Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapach pergaminu i odór rozkładu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapach pergaminu i odór rozkładu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2020

Od Cythian'diala do Lottielle

Cythian'dial ze znudzeniem odprawił interesanta. Nie dostarczył mu żadnej rozrywki, a jedynie zabrał sporo czasu. Ghorm wydał stosowne rozkazy i po chwili sala tronowa była pusta. Zarządca bez słowa ukląkł przy tronie Arcymaga, czekając na dalsze rozkazy. Władca Temeni przez chwilę milczał, majtając lekko nogami na zdecydowanie zbyt wysokim dla niego tronie.
~ Zaproś na przyjęcie herbaciane Maluma. Jestem pewien, że doceni herbatę owocową, którą niedawno sprowadziłem. Pachnie słodkim granatem, wzbogaconym aromatem cytryny. ~ Cythian'dial zeskoczył ze swojego tronu, nie patrząc nawet w stronę zarządcy. ~ I każ przynieść Lottielle stosowne ubranie. Niech Kloto się nią zajmie. To wszystko. Możesz odejść.
  Ghorm skłonił głowę i natychmiast opuścił pomieszczenie, by wydać odpowiednie zarządzenia. Arcymag powolnym krokiem ruszył w stronę swojego gabinetu, a jego myśli dryfowały swobodnie po zamku, wychwytując świadomości członków Dworu.

[...] Ros otworzył drzwi i wykonał dworski ukłon w stronę Lottielle, wskazując jej pomieszczenie.
- To będą komnaty, szanownej milady - oznajmił z uśmiechem. - Zapraszam, zapraszam.
  Pokój, do którego weszli, był olbrzymi i zawierał dosłownie wszystko, co powinien zawierać pokój prawdziwej księżniczki. Było tam wielkie łoże z baldachimem i dziesięcioma warstwami puszystych kołder, był barwny dywan na podłodze, była toaletka z przyborami do czesania się i makijażu, były olbrzymie, rozsuwane drzwi do garderoby, stolik z kanapą i dwoma fotelami, a nawet dwie masywne półki na książki, biurko z eleganckim zestawem do pisania, maszyna do tkania, kilka gobelinów na ścianach oraz okno, wychodzące na ponure wnętrze jaskini. Dziewczyna wyglądała na nieco zaskoczoną, jednak szybko ukryła ten wyraz za lekceważeniem.
- Widzę, że Cythian próbuje przekupić mnie piękną kwaterą. - Zacisnęła ręce w pięści.
- Nie wydaje mi się. - Ros podrapał się po karku. - Cyth raczej wszystkim oferuje dobre warunki. A właściwie takie, jakie dobre będą dla nich. Znaczy, przynajmniej z Dworu. Bo ja to jestem pionkiem, mnie co najwyżej pozwoli przespać się na twardym łóżku w jednej z komnat w lochach. - Z udawanym smutkiem pociągnął nosem, jednocześnie ocierając dłonią nieistniejącą łzę. - W każdym razie! - Klasnął w dłonie. - Skoro już tu jesteśmy, może skusisz się, o piękna pani, na drinka z moją jakże uniżoną osobą?
- Nie specjalnie lubię alkohol. - Lottielle zaczęła przechadzać się po pokoju, uważnie oglądając każdy jego element. Dłuższą chwilę nawet zatrzymała się przy oknie, przez które wyjrzała w dół. - Całkiem tu wysoko - skomentowała.
- Koło dwóch kilometrów - przyznał mężczyzna, rozsiadając się na kanapie. - Cyth lubi duże przepaście. Prawdopodobnie - tu zniżył się do konspiracyjnego szeptu i pochylił się nieco do dziewczyny - przypominają mu piekło, z którego pochodzi. 
- Hm. - mruknęła tamta, dalej patrząc w dół. 
- Na pewno nie skusisz się na drinka, milady? Choćby jednego? - Ros nie miał zamiaru ustąpić tak łatwo. Uśmiechnął się czarująco i zbliżył palec wskazujący do kciuka, jakby trzymał tam jakiś niewielki przedmiot.
- Nie powinieneś nam rozpijać dziewczyny, Ros - rozległo się od strony drzwi. Mężczyzna drgnął, a ciernie na jego ciele poruszyły się niespokojnie. Lotte spojrzała w kierunku głosu i cofnęła się o krok. W wejściu, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią stała smukła, kobieca postać, odziana w czarną, wymyślną suknię, opadającą niemal do samej posadzki. Nonszalancko opierała się o framugę dwiema ze swoich czterech rąk. Trzecią rękę opierała o biodro, a czwartą miała przyłożoną do brody. Jej twarz skryta była za czarnym woalem, odsłaniając jednak krwisto czerwone usta, rozciągnięte teraz w szerokim uśmiechu, odsłaniającym zaostrzone kły. - Mogę wejść?-  I bez czekania na odpowiedź wsunęła do pomieszczenia olbrzymią, pajęczą nogę i przenosząc na nią ciężar, powoli przefrunęła nad progiem. - Uuu, przytulnie. Widzę, że Królowa  zatroszczyła się o podstawową wygodę, choć... brakuje tutaj ducha. Jeśli będziesz chciała, mogę się później tym również zająć, dziecinko.
  Przybyła rozglądała się po pomieszczeniu i dopiero teraz Lottielle mogła zobaczyć parę masywnych, pajęczych nóg, które wyrastały gdzieś z okolicy jej bioder.
- Kloto... - Ros wyglądał na zmieszanego, a ciernie na jego ciele skręcały się i wbijały w skórę. - Ja, ten. No. Wybacz księżniczko - tu zwrócił się do Lottielle, próbując przywołać na twarz szarmancki uśmiech - ale będę leciał.
- Twój "Cyth" nie kazał ci się mną zająć? - spytała nieco przestraszona, gdy mężczyzna wyminął pajęczycę i był już w drzwiach.
- Telepatyczne wezwanie. Naprawdę muszę iść. -  Mężczyzna tylko uśmiechnął się przepraszająco i zniknął w wejściu. Kobiety zostały same w pomieszczeniu.
  Kloto uniosła się na pajęczych nogach, by dotknąć baldachimu znad łóżka. Pokiwała z aprobatą głową i przeszła do najbliższego gobelinu.
- Nie jest źle, nie jest źle - mruczała pod nosem.
- O jakiej "Królowej" mówiłaś? - Lottielle zacisnęła pięści. Nie mogła dać się wyprowadzić z równowagi dziwacznemu wyglądowi służby Cythian'diala.
- Królowa tego miejsca. Cythian'dial, nasza władczyni, dziecinko. - Kloto oderwała się na chwilę od przeglądania tkanin i uśmiechnęła do niej. Zrobiła dwa kroki w stronę dziewczyny, która stała twardo w miejscu. Pajęczyca obniżyła swoją pozycję, by znaleźć się na wysokości dziewczyny i dotknąć jej szaty. - Uuu, słaba jakość, choć wytrzymałe. I te koronki. Musi cię bardzo uwierać w biust, kochanie. - Delikatnymi opuszkami palców badała materiał. Lotte cofnęła się gwałtownie, zakładając ręce na piersi.
- Nic ci do tego. - Fuknęła dumnie.
- Wprost przeciwnie. Królowa przysłała mnie, bym się tobą zajęła, kochanie. - Pajęczyca ponownie ruszyła w stronę dziewczyny, jednak, zamiast wrócić do badania jej, podeszła do szafy. Zajrzała do środka. Mlasnęła cicho z niesmakiem. - Nic z tego się nie nada. Za mało w nich... polotu.
- Co dokładnie masz ze mną zrobić? Nie pozwolę się rozstawiać po kątach, jak wam się podoba. - Dziewczyna była w ewidentnie bojowym nastroju.
- Mam cię przygotować do podwieczorku. - kobieta odwróciła głowę do czarnowłosej, nie przestając przebierać rękami w szafie. - Znaleźć ci coś odpowiedniego do ubrania, wykąpać, uczesaćNie chcesz chyba wyglądać jak służka przy Królowej?
- Lubię moje ubrania - zareagowała gwałtownie dziewczyna, zaciskając mocniej palce na przedramieniu. - A poza tym nie zamierzam robić tego, co on mi każe.
  Kloto wyciągnęła z szafy kilkanaście sukni i rozwiesiła sobie na nogach. Bez wysiłku popłynęła w powietrzu do rozmówczyni, spod sukni wyciągając miarkę krawiecką.
- Nie musisz. - Pajęczyca wzruszyła górnymi ramionami, podczas gdy dolne już zajmowały się zdejmowaniem wymiarów z dziewczyny. - Ale miej na uwadze, ile w ten sposób stracisz.
- Grozisz mi?
- Nie dziecino. Nasza władczyni nie ukarze cię zapewne w żaden sposób. Po prostu będziesz musiała odejść. - Kloto skończyła ściągać wymiary i cofnęła się o krok, a wszystkie jej ręce ułożyły się w pozę zadumy. - Grejpfrut z nutą cytryny...
- Odejść? Nie marzę o niczym innym - oznajmiła stanowczo Lotte, wytrącając z zamyślenia rozmówczynię i wywołując wyraz zdziwienia na jej twarzy.
- Więc czemu wciąż tu jesteś? Królowa na pewno nie będzie cię zatrzymywać. Nikt w Cytadeli również tego nie uczyni, a poza jej murami będziesz już wolna, kochanie. - Przez jej ciało przebiegł dreszcz, a dodatkowe kończyny zadrżały lekko. - Wiem. Ale najpierw kąpiel. - Kloto odrzuciła trzymane tkaniny na łóżko i podeszła do dziewczyny, znów niebezpiecznie blisko. - Na twoim miejscu zobaczyłabym, co przygotowała dla ciebie władczyni, zanim bym odeszła, dziecinko. Znając ją, nie przyprowadziła cię tutaj bez powodu. - Wyciągnęła dłonie do rzemyków na koszulce dziewczyny i delikatnie, z wprawą zaczęła je rozwiązywać. - Cokolwiek nie postanowisz, kąpiel nie zaszkodzi, nieprawdaż dziecinko?
- Przestań nazywać mnie "dziecinką" - dziewczyna odtrąciła jej dłoń i cofnęła się jeszcze. - I potrafię sama się wykąpać.
- Dobrze, dobrze, dorosłą panno. - Pajęczyca uśmiechnęła się, prezentując kły. - W takim razie zaczekam, aż skończysz. A i nie ubieraj się ponownie. Dopasujemy suknię na tobie.
- Mówiłam, że wolę moje ubranie.
- Zrób mi tę przyjemność. Będzie ci tak do twarzy w czerwieni. - Kloto z rozmarzeniem przyłożyła dłoń do twarzy, ale szybko się zreflektowała i przefrunęła przez pokój. - Wrócę za pół godzinki, kochanie. Upewnij się, że dobrze umyjesz uszy.
  Jeszcze w drzwiach posłała jej uśmiech, nim trzasnęły cicho.

