poniedziałek, 6 listopada 2017

Od Mirajane do Lexie

- Przybywamy z wysokich gór, o pani, by zawrzeć sojusz, pomiędzy naszymi krainami. Możemy wiele zaoferować. Piękne wyroby z wikliny, tkaniny z jedwabiu, a w zamian pragniemy sprowadzać z twojego, pani, kraju owoce i warzywa, które trudno nam uprawiać na nieurodzajnej ziemi gór. - rzekł, a jego melodyjny głos rozniósł się po sali tronowej.
Uśmiechnęłam się, patrząc na delegatów. Zastanowiłam się nad tym, co oferowali. Szczerze mówiąc, nasi tkacze radzili sobie dobrze, choć do perfekcji im brakowało.
- Czy możecie okazać jakiś swój wyrób? - zapytałam z powagą.
Drilf wskazał na swoje odzienie. Uśmiechnęłam się. Wstałam, a potem podeszłam do delegata, podając mu dłoń. Ten ją uścisnął, a na jego twarzy namalował się uśmiech.
- Przyjmujemy wasze oferty i obiecujemy dostarczać wam owoce i warzywa. Felander! - szybko zawołałam doradcę.
Kiedy ten przybył, ukłonił się z księgą w dłoni.
- Spisz proszę, jakie towary będziemy importować, a jakie eksportować. Potem zakwateruj proszę delegatów, aby na jutrzejszy dzień byli wypoczęci. Zawiadom sługi, aby donieśli im posiłek do pokoju. - powiedziałam. 
Doradca zajął się mężczyznami, a ja powróciłam na tron, patrząc na Lexie. Rozejrzałam się za Merem, a potem już go dostrzegłam. Uśmiechnęłam się do obu gwardzistów, którzy nadal stali z powagą w swoich miejscach. Westchnęłam ciężko i przeciągnęłam się. Zarzuciłam na głowę kaptur, bo skoro delegaci już opuścili pomieszczenie, nie musiałam się jakoś odkrywać. Odczekałam chwilę, a potem wstałam z tronu. Jednak Felander, który zdążył wrócić, pokręcił głową.
- Moja pani, proszę zasiąść. Za moment przyjdą rycerze, których zaprzysiężysz. - rzekł.
Zabrał coś z sali tronowej, a potem opuścił w pośpiechu pomieszczenie. Westchnęłam ciężko i ze znudzeniem zaczęłam uderzać paznokciami o tron.
---
Po zaprzysiężeniu, wstałam, aby jak najszybciej odbyć pochód. Dzień powoli chylił się ku końcowi, a ja byłam wściekła, bo niczego nie zdążyłam się dzisiaj nauczyć. Czułam się niedoinformowana. Gwardziści kroczyli za mną jak cień, a doradca kroczył obok, coś mi tłumacząc i zapisując w księdze. Jedynie potakiwałam. Przyznam, że samo zarządzanie jest nużące. 
---
Nareszcie koniec tego wszystkiego. Kiedy szłam do pokoju, w spokoju, usłyszałam za oknem huk. Przestraszona, potknęłam się o własne nogi i spotkałam się z podłogą twarzą w twarz. Uniosłam się na łokciach i rozkojarzona potrząsnęłam głową.
<Lexie?>

