportowałem się na dach najbliższego domu. kucnąłem już w normalnej postaci i przeglądałem zdobycze. Złoty łańcuszek, naszyjnik z białych pereł i srebrna obrączka. Schowałem wszystko do kieszeni i wyrzuciłem niepotrzebne pudełeczko. Z dumą przyglądałem się jak ludzie biegają spanikowani od domu do domu, ostrzegając siebie nawzajem i informując wszystkich o śmierci jednego z nich. Gdy słyszałem niewyraźne głosy ,,To znowu on" ,,Znów uderzył" ,,Bestia" nastawał ranek. Mimowolnie uśmiechnąłem się, a chwilę później już stałem przed moją ulubioną tawerną.
- Ah, witaj znów. Co podać? - spytał zza lady znajomy głos - To co zwykle? - pokiwałem głową i po chwili, przede mną stał kufel z zimnym piwem. Wziąłem dużego łyka i kontem oka zobaczyłem śmierć przyglądającą mi się.
- Czego chcesz? - powiedziałem półgłosem - I co tu robisz?
- Mam dla ciebie kolejne zadanie. Szykuj się do dalekiej drogi - uśmiechnęła się
- Czemu dajesz mi coraz więcej zleceń? Nie masz innych Talltosów? - mruknąłem niezadowolony.
- Mam, ale ty jesteś moim ulubieńcem - odpowiedziała sarkastycznie i puściła mi oko
- Nie możesz ty się tym zająć? - popatrzyła na mnie krzywo
- Dzisiaj nie mogę, przecież jestem umówiona do fryzjera - powiedziała wymachując rękami po czym spojrzała wzrokiem mówiącym ,,Nie mam czasu na takie płotki" No jasne, znów zadałem głupie pytanie...
- Gdzie i kto? - chciałem już skończyć z nią rozmowę i dopić w samotności trunek
- Wyciągnij mapę - tak zrobiłem, a ona wskazała na Merkez i krótko opisała daną osobę. Jak wygląda, i kiedy będzie w jakim miejscu. Reszty musiałem dowiedzieć się sam. Zawsze uważała, że tak jest ciekawiej. Gdy muszę się wysilić aby kogoś "upolować" - Ah, jakie życie jest piękne. Prawda, Tib?
- Ty mówisz o życiu i to jeszcze chwilę po tym jak zleciłaś zabójstwo? - spojrzałem na nią niedowierzającym wzrokiem - Masz tupet
- Szczegóły. Oh, mój fryzjer. Powodzenia - i zniknęła zostawiając mnie z mapą i kuflem pustym do połowy
Spojrzałem raz jeszcze na mapę. W sumie mogę się przenieść... tu. Spojrzałem na tawernę niedaleko głównego wejścia do Merkez. Tak tu będzie dobrze. Dopiłem i zostawiłem barmanowi naszyjnik zdobyty dzisiejszej nocy. Wyszedłem i od razu przeniosłem się we właściwe miejsce. Stałem przed karczmą, otoczony ludźmi spieszącymi się. Tu wszyscy się śpieszą. Zobaczyłem opisaną przez śmierć osobę, niespiesznie ruszyłem za nią wymijając przechodniów. Skupiłem na nią całą swoją uwagę. Nawet nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia to, że się z kimś zderzyłem. Przeprosiłem i podążałem dalej nie spuszczając z ofiary wzroku. Dotarliśmy do jej domu. Tak jej. Była to kobieta, o blond włosach i dość wątłej postury. Nie teraz, zbyt dużo ludzi. Jutro. Przeniosłem się do tawerny z zamiarem zamówienia kufla piwa. Jak tylko stanąłem przy ladzie zakręciło mi się w głowie i zebrało na wymioty. Nie powinienem tak często używać teleportacji ,,Nigdy się do tego nie przyzwyczaję..." - pomyślałem i zamówiłem trunek. Musiałem poczekać do nocy. Oto kolejny minus teleportowania się, jest taki, że naprawdę mało czasu zajmuje przemieszczenie się z punktu A do punktu B.

