Patrzyłem na tego człowieka przerażony kiedy mordował pana. Chciałem uciec, a kiedy mnie zawinął w płaszcz zacząłem znowu skamleć i próbowałem się wyślizgnąć z jego rąk.
Kiedy zabierał mnie z lądu patrzyłem za znaną ziemią. Trząsłem się ze strachu. Kim jest ten człowiek, czego ode mnie chce...?
W końcu znalazłem się w jego domu, a potem w gabinecie lekarskim próbowałem zeskoczyć ze stołu. Szczerzyłem na niego zęby, kwiliłem i powarkiwałem. Oblizywałem też nerwowo nos cały czas odsłaniając zęby.
-Spokojnie, nic Ci nie zrobię. Chcę Ci pomóc.-Próbował mnie uspokoić spokojnym głosem. Kiedy złapał moją łapę wyrwałem mu ją i cofnąłem się prawie spadając ze stołu. Objął mnie mocno za szyję, stając plecami do mojej głowy i wbił mi igłę pod skórę. Zawyłem i zacząłem się szarpać. Trzymał mnie tak dopóki nie zacząłem słabnąć. Traciłem kontakt ze światem, wszystko zaczęło zwalniać. Zwróciłem treść żołądka a potem powoli usiadłem. Zacząłem się bujać z trudem utrzymując równowagę. Chwilę po tym jak posprzątał stół położyłem się i spojrzałem na niego.-To teraz się tobą zajmę.-Fuknąłem na niego, ale nie byłem w stanie podnieść głowy. Zaczął się przy mnie kręcić oglądając mnie, dotykając i wbijając kilka razy igłę pod skórę. Nałożył jakieś mazidło na bolące skaleczenia. Nie mogłem nic zrobić, jedynie wodzić za nim leniwie wzrok.
Jak skończył wyszedł na chwilę, troszkę dłuższą chwilę a potem wrócił. Podniósł mnie w pół i zaniósł do salonu. Położył mnie na kanapie, na kocu, a potem mnie w niego zawinął. Wciąż wodziłem za nim wzrokiem.
-No, zaraz to zdejmiemy, już nie będzie uciskać.-Mówił do mnie takim spokojnym głosem. Rozpiął pasek kagańca i zsunął go z mojego pyska. Ułożył mój łeb delikatnie i pogłaskał mnie. Ja tylko zamruczałem. Wciąż nie mogłem się ruszyć. Spojrzałem na stolik, na którym leżała szklana miseczka z wodą i strzykawka.
W chwili gdy odzyskałem na tyle siły i sprawności, żeby podnieść głowę mężczyzna od razu wstał z fotela, na którym cały czas siedział i podsunął mi bliżej miskę. Warknąłem na niego kiedy się zbliżył. Spojrzał na mnie łagodnie i wziął strzykawkę. Nabrał do niej wody i zbliżył ręce do mojego pyska. Położyłem uszy po sobie i znowu na niego warknąłem ostrzegawczo. On jednak podniósł moją wargę i wsunął mi plastik. Zmusił mnie tym samym do rozwarcia zębów. Chciałem już zareagować agresją, ale on po prostu wpuścił chłodną wodę, która spłynęła mi do gardła. Zaskoczony zacząłem pić powoli, cały czas na niego patrząc.
-Dobry pies, o to chodzi.-Podniósł rękę żeby mnie znowu pogłaskać. Wtedy szybko złapałem jego dłoń zębami. Nie zrobiłem mu krzywdy, dałem ostatnie ostrzeżenie. Spojrzałem mu prosto w oczy. Uszanował moją przestrzeń, zabrał rękę i po prostu napoił mnie jeszcze raz. Oblizałem nos i położyłem znowu głowę. Teraz do mnie dotarło jak bardzo zmęczony jestem, fizycznie już trochę odpocząłem, ale psychicznie. Ziewnąłem i skuliłem się mocno, zasypiając. Zdążyłem jeszcze poczuć jak mnie głaszcze. No co za człowiek...
<Dziwnie pachnący?>
czwartek, 20 grudnia 2018
Od Richarda do Parysa
Po raz kolejny wybrałem się do miasta... Ale tym razem nie tylko w interesach.
Ostatnio wyjątkowo mi się nudziło.
Gdy tylko w torbie znalazło się wszystko, czego potrzebowałem, zacząłem szukać rozrywki.
W mieście było sporo różnych miejsc, w których mógłbym miło spędzić czas. Tawerny, teatry...
No, jakoś nie miałem na to ochoty.
Ale, aaale, co my tu maaamy… Hohoho…
Tory wyścigowe! Dreszczyki emocji, idealnie!
Dostałem się tam bez problemu. Kto wie, czy trzeba było mieć jakiś bilet czy coś... Mi udało się wejść tak czy tak.
Akurat miały zacząć się wyścigi psów. Zapowiadało się ciekawie.
Gapie pokrzykiwali z radością i niecierpliwością, czekając, aż zwierzęta ruszą do biegu.
Gdy rozległ się dzwonek z klatek wystartowały wspaniałe, smukłe psy, bodajże charty. Już na samym początku jeden z nich przykuł mój wzrok..
Mocnymi susami wyrywał się na sam przód pogoni. Czarny jak noc, o falującej sierści.
Chce go. Ja go chce. Będzie mój.
Byłem prawie pewny, że wygra. Cóż, stało się inaczej, ale nie obchodziło mnie to. Nie chciałem psa na wyścigi, tylko psa-towarzysza. I tyle.
Tuż po zakończeniu gonitwy szybko udałem się za mężczyzną, który odprowadził gdzieś psa. Miałem zamiar go odkupić, za wszelką cenę... Nawet jeśli miałbym go ukraść.
Zaniepokoiła mnie jednak jedna rzecz... Im bliżej byłem, tym głośniej słyszałem podejrzane odgłosy... Piski, kwilenie, skowytanie. Odgłosy uderzeń.
Przyspieszyłem.
...Ten kurwesyn bił MOJEGO psa. KATOWAŁ go!
Cicho niczym cień zjawiłem się za mężczyzną, łapiąc go za rękę i uniemożliwiając mu kolejny cios.
- No błagam, po co ta agresja.... - rzuciłem słodko, powoli zabierając temu gnojowi smycz z dłoni. Miałem go najwyżej ukraść... Ale tego nie daruję. - Chce kupić tego psa. Ile? Jak się nazywa?
Kolesiowi od razu zaświeciły się oczy. Zaczął rzucać jakieś komentarze, że tak, że to jego Parys, champion, że wygrał tyle wyścigów... Gdyby wiedział, jak mało mnie to obchodziło...
- Och, Szanowny Panie, Pan się jeszcze nieźle na nim dorobi! Może i już się starzeje, ale mogę Panu po dobrej cenie wspaniałego szczeniaka dorzucić, szczeniaka jak marzenie...
- Nie. Chce tylko jego. - uciąłem go krótko, sięgając po sakiewkę. - Ile? - zapytałem po raz kolejny. Mężczyzna podał mi jakąś śmieszną sumę... Cóż, dla niego to chyba fortuna.
Wysypałem na dłoń złote monety, warte dużo więcej niż ta jego cena. Gdy je mu podałem, nie czekał. Od razu je chwycił, odstępując od psa skulonego i trzęsącego się na ziemi.
Handlarz nie nacieszył się pieniędzmi. Złamanie karku komuś takiemu było samą przyjemnością. A i psy stróżujące, zamknięte kilka boksów dalej, były bardzo zadowolone z dodatkowego posiłku..
Nie zbierałem monet z ziemi. Nie były mi potrzebne.
Zdjąłem z siebie płaszcz. Torbę zarzuciłem na plecy i schyliłem się do psa.
- Cześć, Parys... Spokojnie, nie bój się mnie... Ja ci nic nie zrobię... - pies wciąż był przerażony. Delikatnie owinąłem go swoim płaszczem i wziąłem na ręce. Teraz można było iść do domu.
Przez całą podróż łodzią trzymałem go na kolanach, nie puściłem nawet na chwilę. A w domu...
W domu od razu do gabinetu, najpierw tego lekarskiego.
< Piesełku? >
Ostatnio wyjątkowo mi się nudziło.
Gdy tylko w torbie znalazło się wszystko, czego potrzebowałem, zacząłem szukać rozrywki.
W mieście było sporo różnych miejsc, w których mógłbym miło spędzić czas. Tawerny, teatry...
No, jakoś nie miałem na to ochoty.
Ale, aaale, co my tu maaamy… Hohoho…
Tory wyścigowe! Dreszczyki emocji, idealnie!
Dostałem się tam bez problemu. Kto wie, czy trzeba było mieć jakiś bilet czy coś... Mi udało się wejść tak czy tak.
Akurat miały zacząć się wyścigi psów. Zapowiadało się ciekawie.
Gapie pokrzykiwali z radością i niecierpliwością, czekając, aż zwierzęta ruszą do biegu.
Gdy rozległ się dzwonek z klatek wystartowały wspaniałe, smukłe psy, bodajże charty. Już na samym początku jeden z nich przykuł mój wzrok..