Od Lexie do Mirajane

- Wprowadzić dyplomatę - rozkazała w przestrzeń Mirajane. Lexie wystąpiła zza tronu i dość sztywno, nawet jak na nią, ukłoniła się chwilowemu królowi.
- Przyprowadzę go, wasza wysokość - zaofiarowała, a uzyskawszy pozwolenie w postaci skinienia głowy władczyni, ruszyła w kierunku drzwi do poczekalni. Zanim jednak przekroczyła je, strzepnęła niewidzialny pyłek kurzu z ramienia i poprawiła perfekcyjnie leżący naramiennik. Otworzyła drzwi. Siedząca w przedsionku grupa ludzi poderwała się gwałtownie, niczym dzieci przyłapane na robieniu czegoś, czego robić nie powinny. Dziewczyna skłoniła się sztywno. 
- Kogo mam zaanonsować? - zapytała chłodno, obrzucając wzrokiem nie do końca ludzkie istoty. Mówiąc: „nie do końca ludzkie” myślała o fakcie, iż zamiast rąk mieli skrzydła, zakończone chwytnymi pazurami, a ich twarze zdobiły pokaźne dzioby, zaś zamiast włosów -  wielobarwne pióropusze. Jednak pomijając wszystkie te szczegóły wyglądali jak ludzie. Tak naprawdę ich widok nie dziwił strażniczki, widywała już dziwniejsze kreatury. Jednak w sercu kobiety była podejrzliwość. W końcu w zamku panował zabójca, a zabójcy zwykle nie robią czego im się żywnie podoba. Zwykle pracują na czyjeś zlecenie. 
- Jesteśmy delegacją Pliff, z małego księstwa w Anthrakas – przedstawił przybyszów młodzieniec o czerwonych piórach. -  Jestem przewodniczącym naszej małej społeczności, moje imię Drilf.
  Brunetka skinęła głową.
- Proszę wejść, gdy usłyszysz panie swoje imię – rozkazała, dostatecznie uniżonym tonem, by mógł być uznany za stosowny w tej sytuacji i dyplomatyczny.
- Oczywiście. – Pół-ptrak pokiwał skwapliwie głową.
  Brunetka wyciągnęła z jego wygodnego stanowiska strażnika, pełniącego na zamku służbę herolda i przekazała mu stosowne rozkazy, po czym powróciła do boku swojej pani. Mirajane spojrzała na nią pytająco, jednak Lexie nijak nie odpowiedziała na jej spojrzenie. Wbiła nieruchomy wzrok w przestrzeń przed sobą. Wreszcie do komnaty wkroczył herod i ogłosił przybycie ptasiej delegacji. Gwardzistka ze swojego stanowiska nie mogła dobrze widzieć emocji, malujących się na twarzy swojej pani, jednak wyczuła jej miłe zaskoczenie i podniecenie. Rzeczywiście, przybyli byli w większości przystojnymi młodzieńcami, a ich kolorowe pióra tylko dodawały im wdzięku. Brunetka poczuła ukłucie zazdrości, już po raz drugi tego dnia.
- Witajcie, członkowie delegacji Pliff – powitała ich tymczasowa władczyni, gdy uklękli w sporej odległości od nie. – Powstańcie i mówcie, co was do nas sprowadza.
  Przewodniczący wstał niepewnie. Widać było, że rzadko ma odczynienia z władcami. Musiał pochodzić z prostego ludu i choć nazywał siebie przewodniczącym, pozostali członkowie delegacji nie wydawali się zbytnio mu ulegli. Wyglądali bardziej jak przyjaciele, niż poddani.
- Przybywamy z wysokich gór, o pani, by zawrzeć sojusz, pomiędzy naszymi krainami. Możemy wiele zaoferować. Piękne wyroby z wikliny, tkaniny z jedwabiu, a w zamian pragniemy sprowadzać z twojego, pani, kraju owoce i warzywa, które trudno nam uprawiać na nieurodzajnej ziemi gór.
  Słowa Drilfa były czyste i melodyjne, prawie jakby śpiewał.

(Mirajane? No to negocjuj, wasza wysokość xD)

