Czy zasłoniłem oczy, gdy zaczęła się rozbierać?
Nie.
Czy tego żałowałem?
Oczywiście, że tak, oglądanie dopiero co napotkanej kobiety w wersji biblijnej Ewy było naprawdę ostatnią rzeczą, jaką chciałem robić. Bo nic innego nie jest tak cudowne, jak narażanie się albo jej, albo chłopakowi, który pewno gdzieś się czai w krzaczorach, bo po prostu szło go wyczuć w tym wszystkim. Taka prawda.
Podciągnąłem kolana, oparłem na nich łokcie i czekałem, dokładnie tak, jak dziewczyna powiedziała, bo jednak nic lepszego do roboty nie miałem, a przecież może tylko udała się na stronę.
Skwierczenie drewna, pisk, strzelanie. Moje znudzone spojrzenie, tak uważnie wlepione w powoli tańczące języki, które z radością lizały powietrze i kusiły. Od zawsze miałem jakieś dziwne ciągoty do ognia, chociaż nie byłbym w stanie go okrzesać, uspokoić, oswoić. Wściubienie ręki w żar było czystym marzeniem ściętej głowy. Może jak już całkiem mi rozum odbierze.
Jego by nie poparzyło. Nie mogło, nie było w stanie, jego tkanki na to nie reagowały.
W sumie On by się za chwilę spopielił, a ja zostałbym sam już tak na amen.
Może byłoby łatwiej, przynajmniej nie zaprzątałbym sobie ciągle głowy myślą, że on gdzieś jest, że na mnie patrzy, że wie, co robię i jakoś średnio mu się to wszystko podoba.
Szelest.
Zwróciłem szybko oczy w stronę, z której dochodził dźwięk.
Wilk ze zdobyczą powoli się do mnie zbliżał. Zerkał hipnotyzująco. Nie robił nic szczególnego, po prostu gładko przesuwał łapy, ciągnął jakiegoś jeleniowatego, nie spuszczał ze mnie spojrzenia.
Nie ukrywam, zadrżałem i poprosiłem o szybką, niezbyt bolesną śmierć. Katusze przy rozrywaniu mojego ciała przez ostre zębiska były ostatnią rzeczą, jaką chciałbym doświadczyć.
No, ba, najwidoczniej tak właśnie będzie.
Nawet modlitwy do tych wszystkich dusz zdałyby się na marne, karma mnie nienawidzi i odpłaca się za te wszystkie lata, przyrzekam, zginę.
Jeleń wylądował pod moimi nogami, oczy ponownie zetknęły się z moimi, a za chwilę zwierzę zniknęło w krzakach.
Zakrwawione, porozdzierane na strzępy zwierzę, czerwony pysk wilka i całokształt przyprawił mnie o odruchy wymiotne, chociaż przecież On robił to wielokrotnie. Teraz to było dziwne. Obce.
Mrugnąłem zdezorientowany, gdy z tych samych krzaków, do których wpełzł drapieżnik, wyszła dziewczyna, którą dosłownie chwilę dokarmiałem jagódkami.
A potem nie mogłem zapanować nad ciałem i po prostu zwymiotowałem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilcze ziele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilcze ziele. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 kwietnia 2018
niedziela, 8 kwietnia 2018
Od Siobhan do Sivika
— Okej? — Odpowiedział mężczyzna, ponownie biorąc się za owoce. Jak zainteresowany pies podniosłam głowę i powąchałam powietrze.
— Nie wnikam — Dodał cichszym tonem, próbując zjeść jak najszybciej te jagody. Czyżby się bał, że rzucę się na niego i mu je odbiorę? Nie w tej formie. Aczkolwiek, warto przyznać, że stopniowo takie plany przychodziły mi do głowy. Aby ubić tego mężczyznę, wziąć wszystko co ma i wrócić do życia w lesie. Odwróciłam od niego spojrzenie. Poprzednie myśli o przyjaciołach zaczęły znikać, rozpływać się wśród natłoku innych przemyśleń.
— Chcesz trochę? — spytał po długiej chwili wymiany spojrzeń, podsuwając woreczek. Oblizałam się i wzięłam kilka z nich. Szybko zjadłam jagody, co jedynie zwiększyło mój wilczy apetyt. Dlatego skuliłam się, objęłam za kolana i spróbowałam się opanować. Było to niestety trudne, zbyt trudne w tym momencie. Nie w lesie i otoczeniu tylu zwierząt. W pewnym momencie poderwałam się gwałtownie, a następnie spojrzałam na Sivika.
— Zaraz wracam — Powiedziałam, zrzucając z siebie większość ubrań, zostając jedynie w długiej koszuli. Rozpięłam mankiety, odwróciłam się od mężczyzny, a następnie skierowałam się w głąb lasu. Zatrzymałam się w połowie kroku. Powinnam go ostrzec. Aby nie spotkało go niebezpieczeństwo.
— Nie odchodź do ognia, dopóki nie wrócę. — Dodałam, po czym zniknęłam między drzewami. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje, klęknęłam na ściółce i skupiłam się na uwolnieniu zwierzęcej części mojej osoby. Było to o tyle prostsze, że od dłuższego czasu byłam w tym przejściowym stanie, zawieszona między dwoma częściami osobowości. W ten sposób, przy mniejszym bólu niż zazwyczaj, zmieniłam się w wilka. Z radością rozciągnęłam swoje puchate, gibkie ciało, łapami ryjąc w ziemi. Czułam się w lesie jak w domu. Słyszałam tyle rzeczy, bicie serc zwierząt, oddech Sivika w naszym obozie. Chciałam wrócić do niego, aby upewnić się, że posłuchał mojej rady. Ale wtedy mogłam się już nie opanować i go pogryźć. A co jeśli wtedy również on otrzymał tę klątwę?
Wilkołactwa nie życzyłam nikomu, nawet największemu wrogowi. Chociaż wilki to zwierzęta stadne, a ja sama nie miałam żadnej watahy, nigdy nie stworzyłabym innego wilkołaka. To leżało poza moim umysłem, tak bardzo kogoś skrzywdzić.
Pobiegłam przed siebie, z nosem pracującym intensywnie nad zlokalizowaniem zwierzyny. Z czasem, wyczułam woń stada jakiś zwierząt, przyniesioną przez wiatr. Niewiele myśląc, skierowałam się w tamtą stronę. W czasie drogi skakałam jak szczeniak, odbijając się od kamieni i gałęzi. Nareszcie mogłam poczuć się sobą. A co najlepsze, byłam wolna.
