Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ranny ptaszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ranny ptaszek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

Od Naix'a do Madelyn, Rahelii

Czas był ostatnio dziwny. Inny. Niby każdy dzień płynął swobodnie, dryfując po tych samych torach co zwykł zmieniać minuty w godziny, a godziny w dni, ale tym razem coś się zmieniło. To czego zawsze brakowało, te kilka dodatkowych chwil, o które codziennie prosił Twój zmęczony organizm, teraz zamieniło się w cichą i spokojną bezmyślność. Brak celu, brak sensu i dużo, dużo czasu. Ile to już przesiedziałem w tej karczmie? Ile dni wegetowałem włócząc się wciąż po tych samych drogach czy patrząc przez okno na ludzi, którzy wciąż pospiesznie biegali od jednego obowiązku do drugiego, próbując zarobić na życie. Zdobyć grosz, który u mnie pojawia się za jednym sprawnym ruchem nadgarstka, przecinającym wątły sznur dzielący mnie od sakiewki jakiegoś biedaka. Tylko tyle. A starczało na to, by marnować kolejne dwa czy trzy tygodnie w tej zapyziałej tawernie.
- Ile to już minęło? - Mruknąłem sam do siebie, w umyśle próbując przywołać obraz poprzednich dni. W głowie jednak miałem pustkę. Wszystko zlewało się w jedną, bezsensowną plamę, doby mieszały ze sobą, a jedynym źródłem informacji mógł być karczmarz czy te starannie wypolerowane drewno w miejscu gdzie zazwyczaj opierałem dłonie. Na pozostałej części zdążył już zalęgnąć kurz. - Cóż, przynajmniej trochę pomogłem im w sprzątaniu. - Wysiliłem się na żart choć moje usta nawet nie drgnęły. I tak prawda jest taka, że nikt tu nawet nie myśli o myciu parapetów, a tym bardziej nikt się tym nie przejmuje. Zresztą... po co?
Aleś optymistyczny, chłopie. Usłyszałem własne myśli. Normalnie zbyłbym to wszystko zwykłym uśmiechem, wyrzucił w kąt wspomnienia, oderwał się od tego durnego okna i ruszył dalej. Przed siebie. Do kolejnego miasta, kolejnej krainy, kolejnej przygody póki, by mi to wszystko nie obrzydło i nie wychodziło uszami. Zdawałem sobie sprawę, że takie życie nie trwa wiecznie, a mój, ekhem, zawód trzeba będzie kiedyś zmienić, ale miałem jeszcze czas. Nic mnie nie trzymało, z nikim się nie związałem i nie miałem się o kogo bać. Mogłem narażać swoje życie bez końca, nie martwiąc się, że ucierpi na tym ktoś inny. Może za kilka lat do tego dojrzeję, może kiedyś zapragnę spoczynku, ale to wciąż odległe plany. Które zawsze może pokrzyżować jakiś miły loch czy stryczek. Choć znając życie to prędzej to drugie. - prychnąłem. Zdecydowanie nie miałem dziś humoru.
Dlatego, w ostatniej, desperackiej próbie, chwyciłem swoją torbę, rzuciłem tam kilka najpotrzebniejszych rzeczy, zarzuciłem płaszcz i wyszedłem. Zrobiłem to co powinienem zrobić dwa tygodnie temu. Miałem już dość tych czterech ścian, dość ględzenia do siebie, a przede wszystkim dość własnych myśli. W tym tempie prędzej sam się powieszę niż zrobi to ktoś inny.

* * *

Parłem przed siebie kolejne mile, mijałem kolejne miasta i miasteczka, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by w nich osiąść. Jakkolwiek głupio to nie brzmi - zwyczajnie nie miałem nastroju. Jedynym moim celem teraz było iść, a czas, który przeznaczałem na ten czynność, ograniczał się jedynie do krótkich przerw na różne dziwne zachcianki. Zamarzyło mi się zrobić podpłomyki z jagodami - kupiłem mąkę, polazłem do lasu i żarłem póki mi się nie znudziło. Innym razem postanowiłem zrobić sobie najlepszy szałas w moim życiu - siedziałem trzy dni w jednym miejscu i układałem patyki. I tego typu bzdury. Kiedy zaś nic innego nie przychodziło mi do głowy to przyłapywałem się na tym, że kolejną godzinę patrzę bezmyślnie w ognisko.
Czułem, że coś jest nie tak. Czułem jak z mojego umysłu wylatują kolejne wspomnienia, kolejne chwile, a ja nie potrafiłem tego powstrzymać. Ba, nie byłem w stanie powiedzieć ilu rzeczy już zapomniałem, ale odczuwałem to boleśnie. Kiedyś nawet spróbowałem w myślach przywołać obraz ojca i matki, doskonale mi przecież znany, ale przed sobą wciąż miałem gęstą mgłę. Wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, że coś tracę. Z każdym kolejnym dniem próbowałem przywoływać inne wspomnienia, intensywnie powtarzałem sobie co robiłem w przeciągu ostatnich dni, ale i to zawodziło. Wydawało mi się, że umieram.
W ostatnim panicznym odruchu postanowiłem osiąść w jakimś pobliskim mieście, wegetując większość czasu w tawernie czy udając się na długie spacery. Co szybko okazało się pomyłką.

* * *

Kurwa. To było jedyne co potrafiłem w tej chwili pomyśleć. Kurwa, kurwa, kurwaaa. Zrazu zniknął dobry nastrój i spokój ducha. Zniknęła miła atmosfera. Miałem waloną strzałę w ramieniu! A to coś sprawiało, że moje ramię pulsowało wokół bólem, którego nigdy w życiu nie doświadczyłem. Owszem, zdarzało mi się czasem zadrapać, spotkać z czyjąś pięścią, ale nie z drzewcem długości kilkudziesięciu centymetrów, który wchodzi w ciało jak nóż w masło!
Poczułem jak nogi się pode mną uginają. Przed upadkiem powstrzymała mnie prawdopodobnie tylko kobieta, która chwyciła gwałtownie moje ramiona. I wiecie co? To wcale nie pomogło. Syknąłem z bólu, starając się skupić na stojącej przede mną istocie, ale wydawało się to niewykonalne. Z trudem przychodziło mi stanie spokojnie, a myśli o wiele bardziej niż jej twarz zajmowała mi strzała. Rzuciłem też szybkie spojrzenie w jej kierunku, ale jedyne co udało mi się osiągnąć w ten sposób był posmak śniadania, który na chwile pojawił mi się w gardle. Krew teoretycznie blokował drzewiec, ale i tak czułem jak drobna jej strużka cieknie mi po ramieniu, a materiał zaczyna powoli przesiąkać. Zawróciło mi się w głowie. 
Z najwyższym trudem postanowiłem skupić się jednak na elfce bo, mimo wszystko, to przez nią tak skończyłem. Dlaczego? Czyżby była Łowcą, który w końcu mnie wytropił? Czy to tutaj właśnie miałem zginąć? Przełknąłem głośno ślinę, czując jak moje serce na chwilę zamarło, a potem znów ruszyło pędząc trzykrotnie szybciej niż zwykle. Jakby chciało wyrobić się za wszystkie lata, które zaraz stracę. Coś mnie jednak powstrzymywało. Jakaś część umysłu mówiła, że układanka jest niekompletna, że pewien fragment do niej nie pasuje. Przecież zabić mogła mnie tu, na miejscu. Byłoby mniej zachodu. Chyba, że liczy na to, że oszczędzę jej wysiłku ładnie wlokąc się do miasta i stawiając się na wezwanie straży. Myślę jednak, że nie obraziliby się na sam widok mojego łba. Zadziwiające, ale jest całkiem sporo wart jak na jego wygląd.Ledwo powstrzymałem prychnięcie. Balansuję na cienkiej granicy między życiem, a śmiercią, a mimo to jedyne co mi teraz przychodzi do głowy to gorzki humor wisielca. Może stąd wzięła się ta nazwa? Kolejna myśl pojawiła się tak szybko jak poprzednia. Tak, więc na zmianę z przeklinaniem własnego losu, strzały czy piekielnego bólu z ramienia wyśmiewałem właśnie swój los, nie będąc w stanie skupić myśli w nic konkretnego. Pobieżnie wertowałem gdzie mógłbym jakoś podpaść, gdzie popełniłem błąd, ale znowu spotkałem w umyśle zaporę nie pozwalającą mi zajrzeć głębiej. Zajrzeć dalej niż dwa tygodnie wstecz. Jedyną wskazówką były słowa elfki.
- Jaki kamień? - wycharkałem, łapiąc się na tym, że musiałem najpierw przełknąć ślinę, a głos i tak odmawiał posłuszeństwa i zdradzał mój strach i ból. - Ja nic nie mam, naprawdę! - dodałem, próbując odruchowo unieść ręce co jednak nie było dobrym pomysłem.
Ból powstrzymał mnie zaledwie pół sekundy potem. Jednak wraz z nim poczułem jak coś przedziera się przez świadomości mojego umysłu. Kamień. Coraz mocniej, intensywniej, jakby próbowało wyważyć drzwi. Kamień. O co chodzi z tym ustrojstwem? I wtedy, jak na zawołanie, z mgły, która utulała mój umysł pojawił się obraz kamienia, przyprószonego czarno-błękitnymi plamami. Jego ciepły dotyk. Uczucie tajemnicy z jaką się wiązał i jaką go pociągał. Musiał go mieć.
Z okropnym przeczuciem raz jeszcze spojrzał w stronę elfki. Jej twarz też była znajoma. Jej zapach. Poczuł jak to drugie szczególnie na niego działa, a przez moment miał wrażenie nawet, że poczuł podniecenie. W jego umyśle pojawiały się kolejne obrazy: karczma, krasnal, taniec, misiek, a na koniec łóżko. Przypomniał sobie też Finnicków.