Od Mirajane do Lexie

- Przepraszam, wasza wysokość – powiedział tylko mrukliwie tajemniczy.
Pierwszy raz w życiu usłyszałam jak cokolwiek mówi. To był... Bardzo ciepły jak dla mnie głos, choć lekko stłumiony przez hełm. Z rumieńcem odwróciłam po chwili spojrzenie, zakładając dłonie na piersi. Spojrzałam na Lexie, która już trzymała w garści włócznię. Rozejrzałam się lekko niezadowolona z braku jakiejkolwiek pomocy.
- Felander! - krzyknęłam.
Zza tronu wyłonił się doradca mojego ojca - Felander. Był to już lekko siwy mężczyzna, który miał jeszcze pojedyncze ślady brązowych włosów. Na sobie miał szaty doradcy, które miały kolor wyblakłej zieleni. Z pierścieniem na palcu, który oznaczał jego władzę w zamku, podszedł do mnie i głęboko ukłonił. Popatrzył w moje oczy bardzo pewnie siebie.
- Witaj księżniczko Mirajane. W czym mogę pani dopomóc? Życzy pani sobie czegoś? - zapytał.
Przegryzłam wargę, a potem podeszłam do tronu ojca. Dotknęłam go dłonią. Od razu przypomniałam sobie, kiedy siadałam tutaj z ojcem, gdy byłam jeszcze malutka.Takie miłe wspomnienia, a teraz one są jedynie przykrym przypomnieniem czasów, gdy mój tata uśmiechał się. Teraz to już odległa przeszłość. Usiadłam na tronie, a doradca stanął przede mną.
- Dzisiaj jest wyjątkowo niewiele do zrobienia. Król miał przyjąć delegatów i wysłać ich do komnat, zaprzysiężyć nowych rycerzy oraz miał zrobić pochód, aby sprawdzić jak sprawują się słudzy. Jutrzejszy dzień będzie cięższy, ale wydaje mi się, że ojciec waszej wysokości do tego czasu już powróci. - rzekł Felander.
Westchnęłam ciężko i kiwnęłam głową. Potem spojrzałam na swoje zimne dłonie. Głupi ojciec... Znowu zostałam w zamku sama i nawet ta najmłodsza pojechała razem z nim. Warknęłam coś pod nosem i spojrzałam na zaufanych gwardzistów. Ojciec nie potrafił zarządzać wojskiem, skoro ten nieproszony gość ze wczoraj ponownie zawitał na dachu królestwa.
- Felander. Rozstaw dodatkową ilość żołnierzy przy głównej bramie i przy wyjściu kuchennym. Przynajmniej jeden strażnik ma stać w odstępie kilkunastu metrów od siebie. Przy każdym oknie wewnątrz ma stać po dwóch rycerzy z bronią lekką i ciężką. - powiedziałam do doradcy.
Ten się ukłonił i zniknął z pola mojego widzenia. Lexie i tajemniczy gwardzista stali nadal przede mną. Założyłam dłonie na piersi i nogę na nogę. Rozejrzałam się. Potem pokazałam dwóm żołnierzykom miejsca za mną. Ci tam podeszli i spokojnie czekali na dalsze rozkazy. Teraz pozostało przyjąć tego delegata, zaprzysiężyć rycerzy, a potem zrobić pochód. No cóż... Dzień pełen wrażeń... Tak. Chyba w moich snach.

<Lexie?>

Od Sakita do Fufu

Przetwarzałem w myślach cała rozmowę z Francisem, chyba nie padło tam żadne niepożądane słowo w stylu książę, królestwo etc. Fufu wie zatem tyle co nic. Na szczęście...
- Po co pytasz skoro słyszałaś o czym mówiliśmy? Muszę wracać i już, ojciec mnie wzywa... - popatrzyłem na nią, ale ona spojrzała na mnie jakby chciała powiedzieć "i tak wiem, że tego nie zrobisz", "wiem, że musisz, ale czemu nie chcesz?".
Po co tam wracać? Może to tylko moje myśli, których odbicie widzę w jej zakłopotanej twarzy. Może boi się, że będzie musiała zostać sama? Przecież to oczywiste, nie będę jej niańczyć przez cały czas i tak dużo jej pomogłem, ale... nie poradzi sobie sama. Chwila, co mnie to obchodzi?
- Nieważne, pójdę to pójdę, nie to trudno. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, a do domu daleka droga i niezbyt mi miła. A Ty? Dokąd zmierzasz?

< (40) Fufu? On już chyba nie wie co myśleć xD Ale... przejmuje się, mimo, że to wypiera xD >