Wieczór już się zbliżał więc wygramoliłem się z tawerny i powolnym krokiem ruszyłem w stronę miejsca zamieszkania kobiety która miała dzisiaj zginąć. Znalazłem odpowiednie miejsce aby poczekać, aż ofiara pójdzie spać i zgasi światło. Bez pośpiechu przemieniłem się w demona, patrzyłem jak pokój ofiary się zaciemnia po czym ruszyłem w stronę drzwi. Próbowałem je otworzyć lecz tym razem były zamknięte. Dziwne, jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Obszedłem cały cały dom i ku mojej uciesze były jeszcze jedne drzwi. Tym razem otwarte. Wszedłem do środka i rozejrzałem się po dość dużej kuchni. Przeszukałem szafki lecz nie znalazłem nic cennego. W sumie można było się tego spodziewać. Ruszyłem dalej, kierując się do sypialni przetrząsałem każdy zakątek chaty. Gdy dotarłem do przymkniętych drzwi łożnicy, miałem już pełną jedną kieszeń. Tyle dobra by się zmarnowało, gdyby dostał to zlecenie inny Talltos. Pchnąłem drzwiczki i w mgnieniu oka znalazłem się przy śpiącej jasnowłosej. Nachyliłem się nad nią i pozbawiłem ją duszy, po czym ją zmiażdżyłem. Znów najedzony. Cudownie. Przybrałem swoją normalną postać i w spokoju zacząłem przeszukiwać sypialnie. Ileż cudownych znalezisk, dwie sakiewki pełne złota, wisiorki i pierścienie. Wybornie, wszystko pakowałem do swoich wielkich kieszeni.
- Kim jesteś? - usłyszałem czyjś głos za plecami. Jak mogłem nie wyczuć czyjejś obecności? Odwróciłem się zdziwiony i omiotłem wzrokiem postać. Nie mogłem odgadnąć czy był to mężczyzna czy kobieta, było zbyt ciemno.

(Ktosiu?)

środa, 26 lipca 2017

Od Ashley do Nathaniela

Delikatnie się uśmiechnęłam. Ciekawe, dlaczego pyta? W mojej głowie zaczęły pojawiać się nowe i ciekawe scenariusze. Gdyby był człowiekiem, takie pytanie mogłoby go pogrążyć w ciemności. Gdyby był łowcą, albo on by zginął, albo ja. Gdyby był innej rasy, jak elf czy animag, nic by się raczej nie stało. Ale skąd mu do głowy mógł przyjść taki pomysł, aby zapytać mnie o bycie demonem? To jeszcze nic, ale w takim miejscu? Między Pionkami? Nawet, jeśli większa część nie jest zwykłymi ludźmi, to jednak takie posunięcie z jego strony jest bardzo ryzykowne. Wcześniej wydawał mi się dziwny, nieobeznany, a teraz nieco... głupi. Tak, głupiutkie dziecko nie wie, że w każdej chwili może go ktoś podsłuchiwać? Nawet zwykły człowiek, który sam w sobie może nie być groźny, a jednak może na ans ściągnąć kłopoty? Zabawne, taki bezmyślny, a nie wydaje mi się, żeby był Pionkiem. Gdyby nim był, raczej by się mnie bał, bał by się zadać mi takie pytanie, a on hardo stał przede mną, pewny siebie i mierzył mnie morderczym wzrokiem.
- Skąd takie przypuszczenia? - zapytałam ciekawa, uśmiechając się zadziornie. Jednocześnie głupiutki, a taki ciekawy i zabawny.
- Czyli zgadłem? - nie spuszczał ze mnie wzroku. Jestem pewna, że gdyby strzelał laserem z oczu lub potrafił zabijać samym wzrokiem, właśnie by to na mnie wykorzystał.
- Takich rzeczy się nie omawia na środku drogi – powiedziałam nieco ciszej, ruszając przed siebie. Chwilę tak szłam spokojnym tempem, kiedy Nathaniel stał w miejscu i się nie ruszał. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. - Będziesz tak stał? - zaśmiałam się i ponownie ruszyłam, a po chwili białowłosy do mnie dołączył. Długo szliśmy w ciszy w stronę jego domu. Gdy znaleźliśmy się pod drzwiami, wprosiłam się do środka. W sumie, nie miał tu nic do gadania, jeśli chciał znać prawdę. Dlaczego mam zamiar mu odpowiedzieć szczerze? Bo sama czuje, że nie jest normalny i nie należy do Pionków. Czuć od niego inna, mroczną energię, która praktycznie zawsze towarzyszy przy nas, czyli przy demonach. Po za tym swój swego pozna, to jest pewne.
Kiedy chłopak zamykał drzwi ja się rozglądałam po pomieszczeniu.
- Ładnie masz. Ja zazwyczaj sypiam w karczmach i ruszam dalej – przyznałam dalej się rozglądając, kiedy z tyłu mnie stanął Nathaniel. Poczułam na sobie jego morderczy wzrok. Odwróciłam się w jego stronę.
- Już nie stoimy na środku drogi – powiedział mocnym głosem.
- Zauważyłam – odpowiedziałam siadając na łóżku. Już tak dawno nie miałam okazji chociażby usiąść na mięciutkim łóżeczku... a może zamieszkam w jednym miejscu? Chyba tylko na miesiąc, dłużej bym nie dała rady.
- Odpowiesz mi? - nacisnął. Położyłam się i założyłam ręce za głowę. Było cudnie, zamknęłam oczy.
- Chyba nie muszę. Swój swego pozna – przyznałam. - Ale ja mam lepsze pytanie. Dlatego jesteś taki... nieobeznany ze wszystkim? - zapytałam, podnosząc jedną brew do góry.