- I co, Naix? Opowiadaj czemuż Cię tam wczoraj nie było! - rzucił Nick, zaraz, gdy chłopak usiadł przy stole. - Słyszeliśmy, że całkiem dobrze się tam bawiłeś. Karczmarz mówi nawet, że poderwałeś jakąś Długouchą.
- Nie gadaj bzdur! Wiesz, że tacy lubią koloryzować wszystko co widzieli bo całe ich życie ogranicza się do czterech ścian, które w dodatku trza często naprawiać.
- A po kija, by mu to było, Nick? Bajarzem żadnym nie jest, pieniędzy za to nie dostanie, a jak pyta się go o informacje to zawsze podaje konkretne. Chyba, że ktoś go przekupi, a wątpię, by chłopakowi chciało się w takie rzeczy bawić.
- No wiesz, za wyrwanie elfki? Oj, niejeden, by chciał taką wziąć gdzieś więcej niż we własnej wyobraźni. Długonogie piękności, o włosach delikatnych niczym jedwab i kształtach lepszych niż większość ludzi chodzących po ziemi. - Jego wzrok rozmarzył się na moment, by zaraz wrócić do normalności, gdy tamten uderzył pięścią w stół. - Ale, cholery jedne, strzegą swego dziewictwa jak dziewięcioletnia małolata. A niech, by je licho wzięło. Do tego dumne są jakoby w każdej z nich płynęła błękitna krew. Żadnej się namówić nie dało. - Spojrzał ciekawie na ich towarzysza. - No, opowiadaj, udało Ci się? Poszliście na górę? A przede wszystkim - jak było?
I Naix opowiedział.

Cholera. Przespałem się z nią. Pamiętam to. Przespałem się i ukradłem kamień, który nie mam pojęcia gdzie aktualnie jest, ani co z nim zrobiłem. Zginę tu jak nic.
- Słuchaj, przepraszam, ja nie wiem gdzie on jest. Naprawdę, słowo daję! - mówił szybko i energicznie bo od tego zależało jego życie. - Ja nic nie pamiętam! Mogę załatwić Ci jednak inny, kupić czy cokolwiek. Pieniądze też uzbieram. Albo go znajdę! Może został w karczmie, albo gdzięś w pobliżu. Błagam Cię. - Tylko zostaw mnie w spokoju.
Czuł się jak w pułapce. Teraz, wraz z pamięcią, wróciła do niego świadomość, że po raz pierwszy od dawien dawna nie ma możliwości skłamania, że to nic nie da. Elfka pewnie nie jest na niego wściekła tylko z tego powodu. Ona może mieć całkiem inny powód, od którego nie było powrotu. W ostatnim odruchu spojrzał jedynie błagalnie na Maddie. Może ona coś wymyśli.