Mocnymi susami wyrywał się na sam przód pogoni. Czarny jak noc, o falującej sierści.
Chce go. Ja go chce. Będzie mój.
Byłem prawie pewny, że wygra. Cóż, stało się inaczej, ale nie obchodziło mnie to. Nie chciałem psa na wyścigi, tylko psa-towarzysza. I tyle.
Tuż po zakończeniu gonitwy szybko udałem się za mężczyzną, który odprowadził gdzieś psa. Miałem zamiar go odkupić, za wszelką cenę... Nawet jeśli miałbym go ukraść.
Zaniepokoiła mnie jednak jedna rzecz... Im bliżej byłem, tym głośniej słyszałem podejrzane odgłosy... Piski, kwilenie, skowytanie. Odgłosy uderzeń.
Przyspieszyłem.
...Ten kurwesyn bił MOJEGO psa. KATOWAŁ go!
Cicho niczym cień zjawiłem się za mężczyzną, łapiąc go za rękę i uniemożliwiając mu kolejny cios.
- No błagam, po co ta agresja.... - rzuciłem słodko, powoli zabierając temu gnojowi smycz z dłoni. Miałem go najwyżej ukraść... Ale tego nie daruję. - Chce kupić tego psa. Ile? Jak się nazywa?
Kolesiowi od razu zaświeciły się oczy. Zaczął rzucać jakieś komentarze, że tak, że to jego Parys, champion, że wygrał tyle wyścigów... Gdyby wiedział, jak mało mnie to obchodziło...
- Och, Szanowny Panie, Pan się jeszcze nieźle na nim dorobi! Może i już się starzeje, ale mogę Panu po dobrej cenie wspaniałego szczeniaka dorzucić, szczeniaka jak marzenie...
- Nie. Chce tylko jego. - uciąłem go krótko, sięgając po sakiewkę. - Ile? - zapytałem po raz kolejny. Mężczyzna podał mi jakąś śmieszną sumę... Cóż, dla niego to chyba fortuna.
Wysypałem na dłoń złote monety, warte dużo więcej niż ta jego cena. Gdy je mu podałem, nie czekał. Od razu je chwycił, odstępując od psa skulonego i trzęsącego się na ziemi.
Handlarz nie nacieszył się pieniędzmi. Złamanie karku komuś takiemu było samą przyjemnością. A i psy stróżujące, zamknięte kilka boksów dalej, były bardzo zadowolone z dodatkowego posiłku..
Nie zbierałem monet z ziemi. Nie były mi potrzebne.
Zdjąłem z siebie płaszcz. Torbę zarzuciłem na plecy i schyliłem się do psa.
- Cześć, Parys... Spokojnie, nie bój się mnie... Ja ci nic nie zrobię... - pies wciąż był przerażony. Delikatnie owinąłem go swoim płaszczem i wziąłem na ręce. Teraz można było iść do domu.
Przez całą podróż łodzią trzymałem go na kolanach, nie puściłem nawet na chwilę. A w domu...
W domu od razu do gabinetu, najpierw tego lekarskiego.
< Piesełku? >
Od Parysa do Richarda
Spojrzałem przez kraty na tor. Psy wokół mnie ujadały podekscytowane. Ja czekałem, wypatrywałem swojej zwierzyny, przestępując z łapy na łapę. Czekałem podniecony myślą o pościgu. Słyszałem gwar ludzi, czułem ich pot, zapach jedzenia z trybun. Zacząłem skamleć nie mogąc poradzić sobie z tymi emocjami. Usłyszałem dźwięk zapowiadający rozpoczęcie gonitwy, a chwilę potem dzwonek i mechanizm podnoszący kraty. Wystartowałem od razu, skupiając cały swój wzrok na uciekającym aporcie. Nie zwracałem uwagi na biegnące za mną psy, na ich ujadanie, na wrzawy i krzyki z trybun. Po prostu biegłem. Odbijałem się od ziemi, kolejnymi susami zbliżając się do swojej ofiary a tym samym mety. Zostawiałem za sobą tumany kurzu. I nagle usłyszałem dyszenie obok siebie. Zastrzygłem uszami i kątem oka spojrzałem na rywala. Nie znałem tego psa, ale był już w połowie mojej długości. Zebrałem się jeszcze mocniej. Nie dam mu wygrać, nie może mnie prześcignąć. Cała widownia, wraz z komentatorami skupiła się na naszej dwójce. Szliśmy łeb w łeb... Poczułem strach i niepewność, ten pies był bardzo szybki. Przez głowę przeszła mi myśl jak pan zareaguje kiedy przegram. Przyspieszyłem jeszcze bardziej. Meta~! Widzę ją, dam radę. Nie dogoni mnie, już trzy czwarte długości...!
Przegrałem... Zdążyłem się podnieść aby zająć drugie miejsce. Ale ja przegrałem... Spojrzałem na zagłębienie w ziemi, o które się potknąłem. Już miałem tam biec kiedy właściciel tego psa stanął w tamtym miejscu. Zakrył to! Usłyszałem gwizd. Odwróciłem głowę w stronę pana. Podszedłem z nisko zwieszoną głową. Podkuliłem też ogon, który i tak już nisko trzymałem. Złapał mnie za obroże i zabrał z toru, do boksów. Spojrzałem mu w oczy i zamerdałem lekko ogonem, popiskując. Chciałem go w ten sposób przeprosić. Patrzył na mnie chwilę a potem zakwiliłem kiedy mnie kopnął. Przewróciłem się i wtedy on zacząłem okładać mnie smyczą. Wyłem piskliwie próbując uniknąć jego batów. Wstałem i spróbowałem uciec, ale zakrył mu drogę ucieczki z boksu. Mój pan wciąż mnie okładał, nie bacząc na moje piski i skamlenia. W końcu zachwiałem się na łapach i upadłem. Nie miałem nawet się jak bronić przez kaganiec. Leżałem u jego stóp, a on dalej mnie bił. Poczułem dziwny zapach, ale nie miałem odwagi odwrócić głowy. Ale na pewno ktoś przyszedł, ktoś nowy...
Przegrałem... Zdążyłem się podnieść aby zająć drugie miejsce. Ale ja przegrałem... Spojrzałem na zagłębienie w ziemi, o które się potknąłem. Już miałem tam biec kiedy właściciel tego psa stanął w tamtym miejscu. Zakrył to! Usłyszałem gwizd. Odwróciłem głowę w stronę pana. Podszedłem z nisko zwieszoną głową. Podkuliłem też ogon, który i tak już nisko trzymałem. Złapał mnie za obroże i zabrał z toru, do boksów. Spojrzałem mu w oczy i zamerdałem lekko ogonem, popiskując. Chciałem go w ten sposób przeprosić. Patrzył na mnie chwilę a potem zakwiliłem kiedy mnie kopnął. Przewróciłem się i wtedy on zacząłem okładać mnie smyczą. Wyłem piskliwie próbując uniknąć jego batów. Wstałem i spróbowałem uciec, ale zakrył mu drogę ucieczki z boksu. Mój pan wciąż mnie okładał, nie bacząc na moje piski i skamlenia. W końcu zachwiałem się na łapach i upadłem. Nie miałem nawet się jak bronić przez kaganiec. Leżałem u jego stóp, a on dalej mnie bił. Poczułem dziwny zapach, ale nie miałem odwagi odwrócić głowy. Ale na pewno ktoś przyszedł, ktoś nowy...
Od Vincenta do Heleny
Nigdy nie określiłbym się mianem człowieka wierzącego. Niby wychowałem się w religijnej rodzinie, ale potem nastał okres młodzieńczego buntu, wstąpiłem na nowe drogi w swoim życiu i jakoś ta pamięć o obrzędach zatarła się. Od kiedy jednak zostałem zmuszony do zamieszkania w tym dziwnym świecie, stwierdziłem, że czemu nie, wrócę do regularnego odprawiania modłów do swych bóstw, a nuż któreś spojrzy przychylniej na moją obecną sytuację i postanowi sprowadzić do mnie jednego ze sług, aby ten pomógł mi wrócić do prawidłowych czasów. Z tego powodu, kiedy tylko zgarnąłem z iluzji stolika niesprzedane eliksiry i dotarłem do piwnicy w niezamieszkanej kamienicy, wydobyłem kilka całych owoców, dokładając do tego bochen chleba, swoją drogą, jedyny, jaki kupiłem za prawdziwe, nie wyczarowane pieniądze. Czułem się, szczerze mówiąc, trochę źle, że w taki sposób oszukuję tamtego piekarza... Ale mnie się należy. Tak to próbowałem wyjaśnić swojemu niespokojnemu sumieniu.
— Wychodzę. Pilnuj, żeby tu jakie szuje nie przylazły — powiedziałem do siedzącego na szczycie starej szafy ptaka, który skinął jedynie łbem i wsunął dziób pod zmieniające się w dym skrzydło. Do wolnej ręki wziąłem laskę, bo nawet jeśli planowałem przejść się jedynie na krótki spacer do lasu, preferowałem być przygotowany na możliwe przedłużenie swojej podróży. Kręte meandry losu są przecież niezbadane, a ja, zdaje się, od dłuższego czasu miałem niezwykłe problemy z utrzymaniem się na tej drodze zwanej życiem w jednym kawałku.
