Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć przychodzi niespodziewanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć przychodzi niespodziewanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Od Tiba do Riliane

Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się do niej plecami. Wróciłem do wcześniejszego zajęcia, które nieuprzejmie mi przerwano, a mianowicie przeszukiwania dalej szaf.
- Odpowiedz - kobieta znów przypomniała o swojej obecności, spojrzałem na nią i westchnąłem
- Bo co? - spytałem przybliżając się do niej
- W przeciwnym wypadku, cię zgładzę - zagroziła
- Miło by było - zaśmiałem się - spalisz, czy potniesz?
- Nie pogrywaj ze mną morderco - warknęła i zamachnęła się sztyletem, bez większego trudu zrobiłem unik, a może by jej pokazać?
Znów się zamachnęła tym razem specjalnie nie uniknąłem. Przecięła płaszcz i zraniła mnie w przed ramie. Uśmiechnąłem się półgębkiem i uspokoiłem oddech, następnie pokazałem jej rękę która po chwili się zregenerowała. W miejscu rany został delikatny ślad.
- Więc jak to było z tym zgładzeniem mnie? - zakpiłem i mierzyłem ją wzrokiem - Czemu ci zależy na tym wieśniaku? Nie wyglądasz na jednego z nich.
- Nie muszę być wieśniakiem, żeby cenić swoich poddanych - odpowiedziała dalej stojąc w pozycji obronnej
- Więc królowa? - zamyśliłem się na chwilę - Nie. Mamy już jedną... księżniczka? Co księżniczka robi wśród hołoty? Interesujące.
- Nie muszę ci się spowiadać. Wręcz przeciwnie, to ty powinieneś. Kim jesteś? - spojrzała na mnie wrogo
- Spokojnie, złość piękności szkodzi - podszedłem do łóżka i zrzuciłem wszystko z szafki nocnej, po czym na niej usiadłem - W skrócie, można powiedzieć, że jestem wysłannikiem... jak to było... a Śmierci - uśmiechnąłem się widząc jej zdziwienie
- Śmierć działa sama, nie potrzebuje pomocy - stwierdziła chowając broń i zapalając świece
- Następna. Nikt nigdy nie wierzy, a ja nie mam dowodów. Straszne - pociągnąłem duży łyk piwa z butelki i z powrotem schowałem ją za pazuchę
- Dlaczego ją zabiłeś? - kontynuowała "przesłuchanie"
- Ja jej tylko wyrwałem duszę - zacząłem - przyszedł na nią czas. Śmierć kazała mi zabrać jej duszę.
- Łżesz! - krzyknęła
- Ależ skąd - zsunąłem się z szafeczki i stanąłem przed kobietą - Księżniczko, do zobaczenia - ukłoniłem się, a gdy ona była zdziwiona moim zachowaniem szybko wyciągnąłem jej sztylet i się wyprostowałem. Odskoczyła ode mnie, jak poparzona, a w jej dłoniach pojawiły się kule ognia - Mam nadzieję, że szybko nie dostanę na ciebie zlecenia
Schowałem sztylet i teleportowałem się do karczmy w której byłem obecnie zameldowany. Stanąłem przy ladzie i zorientowałem się, że jestem biedniejszy niż mysz kościelna. Czas sprzedać łupy - pomyślałem i wyszedłem z gospody, po czym ruszyłem do zaprzyjaźnionego kupca.
- No, no, no... kogo my tu mamy. Co dzisiaj przyniosłeś dla starego Mortiego? - uśmiechnął się podstarzały handlarz
- Sam zobacz młody - zażartowałem ze starca podkreślając słowo młody i pokazałem mu moje zdobycze
- Całkiem nieźle - zobaczyłem błysk w jego oczach
- Wnioskując po twojej reakcji lepiej niż nieźle - zaśmiałem się - Do rzeczy. Ile za to?
- Sam zobacz stary - odwdzięczył się, po czym rzucił mi sakwę ze złotem
Zajrzałem do środka i gwizdnąłem z lekkim podziwem
- ,,Całkiem nieźle" - zacytowałem go - Dobra, idę.
Odwróciłem się i zniknąłem w ciemnym zaułku, po czym znów teleportowałem się do tawerny. Po nieprzyjemnych skutkach ubocznych użycie tej mocy, wreszcie mogłem zamówić upragnione piwo. Sącząc swój napój, "przypadkiem" podsłuchałem bardzo interesującą rozmowę dwóch mężczyzn. Jeden z nich pytał o informacje na temat jakiejś księżniczki Riliane. A drugi potakiwał i z uśmiechem odpowiadał na każde jego pytania
- Nie ładnie tak podsłuchiwać - usłyszałem obok siebie znajomy głos
- Męczysz, może się wreszcie odczepisz? Szuraj stąd - mruknąłem patrząc na nią kontem oka - Nie widzisz, że jestem zajęty?
- A co mnie to interesuje? Masz zlecenie - powiedziała krótko i na temat, jak to ona
- No chyba sobie ze mnie kpisz - powiedziałem lekko zirytowany
- Nie. A powinnam? - westchnąłem zrezygnowany
- Kto znowu? Gdzie znowu? Po co znowu?