< Maddie? Rahelia? W końcu xD >

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Rahelii do Naixa i Maddie

Słońce wisiało na nieboskłonie już długi czas. Wiele godzin minęło od wschodu słońca, kilka nawet od południa. Ognista kula stała nad planetą, gdzie rozgrywały się setki różnych spektakli na sekundę, gdzie świat żył dla każdej istoty w inny sposób. Słońce było niby strażnik, który zawsze pilnował wschodu i zachodu. Wyznaczało czas, by ludzie, zwierzęta i wszelkie stwory mogły mieć chwilę na odpoczynek i moment na rozrywkę. Godzinę na łowy i minutę na gry. Jakby pilnowało porządku w każdym zakątku świata. Gdzie jednak było słońce, gdy doszło do tego jednego błędu? Tamtego wieczora... Czyżby strażnik nie stał na wiecznej warcie? Czyżby zamieniał się czasem z wysłannikiem nocy? Księżyc nie musiał pełnić tej samej funkcji. Mógł przecież żądać czegoś innego. Kto jednak umie zrozumieć język bogów? Kto czyta gwiazdy i kosmos? Wiedza tamtych ludzi nie jest przeznaczona dla wszystkich. 
Młoda elfka mogłaby ją uzyskać choć częściowo, gdyby tylko w młodości miała taką chęć. Gdyby chciała podejmować wysiłek i ryzyko przy podsłuchiwaniu starych uczonych, przesiadujących godzinami w wysokich wieżach bogatszych ludzi. Lub mogła chociaż rozmawiać z jednym z mędrców, który zamieszkiwał ambasadę jej ojca. Tylko po co? Nie interesowało jej to. Słońce wschodzi i zachodzi. Po co ta cała filozofia z jego intencjami? Tak się po prostu dzieje. A ona może dzięki temu spać. Oj tak. Sen ważna rzecz. Nie istotne, że prawie całą dobę. Przecież była teraz zmęczona. Ba! Wyczerpana! 
Kobieta burknęła słabo pod nosem. Głowa... Bolała ją straszliwie. Nigdy nie czuła czegoś takiego. Nawet dzwoniło jej w uszach. Jakby ktoś przytknął tuż przy jej głowie srebrne łyżeczki i zaczął je o siebie obijać. W gardle sucho jak na pustyni. Kiedy przełknęła ślinę czuła niemal ziarenka piasku, które utknęły w jej gardle. Paliło niczym ogień... 
Gdy Rahelia uchyliła w końcu napuchnięte powieki słońce od razu dało o sobie znać. Cichy syk rozległ się w pokoju. Zaraz za nim krótkie przekleństwo. Choć panna nie zwykła używać takich słów, teraz nie potrafiła znaleźć innych. Zamknęła oczy. Mózg ciągle uprzytamniał jej, jak bardzo patrzenie w światło boli. Czuła irytację. Na ten blask, na ból głowy, na pokój, w którym się znajdowała. Dosłownie na wszystko. 
Naciągnęła mocniej okrycie na swoje odsłonięte ciało. A potem znów się odkryła. Nie potrafiła zdecydować, czy jest jej za ciepło, czy zbyt zimno. W końcu poderwała się na posłaniu w zdenerwowaniu. Od razu mruknęła też na uczucie dyskomfortu, jakim było w tej chwili dziwne mrowienie u dołu brzucha. Wystawiła język, kiedy plując gdzieś w przestrzeń próbowała nieelegancko pozbyć się włosów z buzi. W końcu wyciągnęła je dłonią. Po nocy jej włosy przykleiły się do karku i twarzy, więc teraz musiała je okiełznać. Spora ich część, po tym jak uciekły z warkocza, sterczała teraz na wszystkie strony. Poprawiała je, kiedy dostrzegła na prześcieradle niewielkie plamy krwi. Jej krwi. Tego jednak nie wiedziała. A przynajmniej nie chciała. Po prostu zastygła w bezruchu, przyglądając się w osłupieniu pościeli. 
— Nie, nie, nie... — jęknęła pocierając skronie. Próbowała przemówić do własnych myśli — Nic się przecież nie działo. Nie mogło... 
Jakby na równoczesną odpowiedź na jej zdanie, uświadomiła sobie, że jest naga. Nigdy nie sypiała rozebrana. Co się działo? Sam fakt, że podczas upojenia alkoholem była w stanie zaprosić spotkanego tego samego wieczoru mężczyznę do pokoju, był dla niej zbyt nieprawdopodobny. Nie może być. Czemu mózg próbuje kpić sobie z niej w taki sposób? Nigdy nie był dla niej aż tak wredny, jak teraz.
— Przecież nie mogłam... To nie możliwe. — Szeptała rozgorączkowana.
Umysł podsyłał jej wspomnienia. Nie wszystkie. Widziała tańczących w karczmie ludzi. Pamiętała dotyk warg mężczyzny na swoich ustach. Moment, gdy razem upadli na łóżko... NIE. STOP!
— To jakieś spekulacje! — Krzyknęła sama do siebie. Ton głosu doskonale dawał jednak do zrozumienia, jak bardzo to wszystko nią wstrząsnęło.
Nawet, kiedy wszystko zdawało się podpowiadać jej do czego się posunęli, wypierała tą myśl ze swojego umysłu. Młodzieńca nie było w pokoju. Może to i lepiej. W przeciwnym razie teraz obserwowałby pewnie jak twarz elfki krzywi się od powstrzymywanych łez. A może nawet by nie patrzył. Może nie byłoby mu dane, przez wściekłość, która mogła ponieść osóbkę, w tym momencie przypominającą niemal maleńką dziewczynkę. Skuloną na posłaniu w powstrzymywanych spazmach smutku. Niedowierzania. Złości. Wściekłości chyba przede wszystkim na nią samą. Bo jak mogła dopuścić do czegoś takiego? Nigdy, z nikim nie posunęła się tak daleko. Nawet się nie całowała. Nie upijała się. Wczorajszy wieczór był jednym, wielkim pierwszym razem. Takim, jakiego nigdy nie chciałaby mieć wyrytego w pamięci. W całym swoim życiorysie nie chciałaby, żeby poprzednia noc została w nim zapisana. Przecież... pragnęła się kiedyś prawdziwie zakochać. 
— To musi być jakaś pomyłka. Może jestem na jakichś ziołach... — Mamrotała do siebie. 
Wszystko, byle tylko się usprawiedliwić. Wmówić sobie, że to tylko wymysł. Nawet zaczęło jej to wychodzić. To musiała być jakaś głupia myśl. Nie spotkała w końcu wczoraj żadnego czarującego chłopca, uczucia, jakie za nim wtedy kierowała musiały być wyrazem tęsknoty za bratem, krew na pościeli pochodzi z jakiejś rany na jej ciele, bo pewnie zacięła się omyłkowo nożem, kiedy była już po kilku trunkach. To wszystko było przecież takie proste do złożenia w całość! A jeszcze chwilę temu panienka tak się zamartwiała. 
Nimfetka wstała powolnie z materacu i kierując się po swoje rzeczy poczuła nawet jak delikatny ból, coś na wzór szczypania rozchodzi się po jej podbrzuszu. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale równocześnie był też jakiś wewnętrzny spokój. I kac. O tym nie zapominajmy. On znacząco tłumił wszelkie inne uczucia. Jakby był o nie zazdrosny i chciał na dłużej pozostać przy damie. 
Ciemnowłosa skierowała się do niewielkiej wnęki w pokoju. Tam znajdowała się bala z czystą, ale zimną wodą. Opłukała twarz, przemyła ciało i doprowadziła do porządku swoje włosy. Po kąpieli dziewczyna była już w zdecydowanie lepszej kondycji. Nawet ból głowy i irytacja jaka się z nim pojawiła, zdawała się ustępować, kiedy Rahelia suszyła swoje ciało ręcznikiem. Rozczesała włosy i wilgotne splotła w luźnego warkocza. Ubrała tunikę i spodnie, wysokie, skórzane buty o twardych podeszwach. Chwilę później była gotowa zejść piętro niżej, do tawerny. 
Już od rana dało się wyczuć osobliwą woń alkoholu. Po wczorajszym wieczorze dla łowczyni było to jednak zbyt wiele. Sam zapach wywoływał chęć zwrócenia treści żołądka. W głowie wręcz powtarzała sobie, że już nigdy jej usta nie zanurzą się w alkoholu. Nigdy więcej! Jeszcze znowu by się upiła i musiała znosić męki poranka. Bądź też popołudnia. 
Skierowała się do baru. Pracowała przy nim kobieta oraz mężczyzna. Jego żona rozlewała właśnie jakieś trunki do kufli. Karczmarz rozpromienił się na widok elfki. 
— Aha! — Zakrzyknął. W uśmiechu uwidocznił rząd nieco pożółkłych już zębów. — Pamiętam jak pięknie panienka tańczy. — Mruknął głębszym tonem, podpierając głowę o swoją rękę na barze i kontynuował niefrasobliwie. — Noc udana? Towarzysz wychodził kilka godzin temu. Ładnie wieczorem wyglądaliście.
Mężczyzna dalej paplał coś do niej, jakby dzielił się najcudowniejszymi plotkami w państwie. Mózg Rahelii zatrzymał się za to na wzmiankę o jej towarzyszu. Nie... Przecież to tylko przez upojenie wyobraziła sobie to wszystko. To musiały być ścinki pochodzące z jej snu. Cokolwiek! Cokolwiek, ale nie rzeczywistość. 
Teraz jednak próby przekonywania nie działały już na nią tak skutecznie. Gorzka rzeczywistość zaczęła docierać do mózgu i żaden, najsłodszy nawet słodycz nie byłby w stanie jej oddalić. A elfka wiele by dała, żeby mogło to tak działać. Nic z tego. Rzeczy nie dzieją się same, a o marzenia trzeba walczyć. Tylko jak?
Kobieta naprawdę poczuła się w tej chwili jak najbardziej żałosna istota, która mogła postanąć na zielonej trawie tego świata. W tym momencie myślała o sobie, jak o tej, która psuje ląd. Broczy każdy kraj, każde miasto i każdą wieś. Przełknęła jednak dręczące myśli i zdobyła się na wymuszony uśmiech.
— Ile jestem winna za nocleg, Panie? — Spytała złudnie pogodnym głosem.
— Oh. — Karczmarz wyprostował się, jakby właśnie przywrócono go do rzeczywistości. Uśmiechnął się po tym przyjaźnie i zerknął w swój zeszycik. — Za pokój dla dwóch osób i wczorajszy alkohol to jest... Osiemdziesiąt srebrnych monet. 
Tsk. Kobieta zacisnęła mocno wargi i zwinęła dłonie w pięści. To ją ubodło. Choć trzeba przyznać, że cena w porównaniu z innymi okolicznymi gospodami jest dość przystępna. 
— Nie będę za niego płacić... — Mruknęła zdenerwowana. 
Mężczyzna uniósł na nią zaskoczony wzrok. Potem rozległ się jego gromki śmiech, a wąsy zadrgały wesoło pod kościstym nosem. 
— Pokłóciliście się, pani? Spokojnie, dojdziecie przecież potem do porozumienia i wszystko będzie dobrze i radośnie jak owce na polnej łące! 
Wzdrygnęła się. Teraz też do niej dotarło, że osobnik przed nią, należy do wilkołaków. Stąd ten nie śmieszny dowcip, jaki często jest dla nich charakterystyczny. Hmm... "Porozumienie? Wszystko dobrze? Nie sądzę. Dla niego to napewno dobrze nie będzie...", pomyślała powtarzając w głowie słowa gospodarza. Westchnęła zdając sobie jednak sprawę, że i tak nie ma siły ani zbytniej ochoty na słowne bitwy. Odliczyła pieniądze, od razu więcej i zapłaciła zamawiając też posiłek. Miała siadać do jednego ze stołów, kiedy zdała sobie sprawę z lekkości jej sakwy przypiętej do biodra. Poklepała. Źrenice otworzyły się jej gwałtownie. Pusta. 
— Jak!? — Szepnęła pod nosem. — Cholera jasna, jak znowu gdzieś wypadł... — Szybkim krokiem dopadła do baru i skierowała słowa do pracującego przy nim mężczyzny. — Zapomniałam coś zabrać. Wracam na chwilę do pokoju. — Na brak sprzeciwu ze strony karczmarza, ruszyła w wybranym kierunku. 
Ledwo przekroczyła próg niewielkiego pokoiku, a poczuła się niepewnie. Dyskomfortowo. Wręcz nie chciała niczego dotykać. Jakby się bała. W końcu zacisnęła jednak pięści, wzięła głęboki oddech napełniając płuca powietrzem i zaczęła przeszukiwać pokój. Gorączkowo. Z każdym niepowodzeniem ręce drżały jej coraz mocniej. Patrzyła w szafkach i po stole. Pod łóżkiem, na podłodze. Nigdzie ani śladu. Właśnie wtedy, tuż przy drzwiach rzucił się jej w oczy metaliczny błysk. Podeszła do jego źródła. Zasłaniając słońce, Rahelia dostrzegła na podłodze sztylet. Schyliła się i chwyciła w dłoń, przyglądając nań uważnie. 
— Naix... — Warknęła pod nosem, uświadamiając sobie, że to zapewne on jest właścicielem ostrza. Przymocowała je do pasa. 
W końcu wyszła z pokoju i wróciła do karczmy. Już z daleka zdołała rozpoznać twarze wczorajszych kompanów. Zamierzała usiąść w oddaleniu kilku ław od nich, ale zaraz zawołał za nią pijaczny, radosny głos. 
— Rahe! 
Podniosła zaskoczony wzrok. Jakby dopiero go zobaczyła. Krasnolud machał do niej w zapraszającym geście. Westchnęła i przysiadła się do stołu w towarzystwie kilku różnych istot. Od razu woń alkoholu mocniej dała się kobiecie we znaki. Część piwa została nawet rozlana po blacie. A i od ogra świeżością nie pachniało. Pomiędzy tymi niewygodnymi sprawami, elfkę zastanawiało, czy towarzystwo pije ciągle od poprzedniego wieczoru. Jak potrafili utrzymać się jeszcze w swoich krzesłach? W końcu ona ciągle odczuwała skutki picia sprzed kilku godzin. 
Gdy tylko karczmarz przyniósł strawę, zabrała się za jedzenie. Tego było jej trzeba. Dobry posiłek o poran... popołudniu. Tylko kompania nie była zbyt sprzyjająca spokojnemu trawieniu. Przez większość czasu w obieg szły chłopskie, czy nietaktowne żarciki. 
Po pewnym czasie elfka zadała pytanie:
— Widzieliście dziś może panowie, naszego wczorajszego towarzysza? 
— Tego z którym... — czkął krasnolud — ...zniknęłaś — znów — ...wczoraj? 
Zacisnęła pięści i skinęła głową. 
— Och, piękny adonisie... — Westchnął spity całkowicie człowieczek, którego głowa leżała na stole, a wzrok wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. — Jakiż on był cudowny! Piękny, uroczy... Mógłbym całować te usta w nieskończoność! 
Nie wiedzieć czemu, taka wizja rozbawiła Rahelię. Zachichotała, wyobrażając sobie, jaka mogłaby być reakcja Naixa na coś takiego. Cóż... Musi go znaleźć. Znaleźć, złapać, upolować. Wszystko jedno. Najważniejsze, to odzyskać kamień. Potem mogłaby nawet oddać mężczyznę na łaskę tego pijaczka. Teraz przynajmniej już wiedziała, że nie należy zwlekać z raportem wykonanych działań i od razu po udanej misji kierować się do zleceniodawcy. Co za ból... A byłaby już pewnie na miejscu i odbierała swoją zapłatę. 
— Hehe... — Zacharczał przez śmiech ogr. — Nie. Nie widzieliśmy go. Gdyby tak było, już by tutaj z nami siedział. 
A szkoda, westchnęła w myślach dziewczyna. Gdyby tak było, już bym mu sprała manto. Nawet, jeśli nie jest winny zniknięcia kamienia, to ma inne rzeczy na sumieniu. 
Policzki aż zaróżowiły jej się od złości. 
— Wiecie może gdzie można go znaleźć? Gdzie pracuje? — Zadawała kolejne pytania. W odpowiedzi znowu dostała jednak negacje i kolejne wymysły pijaka, gdzie to mógłby pracować jego gołąbek. 
— Ale pewno nie trudni się w jakimś cięższym zawodzie. — Odezwał się znów ogr. — Takie to z niego chucherko przecie... 
— A czy ty przyjacielu nie uważasz czasem, że każdy jest stanowczo za chudy? — Spytał krasnolud. 
— A i owszem! Panienka Rahelia także winna jeść zdecydowanie więcej! Haniebne to tak wychudzać piękne, kobiece ciało! 
Elfka machnęła jedynie na zaczepkę dłonią, nie spodziewając się zupełnie dalszej deklaracji olbrzyma. Chwycił pewnie jej dłoń i wodnistymi oczami wodził po twarzy kobiety. 
— Ja bym mógł pilnować! 
Przez chwilę patrzyła zaskoczona. Czuła na sobie spojrzenia towarzystwa i rosnące napięcie, które zaraz rozładowała krótkim chichotem. 
— Nie, nie, nie trzeba! — Zaśmiała się uwalniając spod uścisku jego rąk. — Obiecuję dbać o siebie odpowiednio, żebyście nie musieli się martwić. 
Przyłożyła nawet dłoń do serca, w geście przyrzeczenia. Teatralnie pokazując, jak bardzo wstrząsnęły nią usłyszane słowa. 
Spędziła w tym towarzystwie jeszcze kilka kolejnych minut, nim w końcu udało jej się opuścić karczmę. Przed wejściem spotkała się z wyczekującym, potężnym niedźwiedziem brunatnym. Drobiazg czekał. Od kilku godzin siedział przed drzwiami, odstraszając przy tym wszystkich potencjalnych klientów karczmy. Był to prawdopodobnie największy powód, dla którego tawerna wydawała się dziś dosyć pusta. Misiek też był dość sporych rozmiarów, więc może rzeczywiście był to też jeden z największych powodów. Przynajmniej na ten dzień.
Ruszyli. W myślach Rahelia słuchała żali swojego skarbeczka, który to narzekał, na wystawienie go na pastwę komarów. Potem z kolei on musiał słuchać skarg swojej matki, dotyczących wydarzeń poprzedniej nocy i znów, teraz to misiek charczał na Naixa, złorzecząc. Oboje z elfką wiedzieli teraz, czego szukają. Jego. Wcale nie w miłej wizycie na ciepłą herbatkę. Bleh, za tą, elfka nawet nie specjalnie przepadała. Chciała tylko odzyskać zlecenie. No i... może odrobinkę pokiereszować twarz młodzieńca. W końcu mu się należało. 
Właśnie kiedy o tym myślała, na słupie dostrzegła dość podobną twarz do tej, której szukała. Zaciekawiona podeszła bliżej. Oj tak, to zdecydowanie była twarz Naixa. Tylko czemu... wyglądała jak kobieca? Elfka przymrużyła powieki, śledząc treść dużych, wytłuszczonych liter. Nagroda za złapanie Ducha Miasta... Tysiąc złotych monet. Przyprowadzić żywą. Złodziejka... Ha! Wszystko szybko ułożyło się w głowie Rahelii. Celem złodzieja od początku musiał być kamień. Od momentu, gdy zobaczył go poprzedniego wieczoru, w łapach tamtego krasnoluda. Jedyne, co ją zastanawiało to to, czemu nie zabrał kryształu wcześniej, tylko czekał do nocy... Teraz dla kobiety nie liczyła się nawet nagroda. Ona będzie jedynie wisienką na torcie, który sama sobie upiecze. 
Zerwała list ze słupa, zwinęła w rulon i razem z Drobiazgiem skierowała się w drogę powrotną do gospody. Nadzwyczaj szybko zdawała się męczyć. Może z powodu tego bólu brzucha. Może przez kac, który zapewne jeszcze gdzieś tam tkwił.  