[...] Pół godziny później faktycznie wróciła, na pajęczych nogach niosąc skrawki materiału w kolorystyce czerwono-żółtej. Lottielle właśnie się wycierała, gdy pajęcze nogi wsunęły się do pomieszczenia. Dziewczyna gwałtownie zawinęła się w ręcznik.
- Jeszcze nie skończyłam - zaprotestowała, jednak Kloto nie zamierzała zważać na jej protesty. Podpłynęła w powietrzu do dziewczyny, sprawiając, że ta ponownie zaczęła się cofać.
- Nie wygłupiaj się, kochanie. Odłóż ręcznik. Muszę dostosować suknię do twoich kształtów. Będziesz wyglądać perfekcyjnie na herbatce. - I wyciągnęła dłoń, jakby oczekując, że Lotte odda jej ręcznik.
- Nie powiedziałam, że zgadzam się na ten pomysł - zaprotestowała ponownie, choć z mniejszym przekonaniem, niż wcześniej.
- W takim razie będę zmuszona zdradzić ci mały sekrecik. Tylko musisz obiecać, że nikomu nie powiesz. - Kloto przyłożyła palec do ust i gdyby było widać jej oczy, zapewne teraz jedno z nich by mrugało. - Jeśli nie przyjdziesz na podwieczorek, twój stary znajomy wpadnie na ciebie wychodzącą z Cytadeli. Fortunniej dla ciebie będzie spotkać się z nim na bezpiecznym gruncie, kochanie. Pod pieczą Królowej nie może cię skrzywdzić.
  Warga dziewczyny drgnęła. Widać było, że bije się z myślami. Wykorzystała to pajęczyca, błyskawicznym ruchem wsuwając dłonie pod ręcznik i zdejmując go z dziewczyny. Ta odruchowo spróbowała się zakryć, jednak silne ramiona Kloto chwyciły jej ręce i przytrzymały w górze, podczas gdy druga para zaczęła przykładać i doszywać kawałki materiału prosto na ciele dziewczyny. Kilka minut później było po wszystkim, a Kloto stała przed swoim dziełem z uśmiechem na ustach.
- Zdecydowanie żółć i czerwień ci pasują. Podkreślają twoją jasną karnację i ciemne włosy. W istocie grejpfrucik z cytrynką. - Pokiwała jakby do siebie głową. Nieco zrezygnowana Lotte spojrzała w stojące w pomieszczeniu lustro. Osoba w nim stojąca wyglądała dla niej zapewne dość obco. Czysta, schludnie uczesana, w drogo wyglądającej sukni. Miękki materiał dokładnie opinał jej ciało i musiała przyznać, że jest jej na prawdę wygodnie. Może nie było to to samo, co jej własne ubranie, jednak nie mogła za bardzo narzekać.
- Co dokładnie twoja "Królowa" planuje na tą herbatkę? - zapytała cicho, powracając spojrzeniem do pajęczycy. Ta tylko się uśmiechnęła tajemniczo.
- Nie martw się, kochanie. Ciebie zaboli to najamniej.

[...] Cythian'dial siedział wygodnie na kanapie, gdy do pomieszczenia został przez Ghorma wprowadzony Malum. Wysoki, nieco siwiejący mag o twarzy wykrzywionej okrucieństwem i niegdyś pewnie pięknych, zielonych oczach przemaszerował przez pomieszczenie, stukając laską w kamienne cegły.
- Nie spodziewałem się tak nagłego zaproszenia od ciebie, Arcymagu - oznajmił, zajmując jeden z wolnych foteli, na przeciwko Władcy Temeni.
~ Wiem, że doceniasz dobrą herbatę, tak jak robię to ja, dlatego nie mogłem sobie odmówić podzielenia się nią z tobą. Proszę, częstuj się. ~ To mówiąc wskazał na stojący na stoliku imbryk. Malum również na niego spojrzał. Coś mu nie pasowało. Nie był typem człowieka, który przepadałby za herbatą. Mimo wszystko postanowił nalać sobie pół filiżanki i obserwować Cythian'diala.
- Jesteś bardzo uprzejmy, Arcymagu - powiedział ostrożnie, unosząc czarkę do ust. Nie zareagował. - Choć dziwię się, że jesteśmy sami. Zwykle zapraszasz więcej osób.
~ Nikt poza tobą nie doceniłby jej jak należy ~ oznajmił Arcymag, wykonując w powietrzu gest ręką i wzmacniając zapach napoju w pomieszczeniu. W tym momencie boczne drzwi uchyliły się i nieco sztywno wymaszerowała z nich smukła, dziewczęca postać. Malum wstał gwałtownie, a jego policzki poczerwieniały. ~ A ty, Malumie? Co o niej sądzisz?
- Co to ma znaczyć? - wysyczał niemal mag, kierując swoje spojrzenie na władcę. - Czemu ona tutaj jest? 
  Lottielle uniosła dumnie głowę i nie patrząc w stronę maga podeszła do stolika, cały czas odprowadzana spojrzeniem dawnego pana i usiadła w fotelu koł Cythian'diala.
- Arcymagu, ona jest moją włanością. Sam stoisz na straży praw Rezydentów. Przywłaszczanie sobie czyjegoś niewolnika jest niezgodne z prawem Temeni. - Malum uderzył pięścią w stół. Szkło na nim ustawione podskoczyło lekko i zaiwsło w powietrzu.
~ Zgodnie z rozdziałem piątym, paragrafem trzecim, ustępem siódmym oraz rozdziałem czwartym, paragrafem pierwszym prawa Temeni zbiegły niewolnik, którego pan wykazał się niekompetencją w kontrolowaniu podległych istot, pozwalając mu wysfobodzić się z kajdanów i wydostać poza granice Temeni przechodzi na własnoś tego, kto pochwyci go i ponownie zmusi do posłuszeństwa. Zatem twoje roszczenia Malumie są bezzasadne. Lottielle jest teraz częścią mojego Dworu i tak długo, jak długo znajduje się pod moją pieczą pozostaje poza twoim zwierzchnictwem. ~ Wszystko to przekazał jednostajnym, spokojnym głosem dziecka, po czym nie zmieniając tonu kontynuował. ~ Oczywiście jeśli masz podejrzenie, iż niewolnik został ci odebrany siłą lub podstępem możesz dociekać swoich praw w obliczu władcy Temeni, w obecności świadków i przy użyciu eliksiru prawdy. Jestem przekonany, że obecna tu Lottielle chętnie posłuży za światka, by opowiedzieć, że z powodu hemoroidów jej dawny pan, Malum nie zabezpieczył odpowiednio swojego dworku i była w stanie wyślizgnąć się spod jego starannej pieczy.
- To nie miało żadnego związku - wysyczał jeszcze bardziej czerwony mag. Cythian'dial nie zareagował.
~ Nie odpowiedziałeś mi, co o niej myślisz? ~ zapytał zamiast tego. Malum zrzucił filiżankę, która tym razem poddała się prawom grawitacji i spadła na kamienie, rozbijając się.
- Zapłacisz mi za to, Arcymagu - oznajmił gniewnie, po czym wymaszerował z pomieszczenia. Ghorm skłonił się Cythian'dialowi i wyszedł za nim, zamykając cicho drzwi.
~ Jestem nieco zawiedziony ~ przyznał. ~ Oczekiwałem, że twój ostry temperament w znacznie większym stopniu zarezonuje z temperamentem Maluma i będę mógł obejrzeć jak wzajemnie wytykacie sobie wszysto, co między wami zaszło. Szkoda. ~ I wstał. Wyglądał, jakby chciał wyjść, jednak Lottielle chwyciła go za rękę. A przynajmniej próbowała, bo jej dłoń przeniknęła przez dłoń demona.
- Powiedziałeś Malumowi, że jestem twoją własnością. Nie jestem nią - zaznaczyła.
~ Jeśli nie należysz do mnie, należysz do Maluma ~ Cythian'dial obrócił się do niej. Był sporo niższy i patrzył na nią, zadzierając dość zabawnie głowę do góry. ~ Z nas dwojga ja wymagam tylko posłuszeństwa, gdy jesteś mi potrzebna. Jesteś obiektem interesującym magicznie, więc twoje zadania nie będą wykraczały poza wsparcie w magicznych eksperymentach czy rytuałach.  W czasie wolnym możesz zajmować się czymkolwiek zapragniesz. Masz dostęp do wszystkich obiektów, znajdujących się w Cytadeli, jedzenia, wygodne zakwaterowanie. Jedyne, czego ci nie wolno, to opuszczać Cytadeli bez mojej zgody. Jednak jestem skłonny zabierać cię ze sobą w różne zakątki Sayari i umożliwiać ci spędzanie czasu w miejscach, które uznasz za interesujące. Jestem również skłonny wziąć odpowiedzialność za rozwój twojej magii i jej kontrolę. Uważam to za równowartościową wymianę. ~ Arcymag wpatrywał się nieruchomo w twarz dziewczyny. Nie odpowiedziała głośno, jednak władca pokiwał głową. ~ Ros pokaże ci, gdzie jest biblioteka. Powinny cię zainteresować działy od trzeciego do siódmego oraz trzydziesty czwarty do trzydziestego dziewiątego i sto dwunasty. Jest tam więcej o czerpaniu ze Źródła.