Widząc pasące się na leśnej polanie karibu, zwolniłam, a następnie bezszelestnie, pilnując swoich kroków, obiegłam stadko. Szukałam jakiegoś słabego osobnika, gdyż nie miałam ochoty na długie bieganie po tych borach za zwierzęciem u szczytu swoich sił życiowych. Z tego powodu, wybrałam starszego renifera, snującego się z tyłu grupy. Zaczęłam się skradać, ze wzrokiem wbitym w zwierzę. Powoli zbliżałam się, zostając po przeciwnej stronie, od której wiał wiatr, aby karibu nie wyczuło zapachu drapieżnika. Dzięki tym myśliwskim technikom, zaskoczyłam zwierzę, wskakując mu naprzeciw. Szybko wgryzłam się w szyję, a przerażony renifer zaczął biec przed siebie, przez co zostałam za nim pociągnięta. Puściłam krtań i rozpoczęłam bieg za ofiarą. Pomógł mi w tym zapach krwi, wypływającej z rany. Biegliśmy prawie łeb w łeb, klucząc między drzewami i przebiegając przez strumienie. Nareszcie udało mi się zapędzić renifera w kozi róg, gdzie bez większych problemów udało mi się dobić karibu. Zadowolona, a za razem zmęczona, wypełniłam swój brzuch mięsem. Nie myślałam przez większość czasu o czymkolwiek innym niż o sobie, lecz nagle myśl o Siviku pojawiła się w mojej głowie. Dlatego chwyciłam zwierzę za szyję i zaczęłam je ciągnąć w stronę ogniska. Trochę to zajęło, ale udało mi się doprowadzić ciało w względnym porządku. Z dumą rzuciłam karibu pod nogi mężczyzny, po czym zamerdałam słabo ogonem, wzięłam swoje ubrania i zaczęłam kierować się w stronę krzaków, aby tam na spokojnie zmienić się w człowieka.
(Sivik?)
— Nie wnikam — Dodał cichszym tonem, próbując zjeść jak najszybciej te jagody. Czyżby się bał, że rzucę się na niego i mu je odbiorę? Nie w tej formie. Aczkolwiek, warto przyznać, że stopniowo takie plany przychodziły mi do głowy. Aby ubić tego mężczyznę, wziąć wszystko co ma i wrócić do życia w lesie. Odwróciłam od niego spojrzenie. Poprzednie myśli o przyjaciołach zaczęły znikać, rozpływać się wśród natłoku innych przemyśleń.
— Chcesz trochę? — spytał po długiej chwili wymiany spojrzeń, podsuwając woreczek. Oblizałam się i wzięłam kilka z nich. Szybko zjadłam jagody, co jedynie zwiększyło mój wilczy apetyt. Dlatego skuliłam się, objęłam za kolana i spróbowałam się opanować. Było to niestety trudne, zbyt trudne w tym momencie. Nie w lesie i otoczeniu tylu zwierząt. W pewnym momencie poderwałam się gwałtownie, a następnie spojrzałam na Sivika.
— Zaraz wracam — Powiedziałam, zrzucając z siebie większość ubrań, zostając jedynie w długiej koszuli. Rozpięłam mankiety, odwróciłam się od mężczyzny, a następnie skierowałam się w głąb lasu. Zatrzymałam się w połowie kroku. Powinnam go ostrzec. Aby nie spotkało go niebezpieczeństwo.
— Nie odchodź do ognia, dopóki nie wrócę. — Dodałam, po czym zniknęłam między drzewami. Upewniłam się, że nikt mnie nie obserwuje, klęknęłam na ściółce i skupiłam się na uwolnieniu zwierzęcej części mojej osoby. Było to o tyle prostsze, że od dłuższego czasu byłam w tym przejściowym stanie, zawieszona między dwoma częściami osobowości. W ten sposób, przy mniejszym bólu niż zazwyczaj, zmieniłam się w wilka. Z radością rozciągnęłam swoje puchate, gibkie ciało, łapami ryjąc w ziemi. Czułam się w lesie jak w domu. Słyszałam tyle rzeczy, bicie serc zwierząt, oddech Sivika w naszym obozie. Chciałam wrócić do niego, aby upewnić się, że posłuchał mojej rady. Ale wtedy mogłam się już nie opanować i go pogryźć. A co jeśli wtedy również on otrzymał tę klątwę?
Wilkołactwa nie życzyłam nikomu, nawet największemu wrogowi. Chociaż wilki to zwierzęta stadne, a ja sama nie miałam żadnej watahy, nigdy nie stworzyłabym innego wilkołaka. To leżało poza moim umysłem, tak bardzo kogoś skrzywdzić.
Pobiegłam przed siebie, z nosem pracującym intensywnie nad zlokalizowaniem zwierzyny. Z czasem, wyczułam woń stada jakiś zwierząt, przyniesioną przez wiatr. Niewiele myśląc, skierowałam się w tamtą stronę. W czasie drogi skakałam jak szczeniak, odbijając się od kamieni i gałęzi. Nareszcie mogłam poczuć się sobą. A co najlepsze, byłam wolna.
Widząc pasące się na leśnej polanie karibu, zwolniłam, a następnie bezszelestnie, pilnując swoich kroków, obiegłam stadko. Szukałam jakiegoś słabego osobnika, gdyż nie miałam ochoty na długie bieganie po tych borach za zwierzęciem u szczytu swoich sił życiowych. Z tego powodu, wybrałam starszego renifera, snującego się z tyłu grupy. Zaczęłam się skradać, ze wzrokiem wbitym w zwierzę. Powoli zbliżałam się, zostając po przeciwnej stronie, od której wiał wiatr, aby karibu nie wyczuło zapachu drapieżnika. Dzięki tym myśliwskim technikom, zaskoczyłam zwierzę, wskakując mu naprzeciw. Szybko wgryzłam się w szyję, a przerażony renifer zaczął biec przed siebie, przez co zostałam za nim pociągnięta. Puściłam krtań i rozpoczęłam bieg za ofiarą. Pomógł mi w tym zapach krwi, wypływającej z rany. Biegliśmy prawie łeb w łeb, klucząc między drzewami i przebiegając przez strumienie. Nareszcie udało mi się zapędzić renifera w kozi róg, gdzie bez większych problemów udało mi się dobić karibu. Zadowolona, a za razem zmęczona, wypełniłam swój brzuch mięsem. Nie myślałam przez większość czasu o czymkolwiek innym niż o sobie, lecz nagle myśl o Siviku pojawiła się w mojej głowie. Dlatego chwyciłam zwierzę za szyję i zaczęłam je ciągnąć w stronę ogniska. Trochę to zajęło, ale udało mi się doprowadzić ciało w względnym porządku. Z dumą rzuciłam karibu pod nogi mężczyzny, po czym zamerdałam słabo ogonem, wzięłam swoje ubrania i zaczęłam kierować się w stronę krzaków, aby tam na spokojnie zmienić się w człowieka.
(Sivik?)
czwartek, 29 marca 2018
Od Sivika do Siobhan
— To prywatna sprawa — odparła tylko brązowowłosa, zakładając przy okazji ręce na piersi i zerkając na mnie niepewnie. Pokiwałem głową, decydując się nie naciskać na to, by odpowiadała na pytanie. Co to, to nie, mi to tam broszka kto z kim, jak i dlaczego. Może ma fetysze, cholera wie, ja ludziom do łóżka nie zaglądam. — Muszę go ubić. Zebrać jego krew do rytuału. To wszystko — dodała po chwili, ponownie zwracając na siebie moją uwagę. Łypnąłem na nią zdziwionym spojrzeniem, zmarszczyłem brwi, ale nie zdecydowałem się odzywać. Nie no, po co, jeszcze to mnie do tego rytuału ubije. Dlaczego zawsze ratuję, spotykam, albo no zapoznaję się z jakimiś mocniej trzepniętymi na umyśle? Mam aż takiego pecha do ludzi, czy może przyciągam ich jak jakiś walony magnes? Nikt nie wie, nikt się nie dowie.