Nie zwlekając dłużej, wspiąłem się po schodach, aby po chwili znaleźć się na powoli wyludniającej się ulicy. Księżyc już się wznosił ponad miejskimi budynkami, a większość gwiazd migotała na ciemnym niebie. Dzisiaj była idealna pora na złożenie ofiary, bowiem nie zanosiło się na deszcz czy inną burzę. To znaczy, jeśli jakiś szalony mag nie uzna, że cudownym pomysłem będzie rozpętanie wichury stulecia, to ten wieczór potoczy się tak, jak powinien. Musi się potoczyć. Innej możliwości nie uznaję.
Kiedy droga od kamienicy do bramy miejskiej była stosunkowo krótka i przyjemna, to gdy znalazłem się poza murami, zorientowałem się, że najbliższy skraj lasu znajduje się po drugiej stronie pola, aż wydałem z siebie pełne irytacji westchnięcie. Cudownie. Człowiek próbuje być dobry, a tutaj jeszcze zostaje kopnięty w mniej szlachetne miejsca. Ale mus to mus, nie będę się przecież wracał, to tylko kilkadziesiąt, jak nie kilkaset metrów przedzierania się przez zarośniętą ziemię, gdzie to stwory wszelakie mogły się czaić na każdym kroku. Najtrudniejszym etapem tej całej wędrówki, mówiąc szczerze, było przekonanie się, że o tej porze węże czy inne niebezpieczne zwierzęta już poszły do swoich jam, co jednak było o tyle trudne, że uważałem w szkole i wiedziałem, że większość drapieżników wyrusza właśnie w nocy na polowania. Mimo wszystko, dotarłem do lasu, klnąc po drodze na każdy poruszający się łan i rzucając groźby na prawo i lewo. Zgubiłem prawie przez to mój tobołek, jednak na szczęście wcześniej pomyślałem o zawiązaniu mocniejszego supła na końcu materiału, co uratowało zawartość przed wypadnięciem na ziemię.
— No dobra — powiedziałem do siebie, chcąc tym odrzucić wszelkie myśli, jakie przed chwilą mnie męczyły. Teraz muszę tylko znaleźć dostatecznie miękką ściółkę, bo o czymkolwiek do kopania to akurat udało mi się zapomnieć. Ale jak to się już mówi, głupota boli.
— Wychodzę. Pilnuj, żeby tu jakie szuje nie przylazły — powiedziałem do siedzącego na szczycie starej szafy ptaka, który skinął jedynie łbem i wsunął dziób pod zmieniające się w dym skrzydło. Do wolnej ręki wziąłem laskę, bo nawet jeśli planowałem przejść się jedynie na krótki spacer do lasu, preferowałem być przygotowany na możliwe przedłużenie swojej podróży. Kręte meandry losu są przecież niezbadane, a ja, zdaje się, od dłuższego czasu miałem niezwykłe problemy z utrzymaniem się na tej drodze zwanej życiem w jednym kawałku.
Nie zwlekając dłużej, wspiąłem się po schodach, aby po chwili znaleźć się na powoli wyludniającej się ulicy. Księżyc już się wznosił ponad miejskimi budynkami, a większość gwiazd migotała na ciemnym niebie. Dzisiaj była idealna pora na złożenie ofiary, bowiem nie zanosiło się na deszcz czy inną burzę. To znaczy, jeśli jakiś szalony mag nie uzna, że cudownym pomysłem będzie rozpętanie wichury stulecia, to ten wieczór potoczy się tak, jak powinien. Musi się potoczyć. Innej możliwości nie uznaję.
Kiedy droga od kamienicy do bramy miejskiej była stosunkowo krótka i przyjemna, to gdy znalazłem się poza murami, zorientowałem się, że najbliższy skraj lasu znajduje się po drugiej stronie pola, aż wydałem z siebie pełne irytacji westchnięcie. Cudownie. Człowiek próbuje być dobry, a tutaj jeszcze zostaje kopnięty w mniej szlachetne miejsca. Ale mus to mus, nie będę się przecież wracał, to tylko kilkadziesiąt, jak nie kilkaset metrów przedzierania się przez zarośniętą ziemię, gdzie to stwory wszelakie mogły się czaić na każdym kroku. Najtrudniejszym etapem tej całej wędrówki, mówiąc szczerze, było przekonanie się, że o tej porze węże czy inne niebezpieczne zwierzęta już poszły do swoich jam, co jednak było o tyle trudne, że uważałem w szkole i wiedziałem, że większość drapieżników wyrusza właśnie w nocy na polowania. Mimo wszystko, dotarłem do lasu, klnąc po drodze na każdy poruszający się łan i rzucając groźby na prawo i lewo. Zgubiłem prawie przez to mój tobołek, jednak na szczęście wcześniej pomyślałem o zawiązaniu mocniejszego supła na końcu materiału, co uratowało zawartość przed wypadnięciem na ziemię.
— No dobra — powiedziałem do siebie, chcąc tym odrzucić wszelkie myśli, jakie przed chwilą mnie męczyły. Teraz muszę tylko znaleźć dostatecznie miękką ściółkę, bo o czymkolwiek do kopania to akurat udało mi się zapomnieć. Ale jak to się już mówi, głupota boli.
Niechętnie klęknąłem przed jakimś dębem, wbiłem palce w ziemię i już miałem kopać, kiedy to usłyszałem kroki, zapewne na okolicznym leśnym trakcie. Wyprostowałem się momentalnie, bardziej bojąc się, że tajemniczy podróżnik (czy raczej podróżniczka, bowiem twarz była iście kobieca) zobaczy mnie w takiej, a nie innej pozycji. Moja ręka zacisnęła się na lasce, gdy spomiędzy drzew wyłoniła się rudowłosa, całkiem niska osóbka.
— Dobry wieczór! To to tak nie jest niebezpiecznie, żeby chodzić samej nocą po lasach, ma droga towarzyszko?
<Helena? xD>
środa, 19 grudnia 2018
Nigdy nie otwieraj serca, jeżeli nie chcesz by je złamano.

by Dominika
Imię: Aidan
Nazwisko: Warscreamer
Wiek: 3,8 tysiąca lat, dokładnie już sam nie wie ile dokładnie posiada. Nigdy nie liczył czasu jaki upływa między jego palcami.
Płeć: Hermafrodyta, posiada obie płcie i oba całkowicie sprawne narządy rozrodcze.
Wzrost: Metr dziewięćdziesiąt
Rasa: Draconian, a raczej jego hybryda. Jest to rasa smoków posturą przypominających ludzi.
Zawód: Nie posiada.
Miejsce zamieszkania: Mężczyzna mieszka samotnie, właściwie gdzie tylko może. Nigdy nie zostaje w jednym miejscu. Można go jednak zastać w jaskiniach, gdy śnieżyca lub inne kataklizmy naturalne nie pozwalają mu na dalszą drogę. Marzy jednak o domu nad dużym jeziorem otoczonym lasem oraz tym, by było tam wiecznie ciepło.
Miejsce urodzenia: Nie pamięta dokładnie gdzie i kiedy został poczęty na świat. Mówią, że to był las w pełni zimy. Jednakże dla niego jest to zagadką, której przestał szukać po osiągnięciu pełnoletności.
Charakter: Smok z natury oraz przez bardzo długie życie stał się, cóż, ponury i często pozbawiony życia. Woli stronić od ludzi czy od towarzystwa wybierając w głównej mierze księgi czy ciepłe kąty gospód w których pozostaje na noc. Mimo wiecznie ponurej twarzy potrafi pokazać nieco inną stronę medalu, nie potrafi odtrącić kogoś kto potrzebuje odrobiny ciepła, nie pozwala jednak sobie czy innej osobie do przyzwyczajenia się do niego bo nigdy nie wiadomo kiedy odejdzie.
Rodzina: Matka była wiedźmą, a ojciec Nekromantą. Niestety z tego co wie matka zmarła po porodzie, zaś ojciec porzucił syna.
Partner: Kiedyś posiadał partnera podobnego do niego samego. Był jednak w pełni smokiem. Przez jakiś czas życie było usłane różami do momentu zdrady partnera. Jako, że gad nie stawiał oporu został wyrzucony oraz ciężko pobity przez byłego. Nie posiada potomstwa.
Umiejętności: Posiada umiejętności podobne do każdego maga. Jego żywiołem jest ogień, który potrafi kontrolować w najmniejszym stopniu, nie potrafi jednak w formie hybrydy jak prawdziwe smoki na wypuszczenie strumienia ognia z ust. Jednakże gdy zmieni formę jest to możliwe. Jego formą smoka jest czarna bestia o fioletowej poświacie łusek, nie jest duża, można śmiało uznać, że wielkością przypomina dorodnego konia. Niestety, nie jest w stanie utrzymać tej formy na dłużej, zjada ona zdecydowanie za dużo energii i używa jej tylko gdy musi z kimś walczyć lub dostarczyć, przykładowo, chorego do lecznicy.