<Nathaniel?>

Od Ashley do Madelyn

Spokojnym tempem przemierzaliśmy cały rynek. Przyglądałam się Pionkom - tragarzom i przechodniom ulicznym, którzy chcieli coś kupić. Tak jak radziłam to wcześniejszej dziewczynie, większość ludzi stawała na jakimś podwyższeniu, a swoje towary ładnie reprezentowała w dłoniach, na wieszakach lub półkach, przekrzykując się nawzajem. Moją uwagę przykuły białe figurki aniołów, które ludzie bardzo lubili kupować. Zastanawiało mnie, dlaczego nie tworzą figurek demonów. Przecież są ładniejsze i ciekawsze, bo zamiast zwykłych piór, możemy mieć wszystko - rogi, ogony, kły, dodatkowa parę rąk, a jeśli ludzie tak bardzo lubią skrzydła, to nawet to. Ale w całym swoim życiu nie spotkałam owych figurek, nie licząc marnej podobizny diabła, który w ogóle tak nie wyglądał. Przechodząc obok sprzedawczyni własnoręcznie niewyrabianych garnków, moje uszy prawie krwawiły. Ta kobieta miała nie tylko głośny, ale i strasznie piskliwy głosik, od którego jak najszybciej chciałam uciec. Nabywcy latali za to od straganu do straganu, zahipnotyzowani nowymi przedmiotami lub krzykami sprzedawców. To wszystko można było porównać do chaosu, który był nawet poukładany. Tak, poukładany chaos nie brzmi najlogiczniej, ale tylko to pasowało do tego wszystkiego. Mimo, iż wszyscy biegali i krzyczeli, to jednak była tu jakaś harmonia. Chwilę pokrzyczał, chwilę proponował, potem sprzedał i znowu krzyczał. Chwilę stali, oglądali, kupowali i zamieniali się miejscami, aby zrobić to samo. Jestem pewna, że gdybym nie jechała na koniu, przejście przez całą długość targu nie byłaby możliwa. Większość na siebie wpadała, dlatego rodzice mocno musieli pilnować i trzymać swoje pociechy, aby któregoś nie zgubić. Dzięki mojemu ogierowi, Pionki schodziły nam z drogi, zapewne bojąc się o potrącenie i bliskie spotkanie z jego kopytami. "Cudny Ramzes, właśnie tak, krocz przed siebie dumnie i nie przepuszczaj nikogo.".
Zatrzymałam się przy karczmie nie za bardzo oddalonej od targu. W środku było pełno ludzi, ale to mnie nie zniechęciło. Zostawiłam konia na zewnątrz, wpierw przywiązując lejce do słupa przy korycie z wodą. Weszłam do środka, a większość oczy skierowała się w moją stronę. Pewnym krokiem ruszyłam przed siebie czując na sobie wzrok Pionków, ale nie koniecznie. Nie mam gwarancji, że w pobliżu nie znajdują się jacyś magowie, czarodzieje, elfy czy zmiennokształtni, skoro ja sama jestem demonem. A może ktoś tu był jeszcze z mojej rasy? Podeszłam do lasy, za którym stał otyły mężczyzna wycierający kieliszki.