- Nigdy się nie nauczysz nie zadawać głupich pytań - warknęła... nic nowego. Wskazała jedną z obecnych tu osób. Moim kolejnym celem okazał się nie kto inny jak mężczyzna zbierający informacje na temat tej dziołchy
- Miła odmiana, chociaż raz nie wysyłasz mnie na koniec świata i jeszcze dalej - zadrwiłem z niej
- Dla ciebie wszystko, kochanie - odgryzła się - Dobra, idę przecież "fryzjer" nie poczeka - po czym rozpłynęła się w powietrzu
Przez rozmowę z moją "drogą przyjaciółką" nie zauważyłem zniknięcia mojego celu. Wstałem i szybkim krokiem podszedłem do jeszcze siedzącego informatora.
- Gdzie on poszedł? - spytałem
- Chyba śnisz, że ci powiem - burknął oburzony i bardzo pewny siebie
- Nie każ mi powtarzać - pochyliłem się nad nim i szybkim, prawie niewidocznym ruchem przyłożyłem mu sztylet do gardła - To jak będzie?
- Dobra, dobra. Znajdziesz go w pobliskiej gospodzie - powiedział wstrzymując oddech i zamykając oczy
- Nie można było tak od razu? - schowałem broń i wyszedłem z tawerny, na dworze dalej było ciemno
- No to gdzie my go tu... a jest. Tam się zaczaił - uśmiechnąłem się do siebie widząc swoją kolejną przekąskę
Mężczyzna którego widziałem w barze i który właśnie stał przy schodach, schowany w cieniu. Wedle moich oczekiwań pojawiła się jego ofiara, zabawne że zaraz myśliwy stanie się zwierzyną. Bezbronną sarną. Już za chwilę pożrę jego duszę. Od tego mówienia o jedzeniu zrobiłem się bardziej głody nawet wydaje mi się, że zaburczało mi w brzuchu. Dziołcha nie podejrzewając niczego spokojnym krokiem oddalała się od schodów, dopiero wtedy całkiem oświetliło ją światło księżyca. Poznałem ją to ta księżniczka, która ostatnio mnie przyłapała, widocznie naprzykrzyła się komuś tak beztrosko hasając po ulicach Merkez. Mężczyzna stojący w cieniu powstał i naciągnął cięciwę łuku. Łuk? Naprawdę? Amatorszczyzna. W mgnieniu oka znalazłem się między nią, a strzelcem. Dostałem strzałą w ramie. Syknąłem z bólu i spojrzałem gniewnie na zdezorientowanego "zabójcę", złapałem strzałę po czym ją wyrwałem. Znów fala bólu, a po chwili ukojenie, widocznie rana nie była zbyt głęboka. Lub kiepski łuk, tak sądzę. Mój przeciwnik naciągnął kolejną strzałę, musiałem wybierać albo się posilę ale stracę anonimowość, albo stracę jego duszę lecz pozostanę nierozpoznawalny. Wybór niby prosty, ale jednak musiałem chwilę pomyśleć. Słysząc jak cięciwa naciąga się do granic swoich możliwości stwierdziłem, że nie mam już więcej czasu. Zamachnąłem się i rzuciłem w niego jednym ze swoich sztyletów. Sztylet cicho wbił się w jego oko, a mężczyzna padł martwy na ziemię. To już nie było takie ciche. Podszedłem i odebrałem swoją broń, po czym wytarłem ją z krwi o jego koszulę. Dopiero w tedy przypomniałem sobie o księżniczce. Spojrzałem w jej kierunku, jak się spodziewałem, stała tam i bacznie mi się przyglądała.
- Znów ty... Czego znów chcesz? - spytała oburzona
- Księżniczko - ukłoniłem się i wskazałem na truchło mężczyzny - Ten o to gach chciał cię zabić.
- Dlaczego niby chciałby mnie zabić? - ciągnęła coraz bardziej wściekłym tonem
- Nie wiem jasnowidzem nie jestem. Jak już mówiłem pracuję dla ważnej osobowości i dostałem na niego zlecenie. Więc gdyby nie ja, pewnie byś już nie żyła - wyszczerzyłem się - Zawsze do usług
- Oddasz mi mój sztylet? - spytała z innej beczki nie chcąc chyba znów się ze mną spierać
- Sztylet? Ach... sztylet, taki z ptakiem. Racja. Sprzedałem go nie dawno - podrapałem się po karku, księżniczkę chyba bardzo to zdenerwowało ponieważ zaczęła do mnie powoli podchodzić z kulami ognia w rękach
- Ty... - warknęła - Sprzedałeś coś co nie należało do ciebie
- Cały czas tak robię z tego się utrzymuję. Poza tym bardzo miły sposób podziękowania - udałem oburzenie - Nie dość, że uratowałem ci życie, choć nie musiałem. Mogłem po prostu zaczekać aż cię zabiję a potem bym się nim zajął. To jeszcze przez ciebie przepadła mi kolacja! - krzyknąłem teatralnie
- Jaka znowu kolacja? - ciągnęła dalej zła
- Mogłem zjeść jego duszę, teraz będę chodził głodny do następnego zlecania! Oburzające! - teraz byłem naprawdę wściekły bo znów przypomniało mi się jak bardzo jestem głodny - zmarnować jedzenie. A ty nawet nie raczysz podziękować za mój wysiłek. Wszyscy zawsze tylko narzekają na biednego Tiba. Wy ludzie jesteście wszyscy tacy sami - burknąłem