Wiele innych umiejętności, które posiadają magowie jest mu znane i niekiedy lubi się tym pochwalić, zwłaszcza jeśli jakiś osiłek pragnie walki jeden na jeden.
Aparycja: Aidan to istota w dużej mierze przypominająca hybrydę dwóch ras. Wszystko przez pół smoczego serca, jakie zostało mu podarowane za młodu. Przez to, że to samica oddała mu tą część i przez jego wiek, zdobył drobne cechy kobiety jak dodatkowy narząd płciowy, delikatnie lecz niewiele kobiecą figurę jakimi są bardziej miękkie i zaokrąglone pośladki jak i miękka pierś.
Smok posiada w swoim sercu kamień duszy w którym tkwi całe jego jestestwo, nie da się go zniszczyć dzięki czemu gad może zostać w następnym czasie wskrzeszony, jeżeli dojdzie do śmierci. Istnieją jednak obawy, że kamień duszy może zostać wykorzystany w nieco inny sposób, jak pobieranie energii duszy, która może z czasem zniknąć jakby jej nie było.
Łuski mężczyzny są czarne, jednakże pod światłem przybierają poblask fioletu, jedynie w miejscu intymnym świecą na trzy kolory: niebieski, fioletowy i zielony.
Dół maga praktycznie jest niewidoczny ukryty za rozwierającymi się na boki łuskami przypominające płytki pancerza, są też bardzo wytrzymałe. Wnętrze maga dosłownie jest czarne przez to, że jego krew posiada taki kolor, czarny. Taka krew jest bardzo cennym surowcem dla magów, które głównie wykorzystują ją w celach leczniczych. Jedynie biaława błonka między łuskami na dole po rozwarciu łusek jasno wskazuje gdzie co i jak.
Posiada duże skrzydła lecz najczęściej ma je schowane by nie przeszkadzały w poruszaniu się, nazwał ten wymiar kieszonkowym, gdyż jest on jakby za plecami smoka i nie pociąga za sobą w dół właściciela gdy trzyma w nim coś ciężkiego. Na swoich plecach posiada pięć dużych łusek od łopatek idących wzdłuż kręgosłupa, po kilka mniejszych rozmieszczonych losowo po plecach jak pieprzyki.
Historia: Historia tego osobnika zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu. Jak każdy przyszedł na świat lecz o wiele za wcześnie ten go powitał. Słaby, bezbronny nie został pokochany przez ojca. Wszystko przez śmierć matki, która odeszła po jego narodzinach. Była zima, bardzo chłodna, wściekły nekromanta na to co go spotkało pozostawił mały pakunek pod drzewem, jak najdalej od domu gdzie mógł ujadać boleśnie nad stratą.
Płacz niemowlęcia nie został bez odzewu. Ona go znalazła, zmarzniętego. Samego. Smok dawał nadzieję na radość, jednakże musiał odejść pozostawiając dziecku dar o jakim mogli marzyć zwykli śmiertelnicy i nie tylko. Dla niego dar jest przekleństwem, liczne wojny, widok śmierci oraz liczne zdrady jakie przeżył w swoim życiu, mocno zadziałały na charakter gada.
Cała jego przeszłość jaką pamięta, usłana jest widokiem krwi, wspomnieniami pobić czy wyzwisk za to kim jest i za to kim był. " Dla innych jestem śmieciem, nic nie wartą istotą, którą można wyzyskiwać do ostatniej kropli krwi. Śmiało, zabierzcie to co chcecie zabrać. Zakończcie ból i cierpienie życia "
Inne: Często przez fakt posiadania obu płci był wyzywany, a nawet kilka razy pobity.
Przez swój blady wygląd przypomina zmęczonego życiem wampira, zaś jego oczy często wyglądają jakby używał do ich podkreślenia węgla lub czegoś innego. Prawdą jest jednak to, że to przez krew tak wygląda.
Jego ulubionym posiłkiem jest bardzo krwawe mięso, które uwielbia od czasu do czasu popić krwią.
Jeżeli chodzi o alkohol, jest odporny na wszystkie alkohole poza winem. Nim potrafi wręcz w trybie natychmiastowym, upić i paść gdzieś pod stołem, dlatego unika picia akurat tej jednej rzeczy.
Najgłębszym lękiem smoka jest to, że pewnego dnia smoczyca która podarowała mu serce umrze. Owszem wizja powolnego umierania nie jest jego najprzyjemniejszym rozmyślaniem nad przyszłością. Jednakże czyż śmierć nie jest wybawieniem?
Często gdy jest zimno i nie ma jak uciec przed chłodem niestety zapada w sen hibernacyjny.
Łapiąc go za żuchwą i naciskając mocno palcem w wklęśniecie może zostać bardzo szybko powalony na ziemię.
Właściciel: Nikt ważny#7008 (Discord)
Preferowana długość odpisów: Krótkie
Stopień Wpływu: 5
Od Takako do Akroteastora
Poprosiłam Yuzu i Ryuu, aby rozejrzeli się za jakimś zwierzęciem do upolowania. Zostałam sama na sam z Liveii'em. Ponownie zadał mi pytanie czy się nie boję z nim zostać. Jakby nie było to nie miałam się czego bać. Był bardzo miły i przyjazny przynajmniej ja to tak odbierałam. Krótka chwila ciszy została zakłócona nagłym szelestem i wylądowaniu na mnie Yuzu. Gdy on pomagał mi przy wstawaniu do naszej grupy dołączyła pewna osoba. Był to jakiś żołnierz który szukał czarnej pantery. Miał na myśli mojego Yuzu.
- Czarną pantere szuka pan? - zapytałam się gdy otrzepałam się z kurzu.
- Tak, widziała ja może panienka? - uśmiechnęłam się delikatnie w jego stronę.
- Pobiegła w tamtą stronę- wskazałam palcem w przeciwne miejsce.
- Dziękuję- usłyszałam z jego ust. Gdy odgłosy kroków ucichły, spojrzałam się na Yuzu, tak mniej więcej.
- Ta-chan tylko nie złość się na mnie! - niby byłam zła na Yuzu, ale z drugiej strony cieszyłam się że nic mu się nie stało.
- Znalazłem kilka przepiórek, ale nieopodal znalazłem stado saren i jeleni. Więc możemy sobie urządzić mała ucztę. Nie wiem co prawda gdzie jest Yuzu, ale Tako-chan mogę sam zapolować na jakąś ważne czy coś...- nagle Ryuu zamilkł. Poczułam tylko jego wzrok na sobie. - Czy coś się stało? - zapytał się, a ja uśmiechnęłam się ignorując Yuzu.
- Nic się nie stało. Liveii robimy zakład o to kto zdobędzie jako pierwszy coś do jedzenia? - chciałam jakoś rozluźnić atmosferę.
- Czarną pantere szuka pan? - zapytałam się gdy otrzepałam się z kurzu.
- Tak, widziała ja może panienka? - uśmiechnęłam się delikatnie w jego stronę.
- Pobiegła w tamtą stronę- wskazałam palcem w przeciwne miejsce.
- Dziękuję- usłyszałam z jego ust. Gdy odgłosy kroków ucichły, spojrzałam się na Yuzu, tak mniej więcej.
- Ta-chan tylko nie złość się na mnie! - niby byłam zła na Yuzu, ale z drugiej strony cieszyłam się że nic mu się nie stało.
- Znalazłem kilka przepiórek, ale nieopodal znalazłem stado saren i jeleni. Więc możemy sobie urządzić mała ucztę. Nie wiem co prawda gdzie jest Yuzu, ale Tako-chan mogę sam zapolować na jakąś ważne czy coś...- nagle Ryuu zamilkł. Poczułam tylko jego wzrok na sobie. - Czy coś się stało? - zapytał się, a ja uśmiechnęłam się ignorując Yuzu.
- Nic się nie stało. Liveii robimy zakład o to kto zdobędzie jako pierwszy coś do jedzenia? - chciałam jakoś rozluźnić atmosferę.
<Liveii?>
wtorek, 18 grudnia 2018
Podsumowanie 50-51
Hejo, hejo!
Standardowo, tak, standardowo to znaczy od tych dwóch tygodni co to sobie wymyśliłam, nadchodzi podsumowanie! I tutaj mała zmiana - nie będzie ono co tydzień, jak miało początkowo być, a co dwa. Z dwóch prostych powodów. Przede wszystkim będzie mniej spamu odgórnego, a przy okazji będzie można przekazać wszelakie ważniejsze informacje jeśli cokolwiek miałoby się dziać. Podsumowanie końca miesiąca będzie też prawdopodobnie większe czy będę robić rutynową kontrolę aktywności i Czystkę. Ale to jeszcze do przemyślenia.
Z wszelakich próśb, informacji, wniosków czy zażaleń to chcę jedynie napomknąć, że staram się bloga po trochu ogarniać. Ostatnio nawet z tego zawzięcia postanowiłam umyć włosy żelem do higieny intymnej, a nie szamponem! Szablon nowy prawdopodobnie będzie się tworzył w święta, etykiety są ogarniane, a do rozwinięcia opisów też się kiedyś wezmę. Na razie pracuję głównie nad aktywnością i nowymi członkami bo jak wiadomo - teraz o to trudno. Stąd też postanowiłam rozejrzeć się za nową krwią w nieco innym niż blogowym towarzystwie, wkrótce też podpytam paru znajomych, a przy okazji zaspamię dawnych członków Sayari.