Ogon zaczął latać w te i z powrotem, podbijać, upadać, walić nieustannie o glebę w akompaniamencie warknięć kobiety i wygłodniałego spojrzenia padającego na moje ukochane jagódki, które starałem się w spokoju spożyć. Dziewczyna dopiero co króla pożarła, a już mi się na moje małe skarby rzucała.
— Okej? — mruknąłem trochę zbity z tropu słowami kobiety, nastolatki, dziewczyny, cokolwiek, po czym wróciłem wzrokiem do swojej garści owoców. — Nie wnikam — dodałem ciszej, pakując do ust kolejne kwaskowate kulki. Obracałem je w palcach, delikatnie rozgniatałem, miętoliłem do bólu, by koniec końców dołączały do swoich towarzyszy.
Zapadła cisza, oczy zawisły, a ja zacząłem porządnie się zastanawiać, czy aby na pewno postąpiłem dobrze i czy to aby na pewno powinno tak wyglądać.
Nagle zaczęła kręcić głową, by burknąć pod nosem i ponownie skierować na mnie to wygłodniałe, zielone spojrzenie. Nie wiem, czaiła się na jagody, na mnie, coś za mną, cholera wie.
Zerknąłem na sakiewkę, na dziewczynę i znowu na sakiewkę.
— Chcesz trochę? — spytałem finalnie, wyciągając w jej stronę torebeczkę z owocami.
Ogon zaczął latać w te i z powrotem, podbijać, upadać, walić nieustannie o glebę w akompaniamencie warknięć kobiety i wygłodniałego spojrzenia padającego na moje ukochane jagódki, które starałem się w spokoju spożyć. Dziewczyna dopiero co króla pożarła, a już mi się na moje małe skarby rzucała.
— Okej? — mruknąłem trochę zbity z tropu słowami kobiety, nastolatki, dziewczyny, cokolwiek, po czym wróciłem wzrokiem do swojej garści owoców. — Nie wnikam — dodałem ciszej, pakując do ust kolejne kwaskowate kulki. Obracałem je w palcach, delikatnie rozgniatałem, miętoliłem do bólu, by koniec końców dołączały do swoich towarzyszy.
Zapadła cisza, oczy zawisły, a ja zacząłem porządnie się zastanawiać, czy aby na pewno postąpiłem dobrze i czy to aby na pewno powinno tak wyglądać.
Nagle zaczęła kręcić głową, by burknąć pod nosem i ponownie skierować na mnie to wygłodniałe, zielone spojrzenie. Nie wiem, czaiła się na jagody, na mnie, coś za mną, cholera wie.
Zerknąłem na sakiewkę, na dziewczynę i znowu na sakiewkę.
— Chcesz trochę? — spytałem finalnie, wyciągając w jej stronę torebeczkę z owocami.
środa, 28 marca 2018
Od Siobhan do Sivika
Podczas czekania na odpowiedź, rozglądałam się wokół. Co to za miasto? Las? Otoczenie? Co to jest to wszystko, co mnie otacza? Słyszałam wszystko, każdy dźwięk, każde bicie serca zwierzęcia, ukrytego wśród drzew. Dobrze jest być czasami wilkiem. W takich chwilach jak ta, próbowałam nie myśleć o wszystkich negatywnych stronach mojego daru. Tak po prostu nie. Opuściłam uszy, wpatrując się w pustą przestrzeń. Wtem usłyszałam, że mojemu towarzyszowi zebrało się na odpowiedź. No nareszcie!
— Nie, nie widziałem, w sumie to dawno tam nie byłem — Powiedział, wyciągając z sakiewki jagody. Oblizując się, obserwowałam, jak je. Co jest ze mną nie tak? W końcu, nikt nie gapi się w taki sposób na innych podczas jedzenia. A mnie było daleko od normalności.
"Idiotka" powiedziałam do siebie w myślach, z trudem odwracając wzrok. Nie, nie przyznam się, że jestem głodna! Nie i już!
— Co nie zmienia faktu, że znam istoty, które mogły go widzieć. —
Ponownie poruszyłam uszami. Ten koleś trzymał mnie w napięciu już tak długo, że będzie lepiej, jak w końcu powie coś porządnego, albo się zdenerwuję. A w takich chwilach, nie mam hamulców.
— A tak właściwie, to na co ci ta informacja? —
- To prywatna sprawa. - Mruknęłam, krzyżując ręce na piersiach. Długo się zastanawiałam, czy odpowiedzieć dokładniej, dopowiedzieć coś albo coś koło tego. Spoglądając na możliwe zakończenia sytuacji, przewróciłam oczami. - Muszę go ubić. Zebrać jego krew do rytuału. To wszystko.
Zaczęłam uderzać ogonem o ziemię, powarkując co jakiś czas. Walczyłam ze sobą, aby nie odezwać się ponownie. Czułam samotność, spowodowaną takim nagłym odłączeniem się od społeczeństwa. Jedyne, co chciałam, to przebrać się, zjeść zwykły posiłek, położyć się w swoim łóżku.. Ale to tylko próżne marzenia. Nie miałam już szansy na normalne życie, dopóki nie wyleczę się z tej okropnej zarazy, jaką jest wilkołactwo.
A patrząc na to, że jest mi gorzej, nie lepiej, wolałabym chyba nadal pozostać sama. Część mnie nie miała jednak nic przeciwko lepszym poznaniu tej osoby, siedzącej przede mną i jedzącej pyszne jagody. Miałam coraz większą ochotę na sorbet jagodowy.
"Nie, Sio!" Pokręciłam delikatnie głową, zamykając oczy "Skup się, skup się na swoim celu!"
Po chwili przeznaczonej na uspokojenie się, spojrzałam ponownie na mężczyznę. W sumie, mógłby być moim przyjacielem, znajomym, a jeśli nie, to przynajmniej rozmówcą na najbliższy czas. Cokolwiek. Aby zapełnić pustkę w sercu, powstałą po wykluczeniu ze społeczeństwa.
(Mam nadzieję, że tym razem dobrze mi wyszło xD)
— Nie, nie widziałem, w sumie to dawno tam nie byłem — Powiedział, wyciągając z sakiewki jagody. Oblizując się, obserwowałam, jak je. Co jest ze mną nie tak? W końcu, nikt nie gapi się w taki sposób na innych podczas jedzenia. A mnie było daleko od normalności.
"Idiotka" powiedziałam do siebie w myślach, z trudem odwracając wzrok. Nie, nie przyznam się, że jestem głodna! Nie i już!
— Co nie zmienia faktu, że znam istoty, które mogły go widzieć. —
Ponownie poruszyłam uszami. Ten koleś trzymał mnie w napięciu już tak długo, że będzie lepiej, jak w końcu powie coś porządnego, albo się zdenerwuję. A w takich chwilach, nie mam hamulców.
— A tak właściwie, to na co ci ta informacja? —
- To prywatna sprawa. - Mruknęłam, krzyżując ręce na piersiach. Długo się zastanawiałam, czy odpowiedzieć dokładniej, dopowiedzieć coś albo coś koło tego. Spoglądając na możliwe zakończenia sytuacji, przewróciłam oczami. - Muszę go ubić. Zebrać jego krew do rytuału. To wszystko.
