Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwa całkiem inne światy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwa całkiem inne światy. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 czerwca 2018

Od Annmeii do Carreou

Dziewczyna przez chwilę milczała. Zaskoczyły ją słowa Carreou. Wydawało się jej, że dobrze udawała. Wygląda na to, że nie wystarczająco. Poczuła też wpływ innej magii. Nie zablokowała jej. Nie miała na to siły. Usiadła na chłodnych kamieniach obok drobnego blondyna. Wolną dłonią, delikatnie pogładziła go po włosach, aby zyskać na czasie.
- Panie Carreou... - zaczęła niepewnie.
Nie wiedziała czy może mu zaufać. Chociaż widziała, że mężczyzna czuł się lepiej. Jeszcze trzy czy cztery dni i powinno być wszystko dobrze. A jeśli się nie myliła i ta magia pochodziła od niego, nawet szybciej, bo się uleczy. Tak jak mistrz nie popierała tego typu zachowania. Chyba, że w ostateczności, gdy grozi ci ogromne niebezpieczeństwo czy jesteś potrzebny, a ranny czy chory, jesteś bezużytecznym. W każdym razie, niedługo miała go zabrać stąd. W mieście pewnie już huczało od nowiny, że przywódca jednej z największych i najsławniejszych trup artystycznych nie żyje. Zdecydowała się wyznać mu prawdę. Spojrzała na tę niewinną twarz. Wyglądał jak ci święci z obrazów, które widziała kiedyś w katedrze, gdy kuzynka Roxali brała ślub.
- Dzisiaj o poranku... - wyszeptała, czując gulę w gardle.
Wzięła głęboki oddech. Gula jednak nie zniknęła.
- Umarł człowiek, który przez ostatnie kilka lat zastąpił mi ojca, a jego rodzina stała się moją. - Powiedziała w końcu.
Pojedyncze łzy zaczęły spływać po jej twarzy, a ramionami wstrząsnął szloch.
- A ja nie mogłam mu pomóc. Tyle dla mnie zrobił, a gdy mogłam mu się w końcu odwdzięczyć to tego nie chciał. A bez zgody mi nie wolno było nic zrobić. To moja wina, że już go nie ma.
Ukryła twarz w dłoniach. Co z tego, że jestem magiem? To nic nie znaczy! 
- Chcę wrócić do domu. - szepnęła tak cicho, aby Carreou nie mógł jej usłyszeć.
Nagle poczuła, że czyjeś ramiona ją obejmują.
- Już dobrze. - usłyszała słowa Carreou. - Wszystko, będzie dobrze. Ojciec zawsze ma plan. A po chwilach smutku przychodzi radość.
Podniosła wzrok i przyjrzała się chłopakowi. Chciałaby posiadać taką wiarę jak on. Dawno już straciła wiarę w bogów. Może są tam gdzieś w swoich siedzibach, jednak nie ma ich na Ziemi. A losy ludzi są im całkiem obojętne. Czy to byli ich wierni wyznawcy czy osoby, które w nich nie wierzyły. Tak na dobrą sprawę byli sami na tym świecie.
- Plan? - szepnęła. - Wybacz Panie Carreou, ale nie wierzę w coś takiego.  W sensie w siłę, która kieruje naszym życiem.
Wstała, wyswobadzając się z objęć mężczyzny. Delikatnie postawiła go na nogi.
- Powinien pan jeszcze odpoczywać. - Rzekła podrzucając do ognia i stawiając kociołek z resztkami z wczorajszej kolacji. Na jedną porcję starczało. I tak nie miała ochoty teraz jeść.
Myślami była gdzie indziej. Zastanawiała się kim jest Carreou. Do głowy przychodziła jej jedynie myśl, że jest kapłanem. Jednak w jego ubiorze nie widziała emblematów z żadnej świątyni. No może poza krucyfiksem. Ale czemu takto sprzedawał obrazy? Zbyt wiele pytań kłębiło się jej w głowie.
- Rozumiem, że możesz mieć wątpliwości - usłyszała słowa Carreou. - Lecz to normalne w takich sytuacjach. Musisz jednak pamiętać, że w każdej chwili swojego życia, nawet tej najciemniejszej, odnajdziesz światło w Ojcu. Nie jestem od tego, aby cię przekonywać, ale... Po prostu nigdy o tym nie zapominaj.
Uśmiechnęła się smutno na jego słowa. Tyle wiary w jednym człowieku. Tak bardzo przypominał jej ją, jeszcze całe lata temu. Nie potrafiła go zrozumieć. Przecież skoro jest wyznawcą swojego "Ojca" to czemu wciąż wierzy mimo tego co się wydarzyło kilka dni temu? A także zdarzało się wcześniej? Czy jeszcze nie pojął, że pomimo tak silnej wiary jest sam.
- Trochę trudno mi w to uwierzyć. - Powiedziała patrząc w płomienie.
Czuła ich siłę i doskonale wiedziała co mogą zrobić. Mogła sięgnąć po ich moc i... Szybko pokręciła głową powstrzymując się przed tym pragnieniem. Ogień lekko zamigotał. Miała nadzieję, że Carreou tego nie zauważył. Jednak on wyglądał na zamyślonego. Na wszelki wypadek ukryła jeszcze bardziej swoją aurę magiczną.
- Błogosławieni ci, co nie widzieli, a uwierzyli. - rzekł w końcu.
- Błogosławieni, mówisz - szepnęła.
Przerzuciła włosy na plecy. Między nimi zapadła cisza. W końcu potrawka się zagrzała. Nałożyła jedzenie dla Carreou. Nalała też wody do kubka. Bez słowa wróciła do paleniska i zaczęła grzebać w nim pogrzebaczem.
- Panie Carreou... - zaczęła zwracając na siebie jego uwagę. - Wybacz mi, że nie potrafię obdarzyć wiarą tego samego co pan. Ale przez lata doszłam do wniosku, że tylko nad swoim życiem mam realną kontrolę. -Chociaż też nie zawsze. Dodała w myślach. - I żadne bóstwo ani nic innego na to nie wpływa. I muszę się trzymać tej myśli.

Nieświadomie jej dłoń powędrowała do lewego ramienia. Zdążyła ją jednak zatrzymać w pół drogi, nim dotknęła ukrytego, pod warstwami bandaża i ubrania, piętna niewolnicy. Czasem wciąż czuła ogień i ból w tym miejscu tak samo prawdziwy jak lata temu. Mimo, że minęło tyle czasu. Wciąż często rozglądała się w tłumie, w obawie iż ujrzy ją któraś z kurtyzan. Doniesie swojej Pani, a potem będzie zmuszona wrócić do nich. Wedle prawa wciąż pozostawała niewolnicą, towarem, a ona moją właścicielką. I nawet ujawnienie nazwiska czy poparcie znamienitej Grupy Fariana, czy Naemy by jej przed tym losem nie uratowało. Swoją drogą zastanawiała się czy nazwisko wciąż coś znaczy. Obawiała się również, że może spotkać tych którzy sprzedali ją wtedy w niewolę. Mimo, że zmieniła się nie mal do poznania. Wciąż czasem w ciemności słyszała słowa ich przywódcy: Jesteś taką śliczną, choć głupią, dziewczyną. Wziąłbym sobie ciebie, gdybyś tylko była starsza i oczywiście nie była paskudną wiedźmą. 
Wtedy nie zabił byś mojej rodziny i puścił nas wolno. Odwarknęła mu wtedy. Nie było to zbyt mądre. Mocnym uderzeniem posłał ją wtedy w zaspę przy drodze. Ogień rozgorzał wtedy w jej oczach, jednak nie zapłonął w rękach, a szkoda. "Nie zapomnę cię." Warknął oprych. "Takich oczu się nie zapomina." 

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Carreou. To przywołało ją do rzeczywistości. Musiała się do tego zdystansować pomimo, że w obecnej sytuacji było to ciężkie. Oni wszyscy odeszli do Krainy Zmarłych. A próba sprowadzenia ich na ziemię, byłaby ogromnym grzechem, a także zasmuciłaby ich. A także byłaby wbrew zasadom na jakich się wychowywała. Nie była nekromantą. Musiała się pogodzić z tym, że nie należeli już do tego świata. Każdego to czekało. Czy świętych czy grzeszników. Królów i żebraków. Jedna myśl często zaprzątała jej głowę. Co się stało z ludźmi, którzy rozeszli się po całym świecie.. Dawno temu zdążyła im wybaczyć, że w tamtym czasie jej nie bronili. Że nie zbuntowali się, gdy byli ciągnięci przez całą Aranayę w największym śniegu. Każda reakcja z ich strony była niebezpieczna. Rozumiała, że bali się o życia swoje i swoich bliskich. Dzięki życiu i słuchaniu mądrości magów, wiedzieli kiedy odpuścić. Mimo, że wcześniej odważnie walczyli u ich boku, broniąc wspólnego domu, swoich rodzin i przyjaciół. A kiedy przegrali i magowie musieli uciekać przed rzezią, oni wiedzieli, że muszą się poddać, bo agresorzy ich nie skrzywdzą. Bo to nie było ich celem. Zamierzali zniszczyć "zło w jego gnieździe". Chcieli zniszczyć magów co im się udało. Owiana legendą Gildia z Księżycowej Doliny już nie istniała.
- Mea powiedz coś. - usłyszała szept Carreou.
- Oh. Wybacz mi Panie Carreou. Trochę się zamyśliłam. - Spróbowała się uśmiechnąć. Wyszła jednak marna parodia uśmiech. - Odkładając na bok wcześniejszą rozmowę, niech mi pan powie proszę jak się Pan czuje?
Mimo, że wciąż czuła się mocno przygnębiona dalej martwiła się o podopiecznego. Zaczęła się nawet zastanawiać, jak go w tym zamieszaniu wyprowadzić z zamku. W końcu musiała się nim wciąż zajmować i być przy rodzinie Fariana. Na razie jednak próbowała nie zawracać sobie tym głowy. Jakoś dam sobie z tym radę. Postanowiła. Jak zawsze zresztą. Dodała po chwili.

<Carreou?>

niedziela, 10 czerwca 2018

Od Carreou do Annameii

Bałem się po raz kolejny zasnąć. Głównie przez koszmary, które nawiedzały mnie od początku "wizyty", dotyczące głównie wydarzeń z przeszłości. Jednak był jeszcze jeden rodzaj snów. Ten, którego nienawidziłem bardziej niż ponowne przeżywanie wojny czy śmierci ojca. Mgliste, wizje przyszłości. Zawsze takie same. Tak samo mroczne, tajemnicze. Niezrozumiałe.

Górzyste pole bitwy wyglądało na pokryte warstwą szarawego popiołu, który pojawił się wraz z przybyciem anioła. Boski posłaniec stąpał dumnie między stosami ciał poległych, patrząc na nich z góry z dumą, a za razem pogardą dla nic nie znaczących istnień ludzkich.
Wiatr zerwał się niespodziewanie, łopocząc podartym sztandarem, wbitym gdzieś samotnie w pełną od krwi ziemię. Anioł spojrzał na to pobieżnie, lecz nie zwrócił większej uwagi na źródło dźwięku. Skupił się bardziej na niebie, gdzie to chmury rozstępowały się niczym wody morza przed Mojżeszem.
Zaśmiał się krótko, bez krzty wesołości w głosie.  Wzniósł ku górze płonący, półtoraręczny miecz. Wycelował nim w tworzące się przejście między światem ludzkim a niebiańskim.
— Nie powstrzymacie mnie — szepcze, kiedy to na jego twarzy zaczyna błądzić szaleńczy uśmiech — Nie powstrzymacie Drugiego Lucyfera