Co się zaś tyczy próśb to proszę Was byście sami się zastanowili czy nie da rady kogoś przekabacić, ściągnąć do nas czy po prostu pokazać mu blogi. Może to być osoba całkowicie zielona, ale a nóż, widelec, się jej spodoba! Pamiętajcie, że blogi tworzą przede wszystkim ludzie i bez niego, nieważne jakby tu było pięknie, jakie byłby pościgi i wybuchy, to nic nie ruszy bez człeków. Dlatego zapraszać mi wszystkich, chcę zobaczyć stado ludzi chętnych do dołączenia! <3
Edytowane rangi:
(1/3) Aura: 600 słów | Zwyczajny Plebs: -
Keya: 1390 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki
(2/3) Lotte: 2690 słów | Rycerz na białym koniu: -
(1/3) Mirajane: 470 słów | Zwyczajny Plebs: -
(1/3) Sivik: 510 słów | Zwyczajny Plebs: -
(1/3) Takako: 160 słów | Zwyczajny Plebs: -
Akroteastor & Cythian'dial & Lexie: 2660 słów | Rycerz na białym koniu: +5 Kamyków
(3/3) Carreou & Kirrian & Vincent: 4070 słów | Szlachta nie pracuje: +5 Kamyków
(2/3) Fufu & Naix: 2320 słów | Rycerz na białym koniu: -
Standardowo, tak, standardowo to znaczy od tych dwóch tygodni co to sobie wymyśliłam, nadchodzi podsumowanie! I tutaj mała zmiana - nie będzie ono co tydzień, jak miało początkowo być, a co dwa. Z dwóch prostych powodów. Przede wszystkim będzie mniej spamu odgórnego, a przy okazji będzie można przekazać wszelakie ważniejsze informacje jeśli cokolwiek miałoby się dziać. Podsumowanie końca miesiąca będzie też prawdopodobnie większe czy będę robić rutynową kontrolę aktywności i Czystkę. Ale to jeszcze do przemyślenia.
Z wszelakich próśb, informacji, wniosków czy zażaleń to chcę jedynie napomknąć, że staram się bloga po trochu ogarniać. Ostatnio nawet z tego zawzięcia postanowiłam umyć włosy żelem do higieny intymnej, a nie szamponem! Szablon nowy prawdopodobnie będzie się tworzył w święta, etykiety są ogarniane, a do rozwinięcia opisów też się kiedyś wezmę. Na razie pracuję głównie nad aktywnością i nowymi członkami bo jak wiadomo - teraz o to trudno. Stąd też postanowiłam rozejrzeć się za nową krwią w nieco innym niż blogowym towarzystwie, wkrótce też podpytam paru znajomych, a przy okazji zaspamię dawnych członków Sayari.
Co się zaś tyczy próśb to proszę Was byście sami się zastanowili czy nie da rady kogoś przekabacić, ściągnąć do nas czy po prostu pokazać mu blogi. Może to być osoba całkowicie zielona, ale a nóż, widelec, się jej spodoba! Pamiętajcie, że blogi tworzą przede wszystkim ludzie i bez niego, nieważne jakby tu było pięknie, jakie byłby pościgi i wybuchy, to nic nie ruszy bez człeków. Dlatego zapraszać mi wszystkich, chcę zobaczyć stado ludzi chętnych do dołączenia! <3
~~~~~~
Edytowane rangi:
Zwyczajny plebs: do 500 -> do 1000 słów na dwa tygodnie.
Rycerz na białym koniu: do 1400 -> do 2800 słów na dwa tygodnie.
Szlachta nie pracuje: ponad 1400 -> ponad 2800 słów na dwa tygodnie.
(1/3) Aura: 600 słów | Zwyczajny Plebs: -
Keya: 1390 słów | Rycerz na białym koniu: +2 Kamyki
(2/3) Lotte: 2690 słów | Rycerz na białym koniu: -
(1/3) Mirajane: 470 słów | Zwyczajny Plebs: -
(1/3) Sivik: 510 słów | Zwyczajny Plebs: -
(1/3) Takako: 160 słów | Zwyczajny Plebs: -
Akroteastor & Cythian'dial & Lexie: 2660 słów | Rycerz na białym koniu: +5 Kamyków
(3/3) Carreou & Kirrian & Vincent: 4070 słów | Szlachta nie pracuje: +5 Kamyków
(2/3) Fufu & Naix: 2320 słów | Rycerz na białym koniu: -
Pozdrawiam,
Safcia
Od Vincenta do Aury/Kiary
Każde miasto ma jakieś miejsce, w którym kwitnie życie towarzyskie lokalnego społeczeństwa. W zależności od wielkości danego skupiska ludzi, są to albo karczmy, z którymi się większości już zapoznałem w czasie swego pobytu w tej mieścinie, albo, jak to było chyba w tym przypadku, targowiska czy inne rynki, gdzie to znudzeni codziennymi sprawami ludzie mogli spokojnie pokłócić się o ceny ryb, porozmawiać z sąsiadami bądź po prostu, tak jak ja, przejść się między straganami i być może znaleźć coś ciekawego dla siebie. Szczerze mówiąc, wolałbym już wyruszyć do lasu, nazbierać jakichś ziół i zaszyć się w losowej piwnicy, aby tam rozłożyć swe alchemiczne stanowisko. Bo co to przecież, połączyć trochę korzonków, trochę innych rzeczy, przygotować wątpliwej jakości mikstury i sprzedać je pod mianem cudownych eliksirów miłosnych. Ludzie polecą na wszystko, jeśli człowiek ładnie to opakuje i nazwie. Pod tym względem nie zmieniliśmy się, mimo upływu lat. Może i dobrze, dzięki temu jakoś sobie radzę w tym nowym świecie, gdyż mogę nadal używać tych samych sztuczek, co za moich czasów.
Podróżowanie samotnie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, jakie może robić samotny czarownik, otoczony gromadą mówiących w tym swoim lokalnym narzeczu osobników, więc od razu po wkroczeniu między pierwsze stoiska przywołałem coś, co na upartego można było chyba określić mianem ogara, bowiem pysk to to miało ewidentnie psi, chociaż wystające ze szczęki kły i zapadnięte żebra w połączeniu z granatowym płomieniem, przemykającym między wystającymi kośćmi, sugerowały, że zwierzę jest pochodzenia raczej demonicznego. Być może, nigdy nie było mi dane wyciągnąć z moich chowańców jakichkolwiek szczegółów na ten temat. Milczały jak zaklęte, z niewiadomych powodów.
— Miło widzieć cię ponownie, szefie — Ogar wyszczerzył się, lecz nie poruszył pyskiem. Jego słowa, wypowiedziane we wnętrzu mego umysłu, odbiły się irytującym echem, przyprawiając mnie o ból głowy i wyciągając wspomnienia poprzedniej nocy. Cholera, powinienem odpuścić sobie po tym czwartym kuflu, a nie gadać, że wypiję dwa razy tyle. Mądry człowiek po szkodzie, jak to się mówi.
— Tak, tak, Morgo — Zatrzymałem się na rogu ulicy, aby chwilę oprzeć się na lasce i dać odpocząć nieco mniej sprawnej nodze, gdy ta postanowiła, jak na złość, przypomnieć o swojej obecności — Jak widzisz, sprawy się ostatnio trochę pojebały. Także, jak gdzieś tam swojego pana spotkasz, to weź mu szepnij, że tu taki jeden czeka i chętnie by jakiś pakt zawarł czy inny...
— Szukam przewodnika!
Odwróciłem głowę w stronę źródła hałasu, dostrzegając drobną, kobiecą postać w towarzystwie chyba niedźwiedzia. Uniosłem brwi ze zdziwieniem, nie mogąc nieco uwierzyć, że takie młode dziewczę oswoiło tak ogromne zwierzę Ale cóż, kobiety powinny umieć ujarzmiać bestie każdego rodzaju, w każdym tego słowa znaczeniu. A ta zdawała się być całkiem dobra w tej kwestii. Zainteresowany, podszedłem więc do małego tłumku, który się wokół awanturniczki zbierał. Stanąłem z boku, zarówno z tego powodu, aby nie rzucać się w oczy, ale również dlatego, że Morgo zapewne przestraszyłby ludzi, przez co musiałbym stać na tym placu jak ostatni zjeb.
Ktoś podszedł do dziewczyny, uśmiechając się szeroko i od razu wyciągając rękę w jej stronę. Sądząc po zapachu, mężczyzna był jednym z wielu marynarzy, chodzących po targu. Z doświadczenia wiedziałem, że raczej nie ma w planach pomóc zaginionej księżniczce z dworu pewnej zmutowanej myszy, więc jako prawdziwy mężczyzna, odsunąłem na bok laską jakąś kobietę, wpuszczając przed siebie chowańca. Ludzie rozstąpili się, aby zrobić nam przejście.