Zaczęłam uderzać ogonem o ziemię, powarkując co jakiś czas. Walczyłam ze sobą, aby nie odezwać się ponownie. Czułam samotność, spowodowaną takim nagłym odłączeniem się od społeczeństwa. Jedyne, co chciałam, to przebrać się, zjeść zwykły posiłek, położyć się w swoim łóżku.. Ale to tylko próżne marzenia. Nie miałam już szansy na normalne życie, dopóki nie wyleczę się z tej okropnej zarazy, jaką jest wilkołactwo.
A patrząc na to, że jest mi gorzej, nie lepiej, wolałabym chyba nadal pozostać sama. Część mnie nie miała jednak nic przeciwko lepszym poznaniu tej osoby, siedzącej przede mną i jedzącej pyszne jagody. Miałam coraz większą ochotę na sorbet jagodowy.
"Nie, Sio!" Pokręciłam delikatnie głową, zamykając oczy "Skup się, skup się na swoim celu!"
Po chwili przeznaczonej na uspokojenie się, spojrzałam ponownie na mężczyznę. W sumie, mógłby być moim przyjacielem, znajomym, a jeśli nie, to przynajmniej rozmówcą na najbliższy czas. Cokolwiek. Aby zapełnić pustkę w sercu, powstałą po wykluczeniu ze społeczeństwa.
(Mam nadzieję, że tym razem dobrze mi wyszło xD)
sobota, 17 marca 2018
Od Sivika do Siobhan
Ognisko przygasało, dziewczyna się nie budziła, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Cierpliwe sprawdzanie oddechu, obserwowanie delikatnych drgnięć, dokładne obserwowanie spokojnej twarzy, tak błogiej, zatopionej w głębokim śnie. Miałem nadzieję, że się obudzi, nikomu nigdy nie życzyłem losu ducha, nie tylko ze względu na własne przypadłości, co ze zwykłej troski, bo doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak to wszystko wygląda od podszewki. Odsyłanie po dwa, trzy duchy w lepsze miejsce podczas jednej nocy zdecydowanie nie było dobrym wynikiem, ale nie dało się inaczej, a z dnia na dzień było ich coraz więcej.
Ostatnie słowa, wiadomości dla potomnych, czy zwykłe uczepienie się tyłka i męczenie żywego, bo akurat taki mają kaprys. Okrutne stworzenia. Skrzywdzone stworzenia.
Został już tylko delikatnie tlący się żar, popiół i powoli nastający chłód. Zdecydowałem się czmychnąć czym prędzej do lasu po jakieś badyle na opał i może coś do spożycia, bo jednak organizm jakiejkolwiek istoty po znalezieniu się w lodowatej wodzie był w niezbyt ciekawym stanie. Uwinąć musiałem się szybko, co jak co, ale istota, póki co zdana była tylko na mnie.
Zając, drewno, jagody, dużo zranień, szramy, zadrapania, bo chaszcze były olbrzymie, a ja ostatnio niezwykle się wyletniłem. Zawsze mi mówił, ubierz się lepiej, ogarnij się, no włóż żesz te buty, to z uporem maniaka preferowałem gołe stopy, krótkie szarawary i zwiewne koszule. Najlepiej, a potem tylko czekać, jak się jakieś zakażenie wda po wdepnięciu na kolec tłurzyka.
Jak się okazało, dziewczyna w tak zwanym międzyczasie zdążyła się już wybudzić i zerkała na mnie, jak ciele na malowane wrota, wystraszona łania, czy cokolwiek innego.
— Widzę, że już nie śpisz — powiedziałem, wrzucając gałązki do ogniska i otrzepując dłonie. Zielone oczy spoglądały na mnie uważnie, dokładnie wyłapując każdy ruch i czekając na chwilę, gdy mogłaby stwierdzić, że jestem zagrożeniem. Cisza, nie odpowiadała. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem po martwe zwierzę, które przywiązałem do paska. Moja humanitarność ostatnio zanikała, czyżbym wdawał się w dawnego kochanka?
Nagle dziewczyna wyciągnęła w moją stronę nożyk, który przyjąłem i podziękowałem krótko. Ogarnąłem jako tako zdobycz, bo nigdy mistrzem nie byłem, zawiesiłem nad ogniem i czekałem cierpliwie.
— Zwą mnie Sivik. A ciebie? — spytałem, dalej dokładnie obserwując zająca, który oplatany przez języki ognia czekał na skwierczenie w akompaniamencie strzelającego drewna.
Krótka wymiana zdań, którą sterował jakiś pierwszy lepszy duch, któremu widocznie kobieta, nastolatka, dziewczyna? Wyraźnie się spodobała, dlatego szybko przejął mój język i zaczął dociekać, a kto, a co, a głodna pewno byłaś, prawda? Powoli jadła dopieczone mięso, dalej spoglądała na mnie z pewną dozą niepewności i czymś, czego zdefiniować nie mogłem, a czaiło się głęboko w zielonych oczach.
— Czy widziałeś w okolicach Cellan wilkołaka? Takiego dużego. W sumie, nawet bardzo dużego — spytała w końcu, gdy dotarliśmy do clou sprawy. Zmarszczyłem brwi i wbiłem nóż w ziemię, nie licząc się z tym, że mógł po drodze natrafić na jakiś kamień, który znacząco mógł zniszczyć jego ostrze. Wilkołaki w okolicach Cellan. Gdyby spytała mnie, czy nie widziałem tam kulczyka purpurowego, to odparłbym bez chwili namysłu, ale wilkołaki? Aysal by wiedział. Zawsze wiedział, o wszystkim wiedział, czuł, smakował, słyszał, widział, doszukiwał się niuansów, zdawał sobie sprawę z tego, co się szykowało, a do tego to pojęcie o istotach wszelakiej maści.
Łowca doskonały.
Wydąłem wargi i pokręciłem głową.
— Nie, nie widziałem, w sumie to dawno tam nie byłem — odparłem. Czy trzydzieści lat to dużo? Zależy, pewnie tak. Jednakże wtedy też niczego nie było. Nie wiedziałem. Nie doszły mnie takie słuchy. Wpakowałem kilka jagód z sakiewki do ust, kwaskowaty smak rozlazł się w jamie ustnej. Skrzywiłem się delikatnie. — Co nie zmienia faktu, że znam istoty, które mogły go widzieć. — Czy to wampir, czy same dusze, cokolwiek. — A tak właściwie, to na co ci ta informacja? — dopytałem podejrzliwie, z czystej ciekawości.
Każdy zawsze miał jakieś powódki, a wilkołak brzmiał bardziej niż interesująco. Szczególnie gdy słowa padały z ust wątłej Siobhan, która zawzięcie merdała ogonem.
Ostatnie słowa, wiadomości dla potomnych, czy zwykłe uczepienie się tyłka i męczenie żywego, bo akurat taki mają kaprys. Okrutne stworzenia. Skrzywdzone stworzenia.
Został już tylko delikatnie tlący się żar, popiół i powoli nastający chłód. Zdecydowałem się czmychnąć czym prędzej do lasu po jakieś badyle na opał i może coś do spożycia, bo jednak organizm jakiejkolwiek istoty po znalezieniu się w lodowatej wodzie był w niezbyt ciekawym stanie. Uwinąć musiałem się szybko, co jak co, ale istota, póki co zdana była tylko na mnie.
