- Oj Arthurze, powinieneś do tego przywyknąć, tyle ze mną jeździsz - odezwała się
- Wybacz pani, ale dobrze wiesz, że nie przekonam się - minimalnie się skrzywił. Spojrzała na mnie.
- Nie musimy lecieć jakby zbliżał się koniec świata, mamy czas.- odparła beztrosko.
Ale ja nie mam wieczności paniusiu...wcale nie chciałam tu być.
Zacisnąłem zęby, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Kto wie, czy rycerzykowi nie przyszłoby do głowy bronić honoru swojej pani.
- Pani? - zadałem najbezpieczniejsze pytanie
- Tak?
- Wybacz, to mało istotne pytanie. Proszę zapomnieć. - wykręciłem się zręcznie
Zachichotała w odpowiedzi. Zrezygnowany usiadłem pod drzewem, parę metrów od księżniczki. Dłoń w pogotowiu położyłem na rękojeści miecza.
Arthur oznajmił nam, że pójdzie skombinować coś do jedzenia...i zniknął w lesie, zostawiając nas samych. Raczej nie zostawiłby swojej pani z własnej woli...pewnie ona mu kazała.
- Skąd jesteś? -zapytała nagle
O nie.
- Pochodzę z Mantrikaru, pani.
- Oh, słyszałam o tym kraju, choć niewiele...jest tam bardzo pięknie, prawda?
Nagle zalała mnie fala wspomnień.
Siedzimy obok siebie na gałęzi, najmłodsi z całego plemienia. Pod nogami mamy nicość, wiele kilometrów do ziemi. Każą nam skakać, przecież powinniśmy umieć szybować...jak ptaki. Nie odczuwam strachu, jako pierwszy robię krok w przepaść...
- Ser Lucasie?
Oszołomiony spojrzałem na Serenity, usiłując sobie przypomnieć, co tu robię i skąd się tu wziąłem.
- Oh, tak, pani. To bardzo piękna wyspa.
- Wyspa? - jej wyraz twarzy wyrażał zdezorientowanie
- Tak, od reszty lądu dzieli ją ocean. Na zachodzie.
- Wybacz, nigdy nie byłam zbyt dobra z geografii - zarumieniła się
- Nie szkodzi, ja też - zdobyłem się na lekki uśmiech - Jako tako wiem tylko, gdzie lepiej się nie zapuszczać.
Na czworaka przesunęła się do mnie, opierając się o drzewo.
- A jakie to miejsca? - w jej oczach zalśniła ciekawość
- Darawa... - powoli wypowiedziałem to słowo.
Szczęk mieczy, kompani ginący jeden po drugim na moich oczach. Trzy Cienie przeciwko dwóm pozostałym przy życiu rycerzom....jestem za daleko, by im pomóc. Jeden z rycerzy ginie, skacząc z dwoma cieniami w przepaść...co za głupota. A może odwaga?
- Lucas! - krzyczy do mnie Davon, mój najlepszy przyjaciel.
Na moich oczach łapie za miecz Cienia, przebijając się nim. W mgnieniu oka jestem już przy nim, ucinam bestii głowę.
- Chole.ra...coś ty zrobił? - mężczyzna osuwa się w moich ramionach, czuję na palcach lepką krew.
- Powiedz im...że nie stchórzyliśmy. - wydyszał, po czym wyzionął ducha
Obudziłem się z letargu, ktoś potrząsał mną gwałtownie za ramiona.
Odpycham te ręce może zbyt szorstko.
- Przepraszam...wpatrywałeś się w jeden punkt, nic do ciebie nie docierało. - wymamrotała dziewczyna
- Wybacz, księżniczko. Jestem po prostu zmęczony. - wstałem, idąc do konia po swój koc.
Położyłem się pod kolejnym drzewem, ale wcale nie miałem zamiaru spać. Czuwałem. Nagle coś spłynęło mi po lewym policzku...kapnęło z drzewa? Dopiero po chwili zorientowałem się, że to moja łza. Dawno nie myślałem o tym, co zdarzyło się w Darawie...