Koniec wątku

wtorek, 15 września 2020

Od Cythian'diala i Lottielle

Lottielle od razu poczuła że nie znajduje się już w Merkez. Ani też z w jednym z ościennych krajów. Wiedziała gdzie się znalazła. W Temenii. Miejscu z którego uciekła i do którego nie chciała nigdy wrócić. Paradoksalnie poczuła się tutaj jak w domu. To było jedyne w swoim rodzaju uczucie które zrozumieją jedynie ci którzy urodzili się i dorastali w cieniu Temenii lub samym kraju. Rozumiały to ich serca. Wyschnięte na wiór i zniszczone nieustanną biedą. Lotte rozumiala, że znajduje się w podobnej sytuacji, jednak nie akceptowała tego. Opuściła te ziemie może i kilka miesięcy temu, jednak od tego czasu zdawały się minąć całe lata. W całym kraju jak i Cytadeli czas zdawał się płynąć jak tylko chciał. Potrafił przyspieszyć, ale również zwolnić. Wciąż rozbudzona magia próbowała podłączyć się do Źródła, jednak Linie Mocy były tak słabe, pogrążone w marazmie oraz głęboko ukryte że dziewczyna nie mogła z nich zaczerpnąć. Jedyne co mogła zrobić to spętać na nowo swoją moc i spróbować odzyskać siły. Bolała ja głowa i ogólnie wszystko. Jakby przebiegła wiele razy drogę wiodącą na targ i spowrotem do kwatery w piwnicach gildii. Ale taka była cena używania Mocy oraz korzystania ze Źródła. Żeby coś dostać najpierw musiała coś dać. Zazwyczaj nieostrożny mag cierpiał jedynie fizycznie, jednak znała też przypadki, kiedy to ceną była dusza. Uniosła lekko powieki. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Umeblowane szykownie i porządnie. W pewnej chwili jej wzrok zatrzymał się na magu. Poczuła jak wzrasta w niej bunt, gotowy zapłonąć żywym ogniem na jej rozkaz. Musiała go jednak stłumić, gdyż nie miała już sił walczyć. Musiała odpocząć. Nie mogła ryzykować utratą życia na tych nieprzyjaznych, wrogich i okrutnych ziemiach. Wbiła świdrujące spojrzenie w maga. Jednym tylko spojrzeniem chciała mu przekazać jak bardzo go niecierpi i obiecać mu że przy najbliższej okazji obróci Cytadelę w proch, jeśli nie da jej odejść gdy tego zechce.
~ Drzwi są otwarte ~ zauważył demon, nie patrząc nawet na dziewczynę. W wielkim fotelu wyglądał jak dziecko, które znużone zabawą postanowiło przysiąść na chwilę w biegu, choć jego nóżki wciąż wyrywały się do ruchu. ~ Śmiało, sprawdź, jeśli mi nie wierzysz. Nie, nie ma za nimi przepaści. Jesteśmy w najwyższej wieży Cytateli, ale nie oznacza to, że drzwi muszą prowadzić w pustkę. Możesz przez nie wyjść, pokonać stopnie, prowadzące w dół wieży, przejść przez całą Cytadele, potem przez góry Temeni, aż do Sharru lub Khayru. Jednak tylko w tej wieży, w tym pomieszczeniu zapewniam ci bezpieczeństwo.
Podążyła wzrokiem w stronę drzwi. Mogła odejść w każdym momencie. Przed zerwaniem się i ucieczką powstrzymały ją ostatnie słowa maga. Nic z tego nie rozumiała. Czego on od niej chciał? Przecież nie porwał jej bez przyczyny, prawda? Powróciła do niego wzrokiem. Odgarnęła lekkim ruchem, zbłąkany kosmyk za ucho. 
- Czego chcesz? - warknęła rzucając mu spojrzenie spod przymknietych powiek. -  Odstaw mnie do Merkez! - zarządała.
~ Interesują mnie twoje magiczne zdolności ~ oznajmił Arcymag. ~ Opowiedz mi o nich. Gdzie znajduje się źródło twojej magii? Jak ją czerpiesz? I oczywiście, czemu odmawiasz sobie korzystania z niej. Tak. ~ Pokiwał w zamyśleniu głową. ~ Opowiedz mi również o Malumie. Twoja ucieczka musiała spowodować wiele bólu jego niewolnikom. Ciekawe czy nadal cię szuka. Po prawdzie, nigdy nie umiał przegrywać i próbował sięgać po rzeczy, które go przerastały, jednak nie spodziewałem się, że jego obsesja może przenieść się na kobietę. 
  Ctyhian'dial wyglądał, jakby odpływał myślami gdzieś daleko, choć może to było tylko wrażenie spowodowane brakiem wyrazu na jego masce?
Z jej ust wyrwało się mimowolne prychnięcie. Podparła brodę dłonią i odwróciła wzrok od maga. Nie zamierzała odpowiadać na jego pytania. To skąd pochodziła jej magia było jej własnością i nikt nie musiał znać jej źródeł. Czemu odmawiała korzystania z niej? Czy to nie było dość jasne? Moc nie przyniosła jej nic poza jeszcze większym bólem i rozczarowaniem. Malum? Ten okrutnik na pewno wciąż jej szukał. Kilka razy ledwie umknęła jego gończym. Jeśli nauczyła się czegoś podczas pobytu u niego to był fakt że czarnoksiężnik nie potrafił przegrywać i za wszelką cenę chciał zdobyć to co było poza jego zasięgiem. Obsesja na punkcie kobiety? Co to to nie. Malum z pewnością nie dostrzegał w niej kobiety. Jedynie narzędzie do zdobycia jeszcze większej potęgi i kto wie, może również miejsca w Cytadeli. Martwiła się po prawdzie o innych niewolników maga, zdawała sobie jednak sprawę że oni doskonale potrafili unikać jego gniewu i wściekłości. To było coś czego ona nigdy się nie nauczyła. Dlatego potrafiła stamtąd uciec. I była pewna że jeśli nadarzy się okazja ucieknie również stąd- chociażby miało ją to kosztować życie. Przynajmniej umrze jako wolna osoba. W końcu to zabiło jej brata, gdy próbował ochronić ją przed tym losem. Była mu to winna, bezwzgledu na wszystko, bezwzględu na cenę jaką musiała za to zapłacić. Była na to gotowa.. cokolwiek planował ten mag nie zamierzała podporządkować się jego woli. Ani teraz, ani nigdy.
Karzełek pokiwał w zamyśleniu głową. Nie zawiodła jego oczekiwań. Buntownicza dusza, nie chcąca być spętana żadnymi więzami.  Doskonale. 