— Zostaw panienkę, z łaski swojej i idź sprawdzić co u żony, bo wczoraj mi narzekała w nocy, że twojej męskiej dumy to nawet nie czuje — rzuciłem jakby od niechcenia, z satysfakcją obserwując, jak twarz osobnika przybiera prawie czerwoną barwę. Pewnie rzuciłby się na mnie z pięściami, lecz na widok psa, splunął jedynie na ziemię, poprzysiągł zemstę czy inne, nic nie znaczące rzeczy, po czym oddalił się, Bogini wie gdzie. Z moim firmowym uśmiechem zwróciłem się do uratowanej—nie—uratowanej młodej kobiety.
— Ah, ci mężczyźni. Tylko jedno im w głowie, czyż nie?
<Aurora?>
Od Cythian'diala do Lottielle
- Panie, nekromanta Ovelinius prosi o audiencję.
Cythian'dial oderwał wzrok od trzymanej w dłoni książki i spojrzał na postawną postać demona, który klęczał przed nim na posadzce. Jego tułów był czarny i bez wątpienia ludzki, jednak na jego nagą pierś opadała czarna grzywa, mająca swój początek w masywnej, nieco zniekształconej, koźlej czaszce, zwieńczonej parą wygiętych ku tyłowi rogów. Wzrok stwora utkwiony był w posadzce, mimo że Arcymag nie wymagał od swoich sług perfekcyjnie służalczej postawy. Jednak Ghorm był prawdziwym służbistą i nigdy nie zaniedbywał podobnych szczegółów. Jego groźna i wymagająca postać budziła postrach w całej Cytadeli, a niektóre poczynania potrafiły rozbawić jego pana. Przykładowo, gdy Ghorm dowiedział się, że chłopak stajenny miga się od pracy wmówił mu, że woda w fosie tak się podniosła, że zalewa zamek i kazał wypróżniać wodę z pomieszczenia, do którego przez rynnę spływała deszczówka, a z którego w normalnych warunkach woda odprowadzana była specjalnymi kanalikami. Oczywiście nie zapomniał ich wcześniej zatkać. Albo gdy zauważył strażników, przysypiających na warcie urządził im prawdziwe paranormal activity. Cythian'dial po prostu ubóstwiał swojego zarządcę.
Arcymag westchnął. Zamknął książkę i odłożył ją na półkę. Wyminął Ghorma i podszedł do kolejnego regału, by przejrzeć tytuły, na nim się znajdujące.
~ Ovelinius, zdaje się, trzy lata temu odmówił stawienia się na Harbatę. ~ Cythian'dial ściągnął z półki dzieło, zatytułowane "Czarna magia, magia biała i magie pochodne. Wydanie 3" i zaczął je powoli przeglądać. ~ Niech zaczeka.
- Tak panie - powiedział demon, nie podnosząc się jednak z miejsca. Arcymag spojrzał na niego przelotnie, po czym znowu zatopił się w lekturze.
~ Przyślij do mnie Lamii oraz Medicore. I dopilnuj, żeby Ovelinius czekał, gdy zechcę z nim pomówić. To wszystko. Możesz odejść.
- Tak panie. - Ghorm wstał powoli i wyszedł z pomieszczenia zamaszystym, wojskowym krokiem. Cythian'dial przeglądnął jeszcze kilka stron wybitnego dzieła, gdy do pomieszczenia wparowała niezbyt wysoka, ale za to dobrze zbudowana dziewczyna o nieco króliczej posturze, pokryta biały, puchatym futrem. Jej długie, białe uszy zastrzygły czujnie, a krótko przycięte włosy zafalowały, gdy wyprężyła się na baczność i zasalutowała.
- Przybywam na rozkaz, mistrzu - niemal wykrzyknęła.
- Nie musisz być tak głośna... - za królicą po cichu wszedł ponadprzeciętnie wysoki i smukły humanoid, o nogach, zakończonych ptasimi szponami, którego ręce zastąpione zostały przez parę masywnych skrzydeł. Jego głowa przypominała ptasią, a może smoczą czaszkę, z krótkimi różkami, a poważne oblicze patrzyło z dezaprobatą na głośną towarzyszkę. Dopiero wygłosiwszy swoją wagę zwrócił się do Arcymaga i ukłonił w pas, nieco teatralnie. Lamii i Medicore byli jak ogień i woda. I dlatego władca lubił mieć ich oboje przy sobie, gdy wyruszał poza zamek. Lamii miała w sobie krew wojowniczego plemienia Deteiri, którego niedobitki wciąż można było spotkać czasem w większych miastach, a które wywodziło się z gór Darawy, gdzie byli znani ze swojego doskonałego słuchu i instynktu. Te białe, królikopodobne stwory nadal uznawane były za najlepszych strażników. Potrafiły usłyszeć spadające na ziemię piórko z odległości niemal pół kilometra, przez co zazwyczaj wolały przebywać z dala od ludzi. Jednak Lamii była wyjątkiem. Miała poważną, jak na jej rasę, wadę słuchu, przez co była znacznie głośniejsza, niż przeciętne stworzenie. Do tego była dość bezceremonialna i szczera. Była wspaniałą wojowniczką i na prawdę znała się na swojej pracy, jednak jej żwawy charakter sprawiał, że często obrywała od Ghorma za brak manier. Medicore zaś był jednym ze spokojniejszych członków dworu Cythian'diala. Opanowany i dumny, szanował ciszę, a przede wszystkim swój komfort. Nie był wojownikiem. Był raczej skrybą i uczonym, który na polecenie Arcymaga zaczął parać się trucicielstwem. Demon uważał, że ma do tego naturalne predyspozycje, i chociaż Medicore nigdy mu się do tego nie przyznał wiedział, że Costofori znajdował przyjemność w komponowaniu zabójczych ingrediencji. Nie było w tym nic dziwnego. Cythian'dial nigdy mu nie powiedział, jednak dziadek stwora był jednym z bardziej szanowanych skrytobójców. Jednak jego syn chciał się odciąć od tego stylu życia i uciekł z żoną na drugi koniec Sayari. Cóż, coś poszło nie tak, bo oboje skończyli martwi, a Arcymag przygarnął ich jajko.
Demon zamknął powoli książkę i odłożył na miejsce, nie odwracając się nawet do przybyszów. Gdy grzbiet "Czarnej magii, magii białej i magii pochodnych. Wydanie 3" zrównał się z innymi wierzchami na tej półce w pokoju zaczęło robić się stopniowo coraz ciemniej. Przyzwani przez Cythian'diala słudzy nie okazali jednak niepokoju. Byli już przyzwyczajeni do podobnych zdarzeń. Arcymag rzadko miewał w zwyczaju ostrzegać kogokolwiek, zanim postanowił coś zrobić. Wkrótce stało się całkiem ciemno i nawet oswojone z widzeniem w ciemności oczy Medicore nie były w stanie niczego dostrzec.
A potem nagle mrok się rozproszył równie szybko, jak się pojawił. Cała trójka stała w milczeniu na środku niewielkiego hallu. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła i jakaś pokojówka upuściła stuletnią wazę, którą właśnie polerowała.
- Oh - wyrwało się z ust Lamii. Królica zastrzygła uszami.
Cythian'dial ruszył w kierunku służki, która wyglądała na coraz bardziej przerażoną.
~ Zaprowadź nas do biblioteki ~ rozkazał, a dziewczyna gwałtownie poderwała się z miejsca. Przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną. Chyba nie często przemawiano do niej wewnątrz jej własnego umysłu. Słudzy Arcymaga podążyli za nim i chyba ich obecność ostatecznie przekonała biedną dziewczynę, że lepiej będzie się nie sprzeciwiać tym osobliwym przybyszom. Pokiwała głową i poprowadziła całą trójkę w głąb korytarza.
~ Jesteśmy we wnętrzu siedziby gildii kupieckiej w stolicy Merkez ~ przekazał swoim poddanym Cythian'dial, jednak nie kwapił się do dalszych wyjaśnień.
Lamii nieco ulżyło. Lubiła wiedzieć, na czym stoi. Czuła się niepewnie, gdy nie znała terenu. Nawet tak niewielkie przybliżenie lokalizacji dawało jej jednak pewne pojęcie o sytuacji i sprawiało, że odzyskiwała pewność siebie.
- To tutaj, p-panie - powiedziała cicho służąca, wskazując na olbrzymie drzwi. Spojrzała strachliwie na przybyszów, którzy nie poruszyli się nawet.
- Może je otworzysz - zasugerował Medicore. - Chyba nie sądzisz, że nasz pan zrobi to za ciebie.
Dziewczyna gwałtownie pokręciła głową i przyskoczyła do drzwi pchnęła je i wpuściła nieproszonych gości do środka. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było olbrzymie i zaciemnione. Uginające się pod ciężarem opasłych tomów pułki niemal skrzypiały przy najmniejszym podmuchu powietrza. Regały zbudowane były z ciężkiego, dębowego drewna, a ich toporne kształty wyraźnie wskazywały na fakt, iż nie jest to miejsce przeznaczone dla użytku publicznego, lecz raczej jakiś rodzaj składu. W pokoju było kilka okien, jednak one wszystkie były zasłonięte ciężkimi sunkami w ciemnych barwach. Jedynym światłem, które nieco rozpraszało panujący półmrok były latarnie, wiszące na bokach niektórych regałów oraz dzierżące przez przebywające wewnątrz młode dziewczyn, które chodziły pomiędzy półkami, najwyraźniej ścierając kurz.