< Serek? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eskorta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eskorta. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 września 2017
wtorek, 29 sierpnia 2017
Od Serenity do Lucasa
Kiedy wszyscy byliśmy już na naszych koniach dostojnym krokiem wyjechaliśmy z bram miasta pod czujnym okiem ciekawskich mieszkańców, którzy głośno życzyli udanej podróży. Urocze. Przez ten czas wymienialiśmy się uwagami na temat podróży, cały czas będąc w części zamieszkanej. Wielu poddanych z oddali nas pozdrawiało na co reagowaliśmy lekkimi kiwnięciami głowami wraz z pięknymi uśmiechami.
-Jaka jest przewidywana trasa?- Zapytał już na wstępie Arthur po ruszeniu. Zrównał się z drugim mężczyzną i razem doglądali mapę podczas słuchania naszego przewodnika. Niechętnie słuchał uwag mego strażnika ale się nie odzywał. Pewnie nawet nie wiedział, że ja to widzę. W końcu przed nami zmaterializowała się kolejna wioska, zresztą ostatnia w tej części, jeśli się spojrzy na mapę rozplanowania kraju. Ta ostatnia wioska znana jako Alterha była położona na głównej drodze prowadzącej do centrum, reszta osad była umieszczona bardziej na obrzeżach lub na pobocznych drogach. Dzięki temu zmniejszali swoje zagrożenie na ataki. W przeciwieństwie do reszty ostrożniejszych wiosek, Alterha była jednym z wielu neutralnych miejscowych punktów u nas, jak to podobnie wygląda za granicą. To było jeszcze za rządów pradziada, który uformował Alterhe jako nietykalny dla wrogów schron przeznaczony na potrzeby głównie rolników i ich zbiory. Taka była oficjalna wersja. Obecnie obecnie wioska była swoistym punktem wymiany nowości zza granicy i, tak jak wiele innych miejscowości u nas, pełniła funkcje kupieckie. Tylko rodzina królewska wiedziała o tym, że w takich miejscach roi się od naszych szpiegów, których nikt nie dałby rady rozpoznać, nawet najbardziej spostrzegawczy, było nam to na rękę.
W końcu przejechaliśmy przez Alterhe rozmawiając na neutralne tematy. Dobry kilometr dalej, kiedy już szanse spotkania innych ludzi zmniejszaliśmy przez poruszanie się ku lasom, dałam znać panom, żeby teraz podążali za mną. Wkrótce zatrzymaliśmy się na małej polanie lasu, skąd droga wydawała się być nazbyt zawiła, choć tak naprawdę nie była, sprawiała jedynie taką iluzję. Zeskoczyłam z konia nakazałam im zrobić to samo. Gdy wszyscy byli na ziemi, konie przywiązaliśmy i widząc ich zaskoczenie, usiadłam sobie wygodnie na ziemi. Spojrzałam na nich z lekkim uśmiechem.
- Oj Arthurze, powinieneś do tego przywyknąć, tyle ze mną jeździsz - odezwałam się ku rycerzowi.
- Wybacz pani, ale dobrze wiesz, że nie przekonam się - minimalnie się skrzywił. Spojrzałam na drugiego.
- Nie musimy lecieć jakby zbliżał się koniec świata, mamy czas.
- Pani? - W końcu się odezwał. Oparłam się o drzewo.
- Tak?
- Wybacz, to mało istotne pytanie. Proszę zapomnieć.
Zachichotałam w odpowiedzi. Już wcześniej dostrzegłam w nim wielce obiecującego zbudowanego mężczyznę, jak to mają w zwyczaju kobiety. Od razu dało się w nim wyczuć w nim coś... Ciekawe. Nie wydawał się jak rycerz, liczyłam na to, że głośno dałby radę się sprzeciwić a może coś jeszcze innego? W duchu się uśmiechnęłam. Najpierw trzeba go lepiej poznać...
Szykowała się zabawna podróż.