Drzwi do pokoju otworzyły się zamaszyście i pojawiła się w nich smukła sylwetka przystojnego mężczyzny, którego ciało oplatały pasożytnicze ciernie, a w oczodołach lśniły białka. Ros uniósł rękę do góry, jakby chciał powitać Arcymaga, jednak zamarł w pół ruchu. Jego spojrzenie padło na dziewczynę. Przełknął ślinę i zakłopotany podrapał się po karku.
- Przychodzę nie w porę...? - Jego głos się urwał, gdy napotkał zimne spojrzenie karzełka. - Nie poradzę! - zaczął się bronić, wymachując rękami - Wszyscy chodzili na paluszkach i nie chcieli mi nic powiedzieć, co się dzieje. I prawie musiałem ogłuszyć Ghorma, żeby się tu dostać. Uparty jak kozioł. A swoją drogą, kimż jest ta piękna dama, która zaszczyciła to ponure miejsce swoja obecnością? - Ros wszedł do środka i mrugnął znacząco do dziewczyny. - I czy ty ją poisz, Cyth? Zainwestowałbyś w coś mocniejszego. - To mówiąc zrobił znaczący gest, jakby przechylał kieliszek do ust. Cythian'dial milczał, co zaniepokoiło mężczyznę. Atmosfera w pokoju ochłodziła się znacząco. Mężczyzna stanął przed stolikiem, na tle biblioteczki i założył ręce na piersi. Ciernie na jego ciele poruszyły się niespokojnie.
Karzełek zwrócił się do dziewczyny, ignorując kompletnie przybysza. 
~ Rozumiem. ~ powiedział krótko, mimo że ta nie wypowiedziała ani jednego zdania. ~ Ros pokaże ci twój pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebować możesz zwrócić się do dowolnego sługi. Jestem wielce uradowany, mogąc gościć cię w mojej Cytadeli. A teraz wybacz, ale pewne sprawy wymagają mojej osobistej prezencji. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać, jeśli zachowasz rozsądek. Dobrej nocy, Lottielle.
Arcymag wstał bezgłośnie i pomieszczenie pogrążyło się w ciemności, a gdy opadła, jego już nie było. Dziewczyna została sam na sam z zakłopotanym mężczyzną który czuł, że nie powiedziano mu wszystkiego i że tak właściwie ma kłopoty. 
Dziewczyna prychnęła pogardliwie. Nawet nie spojrzała na maga. Ani jeden dreszcz nie przebiegł jej zmrożonej grozą sytuacji skóry gdy pokój pogrążył się na kilka chwil w ciemnościach. Zmróżyła oczy, lustrując uważnie wzrokiem postać niespodziewanego i pewno niechcianego gościa. Wstała unosząc dumnie głowę, mimo że jej twarz pokrywała zaschnięta krew, kurz i brud starała się nadać swojej postaci jak najbardziej władczy wyraz. Mimo że wciąż kręciło się jej w głowie po korzystaniu ze Źródła nie pozwoliła sobie na nawet nieznaczne wsparcie się na fotelu lub innym meblu. 
- Czyżby moje przybycie tutaj było aż taką tajemnicą? - Posłała mu mordercze spojrzenie. - Jeśli on myśli że może mi mówić co mam robić i gdzie iść to się myli i to grubo. 
Zadarła głowę do góry i skrzyżowała ramiona na piersiach. 
- Wiesz, Cythuś jest dość skrytym karzełkiem - Ros podrapał się z zakłopotaniem po karku. - Niech mnie diabli jeśli jestem w stanie choć w kawałeczku zrozumieć, co tam mu chodzi po tej rogatej łepetynie. Może po prostu nie chciał, bym wyrwał mu laskę i dlatego wolał trzymać przede mną w sekrecie pojawienie się takiej piękności w Cytadeli. A skoro już mowa o pięknościach, pozwól się, o pani, przedstawić mojej nędznej osobie. Nazywam się Ros, do usług. - To mówiąc skłonił się do ziemi, nieco teatralnie, a gdy się wyprostował wyszczerzył się w zalotnym uśmiechu. - Pozwolisz zatem, że zaprowadzę cię do twoich komnat, zanim Cyth nie zmieni zdania i nie każe wyrzucić mnie przez okno?
Wredny uśmiech wykwitł niczym trujący kwiat na jej ustach. 
- Czyżbyś myślał, że Cythian'dial potrafi się zakochać? Nie rozśmieszaj mnie! - rzuciła mu drwiące spojrzenie. - Jest potworem, który nie potrafi kochać. Wykorzystuje tylko innych, aby podnieść swoją sławę i umocnić pozycję. Taki ktoś jak on nie potrafiłby się zakochać
Milczała przez chwilę. 
- W porządku. Możesz mnie zaporowadzić ale tylko dlatego że nie chcę byś miał z jego strony jakieś nieprzyjemności. 
Uniosła dumnie głowię i przemaszerowała obok Rosa.
- A tak przy okazji. Mam na imię Lottielle. - rzuciła przez ramię.
- To imię jest równie piękne, jak jego właścicielka - powiedział mężczyzna, wyprzedzając ją i nonszalancko otwierając przed nią drzwi. - Jeśli chodzi o Karzełka to tym bym się nim nie martwił. - Ros ruszył za dziewczyną prosto w wyłożoną śnieżnobiałym kamieniem klatkę schodową.. - Niech mnie drzwi ścisną, jeśli od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłem nie byłem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Życie z Cytusiem jest jak trzymanie głowy w paszczy lwa. Niby psia krew oswojona bestia, niby znasz każdy jej zwyczaj, każdy odruch, jednak wiesz, że jeden kaprys dzikiego zwierzęcia i kszszszyt - to mówiąc przejechał palcem po szyi - jesteś po drugiej stronie. Tędy, tędy. - Będąc u podstawy schodów dziewczyna próbowała skręcić w najbliższy korytarz, jednak Ros zastąpił jej przejście. - Tam jest kuchnia, a to nie miejsce dla uroczych młodych panien, jak ty madam. Mamy dużo szczęścia, że drzwi są zamknięte, bo dobywające się stamtąd zapachy mogłyby położyć trupem niedźwiedzia. 
Korytarze, którymi zmierzali były zaskakująco puste i zimne. Odgłos ich kroków odbijał się echem, ale mężczyzna szedł pewnie znajomymi drogami. Cytadela o tej porze zwykle nie była zbyt ruchliwym miejscem. Wszyscy mieli swoje obowiązki, a dla własnego dobra lepiej było je wykonać sumiennie. Nie żeby Cythian'dial przykładał do tego jakąkolwiek wagę. Problem stanowił Ghorm. Po plecach Rosa przebiegł dreszcz.
(Cythian'dial?)