Obudziłem się przerażony i zlany potem. Nie wiem, jak długo spałem. Kołysanki Mei były niezwykle kojące, więc odpływałem po nich jak dziecko. Nigdy nie zrobiłbym tego przy obcej osobie (Nie licząc pewnego Piórkowego Człowieka), a teraz? To aż niewyobrażalne jak zmieniłem się przez jeden jedyny akt dobroci.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że mogę siedzieć prosto i to bez większych problemów. Czyżbym odzyskał siły?  Jeśli tak, to pewnie będę nawet w stanie wyleczyć swoje ciało.
Dotknąłem swoich ramion, skupiając się na pokładach mocy, ukrytych w głębi mego jestestwa. Powoli wyprowadziłem nici energii, aby te przemknęły jak zagubione ogniki po skórze, próbując naprawić to, co inni ludzie zniszczyli. Pomyślałem przelotem, że takie potraktowanie boskiego sługi jest obrazą dla samego Stwórcy. To tak samo jakby kopnąć rzeźbę artysty na jego oczach. Tak się po prostu nie robi.
Musnąłem palcami szorstką pościel, ułożyłem dłonie odpowiednim miejscu, abym miał jak najlepsze oparcie. Wziąłem kilka głębokich wdechów. Przygryzłem wargę i poderwałem nadal obolałe ciało na kilka centymetrów. Ręce momentalnie zaczęły drżeć, straciłem równowagę i opadłem na siennik. Chwilę leżałem nieruchomo, z policzkiem wtulonym w poduszkę, zbierając siły i próbując przeanalizować dokładniej swoją pozycję. Wiedziałem, że momentami zachowuję się bardziej jak te przedziwne istoty, zwane w którymś ze światów "androidami" (tak przynajmniej opowiadał mi kiedyś Eneki, jednak on zawsze lubił się przechwalać oraz podbarwiać swe historie nieprawdziwymi szczegółami). Patrzę na wszytko jak na ciąg zadań, które muszę wykonać. Chociaż, nie różni się to w zbyt dużym stopniu od sposobu, w jaki zachowuję się jako anioł. Również jestem gotowy wykonać polecenie, jeśli otrzymam impuls z góry. Nie mam jako takiej wolnej woli, lecz to się ostatnimi czasy poprawiło. Posiadam marzenia, własne myśli... Cudowne wręcz uczucie. Mam sporo ograniczeń, nakazów, zakazów i tym podobnych. Pod groźbą kary, muszę się do nich stosować.
— Carreou — szepnąłem, ponownie siadając na łóżku — Dasz sobie radę.
Podjąłem kolejną próbę. Tym razem wstałem szybciej, aby jak najkrócej utrzymywać się na rękach. Będąc już w pionie, rozłożyłem ręce na bok jak akrobata i zwalczyłem zawroty głowy. Po kilku minutach mogłem już przemieszczać się, nadal jednak będąc zmuszonym do łapania się co jakiś czas mebli. Zrobiłem niewielką wycieczkę po pokoju, chłonąc dokładnie każdy szczegół taki jak ułożenie przedmiotów czy ich wielkość. Po chwili chodzenia w tę i z powrotem, spojrzałem na wyjście. Walcząc sam ze sobą, chwiejnie podszedłem do niego i z sercem bijącym jak oszalałe w piersi, zrobiłem krok do przodu, w stronę korytarza . Nie powinienem tego robić. Mea zdenerwuje się, jeśli wyjdę bez słowa, a jej zawodu sprawiać nie chciałem. Zbyt wiele dla mnie zrobiła, aby odwdzięczyć się w taki sposób. Dodatkowo, jeśli to, co mówiła o tych mniej żywych mieszkańcach podziemi jest prawdą... Zadrżałem na samą myśl o spotkaniu ducha. Ciekawość jednak zwyciężyła i postanowiłem wyjrzeć z pomieszczenia chociaż na chwilę. Tylko po to, żeby sprawdzić, na jakich fundamentach stoję. Z tego powodu bez dłuższego zwlekania, wystawiłem głowę na zewnątrz. Nic takiego się nie wydarzyło na początku. Jednak z czasem, kiedy to próbowałem nakreślić w głowie pobieżny plan okolicy, usłyszałem kroki. Ktoś szedł w stronę mojej kryjówki. Nie myśląc zbyt długo, schowałem się w bezpiecznym pomieszczeniu i momentalnie znalazłem się przy palenisku, gdzie wesoło trzaskał ogień. Dlaczego uznałem to za dobry pomysł nie byłem zbytnio pewien. Prawdopodobnie dużą rolę odegrała w tym irracjonalna potrzeba przebywania w świetle. W końcu, jasność przegania mrok i wszystko, co tam mieszka.
Kroki nie ucichły, wręcz przeciwnie. Były coraz bliżej, aż ostatecznie dochodziły z okolic załomu. Nie mogłem już powstrzymać drżenie całego swego ciała.
Dźwięk nagle ustal, a nic złego się nie wydarzyło. Obejrzałem się przez ramię, ku swojemu szczęściu widząc ciemnowłosą bohaterkę, anioła w ciele człowieka. Zrzuciła kaptur, podeszła bliżej, stając w plamie migotliwego, ciepłego światła.
— Witaj. Przepraszam, że nie przyszłam rano. Musiałam pilnie gdzieś iść. Mam nadzieję, że Pan nie czuł się tutaj źle, gdy mnie nie było.
Powiedziała to cichym tonem. Całą swoją osobą emanowała smutkiem, rozpaczą, żalem. Coś się stało. Coś, co dogłębnie dziewczynę dotknęło, zraniło wręcz. Wbiłem w nią swoje uważne spojrzenie, próbując zrozumieć powód jej zachowania. Widziałem, że czuje się niekomfortowo, że nie podoba się Meii. Jednak musiałem dowiedzieć się, dlaczego jest taka smutna. Nie spocznę, dopóki nie otrzymam satysfakcjonującej odpowiedzi.
Wstałem więc z podłogi i chwiejnie, ledwie utrzymując równowagę, podszedłem do niej, aby klęknąć następnie przed zdziwioną dziewczyną. Spojrzałem jej długo w oczy, po czym ująłem delikatną, zmęczoną zapewne od ciężkiej pracy dłoń ciemnowłosej w swoje. Użyłem swojej mocy, aby nieco ukoić jej nerwy, dodatkowo uśmiechając się.
— Nie przepraszaj — wyszeptałem, niepewnie przytulając rękę do piersi — Co się stało? Mogę ci jakoś pomóc?