<Lucas?>
-Jaka jest przewidywana trasa?- Zapytał już na wstępie Arthur po ruszeniu. Zrównał się z drugim mężczyzną i razem doglądali mapę podczas słuchania naszego przewodnika. Niechętnie słuchał uwag mego strażnika ale się nie odzywał. Pewnie nawet nie wiedział, że ja to widzę. W końcu przed nami zmaterializowała się kolejna wioska, zresztą ostatnia w tej części, jeśli się spojrzy na mapę rozplanowania kraju. Ta ostatnia wioska znana jako Alterha była położona na głównej drodze prowadzącej do centrum, reszta osad była umieszczona bardziej na obrzeżach lub na pobocznych drogach. Dzięki temu zmniejszali swoje zagrożenie na ataki. W przeciwieństwie do reszty ostrożniejszych wiosek, Alterha była jednym z wielu neutralnych miejscowych punktów u nas, jak to podobnie wygląda za granicą. To było jeszcze za rządów pradziada, który uformował Alterhe jako nietykalny dla wrogów schron przeznaczony na potrzeby głównie rolników i ich zbiory. Taka była oficjalna wersja. Obecnie obecnie wioska była swoistym punktem wymiany nowości zza granicy i, tak jak wiele innych miejscowości u nas, pełniła funkcje kupieckie. Tylko rodzina królewska wiedziała o tym, że w takich miejscach roi się od naszych szpiegów, których nikt nie dałby rady rozpoznać, nawet najbardziej spostrzegawczy, było nam to na rękę.
W końcu przejechaliśmy przez Alterhe rozmawiając na neutralne tematy. Dobry kilometr dalej, kiedy już szanse spotkania innych ludzi zmniejszaliśmy przez poruszanie się ku lasom, dałam znać panom, żeby teraz podążali za mną. Wkrótce zatrzymaliśmy się na małej polanie lasu, skąd droga wydawała się być nazbyt zawiła, choć tak naprawdę nie była, sprawiała jedynie taką iluzję. Zeskoczyłam z konia nakazałam im zrobić to samo. Gdy wszyscy byli na ziemi, konie przywiązaliśmy i widząc ich zaskoczenie, usiadłam sobie wygodnie na ziemi. Spojrzałam na nich z lekkim uśmiechem.
- Oj Arthurze, powinieneś do tego przywyknąć, tyle ze mną jeździsz - odezwałam się ku rycerzowi.
- Wybacz pani, ale dobrze wiesz, że nie przekonam się - minimalnie się skrzywił. Spojrzałam na drugiego.
- Nie musimy lecieć jakby zbliżał się koniec świata, mamy czas.
- Pani? - W końcu się odezwał. Oparłam się o drzewo.
- Tak?
- Wybacz, to mało istotne pytanie. Proszę zapomnieć.
Zachichotałam w odpowiedzi. Już wcześniej dostrzegłam w nim wielce obiecującego zbudowanego mężczyznę, jak to mają w zwyczaju kobiety. Od razu dało się w nim wyczuć w nim coś... Ciekawe. Nie wydawał się jak rycerz, liczyłam na to, że głośno dałby radę się sprzeciwić a może coś jeszcze innego? W duchu się uśmiechnęłam. Najpierw trzeba go lepiej poznać...
Szykowała się zabawna podróż.
<Lucas?>
sobota, 26 sierpnia 2017
Od Lucasa do Serenity
- Oddawaj moje pieniądze! - tęgi jegomość wymierzył mi cios prosto w szczękę.
Swoją drogą, całkiem mocny miał ten prawy sierpowy. W głowie mi zadzwoniło, ale szybko doszedłem do siebie i odwinąłem mu się z podwójną siłą.
No cóż...tak kończy się granie z mieszczuchami. Nie umieją przegrywać...i nie ma szans, by widział, jak podmieniam karty. Nagle ktoś mocno pociągnął mnie za przesiąknięta alkoholem koszulę.
- Ser Lucas Greyjoy?
- Nie ma w domu - mruknąłem, nawet nie patrząc na swojego rozmówcę.
W tawernie zrobiło się jakoś cicho...gdzie muzyka i gwar?