piątek, 1 marca 2019

Od Cythian'diala do Lottielle

Cythian'dial spojrzał znad książki na swoich strażników. Lamii była mokra, jej ubranie oraz futro szczelnie przylegało do jej umięśnionego ciała, uwydatniając jego kształty, co byłoby zapewne pociągające, gdyby dodatkowo nie była pokryta również błotem, trawą oraz krwią. Idąc, ledwie zauważalnie utykała na lewą nogę. Mimo to krok miała pewny, a na pyszczku wyraz triumfu podobny bardziej do tego, który przybiera kot, który wreszcie złapał myszkę, niż królik w jakiejkolwiek sytuacji. Za nią kroczyła długimi krokami postawna postać Medicore, niosąca w swoich upierzonych ramionach nieprzytomną dziewczynę. Lotte również była mokra i brudna. Nie wyglądała najlepiej, jednak szybkie skanowanie jej umysłu wykazało, że nie doznała trwałych uszczerbków na zdrowiu.
- Dorwaliśmy ją, mistrzu! - oznajmiła triumfalnie królica, wyprężając się na baczność i salutując. Oczy jej się iskrzyły radośnie. Jej towarzysz przewrócił oczyma
  Dobrze się spisaliście pochwalił Arcymag, odkładając książkę na stolik. Wstał i wskazał fotel, na którym jeszcze przed chwilą siedział. Połóż ją tutaj rozkazał.
  Medicore podszedł do siedziska i posadził na nim czarnowłosą. Cythian'dial wyjął z kieszeni chusteczkę i delikatnie otarł jej  twarz, po czym w zamyśleniu wpatrzył się w delikatne rysy dziewczyny. Protegowana Maluma wyglądała spokojnie, prawie jakby spała. Jednak nie jej urocza twarzyczka zaprzątała głowę władcy Temeni. Cythian’dial dobrze pamiętał, jak Malum się przechwalał, że dorwał naprawdę łakomy kąsek i że wkrótce będzie gotowy do prezentacji. Robił to do stosunkowo niedawna, a potem nagle umilkł. Złośliwi podejrzewali, że się przeliczył i eksperyment zakończył się klapą. Nikt nie mógł się spodziewać, że on się powiódł. Nawet za bardzo. Niewolnicy nie często uciekali z Temeni. Jeszcze rzadziej robili to pozostając przy życiu. Dar dziewczyny był niezwykły. Mag byłby nawet skłonny poświęcić czas na złamanie jej woli i zniewolenie umysłu. Wydało mu się to nawet przez chwilę atrakcyjną perspektywą. Najwięcej satysfakcji z łamania czyjejś woli ma się w końcu wtedy, gdy jest ona dostatecznie silna, by długo się opierać.
  Lamii zaczynała się powoli nudzić. Rozglądała się czujnie na boki, a jej uszy poruszały się gwałtownie, mimo że w okolicy nie było żywej duszy. Z jakiegoś powodu czytelnia opustoszała. Być może ich obecność odstraszała gości. Szturchnęła Medicore.
- Moje żebra kończą się niżej, słabo wycelowane – zauważył stwór, po czym niemal zgiął się w pół, gdy całe jego powietrze wyleciało z płuc, reagując na łokieć drugiej strażniczki, który wylądował pod jego żebrami.
- Dobrze wiem, gdzie celuję – oznajmiła głośnym głosem, który w jej mniemaniu zapewne musiał być tonem cichej rozmowy. – Spójrz.
  Spojrzenie czaszki zogniskowało się na punkcie wskazywanym wymownym ruchem głowy Lamii. Pod półką z książkami skradała się przeciętnej wysokości postać, wyglądająca na kupca, w dłoniach trzymająca kilka opasłych tomów. Gdy usłyszał głos królicy, mówiący „Spójrz”, skamieniał i odwrócił powoli głowę w kierunku strażników. Oboje wpatrywali się prosto w niego. Przełknął ślinę.
  Ma pan na sobie futro Deteiri., panie Karfan. Radzę panu uciekać. Przekazał Cythian’dial, nie odrywając spojrzenia od Lottielle.
  Kupiec upuścił książki i z prędkością, której trudno byłoby się spodziewać po kimś jego postury zaczął przemieszczać się w kierunku drzwi. Lamii zeszła na cztery łapy i wybiła się z nich, w długich susach ruszając w pogoń. Medicore rzucił Arcymagowi zmęczone spojrzenie i poczłapał w ślad za nią, mrucząc pod nosem coś o niańczeniu wariatki i zmianie pana. Najlepiej na kogoś, kto da mu w spokoju siedzieć nad jego książkami.
  Z drugiej strony był Malum. Na pewno zareagowałby na jego nowy nabytek. Jego nowy nabytek zaś zareagowałby na Maluma. Oczywiście miałoby to miejsce tylko wtedy, gdy pozostawałby w niezmienionym stanie świadomości. Złamana w tej sytuacji byłaby dość nudna. Arcymag schował chusteczkę. I tak będzie musiała się potem porządnie wykąpać i przebrać. Nic, co miał przy sobie nie mogło jej w żaden istotny sposób pomóc wrócić do stanu sprzed gonitwy.
  Z korytarza rozległ się hałas podniesionych głosów, wśród których władca Temeni z łatwością mógł rozróżnić głos Lamii. Dało się też rozróżnić niektóre słowa jej wypowiedzi, jednak ich sens był i tak dla Cythian’diala oczywisty. Komuś się nie spodobało, że królik goni kupca po jego własnej gildii.
- Tak nie może być! – wykrzyknął, niemal wtaczając się do pokoju pokaźny jegomość, ubrany zgodnie z zasadami najnowszej mody w kalesony oraz fioletową kamizelkę, na którego szyi lśniły się grube, złote łańcuchy, a którego palce niemal ginęły pod powłoką złotych pierścieni. Na głowie miał dość dziwacznie wyglądający, bufiasty kapelusz. Słowem – kupiec. Bardzo bogaty kupiec. Za nim weszli członkowie świty Arcymaga oraz Karfan, na którego polowanie zostało najwyraźniej tymczasowo zawieszone. – Gdzie jest wasz pan?
  Medicore wysunął się bezszelestnie na przód tanecznym krokiem i skłonił się nisko przed zgromadzonymi, wyciągając jedno skrzydło do góry, a drugie przykładając do piersi oraz krzyżując nogi i nieco je uginając.
- Panowie i panie oraz ty Lamii, oto Cytahian’dial, Pan na Cytadeli, Arcymag i władca Temeni. – Uniósł głowę, cały czas pozostając nienaturalnie wygięty – Obecnie incognito.
  Incognito z definicji oznacza, że występuje się nie ujawniając swojej tożsamości, zaś moja osoba została właśnie szczegółowo przedstawiona. Nie uważasz, że to się kłuci ze sobą, Medicore? Arcymag nie raczył nawet odwrócić się w kierunku przybyłych. Swoją drogą musiało ci umknąć, ale jestem zajęty i wolałbym, by mi nie przeszkadzano.
- A więc ty sprowadziłeś tu te dziwadła? – Kupiec ruszył w kierunku niewielkiego człowieczka, odpychając ptaka tak, że ten niemal się przewrócił. Lamii zastrzegła nerwowo uszami i najeżyła sierść. Stojący obok niej Karfan odsunął się nieco dyskretnie, czując się bardzo niezręcznie w towarzystwie królika, który lada chwila mógłby pozbawić go życia.
  Są członkami mojej gwardii osobistej. I muszę cię ostrzec. Zrobisz jeszcze jeden krok w moim kierunku, a Lamii rozszarpie tłuszcz na twoim karku, a potem wgryzie się w kręgosłup tak mocno, że przerwie połączenie pomiędzy mózgiem a ciałem, Mistrzu Gildii Kupieckiej, panie Fordzie Calton.
  Na te słowa kupiec się zatrzymał niepewnie. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania we własnej gildii, jednak gdyby nie silnie rozwinięty instynkt samozachowawczy zapewne nie zaszedłby tak daleko w gildii. Teraz ten instynkt podpowiadał mu, by wykonywać polecenia tego kurdupla, który przedstawiał się jako jakiś tam władca.
- Słuchaj no ty… - zaczął, Arcymag podszedł do stolika i zaczął oglądać książkę, którą wcześniej czytał. – Nie wiem za kogo się uważasz, ani kim jesteś, ale… - przerwał, czując na sobie jasny wzrok karzełka. Nikt nie wpatruje się tak intensywnie, przewiercając cię na wylot jak dziecko, które właśnie zauważyło, że masz coś na twarzy. Takie przynajmniej odniósł wrażenie kupiec, gdy oczy Cythian’diala spoczęły na jego źrenicach.
  Zabieram tą dziewczyn oraz tę książkę. Arcymag uniósł lekko trzymaną pozycję. Otrzymasz za nie zadośćuczynienie pieniężne, o to się nie martw. Jednak nie oczekuj przeprosin za zachowanie Lamii. Wasza rasa wytępiła cały jej lud, brutalnie zdzierając z nich skóry, a potem kładąc przed kominkiem, gdzie spały na nich psy myśliwskie. Pozbawiliście ich wszystkiego. Nawet ich reputacja łowców została przez was znieważona i wyśmiana. Karfanie, dziś daruję ci życie i niech to będzie… mój podarunek dla was. A teraz przepraszam, ale zapragnąłem zająć się pewną sprawą, która nie dotyczy żadnego z was.
- To moja gildia i nie będziesz mi dyktował warunków. Mogę w każdej chwili wezwać straż…
- Szkoda, że nikt nie przyjdzie. – Medicore przyłożył teatralnie skrzydło do czoła a jego pusta czaszka wydawała się kpiąco spoglądać na Mistrza Gildii.
- Co…?
  Lamii wyminęła pana Caltona i z wyskoku zdzieliła towarzysza przez łeb.
- Spróbuj okazywać więcej szacunku ludziom, z którymi układa się mistrz – fuknęła.
  Mrok wokół małej osóbki zafalował i pokrył pomieszczenie nagłym brakiem światła. Gdy blask wrócił, podróżników z Temeni już nie było.
[…]- Wygląda bardzo spokojnie, gdy jest nieprzytomna – zauważyła głośno Lamii, pochylając się nad Lottielle. – Aż się prosi, żeby narysować jej runy Omegi.
  Cythian’dial siedział na fotelu tuż obok kanapy, na której zmaterializowała się dziewczyna. Machał w powietrzu nogami, nie dosięgając do podłoża.
  Lamii, każ przynieść jej herbaty. Gdy to zrobisz, możesz wrócić do swoich obowiązków. Medicore, przekaż Ghornowi, że przyjmę go nie wcześniej, niż gdy skończę rozmawiać z tu obecną.
- Tajest, mistrzu! – wykrzyknęła strażniczka, stając zamaszyście na baczność i salutując. Jej towarzysz tylko skłonił lekko głowę i wyszedł. Cythian’dial i Lottielle zostali wreszcie sami. Arcymag był cierpliwy. Miał zresztą o czym myśleć. A wkrótce przyniesiono ciepłą herbatę w imbryku. Jej zapach koił zmysły demona, zaspokajając jego potrzebę tego trunku. I dalej czekał. A herbata stygła.
(Lottielle? XD Tak. Niezręcznie, niezręcznie.)