Od Lexie do Mirajane

  Jej wysokość gwałtownie wypadła jak burza ze swoje komnaty, zmuszając gwardzistów do błyskawicznej reakcji. Wyraźnie kierowała się do wyjścia z zamku, co nieco zaniepokoiło Lexie. Jednak gdy cała trójka znalazła się przed budynkiem, mogli jednie popatrzeć w ślad za oddalającym się królewskim powozem, nim brama wjazdowa na dziedziniec się nie zamknęła. Mirajane ponownie tupnęła nogą i, odwracając się gwałtownie, wróciła do zamku. Żaden z mrukliwych strażników nie wiedział, co w takiej sytuacji należy powiedzieć, wymienili więc tylko zakłopotane spojrzenia (a przynajmniej na pewno wiadomo było, że zakłopotane spojrzenie miała Lexie) i ruszyli za swoja panią. Ta weszła właśnie do sali tronowej i stała na jej środku, wyglądając na nieco zagubioną. W momencie, w którym król opuścił zamek, najwyższą władzę w królestwie sprawowała właśnie ona i najwyraźniej nie wiedziała, co z tą władzą w tym momencie zrobić.
- Wasza wysokość… - zaczęła niepewnie kobieta, przedtem rzucając spojrzenie Mer, który jednak nie wyglądał na skorego do przejęcia inicjatywy.
- Co? – Księżniczka obróciła się w stronę gwardzistów. Jej dłonie niemal w całości pokrywał lód i szybko się rozprzestrzeniał. 
- Być może jego wysokość zostawił jakieś wskazówki w sowim gabinecie… - zasugerowała, jednak prędkość z jaką ciało Mirajane pokrywała zamrożona woda zaczynała być niepokojąca.
- Po co mi jakieś wskazówki! Nie będę robić, co mi ojciec karze. Na pewno nie, gdy robi to w taki sposób!
  Z dłoni dziewczyny posypały się lodowe odłamki i uniosła je do góry. Obaj strażnicy zareagowali w tym samym momencie. Mer rzucił się bezpośrednio na jej wysokość, przewracając ją, a Lexie chwyciła ją za ręce czując, jak lodowate zimno napełnia jej ciało i aż jęknęła z bólu czując, jak czarna łuska na jej plecach pochłania kolejne powierzchnie ciała. Wreszcie ból ustał i strażniczka puściła dłonie swojej pani. Mer również właśnie się z niej zebrał i oferował swoją dłoń, by pomóc jej wstać. Mirajane przyjęła ją z dość skonfundowanym wyrazem twarzy. Nie spodziewała się chyba takiej reakcji. Nie spojrzała nawet na brunetkę. Całą jej uwagę pochłaniał odziany w pełną zbroję gwardzista, który właśnie poprawiał swój hełm, który obsunął mu się nieco podczas akcji neutralizowania wściekłości jej wysokości.
- Przepraszam, wasza wysokość – powiedział tylko mrukliwie, a Lexie poczuła ukłucie zazdrości, gdy w odpowiedzi na jego słowa blondynka zarumieniła się nieco i pokiwała głową. Miała ochotę się wtrącić, jednak nie wypadało jej tego uczynić. Podniosła swoją włócznie, którą w pośpiechu upuściła, zmrożonymi palcami. I tak miała masę szczęścia, że Mirajane szybko odpuściła, po gdyby dłonie były mrożone jeszcze chwilę dłużej, pewnie na zawsze straciłaby w nich władzę.
(Mirajane? Co zrobi nowa władczyni? XD)

niedziela, 5 listopada 2017

Od Mirajane do Lexie

- Wasza wysokość pochłania je w zastraszającym tempie – powiedział mężczyzna, również się uśmiechając. – Rufus! Chodź tutaj! Rufus pomoże waszej wysokości znaleźć to, czego wasza wysokość potrzebuje. To naprawdę zdolny, młody mężczyzna.
Uśmiechnęłam się do bibliotekarza i do jego młodzieniaszka. Chłopak mnie poprowadził w stronę regałów, na których może była książka, której jeszcze nie czytałam. Zaczęłam się rozglądać, a chłopak o imieniu Rufus poszedł odłożyć powieść, którą zdążyłam przewertować. Znalazłam jakąś jeszcze o astrologii. Chłopaczyna została w regałach, a ja poszłam ku bibliotekarzowi. 
- Wezmę tą. Podejrzewam, że za dwa dni ją panu zwrócę. - rzekłam, a ten uśmiechnął się do mnie.
Wraz z Lexie wyszłam z biblioteki, kierując się do mojej komnaty. Przy drzwiach ujrzałam drugiego gwardzistę, tego tajemniczego. Przeszłam obok niego, czując jego wzrok spod hełmu. Przeszły mnie dreszcze. Zamknęłam szybko sypialnię i zaczęłam czytać. 
-Astronomia bada ciała niebieskie i jest jedną z najstarszych nauk, której początki...
---
Księga mnie wciągnęła. Była ciekawa i bardzo wiele informacji kryła jej treść. Między innymi, tłumaczyła jak używa się Magii Gwiazd, która była bardzo trudna do opanowania. Jedyne co z tego umiem, to zwykłe rozpoznanie konstelacji, poprzez zaklęcie zbliżenia. Westchnęłam i odłożyłam prawie przeczytaną księgę na biurko. Podeszłam do okna i rozejrzałam się. Skupiłam spojrzenie na niżej położony dach. Czarna postać... Podobna postura do tej osoby, która zaatakowała mnie rano. Co ze strażnikami?! Przecież było ich tak wiele teraz w zamku i na jego murach. Istota spojrzała na mnie, a potem bardzo szybko zaczęła uciekać. Czyli znowu coś kombinował. No ale cóż... Nie mam zamiaru nic mówić nikomu. Zamknęłam tym razem okno na kluczyk. Na wszelki wypadek. Potem przebrałam się i położyłam spać. Jutro rano czekało mnie czytanie.
---
Obudziłam się wcześnie. Nie marudziłam i od razu uniosłam się z materaca. Przebrałam się w tradycyjną suknię z płaszczem i kapturem. Tiary póki co nie zakładałam. Dzisiaj ma przyjechać jakiś delegat, ale ojciec się tym zajmie. Wygodnie usadowiłam się na kanapie i zaczęłam kontynuować czytanie mojej książki. Ah ta astronomia... Nic nie mogę się nauczyć, przez co jestem zła. Zamknęłam księgę z hukiem i podrzuciłam ją na biurko. Drzwi się otworzyły. Stanęła w nich służka i dwóch gwardzistów.
- Ojciec prosi cię, abyś zeszła na przywitanie do delegata... - rzekła.
- Powiedz mu proszę, że nie zejdę. Śniadanie proszę mi przynieść tutaj. - powiedziałam. 
Kobieta nie kwestionowała mojej decyzji. Po prostu wyszła. Gwardziści się rozejrzeli i zamknęli drzwi mojej komnaty. Jednak zanim zdążyłam się nacieszyć spokojem, do mego pokoju wlazł chłopiec na posyłki. 
- Twój ojciec, matka i dwaj bracia wyruszają na wyjazd dyplomatyczny. Król pozostawia zamek na twojej głowie. - rzekł, a potem wybiegł i ruszył swoją drogą.
Wrzasnęłam i tupnęłam mocno w ziemię. Znowu mam zostać tutaj?! To jakiś żart? Zacisnęłam pięści, które otoczyła błękitna aura, a na podłogę opadło kilka płatków śniegu. Miałam chęć rozwalić cały zamek z pomocą mojej mocy magicznej. 
<Lexie?>