Rozejrzałem się dookoła i naliczyłem sześciu kolesi w złotych zbrojach...w tym kapitana straży.
***
W pełnym uzbrojeniu wkroczyłem do sali tronowej. Miło było wykąpać się i nie cuchnąć alkoholem i łajnem.
Opadłem na jedno kolano.
- Wasza Miłość.
- Powstań, ser Lucasie - skinął głową - Wezwałem cię z bardzo ważnego powodu. Nie ma lepszego szermierza od ciebie, prawda? Wszakże pokonałeś...- król urwał nagle - Nawiązaliśmy sojusz z sąsiednim krajem. Jako gość przyjeżdża do nas ich księżniczka...masz za zadanie bezpiecznie przywieźć ją do nas.
Zbaraniałem. Myślałem, że chodzi o zabicie kogoś...a oni dają mi jakąś rozkapryszoną dziewkę do eskortowania. Shit, bardziej wpaść nie mogłem.
- Tak jest, Wasza Miłość. Niezwłocznie udam się do...
- Khayr
Jasna cho.lera. Będę musiał przeprawić się przez Aranayę...zbyt dużo wspomnień mam stamtąd. Zbyt dużo.
Khayr... wiecznie walczące państwo. Blisko upadku, co z tego sojuszu będzie miał Mądry Król?
***
Podróż zajęła mi prawie tydzień...na szczęście poza natknięciem się na zbójców, których spotkał ostatni wypad w ich życiu, przebiegła spokojnie.
Z ulgą wjechałem do stolicy Khayr, potem główną drogą aż pod pałac. Już w oddali widziałem dwóch jeźdźców na koniach. Cóż... spodziewałem się raczej lektyki. Drugi strażnik księżniczki wyrwał się do przodu...dobry ruch. Facet wie, co robi.
- Światło to jedyna nadzieja ciemności - wypowiedziałem hasło, którym mieliśmy się posłużyć.
- A ciemność nigdy nie jest do szpiku zła.
Skinąłem rycerzowi głową, gdy nagle podjechała do nas owa księżniczka. Całkiem nieźle trzymała się na koniu.
- Arthurze, czy wszystko w porządku? - zapytała i zeszła z konia.
-Oczywiście. Ten panicz to Lucas, nasz przewodnik. A oto księżniczka Serenity - dokonał przedstawienia ser Arthur
Dygnęła, podczas gdy ja także zszedłem z konia i ująłem jej dłoń w swoją, przykładając delikatnie do ust. Mogłem się wtedy jej dokładniej przyjrzeć...wysoka, długie włosy koloru miedzi, szczupła, ale obdarzona dosyć sporym biustem. Cho.lera, Lui, gdzie się patrzysz. A jej oczy...
W jej oczach było coś, co nie pozwalało mi myśleć o niej, jak o głupiej księżniczce.
- Właściwie to ser Lucas - powiedziałem z naciskiem na słowo "ser" - Jesteście gotowi do drogi, moja pani?
- Tak. Wybacz, że nie możemy Cię ugościć, ale czas nagli ser - zaśmiała się cicho, wypowiadając z naciskiem ostatnie słowo.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc jej wejść na konia, ale zanim się obejrzałem już na nim siedziała. Wzruszyłem tylko ramionami, próbując ukryć szczere zdumienie, i wsiadłem na swojego siwka.
< Serek? xd >
Swoją drogą, całkiem mocny miał ten prawy sierpowy. W głowie mi zadzwoniło, ale szybko doszedłem do siebie i odwinąłem mu się z podwójną siłą.
No cóż...tak kończy się granie z mieszczuchami. Nie umieją przegrywać...i nie ma szans, by widział, jak podmieniam karty. Nagle ktoś mocno pociągnął mnie za przesiąknięta alkoholem koszulę.
- Ser Lucas Greyjoy?
- Nie ma w domu - mruknąłem, nawet nie patrząc na swojego rozmówcę.
W tawernie zrobiło się jakoś cicho...gdzie muzyka i gwar?
Rozejrzałem się dookoła i naliczyłem sześciu kolesi w złotych zbrojach...w tym kapitana straży.