<Annamea?>

piątek, 1 czerwca 2018

Od Annmeii do Carreou

- Wiedziałam...- wyszeptałam, gdy potwierdziły się słowa mojego mistrza i to widziałam. Znów przed oczami ujrzałam ogień. Ten sam co osiem lat temu. Aby nie pozwolić wspomnieniom całkiem zawładnąć moim umysłem zacisnęłam dłonie na materiale sukienki.. zrobiłam to tak mocno że aż pobielały mi kłykcie. Niewiele to jednak dało. Zerwałam się z miejsca i aby zająć czymś umysł zaczęłam podgrzewać jedzenie. - Powinien pan się położyć. Rany jeszcze się nie zagoiły.
Powiedziałam spoglądając przez ramię na chłopaka. Ten jedynie się zaśmiał i próbował wstać. Kiedy zrobił jeden krok-co było już dużym osiągnięciem- przewrócił się. Zmartwiłam się czy aby przypadkiem nie porozrywał sobie szwów i czy jakaś rana się nie otworzyła. Przymusiłam go by się położył i po upewnieniu się, że wszystko w porządku wróciłam do przerwanej czynności.
- Jeszcze pan nie wyzdrowiał. -powiedziałam stanowczo. - Musi pan jeszcze odpoczywać tydzień, aby rany mogły się ładnie podgoić. 
I wtedy to poczułam. Dziwne drgania mocy. Na wszelki wypadek ukryłam swoją aurę, aby żaden mag, ani inne stworzenie władające magią nie mogło mnie wyczuć. 
- Co jest nad nami?- Zapytał nagle Carreou. - Jakie pomieszczenie jest nad nami? Czy są tam jakieś miecze?
W zamyśleniu spojrzałam na sufit. Powoli odbudowałam w głowie plany zamku. Komin znajdował się zaraz przy kuchni. A kuchnia przy sali tronowej.
- Jeżelo dobrze pamiętam to jest to Sala Tronowa. I co do mieczy... Korytarz dalej jest zbrojownia.... Jednak w samej sali są symbole władzy króla. Halabarda oraz miecz. Tylko ten miecz jest bardzo długi. Więc nie wydaje mi się żeby władać mógł go dzierżyć. Jest raczej do ozdoby. Bo żaden przeciętny śmiertelnik go nie podniesie. 
Nałożyłam jedzenia dla chłopaka. Byłam przekona, że jest bardzo głodny. W końcu nic nie jadł przez dłuższą chwilę.
- Proszę. - rzekłam podając mu miskę. - I wybacz, że nie ma tu mięsa, jednak ja nie jadam go. Może czasem rybę. Kucharz doskonale wie o tym... Więc gdybym zaczęła brać z kociołka dla reszty mógłby nabrać podejrzeń. 
Uśmiechnęłam się do niego i zabrałam za swoją niedużą teraz porcję. Kiedy skończyliśmy posiłek Carreou postanowił trochę odpocząć, a ja wcieliłam mój plan w życie. Szybko odnalazłam obluzowane cegły i wyciągnęłam je, akurat w tym miejscu, gdzie otwór dawałby światło, ale jednocześnie był przysłonięty przed wzrokiem straży. Do środka wpadł zapach nocnego powietrza, a także zalała go srebrna poświata. Gdy się odwróciłam ujrzałam wpatrzone we mnie oczy mężczyzny. Wyglądał na takiego zagubionego. Podeszłam do niego. 
- Odpocznij trochę, panie Carreou. - Powiedziałam i bardzo delikatnie pogłaskałam go po włosach. Tak jak to robiłam ze swoim rodzeństwem, gdy któreś z nich bało się burzy. Bardzo za nimi tęskniłam. Uśmiechnęłam się do niego.
- Teraz na chwilę muszę iść. - Powiedziałam spokojnie.
Chłopak złapał mnie za dłoń, jakby nie chciał mnie puścić. Tak bardzo przypominało mi to mojego młodszego brata, który wiele razy zatrzymywał mnie po przeczytaniu bajki, bo chciał po prostu leżeć  wtulony w moją pierś i słuchać bicia mojego serca. Mistrz mówił, że będzie doskonałym magiem, przez te pokłady empatii, które w sobie ma. Pogładziłam Carreou po ramieniu.
- Przyjdę o świcie przed pracą. Zostaną z panem moi futrzani przyjaciele. Będą wiedzieć kiedy mnie zawołać. Są bardzo mądre, mimo że nie mówią ludzkim głosem. 
Carreou odprężył się, jednak wciąż nie puścił mojej ręki. Znów się do niego uśmiechnęłam.
- Zostanę z panem, aż pan zaśnie. Dobrze?
Mężczyzna pokiwał głową. Zaczęłam mu nucić moją ulubioną kołysankę, aż wreszcie jego oddech się uspokoił i spokojnie zasnął. Wtedy ruszyłam na górę. Kroki w uśpionym korytarzu rozbrzmiewały echem. Światło księżyca rozświetlało puste wnętrza. Cały zamek już spał. Tylko od strony sali tronowej od czasu do czasu dobiegały mnie głosy ucztujących tam jeszcze ostatnich gości króla. Cicho przemknęłam obok uchylonych wrót, powstrzymując chęć zajrzenia do środka. Weszłam przejściem dla służby w stronę sypialni. Wiele łóżek wciąż było pustych. Widać służba wciąż się uwijała przy tych na dole. Położyłam się na swoim posłaniu, i gdy tylko położyłam policzek na poduszce zasnęłam. 
***
Znów byłam w Mieście W Górze. Znów miasto stało w płomieniach. Ludzie i magowie walczyli ramię w ramię broniąc swojego domu. Ogień sięgał nieba i zdawał się zamykać nas pod swoją bursztynową kopułą. Szyby pękały z trzaskiem. Drewno skwierczało. Usłyszałam huk i odwróciłam się w tamtą stronę. To płonął Gmach. Nagle nade mną zamajaczyła uzbrojona postać. Próbowałam skrzesać płomienie na dłoni, jednak ze strachu wychodziły mi jedynie małe płomyczki.
- Wiedźma! - warknął ten ktoś. 
Uniósł miecz. W klindze odbiła się jego wykrzywiona gniewem i nienawiścią twarz. Już miała opaść na moją głowę, gdy uderzenie zbiło go z nóg. Ktoś podniósł mnie na nogi i zaczął ciągnąć za sobą. W osobie poznałam mistrza. Nagle zatrzymali nas ONI. 
- Ella! - krzyknął mężczyzna. - Uciekaj!
Zrobił dla mnie wyłom w ludzkiej gromadzie. Niewiele myśląc ruszyłam biegiem. Coraz bardziej mieszkańcy przestawali mieć przewagę. Magowie spoglądali na walczących przy ich bokach ludzi. Jeden z nich szepnął coś mężczyźnie, który dowodził ludźmi. Tamten gorączkowo zaprzeczył. Jednak mag był nieugięty. Poznałam w nim najstarszego z braci. Miałam już do niego podbieg, gdy zaczęło się dziać coś dziwnego. Magowie zaczęli znikać. Teleportowali się, a ludzie nagle rzucali swoją broń. Wkrótce nie czułam tutaj nikogo z magicznymi zdolnościami. Poza jedną osobą, ale wiedziałam, że ta osoba ma złe zamiary. Rozglądałam się za mistrzem. W końcu go ujrzałam. Leżał pod stertą płonących kłód. Rzuciłam mu się na pomoc.
- Mistrzu! Mistrzu! - Krzyczałam, ciągnąc go za ramię. - Obudź się! Obudź się, proszę!
Nawet palący ból nie powstrzymywał mnie przed szarpaniem bezwładnego ciała za rękaw. 
- A co my tu mamy? - usłyszałam głos.
Ktoś złapał mnie za ramię...
***
Czułam, że ktoś potrząsa moim ramieniem. Od razu się poderwałam do siadu. Do świtu pozostały jakieś trzy godziny. Czyli spałam jakąś jedną. W mroku poznałam perfumy Naemy i Leitii. Leitia? Zaraz.. Co ona tu robi? Przecież nigdy nie chciała zostać służącą...Chyba, że...
- Mea... - usłyszałam drżący głos Naemy.
Płakała? Od razu wzmogło to we mnie czujność i pojawiły się przejmujące dreszczem podejrzenia. Wyostrzyło to mi wszystkie zmysły. 
- Co się dzieje? - spytałam patrząc na nie.
- Ojciec... - zaczęła kobieta.
Poczułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Zaczęłam drżeć z nerwów, ale dałam radę wstać. A raczej się zerwałam. 
- Prowadź. - rzuciłam do przyjaciółki. 
Sięgnęłam po torbę z lekami, którą ukrywałam pod łóżkiem. Kiedy Leitia złapała mnie za nadgarstek, poczułam jej lodowatą dłoń.
- Zmarzłaś. - sięgnęłam po koc i zarzuciłam go na dziewczynę. - Ruszajmy.
Pozwoliłam się pociągnąć. Serce waliło mi bardziej przez nerwy niż szaleńcze tempo, które nam narzuciła. Fiolki z medykamentami cicho podzwaniały przy każdym kroku. Wydawały się nas pośpieszać. Prawie mogłam usłyszeć jak szepczą: szybciej! Mea, szybciej! Droga przez las nie przypominała niczym miłej przechadzki w świetle księżyca, a raczej dziki bieg, napędzany ogromnym lękiem. Tak samo droga przez miasto. Ciemne uliczki wydawały się kryć niebezpieczeństwo, a budynki nachylać się nad nami. Dodatkową trudność stanowili ludzie, którzy wciąż jeszcze bawili się na jarmarku. Na szczęście bratanica Naemy znała każdy zakątek miasta i wkrótce znalazłyśmy się poza miastem. Koszula nocna plątała mi się wokół kostek, utrudniając bieg, jednak nie zatrzymywałam się ani nie próbowałam jej podkasać, bo wiedziałam, że groziło to upadkiem lub stratą czasu. Czasu którego nie miałyśmy. Noc nie była wcale przyjemna. Wydawała się ciemnieć z każdą chwilą pomimo, że do świtu miało być blisko. Obozowisko było pełne płonących pochodni i ognisk. Ich blask nas oślepił, gdy weszłyśmy w krąg światła. Leitia pociągnęła mnie do namiotu, a za nami ruszyła Naema. Reinair mocno mnie objął, gdy tylko mnie zauważył po czym podszedł do Naemy. Roxalia trzymała w ramionach Lathię. Podeszłam do siennika, na którym leżał blady mężczyzna. Koszulę miał całą przemoczoną od potu, jego krople zbierały się także na czole. Położyłam mu dłoń na nim. Było całe rozpalone, a sam chory ciężko oddychał. Zmarszczyłam brwi. Przypadek, był bardzo ciężki. A Farian mógł umrzeć w każdej chwili. Czułam jak wszystko we mnie zamarza.
- Wyjdźcie stąd. - zaczęłam drżącym głosem. - Proszę... - Dodałam.
Naema trochę się opierała. Reinair szepnął jej coś na ucho i dopiero wtedy ruszyła za wszystkimi. Wychodząc raz jeszcze obejrzała się przez ramię. Podwinęłam rękawy. Wrzuciłam do moździerza trochę ziół i zaczęłam je rozcierać. Wlałam trochę leku  z fiolki, a także wody, aby łatwiej było wypić. Położyłam mu okład na czole.
- Farianie... - wyszeptałam. - Musisz to wypić. Pomoże ci.
Przytknęłam mu naczynie do ust. Jednak, dał radę wypić tylko kilka łyków, reszta spłynęła po brodzie, którą szybko otarłam. Widziałam, że był zbyt słaby, aby dalej pić. A to bardzo źle wróżyło. Byłam jednak bardzo zdeterminowana. Przez następną godzinę próbowałam wszystkich metod na obniżenie gorączki. Wszystkie, jednak zawiodły. W końcu, gdy skończyły mi się pomysły wiedziałam co muszę zrobić. Może się uda. Podeszłam do poły namiotu. Przez chwilę patrzyłam na ludzi krążących po obozie. Zatrzymywali się, szeptali, pocieszali. Najwięcej ich zebrało się przy głównym ognisku. Próbowali podtrzymać na duchu rodzinę Fariana. Wiedziałam, że polegając na mnie. Nie mogłam ich zawieść. Nie mogłam zawieść Fariana. Nie mogłam zawieść siebie. Opuściłam połę, która zakryła mi widok. Wróciłam do chorego. Położyłam mu dłoń na głowie i piersi. Pod palcami czułam bijące nierówno serce. Czułam strach, jednocześnie byłam gotowa to zrobić. Czułam łzy pod powiekami. Nie pozwolę ci odejść. Za dużo dla mnie znaczysz. Zamknęłam oczy Oczyściłam umysł ze zbędnych myśli, wspomnień, czegokolwiek co mogłoby mnie rozproszyć. Przez chwilę przypominałam sobie słowa zaklęcia. Kiedy je już całkiem pamiętałam, zaczęłam je wypowiadać. Pilnowałam każdego słowa, intonacji, aby zadziałało jak najlepiej. Czułam mrowienie w palcach, gdy magia powoli budziła się do życia gotowa wypełnić moje rozkazy, a także szczęśliwa, że w końcu spuściłam ją z uwięzi. Czułam jak wibrowała w powietrzu. Nie była mi jednak obca. Była moja. Nie zdążyłam, jednak dojść do połowy inkantacji, gdy Farian nagle się ocknął i złapał mnie za nadgarstek. Zdekoncentrowało mnie to na tyle, że przerwałam zaklęcie. Spojrzałam na niego. Wydawał się trochę zagniewany. Jednak widziałam w jego oczach zrozumienie.
- Mea nie rób tego. - powiedział patrząc mi w oczy.
Po raz pierwszy w czasie rozmowy z nim odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Nie mogłam. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Mistrz zawsze mówił, że nie powinniśmy ingerować w naturę czy procesy regeneracyjne. Ale nie miałam innego wyjścia. Za bardzo kochałam tego człowieka by pozwolić mu odejść.
- Ale... - zająknęłam się.
Miałam zamiar go przekonać, by mi pozwolił. Że to nic takiego.
Farian jedynie pokręcił głową. Wiedziałam, że nie ustąpi. Nie wolno nam było używać mocy wbrew woli innych. To była jedna z najważniejszych zasad.
- Zawołaj ich, proszę. - poprosił. - Chcę po raz ostatni ujrzeć moją ukochaną rodzinę.
- Ależ Farianie, o czym ty mówisz? - Poczułam łzy pod powiekami. - Nie rozumiem. Nie rozumiem...
- Doskonale rozumiesz Annmeo Mealinesenne. - powiedział używając mojego imienia i nazwiska. Zrobił to po raz pierwszy od dawna. Wiedziałam, że nie żartuje i sprawa jest poważna. - Na mnie już czas. Pora już odjeść z tego świata. Zawołaj więc ich wszystkich. Pragnę się pożegnać.
Wykonałam polecenie. Nie potrafiłam spojrzeć żadnemu z nich w oczy. Mała Lathia patrzyła na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Widziała łzy w moich oczach. Nie znała jednak ich źródła. Na pewno chciała mnie pocieszyć. Mały aniołek. Nachyliłam się do niej, tak jak w czasie naszych zabaw.
- Idź do niego. - Szepnęłam jej do ucha.
Dziewczynka posłusznie podeszła do Fariana i mocno się do niego przytuliła. A po niej każdy z jego rodziny zrobił to samo. Żadne z nich nie szczędziło łez i słów. Na koniec podeszłam ja. Długo trzymałam go w ramionach. Nie potrafiłam puścić. Nie hamowałam łez. Było mi strasznie źle.
- Nie odchodź. - szeptałam mocząc mu łzami koszulę. - Potrzebuję cię. Wszyscy cię potrzebujemy.
Mężczyzna pokręcił głową. Uśmiechnął się łagodnie i pogładził mnie po włosach.
- Wyrosłaś na wspaniałą odważną i piękną damę. Jestem z ciebie taki dumny. Jestem dumny ze wszystkich moich dzieci, z wnucząt. Z mojej wspaniałej i ukochanej rodziny. Do zobaczenia w Zaświatach. - Ostatnie słowa wyszeptał i opadł na poduszki. Odsunęłam się od niego.
- Odszedł... - wyszeptałam.
Usłyszałam szloch Roxalii i Naemy. Jednak jedyne na co patrzyłam to nieruchoma sylwetka mężczyzny. Niby wciąż była Farianem, jednak coś w niej sprawiało, że również nim nie była. Poczułam czyjeś małe dłonie próbujące dosięgnąć mojej. Mocno objęłam zapłakaną Lathię. Gładziłam ją po włosach, gdy moczyła mi koszulę nocną. Po chwili obok nas klęknęła Laitia i mocno nas przytuliłam. Odwzajemniłam uścisk. Czułam jak jej ciałem wstrząsa szloch. Zaczęłam więc gładzić ją, wolną ręką, po plecach.
- Będzie mi go brakowało. - szepnęła mi do ucha.
- Wszystkim nam będzie. Wszystkim. - Powiedziałam patrząc w przestrzeń. Czułam się pusta, jakbym wraz z Farianem straciła także istotną część siebie. I tak było. Odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu. Uratował mnie przed życiem na ulicy. Nagle zostałam oślepiona promieniami Słońca. To na horyzoncie powoli wstawał nowy dzień. Wtuliłam się w ramię przyjaciółki i przymknęłam oczy.
***
Nie chciałam wracać do zamku. Nie chciałam nigdzie iść. Najlepiej zakopałabym się w dołku i została tam na resztę swojego życia. Musiałam jednak wrócić. Czekał tam na mnie Carreou, któremu obiecałam, że przyjdę przed pracą. Czułam wyrzuty sumienia, że go tam zostawiłam. Że złamałam obietnicę. Nie potrafiłam się z tym wszystkim pogodzić. Nagle moje życie wykonało obrót o 180 stopni. Próbowałam pozbyć się mętliku z głowy. Wszystkie wysiłki spełzły na niczym. Siedziałam zapatrzona w płomienie, gdy obok mnie usiadła zmęczona Naema. Jej oczy były całe czerwone i spuchnięte od płaczu. Widziałam też worki ze zmęczenia. Objęła mnie ramieniem.
- Mea... - Powiedziała zachrypniętym głosem. - Weź kilka dni wolnego. Pozwalam ci. Możesz zostać w obozowisku, aż nie zorganizujemy pogrzebu... Później... Później... Później się zobaczy...
Pokiwałam kilka razy głową. Bałam się, że jeśli powiem chociaż słowo to się rozpłaczę.
- Nie wierzę, że go już z nami nie ma... - szepnęła znów kobieta. - Wiem, że zrobiłaś wszystko co mogłaś. Dziękuję ci.
Nie wszystko! Chciałam krzyknąć. Nie wykorzystałam magi do uratowania go! Nie możesz być dla mnie taka miła! To moja wina! Z oczywistych względów nie mogłam tego zrobić więc milczałam.
- Muszę na chwilę pójść po rzeczy... - Powiedziałam w końcu. - Wrócę w porze obiadu.
Nikt mnie nie zatrzymywał. Pożyczyłam pelerynę od Laitii, gdyż nie chciałam wracać przez miasto w samej koszuli nocnej. Mocno naciągnęłam kaptur na głowę. Ukryłam pod nim rozczochrane włosy oraz zapłakane oblicze. Idąc śpieszyłam się i nie zwracałam uwagi, że mogę kogoś popchnąć. W końcu dotarłam do lasku. W strumieniu obmyłam trochę twarz. Ruszyłam w dalszą drogę. Znów jednak płakałam. Poszłam tą samą drogą, która szłam wtedy niosąc za sobą Carreou, gdy został ranny. Nie miałam ochoty wpaść na nikogo ze służby. Nawet na kucharza, który był jak miły wąsaty wujek. Poza tym zatrzymaliby mnie bym coś robiła, a chciałam najpierw iść do pacjenta. Nie powinien być dłużej sam. Poczułam dreszcze, gdy przypomniałam sobie jego atak paniki. Zanim jednak weszłam do środka wytarłam rękawem oczy i twarz, aby pozbyć się śladów łez. Próbowałam przywołać na twarz uśmiech, jednak przez to poczułam łzy w oczach więc zrezygnowałam z nich. W końcu zebrałam się na odwagę i uspakajając oddech weszłam do pomieszczenia, odrzuciłam wcześniej kaptur, aby mógł od razu ujrzeć moją twarz. Carreou siedział przed kominkiem i grzał się w płomieniach ognia. Ucieszyłam się, że czuje się lepiej. Płomienie pięknie podkreślały jego urodę. Jego włosy wyglądały niczym płynne złoto. Cała sylwetka wydawała mi się emanować dziwną aurą. Przez chwilę wydawał mi się być nie z tego świata. Dopiero teraz zauważyłam jego uszy, który wyglądały jak u półelfów. Spostrzegłam je dzięki błyszczącym kolczykom. Gdy weszłam drgnął, ale może mi się to wydawało. Wciąż nie otwierał oczu.
- Witaj. - Powiedziałam mając nadzieję, że głos mi nie drży. - Przepraszam, że nie przyszłam rano. Musiałam pilnie gdzieś iść. Mam nadzieję, że Pan nie czuł się tutaj źle, gdy mnie nie było. 
Blondyn odwrócił się w moją stronę i zaczął uważnie mi się przyglądać. Widziałam złote plamki w jego błękitnych oczach. Patrzył na mnie jakby czegoś nie potrafił zrozumieć. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze wytarłam twarz. Byłam jednak sparaliżowana jego spojrzeniem by unieść rękaw i wytrzeć oczy. Chociaż może miało to związek z moim ubiorem. Wiedziałam, że koszula jest wymięta i brudna, a także że nie prezentuje się zbyt okazale. Nie potrafiłam się jednak odezwać. Czekałam więc na pierwszy ruch Carreou. Chciałam się uwolnić od tego jego uważnego spojrzenia.