Od Fufu do Sakita

- Nic! - pisnęłam. - Ja szłam tylko do toalety, nie bij mnie!
Przecież to nie moja wina, że mnie ta nieładnie wyprosili i kazali sobie iść. Tak się nie robi po prostu! Zresztą musiałam przecież wiedzieć o czym mówią, oni mogli chcieć mnie porwać. Moim interesem było ich podsłuchiwanie! A w takim przypadku nie mogło to być przecież złe.
- Toaleta jest u góry, Indra Ci ją zapewne pokazała, prawda? - spytał tym notorycznie spokojnym i znudzonym tonem, równocześnie przyglądając mi się bacznie.
- Nieprawda!
Jak można tak ludzi z równowagi wyprowadzać samym tonem to niedorzeczne! Jakby on chociaż dodał do tej rozmowy trochę emocji, złości, zaskoczenia czy czegokolwiek, naprawdę! Widzisz przed sobą jakąś martwą kukłę, która wygląda jakby jej największym marzeniem było właśnie ziewnięcie, ale mimo wszystko porusza ustami i coś do Ciebie mówi. Nie powiem żeby mnie było szczególnie trudno rozgniewać, ale to, to to... było złe! Bardzo!
- Prawda i dobrze o tym wiesz.
- Nie!
Spojrzał na mnie znacząco, a ja zaraz spuściłam oczka, speszona. Może miał troszkę racji. Troszeczkę?
- Sakit... - powiedziałam cichutko. - A czemu musisz stąd wyjeżdżać... I nie patrz tak, Pompejusz mi to powiedział! - podniosłam zwierzaka pod oczy mężczyzny z miną "to nie ja, to on!".