- Są wolne pokoje? - zapytałam, na co ten pokręcił głową.
- Wszystko zajęte - poprosiłam o jednego drinka.
Po jego wypiciu ulotniłam się stąd. Musiałam znaleźć dla siebie i dla ogiera miejsce do spania. chyba, że znajdziemy miłego rolnika, u którego możemy się przespać w stodole. Szczerze? Nawet taka oferta by mnie zadowoliła. Ważne, żeby mieć dach nad głową i coś pod tyłkiem, aby całkowicie nie zdrętwiał, a siano było idealne. Ramzes w dalszym ciągu stał przy slupie i chyba drzemał, bo miał zamknięte oczy. Podeszłam do niego.
- Ramzes - wypowiedziałam jego imię, na co się ocknął. - Idziemy dalej, tu nie ma miejsc. Napiłeś się? - koń prychnął po czym zamoczył pysk w wodzie. Odwiązałam lejce i tym razem na niego nie wsiadając skierowałam się z nim w stronę następnym barów.
Tym razem trafiłam dobrze. Zarezerwowałam pokój na jedna noc, oraz boks do jutra. Po odpowiedniej zapłacie wróciłam do konia, którego zostawiłam tak jak wcześniej (niestety tutaj nie było koryta z piciem dla koni) i zabrałam go do nowego miejsca. Stajnia była cała, nie wyglądała na rozwalającą się, a w środku znajdowały się już trzy konie. Ramzes był czwarty. Zaprowadziłam go do wolnego boksu dając mu trochę siana i dużo wody.
- Wieczorem jeszcze przyjdę - poklepałam go dając mu kostkę cukru i wracając do karczmy. Tam zamówiłam piwo i usiadłam z dala od wszystkich ludzi, czyli w kącie. Nie sądziłam, że kolejna osoba, która tu wejdzie, przysiądzie się do mnie. Chciałam odmówić, ale zauważyłam, że była to ta Zaklinaczka Zwierząt czy jakoś tak. Skinęłam głową, a... Madelyn usiadła na przeciwko mnie.
Czyli jednak można mówić wszystkich, kim się jest, tak? Chociaż... nie rozumiem. Dlaczego powiedziała mi to? Nie znała mnie, równie dobrze mogłabym być łowcą, który by ją zabił dla swojej kolekcji. Gdybym ja chodziła po mieście i rozgłaszała, że jestem demonem, przysyłali by do miasta nie wiadomo ile egzorcystów - tyle, że to były przesądy.
Złożyłam palce w spluwę i skierowałam nią w kierunku dziewczyny. Spojrzałam zdziwiona, kiedy wydała z siebie odgłos strzelania "puf".
- Co ty robisz? - zapytałam po przełknięciu swojej potrawki. Wzięłam do rąk kufel piwa i się napiłam.
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytałam ciekawa, ale nie dałam jej czasu do odpowiedzi. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne? - teraz zamilkłam czekając na jej odpowiedź. Po części czułam się, jakbym była czymś na wzór doradcy z radami.