<Carreou?>

czwartek, 31 maja 2018

Od Carreou do Annamea'i

Śpiew.
Przywiódł mu na myśl dawne czasy, kiedy jeszcze jako oficer we własnym wymiarze podróżował po Ziemi. Kiedy to zstąpił między ludzi, aby nieść Wolę Pana. Bo ten jeszcze wtedy był w ich świecie.
Pamiętał, że tamtego dnia padało. Dlatego, po wylądowaniu w miejskim skwerze, okrył się od razu płaszczem. Wzrokiem powiódł po wysokich, szklanych budynkach, prawie sięgających chmur. Mimo później pory, życie na ulicach kwitło w najlepsze, ludzie snuli się po chodnikach, samochody przejeżdżały przez kałuże, a panny lekkich obyczajów uśmiechały się, oblizując lubieżnie wargi. Jednak ignorował je całkowicie. Był zbyt skupiony na celu, dla którego tutaj zstąpił. Z tego powodu, wsunął jedynie głębiej ręce w kieszenie i ukrył twarz za kołnierzem płaszcza. Nie spoglądał na boki. Szedł przed siebie, co rusz schodząc komuś z drogi czy mrucząc niewyraźne "Przepraszam", co było jedynie formalnością. Bo i tak nikt nie zawracał sobie uwagi byle osobą, która i tak pojawiła się w ich życiu przelotnie, aby następnie zniknąć i pozostać w pamięci jedynie jako cień. I tym właśnie ludzie różnili się od aniołów — byli w stanie zapomnieć. A Edeńczycy? Boskie istoty?
Byli przeklęci wiedzą od początku aż do końca.
Pokręcił głową, chcąc odrzucić jasne kosmyki na bok bez używania rąk. Nie odczuwał jakoś specjalnej potrzeby, żeby wyciągać je i wystawiać na działanie deszczu czy chłodnego wiatru, który teraz dodatkowo muskał policzki młodzieńca, barwiąc je na różowo. Przyspieszył kroku, przez materiał owijając się szczelniej płaszczem. Kierował się już prawie na oślep, bo krople wody skutecznie uniemożliwiały podniesienie mu głowy. Dlatego kiedy wyczuł na swoim ciele przyjemne ciepło i ujrzał kątem oka, że mija żelazną bramę, odetchnął z ulgą. Zostało mu tylko pchnąć ciężkie wrota, co zrobił z chęcią. 
Wewnątrz wyciągnął ręce z kieszeni i rozejrzał się po wnętrzu kościoła. Było niezwykle piękne. Zbudowane głównie z białego, niezwykle czystego kamienia, z kolumnami, dźwigających misternie wykonane żebrowate sklepienie z freskami oraz kopułę nad główną częścią świątyni, a w dodatku, w bocznych nawach, posiadające rzeźby, obrazy czy inne relikwie. Carreou uśmiechnął się do siebie, widząc, jak ludzka trzódka celebruje istnienie Pana. Tak, jak powinno się to czynić.
Blondyn, słysząc westchnięcie, przerwał oględziny i skupił się na postaci, klęczącej przed ołtarzem. Od razu rozpoznał Metatrona. Te szare włosy, rozłożyste skrzydła, a w dodatku boska aura, godna posiadacza tytułu Króla Aniołów. 
Chłopak powoli podszedł do archanioła. Echo kroków oficera niosło się po wnętrzu katedry, rezonując od ścian. Dzięki temu Metatron wiedział, że jego gość przybył, mimo, iż zapewne wyczuł to od razu, gdy Carreou zstąpił na Ziemię. Zakończył więc swoją żarliwą modlitwę, podniósł się z klęczek i obrócił w stronę blondyna. Przywitali się skinięciem głów. Nie było czasu na inną wymianę grzeczności.
— Wzywałeś mnie, o wielki Metatronie — Skłonił się z uniżeniem, oddając cześć archaniołowi. Szaro włosy jedynie machnął dłonią, każąc mu wyprostować się. Nie przepadał za tą całą hierarchią, gdyż uważał ją za bezsensowną, jednak nie będzie kwestionował decyzji Ojca, czyż nie?
— Zbierz wszystkie anioły ze swojego oddziału i wracaj do Edenu. Jak najszybciej — powiedział Metatron bez ogródek, licząc, że Carreou nie będzie zadawał zbyt wielu niepotrzebnych pytań. Dlatego zignorował pytające spojrzenie anioła i kontynuował — Zajmijcie pozycje. Nie wpuszczajcie nikogo do Edenu, kto nie jest jednym z nas. Przekaż Gabrielowi, aby wzmocnił fortyfikacje...
Blondyn, jeszcze bardziej zdziwiony, chwycił wuja za ramię, kiedy ten zaczął znikać w plamie światła.
— Metatronie, dlaczego? Co się dzieje?
Król z wahaniem spojrzał w oczy bratanka.
— Lucyfer prowadzi wojska na Niebo. A ja mam zadanie do wykonania razem z Ojcem w innym świecie. Nie wiem, czy się kiedyś spotkamy, ale pamiętaj — Mężczyzna wskazał na miecz przy pasie Carreou, teraz zmieniony w parasol — Pilnuj Saula jak oka w głowie. Tylko on pomoże ci przeżyć.
A następnie, nie mówiąc już nic więcej, zniknął, pozostawiając Carreou z większą ilością pytań niż odpowiedzi.
Kiedy wychodził, w kościele niósł się śpiew anielskich chórów, żegnających Boga swymi smętnymi pieśniami.

Nagle głos dziewczyny ustał, a ja, wyciągnięty po raz kolejny z głębin własnego umysłu, zamrugałem kilkukrotnie. Nie wiedziałem, dlaczego to się stało, a nie miałem sił o to spytać. Wywnioskowałem jednak po wyrazie twarzy Mei, że po prostu jej obszerny zasób wiedzy w tej kwestii wyczerpał się. Uśmiechnąłem się więc delikatnie, a ten grymas powiększył się jedynie, kiedy usłyszałem kolejne pytanie.
— Jak długo już pan maluje, gdyż pana obrazy są naprawdę niezwykłe...
Wziąłem głębszy wdech, po czym powoli, stopniowo wprawiając w ruch poszczególne mięśnie i stawy, usiadłem na łóżku. Ciemnowłosa wyglądała, jakby biła się z myślami, jednak, mimo to, pomogła mi usiąść, a dodatkowo podała mi jeszcze jeden kubek wody. Podziękowałem jej cichym głosem.
— Jak długo maluję...? — W zamyśleniu spojrzałem na kamienny sufit, próbując zebrać myśli — Zacząłem szkicować, kiedy byłem w wojsku. Kiedy miałem czas, rysowałem pola bitew czy maszyny wojskowe. Potem, gdy w moim domu panował pokój... Zająłem się malowaniem. Czyli jakieś dziesięć lat. Pewnie więcej — Umyślnie skłamałem w kwestii czasu, gdyż wiedziałem, że informacja o kilku wiekach praktyki nie poprawi naszych relacji i wzbudzi więcej pytań. A na nie nie byłem w stanie odpowiedzieć. Pewna rzecz jednak zainteresowała Meę, gdyż ta po pokiwaniu głową, nagle się wyprostowała, splotła dłonie na podołku i wbiła we mnie te czujne spojrzenie.
— Był pan w wojsku? Jak to wygląda? — zapytała, przechylając głowę na bok. Widząc, że nie rozumiem do końca, do czego nawiązuje, szybko dodała — Wojna. Jak ona wygląda w rzeczywistości?
— Na pewno nie tak, jak mówią królowie — Zatrzymałem się na dłuższą chwilę, ponownie przytłoczony wspomnieniami — Wojna to walka, gdzie niewinni ludzie giną za wartości, które władcy wtłoczyli do ich umysłów. Walczą za coś, co ich nie dotyczy. — Wypiłem do końca wodę, po czym uniosłem kącik ust — Sam zaczynam mieć wątpliwości, czy dobrze robiłem. Jednak... To już przeszłość. Teraz bitwy, które wygrałem, stały się wyznacznikiem nowego jutra. I to się liczy. Tak przynajmniej próbuję to sobie wyjaśniać.
— Wiedziałam — szepnęła, zaciskając palce na materiale swojej sukni, po czym nagle wstała i zmierzyła mnie szybko wzrokiem — Powinien pan się położyć. Rany jeszcze się nie zagoiły.
Zaśmiałem się cichutko pod nosem, a następnie przekornie podniosłem się na własne, drżące z wyczerpania nogi. Zrobiłem ledwie krok do przodu i upadłem na kolana przed Meą. Świat zawirował mi przed oczami, lecz na szczęście nie zemdlałem. Dziewczyna jednak uznała to za znak, że miała rację i zmusiła mnie do położenia się na sienniku. Nie mogłem protestować, bo za każdym razem uciszała moją osobę wzrokiem.
— Jeszcze pan nie wyzdrowiał — oznajmiła, wracając do gotowania. A potem zaczęła coś mówić, lecz już jej nie słuchałem. Coś przykuło moją uwagę. Jakby ciche echo, woń magii i energii, tajemnicza więź przenikały przez kamień i docierały do mojej osoby. Znaczyło to tylko jedno.
— Co jest nad nami? — spytałem, a Mea przerwała swoją czynność i zerknęła na mnie przez ramię — Jakie pomieszczenie jest nad nami? Czy są tam jakieś miecze?