< Sakitku? Nie rób jej nic, Fufu niewinna :c Pompejusza też nie bić! >

Od Lexie do Mirajane

  Lexie opuściła głowę ze skruchą, jednocześnie w jej głowie myśli podążały za Mer, ścigającym nieproszonego gościa. Czy uda mu się dorwać doświadczonego zabójcę w gonitwie po dachach? 
- To było skrajnie nieodpowiedzialne – kontynuował swoja tyradę król – co bym zrobił, gdyby ten człowiek ciebie zabił? Co by na to powiedział lud, gdyby księżniczka została zamordowana w jej własnym zamku. Widać jak dotąd byłem zbyt pobłażliwy. Na zbyt wiele ci pozwalałem. Od dzisiaj nigdzie, ale to nigdzie nie ruszasz się bez straży. I może nie koniecznie tej. – To mówiąc rzucił gniewne spojrzenie Lexie. – Gdzie jest drugi strażnik?!
- Mer ruszył w pogoń za napastnikiem, wasza wysokość – powiedziała Lexi spokojnie, podnosząc wzrok na władcę.
- Dobrze, mam nadzieję, że wróci z jego głową – burknął władca.
- Kochanie, tą kwestię lepiej będzie rozstrzygnąć po śniadaniu, nie sądzisz? – zasugerowała królowa, a jej mąż niechętnie na to przystał. Nad stołem zaległa ciężka, pełna wrogości, cisza. Gdy posiłek dobiegał końca, Mirajane szybko wstała, rzuciła głuche „dziękuję” i wyszła z sali jadalnej. Gwardistka ukłoniła się władcom i ruszyła za swoją panią. Jej wysokość wściekłym krokiem udała się do swojego pokoju, gdzie najwyraźniej chciała spędzić trochę czasu sama, bo gdy Lexie weszła za nią, księżniczka skrzywiła się. Strażniczkę to zabolało głęboko w sercu, jednak nie dała nic po sobie poznać. Podeszła do okna i szczelnie je zamknęła. Rozejrzała się po pomieszczeniu upewniając się, że nikt się w nim nie ukrywa, ani nie ma żadnej innej drogi, którą można by się dostać do wnętrza.
- Wyjdziesz wreszcie? – spytała Mirajane, patrząc wrogo na gwardzistę ze swojego miejsca na łóżku.
- Oczywiście, wasza wysokość – przytaknęła ponuro kobieta i ukłoniła się władczyni, po czym wyszła na korytarz. Był pusty, jeśli nie liczyć służącej, szorującej szmatą podłogę. Lexie ustawiła się obok drzwi do komnaty i wyprostowała się na baczność. Nie pozostała w bezruchu jednak długo. Wkrótce pojawił się ociekający potem Mer, bez swojej włóczni, za to ze strzałą w ramieniu. Kobieta spojrzała na wojownika i zmarszczyła brwi.
- Zwiał – mruknął, ustawiając się po drugiej stronie drzwi.
- Nie powinieneś poprosić, żeby ktoś cię zmienił? – zasugerowała ostrożnie brunetka, kątem oka patrząc na sterczące groźnie drzewce. Mer tylko pokręcił głowa. – A włócznia?
  Strażnik spojrzał na nią, a przynajmniej obrócił w jej stronę hełm, po czym uderzył się otwartą dłonią w czoło, aż zabrzęczało.
- Zaraz wracam – mruknął, po czym potruchtał w kierunku zbrojowni. 
  Pewnie zgubił włócznie podczas pościgu – przemknęło Lexie przez myśl, gdy tak stała nieruchomo przed zamkniętymi drzwiami… które nagle przestały być zamknięte i z wnętrza wyłoniła się Mirajane, z książką w ręku. Nie patrząc na gwardzistkę, z dumnie uniesioną głową ruszyła w prawo korytarzem. Bez słowa strażniczka podążyła za nią. Przemierzyły razem kilka pięter, nim w końcu dostały się do zamkowej biblioteki, która najwyraźniej była punktem docelowym księżniczki. W środku był tylko kustosz i jego dwóch uczniów, biblioteka wydawała się bezpieczna, jednak… było tu wiele regałów, za którymi łatwo było się ukryć zabójcy. Lexie to się zdecydowanie nie podobało.
- Dzień dobry! – Mirajane rozpromieniła się, podchodząc do bibliotekarza, który był raczej podstarzałym, jednak sympatycznie wyglądającym mężczyzną. Widać tylko gwardzistka była w tamtym momencie w jej pogardzie. – Znowu chcę wymienić książkę. Tą już przestudiowałam.
- Wasza wysokość pochłania je w zastraszającym tempie – powiedział mężczyzna, również się uśmiechając. – Rufus! Chodź tutaj! Rufus pomoże waszej wysokości znaleźć to, czego wasza wysokość potrzebuje. To naprawdę zdolny, młody mężczyzna.
(Mirajane? XD)