< Riliane? Wybacz, że tak długo lecz wena została chyba w górach... lub się gdzieś utopiła... >

sobota, 29 lipca 2017

Od Riliane

Był to jeden z dni kiedy przebywałam w stolicy Merkez. Za kilka dni miałam mieć audiencję u króla. Na niebie nie było ani jednej chmurki i słońce prażyło wszystkich, których nie było w cieniu albo w jakimś pomieszczeniu bez okien od strony słonecznej. Damy oraz córki kupców ubrane w drogie bawełniane suknie były całe spocone od grubych ubrań. W takie dni wybierałam przewiewną lnianą sukienkę. Nie była ani piękna ani kosztowna. Większość mieszczanek takowe posiadała. Była wygodna i praktyczna.
Siedziałam w cieniu wielkiego dębu oczekując na powrót Analind, która załatwiała kwaterę na obrzeżach miasta. Oto minus wymogów bezpieczeństwa - ciągła zmiana miejsca pobytu, informowanie niewielkiej liczby osób i ogólna konspiracja. Wstałam i rozejrzałam się dokoła aby sprawdzić czy już nie idzie. W oddali widziałam wymijającą innych czarnowłosą postać. Zapewne była to Analind. Ruszyłam więc w jej kierunku. Nie pomyliłam się to była ona. Mogłabym przysiąc, że wszędzie bym ją rozpoznła. Miała krótkie kruczoczarne włosy oraz niebieskie oczy. Do tego była nieprawdopodobnie wysoka. Przewyższała większość mężczyzn, przez co w jej obecności dużo ludzi czuła się niepewnie. Dodatkowo była dobrze zbudowana. Posiadała dobrze widoczne mięśnie.
- Znalazłam coś - oświadczyła - Możemy ruszać - Kobieta pomimo iż z wierzchu wydawała się być szorstka i chłodna w stosunkach lecz tak naprawdę była bardzo miłą osobą. Bardzo starała się podczas swojej pracy i zawsze podchodziła do wszystkiego co z nią związane od strony technicznej. Dojście do naszego miejsca zakwaterowanie nie trwało długo, może pięć minut. Był to domek z pokojem na wynajem. Niczym nie wyróżniał się od pozostałych. W wejściu powitała nas gospodyni. Wyglądem odstawała od poprzednich - była szczupła, a jej długie włosy były w kolorze blond.
- Witaj - przywitałam się z nią
- Witaj - odparła z uśmiechem - Jestem Mia, a ty to Ane? - przedstawiła się. Moje imię, a raczej jego skrót poznała za pewne od mojej towarzyszki.
- Zgadza się - odwzajemniłam uśmiech - Miło mi poznać!
- Mi też, zapraszam do środka! - obróciła się i weszła w głąb domku, a my podążyłyśmy za nią - Ten pokój jest wasz - wskazała pokój po lewej - Kuchnia jest na wprost, a łaźnia zaraz obok mojego pokoju - wskazała na pomieszczenie. - Swoją drogą, czemu wybrałyście prywatną kwaterę, a nie tawernę?
- Większy komfort, nie ma tylu ludzi… - odparła Analind. Po chwili wyjęła kilka monet i wręczyła gospodyni.
- Interesy z wami to przyjemność - powiedziała przyjmując monety. - Kolacja będzie o siedemnastej. Lubię chodzić wcześniej spać.