Zając, drewno, jagody, dużo zranień, szramy, zadrapania, bo chaszcze były olbrzymie, a ja ostatnio niezwykle się wyletniłem. Zawsze mi mówił, ubierz się lepiej, ogarnij się, no włóż żesz te buty, to z uporem maniaka preferowałem gołe stopy, krótkie szarawary i zwiewne koszule. Najlepiej, a potem tylko czekać, jak się jakieś zakażenie wda po wdepnięciu na kolec tłurzyka.
Jak się okazało, dziewczyna w tak zwanym międzyczasie zdążyła się już wybudzić i zerkała na mnie, jak ciele na malowane wrota, wystraszona łania, czy cokolwiek innego.
— Widzę, że już nie śpisz — powiedziałem, wrzucając gałązki do ogniska i otrzepując dłonie. Zielone oczy spoglądały na mnie uważnie, dokładnie wyłapując każdy ruch i czekając na chwilę, gdy mogłaby stwierdzić, że jestem zagrożeniem. Cisza, nie odpowiadała. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem po martwe zwierzę, które przywiązałem do paska. Moja humanitarność ostatnio zanikała, czyżbym wdawał się w dawnego kochanka?
Nagle dziewczyna wyciągnęła w moją stronę nożyk, który przyjąłem i podziękowałem krótko. Ogarnąłem jako tako zdobycz, bo nigdy mistrzem nie byłem, zawiesiłem nad ogniem i czekałem cierpliwie.
— Zwą mnie Sivik. A ciebie? — spytałem, dalej dokładnie obserwując zająca, który oplatany przez języki ognia czekał na skwierczenie w akompaniamencie strzelającego drewna.
Krótka wymiana zdań, którą sterował jakiś pierwszy lepszy duch, któremu widocznie kobieta, nastolatka, dziewczyna? Wyraźnie się spodobała, dlatego szybko przejął mój język i zaczął dociekać, a kto, a co, a głodna pewno byłaś, prawda? Powoli jadła dopieczone mięso, dalej spoglądała na mnie z pewną dozą niepewności i czymś, czego zdefiniować nie mogłem, a czaiło się głęboko w zielonych oczach.
— Czy widziałeś w okolicach Cellan wilkołaka? Takiego dużego. W sumie, nawet bardzo dużego — spytała w końcu, gdy dotarliśmy do clou sprawy. Zmarszczyłem brwi i wbiłem nóż w ziemię, nie licząc się z tym, że mógł po drodze natrafić na jakiś kamień, który znacząco mógł zniszczyć jego ostrze. Wilkołaki w okolicach Cellan. Gdyby spytała mnie, czy nie widziałem tam kulczyka purpurowego, to odparłbym bez chwili namysłu, ale wilkołaki? Aysal by wiedział. Zawsze wiedział, o wszystkim wiedział, czuł, smakował, słyszał, widział, doszukiwał się niuansów, zdawał sobie sprawę z tego, co się szykowało, a do tego to pojęcie o istotach wszelakiej maści.
Łowca doskonały.
Wydąłem wargi i pokręciłem głową.
— Nie, nie widziałem, w sumie to dawno tam nie byłem — odparłem. Czy trzydzieści lat to dużo? Zależy, pewnie tak. Jednakże wtedy też niczego nie było. Nie wiedziałem. Nie doszły mnie takie słuchy. Wpakowałem kilka jagód z sakiewki do ust, kwaskowaty smak rozlazł się w jamie ustnej. Skrzywiłem się delikatnie. — Co nie zmienia faktu, że znam istoty, które mogły go widzieć. — Czy to wampir, czy same dusze, cokolwiek. — A tak właściwie, to na co ci ta informacja? — dopytałem podejrzliwie, z czystej ciekawości.
Każdy zawsze miał jakieś powódki, a wilkołak brzmiał bardziej niż interesująco. Szczególnie gdy słowa padały z ust wątłej Siobhan, która zawzięcie merdała ogonem.
Od Siobhan do Sivika
Dlaczego nie potrafię odróżnić jawy od rzeczywistości? Czy to znaczy, że umarłam? Czy po prostu oszalałam?
Z całych sił próbowałam otworzyć oczy, chcąc czuć, że żyję. Dopiero po kilku próbach ujrzałam czerń. Zimną pustkę, otaczającą mnie jak woal. Rozejrzałam się na tyle, ile mogłam. Krzyknęłam, lecz dziwna siła jak imadło ścisnęła moje gardło, przez co nie wydobyłam z siebie żadnego dźwięku. W głowie miałam chaos. Nie chciałam umrzeć, chciałam wrócić do lasu, nawet jeśli musiałabym spędzić resztę swoich dni jako wilk. Musiałam się zemścić za to wszystko, co przeszłam. Obiecałam w duchu, że jeśli jednak odejdę, znajdę jakiś sposób, aby wymierzyć karę jako duch. Nawet za cenę stania się demonem czy inną, grzeszną duszą.
Pustkę wokół mnie rozdarły promienie światła, bijące z jednego punktu w oddali. Musiałam zmrużyć oczy przez jego intensywność. Może to jest droga do opuszczenia tego miejsca? Skupiłam się, zbierając wszystkie swoje siły do tego zadania. Światło jakby rosło, a wokół zrobiło się niezwykle ciepło, wręcz gorąco. To było nie do wytrzymania. Piekący ból rozszedł się po moim ciele..
Obudziłam się z krzykiem, siadając na jakimś materiale. Musnęłam go palcami, zarówno aby zbadać, co to jest i się uspokoić. Nie wiedziałam, w jakieś części ta wizja była snem, a jawą. Chciałam wierzyć, że to tylko wymysł mojego umysłu, gdy ten stanął na skraju śmierci. Zaraz. Dlaczego ja jestem tutaj?
Podciągnęłam kolana pod brodę, okrywając się szczelniej czymś, co wyglądało jak płaszcz. Mój organizm nadal leczył rany, więc jeszcze nie wracałam do ludzkiej formy. Dlatego ogon uderzał delikatnie o mech, a uszy poruszały się, wyłapując wszelkie dźwięki. Ja w tym czasie zmierzyłam wzrokiem wygasłe ognisko, z którego nadal bił delikatny żar. Spragniona ciepła, zbliżyłam się do niego i wyciągnęłam ku gałęziom dłonie. Spróbowałam nawet rozpalić ogień na nowo, dmuchając w tlący się popiół, lecz spowodowało to jedynie wzbicie się w powietrze szarego obłoku. Odruchowo zaczęłam kasłać, chcąc pozbyć się z płuc ogniskowych drobinek. Przez atak kaszlu prawie nie usłyszałam łamiących się pod wpływem czyjegoś ciężaru krzaków. Gwałtownie obróciłam głowę w stronę źródła dźwięku, stając twarzą w twarz z mężczyzną. Był ode mnie znacząco wyższy, zwłaszcza, że on stał, a ja siedziałam. Wyglądał również na swój sposób strasznie przez swoje czarne włosy i..czy to są szwy? Kto mu to zrobił? Nim zdążyłam wymyślić dla nieznajomego historię, godną bohatera mojej ulubionej książki o królewiczu oraz żebraczce, ciemnowłosy rzucił na miejsce dawnego ogniska nowe gałęzie. Odsunęłam się więc ponownie na swoje miejsce, obserwując ruchy dłoni mężczyzny.