Od Mirajane do Lexie

Moja noc byłaby spokojna, gdyby nie pewien problem... Pewien wielki problem. Zwykle, przed snem nie zamykam okien, bo mam pokój bardzo wysoko, przez co nikt o zdrowym by się tu nie włamał. Za samo wtrącenie nieznanej osoby spoza zamku do pokoju rodziny królewskiej, było karane odsiadką w lochach. Wypoczywałam w spokoju, a dzień zbliżał się wielkimi krokami. Chciałam obudzić się jak najwcześniej, abym mogła zająć się książkami. Mam dość lekki sen, więc od razu usłyszałam jakieś szuranie i dźwięk otwierania mojego okna. Zerwałam się, celując otwartymi dłońmi w pana nieproszonego. Nie znosiłam nieznanych mi osób, które wchodziły do mojego pokoju jak gdyby nigdy nic. Napastnik nagle zaczął iść w moją stronę z czymś ostrym w dłoni. Zamknęłam oczy, a moje dłonie zaczęły błyszczeć błękitną aurą. Gdy je otworzyłam, kilka lodowych sopli poleciało w stronę. Przebiło mu dłoń i ramię. Jednak... Jego ciało po chwili po prostu wypchnęło ciało obce, a sople uderzyły o ziemię, znikając powoli w kałuży. Popatrzyłam na to, a potem zwróciłam oczy na gościa. Nagle drzwi się otworzyły. Ujrzałam służkę i dwóch najbardziej zaufanych gwardzistów. Tajemniczy rycerz ruszył w stronę napastnika, który wyskoczył jak strzała z okna i znikł z pola naszego widzenia. Lexie, którą lubiłam, ze względu na to, że była dziewczyną, ruszyła w moim kierunku i klęknęła przede mną.
- Wszystko w porządku, wasza wysokość? Nie zrobił waszej wysokości krzywdy? Czego od waszej wysokości chciał? - rzekła, a przy tym przyglądała mi się.
Wzięłam głęboki oddech i dałam jej znak, aby wstała. Ta wykonała polecenie, a potem nadal patrzyła na mnie zmartwiona. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Wszystko jest dobrze. A teraz, proszę, opuść moją sypialnię i zaraz wyjdę na śniadanie. - powiedziałam.
Gwardzistka opornie opuściła sypialnię. Wtedy, ja podeszłam do okna i rozejrzałam się. Nie widziałam tego osobnika, który mnie napadł i też tego, który za nim pognał. Westchnęłam. Ubrałam jakąś zwykłą, błękitną suknię, na którą nałożyłam płaszcz z futrem i kaptur. Tiarę też umieściłam na głowie. Nie zapomniałam przypiąć do pasa mojej księgi i różdżki. Potem wyszłam z pokoju i spojrzałam na gwardzistkę.
- Możemy iść. - powiedziałam.
Lexie kiwnęła głową, a podczas kroczenia korytarzem, niespokojnie się rozglądała i czujnie pilnowała mojego otoczenia. Westchnęłam.
---
Weszłam do sali stołowej. Moja rodzina już tam siedziała. Zasiadłam po lewicy ojca, a Lexie ukłoniła się do króla. Przegryzłam wargę. Już wiedziałam do czego to zmierza. Mój ojciec jest bardzo nadopiekuńczy. Teraz to nawet już do pałacowych ogrodów nie wyjdę...
- Księżniczka Mirajane została dzisiaj zaatakowana w jej własnej sypialni. - rzekła gwardzistka.
- Słucham!? Gdzie była straż?! - wrzasnął mój ojciec. - Mirajane! Znowu nie zamknęłaś okna?! Ile razy można ci powtarzać?! - dodał jeszcze krzykiem.
Prychnęłam i nie odezwałam się. Nie mam zamiaru się mu tłumaczyć. On tylko mnie przetrzymuje w zamku i nie wie, że chcę kiedyś opuścić te mury. Może nawet na zawsze. Nie zniósłby tego, że jego pierworodna w pewnym sensie nie chce być królową. Z cichym westchnięciem spojrzałam na Lexie, a potem odwróciłam wzrok. Wiem, że to jest jej zadanie... Ale czy to dobrze, że to zrobiła?
< Lexie? Milcia ma fosia x3 >