- Dobrze, będziemy na czas z Ane
- To do zobaczenia! - pożegnała się i zanim zdążyłyśmy coś odpowiedzieć zniknęła za drzwiami. Zapewne miała wiele spraw do załatwienia. Im dłużej byłam w stolicy Merkez tym więcej widziałam różnic między stolicą Cellanu. Pierwszą z nich był sposób ubioru. Każda dama, hrabianka czy nawet córka kupca chciała się stroić i wyglądać jak najlepiej choć nie zawsze było to wygodne i odpowiednie do pogody, zaś w moim królestwie więcej osób nosiło wygodniejsze stroje. Proste lniane tuniki były popularne nie tylko wśród mieszczanek ale także wśród osób o wyższym statusem. Drugą różnicą było tempo życia. W Cellanie dzień toczył się powoli i dokładnie, a tutaj zaraz po wschodzie słońce już jest południe i po chwili już wieczór. Na nudę zapewne nikt tu nie mógłby narzekać.
- Chodźmy się rozpakować - zaproponowałam
- Mogę zrobić to za ciebie, księżniczko
- Po pierwsze Ane, a po drugie przez to zadanie korona mi z głowy nie spadnie, przecież jej jeszcze nie mam - uśmiechnęłam się i weszłam do pokoju, a za mną Analind. Był on niewielki, stały w  nim dwa łóżka, dwie skrzynie przy nich oraz stolik z dwoma krzesłami. Panował półcień z powodu zasłoniętych grubych zasłon. Podeszłam do nich i odsłoniłam je wpuszczając popołudniowe światło. Po czym zaczęłam rozpakowywać rzeczy. Każda z nas zajęła się swoimi bagażami i po godzinie skończyliśmy. Usiadłyśmy na moim łóżku i długo rozmawiałyśmy. Na tyle długo, że nastała siedemnasta.

Kolacja była prosta - ziemniaki, kawałek mięsa, jakaś surówka oraz grzane wino. Mia opowiadała z zafascynowaniem wszelkie miejskie plotki. Słuchałam jej z zaciekawieniem. Była to dla mnie niejako nowość gdyż z miastowymi miałam rzadko kontakt. Jedyną taką była Esme… Gdy tylko jej imię przyszło mi do głowy natychmiast odtrąciłam myśl.
- Co robisz oprócz wynajmowania mieszkań? - zapytałam.
- Jestem szwaczką, szyję suknie i je haftuję - odparła - Mogę ci je pokazać zaraz po kolacji - zaproponowała z uśmiechem na ustach.
- Jestem całkowicie za - zgodziłam się. I tak się stało pokazała mi je. Były cudowne. Pomimo, że kroje nie były wymyślne całość dopełniał piękny i misterny haft. Szczególnie spodobała mi się zielona bez rękawów i złotymi zdobieniami. Były to ptaki. Przypominały mi feniksa - Mogłabym ją kupić?
- Oczywiście! Tylko zdejmę miarę i trochę ją zwężę i będzie idealna! - Szybko pobiegła z miarką i zdjęła ze mnie miarę po czym chwyciła sukienkę - Będzie gotowa na jutro! - Zanim zniknęła w swoim pokoju zdążyłam przekazać jej zapłatę za suknię i za usługę. Było to pewnie więcej niż wartość sukienki ustalona przez szwaczkę ale dla mnie miała właśnie taką wartość.