Następnego dnia, po śniadaniu znów wyszła do miasta. Tym razem niedźwiedź nie szedł z nią. Dała mu wolną rękę, czy może łapę, żeby robił co chce. Po prostu miał wrócić pod karczmę na wieczór.  W tym czasie elfka planowała przeszukać okolicę. Każdy zakamarek. Nie ważne jak mały, czy jak bardzo zaśmierdły. Zamierzała go znaleźć. Znaleźć, a wtedy się z nim rozprawić. Należycie ukarać za przewinienia. Odzyskać klejnot, który był celem jej wizyty w Merkez. Kiedy będzie miała już jego, to, co stanie się ze złodziejaszkiem może przybrać... Po prostu charakter bliższy porachunkom prywatnym. 
Była w niej duża determinacja. Wielka siła do działania. Coś po prostu pchało ją do przodu. Złość. Cel. Nie miała zamiaru tolerować takich zachowań. Złodziei należy tępić. Ludzie tego pokroju są.... źli. Najzwyczajniej w świecie źli. To chyba nawet nie nadawało się do walki o coś lepszego. Nimfetka wiedziała, że niektórzy kradną jedynie dlatego, że bez tego nie daliby rady przeżyć, bo nie wszystkich stać też na zapłatę podatków dla wielmożów. Tyle, że co poniektórzy złodzieje, czerpali ze swojego fachu czystą rozrywkę, satysfakcję. Nie potrzebowali kradzionych rzeczy, robili tylko to, na co mieli ochotę. Brali co chcieli. Kiedy chcieli. Albo kierowali się samą chęcią zysku, choć złe postępowanie nie było dla nich konieczne. Zależało im po prostu na zarobku. 
Po godzinie, albo i dłużej, Rahelia czuła się już tak zrezygnowana jak chyba nigdy wcześniej. Przecież człowieka powinno być wytropić łatwiej, niż jakiś kryształ! Tyle, że Merkez było naprawdę duże. Miasto, w którym teraz przebywała tętniło życiem. Ludzi było pełno, aż wzrok za nimi wszystkimi nie nadążał. Ciężko było znaleźć to, czego się szukało. W tej kakofonii dźwięków i zapachów mózg się mącił i człowiek trzy razy zdążył zapomnieć, czemu właściwie wyszedł z domu. No bo po co? Słuchać krzyków chytrych przekupek na targu? Bo to tu, była teraz elfka. Miała przed sobą setki, jak nie tysiące najróżniejszych przedmiotów. Owoce i materiały, jakich nigdy wcześniej nie spotkała. Znane i sprawdzone zwierzęta. Wierzchowce gotowe od zaraz do jazdy. 
Będąc w środku tego zamieszania, zaledwie kilka kroków przed sobą dostrzegła znajomą czuprynę. Ciemne, rozwichrzone przez wiatr, jedwabne włosy, które z przodu sięgały uszu, z tyłu zaś były nieco dłuższe. Rozpoznała tą szczupłą, delikatną sylwetkę. Tunika, którą miał teraz na sobie, nie specjalnie nawet odciągała wzrok. Może taki właśnie był cel. Nie wiedząc czego szukasz, mniej czasu poświęcisz takiej osobie, podczas gdy szare persony, udające duchy, zdawać się będą największymi przestępcami. 
— Naix! — Głos Rahelii przepełnienia teraz wyczuwalna wściekłość. Takiego wrzasku pozazdrościć mógł jej niejeden sprzedawca. 
Część ludzi, w pierwszej chwili przestraszona, cofnęła się nawet kilka kroków do tyłu. Kobieta wykorzystała to, kierując się w stronę młodzieńca. Ten odwrócił się teraz i patrzył w jej stronę. Zdezorientowane spojrzenie wpatrywało się w jej ciskające gromami oczy. W jego zielonych zwierciadłach odmalowało się przerażenie, kiedy Rahelia była już tuż, tuż. Właśnie wtedy czmychnął. Rzucił się do biegu, szaleńczo przedzierając przez tłum. Łowczyni za nim. Nie było możliwości, żeby jej teraz uciekł. Nie po tym, jak już w końcu go znalazła. Chwyciła mężczyznę powyżej łokcia lewej ręki i skupiając się, naznaczyła młodzieńca. Właśnie w tamtym momencie Naix szarpnął i wyrywając się, umknął pośród tłumu. Choć dziewczyna natychmiastowo rzuciła się w pogoń, szybko stało się jasne, że uciekinier się po prostu... ulotnił. Choć ciemnowłosa pchała się przez ludzi, nigdzie nie mogła dostrzec swojego celu. Ba! Widziała tylko głowy tych olbrzymich krasnoludów i innych człekopodobnych. Aż znów w głowie pojawiła jej się krótka myśl, kto raczył zażartować z niej w taki sposób i uczynić jednym z najniższych przedstawicieli swojej rasy.
— A niech cię tylko dorwę! — Krzyczała za nim.
Kiedy gniew zaczął już z niej opadać, dotarł do niej rwący ból brzucha. Powstrzymała się przed stęknięciem i czując jak przez chwilę powietrze nie dociera do jej mózgu, zaczęła się uspokajać. Biegi za złodziejem byłyby teraz bezsensowne. A w końcu i tak go naznaczyła. Nie będzie miała problemu z wytropieniem go potem. Doskonale mogła wyczuć sygnał, z jego znaku. Dlatego bez większych zmartwień pod tym względem, ruszyła w drogę powrotną do karczmy.