Od Lexie do Mirajane

  Pierwsze promienie słońca padły na zamknięte oczy śpiącej dziewczyny. Już za chwilę ciszę przerwie donośny głos kapitana, zrywający gwardzistów ze snu i rozkazujący im wziąć się do roboty. Jednak jeszcze sekundę, jeszcze sekundę nacieszyć się tym krótkim odpoczynkiem, podczas którego nie trzeba się było martwić tym, że księżniczka wymknie się przez okno i już nie wróci z morza plebsu, albo że jakiś sprawny zabójca wślizgnie się przez okno sypialni, by poderżnąć jej gardło.
- Poobudka, poobudka, wstaaać! – rozległ się silny, męski głos, na którego dźwięk mięśnie Lexie zareagowały samoistnie, nim jeszcze świadomość w pełni doszła do siebie. Dziewczyna poderwał się do pozycji stojącej i zaczęła ubierać w przygotowany dnia poprzedniego mundur gwardzisty. – Czas na przygotowanie do śniadania, 5 minut! Kto nie zdąży, ten nie je!
  Od kilku lat co rano towarzyszył dziewczynie ten sam komunikat. Kapitan był już dość starym, jednak wciąż pełnym energii i silnym mężczyzną, który najwyraźniej lubował się w tej rutynie dnia. Kobieta minęła z na wpół zamkniętymi oczyma ubierających się członków oddziału, którzy głośno narzekali na wczesną pobudkę i słońce, które będzie rozgrzewać ich pancerze, jednak to też należało do rutyny. Dzień nie był zaliczony, jeśli  nie został powitany odpowiednią porcją marudzenia. Sama Lexie nie włączyła się do niego. Chciała jak najszybciej się umyć i uczesać, żeby móc zjeść śniadanie i być gotową na pierwszą zmianę przy księżniczce. Chciała już ją zobaczyć, powitać z samego rana, gdy jeszcze nieuczesana i nieumalowana wstaje ze swojego posłania, by przywitać świat za oknem. Jest wtedy taka piękna.
  Wychodząc z łazienki, już kompletnie obudzona, natknęła się na kapitana, nadzorującego przygotowania do posiłku. Rzucił jej szybkie spojrzenie i uśmiechnął się. 
- Jak zawsze pierwsza, co? – powiedział, po czym zwrócił się ostro do służącego. – Czemu na tym talerzu jest tak mało wędliny? Moi chłopcy mają się niby tym najeść? No chyba kpisz!
  Dziewczyna bez słowa zajęła swoje ulubione miejsce na końcu ławy, daleko od wejścia i usiadła, oczekując na przybycie pozostałych. Wkrótce sala zaroiła się od gwardzistów, a gdy wszyscy siedli padł rozkaz do jedzenia i osiem postaci w ciszy zaczęło spożywać przygotowane dobra. Gdy z talerzy zniknęło większość jedzenia, powoli zaczęto odnosić talerze do zmywania. Brunetka ruszyła do zbrojowni, by zabrać swoje pełne wyposażenie i ruszyć pod komnatę księżniczki, by zmienić nocną wartę.
  Jak co rano w zbrojowni już na nią czekał(a?) Mer, w pełnej zbroi. Ta tajemnicza osóbka była chyba jedynym członkiem oddziału, którego twarzy Lexie nigdy nie widziała. Zawsze zakrywał ją maską lub hełmem. Gdyby był zwyczajnym żołnierzem pewnie by to nie przeszło, jednak Mer nim nie był. O jego umiejętnościach posługiwania się włócznią krążyły liczne legendy, mówiło się też, że gołymi rękami zabił smoka. Dziewczyna znała się nieco na smokach, tam skąd pochodziło było ich kilka, i wątpiła, by było to możliwe bez użycia magii, niemniej udzielał jej się podziw do tego, jeszcze bardziej mrukliwego niż ona, gwardzisty.
  Gdy była gotowa, razem udali się pod komnatę jej wysokości. Nocni gwardziści z ulgą zeszli ze swoich stanowisk. Nocna zmiana była najgorszym, co można było dostać. Sześć godzin stania bez ruchu i czuwania, czy nikt się nie zbliża lub czy nic nie dzieje się wewnątrz komnaty księżniczki. W razie czego konsekwencje zaniedbania mogły okazać się tragiczne.
  Zanim księżniczka Mirajane się obudziła i tak strażnicy zdążyli odstać swoje wyprężeni jak struny, w całkowitym, profesjonalnym milczeniu. Gdy o wyznaczonej godzinie służąca przyszła, by zaprosić jej wysokość na śniadanie okazało się, że w komnacie jest więcej osób, niż być powinno. Postać, ubrana w całości na czarno, stojąca naprzeciwko księżniczki rzuciła szybkie spojrzenie na przybyłych, po czym rzuciła się w kierunku okna. Lexie zareagowała w tym samym momencie co Mer, który ruszył w pogiń. Dziewczyna więc zrezygnowała licząc, że towarzysz lepiej sobie z tym poradzi. Sama podbiegła do księżniczki, klęknęła przed nią i jęła wypytywać.
- Wszystko w porządku, wasza wysokość? Nie zrobił waszej wysokości krzywdy? Czego od waszej wysokości chciał? – Jednocześnie wodziła wzrokiem po ciele swojej pani, próbując się doszukać jakichś widocznych zranień czy sińców.
(Mirajane? Długi wstęp, krótka akcja, ale mam nadzieję, że w przyszłości proporcje będą odwrotne :P)