Służąca, która ich tu przyprowadziła zniknęła na chwilę, by po chwili pojawić się w towarzystwie o nieco elfio wyglądającej nastolatki, które długie, czarne włosy mieniły się w nikłym świetle tego ponurego pomieszczenia.
- To jest Lotte, panie, zajmie się tobą - powiedziała i szybko uciekła z pomieszczenia. Medicore odprowadził ją spojrzeniem zimnych, ptasich oczu.
Przybyszka omiotła spojrzeniem ponadprzeciętnie małego człowieczka oraz nieproporcjonalnie, w stosunku do niego, dużych towarzyszy.
- Panie, Jilian powiedziała, że chcesz zobaczyć bibliotekę, oto ona - dziewczyna zrobiła nieokreślony ruch ręką. Widać było, że nie czuje się komfortowo w towarzystwie kreatur. Któż zresztą czułby się.
~ Poszukuję opracowań naukowych z okresu drugiej wojny w Merkez, dotyczących sposobu wykorzystania zwłok w celach militarnych. ~ przekazał telepatycznie Arcymag, a dziewczyna wzdrygnęła się.
Gdy udało jej się dorwać pracę w bibliotece gildii kupieckiej ucieszyła się, gdyż było to dość zaciszne miejsce i nie było problemu z ukryciem się tam w razie potrzeby. No i niewielu magów tam zaglądało. Raczej nie mieli wstępu w takie miejsca. Co więc ten tutaj robił?
- Zobaczę, co da się zrobić... panie - powiedziała elfka, nieco się przy tym krzywiąc. Lamii zrobiła krok do przodu, jednak Medicore ją powstrzymał. Nie chciał dopuścić, by żywy temperament dziewczyny zdenerwował Arcymaga, który zapewne wolałby nie wzbudzać zamieszania.
Już wcześniej robili podobne wypady do różnego rodzaju bibliotek, nawet tych prywatnych i nie zostali nigdy pogonieni widłami i pochodniami chyba tylko dlatego, że z lodowatą i niewinną logiką Cythian'diala mało kto był w stanie dyskutować i w końcu wszyscy się uspokajali. Szczególnie gdy uświadamiali sobie, że ich romans z piękną wieśniaczką nie był tak dobrze strzeżonym sekretem, jak im się wydawało.
(Lotte? Ostatecznie nie miałam pomysłu, czemu konkretnie ciebie miałby zatrudnić. Może potem będzie cię chciał, gdy już dogrzebie się do twoich ran psychicznych xD)
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Ever since you were born, you’ve been dying to reach the setting sun.
Imię: Te’Yahnna
Nazwisko: Smoki nie noszą nazwisk.
Przydomek: W Darawie nazywano ją Błękitnym Szperaczem.
Wiek: 147 lat, jest dorosłym, lecz wciąż jeszcze dość młodym smokiem.
Płeć: Samica. Tudzież kobieta, choć smoki nie zwracają uwagi na takie szczegóły.
Wzrost: 135 cm w kłębie.
Rasa: Pierzasty smok – jest to jedna z mniejszych ras smoków, które zostały przed wiekami wygnane do Darawy. Podobnie jak inne smoki, smoki pierzaste rosną przez całe życie, lecz stosunkowo powoli i rzadko przekraczają dwadzieścia metrów długości. Dzięki swoim względnie niewielkim rozmiarom są jednak niezwykle zwrotne i szybkie w locie, co daje im przewagę nad większymi stworzeniami. Posiadają również umiejętność ziania ogniem, lecz ich płomień ma dość niską temperaturę i niewielki zasięg – mimo to jest zabójczy dla większości mniej odpornych istot. Pierzaste smoki jednak rzadko uciekają się do przemocy względem innych rozumnych stworzeń. Niegdyś były znane z niezwykłej jak na smoki ogłady, dzięki której większość konfliktów były w stanie rozwiązywać bezkrwawo. Zmieniło się to dopiero po wygnaniu do Darawy, kiedy to terytoria magicznych stworzeń drastycznie się zmniejszyły. Wiele pierzastych smoków zostało wtedy zmuszonych do porzucenia swoich ideałów, przez co obecnie są dużo bardziej nieufne i agresywne.
Zawód: Obecnie brak.
Miejsce zamieszkania: Pogranicze Darawy i Temeni.
Miejsce urodzenia: Darawa.
Charakter: Te’Yahnnę można by określić mianem dosyć uprzejmego smoka, nawet jeśli ta uprzejmość nie zawsze jest szczera. Pozostało w niej trochę z dawnego dobrego wychowania smoków, dlatego właśnie traktuje wszystkich z – udawanym lub nie – szacunkiem. Jest całkiem dobrym mediatorem, potrafi przekonać innych do swoich racji, umie się również nieźle targować. Równocześnie potrafi dobrze ukrywać własne uczucia i myśli. Gdyby chciała, potrafiłaby perfekcyjnie kłamać, jednak bardzo rzadko się do tego ucieka – przeważnie wystarczy jej zatajenie części prawdy, tej bardziej niewygodnej.
Niektórzy określiliby ją mianem wyrachowanej, lecz nie jest to do końca prawdą. Te’Yahnna ma swoje własne poczucie moralności, które nie dopuszcza jawnego oszustwa ani wykorzystania kogoś, nie dając temu komuś w zamian jakiejkolwiek korzyści. Mimo to, nie potępia zachowań innych, bowiem wierzy, że każdy postępuje według własnego sumienia i kiedyś zostanie za to osądzony. Nie ma zamiaru potępiać nawet morderców, mimo że czuje do nich głęboko skrywaną pogardę. Nie odczuwa jednak wyrzutów sumienia, odbierając życie zwierzętom, służącym jej za pożywienie – taki jest porządek rzeczy, silniejsze zwierzęta jedzą mniejsze, by przeżyć. Tak samo traktuje zabójstwo dokonane w obronie własnego życia.
Te’Yahnna nie ufa innym zbyt łatwo. Lata spędzone w Darawie nauczyły ją podejrzliwości, szczególnie wobec istot zbyt uczynnych. Tak samo ciężko jest sprawić, by Te’Yahnna przełożyła czyjeś dobro ponad swoje. Byłaby w stanie to zrobić tylko dla osoby zaufanej i ważnej dla siebie, a od dawna nikogo takiego nie miała. Nie czuje jednak żalu z tego powodu. Jak większość innych smoków, jest samotnikiem i nie potrzebuje towarzystwa. Jest to dla niej nawet wygodniejsze.
Rodzina: Matka Dar’Inya i kilkanaścioro dużo starszego rodzeństwa, którego nigdy nie poznała i nie pamięta już ich imion. Była ostatnim dzieckiem Dar’Inyi i ich drogi dawno się rozeszły.
Partner: Brak. Te’Yahnna nie szuka nikogo, bo wie, że byłaby ciężarem dla sprawnego smoka.
Umiejętności: Jak wszyscy przedstawiciele swojej rasy, Te’Yahnna potrafi ziać ogniem. Jego strumień sięga na odległość mniej więcej dziesięciu metrów i pozwala jej zniszczyć większość materii organicznej. Te’Yahnna używa go jednak tylko w ostateczności, ponieważ po pierwsze jest to atak dość destrukcyjny, po drugie ją męczy.
Przez lata będąc przykutą do ziemi, Te’Yahnna nauczyła się poruszać po niej zręczniej, niż inne smoki. Potrafi biegać na czterech kończynach na tyle szybko, by dogonić mniejsze zwierzęta, a nawet prześcignąć człowieka. Nabrała również wytrzymałości i potrafi przebyć większe odległości, niż byłby w stanie jakikolwiek sprawny smok bez używania skrzydeł.
Przez lata spędzone w Darawie i Temeni, Te’Yahnna poznała chyba wszystkie odmiany i dialekty języka smoków, a także w stopniu komunikatywnym kilka innych, pradawnych języków używanych przez dzikie stworzenia. Zna również podstawy podstaw języka wspólnego, jednak nie jest pewna, czy byłaby w stanie się w tym języku dogadać.
Te’Yahnna potrafi się również ukrywać zaskakująco skutecznie, jak na stworzenie tej wielkości i w tych kolorach. Zna wiele ukrytych grot i jarów, jeszcze z czasów gdy wędrowała po obrzeżu Temeni jako poszukiwaczka. Poza tym często maskuje niebieski kolor sierści błotem lub piachem, co pozwala jej pozostać niewidoczną w gęstych zaroślach. Jeśli trzeba, może leżeć w jednym miejscu wiele godzin, nie zwracając niczyjej uwagi, by czmychnąć do upatrzonej wcześniej kryjówki, gdy zrobi się gorąco. Jak wszystkie smoki, ma bardzo dobry wzrok, który dodatkowo ułatwia jej wypatrzenie niebezpieczeństwa z dużej odległości.