piątek, 22 lutego 2019

Od Lottielle c.d do Cythian'diala

Nie bać się? Dobre sobie. Był to mag. Na dodatek pochodził z Temenii, a co najgorsze władał tamtymi ziemiami. I ona miała się go nie bać po tym co zrobił jej Malum? Czyżby nie wiedział, że jego zła sława go wyprzedziła?  Jeśli myślał, że łatwo podda się jego woli to grubo się mylił. Od ucieczki z niewoli minęło dopiero kilka miesięcy. Za nic nie zamierzała tam wracać. Nawet za cenę życia. Spojrzała na niego z ogniem w oczach. Przez co fiolet wydawał się pulsować własnym życiem, a czerwień wręcz wylewać się na policzek. Narastał w niej niemy sprzeciw. Źródło* zapulsowało żywiej, gdy wyczuło budzącą się w dziewczynie moc. Wybuchła ona ognistym kręgiem, gdy tylko Cythian ją dotknął. Zaskoczony mag cofnął się o kilka kroków, a jego szata lekko zadymiła. To była jej szansa. Rzuciła się do ucieczki, nie ważąc na płomienie, które liznęły brzeg jej szkarłatnego płaszcza. Jedno było pewne. Tanio skóry nie odda! Dopadła potężnych dębowych drzwi. Rozwarła ich skrzydła, po czym nim dopadli do nich kruko i królikopodobni zatrzasnęła je. Korytarz zdawał się być wypełniony czarną, duszącą mgłą, a ludzie poruszający się w nim zdawali się to robić w spowolniony sposób. Szarpnęła sprzączkę przy szyi pozbywając się niepotrzebnego, ciężkiego płaszcza. Wpadała na innych pracowników i gości. Przewróciła stojącą wazę z kwiatami. Kryształ rozbił się na tysiące migotliwych kawałeczków, które opadły na czerwono-złoty dywan. Rośliny podzieliły ich los. Biegła tak szybko jak tylko potrafiła, wciąż czując za sobą oddechy swoich prześladowców. Gdy wydostała się na ulicę, gwar życia miejskiego niemal ją ogłuszył. Każdy krok kradł jej oddech, a moc domagała się ujawnienia. Źródło ochoczo oferowało jej swoje zasoby. Jednak Lottielle obiecała sobie, że jej już nigdy nie użyje. Nie zamierzała teraz łamać tej przysięgi. W biegu udało się jej dobyć sztyletu, który rozbłysł srebrnym blaskiem w słońcu.
- Z drogi! - warknęła do grupki wysoko urodzonych dam stojących przy straganie z drogimi materiałami. - Z drogi!
Kobiety widząc uzbrojoną pół-elfkę ochoczo usunęły się jej z drogi, wciąż narzekając, że jedwab taki mało jedwabny, a cena zbiłaby z nóg nawet władców. Pościg z każdą chwilą się zbliżał. Nad sobą usłyszała niemal niedosłyszalny szum skrzydeł. Gdy ptako-podobny zanurkował, ramię Lotte przeszył znany już dreszcz, a na dłoni rozgorzała kula ognia, którą posłała w jego kierunku. Była pewna, że trafiła, gdy usłyszała, że coś ciężko grzmotnęło o podłoże. Próbowała obejrzeć się przez ramię, ale zrezygnowała, gdy zaczęła tracić równowagę. Dobiegła do wiekowego lasu, gdzie od razu usłyszała szepty szemrzących strumieni, dostojne i spokojne głosy starych drzew. Doskonale znała ścieżki te widoczne i ukryte. Wiedziała którędy dostanie się w bezpieczne miejsce. O ile te potwory wcześniej jej nie złapią.
- Lesie pomóż mi! - krzyknęła.
Puszcza jakby w odpowiedzi na jej słowa zaczęła tworzyć przeszkody, spowalniając tym samym ścigające ją demony. Udało się jej zyskać przewagę. I mogła zwolnić. Wiatr delikatnie ją otulił, dając poczucie bezpieczeństwa. Jednak dziewczyna wiedziała, że nie jest bezpieczna. Jeszcze nie. Krew ci leci z nosa. Gdyby nie wyostrzony w tej chwili słuch nie usłyszałaby szeptu najbliższej topoli. Dotknęła nosa dłonią i zaklęła cicho. Mogła się tego spodziewać. Zaskoczyło ją, że stało się to tak wcześnie. Nawet Malum był zaskoczony, gdy po godzinie eksploatowania jej mocy wciąż trzymała się na nogach. Więc skąd ta nagła słabość? Zawsze modliła się, aby to coś z czym się urodziła zniknęło. Teraz zadrżała na myśl, że mogła to stracić. Źródło. Zaczerpnij z niego. Tak jak uczył cię Malum. Poczuła podniecenie i strach jednocześnie. Nigdy nie czerpała zbyt długo. I nie z tak potężnego miejsca. Linie mocy w Temeni, były słabe i prawie puste. Podczas, gdy te w Merkez posiadały pełnię życia i tylko czekały, aby ktoś je dostrzegł. Wtedy bezlitośnie próbowały przejąć nad tą osobą kontrolę. Ostrożnie sięgnęła wgłąb ziemi. Nie musiała nawet mocno się zagłębiać, gdy poczuła, że wracają jej siły. Moc próbowała uciec z jej sideł. Po moim trupie. Pomyślała wiążąc ją tak jak nauczył ją mag. Niespodziewanie koło jej głowy świsnął krótki sztylet. Przewróciła się, kalecząc kolana. Pogoń była blisko. Zerwała się na nogi. Odwróciła się dostrzegając Lamii w oddali. Sprawnie pokonywała wszystkie przeszkody. Znów zaczęła biec, aż dopadła polany z ogromnym cokołem, za którym z łatwością się ukryła. Oddaj Źródłu kontrolę. Szeptały kusząco głosy. Ocal siebie. Pokręciła przecząco głową. Wiedziała, że jeśli podda się podszeptom może już nigdy nie odzyskać kontroli nad własnym ciałem i losem. Do tego nie mogła i nie chciała dopuścić. Wciąż pamiętała słowa swojego Pana, gdy ją przed tym przestrzegał.
- Wyjdź! - usłyszała wysoki głos królicy. - Wiem, że tutaj jesteś. Odór lęku czuć na sporą odległość.
Chciała ją sprowokować to było jasne. Mocniej ścisnęła rękojeść broni, aż zbielały jej kłykcie. Serce galopowało wściekle, gdy próbowała je uspokoić, aby zastanowić się nad odpowiednią linią obrony. Słyszała ciche kroki demona na trawie. Czuła trwogę istot wokół siebie. Powoli podniosła kamień leżący u jej stóp. Ostrożnie wyjrzała zaa kamienia i gdy uszasta nie patrzyła cisnęła nim w stronę lasu. Gdy ta się odwróciła w kierunku hałasu, Lotte uformowała w myślach zaklęcie. Sztylet zapłonął bursztynowym płomieniem. Próbowała zajść ją od tyłu. Ta jednak zorientowała się co się święci, gdyż z nadludzką szybkością zablokowała ostrze nim dotknęło jej skóry. Na polanę posypały się iskry. Nie mogąc się cofnąć dziewczyna z całej siły kopnęła humatoidalną kreaturę w piszczel. Lamia odskoczyła gwałtownie co dało Lottielle okazję do zadania ciosu i ranienia przeciwniczki. Ta nie pozostała jej dłużna. Uderzyła tak dziewczynę, że ta aż przewróciła się zamroczona siłą ciosu. Zdążyła się jeszcze przeturlać nim królica uderzyła w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była. Lotte wezwała na pomoc moc wody. Strumienie pojawiły się niemal natychmiast, owijając się wokół przed ramion dziewczyny. Próbowała utrzymać przeciwniczkę na dystans. W końcu, gdy ją powaliła mogła odsapnąć chwilę. Jasna koszula Lamii, była poznaczona trawą, ziemią oraz brunatną posoką. Podobnie jak koszula Lottielle. Dziewczyna coraz bardziej opadała z sił. Wymiana ciosów, jednak trwała i nie zapowiadało się, żeby szala zwycięstwa przechyliła się na którąkolwiek ze stron. Nagle Źródło zaczęło protestować. Zbyt długo z niego korzystała. Próbowało jej się wyślizgnąć i znów ukryć pod ziemią, jednak dziewczyna mocniej ścisnęła wiążące je pęta. Jeszcze chwilę, błagam. Jeszcze tylko moment. Nagle poczuła ruch za plecami. Całkiem zapomniała o drugim prześladowcy. Potężne uderzenie posłało ją na ziemię i ogłuszyło. Źródło wyrwało się z uwięzi i dziewczyna nie mogła go już pochwycić. Mrok sięgnął po nią swoimi szponami. Nie miała jednak siły z nim walczyć. Po chwili ciemność całkiem ją pochłonęła.

<Cythian'dial?>



*Źródło- Tak Lotte nazywa miejsca w Sayari, gdzie wciąż czuć magię

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Cythian'diala do Lottielle

- Nie podoba mi się ta dziewczyna - oznajmiła naburmuszona Lamii. Była zła, że Medicore powstrzymał ją od pokazania tej smarkuli, gdzie jest jej miejsce.
- A mi nie podoba się twoja postawa - syknął pół-ptak. - Jednakże cię toleruję.
- Ooh? Wiec teraz to ty jesteś ten dobry i łaskawy, a ja ta zła? - Królica obróciła się do skryby, a jej uszy obróciły się, przypominając teraz wyglądam raczej rogi, niż puchate talerzyki, którymi były zwykle.
- Jeśli jeszcze nie zauważyłaś, robisz wstyd swojemu mistrzowi - Medicore przybrał obojętny wyraz dzioba i zrobił nim ruch w kierunku czytającego Arcymaga. A przynajmniej w miejsce, w którym czytający Arcymag znajdował się jeszcze przed sekundą. Stwór drgnął, a uszy Lamii opadły zupełnie. Rozejrzała się gwałtownie, nerwowo poruszając noskiem, jednak jej niepokój szybko się uciszył, gdy zlokalizowała demonicznego władcę przy tamtej służce.
  A więc to Malum chciał mi pokazać. Cythian'dial przyglądał się pół-elfce, jakby oceniał zwierzę, wystawione na sprzedaż. Choć osobiście nie widzę tutaj nic aż tak fascynującego.
  Dziewczyna, dotąd sparaliżowana strachem, poruszyła się zatańczyła tango i wystepowała "Morskie opowieści" i zrobiła ruch, jakby chciała uciec, jednak zrezygnowała widząc najbardziej drapieżne spojrzenie, jakie kiedykolwiek w życiu udało jej się zauważyć, w oczach królika. Poczuła się, jakby łańcuch pokarmowy z jakiegoś powodu został odwrócony i ten uroczo wyglądający zwierzak nagle znalazł się na jego szczycie.
  Nie musisz się obawiać. Arcymag zrobił krok do przodu, na co dziewczyna zareagowała ruchem w przeciwnym kierunku. Cythian'dial zatrzymał się i uniósł dłoń do góry. Cień za plecami dziewczyny zgęstniał i popchnął ją w kierunku czarnoksiężnika, przewracając przy tym na kolana. Myśli w głowie Lottielle kotłowały się z zawrotną prędkością. Była przerażona, zdezorientowana, a jednocześnie zdeterminowana i wściekła. Ledwie wyrwała się z niewoli i nie zamierzała ponownie do niej trafić. Spojrzała z posadzki na niską postać władcy Temeni, który z tej perspektywy... dalej wydawał się bardzo niski, jednak był przynajmniej trochę wyższy od klęczącej dziewczyny. Pochylił się nieco i dotknął jej czoła. 
  Gwałtownie wokół pół-elfki zapłoną ognisty krąg zmuszając Arcymaga do cofnięcia się przed światłem, a sama dziewczyna poderwała się na równe nogi i wyskoczyła z niego, pędząc w kierunku wyjścia.
  Złapcie ją. Rozkazał Cythian'dial i obaj strażnicy gwałtownie ruszyli ze swojego miejsca. Medicore zamachał skrzydłami i bezszelestnie, jak sowa poszybował między regałami, Lamii zaś skoczyła, robiąc masywne susy. Lotte jednak pierwsza dopadła drzwi i zatrzasnęła je za sobą, co na chwilę powstrzymało pościg. Jednak nie na długo. Obaj słudzy zniknęli z pola widzenia Arcymaga, który usiadł ponownie na fotelu i wziął do ręki uprzednio przeglądaną książkę.