W gospodzie kobieta spędziła czas do następnego dnia. Odpoczywała. Może nawet zostałaby na dłużej, gdyby nie świadomość, że Naix oddalał się od miasta. A przynajmniej był coraz dalej od tego miejsca. Niepokój panienki znacząco wzrósł, kiedy uświadomiła sobie, że sygnał z jej znaku, tak silny jeszcze kilka godzin temu, teraz wydawał się niemal nie istnieć. Jakby coś zagłuszało sygnał. "To byłoby niemożliwe", myślała elfka "przecież nigdy dotąd nic takiego się nie działo". Nikt nigdy nie potrafił przeciwstawić się sile Znaku Łowcy. Myślała, że jest to niemożliwe. Chyba, że złodziej... wszedł też w posiadanie jakiegoś potężnego talizmanu? Tylko, czy one byłyby w stanie mieć taką moc... nie wiedziała.
Wolała nie czekać dłużej. Jeśli rzeczywiście coś działało przeciwko niej, nie chciała spotkać momentu, kiedy sygnał przestanie całkowicie istnieć. Nie miała pojęcia, czy Znak też zostałby wtedy zerwany. A jeśli nie, musiałaby szukać złodzieja polegając jedynie na wyuczonych zdolnościach. To by zajęło zdecydowanie więcej czasu. A więź dalej by istniała i zapewne odczuwałaby zranienia swojej ofiary. "Niech no spróbuje coś sobie zrobić nim go dopadnę", myślała ponuro.  
Gospodę opuściła w blasku południowego słońca. Raziło, ale pomimo to, nie było zbyt ciepło. Zima była coraz bliżej. Drobiazg szedł obok. Poruszali się na północ. Przez wzgląd na morale Rahelii nie wędrowali zbyt szybko. Przerwy też zdarzały się dość często. Może zaczęło brać ją jakieś przeziębienie...
Kiedy dotarła do jednej z sąsiednich wiosek, zdecydowała się na zakup kilku ciepłych okryć i większego prowiantu na dalszą drogę. Praktycznie nie zbliżała się do Naixa. Ich odległość raczej wciąż się zwiększała, dlatego wiedziała już, że nie ma szansy załatwić tej sprawy zbyt blisko. Przymocowała tobołki do grzbietu swojego niedźwiedzia i część kolejnej trasy pokonała na jego grzbiecie. Robiła tak co jakiś czas. O ile z każdym dniem brzuch coraz mniej jej doskwierał, wzrastała w niej irytacja. Czuła dziwne anomalie ze swojego Znaku. Nie cały czas, ale zdarzało się, że nagle był w dwóch miejscach naraz, znikał całkowicie, albo naraz nasilał się okrutnie lub pulsował. Nabawiła się z tego powodu trwającej migreny, a nawet mdłości.
Podróż ciągle się opóźniała. Jedno z niewielkich miast, elfka musiała ominąć i poruszać się okrężną drogą. Wszystko przez zarazę, toczącą tamte tereny. Przynajmniej Naix przestał się przemieszczać. Następnego dnia, wędrując przez trakt łączący Merkez i Patriam, elfka spotkała na swojej drodze rozbójników. Aż w niej zapłonęło. Kiedy ich gromiła, tylko pogłębiły się wspomnienia o rzezimieszku, za którym wyruszyła. Złość szybko wyprowadziła ją z opresji. W Patriam na jej drodze stanęło małe dziecko. Chłopiec, ze swoim psem. Zwierzę było ranne. Bardzo poważnie. Wiadome było, że nie ma dla niego szans. Nimfetka nie potrafiła jednak zostawić ich samych. Od dziecka dowiedziała się, że jego towarzysz przepłoszył dzikie wilki, ratując go przy okazji. Jak widać sam czworonożny nie był w stanie wyjść z potyczki sam. Łowczyni skróciła jego cierpienia, za zgodą chłopca, a potem odprowadziła ludzkie dziecko, do kościoła w najbliższej wsi. Tam się z nim pożegnała i ruszyła dalej.
Choć sygnał wciąż stłumiony, wydawał się teraz Rahelii zdecydowanie silniejszy. Zbliżony do normy. Była blisko. Bardzo. Przedzierała się teraz przez las. Ostrożnie i cicho. Drobiazg w pewnym oddaleniu za nią. 
— W końcu cię dopadnę... — Mruknęła cicho pod nosem.
Zatrzymała się tuż przed wyjściem na jakąś polanę. Światło wschodzącego słońca rozświetlało ją delikatnie. Był tam. Dwie postacie. Naix i niziutka dziewczynka, z którą rozmawiał. Jednak łowczyni nie poświęcała jej teraz większej uwagi. Zaślepiona wściekłością, sięgnęła szybko po swój łuk. Nałożyła pewnie strzałę i dociągając mocno cięciwę, wymierzyła. Trzask. Wypuściła pocisk. W tym momencie, złodziejaszek zaczął się akurat odwracać w jej stronę. Świst strzału. Potem głośny syk. Grot przeszedł bokiem przez ramię mężczyzny i rozdarł przy tym płytko jego pierś. Syknęła. Boleśnie odczuła, jak na jej ramieniu skóra jest cięta. Tak samo jak pod obojczykami. Materiał jej stroju splamił się juchą. Zapomniała, że Naix został przez nią naznaczony. Widocznie mieli dość silną więź, skoro odczuła ból w takim stopniu. Cóż... przy znakowaniu bezpośrednim jest to dużo częstsze zjawisko.  
Kiedy tylko pierwszy szok, po bólu minął, elfka doskoczyła do ciemnowłosego. Czuła to samo cierpienie co on, ale wiedziona ślepą determinacją, chwyciła go za ramiona, zmuszając do pozostania na nogach. Kątem oka, zobaczyła niespokojne poruszenie postaci za nim. Znajoma twarz... Tak. Już kiedyś ją widziała. To szwaczka, u której zamówiła materiały na swoją nową pelerynę. Przez zaślepiony złością umysł panienki przebiegła myśl, że może i ją miał zamiar okraść. Wściekła się jeszcze bardziej.
Informacja o jej połączeniu z rzezimieszkiem znów się gdzieś zatarła, kiedy w odruchu mocno ścisnęła za jego ramię. Wciskała palce w ranę na jego ramieniu.
— Gdzie zabrałeś kamień! — Warknęła na niego z bólem. 
Starała się ignorować ból, ale oczy aż jej się zaszkliły. Czuła, jak robi jej się słabo, kiedy mgła stanęła jej przed oczami. Uparcie jednak ściskała, jeszcze nawet mocniej jego ramię.