<Madelyn?>

poniedziałek, 24 lipca 2017

Od Nathaniela do Ashley

Zgodziłem się, ale gdzie ona chce iść? Nie mam w ogóle pojęcia o czym ona mówi, ale lepiej udawać kogoś "normalnego". No bo co jej powiem? "Hah, wybacz ale nie mam pojęcia o czym Ty mówisz bo jestem z innego wymiaru i w sumie to nie wiem nic o tym świecie."? I tak już pewnie uważa mnie za kogoś dziwnego lub chorego psychicznie, jest też taka opcja.
- A gdzieś dokładnie chcesz iść? - zapytałem, idąc obok dziewczyny.
- Hm, nie wiem w sumie, a Ty gdzieś konkretnie chcesz iść?
- Em, mi to obojętne...
Jak mogę chcieć gdzieś konkretnie iść, skoro nie wiem nawet czym jest to o czym ona mówi. Spokojnie, jakoś się z tego wybrnie. Poszedłem za dziewczyną do jakiegoś miejsca. Usiedliśmy przy stoliku, chwile pogadaliśmy w sumie o niczym, potem zamówiliśmy coś do picia. Upiłem łyka i się zakrztusiłem, na co Ashley się głośno zaśmiała.
- Co ty? Nigdy nie piłeś? - nie przestawała się śmiać.
- Można tak powiedzieć. - mruknąłem.
- Abstynent? - zaśmiała się głośniej. He? Że kto? Nie ważne, pokiwałem delikatnie twierdząco głową.
- Aż tak ci nie smakuje? - zapytała.
- Gorzkie, cierpkie i mdłe. - odparłem zrezygnowany.
- Mówisz i wyglądasz jakbyś z księżyca spadł! - znowu się zaśmiała.
- Można tak to ująć. - mruknąłem prawie niesłyszalnie.
- To może zamów coś innego? Musi być coś co lubisz pić. - powiedziała widocznie zainteresowana.
- Hm... Może... mleko? Jest słodkie i dobrze smakuje. - odparłem po chwili zastanowienia.
Najwidoczniej Ashley rozbawiła moja odpowiedź, ponieważ znów się zaśmiała. Po chwili mimo wszystko, dostałem to czego chciałem.
- Skąd ty się urwałeś skoro nawet alkoholu nie pijesz? - zapytała z uśmiechem.
- Powiedzmy, że z bardzo daleka.
- To znaczy skąd?
- Jak to ujęłaś wcześniej, dla was, prawie z księżyca.
Mówiąc "was" miałem na myśli ludzi, jednak ta dziewczyna coraz bardziej wydawała mi się inna. Ciagle towarzyszyła jej mroczna energia, tak dobrze mi znana, a jednak nie mogłem po prostu zapytać. Po jakimś czasie wyszliśmy z karczmy, przeszliśmy się jakiś kawałek po mieście.
- Ja to już chyba będę wracał do siebie. - powiedziałem.
- Już idziesz? Noc jeszcze młoda! No ale jeśli bardzo chcesz to dobra. Ale musisz mi obiecać, że się jeszcze spotkamy!
- Mogę cię o coś zapytać? - wpatrywałem się w jakiś niewidzialny punkt.
- Jasne! Wał śmiało!
- Jesteś demonem? - spojrzałem na nią z kamiennym wyrazem twarzy i wzrokiem mogącym zabić.

< Ashley? >

niedziela, 23 lipca 2017

Od Fufu do Sakita

- Ja...? - spytałam niepewnie, nie wiedząc co im odpowiedzieć.
Nie mogę przecież powiedzieć im prawdy! Jeszcze się okaże, że znają mojego ojca i mnie zaciągną do niego, a potem zmuszą do małżeństwa! Nie, nie, nie! Dla zdobycia trochę czasu wepchnęłam sobie do wciąż otwartych ust pokaźną porcję jakiejś brei, pokazując, że nie mogę tym samym nic powiedzieć. Damom przecież nie wypada mówić z pełną buzią. Prawda? Prawda.
- Ja... - znów zaczęłam, gdy tylko przełknęłam ostatni kęsek. - Zwiedzałam! - olśniło mnie nagle. - Tak, zwiedzałam! Macie bardzo fajną krainę.
Sakit uniósł znacząco brew, ale choć starałam się to ignorować to język mi się zaczął plątać.
- No, nie kłamałabym przecież, prawda? Dorosłam to tatuś pozwolił mi wyjechać, a uznałam, że pandy będą miłą odmianą po niedźwiedziach. Macie tu pandy, tak? - zaczęłam się mieszać. - Ale za to tego Pana doskonale wiem jak poznałam! - wskazałam palcem na Sakita.
Który znów próbował mi przerwać!
- Ten Pan. - podniosłam znacząco głos. - Był na tyle nieuprzejmy, że pomylił mnie z drogą! I chciał mnie zabić! Na szczęście tylko mnie podeptał. - naburmuszyłam się, a Francis zaśmiał się szczerze, milknąc nagle jakby czymś zmieszany.