<Annamea?>

niedziela, 27 maja 2018

Od Annmea'i do Carreou

Słuchając słów chłopaka sięgnęłam po koc i delikatnie odkryłam nim jego drobne  ramiona. Odwzajemnił mi to bladym uśmiechem. Wiedziałam że był jeszcze bardzo slaby. Podeszłam do paleniska by sprawdzić czy ogień będzie jeszcze płonął, gdy będę w pracy. Wolny dzień powoli już mijał. Jutro musiałam wstać skoro świt, aby uwinąć się że wszystkim i móc wrócić do podopiecznego. Zaczęłam się zastanawiać co muszę zrobić. Wymyć kotły bo znając Annę i Sąd tego nie zrobią, nanieść wody na poranną herbatę, upiec chleb-w chłodni powinno być ciasto, bo znając kucharza to przygotuje je dla mnie-, zamieść dziedziniec z kurzu, wymyć okna na parterze, pomoc przy praniu. Tyle do zrobienia, a tak mało czasu. Nagłe bolesne stękniecie wyrwało mnie z moich rozmyślań. Od razu odwróciłam się w stronę Carreou i w kilku długich krokach znalazłam się przy nim.
— Coś się stało, panie Carreou? Coś pana boli? - zapytałam.
Zmartwiłam się, że mimo moich usilnych starań mężczyzna wciąż cierpiał. Bardzo delikatnie ujelam jego drobne dłonie i rozprostowałam palce. Na widok czarnych śladów mocno się zdziwiłam. Nie miałam pojęcia skąd mogły pochodzić. Czy raczej nie dopuszczałam.do siebie myśli że wiem. Szybko sięgnęłam po maść i bandaż ze stolika. Opatrzyła mi te osobliwe oparzenia, zastanawiając się czy nie będzie potrzebne coś więcej niż odrobina zielarskiej wiedzy. Szybko odrzuciłam pomysł użycia magii. Wspomnienia z przeszłości były wystarczającą przestrogą. Gdy zajmowałam się ranami, mięśnie blondyna nagle zwiotczały. Zrozumiałam że stracił przytomność. Delikatnie próbowałam go ocucić klepiąc po gładkich policzkach, gdy to nie poskutkowało postanowiłam zaczekać. Odstawilam miskę z jedzeniem na stolik i delikatnie ułożyłam mężczyznę na sienniku. Poczułam lekkie drapanie w kostkę. Klasa par czerwonych oczu przyglądało mi się uważnie. Uklękłam, aby móc posłuchać co mają mi do powiedzenia. Pani Naema bardzo się złości. Powiedział jeden z nich, ten najmniejszy. Ciągle krzyczy i krzyczy. Musisz iść na górę. Bo tobie też się dostanie od niej. Pisnął największy.
- Nie mogę go zostawić. - wyszeptałam.
Zastanowiłam się przez chwilę, patrząc na delikatne oblicze chłopaka.
- Proszę przypilnujcie go gdy mnie nie będzie. Postaram się przynieść wam coś z kuchni.
Szczury pisnęły w odpowiedzi. Szybkimi krokami skierowałam się na górę, do kuchni. Już w przeciwległym skrzydle słyszałam hałas dobiegający z kuchni. Oho. Ona jest więcej niż zła. Jeszcze bardziej przyspieszyłam kroku, by za chwilę otworzyć drzwi do prawdziwego piekła. Kuchnia wyglądała jakby przeszło przez nią tornado. Służące nieudolnie próbowały wszystko uprzątnąć, ślizgając się w rozlanej wodzie i prawdopodobnie dzisiejszej kolacji. Zaczęłam się cieszyć, że król wyprawia swój bankiet dopiero następnego wieczoru.
- Nie wytrzymam! - krzyknęła Naema. - Po prostu oszaleję z wami! Czemu zawsze musicie coś sknocić?!
Jej orzechowe spojrzenie padło na mnie.
- Mea! - krzyknęła, przedzierając się przez ten cały bałagan. - Muszę skrócić ci dzień wolny i prosić o pomoc. Widzisz co tu się dzieje. Muszę dopilnować dzisiejszej kolacji, a tutaj taki bałagan.
- Pani Naemo! - krzyknęła Anna, wpadając do środka. - Problemy w zachodnim skrzydle! Zrobiłyśmy część prania, jednak przez deszcz całe znów jest brudne. Spadło w błoto.
- Nie no nie wierzę. Idę tam. Ty Anna znajdź Sae i pomóżcie sprzątać! - Szybko wybiegła z pomieszczenia.
- Niech ona w końcu odpuści.... - mruknęła dziewczyna opuszczając kuchnię w poszukiwaniu przyjaciółki.
Ja tymczasem sięgnęłam po leżące na ziemi misy i garnki. I wyszłam z nimi na zewnątrz. Powietrze pachniało ostro i świeżo po deszczu. Widocznie służący zrozumieli o co mi chodzi bo wynieśli resztę garnkuch i mis na zewnątrz. Zabrałam się za mycie ich z zawartości podłogi. Pomogło mi tylko dwóch podkuchennych. Cała reszta próbowała uporać się z umyciem podłogi. Wieczór zaczął się już na dobre. Cicha symfonia świerszczy przerywana tylko odgłosem szczotek szorujacych po naczyniach. Otarłam pot z czoła. Aż do tej pory nie miałam pojęcia ile tego jest w asortymencie kuchni. Nigdy nie jest zbyt późno na naukę. Przeszło mi przez myśl. Mimo że rozgrzalam się w czasie mycia to i tak poczułam dreszcze, gdy zbierałam garnki i misy spowrotrm do kuchni. Gdy weszłam do środka poczułam ciepło płynące z palenisk. W jedynym czystym kotle bulgotała potrawka na kolekcję dla królewskoej rodziny i arystokracji. Ucieszyłam się że pomywaczom udało się jako tako wyczyścić podłogę. Jednak na stołach wciąż panował chaos. Jak tylko odłożyłam czyste naczynia, zabrałam się za selekcję obierek od czystych warzyw. Anna i Sae pomogły mi w tym, jednak odniosłam wrażenie że wciąż się na mnie gniewają. Po skończeniu wyniosłam obierki dla świń w oddalonym chlewie. Udało mi się kilak schować do kieszeni dla moich malych przyjaciół. Wtedy po raz pierwszy moje myśli powędrowały w stronę Carreou. Zastanawiałam się kim on jest. Na pewno nie był człowiekiem. Widac to bylo od uszu jak u pół elfa na krwi koloru złota skonczywszy. Pokrecilam przecząco głową. Był kimś innym to prawda ,ale przede wszystkim był kimś w potrzebie, kogo nie.moglam zostawić na samotna i powolną śmierć w środku lasu. Lub ta szybsza.przez rozszarpanie przez wilki. Zima była wyjątkowo sroga więc teraz szukały pożywienia, ryzykując zbliżenie do ludzkich osad. Przerzuciłam.wlosy na plecy, aby nie wpadały mi do oczu i skierowałam się w drogę powrotną. Gdy wróciłam potrawka już zniknęła. Został tylko brudny kocioł i kucharz, który właśnie odprawiał swoich podwładnych zaznaczając że mają być tu jutro wraz ze wschodem słońca inaczej za każdą minutę spóźnienia zarobią baty. Chciałam jeszcze zejść i zobaczyć co z chłopakiem, jednak natknęłam się na grupkę służących spieszących do sypialni i żeby nie wzbudzać podejrzeń musiałam iść z nimi. Doskonale zdawałam sobie sprawę z ryzyka ukrywania kogoś w zamku. Mimo że w tym momencie był bezbronny to i tak mogłam stracić pracę. Musiałam być bardzo ostrożna. Kiedy w końcu usiadłam na łóżku poczułam nieziemskie zmęczenie. Długie odmawianie sobie snu na pewno było tego sprawcą. Położyłam się więc próbując zasnąć. Jednak jak to zwykle bywa, gdy próbujesz to nie wychodzi. Przewracałam się na posłaniu wypatrując w ciemnościach czerwonych, małych oczek. Żadne się nie pojawiły. Odrzuciłam myśl że może zeszły.ze swojego posterunku, bo wiedziałam.ze na zwierzeta w przeciwieństwie do ludzi można zawsze liczyć. Na próżno również czekałam na powrót Anny i Sae. Doskonale wiedziałam, że pewnie znów zasnęły gdzieś w spiżarni na workach że zbożem. Gdy ciche trele ptaków zaczęły spadać przez uchylone okna postanowiłam wstać. Ubrałam się i zawiązałam włosy, by mi nie przeszkadzały. Zeszłam.na dół i zajrzałam do spiżarni. Obie dziewczyny spały w najlepsze. Przeszłam więc do pomieszczenia obok, gdzie bez problemu mogłam wykonać ich robotę. Zabrałam się za szorowanie przypalonych resztek jedzenia. Co jakiś czas znajdując kawałek mięsa czy warzywa, które skrzętnie odkładałam. Na koniec naniosłam wody. Nie było to proste zadanie, gdyż skostniałe palce po myciu zimną wodą ślizgały się na konopnym sznurze, który ciągnęłam by wyrobić wiadra z wodą z wnętrza studni. Akurat wnosilam.ostanie wiadro, gdy do środka wszedł kucharz.
- Mea! - krzyknął.zaskoczony. - Co ty robisz tak wcześnie? Powinnaś odpoczywać. Dziś dużo roboty.
Uśmiechnęłam się do niego grzecznie, dając tym samym znać że to nic wielkiego.
- Mam jeszcze trochę czasu, więc to ja upiekę chleb- kontynuował mężczyzna. - A z tego co wiem masz sporo prania do zrobienia po wczorajszym kataklizmie. Zajmij się tym. Ja zaraz obudzę te śpiące królewny w spiżarni i każe im tobie pomóc.
Kiwnelam kilka razy głową na znak że rozumiem, po czym udałam się do pralni, mieszczącej się obok sypialni służących. Ogromne sterty posortowanych ubrań piętrzyły się wszędzie w półmroku. Najpierw zajęłam się napaleniem w kominku, aby móc nagrzać wodę. Gdy tylko ogień wesoło zapłonął do środka weszły niezadowolone dziewczyny.
- Trzeba nanieść wody. -powiedzialam do nich.
Całkiem zignorowały moje słowa. Poczułam się z tym okropnie. Nie chciałam by tak było.
- Anna.. Ja. .- Zaczęłam.
Dziewczyna spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem.
- Przepraszam że powiedziałam że jesteś żałosna. Wiem że sprawiłam ci przykrość. Przepraszam. Nie złość się już.
Anna uśmiechnęła się tryumfalnie. Podeszła i poklepała mnie po ramieniu.
- I widzisz jak.milo?- rzekła wciąż tym samym uśmieszkiem. - Chodźmy po tę wodę bo znów ta wiedźma będzie wrzeszczeć.
Kiwnelam tylko głową i zaczęłam razem z nimi nosić wodę. Akurat, gdy pierwsza partia wody zagotowała się do pomieszczenia weszła reszta służby odpowiedzialna na ten dzień za pranie. Wszystkie osoby wesoło rozmawiały zastanawiając się jak się kto ubierze na dzisiejszy wieczór. W końcu wszystkie stosy zniknęły, a pranie dobiegł końca. W kuchni dostaliśmy śniadanie. Jak zwykle kucharz przygotował dla nas owsiankę. Później przez dwie godziny pilnowałam ognia w pralni, aby nie zgasł i pranie mogło się wysuszyć. Naema nie chciała.ryzykować powtórki z poprzedniego dnia. Gdy czas minął przyszła inna dziewczyna by mnie zmienić. Dołączyłam do kobiet myjących okna. Praca nie była może jakoś bardzo ciężka, jednak wymagała użycia dużej ilości siły. W końcu były one myte po raz pierwszy od końca jesieni. Wreszcie praca przyniosła efekty i szkło błyszczało w słońcu niczym kryształy. Zadowolona z efektów uśmiechnęłam się do siebie. Kiedy.mialam iść zamieść dziedziniec, zerwał się porywisty wiatr, więc Naema wysłała mnie do polerowania srebrnych sztućców i porcelanowej zastawy. Każdy uwijał się jak w ukropie, gdyż czas mijał, a wciąż było mnóstwo do zrobienia. Po szybkim obiedzie musieliśmy przygotować salę na bankiet. Stoły zdobiły bogate obrusy, drogie lichtarze oraz porcelanowe półmiski. Dodatkowo wszędzie były bukiety krokusów, nadające sali wiosenny wygląd. Po skończonym zadaniu Naema zebrała nas w pomieszczeniu dla służby, aby przydzielić zadania na wieczór. Na szczęście mnie ominęła praca, ale za to Anna i Sae musiały służyć do końca, za nie wywiązanie się z mycia kotłów. Do wieczora pomagałam w niewielkich pracach. W końcu zabrałam kociołek z kolacją oraz resztki i zeszłam do piwnic. Carreou wciąż jeszcze nie odzyskał przytomność. Nachylilam się nad nim by sprawdzić czy oddycha. Położyłam mu chłodna dłoń na czole. Na szczęście gorączka nie wróciła. Następnie nakarmiłam szczury i napalilam w kominku po czym zabrałam się za zmianę opatrunków. Poszło mi to sprawnie. Kiedy chciałam zjeść kolację poczułam że jednak nie jestem, aż tak bardzo głodna. Odstawilam więc naczynie na bok. Bardziej byłam zmęczona. Położyłam się przy kominku, by się zdrzemnąć. Nie było mi jednak dane długo cieszyć się snem, bo usłyszałam piski szczurów. Wiedziałam.co to znaczy..chwilę walczyłam.z sennością.
- Mea. - usłyszałam cichy szept. Tak cichy że na początku nie byłam pewna czy mi się nie zdawało.
— Mea, proszę, jesteś tutaj...? - ton głosu, a raczej przerażenie drgające w nim sprawiło, że od razu się poderwalam. Gdy podeszłam do jego posłania wciąż miał zamknięte oczy, jednak grymas jego twarzy mówił mi co czuje w środku. Wzięłam więc jego dłoń w swoją.
- Spokojnie. - powiedziałam ciepłym głosem.
Martwilam się że chłopak tak się boi. Mimo zmęczenia pozwoliłam sobie na delikatny uśmiech. Carreou długo wpatrywał się we mnie tym swoim zagubionym spojrzeniem błękitnych oczu, w których teraz w świetle ognia tańczyły złote plamki.
- Mea, proszę... - przełknął ślinę, jakby czuł suchość w gardle i mocniej-niz mi się wydawało że jest w stanie- ścisnął moja dłoń. — Proszę, tylko nie odchodź...
Niezbyt go zrozumiałam. Bo gdzie miałabym odejść? Fakt rano będę musiała iść do pracy, jak teraz mogłam z nim zostać cała noc. Pogładziłam go, drugą dłonią. uspokajająco po ramieniu.
- Zostanę tutaj z Panem, panie Carreou tak długo jak będzie pan tego potrzebował. - Ewentualnie mogłam wziąć dzień wolnego w pracy. Może Naema nie będzie i gniewać. - Więc spokojnie. Niczego pan nie musi się już bać. Jestem przy tobie.
Mimo moich zapewnień chłopak wciąż wyglądał na przestraszonego i wciąż nie puszczał mojej dłoni jakby bał się, że gdy tylko rozprostuje palce ja zniknę a on pogrąży się w całkowitej ciemności. Po wolna dłonią po stojący kubek z wodą.
- Proszę pić. Musisz dbać o dobre nawodnienie organizmu. Dzięki temu poczujesz się lepiej. - powiedziałam podając mu naczynie. Próbował usiąść ale musiał puścić moja dłoń. Kiedy to zrobił nawet nie drgnęłam. Po wyrazie jego twarzy poznałam, że był to dobry ruch, gdyż Carreou trochę się odprężył i wypił podsuniętą mu wodę. Gdy tylko skończył znów wziął moja dłoń w swoją. Jego dłoń była drobna i delikatna. Bałam się że jeśli mocniej ja ścisnę mogę połamać te drobne kosteczki. Posłałam mu delikatny i ciepły uśmiech, a ramiona znów odkryłam mu kocem. Żeby trochę wypełnić ciszę między nami zaczęłam mu cicho opowiadać o miejscu w którym się znajduje. Wyjaśniłam, że nikt poza mną nie wie o jego istnieniu i dlatego jest tutaj bezpiecznie, a nawet jeśli to i tak ludzie boją się tutaj chodzić, gdyż przez mieszkające stworzenia wydaje im się, że są tutaj duchy. Na wzmiankę o duchach Carreou pobladł jeszcze bardziej. Jednak zapewniłam go, że nie ma tutaj żadnych duchów. Bo gdyby były nie byłoby zwierząt, gdyż one niezbyt lubią towarzystwo zjaw. Oczywiście skrupulatnie omijałam temat swojej przeszłości. Nie wspomniałam też jak długo pracuje na zamku i co robiłam wcześniej. Nie wypytywałam go też o jego życie. Jednocześnie obserwowałam twarz chłopaka szukając oznak zmęczenia. Po raz pierwszy od lat tyle mówiłam i nawet mi się to podobało. W końcu, gdy skończyły mi się tematy i zapadła między nami cisza, gdyż Carreou milczał. Wydawał się jakby pogrążony we własnych myślach lub po prostu próbował poukładać sobie wszystkie informacje. Coś mi jednak mówiło że to o czym myśli to coś o wiele więcej. Coś co może wywołało ten atak paniki, gdy nie odpowiedziałam mu za pierwszym razem. Może tak obecność w piwnicy tak na niego działała. Postanowiłam usunąć kilka obluzowanych cegieł tak, aby do środka mogło wpadać słońce. Było to dość ryzykowne, ale wiedziałam że pomogłoby Carreou poczuć się lepiej. Zaplanowałam to na czas gdy będzie spał. Żeby się nie denerwował, że mogę mu nagle zniknąć. Żeby skierować jego myśli na inne tory, zaczęłam cicho nucić kołysanki, które śpiewali mi rodzice i starsze rodzeństwo, gdy byłam jeszcze mała i te same które następnie ja śpiewałam młodszemu rodzeństwu czy młodszym dzieciom z rodziny Fariana. Część miała swoje odpowiedniki w Wspólnej Mowie. Niektóre ludzie wciąż śpiewali mimo, że były w Starszej Mowie, a te które znałam tylko w mowie moich bliskich próbowałam tłumaczyć na Wspólną, a gdy nie mogłam znaleźć szybko ładnego i pasującego rymu, po prostu zamieniłam słowa na nucenie. Sama nie wiedziałam czemu to robię. Może dlatego że Carreou przypomniał trochę zagubionego, małego chłopca, który nagle stal się dorosły i nie wie co z tym faktem zrobić. Kołysanki zdawały się działać, bo chłopak był teraz trochę mniej spięty. Nawet jego oddech i rozszalałe serce zwolniły do powiedzmy normalnego rytmu. Cieszyłam się wewnętrznie, że mogę mu pomóc, przysłużyć się jakoś. Wciąż jednak z tyłu umysłu czułam, że ma jakąś tajemnicę, której być może mi nie zdradzi przed tym jak nasze drogi się rozejdą, a wiedziałam że to kiedyś nastąpi. Śpiewając jedną z kołysanek przypomniały mi się słowa mistrza, gdy tęskniłam za ptaszkiem, któremu kiedyś wyleczyłam złamane skrzydełko.
Nigdy nie żałuj, że komuś pomogłaś. Nigdy nie myśl o tym że lepiej gdyby dłużej chorował bo mogłabyś go dłużej mieć dla siebie. Nie ma nic bardziej zgubnego od chęci posiadania kogoś na własność. Pamiętaj więc, żeby nigdy nie czynić dobra dla własnej satysfakcji, bo to nigdy nie prowadzi w dobrą stronę.
Może wspomniałam jego słowa, dlatego że poczułam nagła tęsknotę za nieistniejącym już domem lub raczej dlatego że to on mnie jej nauczył. Podobno nieliczni znali jej melodię, a jeszcze mniej ludzi pamiętało słowa. W końcu skończyły mi się piosenki. Postanowiłam zapytać go o jedną rzecz, która mocno mnie ciekawiła.
- Jak długo pan już maluje, gdyż pana obrazy są na prawdę niezwykłe. - wyszeptałam.