***
W pełnym uzbrojeniu wkroczyłem do sali tronowej. Miło było wykąpać się i nie cuchnąć alkoholem i łajnem.
Opadłem na jedno kolano.
- Wasza Miłość.
- Powstań, ser Lucasie - skinął głową - Wezwałem cię z bardzo ważnego powodu. Nie ma lepszego szermierza od ciebie, prawda? Wszakże pokonałeś...- król urwał nagle - Nawiązaliśmy sojusz z sąsiednim krajem. Jako gość przyjeżdża do nas ich księżniczka...masz za zadanie bezpiecznie przywieźć ją do nas.
Zbaraniałem. Myślałem, że chodzi o zabicie kogoś...a oni dają mi jakąś rozkapryszoną dziewkę do eskortowania. Shit, bardziej wpaść nie mogłem.
- Tak jest, Wasza Miłość. Niezwłocznie udam się do...
- Khayr
Jasna cho.lera. Będę musiał przeprawić się przez Aranayę...zbyt dużo wspomnień mam stamtąd. Zbyt dużo.
Khayr... wiecznie walczące państwo. Blisko upadku, co z tego sojuszu będzie miał Mądry Król?
***
Podróż zajęła mi prawie tydzień...na szczęście poza natknięciem się na zbójców, których spotkał ostatni wypad w ich życiu, przebiegła spokojnie.
Z ulgą wjechałem do stolicy Khayr, potem główną drogą aż pod pałac. Już w oddali widziałem dwóch jeźdźców na koniach. Cóż... spodziewałem się raczej lektyki. Drugi strażnik księżniczki wyrwał się do przodu...dobry ruch. Facet wie, co robi.
- Światło to jedyna nadzieja ciemności - wypowiedziałem hasło, którym mieliśmy się posłużyć.
- A ciemność nigdy nie jest do szpiku zła.
Skinąłem rycerzowi głową, gdy nagle podjechała do nas owa księżniczka. Całkiem nieźle trzymała się na koniu.
- Arthurze, czy wszystko w porządku? - zapytała i zeszła z konia.
-Oczywiście. Ten panicz to Lucas, nasz przewodnik. A oto księżniczka Serenity - dokonał przedstawienia ser Arthur
Dygnęła, podczas gdy ja także zszedłem z konia i ująłem jej dłoń w swoją, przykładając delikatnie do ust. Mogłem się wtedy jej dokładniej przyjrzeć...wysoka, długie włosy koloru miedzi, szczupła, ale obdarzona dosyć sporym biustem. Cho.lera, Lui, gdzie się patrzysz. A jej oczy...
W jej oczach było coś, co nie pozwalało mi myśleć o niej, jak o głupiej księżniczce.
- Właściwie to ser Lucas - powiedziałem z naciskiem na słowo "ser" - Jesteście gotowi do drogi, moja pani?
- Tak. Wybacz, że nie możemy Cię ugościć, ale czas nagli ser - zaśmiała się cicho, wypowiadając z naciskiem ostatnie słowo.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc jej wejść na konia, ale zanim się obejrzałem już na nim siedziała. Wzruszyłem tylko ramionami, próbując ukryć szczere zdumienie, i wsiadłem na swojego siwka.
< Serek? xd >
czwartek, 24 sierpnia 2017
Od Serenity do Lucasa
Khayr to ciekawy kraj. Mimo, że za wcześniejszych rządów doprowadzono go częściowo do ruiny przez wojny, tak mieszkańcy wydają się tym faktem nie przejmować. Jakby ten epizod się nigdy nie wydarzył w tutejszej historii. My jednak swoje wiemy, to była wina kijowego a raczej braku zarządzania prosperującymi jednostkami. Może w niedalekiej przyszłości da radę go w końcu odbudować...