< Sakitek? Nie tłumacz się! I nie obraź się na Francisa :c >

NEW : Fufowo-Sakitowe

Odetchnęłam głęboko, próbując pozbierać myśli i nie skoczyć mu prosto do gardła. Miałam ochotę wykrzyczeć mu teraz w twarz wszystkie znane mi przekleństwa, i uwierzcie, nie ograniczałabym się jedynie do języka wspólnego, i pewnie nie ograniczałabym się też tylko do języka. Po prostu aż mną rzucało na jego widok zwłaszcza, że znowu chciał dodać swoje kilka, jakże zacnych, słówek, które miały ponownie ukazać jakim jest ciotą.
- Zamilcz. - powiedziałam cicho, spoglądając na niego ostro. - Daj mi zebrać myśli, a postaram wypowiedzieć się stosunkowo grzecznie.
Jeszcze tego brakowało, by smarkacz znowu zaczął mi coś truć. Co ta młodzież ma teraz w głowie? Przecież dwa wieki to nie tak długo, by całkowicie pozbyć się etykiety i zasad, w końcu ile mogło się w tym czasie zmienić? Przecież za moich czasów to gówniarze przynajmniej znali swoje miejsce, a nie nadskakiwali królowej! Czekaj... w tej powłoce nie byłam królową, ale nawet Fufu miała wyższy od niego status! Była damą, księżniczką, a ten był jedynie podrzędnym złodziejaszkiem, który powinien jej buty lizać.
Spojrzałam lekko w lewo, chcąc na chwilę zapomnieć o tym tępym mężczyźnie, a mój wzrok spoczął na czekającym nieopodal drwalu. Szlag. Musieliśmy o nim podczas całej tej rozmowy zapomnieć. Nie chciałam mu jednak dawać złudnych nadziei, że ktoś zwrócił na niego uwagę, więc rzuciłam w jego stronę jedno z moich zabójczych spojrzeń i ostatecznie odwróciłam się w stronę lasu.
Khayr... Jak ja tu dawno nie byłam. Nad moją głową przeleciał jakiś charakterystyczny dla tych rejonów ptak, a ja ponownie przyłapałam się na tym, że nie pamiętam ich nazwy. Ach, Simánei z pewnością skarciłaby mnie za tę niewiedzę - w końcu nie był to pierwszy raz jak odwiedzałam tę krainę, a przez dłuższy czas nawet mieszkałam tutaj. Choć moja nauczycielka doskonale wiedziała, że od jej ukochanych zwierzątek o wiele bardziej pociągały mnie zaklęcia i czary, których w tych stronach nie brakowało to mimo żądała ode mnie chociaż znajomości podstawowych nazw fauny i flory. Simánei była zdecydowanie wymagająca, ale chciała mi przede wszystkim przekazać jak najwięcej. I jej się udało.
Od wspomnień oderwał mnie jednak pojedynczy błysk, wyłapany kątem oka. Nieopodal drogi, ukryty lekko pomiędzy krzewami, spoczywał głaz, na którym ktoś dawno temu postarał się wyryć kilka znaków, aktualnie mocno zatartych przez czas. Zaciekawiona, podeszłam do niego i delikatnie przesuwając palcami po jego powierzchni starałam się odczytać przesłanie. Po kolei wyczuwałam rysy, które stopniowo układały się runy, pisane w starym języku magów. Napis głosił: Ypakoí, dwie mile