Z Analind postanowiłyśmy się położyć wcześniej spać. Jednak zeszło nam się, że położyłyśmy się o wiele później niż zakładałyśmy. Moja towarzyszka szybko zasnęła ja jednak nie mogłam. Obserwowałam księżyc, którego światło wpadało do pokoju. Wszędzie był tak samo piękny, tak samo towarzyszące mu gwiazdy. Nagle usłyszałam niepokojący hałas  dobiegający z pokoju Mii. Chwyciłam za sztylet z feniksem i szybko udałam się tam. Ujrzałam postać stojącą nad łóżkiem. Z całą pewnością nie była to gospodyni. Nie odpowiadała mi postura.
- Kim jesteś? - zapytałam. Owa postać obróciła się w moim kierunku szukając mnie wzrokiem. Wysunęłam dłoń na której pojawiła się mała kulka ognie rozświetlając pomieszczenie. Spojrzałam na postać leżącą w łóżku. Była to gospodyni, bardziej blada niż zwykle… - Co jej zrobiłeś?!
- Stało się co musiało… - odparł i zrobił krok w moją stronę, na co ja wyciągnęłam sztylet i skierowałam w jego stronę, zwiększyłam również kulę ognia.
- Nie sądzę. Spróbuj tylko zrobić coś podejrzanego a zostaniesz albo kupką popiołu albo mokrą plamą - ostrzegłam. Choć zapewne moje moce nie były na tyle rozwinięte by to zrobić wolałam zagrozić czymś gorszym niż poważne oparzenia. Jednak w oczach mężczyzny nie widziałam strachu. - Nie żartuję. Powiedz mi co tu się dzieje - zażądałam.

<Tib? Przepraszam, że tak beznadziejnie xDD>

czwartek, 27 lipca 2017

Od Tiba

- Tib, Tib. No chodź - zniecierpliwiona Evelin zaczęła ciągnąć mnie za rękę
- No już, coś ty taka nie cierpliwa? - uśmiechnięty pozwoliłem się prowadzić wgłąb lasu
Mijaliśmy drzewa, chodziliśmy po miękkiej ściółce i słuchaliśmy otaczających nas dźwięków. Szum wiatru w koronach drzew, śpiew ptaków i odgłosy małych leśnych stworzonek. W pewnym momencie siostra puściła moją dłoń i ruszyła biegiem przed siebie.
- Złap mnie, jeśli potrafisz - zaśmiała się, a ja pognałem za nią
Straciłem ją z oczu, lecz dalej biegłem. W pewnym momencie las pociemniał, otoczył mnie dym i nieprzyjemny zapach spalenizny. Z każdej strony dobiegały kroki, szybkie, głośnie i ciężkie. Było ich wielu. Zbyt wielu.
- Tib! - głos siostry rozbrzmiał za mną, odwróciłem się i ujrzałem las stojący w płomieniach - Tib! - powtórzyła z innej strony, tam także były płomienie.
Gdzie się nie odwróciłem, w którą stronę nie spojrzałem - widziałem tylko płomienie, słyszałem jej zdenerwowane wołanie, i kroki. Były wszędzie.

***

- Tib, Tib - głos naśladujący moją siostrę był nieprzyjemny i sarkastyczny. To Śmierć znowu ze mnie kpi.
Otworzyłem oczy i wściekle na nią spojrzałem.
- Oh Tib. Tib - wyszczerzyła się wrednie w postaci mojej siostry. Siedziała na komodzie z nogą na nogę - Czemu mi nie pomożesz? Tib! - zaśmiała się i spoważniała. Zeskoczyła z komody i stanęła tuż przy mnie - Masz zlecenie.