Tymczasem obecna para dziedziców tronu aktualnie z wdzięcznymi uśmiechami znowu doprowadziła do ruiny arenę będącą do wyłącznego użytku rodu królewskiego. Ten urodziwy młodzieniec o rudo-miedzowych kosmykach włosów to książę Eres, starszy z bliźniąt a co z tym idzie obecny spadkobierca w kolejności wieku. Natomiast rudowłose dziewczę u jego boku to młodsza siostra bliźniaczka, księżniczka Serenity. Lubią, wręcz przepadają spędzać ze sobą czas dlatego korzystają z ostatnich chwil, ponieważ następnego dnia księżniczka ma odbyć podróż do Merkez w istotnych sprawach.
Zostało to zresztą postanowione dosyć dawno przez obecnie panującą parę królewską, którzy mieli tylko problem kogo z dziedziców wysłać. Król Aaron jest pochłonięty wizją swojego panowania, dlatego niechętnie obraduje ze swymi dziećmi podczas gdy jego żona, królowa Florie nie wtrąca się w sprawność, interweniuje w drastycznych momentach. Kiedy król usiadł na tronie podczas audiencji z bliźniętami i doradcami, rozpoczął przemowę, swoją drogą krótką.
-Jak wszyscy wiemy, w niedalekim czasie trzeba udać się do Merkez w celu załatwienia ważnych spraw. Słucham waszych propozycji kto ma ruszyć i z iloma ludźmi.
-Dylemat poległa głównie na tym, które z nas ma jechać- zauważył Eres wymieniając się ze mną spojrzeniami.
-Pozostaje też kwestia oddziałów w celu chronienia- dodał straszy doradca.
-To nie będzie konieczne, wywoła się tym tylko niepotrzebne zamieszanie- powiedziała rudowłosa panienka z lekkim uśmiechem, chociaż jej ton był lekko oschły.- Książę jest starszy i sensowniej jest abym to ja ruszyła.
-Masz rację, którą niechętnie przyznaje- odparł jej brat.
-A ile ludu ma z księżniczką podróżować? Wszak to obyczaje- zwrócił się do króla kolejny doradca, jednak ucichł na widok spojrzenia od Eresa.
-Dwóch maksymalnie- odparł książę.- Pamiętajmy, że to ona jest z nas najsilniejszym wojownikiem.
-Nie przeceniaj waszych zdolności, synu. Jak uważasz córko?- Zapytał mało zainteresowany tą całą rozmową. Reszta ludzi wyszła i tak tylko ich trójka została. Ogłada została odstawiona na bok, Eres niedbale oparł się o bliski mu filar a Serenity wzruszyła ramionami wygodnie stając i podpierając się ręką o biodro.
-Człowiek od nas i z Merkez dla świętego spokoju. Poradzę sobie- odparłam. Westchnął i zapatrzył się w okno.
-Niech tak będzie. Przekażcie to doradcom- powiedział zamykając temat rozmowy. Widać, że jego ludzie niezbyt ochoczo się pogodzili z tą myślą ale zaraz znikli by wysyłać jakiegoś posła. Wychodząc ku zewnętrznego świata, brat się cicho odezwał.
-Dobrze wiem, że dałabyś sobie z tym rade sama, znasz mapy krajów i bez problemów się przemieszczasz ale wiesz, że ludzie by gadali gdybyś samowolnie wyjechała z kraju.
-Doceniam twe słowa Eresie- kiwnęła głową na znak zrozumienia nie spuszczając wzroku z trasy.- Ale jesteśmy z królewskiego rodu i trzeba pamiętać o pewnych rzeczach.
-Jakbym nie wiedział- przewrócił oczyma wyluzowany.- Po prostu uważam, że nie musiałabyś mieć ochronę, skoro i tak cały kraj się nas boją, a zwłaszcza ciebie. Inne kraje też zdają sobie sprawę, że nie jesteśmy dwornymi pudelkami. Bardziej bestiami.
-Kolejny punkt za skojarzenie- mruknęła rozbawiona.- Chodźmy poćwiczyć.
***
Umówiony dzień nadszedł i podczas wymiany ostatnich uścisków spakowana słyszałam jak ojciec władczo przemawiał do mojego towarzysza pełniącego ochronę. Tyle już żyję, że wiem o tym kiedy udaje zainteresowanie, jak teraz.