<Naix, Maddie?>
  

piątek, 29 grudnia 2017

Od Madelyn do Naix'a

Rozluźniłam się, prowadząc miłą, spokojną rozmowę z chłopcem - patrząc po jego budowie, ciężko byłoby nazwać go pełnoprawnym mężczyzną, choć, rzecz jasna, nie zamierzałam mu o tym mówić.
 Cóż... - zaczął po dłuższej chwili milczenia, rozglądając się po sielankowym krajobrazie, jakby chciał wyryć w swojej pamięci ten obraz, czemu zresztą ani trochę się nie dziwiłam. - Raczej tak wcześnie nie wstaję, ale okazało się, że moi kompani mają chyba jakieś problemy z zegarkiem i siłą rzeczy też musiałem wstać - tu ze zrezygnowaną miną pokręcił głową, wzruszając równocześnie ramionami, by podkreślić swoją bezradność. - Jednak, jak już tu jesteśmy, to co cię tu sprowadziło? To nie jest tak, że młode dziewczyny nie powinny same chodzić po lesie?
Zaśmiałam się krótko, słysząc słowa chłopca - sposób, w jakie je wypowiadał, był naprawdę pocieszny, kojarzył mi się z mruczeniem nieporadnego szczeniaka.
- Och, biedny - westchnęłam, puszczając doń perskie oko. - Hm... wiatry przyjazne i trawa zielona, szepnęły mi, że oto dziś na tym wzgórzu będzie  miał miejsce spektakl najcudowniejszy, i, cóż... - machnęłam ręką, zakreślając szeroki łuk - nie pomyliły się! Idę teraz w stronę miasta, chociaż jeszcze pewnie z dzień się zejdzie... och, nie jestem sama! - wskazałam na skulonego obok moich nóg rysia - to Maki.
Na dźwięk swojego imienia ryś, jak łatwo można było przewidzieć, szybko się obudził - wpierw zjeżył się, widząc obcego, szybko jednak poklepałam go uspokajająco po sierści.
- Jest dobrze, nic nam nie zrobi - szepnęłam mu, gładząc przyjaciela za puchatym uszkiem.
~ Tego nie możesz być pewna ~ zamruczał w odpowiedzi, wciąż nieco rozespany.
- Och, już, już.
~ Powinnaś mnie była obudzić ~ zauważył z wyrzutem, ziewając głośno.
- Słodko spałeś - odparłam, trącając go lekko w bok.
- Rozumiesz, co mówi? - zapytał Naix, przyglądając się rysiowi z ciekawością. Wstałam z kucek z nieco zakłopotaną miną. No tak, to dość częste pytanie.
- Tak - uśmiechnęłam się lekko, przegryzając wargi. - To dłuższa historia, ale mam w sobie krew zmiennokształtnych... no, jak sądzę.
- Duża rodzina?
- Można tak powiedzieć. Cóż, ale jak będziesz miał problem z narwanym koniem czy cokolwiek, zawsze możesz się do mnie zwrócić - pochyliłam się w geście dworskiego ukłonu. - Zaklinaczka, do usług.
- Na pewno dam znać!
- No ja myślę - ignorując znaczące spojrzenie Maki'ego, trąciłam żartobliwie chłopca w łokieć. - Swoją drogą, jak cię zwą, szanowny paniczu?
Byłam naprawdę ciekawa jego reakcji. Mógł teraz z powodzeniem podać mi pierwsze nazwisko, jakie przyszłoby mu do głowy. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazał się być zwiadowcą lub szpiegiem na jakiejś tajnej misji.
- Naix - odparł jednak prostodusznie, wyciągając w moją stronę drobną dłoń. - Miło mi.
- Naix - powiedziałam, smakując brzmienie tego imienia. - Mi również, Madelyn jestem. Ale śmiało możesz mówić Maddie.
~ A ja? ~ upomniał się ryś. Przewróciłam oczami.
- No jakże bym o tobie mogła zapomnieć. Naix, Maki. Maki, Naix.
~ Musiałeś się tu przypałętać?
- Co powiedział? - zapytał.
Wzruszyłam niewinnie ramionami.
- A co usłyszałeś?
- Miau.
~ Ja ci dam zaraz miau ~ zjeżył się.
- Jemu też miło - przetłumaczyłam.
- Uroczy jest - skomentował Naix.
Ryś zaklął tak konkretnie, że nawet chłopiec najwyraźniej domyślił się jego niezbyt pochlebnych słów.  Skrzywiłam się, zagryzając wargę.
- Taki już jego charakterek, przepraszam - stwierdziłam. - Nie obraź się na niego, dobrze? Ma średnie nastawienie do nowo poznanych osób, ale to kochana kuleczka.

< Naixiątko? I nawet nie wiem, za co przepraszać bardziej, moje tempo odpisywania, czy za całe to opko >