- Widzę, że już nie śpisz. - Rzucił od niechcenia, doglądając płomieni, przeskakujących od jednego drewienka do drugiego. Nie chcąc się zbytnio odzywać, pokręciłam głową i przytuliłam do siebie ogon. Na chwilę zapadła cisza, przerywana trzaskami ognia. Mężczyzna czekał wyraźnie na odpowiedź, lecz kiedy jej nie otrzymał, sięgnął po zająca czy jakieś inne zwierzę, które miał przy swoim pasie. Poruszyłam nosem, wyczuwając woń, po czym oblizałam się lekko. Byłam głodna jak wilk, chciałam wyrwać mu to zwierzątko z dłoni i zjeść w takiej formie, jakie było. Z trudem opanowałam się, wyciągnęłam nóż myśliwski z małej kieszonki pod ubraniami i podałam bez słowa nieznajomemu, starając się unikać jego spojrzenia.
- Dzięki. - Mężczyzna zajął się oprawianiem mięsa, które następnie zaczął przypiekać w ognisku. - Zwą mnie Sivik. A ciebie? -
- Siobhan. Dziękuję za ratunek. Gdyby nie ty, na pewno bym umarła.- Mruknęłam po zastanowieniu się, czy warto mu zaufać. Być może nie jest taki jak inni faceci. Prychnęłam pod nosem. Nie. Każdy jest taki sam. Muszę odejść, jak tylko odzyskam siły. Mężczyzna nabił zdobycz na kij i machnął dłonią na znak, że nie zrobił nic takiego.
- Może mistrzem kuchni nie jestem, ale jest zjadliwe. - Sivik po pewnym czasie wyciągnął z ognia upieczone mięso, nabite na kij i zaczął nim poruszać w powietrzu. Usiadłam po turecku po przeciwnej stronie paleniska, spoglądając na ciemnowłosego. Wydawało się, że jest oazą spokoju, który również mi się udzielił. Ciekawe, czy to wina jego charakteru czy jakiegoś czaru? Teoretycznie wyglądał na kogoś w typie maga, być może odniosłam takie wrażenie przez tatuaże. Podczas mojej krótkiej obserwacji zauważyłam, iż jego serce bije ciągle w tym samym tempie. Od momentu, kiedy wyszedł spomiędzy drzew, bicie nie zmniejszyło się, ani nie wzrosło. Zaiste, interesujący obiekt do zbadania.
Przyjęłam kawałek mięsa, prawdopodobnie łapę i obgryzłam je do kości, tę odrzucając na bok. Sivik ni to uśmiechnął się, ni to zaśmiał i odłamał kolejną część.
- Dawno nie jadłaś, co nie, Siobhan? -
Wzruszyłam ramionami, również sięgając pamięcią wstecz.
- Jakieś dwa dni temu. Coś około tego. - wyznałam po przyjęciu skromnego podarunku. Ciemnowłosy podparł się dłonią o mech, siadając w bardziej rozluźnionej pozycji. Nudząc się, zaczął podrzucać mój nóż.
- Uważaj, bo się zranisz. A zakażenie trudno będzie zniwelować w tych warunkach. - Powiedziałam z przesadną jak na mnie pewnością siebie. Mężczyzna zerknął w moim kierunku z pobłażliwością.
- Nie takie rzeczy się robiło. -
- Co masz na myśli? - Zaciekawiona możliwą historią, podniosłam uszy. Sivik złapał ostrze w dwa palce.
- Sporo podróżuję, więc mam jako takie doświadczenie. Przynajmniej tak mi się wydaje. - Ciemnowłosy zaśmiał się krótko ze swojego"żartu". Chyba ta wypowiedź miała być zabawna. No cóż, nie jestem w nastroju do śmiania się.
- Czyli byłeś w innych państwach? -
- Taa.- Mężczyzna wbił nóż w ziemię. - Spytaj w końcu. Postaram się odpowiedzieć najlepiej, jak będę mógł.-
Wzięłam głębszy wdech, w głowie układając moje pytanie. Liczyłam na to, że chociaż w części rozwieje moje wątpliwości.
- Czy widziałeś w okolicach Cellan wilkołaka? Takiego dużego. W sumie, nawet bardzo dużego.-
< Sivik? >
Z całych sił próbowałam otworzyć oczy, chcąc czuć, że żyję. Dopiero po kilku próbach ujrzałam czerń. Zimną pustkę, otaczającą mnie jak woal. Rozejrzałam się na tyle, ile mogłam. Krzyknęłam, lecz dziwna siła jak imadło ścisnęła moje gardło, przez co nie wydobyłam z siebie żadnego dźwięku. W głowie miałam chaos. Nie chciałam umrzeć, chciałam wrócić do lasu, nawet jeśli musiałabym spędzić resztę swoich dni jako wilk. Musiałam się zemścić za to wszystko, co przeszłam. Obiecałam w duchu, że jeśli jednak odejdę, znajdę jakiś sposób, aby wymierzyć karę jako duch. Nawet za cenę stania się demonem czy inną, grzeszną duszą.
Pustkę wokół mnie rozdarły promienie światła, bijące z jednego punktu w oddali. Musiałam zmrużyć oczy przez jego intensywność. Może to jest droga do opuszczenia tego miejsca? Skupiłam się, zbierając wszystkie swoje siły do tego zadania. Światło jakby rosło, a wokół zrobiło się niezwykle ciepło, wręcz gorąco. To było nie do wytrzymania. Piekący ból rozszedł się po moim ciele..
Obudziłam się z krzykiem, siadając na jakimś materiale. Musnęłam go palcami, zarówno aby zbadać, co to jest i się uspokoić. Nie wiedziałam, w jakieś części ta wizja była snem, a jawą. Chciałam wierzyć, że to tylko wymysł mojego umysłu, gdy ten stanął na skraju śmierci. Zaraz. Dlaczego ja jestem tutaj?
Podciągnęłam kolana pod brodę, okrywając się szczelniej czymś, co wyglądało jak płaszcz. Mój organizm nadal leczył rany, więc jeszcze nie wracałam do ludzkiej formy. Dlatego ogon uderzał delikatnie o mech, a uszy poruszały się, wyłapując wszelkie dźwięki. Ja w tym czasie zmierzyłam wzrokiem wygasłe ognisko, z którego nadal bił delikatny żar. Spragniona ciepła, zbliżyłam się do niego i wyciągnęłam ku gałęziom dłonie. Spróbowałam nawet rozpalić ogień na nowo, dmuchając w tlący się popiół, lecz spowodowało to jedynie wzbicie się w powietrze szarego obłoku. Odruchowo zaczęłam kasłać, chcąc pozbyć się z płuc ogniskowych drobinek. Przez atak kaszlu prawie nie usłyszałam łamiących się pod wpływem czyjegoś ciężaru krzaków. Gwałtownie obróciłam głowę w stronę źródła dźwięku, stając twarzą w twarz z mężczyzną. Był ode mnie znacząco wyższy, zwłaszcza, że on stał, a ja siedziałam. Wyglądał również na swój sposób strasznie przez swoje czarne włosy i..czy to są szwy? Kto mu to zrobił? Nim zdążyłam wymyślić dla nieznajomego historię, godną bohatera mojej ulubionej książki o królewiczu oraz żebraczce, ciemnowłosy rzucił na miejsce dawnego ogniska nowe gałęzie. Odsunęłam się więc ponownie na swoje miejsce, obserwując ruchy dłoni mężczyzny.