W postaci demona, czekałem pod domem mojej ofiary i wpatrywałem się w jego okna. Otaczała mnie ciemność, tak jak resztę ulicy. Noc. Pora idealna na wykonywanie zleceń dla Śmierci. Gdy tylko zgasło światło, niespiesznie ruszyłem w stronę drzwi mojego celu. Lekko je pchnąłem, a te mi uległy. Otworzyły się na oścież. Cicho wdarłem się do środka i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nic cennego, ani obrazów, ani szkatułki ze złotem. Żadnego złotego posążka. Ruszyłem w stronę schodów, uważając aby nie zbudzić właściciela przybytku. Na górze to samo, gołe ściany, nic drogiego lub z jakkolwiek wartościowego. Zakradłem się do sypialni, szkatułka leżała na szafce nocnej. Stanąłem przy niej, mężczyzna leżący na łóżku obok niespokojnie się poruszył. Skamieniałem i spojrzałem na niego. Prawie zapomniałem po co tu jestem. Nachyliłem się nad nim i wsunąłem rękę do jego klatki piersiowej. Mocno chwyciłem i szybkim pociągnięciem wyrwałem z niego duszę. Patrzyłem chwilę jak się budzi i przestraszony próbuje oddychać. Próbuje zrobić cokolwiek, aby jeszcze chwile pożyć. Konając zwija się na łóżku, aż w końcu daje za wygraną i umiera. Nie sądzę, aby ciało cierpiało po pozbawieniu go duszy, ale wszyscy reagują podobnie. Fakt jedni szybciej inni wolniej. Ten ewidentnie chciał jeszcze żyć, ale tak już jest. Nie zawsze chcieć znaczy móc. Przeniosłem wzrok z denata na jego duszę wciąż tkwiącą w mojej dłoni, wystającą z obu jej stron i wijącą się. Zostawiała po sobie białe nie wyraźne smugi. Tak piękna. Starczy. Zmiażdżyłem ją, a ta skamieniała na chwilę po czym się rozpadła na kawałki, które poleciały w każdą możliwą stronę. Ten smak, którego nie da się poczuć i opisać. Ten smak był cudowny, tak jak za każdym razem. Za każdym razem smakuje lepiej. Za każdym razem coraz bardziej się od niego uzależniam. To piękne chwile. Z dołu dobiegł mnie szmer. Chwyciłem szkatułkę i wyskoczyłem przez okno, tłukąc szkło i budząc okolicznych mieszkańców. Teleportowałem się na dach najbliższego domu. kucnąłem już w normalnej postaci i przeglądałem zdobycze. Złoty łańcuszek, naszyjnik z białych pereł i srebrna obrączka. Schowałem wszystko do kieszeni i wyrzuciłem niepotrzebne pudełeczko. Z dumą przyglądałem się jak ludzie biegają spanikowani od domu do domu, ostrzegając siebie nawzajem i informując wszystkich o śmierci jednego z nich. Gdy słyszałem niewyraźne głosy ,,To znowu on" ,,Znów uderzył" ,,Bestia" nastawał ranek. Mimowolnie uśmiechnąłem się, a chwilę później już stałem przed moją ulubioną tawerną.
- Ah, witaj znów. Co podać? - spytał zza lady znajomy głos - To co zwykle? - pokiwałem głową i po chwili, przede mną stał kufel z zimnym piwem. Wziąłem dużego łyka i kontem oka zobaczyłem śmierć przyglądającą mi się.
- Czego chcesz? - powiedziałem półgłosem - I co tu robisz?
- Mam dla ciebie kolejne zadanie. Szykuj się do dalekiej drogi - uśmiechnęła się
- Czemu dajesz mi coraz więcej zleceń? Nie masz innych Talltosów? - mruknąłem niezadowolony.
- Mam, ale ty jesteś moim ulubieńcem - odpowiedziała sarkastycznie i puściła mi oko
- Nie możesz ty się tym zająć? - popatrzyła na mnie krzywo
- Dzisiaj nie mogę, przecież jestem umówiona do fryzjera - powiedziała wymachując rękami po czym spojrzała wzrokiem mówiącym ,,Nie mam czasu na takie płotki" No jasne, znów zadałem głupie pytanie...
- Gdzie i kto? - chciałem już skończyć z nią rozmowę i dopić w samotności trunek
- Wyciągnij mapę - tak zrobiłem, a ona wskazała na Merkez i krótko opisała daną osobę. Jak wygląda, i kiedy będzie w jakim miejscu. Reszty musiałem dowiedzieć się sam. Zawsze uważała, że tak jest ciekawiej. Gdy muszę się wysilić aby kogoś "upolować" - Ah, jakie życie jest piękne. Prawda, Tib?
- Ty mówisz o życiu i to jeszcze chwilę po tym jak zleciłaś zabójstwo? - spojrzałem na nią niedowierzającym wzrokiem - Masz tupet
- Szczegóły. Oh, mój fryzjer. Powodzenia - i zniknęła zostawiając mnie z mapą i kuflem pustym do połowy
Spojrzałem raz jeszcze na mapę. W sumie mogę się przenieść... tu. Spojrzałem na tawernę niedaleko głównego wejścia do Merkez. Tak tu będzie dobrze. Dopiłem i zostawiłem barmanowi naszyjnik zdobyty dzisiejszej nocy. Wyszedłem i od razu przeniosłem się we właściwe miejsce. Stałem przed karczmą, otoczony ludźmi spieszącymi się. Tu wszyscy się śpieszą. Zobaczyłem opisaną przez śmierć osobę, niespiesznie ruszyłem za nią wymijając przechodniów. Skupiłem na nią całą swoją uwagę. Nawet nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia to, że się z kimś zderzyłem. Przeprosiłem i podążałem dalej nie spuszczając z ofiary wzroku. Dotarliśmy do jej domu. Tak jej. Była to kobieta, o blond włosach i dość wątłej postury. Nie teraz, zbyt dużo ludzi. Jutro. Przeniosłem się do tawerny z zamiarem zamówienia kufla piwa. Jak tylko stanąłem przy ladzie zakręciło mi się w głowie i zebrało na wymioty. Nie powinienem tak często używać teleportacji ,,Nigdy się do tego nie przyzwyczaję..." - pomyślałem i zamówiłem trunek. Musiałem poczekać do nocy. Oto kolejny minus teleportowania się, jest taki, że naprawdę mało czasu zajmuje przemieszczenie się z punktu A do punktu B.