środa, 8 listopada 2017

Od Naix'a do Madelyn

Ziewnąłem szeroko, czując jak oczy lekko szklą mi się pod powiekami, a szczęka niemal nie wypada z zawiasów. Nie przejąłem się tym jednak, a moja ręka nawet nie drgnęła, by uprzejmie zasłonić usta. Jestem u siebie, prawda? No, a przynajmniej od kilku dni wynajmuję tę niewielką klitkę na piętrze tawerny i płacę za nią uczciwie, nawet jeśli nie jest tego warta. Możemy, więc uznać, że tymczasowo jest moja, prawda? No właśnie. Nawet jeśli ktoś, by tutaj wlazł to śmiało, proszę, niech sobie patrzy do woli. Nie sądzę, by mnie to ruszyło bo w tej właśnie chwili nie miałam ochoty na nic. To był właśnie jeden z tych dni, gdy człowiekowi nic się nie chce, a za największe osiągnięcie uważa zmuszenie swojego ciała do wstania i skorzystania z toalety. Czy też przekąszenia czegoś. Taak, jedzenie to ważna sprawa i nie można o niej zapominać! Jeśli zaś o to chodzi to wypadałoby chyba w końcu zejść na dół i coś zamówić. "To może jednak jeszcze chwilkę poczekać" - pomyślałem, przewracając się na drugi bok.
Nie minęło jednak wiele czasu, a w końcu dałem za wygraną i opuściłem swoje posłanie, mamrocząc, że o tym, że cały świat się na mnie uwziął. Słońce, w żaden sposób nie rozumiejąc moich potrzeb, ani nastroju, wstawało dzisiaj idealnie po stronie mojego okna i nieustannie raziło moje oczy swoim blaskiem. Mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj wstawało z drugiej strony! Poza tym do karczmy akurat przybywała, sądząc po nieznośnych okrzykach, gromada krasnoludów, a sąsiad, z pokoju obok, miał wyjątkowo wesoły i ochoczy dzień. Zresztą... nie tylko on jak można było się domyślić po dźwiękach, których nie zdołały zagłuszyć słabe ściany tawerny.
- Następnym razem trzeba będzie wynająć całą karczmę, a nie tylko jeden pokój. - burknąłem, widząc doskonale, że mnie na to nie stać.
Cóż, nawet jeśli istniałaby szansa, że znajdę coś takiego w jakimś najbardziej obskurnym i niezbadanym zaułku to musiałbym pewnie wymordować jeszcze pół okolicy, czyli najczęstszych bywalców tego przytułku, a najlepiej zabarykadować wszystkie drzwi i okna, by załatwić sobie chociaż chwilę spokoju. Która zresztą nie trwałaby długo bo na jak długo można pozbawić mieszkańców dostępu do alkoholu i doskonałego źródła informacji jakim była karczma? W końcu przyszliby po swoje. Można, by było nawet powiedzieć, że taki jest właśnie urok miast, urok tawern, ale dla mnie to wszystko przestaje być urokliwe w momencie jak towarzyszy Ci nieustannie przez kilkadziesiąt dni. A już szczególnie, gdy towarzyszy Ci w szczególnie złe dni. Jak, na przykład, ten.
- Tsaa... Następnym razem mógłbym też pomieszkać chwilę na wsi skoro już o tym mowa. - dodałem kolejny punkt do mojej listy życzeń, które nigdy nie zostaną spełnione. - Albo od razu wybuduję sobie drewniany domek w środku lasu i ogrodzę go palisadą. O! Każdy tak przecież robi! - parsknąłem.
Pozwolę sobie jednak pominąć resztę moich, jakże optymistycznych, rozmów z samym sobą oraz całą procedurę przebierania się, która przez moje lenistwo trwała kilka dłuższych chwil, i przejdę od razu do śniadania. Tak więc, ze względu na mój nastrój, postanowiłem nie naprzykrzać się szczególnie społeczeństwu swoją obecnością i grzecznie usadowiłem się w najdalszym kącie izby skąd tylko od czasu do czasu rzucałem złowrogie spojrzenia. Oczywiście działo się tak jedynie, gdy ktoś się zanadto zbliżył! No, może nie tylko. Do mnie się po prostu nie podchodzi w złym humorze, a przynajmniej zachowajmy tego pozory. I choć irytowały mnie z początku te hałasy i wrzaski to trudno było się czasem nie uśmiechnąć na widok tego co się tutaj wyprawiało. Jak to czasem bywa, zabłąkał się tu jakiś kapłan z zamiarem uczynienia świata lepszym i bąkał co jakiś czas mądre i religijne przemowy. Cóż, trza jednak przyznać, że takie miejsca jak to rządzą się swoimi prawami i nie ma tu miejsca dla takich osób. Nie dziw, więc, że szybko się nim zajęto. Kilku chętnych, naturalnie dbających tylko i wyłącznie o atmosferę karczmy, ludzi zgromadziło się już koło mnicha, zagajając rozmowę i podsuwając mu co i rusz inny kufel, pełny po brzegi. Nie trwało więc długo, bo już po kilku piwach, mnich porzucił swoje mądrości na rzecz herezji, a sam bliski był założenia nowej religii. Nie mógł się jednak zdecydować czy też powinien czcić kamienie, które w końcu były silne, niezależne i istniały od wieków, czy też niebo, które podobnie jak poprzednik - musiało istnieć już dłuższy czas.
- Ja Ci mówię, Veinty... - rozległo się donośne beknięcie. - Niebo było przed ziemią! W końcu co niby miałoby być wcześniej? Bez nieba? I powietrza? No właśnie, powietrza! Czym byśmy mieli oddychać? Jak niby to, by miało działać? Przecież wtedy byłaby taka ciemność, że własnych czterech liter byś nie widział, a co dopiero swojego kamienia! - emocjonował się, mocno już podchmielony, kompan kapłana.
- Nie, nie, nie, nie słuchaj go, mój kochany! - tym razem zaoponował drugi towarzysz, sądząc po wzroście i wyglądzie - z domieszką krwi elfiej, obejmując go ramieniem. - Veinty, na czym postawiłbyś niebo jakbyś nie miał ziemi? No na czym? Przecież ono nie ma skrzydeł i nie potrafi samo z siebie latać!
- A chmury jakoś unoszą się w powietrzu, a przecież nie postawiłeś ich na niebie!
- Przecież każdy dekiel wie, że chmury podnoszą powietrzne smoki! Skąd Tyś się urwał?
No, tak też wyglądały ich ambitne dyskusje, a o dziwo wyglądało, że nigdy się nie skończą jako, że popleczników obu stron wciąż przybywało i przybywało. Jednak z każdym wypitym kuflem głowy kolejno opadały na stół, a ich właściciele usypiali. Ci jednak, którzy jeszcze trzymali się na nogach, gotowi byli bić się za swoje poglądy i bronić ich własną piersią co też wkrótce zniechęciło towarzystwo do ciągnięcia tej rozmowy, a wszyscy zgrabnie, czy też mniej zgrabnie, zmienili temat.
Wtedy też nieco przycichło przy stołach, a moją uwagę przykuły ów nieszczęsne krasnoludy, które wcześniej nie dawały mi spać, gdy jeden z ich chłopaków, a właściwie patrząc na jego budowę ciała to chłop, który gotów był ściąć swoją brodę jeśli przegra z kimś pojedynek! Cóż, trza przyznać, że nawet mimo młodego wieku to imponował zarówno wzrostem jak i mięśniami, a taką brodą mógłby poszczycić się niejeden jego pobratymiec. Dlatego też szybko znalazło się kilku chętnych, którzy za cel postawili sobie uczynienie z tej brody trofeum. Mimo złowieszczeń karczmarza kilka takowych pojedynków się odbyło, a wkrótce też okazało się, że młodziak nie jest tak silny za jakiego się uważał.
- Czas zobaczyć jak wyglądają krasnoludy bez brody, panowie, podajcie mi brzytwę! - huknął zwycięzca i mimo protestów sprawnie ogolił podbródek przeciwnika sztyletem, puszczając go dopiero po skończeniu swojego dzieła.
Przeczuwając jednak katastrofę zawczasu zapłaciłem za posiłek i pozbierałem swoje manatki, opuszczając budynek idealnie w momencie, gdy wybuchła bijatyka. No cóż, może i humorek mi się poprawił, ale nie na tyle, by na to patrzeć, a tym bardziej - wplątać się w to jakoś. Ja spokojny chłopak, grzeczniutki, nie będę się mieszał. Niech się bawią.
Mimo chodem skierowałem swój krok w stronę lasu, z czego zdałem sobie sprawę dopiero jak wyszedłem z miasta. Jednak... jakby się nad tym zastanowić to całkiem mi ten pomysł odpowiadał, a mój mózg chętnie odpocznie. W końcu chyba właśnie to próbował mi przekazać.
Dlatego też, nie bacząc zbytnio na hałas, który standardowo w lesie czyniłem, szedłem spokojnie przed siebie, relaksując się przy przyjemnej temperaturze i łagodnym wietrze. Zieleń była teraz wszystkim czego potrzebowałem. Bez zbędnego gwaru, bez obelg, bez żadnych problemów, które tylko czyhają, by uprzykrzyć Ci życie. Taka moment wyciągnięty z życia.
Okazało się jednak, że nie tylko ja lubię na chwilę zapuścić się w gąszcz. Po pół godzinnym marszu najpierw mignął mi zza drzew jakiś inny kolor, a wkrótce moje obawy co do innego spacerowicza potwierdziły się, gdy dotarł do mnie miły, spokojny głos z nutą niepewności w sobie.
- Maki? - spytała wcześniej dostrzeżona przeze mnie plama odmiennego koloru.
- Pudło. - odpowiedziałem spokojnie i rozsunąłem ostatnie chaszcze, które oddzielały mnie od, sądząc po głosie, kobiety.
W tym momencie ukazał mi się dość niecodzienny widok. Na środku polany stała drobna osóbka, właściwie prawie dziecko, z leżącym nieopodal rysiem, również nie wyglądającym jak pospolite zwierzaki, kryjące się w lasach. Co tu jednak robi taka młoda persona? W końcu nie raz, nie dwa słyszało się opowieści o coraz to dziwniejszych potworach, które wychodzą w te okolice na żer.
- Ranny ptaszek? - zagaiła ponownie osóbka, a ja zdałem sobie sprawę jak bardzo się myliłem, przeklinając w duszy moją nieuwagę.
Nie był to nikt młody. Ostrożne spojrzenie i ręka, która powoli podążała w dobrze znane sobie miejsce wyraźnie mówiły, że panienka zna się na życiu i nawet jak wygląda niepozornie to nie jest wcale taka zagubiona. Czułem jak moje mięśnie spięły się na krótką chwilę, bacząc czy nie jest to przypadkiem pułapka, a zaraz potem znów wróciły na swoje naturalne pozycje. Poczułem się głupio. Nikt normalny nie nastawia na człowieka pułapki w środku lasu, nie wiedząc nawet, że ów osóbka się tutaj uda. Prędzej martwiłbym się o swoją sytuację na miejscu tej dziewczyny.
- Nie ma się czego bać, naprawdę. Nie przyszedłem tutaj szukać draki, sam raczej od nich uciekam. - uśmiechnąłem się przyjaźnie do niej, domyślając się, że pod jej odzieniem skrywa się sztylet czy nóż. - Co zaś do rannych ptaszków to... - umilkłem na chwilę, spoglądając na słońce.
Nie sądziłem, że jest tak wcześnie. Zazwyczaj bywalcy tawern rozpoczynają swoje balangi o późniejszej porze, więc zakładałem, że teraz mogłoby, by być coś koło południa, a tu dziwnym trafem mamy wczesny ranek. Chyba muszę poważnie porozmawiać z tymi krasnoludami. W takim razie to nie dziwne, że nie chciało mi się rano zwlec z łóżka.
- Cóż... - odezwałem się po chwili, spoglądając znów wesoło na dziewczynę. - Raczej tak wcześnie nie wstaję, ale okazało się, że moi kompani mają chyba jakieś problemy z zegarkiem i siłą rzeczy też musiałem wstać. - pokręciłem głową, znów się uśmiechając. - Jednak, jak już tu jesteśmy, to co Cię tu sprowadziło? To nie jest tak, że młode dziewczyny nie powinny same chodzić po lesie?