- Widzę, że już nie śpisz. - Rzucił od niechcenia, doglądając płomieni, przeskakujących od jednego drewienka do drugiego. Nie chcąc się zbytnio odzywać, pokręciłam głową i przytuliłam do siebie ogon. Na chwilę zapadła cisza, przerywana trzaskami ognia. Mężczyzna czekał wyraźnie na odpowiedź, lecz kiedy jej nie otrzymał, sięgnął po zająca czy jakieś inne zwierzę, które miał przy swoim pasie. Poruszyłam nosem, wyczuwając woń, po czym oblizałam się lekko. Byłam głodna jak wilk, chciałam wyrwać mu to zwierzątko z dłoni i zjeść w takiej formie, jakie było. Z trudem opanowałam się, wyciągnęłam nóż myśliwski z małej kieszonki pod ubraniami i podałam bez słowa nieznajomemu, starając się unikać jego spojrzenia.
- Dzięki. - Mężczyzna zajął się oprawianiem mięsa, które następnie zaczął przypiekać w ognisku. - Zwą mnie Sivik. A ciebie? -
- Siobhan. Dziękuję za ratunek. Gdyby nie ty, na pewno bym umarła.- Mruknęłam po zastanowieniu się, czy warto mu zaufać. Być może nie jest taki jak inni faceci. Prychnęłam pod nosem. Nie. Każdy jest taki sam. Muszę odejść, jak tylko odzyskam siły. Mężczyzna nabił zdobycz na kij i machnął dłonią na znak, że nie zrobił nic takiego.
- Może mistrzem kuchni nie jestem, ale jest zjadliwe. - Sivik po pewnym czasie wyciągnął z ognia upieczone mięso, nabite na kij i zaczął nim poruszać w powietrzu. Usiadłam po turecku po przeciwnej stronie paleniska, spoglądając na ciemnowłosego. Wydawało się, że jest oazą spokoju, który również mi się udzielił. Ciekawe, czy to wina jego charakteru czy jakiegoś czaru? Teoretycznie wyglądał na kogoś w typie maga, być może odniosłam takie wrażenie przez tatuaże. Podczas mojej krótkiej obserwacji zauważyłam, iż jego serce bije ciągle w tym samym tempie. Od momentu, kiedy wyszedł spomiędzy drzew, bicie nie zmniejszyło się, ani nie wzrosło. Zaiste, interesujący obiekt do zbadania.
Przyjęłam kawałek mięsa, prawdopodobnie łapę i obgryzłam je do kości, tę odrzucając na bok. Sivik ni to uśmiechnął się, ni to zaśmiał i odłamał kolejną część.
- Dawno nie jadłaś, co nie, Siobhan? -
Wzruszyłam ramionami, również sięgając pamięcią wstecz.
- Jakieś dwa dni temu. Coś około tego. - wyznałam po przyjęciu skromnego podarunku. Ciemnowłosy podparł się dłonią o mech, siadając w bardziej rozluźnionej pozycji. Nudząc się, zaczął podrzucać mój nóż.
- Uważaj, bo się zranisz. A zakażenie trudno będzie zniwelować w tych warunkach. - Powiedziałam z przesadną jak na mnie pewnością siebie. Mężczyzna zerknął w moim kierunku z pobłażliwością.
- Nie takie rzeczy się robiło. -
- Co masz na myśli? - Zaciekawiona możliwą historią, podniosłam uszy. Sivik złapał ostrze w dwa palce.
- Sporo podróżuję, więc mam jako takie doświadczenie. Przynajmniej tak mi się wydaje. - Ciemnowłosy zaśmiał się krótko ze swojego"żartu". Chyba ta wypowiedź miała być zabawna. No cóż, nie jestem w nastroju do śmiania się.
- Czyli byłeś w innych państwach? -
- Taa.- Mężczyzna wbił nóż w ziemię. - Spytaj w końcu. Postaram się odpowiedzieć najlepiej, jak będę mógł.-
Wzięłam głębszy wdech, w głowie układając moje pytanie. Liczyłam na to, że chociaż w części rozwieje moje wątpliwości.
- Czy widziałeś w okolicach Cellan wilkołaka? Takiego dużego. W sumie, nawet bardzo dużego.-
< Sivik? >
środa, 14 marca 2018
Od Sivika do Siobhan
Rav zniknął na dobre, po Aysalu ani widu, ani słychu, ja w tym wszystkim zostałem całkiem sam, no okazjonalnie potowarzyszyła mi Nihian, która i tak po ostatnich odpałach z wianiem na jej kasztanowej klaczy, zszywaniem mi zdecydowanie zbyt dużej ilości kończyn (rozlatuję się w drobny mak, na litość sił wyższych, co się dzieje), miała już tego po dziurki w zadartym, obsypanym milionem, o ile nie miliardem, piegów, nosku. No, ogólnie rzecz ujmując, zupa była po prostu za słona.
Dlatego może jedyne, co mogłem w tym wszystkim zrobić, to westchnąć ciężko, przetrzeć twarz, odstawić na jakiś czas ten nieszczęsny kufel, bo mi w życiu za bardzo nie pomagał i ruszyć w dalsze przygody, licząc na to, że tym razem sprzedadzą mi ulubioną herbatę z liści żółtnika filijskiego, a nie dobrze przemielone, odurzające łodygi toskijka. Po ostatnich ziołach, kupowanych zresztą na lewo, mój organizm dochodził do siebie przez dobre dwa tygodnie, a ja przysiągłem sobie, że nigdy więcej nie wezmę niczego o jednej trzeciej wartości rynkowej. Nie no, kogo ja oszukuję, sknera ze mnie parszywa, powtórzy się pewnie niejednokrotnie, dodatkowo wszędzie coraz więcej kanciarzy, no i jak tu przeżyć, co?
No i właśnie w tych codziennych rozmyślaniach na tematy ważne i ważniejsze, przerwał mi widok jakiejś damulki wyrzuconej samopas przy brzegu jakiegoś jeziorka. Chude to to, małe to to. Absolutna norma spotykana przeze mnie już jakieś dziesiątki razy w ciągu ostatnich trzech miesięcy, ale co poradzę, że załącza mi się ten cholerny tryb Matki Teresy i wręcz w podskokach musiałem dobrnąć do dziewczyny, która jak się okazało, wcale taka zwyczajna nie była. Nimfy się zdarzały, owszem. Elfy też, jakaś wróżka się napatoczyła, ludzie to norma, no ale obdarzonej wilczym ogonem i uszami kobiety, to żem już dawno nie widywał.
Do tego nieprzytomnej, obdarzonej wilczym ogonem i uszami kobiety. Niby dychała, niby się krztusiła, no nie wiadomo co w sumie tu mogło się wydarzyć. Jedyne co było pewne, to fakt, że ją z wody dopiero co wyrzuciło, udowadniały to jeszcze mokre ubrania i włosy.