<Carreou?>

sobota, 26 maja 2018

Od Carreou do Annmea'i

Drzwi uchyliły się nieznacznie, skrzypienie zmroziło krew w żyłach. Słaba smuga światła padła na kamienną podłogę w dole, wyciągając z ciemności delikatne zarysy beczek i skrzyń. Starszy, wyniosły mężczyzna spojrzał na nieruchome ciało chłopaka, na którego karku zaciskał dłoń. Jasne kosmyki, pozlepiane przez złotą krew w smętne strąki, przysłaniały delikatną twarz, lecz on wiedział, co się za nią ukrywa. Boskie stworzenie, dziecię światła, uosobienie chwały, glorii i wszystkiego, co dobre. Jednak, z drugiej strony, płomienny wojownik, przed którym drżą wymiary. Gotowy wymordować całe rodziny w imię Najwyższego. Jednym słowem, anioł, który teraz został sprowadzony do najniższego z możliwych poziomów.
Blondyn poruszył się nieznacznie, zadrżał i spróbował podnieść głowę, budząc tym w mężczyźnie odrazę. Zupełnie, jakby trzymał robaka, a nie istotę humanodialną. Dodatkowo, kiedy ujrzał mięśnie, wcześniej poruszające odciętymi skrzydłami, zapragnął w duchu odrzucenia od siebie tego bytu.
Dlatego opuścił jasnowłosego na podłogę i kopnął go w pokryty brudem bok, sprawiając, że chłopak stoczył się bezwiednie po schodach na zimną posadzkę. Anioł pisnął cicho, jednak poza tym, zachował ciszę. Tak, jak go nauczył.
— Zregeneruj się. Jutro nie będę tolerował twoich omdleń, rozumiesz, Carreou? — Mężczyzna po raz ostatni zmierzył ciało wzrokiem, po czym cofnął się i zamknął drzwi. Świetlista smuga powoli przebiegła po ścianie, zmniejszając się, aby ostatecznie zniknąć zupełnie, zostawiając anioła samego w chłodnym pomieszczeniu. Carreou przygryzł wargę z bólu, kiedy obrócił się z boku na brzuch. Mimo, że nic nie widział, zaczął się czołgać przed siebie, chcąc dotrzeć między skrzynie, jakby to miało dać mu schronienie przed agresywnym mężczyzną. Każdy ruch, każde posunięcie sprawiało mu niemiłosierny ból, ale mimo tego, posuwał się dalej. Nieznośne szumienie w głowie narastało z każdą chwilą, a ogólne osłabienie atakowało kolejne części ciała anioła. Do tego, ogarnął go wręcz paniczny strach, kiedy poczuł, że pod swoimi dłońmi nie czuje już kamienia, lecz trawę.
"Nie... Tylko nie to... Znowu..." pomyślał, nieruchomiejąc na ziemi. Musiał odpocząć. I to jak najszybciej. Wziął kilka głębszych wdechów, wypełniając płuca kłującym powietrzem. Powoli, nieznośnie powoli podniósł się wpierw na łokciach, później przedramionach i dłoniach, aby następnie zająć się obracaniem dolnej części ciała tak, aby mógł usiąść. Blondyn odchylił głowę, spoglądając na szkarłatne niebo, będące jedynie iluzją prawdziwego nieboskłonu. Widok zaszedł mu mgłą, zaczął się po raz kolejny przewracać. Cofnął się więc nagłym zrywem, opadając plecami na szorstki pień drzewa, jakich w tym miejscu było wiele. Powiódł wzrokiem po czarnych korach, wielobarwnych liściach i egzotycznych owocach. Sad wyglądał zupełnie jak edeński, gdyby zignorować to, że znajdował się w podziemnej krainie łez i rozpaczy. Infernie.
— Znowu się spotykamy, Carreou. 
Anioł zacisnął chude palce na trawie i poszukał wzrokiem właściciela głosu. I znalazł go.
Stał obok drzewa, jakby od niechcenia trzymając się jedną ręką zwisającej gałęzi. W drugiej trzymał dorodne jabłko, którego powierzchnia błyszczała niczym kryształ. Wyglądał młodo. Mógł mieć co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Jak za dawnych czasów, posiadał długie, jasne włosy, na ten moment zaplecione w warkocz, luźno przerzucony przez ramię. Jednak w granatowych jak wzburzone morze oczach czaiło się niebezpieczeństwo i doza... szaleństwa?
Nie miał skrzydeł. Musiał je ukryć. Bądź Carreou był zbyt słaby, aby je dostrzec. 
Grafitowa szata zaszeleściła, kiedy Lucyfer podszedł do chłopaka, kucnął przed nim i pogłaskał kciukiem po policzku. Widząc brak reakcji ze strony anioła, spoliczkował go, ciągle uśmiechając się ciepło i przyjaźnie. Łzy napłynęły rannemu do oczu, a cała poprzednia energia zniknęła. Być może sam Upadły nieumyślnie ją odebrał.
— Wiesz, oczekiwałem, że przynajmniej porozmawiamy jak wuj z bratankiem o twoim życiu — Młodzieniec pstryknął palcami, po czym opadł na wyczarowane krzesło. Dokończył jedzenie jabłka, przechylił głowę na bok i zerknął bez zainteresowania na podnoszącego się anioła. Obserwowanie jego nieudolnych prób zdawało się wprowadzać Lucyfera w stan specyficznej euforii. Lecz nawet Pan Piekieł nie ma nieskończonych pokładów cierpliwości, więc kilka chwil po tym, jak Carreou zupełnie znieruchomiał, zaśmiał się krótko i wstał.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo cię nienawidzę. Jak bardzo nienawidzę Michała, Gabriela, Rafała, nawet tego starego Tsafkiela! — W kilku pełnych dumy krokach podszedł do blondyna, chwycił go za kark i podniósł. Wszystkie dwanaście par złotych skrzydeł wyrosły w jednej chwili z pleców Gwiazdy Zarannej. Niebiański Ogień przemknął w formie kilku płomieni po ramionach młodzieńca, kiedy ten obrócił rannego w swoją stronę. Unosząc kącik ust, pochylił się nad uchem Carra, a anioł mógł jedynie zadrżeć, gdy ciepły oddech wuja musnął jego skórę — A wyrywanie serca Razjelowi było najpiękniejszą rzeczą, jaką zrobiłem od wieków. Żebyś mógł zobaczyć jego twarz, kiedy rozrywałem jego przyjaciół, kawałek po kawałeczku.. Na drobne strzępy...
Łopot skrzydeł wypełnił okolicę, a wiatr momentalnie zniknął. Nic się nie poruszało, jakby każda żywa istota w promieniu kilkudziesięciu metrów wymarła. Wszystko z powodu wysokiego mężczyzny, którego gniewne oblicze było poprzecinane siateczką ciemnych żył. Oczy były szare, a włosy, w przeciwieństwie do Lucyfera — kruczoczarne. Nawet skrzydeł było więcej, bo ku niebu kierowało się ich aż czternaście. Najwięcej w historii mieszkańców Edenu. Nawet tych, co upadli.
— Co znowu? Przeszkadzasz mi w rozmowie — Lucyfer puścił wystraszonego anioła i zwrócił się ku brunetowi — Jak zwykle, pragnę zauważyć, Samael.
— Wróć do zamku — Głos Sa'ela był niski, wręcz mrukliwy. Współgrał jednak idealnie z potęgą, jaką były archanioł wokół siebie roztaczał. Nawet u wyniosłego Lucyfera, który lubił szczycić się swym statusem, nie była ona tak wyczuwalna. Ciemnowłosy zgromił wzrokiem młodszego mężczyznę, kiedy ten otworzył usta, aby zaprotestować. Jutrzenka rzuciła długie spojrzenie bratankowi, po czym zerwała kolejne jabłko i zniknęła w obłoku mgły. Sa'el odczekał chwilę, a następnie ponownie posadził Carreou pod drzewem. Sam stanął w pobliżu i spojrzał w przestrzeń. Nastała cisza, podczas której można było usłyszeć nawet ciche bicie serca anioła. Blondyn splunął krwią na bok, czując, że metaliczna ciecz wypełnia mu usta. Samael wyszeptał zaklęcie, a ciało zdziwionego Carra zaczęło się leczyć.
— Zdaję sobie sprawę, że raczej mi nie ufasz, prawda? 
— W-Wrogowi ... trudno zaufać — Carreou odetchnął cicho, prawie że bezgłośnie, kiedy ból zaczął opuszczać jego organizm. Nadal jednak odrzucał od siebie myśl, że to wszystko dzięki Diabłu wcielonemu. Który dodatkowo, na domiar złego, przesunął się w stronę anioła i przysiadł obok niego, chcąc się zrównać z rannym. Dłoń Samaela ujęła podbródek chłopaka, obróciła jego twarz w stronę diabła. Sa'el przyjrzał się dokładniej ranom i bliznom młodziana, cmokając z niezadowoleniem.
— I ty na to pozwalasz? Oficer? Syn Razjela? Przecież mógłbyś zniszczyć to miasto od tak... 
— “Cierpliwy do czasu dozna przykrości, ale później radość dla niego zakwitnie.” — zacytował Carreou, zbierając w sobie siłę na odpowiedź — Nie chcę być też taki, jak wy. Zdradziliście ojca, bo unieśliście się pychą. A ty, Sa'elu, w dodatku odrzuciłeś najpiękniejsze dzieło Ojca...
Brunet ściągnął brwi, aby w następnej sekundzie chwycić chłopaka za nadgarstek i wyciągnąć jego rękę do przodu.
— Patrz — warknął, używając swojej mocy do ukazania wszystkich ran. Obrażenia, zarówno stare jak i nowe, pojawiły się wręcz na każdym fragmencie chudej i niewielkiej ręki. Anioł otworzył szeroko oczy, a jego dłoń poczęła niekontrolowanie drżeć, kiedy wszystkie dotąd odrzucane informacje wróciły do niego z podwójną siłą — I zgadnij, kto to robi. Ludzie. Ludzie, których tak ukochaliście. Chroniliście nierzadko za cenę własnego życia. A teraz? Teraz te same boskie twory tną cię na stole, torturują i wykorzystują dla własnej radości.
Samael puścił nieruchomego, spoglądającego pustym wzrokiem w przestrzeń Carra i wstał. Odwrócił się plecami do blondyna, był gotowy odejść, kiedy przystanął i obejrzał się przez ramię.
— Nie chcesz o tym myśleć, ale wiesz, że niedługo do nas dołączysz. To kwestia czasu. Będę na ciebie czekał, drugi Lucyferze.