-Powierzam wam klejnot Khayr'u. Miejcie na uwadze, że cokolwiek się stanie następcy, potraktuje to jako osobistą zniewagę i atak na nasz kraj.
-Nie obawiaj się panie, dopilnuje aby księżniczka była bezpieczna- powiedział strażnik. Jak miło, Arthur ma jechać ze mną, będzie ciekawie. Wyszłam z niewielkim bagażem w którym miałam zapasowe ubrania, złoto i pożywienie na czas wyprawy. W wygodnych ale jednak królewskich ubraniach, które zwykle ubierałam na długie walki (patrz zdjęcie w formularzu) wyszłam ze swoim opiekunem do przygotowanych dla nas koni, przewodnik do Merkez miał czekać w bramie zamkowej z własnych powodów. Strażnik zamierzał pomóc mi z ułożeniem rzeczy i wejściu na wierzchowca ale zganiłam go chichotem.
-Arthurze, nie wygłupiaj się.
-Ale księżniczko...
-Żadnych ale mój drogi- ucięłam mu wywody. Ochoczo wskoczyłam na swojego konia.- Ruszajmy do bram.
Zgodnie z umówionym planem, na widoku stał skromnie i schudnie ubrany mężczyzna, nie powiem, bardzo atrakcyjny. Strażnik wyrwał się do przodu w celu sprawdzenia dla wszelkiej pewności czy nie stanowi zagrożenia. W duchu się roześmiałam na ten widok. Podjechałam spokojnie do nich.
-Arthurze, czy wszystko w porządku?- Zapytałam z pełna ogładą w stosunku do moich towarzyszy. Ukłonił się. Podczas tego z gracją zeszłam z konia.
-Oczywiście. Ten panicz to Lucas, nasz przewodnik. A oto księżniczka Serenity- dokonał przedstawienia. Dygnęłam podczas jego ukłonu.
<Lucas?>
Tymczasem obecna para dziedziców tronu aktualnie z wdzięcznymi uśmiechami znowu doprowadziła do ruiny arenę będącą do wyłącznego użytku rodu królewskiego. Ten urodziwy młodzieniec o rudo-miedzowych kosmykach włosów to książę Eres, starszy z bliźniąt a co z tym idzie obecny spadkobierca w kolejności wieku. Natomiast rudowłose dziewczę u jego boku to młodsza siostra bliźniaczka, księżniczka Serenity. Lubią, wręcz przepadają spędzać ze sobą czas dlatego korzystają z ostatnich chwil, ponieważ następnego dnia księżniczka ma odbyć podróż do Merkez w istotnych sprawach.
Zostało to zresztą postanowione dosyć dawno przez obecnie panującą parę królewską, którzy mieli tylko problem kogo z dziedziców wysłać. Król Aaron jest pochłonięty wizją swojego panowania, dlatego niechętnie obraduje ze swymi dziećmi podczas gdy jego żona, królowa Florie nie wtrąca się w sprawność, interweniuje w drastycznych momentach. Kiedy król usiadł na tronie podczas audiencji z bliźniętami i doradcami, rozpoczął przemowę, swoją drogą krótką.
-Jak wszyscy wiemy, w niedalekim czasie trzeba udać się do Merkez w celu załatwienia ważnych spraw. Słucham waszych propozycji kto ma ruszyć i z iloma ludźmi.
-Dylemat poległa głównie na tym, które z nas ma jechać- zauważył Eres wymieniając się ze mną spojrzeniami.
-Pozostaje też kwestia oddziałów w celu chronienia- dodał straszy doradca.
-To nie będzie konieczne, wywoła się tym tylko niepotrzebne zamieszanie- powiedziała rudowłosa panienka z lekkim uśmiechem, chociaż jej ton był lekko oschły.- Książę jest starszy i sensowniej jest abym to ja ruszyła.
-Masz rację, którą niechętnie przyznaje- odparł jej brat.
-A ile ludu ma z księżniczką podróżować? Wszak to obyczaje- zwrócił się do króla kolejny doradca, jednak ucichł na widok spojrzenia od Eresa.