Miałem dwie opcje, zostawić ją tu, albo dać się ponieść instynktom i zabrać ją niczym ten książę z pierwszej lepszej baśni dla naiwnych dzieciaków. W sumie to może mi w końcu ta legendarna Karma, o której gadał ostatnio jakiś knypek z cieplejszych terenów, zadziała i życie mi się odwdzięczy?
Dlatego bez zająknięcia okryłem dziewczynę własnym płaszczem, uniosłem, bo jak się okazało, była nadzwyczaj lekka i zaniosłem gdzieś bliżej znajdującej się tuż obok kamienistej plażyczki puszczy, gdzie teren zdecydowanie bardziej miękki, niż gruz przy niemiłosiernie głośnym wodospadzie. Podciągnięcie materiału pod dziewczynę, prowizoryczne ognisko dla ogrzania i czekanie, bo nic innego nie mogłem zrobić. No przecież teraz to już jej nie zostawię.
Dlatego może jedyne, co mogłem w tym wszystkim zrobić, to westchnąć ciężko, przetrzeć twarz, odstawić na jakiś czas ten nieszczęsny kufel, bo mi w życiu za bardzo nie pomagał i ruszyć w dalsze przygody, licząc na to, że tym razem sprzedadzą mi ulubioną herbatę z liści żółtnika filijskiego, a nie dobrze przemielone, odurzające łodygi toskijka. Po ostatnich ziołach, kupowanych zresztą na lewo, mój organizm dochodził do siebie przez dobre dwa tygodnie, a ja przysiągłem sobie, że nigdy więcej nie wezmę niczego o jednej trzeciej wartości rynkowej. Nie no, kogo ja oszukuję, sknera ze mnie parszywa, powtórzy się pewnie niejednokrotnie, dodatkowo wszędzie coraz więcej kanciarzy, no i jak tu przeżyć, co?
No i właśnie w tych codziennych rozmyślaniach na tematy ważne i ważniejsze, przerwał mi widok jakiejś damulki wyrzuconej samopas przy brzegu jakiegoś jeziorka. Chude to to, małe to to. Absolutna norma spotykana przeze mnie już jakieś dziesiątki razy w ciągu ostatnich trzech miesięcy, ale co poradzę, że załącza mi się ten cholerny tryb Matki Teresy i wręcz w podskokach musiałem dobrnąć do dziewczyny, która jak się okazało, wcale taka zwyczajna nie była. Nimfy się zdarzały, owszem. Elfy też, jakaś wróżka się napatoczyła, ludzie to norma, no ale obdarzonej wilczym ogonem i uszami kobiety, to żem już dawno nie widywał.
Do tego nieprzytomnej, obdarzonej wilczym ogonem i uszami kobiety. Niby dychała, niby się krztusiła, no nie wiadomo co w sumie tu mogło się wydarzyć. Jedyne co było pewne, to fakt, że ją z wody dopiero co wyrzuciło, udowadniały to jeszcze mokre ubrania i włosy.
Miałem dwie opcje, zostawić ją tu, albo dać się ponieść instynktom i zabrać ją niczym ten książę z pierwszej lepszej baśni dla naiwnych dzieciaków. W sumie to może mi w końcu ta legendarna Karma, o której gadał ostatnio jakiś knypek z cieplejszych terenów, zadziała i życie mi się odwdzięczy?
Dlatego bez zająknięcia okryłem dziewczynę własnym płaszczem, uniosłem, bo jak się okazało, była nadzwyczaj lekka i zaniosłem gdzieś bliżej znajdującej się tuż obok kamienistej plażyczki puszczy, gdzie teren zdecydowanie bardziej miękki, niż gruz przy niemiłosiernie głośnym wodospadzie. Podciągnięcie materiału pod dziewczynę, prowizoryczne ognisko dla ogrzania i czekanie, bo nic innego nie mogłem zrobić. No przecież teraz to już jej nie zostawię.
Od Siobhan
Biegłam przez las, nie oglądając się za siebie. Słyszałam głosy ludzi, ich śmiechy oraz ujadanie psów. Strzała świsnęła mi tuż obok ucha. Zbyt bardzo się bałam, aby stanąć do walki z wieśniakami, którym porwałam kilka kur. Nie chciałam tego zrobić, lecz głód był zbyt silny... W sumie, nawet nie zdążyłam się nimi pożywić, gdyż zobaczyli mnie niezwykle szybko. Właśnie w ten sposób stałam się celem ich małego polowania. Nagle potknęłam się na gałęzi i spadłam w dół zbocza. Moje zmysły wyłapały szum i zapach wody, którą z czasem poczułam. Z trudem wynurzyłam się ponad powierzchnię, łapiąc oddech. Wartka rzeka pociągnęła mnie za sobą, mimo, że próbowałam walczyć z prądem. Widząc jednak ludzi gotowych mnie zabić na brzegu, zrezygnowałam i skupiłam się na jednym - utrzymywaniu głowy w górze. Zimno przeniknęło mnie do szpiku kości, powodując niemiłe odrętwienie. Prawie zaczęłam zasypiać, kiedy nagle rzeka zmieniła się w wodospad. Panicznie chwyciłam się gałęzi drzewa, pochylonego nad wodą, wzrokiem mierząc kamienie w dole. Jeśli spadnę, na pewno się poobijam, a w najgorszym przypadku, rozbiję o skały. Mogłam teoretycznie spróbować wyjść na brzeg, gdyż pogoń już dawno została w tyle. Podjęłam próbę, podciągając się na śliskim drewnie. Już prawie byłam cała nad wodą, kiedy usłyszałam głuchy trzask. A potem kolejny. Spojrzałam na źródło odgłosów, którym była moja gałąź. Jak się okazało, była spróchniała.
- Nie... Nie, nie! - Krzyknęłam, nim kawałek konaru odłamał się całkowicie, a jedyne, co mi zostało w dłoniach, to bezużyteczny kij. Zaczęłam płynąć wraz z rzeką w dół, ku granicy wodospadu. Ze słabą nadzieją próbowałam uczepić się śliskich kamieni, lecz skończyło się to jedynie połamanymi paznokciami. Nim się zorientowałam, już zaczęłam spadać w szumiącą otchłań. Resztką świadomości zmieniłam się w swoją pół ludzką, pół wilczą formę, wiedząc, że w niej szybciej się zregeneruję. Nim straciłam przytomność, poczułam silne uderzenie, które wypchało z moich płuc całe powietrze, po czym wszystko pokryło się jednolitą czernią..
< Ktosiu? >
- Nie... Nie, nie! - Krzyknęłam, nim kawałek konaru odłamał się całkowicie, a jedyne, co mi zostało w dłoniach, to bezużyteczny kij. Zaczęłam płynąć wraz z rzeką w dół, ku granicy wodospadu. Ze słabą nadzieją próbowałam uczepić się śliskich kamieni, lecz skończyło się to jedynie połamanymi paznokciami. Nim się zorientowałam, już zaczęłam spadać w szumiącą otchłań. Resztką świadomości zmieniłam się w swoją pół ludzką, pół wilczą formę, wiedząc, że w niej szybciej się zregeneruję. Nim straciłam przytomność, poczułam silne uderzenie, które wypchało z moich płuc całe powietrze, po czym wszystko pokryło się jednolitą czernią..
< Ktosiu? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)