stąd, teren zajęty. Uśmiechnęłam się lekko. Był to jeden ze starych i dobrze znanych sposobów za zarobek, który wśród czarodziei uchodził raczej za mało wydajny i przeznaczony głównie dla starszych i znudzonych ludzi, nie mających już siły na eksperymenty. Dlatego ten też zawód skupiał się na jednostajnym pomaganiu i służeniu jednemu, wybranemu miastu. Od prostych porad i medycyny do drobnych zaklęć pogodowych, naparów, eliksirów; zależnie od tego co potrafił sam mag. Bywało jednak, że ze względu na ograniczone zainteresowanie takimi usługami czy też nieufność mieszkańców często pozostawiano na skraju osady właśnie takie kamienie, które na celu miały ograniczanie konkurencji. No i często też towarzyszyły temu drobne zaklęcia, które miały wykrywać każde odrobiny magii i informować właściciela o potencjalnych gościach czy zagrożeniu. Przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie tak? Dlatego też nie miałam wątpliwości, że ktokolwiek tu teraz mieszkał już o nas wiedział. To jednak podsunęło mi pewien plan.
- Słuchaj, tępaku. - odwróciłam się gwałtownie do Sakita, który najwidoczniej do mnie podszedł jak byłam zajęta oglądaniem kamienia. - Widać, że się nie dogadamy, więc przedstawiam prosty sposób, byś pozbył się mnie i Fufu.
Sakit ciekawie spojrzał mi w oczy choć zauważyłam, że też lekko posmutniał może? Chyba na pewno nie jest taki twardy za jakiego się uważa, albo po prostu mam zwidy. W każdym razie kiwnął przyzwalająco głową, bym kontynuowała temat, a ja nie zamierzałam zwlekać.
- Dwie mile stąd jest niewielkie miasteczko - Ypakoí, powinniście dotrzeć tam w nie dłużej niż godzinę. - machnęłam ręką w stronę osady. - Tam będziesz musiał rozejrzeć się za okolicznym magiem, każdy mieszkaniec pewnie będzie potrafił wskazać Ci drogę, a Ty powiesz czarodziejowi pewną formułkę, której zaraz Cię nauczę. Nie powinno być w każdym razie większych problemów, a jeśli będziesz miał szczęście to powinien Ci z góry dostarczyć napór i zapas ziół, który pozwoli mi utrzymywać kontrolę nad ciałem. Ewentualnie poczekacie dzień na zebranie zielska i będziesz mógł już spokojnie sobie odtruchtać stąd.
Podniosłam gwałtownie dłoń, widząc, że się wcina.
- Chcesz, byśmy dały Ci spokój to się słuchaj. Chcę dostarczyć Fufu w jednym kawałku, a do tego potrzebuję pełnej władzy nad jej ciałem. - poprawiłem ręką włosy, układając w głowie formułę. - Naucz się tego "Je ame Arete, tier é frixe. Nevi atepsima ore Simánei."*, a nie powinno być już z niczym problemów.
Wtedy też poczułam jakby ktoś uderzył mnie prosto w brzuch, a moje ciało zaczęło bezwładnie opadać na ziemię, by niespodziewanie złapał je... drwal? Skąd on się u licha wziął za mną, cholera... Chyba tracę kontrolę.