-Dwóch maksymalnie- odparł książę.- Pamiętajmy, że to ona jest z nas najsilniejszym wojownikiem.
-Nie przeceniaj waszych zdolności, synu. Jak uważasz córko?- Zapytał mało zainteresowany tą całą rozmową. Reszta ludzi wyszła i tak tylko ich trójka została. Ogłada została odstawiona na bok, Eres niedbale oparł się o bliski mu filar a Serenity wzruszyła ramionami wygodnie stając i podpierając się ręką o biodro.
-Człowiek od nas i z Merkez dla świętego spokoju. Poradzę sobie- odparłam. Westchnął i zapatrzył się w okno.
-Niech tak będzie. Przekażcie to doradcom- powiedział zamykając temat rozmowy. Widać, że jego ludzie niezbyt ochoczo się pogodzili z tą myślą ale zaraz znikli by wysyłać jakiegoś posła. Wychodząc ku zewnętrznego świata, brat się cicho odezwał.
-Dobrze wiem, że dałabyś sobie z tym rade sama, znasz mapy krajów i bez problemów się przemieszczasz ale wiesz, że ludzie by gadali gdybyś samowolnie wyjechała z kraju.
-Doceniam twe słowa Eresie- kiwnęła głową na znak zrozumienia nie spuszczając wzroku z trasy.- Ale jesteśmy z królewskiego rodu i trzeba pamiętać o pewnych rzeczach.
-Jakbym nie wiedział- przewrócił oczyma wyluzowany.- Po prostu uważam, że nie musiałabyś mieć ochronę, skoro i tak cały kraj się nas boją, a zwłaszcza ciebie. Inne kraje też zdają sobie sprawę, że nie jesteśmy dwornymi pudelkami. Bardziej bestiami.
-Kolejny punkt za skojarzenie- mruknęła rozbawiona.- Chodźmy poćwiczyć.
***
Umówiony dzień nadszedł i podczas wymiany ostatnich uścisków spakowana słyszałam jak ojciec władczo przemawiał do mojego towarzysza pełniącego ochronę. Tyle już żyję, że wiem o tym kiedy udaje zainteresowanie, jak teraz.
-Powierzam wam klejnot Khayr'u. Miejcie na uwadze, że cokolwiek się stanie następcy, potraktuje to jako osobistą zniewagę i atak na nasz kraj.
-Nie obawiaj się panie, dopilnuje aby księżniczka była bezpieczna- powiedział strażnik. Jak miło, Arthur ma jechać ze mną, będzie ciekawie. Wyszłam z niewielkim bagażem w którym miałam zapasowe ubrania, złoto i pożywienie na czas wyprawy. W wygodnych ale jednak królewskich ubraniach, które zwykle ubierałam na długie walki (patrz zdjęcie w formularzu) wyszłam ze swoim opiekunem do przygotowanych dla nas koni, przewodnik do Merkez miał czekać w bramie zamkowej z własnych powodów. Strażnik zamierzał pomóc mi z ułożeniem rzeczy i wejściu na wierzchowca ale zganiłam go chichotem.
-Arthurze, nie wygłupiaj się.
-Ale księżniczko...
-Żadnych ale mój drogi- ucięłam mu wywody. Ochoczo wskoczyłam na swojego konia.- Ruszajmy do bram.
Zgodnie z umówionym planem, na widoku stał skromnie i schudnie ubrany mężczyzna, nie powiem, bardzo atrakcyjny. Strażnik wyrwał się do przodu w celu sprawdzenia dla wszelkiej pewności czy nie stanowi zagrożenia. W duchu się roześmiałam na ten widok. Podjechałam spokojnie do nich.
-Arthurze, czy wszystko w porządku?- Zapytałam z pełna ogładą w stosunku do moich towarzyszy. Ukłonił się. Podczas tego z gracją zeszłam z konia.
-Oczywiście. Ten panicz to Lucas, nasz przewodnik. A oto księżniczka Serenity- dokonał przedstawienia. Dygnęłam podczas jego ukłonu.
<Lucas?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)