< Maddiś? c: >

czwartek, 2 listopada 2017

Od Madelyn do Naix'a

Letnie poranki są naprawdę urocze. Jasne, wszystkie mają w sobie jakieś piękno - blask wschodzącego, styczniowego czy też grudniowego słońca, pięknie odbija się od śniegu i lodu, wiosenne promienie oświetlają budzącą się do życia przyrodę, a jesienne przemykają się przez liście w wielorakich, ciepłych kolorach, jakby bawiąc się w malarza.
Ja jednak kochałam szczególnie te letnie. Doskonale pamiętałam ten, w którym na świat przyszła Lilianne. Był bardzo podobny do tego, przyjemny, zapowiadający nadejście nowego, równie cudownego dnia. Maki spał obok mnie na trawie, a jego równy, cichy oddech, wypełniał ciszę, która często przeszkadzała mi wcześniej o tak wczesnych godzinach - jako posiadaczka licznej rodziny, przywykłam do tego, że gdy rano się budzę, szczególnie po całonocnym maratonie historii opowiadanych przez Willa podczas wypraw do lasu, gdy byliśmy młodsi, słyszę wokół siebie pochrapywania, oddechy i szmer pościeli. Tęsknię do tych dni.
Dni, które były tak jasne i ciepłe...
Przez chwilę rozważałam, czy może nie obudzić rysia - żal robiło mi się na myśl, że można by przegapić tak wspaniałe rozpoczęcie dnia! Zaraz jednak odrzuciłam ten pomysł - Maki wczoraj wrócił z polowania dość późno i zapewne trochę minie, zanim się obudzi, tym bardziej, że ostatnio chodził niewyspany. Lepiej dać mu zregenerować siły.
Zadarłam więc głowę do góry i oparłam dłonie o wilgotną ziemię, z rozkoszą obserwując, jak granat nieba powoli przechodzi w karmazyn. Pojedyncze promienie właśnie zaczynały wychodzić zza wysokich czubków drzew, roztaczających się aż po horyzont. Brakowało tylko wesołego plusku strumyka i chichotu siedzącego nad nim najad. Wyciągnęłam palce, jakby chcąc dotknąć nieba, ale moje palce nie dotknęły nawet drzew - patrzyłam na nie jeszcze dobrą chwilę, to zbliżając palce do siebie, to je rozsuwając, obserwując, jak światło wygrywa nań sobie tylko znaną melodię.
Wstałam możliwie cicho, uważając, by nie zbudzić Makisia, który słynął ze swojej czujności i lekkiego snu. Przez chwilę ogarnęły mnie wyrzuty sumienia - czy to w porządku zostawiać tak śpiącego przyjaciela? Zaraz jednak obiecałam sobie nie odchodzić daleko - tym bardziej, że w tym lesie zagrożeń prawie że nie było, a nawet jeśli coś zechce nas zaatakować, ryś z całą pewnością wyczuje potencjalnego agresora.
Uspokojona tą pokrzepiającą myślą, zdjęłam jeszcze tylko buty, by nacieszyć stopy przyjemną, poranną rosą, po czym ruszyłam w dół zbocza, na którym rozbiliśmy obozowisko. Chciałam wyjść poza ścianę drzew, by mieć jak najlepszy widok na początek nowego dnia - "narodziny kolejnej złotej bogini", jak zwykł mawiać tatko.
Z przyjemnością wciągnęłam powietrze, rozkoszując się żywiczną, wszechobecną wonią, a także przyjemnym zapachem bujnego, białego kwiecia, które niemal w całości pokrywało teren poza małym laskiem. Stąpałam lekko po chłodnej ziemi, a aksamitna, wilgotna trawa szeptała cichutko pod moimi stopami sobie tylko znane poezje. W tym momencie, byłam absolutnie pewna, że jeśli czytają poezje, musiały wyjść spod anielskiego pióra jakiejś boskiej istoty.
Ukucnęłam na ziemi i zaczęłam zbierać konwalię i inne, wielobarwne kwiaty, na jakie natrafiłam - uśmiechając się jak mała dziewczynka, zaczęłam pleść z nich gruby wianek, który po chwili był już gotowy - odsunęłam go na długość ramienia, krytycznym okiem oceniając swoje dzieło i natury - ta wypadła w nim nad wyraz korzystnie, a ze swojej pracy również byłam usatysfakcjonowana, zatem czym prędzej włożyłem go na głowę.
Poczułam się wreszcie gotowa na przywitanie poranka. Stanęłam zatem na palcach, rozkładając szeroko ramiona, by w pełni chłonąć piękny spektakl rozgrywający się przed moimi oczami...
Przynajmniej dopóki nie usłyszałam za sobą trzasku gałązek. Momentalnie odwróciłam się za siebie, szukając wzrokiem źródła dźwięku.
- Maki? - ostrożnie zrobiłam krok naprzód.
- Pudło - usłyszałam w odpowiedzi młody, męski głos.
- Ranny ptaszek? - zapytałam z lekkim uśmiechem. Nie spodziewałam się, że na kogoś tu natrafię. Tym bardziej, że jegomość prezentował się dość zagadkowo, szczególnie zważając na ciemną pelerynę, jaka okrywała całe jego ciało. Maki powiedziałby mi, że to zły znak i dobrze wiedziałam, że wypada zachować ostrożność, dlatego moja ręka powędrowała w stronę uda, gdzie czułam znajomy, uspokajający ciężar - sztylet, bezpiecznie ukryty w pochwie przytwierdzonej do pasa, tkwił na swoim miejscu, ukryty przed wzrokiem innych cienkim materiałem, który skutecznie jednak maskował wybrzuszenie. Z drugiej strony, póki będzie miał nastawienie przyjazne lub neutralne, po co mam żywić do niego jakiekolwiek uprzedzenia? Istniało duże prawdopodobieństwo, że po prostu tędy przechodzi i też postanowił obejrzeć wschód słońca, czemu się w żadnej mierze nie dziwiłam. - Widzę, że nie tylko mnie zauroczył dzisiejszy wschód słońca. Piękny, prawda?

< Naix? >