Obudziłem się gwałtownie, zdezorientowany, słaby, wyczerpany fizycznie i Pan wie, co jeszcze. Każdy ruch był dla mnie niewyobrażalnym wysiłkiem, więc jedyne, co robiłem, to leżałem nieruchomo, wodząc zamglonym spojrzeniem po kamiennym suficie. Gdzieś z boku docierały do mnie odgłosy ludzkiego bytowania, które w pewnym momencie zmieniły się w kroki. Fala wspomnień zalała mój umysł, więc kiedy kobieca postać zbliżyła się do mnie, nie byłem w stanie nic powiedzieć. Spiąłem się zupełnie, wiedząc, że nie jestem w stanie się obronić i zapewne kolejna osoba mnie wykorzysta. A tego nie chciałem. Po prostu najbardziej w świecie nie chciałem. Bo uczucie bycia czymś, traktowanym gorzej niż zwierzę, nie jest przyjemne.
— Hej, już dobrze. — Ciepło w głosie, wyraźnie należącym do płci pięknej, nieco uspokoiło mnie. Bo w końcu, niewiasty są miłe. Prawda?
— Pić... — poprosiłem szeptem, a chwilę potem, kubek znalazł się pod moimi ustami. Młoda ciemnowłosa kobieta dodatkowo poprawiła poduszki, że mogłem jako tako usiąść. Powoli piłem, kojąc wysuszone gorączką gardło, a nieznajoma ścierała kropelki potu z mego czoła. Poczułem słabe ciepło na sercu. Ktoś... zajął się mną. To aż nierzeczywiste uczucie.
— Co się stało? — spytałem pewniejszym głosem, przenosząc nadal w jakimś stopniu wystraszone spojrzenie na dziewczynę, chłonąc szczegóły jej osoby. Głównie skupiłem się na szatach nieznajomej, gdyż te wyglądały inaczej niż te u panienek z bogatych rodzin. Wtedy przypomniałem sobie o spotkaniu grupy niewiast na rynku i dodałem dwa do dwóch. Zapewne była służką. To jednak nie było ujmą na jej honorze. Można nawet powiedzieć, że dodawało jej powagi i siły. Biorąc na to ślady na palcach ciemnowłosej, świadczące o ciężkiej pracy. Jednak, patrząc na wyraz twarzy dziewczyny, dawała sobie radę z natłokiem zajęć. Piękny przykład boskiego dzieła stworzenia.
— Napadli pana w lesie..
Wsłuchiwałem się w ciszy w słowa nieznajomej, kiedy opisywała wydarzenia poprzednich dni, w tym samym czasie próbując dostosować opowieść do chaotycznych myśli w moim umyśle. Tak, opowieść pokrywała się z lukami w pamięci, gdyż moje własne, ostatnie wspomnienie dotyczyło wychodzenia z miasta przez wysoką bramę na trakt, aby ruszyć do kolejnego miejsca, gdzie mógłbym sprzedawać obrazy, bez używania fałszywego imienia czy udawania, że nagłe napady paniki na widok ciemnych zaułków to nic takiego.
— Głodny? — spytała dziewczyna, kończąc swój wywód. Nie musiałem reagować, gdyż parująca misa zupy znalazła się przede mną. Z grzeczności zabrałem się za jedzenie, mimo, że moje wnętrzności były bardziej skręcone niż Jormungand. Prawie całkowicie skupiłem się na potrawie, kiedy to nagle dłoń ciemnowłosej skierowała się w stronę mego czoła. Zareagowałem instynktownie, cofając się szybko i spanikowanym spojrzeniem patrząc na dziewczynę.
— Spokojnie nic panu nie zrobię. Miał pan dużo szczęścia, że pana znalazłam w tym lesie. Swoją droga jestem Mea. Proszę mi powiedzieć co robił pan z tymi ludźmi na takim odludziu? Nie było to zbyt bezpieczne.
Mea. Ładne, proste imię. Pasujące do osoby o tak dobrym sercu jak ona. Skąd to wiedziałem? Chyba dzięki swej anielskości. Ciągnie swój do swego, czy coś...
— Carreou Afrei — powiedziałem po chwili ciszy, po przeanalizowaniu za i przeciw. Uznałem, że podanie prawdziwego imienia w tym przypadku może nie obróci się przeciwko mnie. — Tamtego wieczoru... Podróżowałem do innego miasta. Nie mogę sobie teraz przypomnieć, ale oni prawdopodobnie śledzili mnie od dłuższego czasu.
Mea skinęła w zamyśleniu głową, po czym sięgnęła po koc i narzuciła mi go na ramiona. Zachowywała się jak matka, co było niezwykle miłą odmianą. Odpowiedziałem jej delikatnym uśmiechem. Czy raczej jego cieniem. Następnie zerknąłem na dziewczynę, kiedy podeszła do paleniska, aby tam sprawdzić, czy ogień jeszcze się utrzymuje. Zacząłem pocierać palcami nadgarstki, wbijając wzrok w plecy Mei. Chciałem ją zapytać o coś jeszcze, lecz byłem zbyt niepewny, aby się odezwać. Prawdopodobnie muskałbym swoja skórę do momentu, aż ciemnowłosa skończy swoje zadanie i wróci, lecz nagle syknąłem z bólu. Brunetka jak na zawołanie odwróciła się i momentalnie, wręcz w kilku krokach, znalazła się przy sienniku.
— Coś się stało, panie Carreou? Coś pana boli? — Słyszałem w głosie dziewczyny prawdziwą troskę i dobroć. To samo dało się wyczuć również w jej ruchach, gdy ujęła mnie za blade dłonie, wyprostowała skostniałe palce i spojrzała jeszcze raz na skórę. Zobaczyłem zmianę w jej obliczu. W pierwszym odruchu, wyraźnie zdziwiła się, po czym przybrała zdeterminowany wyraz twarzy i sięgnęła po coś, co znajdowało się na stoliku. Przyjrzałem się dokładniej źródle bólu. Skamieniałem, a mój oddech gwałtownie przyspieszył. Bowiem na nadgarstku znajdowały się czarne ślady. Odpowiadające dokładnemu układowi palców Samaela z mojego snu. Przed oczami po raz kolejny pojawiła się ciemność, a ja, przez nagły stres, straciłem przytomność.

***

— Mea... — wyszeptałem po odzyskaniu świadomości. Nadal nie byłem jednak w stanie otworzyć oczu, a w głowie miałem zupełną pustkę. To cud, że w ogóle zapamiętałem imię mojej bohaterki — Mea, proszę, jesteś tutaj...?
Ton skoczył mi o kilka oktaw, poddając się atakowi paniki. Zrozumiałem to po nagłym przypływie zimna w okolicy łomoczącego w piersi serca, nagłych skurczach palców i ogólnemu poczuciu bycia obserwowanym. Wszystko przez odciski. Wszystko przez te ślady, których nie powinno tam być!
Przygryzłem wargę, próbując znaleźć rozwiązanie.
Wszystko, co kiedyś robiłem, działało raz, może dwa. Potem musiałem szukać innego sposobu. Jednak w takim stanie, graniczy to wręcz z cudem. Co mam zrobić? Nie chcę znowu zacząć się bać, rozpłakać, zacząć krzyczeć!
Sivi.
Co by zrobiła moja Duża Cholera? On na pewno miałby jakiś pomysł, pomógłby mi, uratował...!
— Spokojnie... — Kojący, ciepły głos wrócił, a czyjaś dłoń wplotła się w moją i uścisnęła ją, opanowując drżenie. Nabrałem nieco głębszy wdech, zmusiłem się do otworzenia oczu. Spojrzałem zaszklonym wzrokiem na Meę. To ona była przy mnie. Wyglądała na zmartwioną i zmęczoną. Być może była w pracy. Spojrzałem jej długo w oczy. Miały niezwykle piękną, różowo — fioletową barwę. Jak fiołki. Albo lilie w ogrodzie Metatrona, chluba archanioła. Podobno sam je wyhodował.
— Mea, proszę... — Przełknąłem ślinę, chcąc załagodzić pieczenie w gardle. Wzmocniłem uścisk, próbując nie użyć do tego całej swojej siły, co było niezwykle trudne — Proszę, tylko nie odchodź...