[...] Lottieille biegła, nie oglądając się za siebie, jednak niemal czuła na swoich plecach oddechy prześladowców. Może i znała rozkład budynku lepiej od nich, jednak tamci nadrabiali to swoją szybkością i doskonałym słuchem, którym mimo swojej wady odznaczała się Lamii. W przypływie desperacji dziewczyna zdecydowała skierować swoje kroki...
(Lottielle? Dokąd postanowiłaś zwiać przed naszą parką? :3)

sobota, 22 grudnia 2018

Od Lottielle do Cythian'diala

- Lotte! - Jilian potrząsnęła ramieniem półelfki, wyrywając ją z zadumy.
Niezadowolona dziewczyna oderwała wzrok od okna i zwróciła go na służącą. Już chciała odpowiedzieć coś zgryźliwego, jednak powstrzymała się widząc przerażoną twarz kobiety. Odrzuciła włosy na plecy.
- Co się stało?! - zapytała nie tracąc zimnej krwi.
- Po... potwory!
- Jilian na bogów! - warknęła. - Uspokój się wreszcie i powiedz co się dzieje!
- Biblioteka! - pisnęła jedynie.
Lotte potarła palcem wskazującym miejsce między brwiami i z westchnieniem zamknęła tom, który trzymała na kolanach. Odłożyła go na półkę i dopiero wtedy wróciła wzrokiem do towarzyszki.
- Prowadź.
Zgrabnie wyminęła innych gości biblioteki gildii kupieckiej. Zrobiła to niemal bezwiednie. Myślami była przy gościach czy raczej "potworach" jak nazwała ich Jilian. Musiały być to szczególne osobistości, skoro szef zaprosił ich do swojej prywatnej biblioteki, do której nikt poza nim i kilkoma innymi ludźmi nie miał wstępu. Z drugiej strony określenie "potwory" uderzało jej w myślach tak samo mocno jak tajemnicza tożsamość gości. Pracowała w tym miejscu od niedawna i jej głównym obowiązkiem poza dbaniem o porządek w księgach było przyjmowanie i zabawianie gości, akurat gdy szef był zajęty. Idąc korytarzem wyłożonym miękką wykładziną, która skutecznie tłumiła ich kroki, odwinęła rękawy koszuli, zasłaniając widoczne na rękach blizny. Pracownicy siedziby już dawno zdążyli przywyknąć do ich widoku. Inaczej sprawy się miały jeśli chodziło o gości. Ci zawsze reagowali nad wyraz nieobliczalnie. Jedni szeptali imiona bogów, inni mówili o współczuciu. Najlepszym sposobem było zasłonięcie ich. Poprawiła szkarłatny płaszcz gildii. W końcu reprezentowała swojego pracodawcę i chciała wypaść w tym jak najlepiej.
- To jest Lotte, panie, zajmie się tobą - głos Jilian wyrwał ją z zamyślenia.
Uniosła wzrok na przybyszów. Po ich nietypowym wyglądzie od razu rozpoznała, iż pochodzą oni z Temenii. Widziała podobne kreatury podczas wielu bankietów, wyprawianych przez jej właściciela w przeszłości.
- Panie, Jilian powiedziała, że chcesz zobaczyć bibliotekę, oto ona - rzekła ostrożnie, wskazując pomieszczenie.
Poszukuję opracowań naukowych z okresu drugiej wojny w Merkez, dotyczących sposobu wykorzystania zwłok w celach militarnych. Rozbrzmiał jej w myślach głos maga w masce. Wzdrygnęła się. Złe wspomnienia próbowały wepchać się siłą do jej głowy. Zachowała resztki zdrowego rozsądku tylko dlatego, że głosy wokół niej umilkły. Najwyraźniej były równie przerażone co ona.
- Zobaczę, co da się zrobić... panie - skrzywiła się. Nie podobało jej się, że musi nazywać go swoim panem.
Nagle króliczoucha kobieta postąpiła do przodu. Dziewczyna była przygotowana. Już miała sięgnąć po rękojeść sztyletu, gdy ptasiogłowy powstrzymał swoją towarzyszkę. Odwróciła się i weszła wgłąb pomieszczenia. Chwilę rozmawiała szeptem z jedną z sprzątających dziewczyn, która bez słowa wskazała jej miejsce, gdzie powinna szukać. Lubiła swoją pracę. W razie potrzeby mogła ukryć się wśród półek i udawać niewidzialną. A także mogła czytać tyle ile tylko chce. Specjalnie przeciągała poszukiwania, aby móc się porządnie zastanowić po co magowi takie pozycje. Poddała się po dziesięciu minutach, gdy nie mogła już nic wymyślić. Poza tym dawno już znalazła potrzebne pozycje. Wróciła do gości.
- Zaprowadzę państwa do czytelni. Niestety mój pracodawca zabronił nam wypożyczać tych książek gościom do domów. - powiedziała z pewnością siebie.
Królica znów się skrzywiła. I tym razem ptakopodobny nie pozwolił zrobić jej tego co zamierzała. Poprowadziła ich krótkim korytarzem do potężnych, rzeźbionych dębowych drzwi. Uchyliła je. W dobrze oświetlonym pomieszczeniu stało całe mnóstwo stołów. Na niektórych stały wciąż srebrne lichtarze ozdobione falami zastygłego wosku. Przy kilku z nich siedzieli głównie studenci w swoich uniformach. Studiowali opasłe tomiska. Prawdopodobnie przyszli pracownicy gildii. Zaprowadziła ich do stolika w najbardziej oddalonym miejscu. Nie chciała, aby straszyli jej klientów.
- Czy mogę coś jeszcze dla ciebie panie zrobić? - spytała.
Jeśli będę cię potrzebować, dam znać. Znów ta sztuczka. Nienawidziła jej. Zmusiła się do uśmiechu, który przypominał raczej skrzywiony grymas. Dygnęła lekko i oddaliła się do regału z książkami. Sięgnęła po pierwszą księgę z legendami i podaniami. Zajęła miejsce na obitym miękkimi poduszkami parapecie. Jednak zamiast czytać, wpatrywała się w tłum przesuwający się przez plac. Przypomniał osobliwy taniec, który już jako dziecko nazwała "tańcem żywych z życiem". Nigdy nie potrafiła wytłumaczyć bratu czemu tak mówi na tych ludzi. Westchnęła. Nie potrafiła się skupić, gdy ten mag był w pobliżu. Szczególnie, że wydawał jej się niebezpiecznie znajomy. Widziała go wiele razy na przyjęciach u Maluma. Za każdym razem wszyscy wydawali się tak samo usłużni. Nawet lennicy jej właściciela traktowali tego niepozornego maga z szacunkiem. Próbując oczyścić swój umysł z ponurych myśli otworzyła książkę na losowej stronie. Zamarła. Rycina w książce do złudzenia przypominała maga w masce.
Arcymag Cythian'dial władca Temenii. 
Tom wysunął się jej z dłoni i upadł z cichym stuknięciem na podłogę. Nagle jej głowę zalały wspomnienia z pobytu u Maluma. Teraz dokładnie wiedziała kim jest mag. Wszyscy jego lennicy obawiali się go. A Malum zawsze był nadwyraz bałwochwalczy. To zmusiło ją, aby zastanowić się nad jego losem. W końcu uciekła nim zdążył on zaprezentować swój "nabytek" władcy. Dziewczę, której moc mogłaby zdumieć tego dumnego głupca, Cythian'diala! Zwykł mówić, gdy nikt nie słuchał. Nikt prócz niej samej. Usłyszała lekkie chrząknięcie. Nie była pewna czy było ono w jej głowie, czy obok. Mimowolnie odwróciła głowę i spojrzała w turkusowe oczy arcymaga. Czuła ogromne przerażenie. Nie potrafiła jednak ruszyć się z miejsca. W końcu powoli wstała i odsunęła się o kilka kroków. Nie dbała o to, że arcymag może zauważyć książkę. Sala była opuszczona. Widocznie uczniowie poszli już na zajęcia. Wpatrywała się jedynie w arcymaga, czekając na to ów powie.