* - Jestem Arete, nowa powłoka. Potrzebuję kontroli lub Simánei.

< Sakitku? c: Co zrobisz z tym faktem? :D >

~~~~~~


Cholera jasna znowu to samo?! Nie sądzę aby nagła zmiana charakteru była jakimś kolejnym skutkiem zatrutych jagód, więc to musi być „ona” i najwidoczniej ponownie nie przyszła tu z pokojową misją.
-Słuchaj, ona nie ma już 5 lat, a ja nie jestem jej tatą, który będzie trzymał ją za rączkę. Gdyby się mnie nie uczepiła już dawno leżałaby martwa gdzieś między drzewami. Nie prosiłem żeby za mną lazła, nawet jej to odradzałem, więc jeśli coś ci się nie podoba – szybkim ruchem ręki zebrałem z ziemi rzeczy, podniosłem Pompejusza i wcisnąłem dziewczynie – to zabieraj swoje manatki i futrzaka i wynoście się stąd! Nikt nie karze wam za mną leźć! Nie potrzebuję towarzystwa. – widząc, że drwal ma jakiś problem i zmierza w moją stronę, wyciągnąłem miecz i prosta ręką skierowałem go w stronę mężczyzny – Nie wtrącaj się! – warknąłem nie opuszczając miecza, znów zwróciłem się do Fufu, albo kogoś kim aktualnie była – Decyzja należy do niej, jeśli chce może iść ze mną, ale to nie znaczy że będę robił za jej ojca, jeśli nie, to znikajcie z moich oczu zanim sztylet powiruje i w waszą stronę!

<Fufu? Sakitek chyba się z lekka zirytował całą tą sytuacją xD>

~~~~~~

Cholera. Czy to durne dziecko musi mieć tyle siły? Nie wiem czy przeżyłaby w lesie dłużej sama, ale jak raz próbuję wyjść na powierzchnię to nawet po totalnym nawaleniu jagodami walczy. Jak tonący chwyta się brzytwy. No ile można! Gwałtownym zrywem przejęłam jej ciało, odpędzając ostatnie myśli o ojcu, książętach, ropuchach i bizonach. Bogowie, co to dziecko ma w głowie?
Zamrugałam, gdy w końcu poczułam światło słoneczne na moich powiekach i wstałam z ziemi. Dobra, to co ta mała ostatnio wyprawiała? Lazła z tym głupkiem, nażarła się jagód i jeśli dobrze pamiętam to powiększyła swoją drobną kampanię. Rozejrzałam się. Tsa, niedaleko stał Sakit, który chyba nawet okazał się na tyle rozumny, by dostrzec przemianę, a kawałek dalej był... drwal. Ta to sobie potrafi dobierać facetów (<3 xD ~ podpisane i dopisane przez Olę :D).
Rozgarnęłam ręką fryzurę, wzięłam głęboki wdech na uspokojenie i się zaczęło:
- Co Ty, durniu, sobie wyobrażasz? - podeszłam, wbijając palec w jego pierś. - Albo ją raz i porządnie spław i zostaw na pastwę losu, czy też zabij bo może to Ci bardziej odpowiada, albo bądź, do cholery, odpowiedzialny! Jagody rozpoznałeś? Rozpoznałeś. To czemu pozwoliłeś jej je zjeść? Kuźwa no, ona zachowuje się jak dziecko, a takie da się zadowolić czy przypilnować jednym słowem. Jednym! Do cholery jasnej, nawet Ty dałbyś temu radę. Ale nie, lepiej sobie grabić u rodziny królewskiej. - urwałam, by nabrać tchu.
Nie wiem i nie chce wiedzieć jak Fufu wytrzymuje z tym gościem. Może własny, porąbany świat w jej głowie ma jednak jakieś zalety?
- Bogowie. - westchnęłam, przewracając oczami i zwracając się tym samym do drwala. - A Ty na co się gapisz? Wracaj do swoich ukochanych drzewek, to nie są problemy dla takich małych móżdżków jak Twój. - burknęłam.
Choć może powinnam mu choć trochę podziękować? Eee, kurczę, chyba udziela mi się co nieco z myślenia Fufu co nie jest dobrym znakiem. Jak się dłużej zastanowić... ten pomysł jest po prostu idiotyczny.
- Dziękuje za Twą jakże "wspaniałą" obecność, ale naprawdę możesz już wrócić do swojego lasku gdzie mieszkają pierwotni ludzie. Ewentualnie jak możesz to mógłbyś sprać jeszcze tego tutaj. - wskazałam Sakita, ale mężczyzna dalej patrzył na mnie nierozumnym wzrokiem. - No, dalej, do widzenia. Papa. Sayonara i inne takie. - wskazałam ręką skąd przyszedł.
Wtedy też w oczach drwala zalśniły niebezpieczne iskierki gniewu.

< Sakitek? Ups? xD>
Zabije ;-;