Wieczór już się zbliżał więc wygramoliłem się z tawerny i powolnym krokiem ruszyłem w stronę miejsca zamieszkania kobiety która miała dzisiaj zginąć. Znalazłem odpowiednie miejsce aby poczekać, aż ofiara pójdzie spać i zgasi światło. Bez pośpiechu przemieniłem się w demona, patrzyłem jak pokój ofiary się zaciemnia po czym ruszyłem w stronę drzwi. Próbowałem je otworzyć lecz tym razem były zamknięte. Dziwne, jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Obszedłem cały cały dom i ku mojej uciesze były jeszcze jedne drzwi. Tym razem otwarte. Wszedłem do środka i rozejrzałem się po dość dużej kuchni. Przeszukałem szafki lecz nie znalazłem nic cennego. W sumie można było się tego spodziewać. Ruszyłem dalej, kierując się do sypialni przetrząsałem każdy zakątek chaty. Gdy dotarłem do przymkniętych drzwi łożnicy, miałem już pełną jedną kieszeń. Tyle dobra by się zmarnowało, gdyby dostał to zlecenie inny Talltos. Pchnąłem drzwiczki i w mgnieniu oka znalazłem się przy śpiącej jasnowłosej. Nachyliłem się nad nią i pozbawiłem ją duszy, po czym ją zmiażdżyłem. Znów najedzony. Cudownie. Przybrałem swoją normalną postać i w spokoju zacząłem przeszukiwać sypialnie. Ileż cudownych znalezisk, dwie sakiewki pełne złota, wisiorki i pierścienie. Wybornie, wszystko pakowałem do swoich wielkich kieszeni.
- Kim jesteś? - usłyszałem czyjś głos za plecami. Jak mogłem nie wyczuć czyjejś obecności? Odwróciłem się zdziwiony i omiotłem wzrokiem postać. Nie mogłem odgadnąć czy był to mężczyzna czy kobieta, było zbyt ciemno.

(Ktosiu?)