<Cythian'dial?>

wtorek, 18 grudnia 2018

Od Cythian'diala do Lottielle

- Panie, nekromanta Ovelinius prosi o audiencję.
  Cythian'dial oderwał wzrok od trzymanej w dłoni książki i spojrzał na postawną postać demona, który klęczał przed nim na posadzce. Jego tułów był czarny i bez wątpienia ludzki, jednak na jego nagą pierś opadała czarna grzywa, mająca swój początek w masywnej, nieco zniekształconej, koźlej czaszce, zwieńczonej parą wygiętych ku tyłowi rogów. Wzrok stwora utkwiony był w posadzce, mimo że Arcymag nie wymagał od swoich sług perfekcyjnie służalczej postawy. Jednak Ghorm był prawdziwym służbistą i nigdy nie zaniedbywał podobnych szczegółów. Jego groźna i wymagająca postać budziła postrach w całej Cytadeli, a niektóre poczynania potrafiły rozbawić jego pana. Przykładowo, gdy Ghorm dowiedział się, że chłopak stajenny miga się od pracy wmówił mu, że woda w fosie tak się podniosła, że zalewa zamek i kazał wypróżniać wodę z pomieszczenia, do którego przez rynnę spływała deszczówka, a z którego w normalnych warunkach woda odprowadzana była specjalnymi kanalikami. Oczywiście nie zapomniał ich wcześniej zatkać. Albo gdy zauważył strażników, przysypiających na warcie urządził im prawdziwe paranormal activity. Cythian'dial po prostu ubóstwiał swojego zarządcę. 
  Arcymag westchnął. Zamknął książkę i odłożył ją na półkę. Wyminął Ghorma i podszedł do kolejnego regału, by przejrzeć tytuły, na nim się znajdujące.
~ Ovelinius, zdaje się, trzy lata temu odmówił stawienia się na Harbatę. ~ Cythian'dial ściągnął z półki dzieło, zatytułowane "Czarna magia, magia biała i magie pochodne. Wydanie 3" i zaczął je powoli przeglądać. ~  Niech zaczeka. 
- Tak panie - powiedział demon, nie podnosząc się jednak z miejsca. Arcymag spojrzał na niego przelotnie, po czym znowu zatopił się w lekturze. 
~ Przyślij do mnie Lamii oraz Medicore. I dopilnuj, żeby Ovelinius czekał, gdy zechcę z nim pomówić. To wszystko. Możesz odejść.
- Tak panie. - Ghorm wstał powoli i wyszedł z pomieszczenia zamaszystym, wojskowym krokiem. Cythian'dial przeglądnął jeszcze kilka stron wybitnego dzieła, gdy do pomieszczenia wparowała niezbyt wysoka, ale za to dobrze zbudowana dziewczyna o nieco króliczej posturze, pokryta biały, puchatym futrem. Jej długie, białe uszy zastrzygły czujnie, a krótko przycięte włosy zafalowały, gdy wyprężyła się na baczność i zasalutowała.
- Przybywam na rozkaz, mistrzu - niemal wykrzyknęła.
- Nie musisz być tak głośna... - za królicą po cichu wszedł ponadprzeciętnie wysoki i smukły humanoid, o nogach, zakończonych ptasimi szponami, którego ręce zastąpione zostały przez parę masywnych skrzydeł. Jego głowa przypominała ptasią, a może smoczą czaszkę, z krótkimi różkami, a poważne oblicze patrzyło z dezaprobatą na głośną towarzyszkę. Dopiero wygłosiwszy swoją wagę zwrócił się do Arcymaga i ukłonił w pas, nieco teatralnie. Lamii i Medicore byli jak ogień i woda. I dlatego władca lubił mieć ich oboje przy sobie, gdy wyruszał poza zamek. Lamii miała w sobie krew wojowniczego plemienia Deteiri, którego niedobitki wciąż można było spotkać czasem w większych miastach, a które wywodziło się z gór Darawy, gdzie byli znani ze swojego doskonałego słuchu i instynktu. Te białe, królikopodobne stwory nadal uznawane były za najlepszych strażników. Potrafiły usłyszeć spadające na ziemię piórko z odległości niemal pół kilometra, przez co zazwyczaj wolały przebywać z dala od ludzi. Jednak Lamii była wyjątkiem. Miała poważną, jak na jej rasę, wadę słuchu, przez co była znacznie głośniejsza, niż przeciętne stworzenie. Do tego była dość bezceremonialna i szczera. Była wspaniałą wojowniczką i na prawdę znała się na swojej pracy, jednak jej żwawy charakter sprawiał, że często obrywała od Ghorma za brak manier. Medicore zaś był jednym ze spokojniejszych członków dworu Cythian'diala. Opanowany i dumny, szanował ciszę, a przede wszystkim swój komfort. Nie był wojownikiem. Był raczej skrybą i uczonym, który na polecenie Arcymaga zaczął parać się trucicielstwem. Demon uważał, że ma do tego naturalne predyspozycje, i chociaż Medicore nigdy mu się do tego nie przyznał wiedział, że Costofori znajdował przyjemność w komponowaniu zabójczych ingrediencji. Nie było w tym nic dziwnego. Cythian'dial nigdy mu nie powiedział, jednak dziadek stwora był jednym z bardziej szanowanych skrytobójców. Jednak jego syn chciał się odciąć od tego stylu życia i uciekł z żoną na drugi koniec Sayari. Cóż, coś poszło nie tak, bo oboje skończyli martwi, a Arcymag przygarnął ich jajko.
  Demon zamknął powoli książkę i odłożył na miejsce, nie odwracając się nawet do przybyszów. Gdy grzbiet "Czarnej magii, magii białej i magii pochodnych. Wydanie 3" zrównał się z innymi wierzchami na tej półce w pokoju zaczęło robić się stopniowo coraz ciemniej. Przyzwani przez Cythian'diala słudzy nie okazali jednak niepokoju. Byli już przyzwyczajeni do podobnych zdarzeń. Arcymag rzadko miewał w zwyczaju ostrzegać kogokolwiek, zanim postanowił coś zrobić. Wkrótce stało się całkiem ciemno i nawet oswojone z widzeniem w ciemności oczy Medicore nie były w stanie niczego dostrzec.
  A potem nagle mrok się rozproszył równie szybko, jak się pojawił. Cała trójka stała w milczeniu na środku niewielkiego hallu. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła i jakaś pokojówka upuściła stuletnią wazę, którą właśnie polerowała. 
- Oh - wyrwało się z ust Lamii. Królica zastrzygła uszami.
  Cythian'dial ruszył w kierunku służki, która wyglądała na coraz bardziej przerażoną.
~ Zaprowadź nas do biblioteki ~ rozkazał, a dziewczyna gwałtownie poderwała się z miejsca. Przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną. Chyba nie często przemawiano do niej wewnątrz jej własnego umysłu. Słudzy Arcymaga podążyli za nim i chyba ich obecność ostatecznie przekonała biedną dziewczynę, że lepiej będzie się nie sprzeciwiać tym osobliwym przybyszom. Pokiwała głową i poprowadziła całą trójkę w głąb korytarza.
~ Jesteśmy we wnętrzu siedziby gildii kupieckiej w stolicy Merkez ~ przekazał swoim poddanym Cythian'dial, jednak nie kwapił się do dalszych wyjaśnień.
  Lamii nieco ulżyło. Lubiła wiedzieć, na czym stoi. Czuła się niepewnie, gdy nie znała terenu. Nawet tak niewielkie przybliżenie lokalizacji dawało jej jednak pewne pojęcie o sytuacji i sprawiało, że odzyskiwała pewność siebie.
- To tutaj, p-panie - powiedziała cicho służąca, wskazując na olbrzymie drzwi. Spojrzała strachliwie na przybyszów, którzy nie poruszyli się nawet.
- Może je otworzysz - zasugerował Medicore. - Chyba nie sądzisz, że nasz pan zrobi to za ciebie.
  Dziewczyna gwałtownie pokręciła głową i przyskoczyła do drzwi pchnęła je i wpuściła nieproszonych gości do środka. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było olbrzymie i zaciemnione. Uginające się pod ciężarem opasłych tomów pułki niemal skrzypiały przy najmniejszym podmuchu powietrza. Regały zbudowane były z ciężkiego, dębowego drewna, a ich toporne kształty wyraźnie wskazywały na fakt, iż nie jest to miejsce przeznaczone dla użytku publicznego, lecz raczej jakiś rodzaj składu. W pokoju było kilka okien, jednak one wszystkie były zasłonięte ciężkimi sunkami w ciemnych barwach. Jedynym światłem, które nieco rozpraszało panujący półmrok były latarnie, wiszące na bokach niektórych regałów oraz dzierżące przez przebywające wewnątrz młode dziewczyn, które chodziły pomiędzy półkami, najwyraźniej ścierając kurz.
  Służąca, która ich tu przyprowadziła zniknęła na chwilę, by po chwili pojawić się w towarzystwie  o nieco elfio wyglądającej nastolatki, które długie, czarne włosy mieniły się w nikłym świetle tego ponurego pomieszczenia.
- To jest Lotte, panie, zajmie się tobą - powiedziała i szybko uciekła z pomieszczenia. Medicore odprowadził ją spojrzeniem zimnych, ptasich oczu.
  Przybyszka omiotła spojrzeniem ponadprzeciętnie małego człowieczka oraz nieproporcjonalnie, w stosunku do niego, dużych towarzyszy.
- Panie, Jilian powiedziała, że chcesz zobaczyć bibliotekę, oto ona - dziewczyna zrobiła nieokreślony ruch ręką. Widać było, że nie czuje się komfortowo w towarzystwie kreatur. Któż zresztą czułby się.
~ Poszukuję opracowań naukowych z okresu drugiej wojny w Merkez, dotyczących sposobu wykorzystania zwłok w celach militarnych. ~ przekazał telepatycznie Arcymag, a dziewczyna wzdrygnęła się.
  Gdy udało jej się dorwać pracę w bibliotece gildii kupieckiej ucieszyła się, gdyż było to dość zaciszne miejsce i nie było problemu z ukryciem się tam w razie potrzeby. No i niewielu magów tam zaglądało. Raczej nie mieli wstępu w takie miejsca. Co więc ten tutaj robił?
- Zobaczę, co da się zrobić... panie - powiedziała elfka, nieco się przy tym krzywiąc. Lamii zrobiła krok do przodu, jednak Medicore ją powstrzymał. Nie chciał dopuścić, by żywy temperament dziewczyny zdenerwował Arcymaga, który zapewne wolałby nie wzbudzać zamieszania.
  Już wcześniej robili podobne wypady do różnego rodzaju bibliotek, nawet tych prywatnych i nie zostali nigdy pogonieni widłami i pochodniami chyba tylko dlatego, że z lodowatą i niewinną logiką Cythian'diala mało kto był w stanie dyskutować i w końcu wszyscy się uspokajali. Szczególnie gdy uświadamiali sobie, że ich romans z piękną wieśniaczką nie był tak dobrze strzeżonym sekretem, jak im się wydawało. 
(Lotte? Ostatecznie nie miałam pomysłu, czemu konkretnie ciebie miałby zatrudnić. Może potem będzie cię chciał, gdy już dogrzebie się do twoich ran psychicznych xD)