<Mea?> 

środa, 23 maja 2018

Od Annmea'i do Carreou

Po długiej i mroźnej zimie w końcu spod śniegu zaczęły wyglądać nieśmiałe, delikatne łodyżki przebiśniegów. Powietrze znów pachniało ciepłem. A przede wszystkim zaczęło wypełniać się śpiewem ptaków, po miesiącach lodowatej ciszy. W ciągu zaledwie jednego tygodnia świat przeszedł niespodziewaną metamorfozę. Cały śnieg zniknął, a trawa zazieleniła się. Przebiśniegi i krokusy kwitły na każdym kroku. Służba też odetchnęła. Nie było już potrzeby palenia w setkach kominków i pilnowania, aby ogień nie wygasł. Nie trzeba było już parzyć tyle herbaty, gdyż zrobiło się ciepło. Nie musieli już czerpać wody na mrozie i balansować na pokrytym lodzie dziedzińcu, gdyż obie te rzeczy po prostu rozpłynęły się w cieple słońca. Na dodatek niedługo miał się zacząć Wielki Wiosenny Targ. Służba była więc niezwykle podniecona tym faktem. Na dwa dni przed początkiem targu Naema wysłała mnie razem z Anną i Sae do miasta po sprawunki. Rano spakowałam torbę z medykamentami, gdyby ktoś z mieszkańców potrzebował pomocy.
Dziewczyny jak zwykle zamiast skupić się na zakupach rozglądały się dookoła szukając jakiś "przystojniaków", jak zwykły mawiać. Dzięki Bogu, Naema dała mi pieniądze. Miałam pewność, że gdyby otrzymały je te dwie trzpiotki, zaraz by ktoś je okradł lub by je zgubiły. Kolorowe stragany, kolorowo ubrani ludzie, tysiące głosów, istna kakofonia potrafiły przyprawić człowieka o ból głowy. Szczególnie po zastoju panującym w zimowych miesiącach. Kupowałam właśnie marchewkę, gdy niespodziewanie Anna złapała mnie za ramię. Prawie upuściłam ciężką torbę z warzywami.
- Oszalałaś? - warknęłam.
Ledwo zdążyłam zapłacić, gdy z kolei Sae pociągnęła mnie w swoją stronę.
- Mea patrz! - pisnęła mi do ucha.
Skrzywiłam się i pozwoliłam zaciągnąć tam gdzie chciała. Pod jedną z kamienic rozstawił się jeden z wielu artystów.
- Patrz jaki piękny! - rozpływała się tym razem Anna.
Wyplątałam się z objęć dziewczyn i spojrzałam, na wspaniały obraz. Chłodne barwy i spokojne, delikatne linie. Może mi się wydawało miały symbolizować samotność. Wyciągnęłam dłoń i musnęłam delikatnie płótno. Niesamowite. Pomyślałam.
- Nie obraz głuptasie. - zachichotała Sae. - Autor.
Powiedziałam to na głos? Wtedy podniosłam wzrok i ujrzałam mężczyznę. Blondyn. Bardzo szczupły. Błękitnooki, jak niebo. Mimo, że stałam kawałek od niego czułam, że za tym niewinnym obliczem skrywa jakąś tajemnicę.
- Masz rację Sae. Jednak jego obrazy są warte uwagi. - stwierdziłam.
Dziewczyny prychnęły z politowaniem.
- I oto dlaczego nie znajdziesz sobie męża. - rzekła Anna, zarzucając mi ramię na szyję.
- Nie dotykaj mnie! - warknęłam odpychając ją.
Wróciłam do kontemplacji dzieła. Spodobał by się mistrzowi. A ojciec w ogóle oszalałby na jego punkcie.
- Zainteresowana kupnem? - usłyszałam jego głos.
Podniosłam wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Błękitne jak niebo tęczówki wpatrywały się w moje. Cofnęłam się o kilka kroków. Dziewczyny za moimi plecami piszczały podniecone. Pokręciłam przecząco głową.
- Pańskie dzieła są zbyt cenne, aby wisiały w pomieszczeniu dla zwykłej służącej. - Powiedziałam z przepraszającym uśmiechem.
Odsunęłam się, bo musiałam kontynuować zakupy. Zerknęłam na zegar na wieży kościoła. Powinnyśmy się pośpieszyć inaczej Naema nas skrzyczy.
- Nie zapytałaś go jak ma na imię?! - warknęła do mnie Anna, gdy tylko oddaliłam się kilka kroków.
- Po co? - spytałam oglądając pietruszkę.
- Jak to po co? Jak to po co?! Mogłabyś nas później z nim poznać!
- Jesteś żałosna... - wymsknęło mi się.
- Mów tak dalej. Ja przynajmniej mam rodzinę. Jak myślisz, która z nas ma większe nadzieje na lepszą przyszłość?
- Anna...- zaczęła niepewnie Sae.
- Jesteście siebie warte. - mruknęłam, czując kłujące łzy pod powiekami. - Idę odwiedzić Fariana. Powiedzcie Naemie, że wrócę później.
Wepchnęłam im w dłonie kosze oraz pieniądze. Zanim zdążyły coś powiedzieć szybko się oddaliłam. Idąc przez plac, raz jeszcze rzuciłam wzrokiem na obrazy. Ten, który tak mi się podobał zniknął. Widocznie ktoś go kupił. Nic dziwnego w końcu był przepiękny. Nagle usłyszałam płacz jakiegoś dziecka. Spojrzałam w kierunku, którego dochodził dźwięk. Obok fontanny leżał mały chłopiec, który się przewrócił. Szybko podbiegłam do niego, unosząc fałdy spódnicy by się nie przewrócić. Podniosłam małego i posadziłam na murku fontanny. Z rozbitego kolana płynęła krew. Zmarszczyłam brwi. I zaczęłam grzebać w torbie. Najpierw nabrałam trochę wody by umyć ręce a potem znów, tym razem na później. Wytarłam kawałkiem materiału krew, a następnie posmarowałam maścią.
- Lepiej? - spytałam malca.
Ten uśmiechnął się do mnie szeroko. Po chwili przez tłum przeciskała się jego matka.
- Malcolm! - krzyknęła gdy nas zobaczyła. - Mój Boże wszystko dobrze?
Złapała syna w objęcia. Ja w tymczasie umyłam ręce. Schowałam rzeczy do torby obiecując sobie, że jak tylko przyjdę do obozowiska przyjaciół, spalę zakrwawiony kawałek materiału.
- Dziękuję pani.
- Nie ma za co. To moja robota.
- Ile płacę? - spytała
Przyjrzałam się jej ubiorowi. Od razu poznałam, że jest biedna. Wszystkie pieniądze pewnie wydaje na synka. Uśmiechnęłam się do niej lekko.
- Nic. I proszę. - podałam jej mały słoiczek. - Proszę smarować raz dziennie. Nie trzeba tego dużo i starczy pani na długo.
Łzy stanęły kobiecie w oczach. Zamknęła mnie w uścisku.
- Dziękuję! Jest pani taka dobra!
Delikatnie wyplątałam się z jej objęć.
- Nie ma za co. Pomagam ludziom i nie oczekuję niczego w zamian.
Po tych słowach kobieta pożegnała się, a chłopczyk przytulił mnie na do widzenia.
- Dobrze, że są na tym świecie jeszcze dobrzy ludzie. - powiedziała jego matka zanim odeszła.
Uśmiechnęłam się do nich. Gdy znów rozejrzałam się po placu, zauważyłam że tajemniczy malarz przyglądał się tej scenie. Szybko zniknęłam w tłumie, aby pozbyć się jego badawczego spojrzenia. Wkrótce wyszłam z miasta i dotarłam do polany, na której swoje miejsce mieli cyganie. W czasie zimy mieszkali w niewielkich domkach w lesie,a na resztę roku wracali pod miasto. Akurat stawiali największy namiot. Lathia biegała razem z innymi dziećmi, jednak gdy tylko mnie zobaczyła odłączyła się od nich i przybiegła się przywitać.
- Mea! - pisnęła skacząc mi w ramiona.
Przytuliłam dziewczynkę. Przez zimę dużo urosła i miała coraz więcej siły.
- Rośniesz jak na drożdżach Latti. Niedługo będziesz mogła utrzymać mały miecz w dłoniach. A wtedy nauczę cię szermierki. Co ty na to? - spytałam.
- Naprawdę?!- jej szmaragdowe oczy rozbłysły w ciemnej twarzyczce.
- Oczywiście, jeśli tylko Roxalia się zgodzi.
- Yey! - pisnęła.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Biegnij do reszty. - pocałowałam ją w czubek głowy.
Podeszłam do ognia i spaliłam tkaninę.
- Znów komuś coś się stało? - spytał znajomy, stary głos.
- Farian! - mocno przytuliłam się do mężczyzny, który zastępował mi ojca. - Jak miło jest ciebie widzieć.
Pogładził mnie delikatnie po głowie i policzku.
- Cieszę się, że cię widzę. Chodź, muszę usiąść.
Pozwoliłam mu się na sobie oprzeć. Ze zgrozą zauważyłam, że się postarzał. Wciąż widać, że miał dużo krzepy i werwy, jednak ten ogień, który kiedyś tlił się w jego orzechowych oczach, dziś przypominał mi jedynie kaganek, który silniejszy powiew wiatru może łatwo zgasić.
- Co się stało? - zapytałam go.
- Przez zimę sporo chorowałem.
- To do ciebie nie podobne. - rzekłam z lekkim uśmiechem, mając nadzieję, że żartuje.
- A jednak, skarbie. Na każdego kiedyś przychodzi czas by się rozchorować.
- Ale nie na ciebie. Zawsze byłeś zdrowy.
Starzec pokręcił przecząco głową. Zapatrzył się w płomienie ognia.
- Nie kochanie. Byłem wtedy młody. Jak ty, jak mój syn i wnuczki. Wiesz, że kiedyś mnie zabraknie na tym świecie. Będziesz wtedy musiała dać sobie radę beze mnie.
- Ale Farianie... - poczułam łzy pod powiekami.
Przerwałam i tylko go przytuliłam.
- Kocham cię, jak ojca. Jesteś dla mnie ważny. - wyszeptałam.
- Ja ciebie też kocham. Ale na każdego przychodzi czas. Czy twój mistrz cię tego nie uczył?
- To był temat naszej pierwszej lekcji. Powiedział mi wtedy: "Kiedyś moja Annmea'o zabraknie mnie wśród żywych. Jednak do tego czasu zdążę uczynić cię jednym z potężnych magów. Zdołam ukształtować twoją moc, tak aby służyła dobru. Jeśli jednak nie dam rady, musisz mi obiecać, że zrobisz to sama lub z czyjąś pomocą. Że nie porzucisz swojego dziedzictwa, które jest w tobie."
- To samo powtarzam swoim dzieciom. - rzekł mężczyzna.
Po czym spojrzał w niebo.
- Powinnaś już iść. Zbliża się deszcz.
Kiwnęłam lekko głową. Jeszcze się nie zdarzyło, aby jego prognoza się nie sprawdziła. Wstałam i złapałam jego dłonie w swoje.
- Zostań na tej ziemi tak długo, jak tylko zdołasz. O to tylko cię proszę.
Posłał mi lekki, zmęczony uśmiech.
- Dobrze panienko.
- Mówiłam ci, że... - zacięłam się. - Nie ważne.
Posłałam mu ciepły uśmiech po czym pożegnałam się. Kiedy mijałam duży namiot, przywitałam się z resztą jego rodziny, po czym pośpieszyłam w stronę zamku. Idąc leśną drużką, nagle usłyszałam odgłosy walki. Albo raczej coś co brzmiało jak walka. Prędzej to ktoś próbował się bronić przed napastnikiem. Wygrzebałam sztylet z fałd spódnicy i ruszyłam w kierunku dźwięku, przygotowując po drodze zaklęcie obronne. Dzięki braciom, potrafiłam poruszać się bezszelestnie. Teraz oprócz dźwięku walki słyszałam jęk tego co był atakowany. Pierwsze krople deszczu zaczęły padać na ziemię. Przyśpieszyłam kroku. Gdy przybyłam na miejsce ujrzałam dwóch potężnych mężczyzn, okładających drobnego mężczyznę. W pobliżu leżał porzucony sztylet. Gdy tylko mnie zobaczyli jeden z nich szybko ukradł sakiewkę ofierze. Po czym powalił ją na ziemię mocnym ciosem. Chyba zamierzali rzucić się teraz na mnie.
- Co taka panienka robi w miejscu takim jak to? - spytał głupio jeden z nich.
- Może pozwolisz się odprowadzić dwójce gentelmanów? - rzekł drugi.
- Dobrze wam radzę stąd iść.
- Bo co? - ten większy udawał hardego.
- Ostrzegam was. - i na potwierdzenie słów wyciągnęłam dłoń, na której rozbłysł ogień.
- Czarownica! - wrzasnął jeden z nich. - Lepiej uciekajmy!
- Tylko blefuje.
Uniosłam brew w geście mówiącym "czyżby?". Po czym posłałam ognistą kulę, która roztrzaskała skałę za ich plecami. To zmusiło ich do ucieczki. Gdy tylko zniknęli wśród drzew podbiegłam do nieznajomego. Był ogłuszony, ale widocznie wziął mnie za zagrożenie, gdyż nagle zerwał się z błota i próbował uciec. Jego koszula była cała w brunatnych plamach od błota i -zadrżałam- krwi. Nie mógł jednak daleko odbiec, przez obrażenia.
- Poczekaj! Nie skrzywdzę cię! - krzyknęłam za nim.
Nieznajomy zatrzymał się i obrócił, rozpoznałam w nim malarza z wcześniej. Deszcz padał już obficie, całkowicie przemacząc mężczyznę. Ja na szczęście miałam płaszcz, który mnie chronił. Nagle mężczyzna zachwiał się. I upadłby twarzą w błoto, gdybym go nie złapała. Był jeszcze drobniejszy niż mi się początkowo zdawało. Co więcej był niezwykle lekki. Z tego miejsca najbliżej było do zamku, jednak wiedziałam jak zareaguje Naema, gdy zjawię się z pół-żywym mężczyzną. Na dodatek tym którego Sae i Anna widziały na targu. Najlepsze rozwiązanie to było zabranie go do mojej kryjówki pod zamkiem. Do nieuczęszczanej części piwnic. Dreszcze mężczyzny przerwały mi moje rozmyślania. Zdjęłam z siebie płaszcz i zarzuciłam go na drobne ciało. Jedno było pewne. Nie mogłam go tutaj zostawić.
***
Droga do zamku zajęła mi o wiele więcej czasu niż zwykle. Kiedy dotarłam do tajnego przejścia byłam już całkiem przemoczona. Późniejsza droga przez ciemne korytarze również nie należała do najprostszych. Jednak, gdy dotarłam do nieuczęszczanej części piwnic - służba myślała, że są nawiedzone- poszło już łatwo. Słyszałam przemykające w ciemności szczury, zainteresowane moim gościem. W końcu weszłam do mojej kryjówki za załomem muru, w komnacie, której nikt poza mną nie widział od stuleci. Położyłam chłopaka na sienniku. Zapaliłam świece, aby widzieć. Wiedziałam, że to ryzykowne, ale napaliłam w kominku. Miałam nadzieję, że plany mówiły prawdę i jest komin łączy się z tym w kuchni. Więc nikt nic nie zauważy. Obejrzałam jego obrażenia. Były dość poważne i niebezpieczne. Szybko wzięłam się za oczyszczanie, zszywanie i opatrywanie ich. Widziałam blizny na jego ciele. Czyli już wcześniej miałeś takie wypadki. Mam nadzieję, że wtedy ktoś się tobą zaopiekował. Kiedy skończyłam byłam mocno zgrzana. Więc szybko przebrałam się w inną suknię. W ogniu spaliłam poszarpaną koszulę. Obiecałam sobie, że znajdę jakąś inną. Pewnie ten młokos Peter mi jedną da. Zrobi wszystko o co go poproszę od czasu, gdy wyleczyłam jego nogę po tym jak spadł z konia i zwierzę mu ją złamało. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wkrótce malarz spał spokojnym snem. Wiedziałam, że muszę wracać na górę, powiedziałam więc szczurom by któryś z nich do mnie przyszedł jeśli chłopak się obudzi lub jego stan się pogorszy. W środku nocy poczułam lekkie łaskotanie. Kiedy się obudziłam ujrzałam dwoje czerwonych oczu wpatrujących się we mnie. Kiwnęłam lekko głową. Zabrałam koc i zeszłam na dół. W nocy mężczyzna dostał gorączki. Położyłam mu dłoń na głowie i poczułam że jest cały rozpalony. Do świtu próbowałam ją opanować, aby go nie zabiła. Zmieniałam okłady i przepoconą pościel. Oczyściłam również rany. Dopiero kilka chwil przed wschodem słońca nieznajomy spokojnie zasnął. Czułam jednak, że wciąż jest rozpalony. Po kilku dniach rany zaczęły się goić jak należy, a temperatura spadła do odpowiedniego poziomu. Byłam niewyspana i odbiło się to na mojej pracy. Naema kazała mi wziąć sobie dzień wolnego i odpocząć. Ale bez opuszczania zamku. Podgrzewałam sobie obiad, gdy usłyszałam poruszenie od strony siennika. Od razu odstawiłam kociołek z zupą na bok. Nalałam wody do kubka. Nieznajomy był mocno zdezorientowany i wydawał się przerażony.
- Hej. Już dobrze. - wyszeptałam ciepłym głosem.
- Pić... - wyszeptał.
Kiwnęłam lekko głową i pomogłam mu się napić. Poprawiłam mu poduszkę, tak by mógł siedzieć. Wytarłam jego spocone czoło.
- Co się stało? - spytał gdy już zaspokoił swoje pragnienie.
- Napadli pana w lesie. - powiedziałam i szybko zrelacjonowałam mu to co się działo. Pominęłam tylko fragment o ciskaniu ognistą kulą w opryszków. Uznałam, że jest już zbyt przerażony samym faktem obudzenia się w jakimś nieznanym miejscu.
- Głodny? - spytałam podchodząc do kociołka z parującym jedzeniem. Nałożyłam mu trochę do miski i podałam.
Nieznajomy przyjął danie. Dotknęłam jego czoła by sprawdzić czy gorączka całkiem ustąpiła. Cofnął się niepewnie.
- Spokojnie nic panu nie zrobię. Miał pan dużo szczęścia, że pana znalazłam w tym lesie. Swoją droga jestem Mea. Proszę mi powiedzieć co robił pan z tymi ludźmi na takim odludziu? Nie było to zbyt bezpieczne.

<Carreou?>