Aparycja: Te’Yahnna jest dość lekko zbudowana, a z powodu trudności w zdobyciu pożywienia jest chudsza od większości smoków. Jej ciało od czubka pyska do końca ogona ma niecałe pięć metrów długości, z czego prawie połowę zajmuje barwny, podobny do pawiego, ogon. Wydłużona głowa pokryta jest błękitną skórą, która na czole i policzkach przechodzi w lśniące, zachodzące na siebie łuski. Nad jasnożółtymi oczami o pionowych źrenicach ma niewielkie, rogowe grzebienie, tak samo jak na czubku nosa. Z tyłu głowy wyrastają jej trzy pary długich, wygiętych do góry rogów, a pomiędzy nimi znajdują się cienkie pióra zakończone „pawimi oczkami". Szyja i grzbiet Te’Yahnny pokryte są miękką, szafirową sierścią, na łapach płynnie przechodzącą w zielonkawo-brązowe łuski. Jej ogon również ma zieloną barwę, niemal w całości pokryty jest bujnymi, kolorowymi piórami, niczym u pawia. Na spodzie ciała Te’Yahnna posiada szerokie łuski przypominające zbroję, które wyraźnie odcinają się od ciemniejszej sierści. Jej długie, szczupłe łapy zakończone są palcami z ostrymi pazurami – trzema na tylnych kończynach i czterema na przednich, z czego pierwszy palec przednich łap jest krótszy i przeciwstawny. Wreszcie, najbardziej rzucającą się w oczy częścią aparycji Te’Yahnny są jej skrzydła – rozpiętości niemal czternastu metrów, złożone z setek pręgowanych, czarno-białych piór. O ile jednak lewe skrzydło samica trzyma zgrabnie złożone przy ciele, a jego pióra zawsze są starannie wygładzone, o tyle prawe jest nienaturalnie przykurczone i końcówką wlecze się po ziemi.
Historia: Te’Yahnna przyszła na świat w górskiej grocie na południowym wschodzie Darawy, jako ostatnie dziecko starej smoczycy. Dar’Inya nigdy nie dała odczuć córce, że ta jest dla niej problemem, ona jednak sama to dostrzegła, dorastając. Te’Yahnna podejrzewała, że jej matka nie do końca przemyślała sprawę macierzyństwa w tak późnym wieku. Mając trzydzieści lat, a więc będąc jeszcze nie w pełni dorosłą smoczycą, odeszła, by żyć na własny rachunek. Przez kilka lat błąkała się po okolicznych terenach, próbując się wkupić w łaski starszych, silniejszych stworzeń. Wreszcie udało jej się zyskać protekcję starego, ślepego smoka o imieniu Merghak, w zamian za poszukiwanie dla niego skarbów. Niektóre rasy smoków są niezwykle chciwe i poświęcają całe życie gromadzeniu jak największych bogactw.
Te’Yahnna zwiedziła wiele jaskiń i grot w górach Darawy, zbierając odłamki kamieni szlachetnych i zapomniane antyki. Wielokrotnie wdawała się w potyczki z innymi poszukiwaczami skarbów, najczęściej jednak wychodziła z nich bez szwanku. Opanowała bowiem umiejętność szybkiego i zwinnego lotu do perfekcji, dlatego mało który skrzydlaty przeciwnik był w stanie ją dogonić. Dzięki temu, ile unikalnych skarbów zdobyła dla Merghaka, stała się swego rodzaju sławą wśród najemników i poszukiwaczy skarbów. Miała niezwykły talent do odnajdywania perełek, których nikt inny nie był w stanie dostrzec czy docenić. Dlatego też coraz więcej stworzeń prosiło o jej usługi, a były to już nie tylko smoki, ale również między innymi demony.
Przez kolejne lata smoczyca przemierzała Darawę wzdłuż i wszerz, coraz śmielej zapuszczając się też za granice Temeni. Kilkakrotnie umykała nawet przed magami z Temeni, gdy pozwoliła sobie na zbytnią nieostrożność; równocześnie jednak zdołała zdobyć kilka pomniejszych magicznych przedmiotów, bardzo wartościowych w Darawie. Sto lat trwa jednak dla istot długowiecznych tyle samo, co dla tych żyjących krócej, szczególnie jeśli spędza się je w tym samym, nawet jeśli rozległym, miejscu. Dlatego też z wiekiem Te’Yahnna czuła się coraz bardziej znudzona, mając wrażenie, że zwiedziła już niemalże całą Darawę – a przynajmniej jej część będącą w jej zasięgu. Coraz więcej myślała o tym, by spróbować przedostać się do Sayari, które zawsze wydawało jej się nieosiągalną, cudowną krainą. Doskonale wiedziała, że prawdopodobnie nie byłaby tam zbyt mile widziana, ale nie zależało jej na zaufaniu ludzi. Dziesięciolecia spędzone na mniej lub bardziej udanej współpracy z różnymi rasami nauczyły jej unikania niebezpieczeństw.
Te’Yahnna myślała o podróży do Sayari również tamtego dnia, gdy jeden ze zleceniodawców wysłał ją na granicę Temeni. Szybko zdobyła to, czego żądał od niej demon – niewielką, lecz przepełnioną magią figurkę, którą znalazła ukrytą w głębokim wąwozie. Do dziś zastanawia się, w czym popełniła błąd. Była zbyt zamyślona, zbyt zmęczona, a może to wina jej słabego węchu? W każdym razie, gdy tylko wyleciała ponad krawędź jaru, uderzył w nią dwukrotnie większy ognisty smok, wytrącając jej z łap figurkę. Być może był to inny poszukiwacz, niezdolny do zejścia do wąwozu z powodu swoich rozmiarów, który tylko czekał, by odebrać trofeum mniejszej smoczycy. Te’Yahnna nie wiedziała i nigdy się nad tym nie zastanawiała. Niespodziewany napastnik, być może nieświadomie, smagnął ją długim ogonem, gdy zawracał. Zdezorientowana Te’Yahnna uderzyła o skały na krawędzi wąwozu i koziołkując w powietrzu spadła na jego dno. Najpierw nawet nie poczuła, że coś jest nie tak, oszołomiona uderzeniem i wściekła na nieznajomego. Dopiero gdy chciała się poderwać do lotu, by ścigać złodzieja, zorientowała się, że nie może.
Długo nie mogła w to uwierzyć. Przez pierwsze kilka dni leżała na dnie jaru, nie chcąc nawet patrzeć na swoje prawe skrzydło. Nie mogła nim poruszyć. Sama nie była w stanie go sobie nastawić, nie dosięgała do niego, wszystko jedno jak bardzo próbowała. Dopiero narastający głód zmusił ją do działania. Początkowo żywiła się tym, co znajdowała, bardzo powoli ucząc się polować z ziemi, obserwując wilki i inne lądowe drapieżniki. Minęło jej tak kilka lat życia, podczas których skrzydło zrosło się, rzecz jasna, krzywo. Te’Yahnna wielokrotnie próbowała wrócić do Darawy, zawsze jednak natrafiała na górskie zbocza tak strome, że nie było możliwości się na nie wspiąć. Na razie więc ukrywa się i liczy na to, że nie spędzi w ten sposób reszty swojego życia.
Inne: Te’Yahnna ma słaby węch. Pierzaste smoki ogólnie mają słabszy węch, niż inne rasy, jednak Te’Yahnna wykracza poza wszelkie granice. Nie potrafiłaby wywęszyć innego zwierzęcia nawet, gdyby stało kilkadziesiąt metrów od niej, a wiatr zwiewałby jego zapach w odpowiednim kierunku. Dlatego właśnie polega głównie na swoim wzroku i słuchu.
Jak większość smoków, Te’Yahnna lubi błyskotki. O ile inne smoki zbierają kosztowności ze względu na swoją chciwość, o tyle Te’Yahnna po prostu lubi błyszczące i ładne rzeczy. Był to jeden z głównych powodów, dla których zdecydowała się pracować jako poszukiwacz skarbów.
Przez niechęć do posługiwania się czymś, czego nie opanowała do końca, Te’Yahnna wypowiada się głównie monosylabami, próbując mówić w języku wspólnym. Stara się używać tylko słów, które zna i potrafi idealnie wymówić, a tych jest niewiele. Gdy próbuje powiedzieć coś więcej, zaczyna się irytować, przez co się jąka.
Obserwując z daleka magów, przed którymi się ukrywa, Te’Yahnna kilkakrotnie myślała nad tym, by spróbować z nimi porozmawiać. Jest to jednak jej bardzo ostrożna myśl, którą smoczyca odrzuca zawsze, gdy poświęci jej więcej czasu. Nie sądzi bowiem, by zdołała cokolwiek wynegocjować z tymi, którzy mają za zadanie ścigać takich jak ona.
Właściciel: WesołaPanda#7109 (Discord)
Preferowana długość odpisów: Średnie lub długie, ale nie musicie się tego ściśle trzymać.
Stopień Wpływu (SW): 4
Subskrybuj:
Posty (Atom)