Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coco Chanel z bazyliszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coco Chanel z bazyliszka. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2019

Od Regulusa do Nuvena

Zerwałem się z łóżka jeszcze przed świtem. Czym prędzej dotarłem do drugiej ściany przy wejściu do mojej groty, nie zważając na rozrzucane przeze mnie futra. Z prędkością światła posprzątałem bałagan tam panujący i oparłem płótno o kamienną ścianę. To właśnie w tym miejscu zwykłem malować swoje obrazy.
Światło leniwie wschodzącego słońca padło na bladą powierzchnię i zaczęło rozlewać po niej złotą farbę. Chwyciłem drewnianą miskę i wrzuciłem do niej popiół uzyskany z ogniska rozpalonego zeszłej nocy. Następnie dodałem do niego nieco wody i zmieszałem wszystko razem cienkim, krótkim patykiem, który to jako pierwszy wpadł mi w ręce. Od dłuższego czasu czekałem na natchnienie. Choćby najmniejsze. Jakiekolwiek. I tego właśnie dnia, mój długo wyczekiwany gość przyszedł do mnie.
Sprawnymi ruchami ręki zacząłem nanosić na płótno obraz, który powstawał w mojej głowie.
Kiedy kontury były gotowe, zrobiłem kilka kroków w tył i spojrzałem z niewielkiej odległości na zaczęte dzieło. W pamięci zapisywałem listę składników, potrzebnych mi do wykonania farb. Parę z nich już posiadałem, ale znaczna część musiała być świeża.
Bez dłuższego namysłu zmyłem z rąk czarne plamy, by następnie móc zdjąć białą, nieco za dużą koszulę nocną. Szybko przebrałem się w wyjściowe ubrania i chwyciłem skórzaną torbę, do której to zbierałem składniki. Następnie zgarnąłem kilka drewnianych figurek do lnianego worka. Miałem cichą nadzieję, że tym razem, dzięki pokryciu ich farbą, uda mi się zwiększyć popyt. W końcu nie wszystkie barwniki mogłem zdobyć całkowicie za darmo.
Gotowy do wyjścia, opuściłem mój dom, ostrożnie stąpając po stromych zboczach gór. Po tylu latach zdążyłem już przyzwyczaić się do warunków, na które byłem skazany. Nie mogłem przecież zamieszkać wśród ludzi. Jestem dla nich zbyt niebezpieczny i dlatego muszę żyć jak najdalej od nich. Trudna droga i zdradzieckie skały skutecznie zniechęcały ciekawskich do dalszych poszukiwań niezapomnianych wrażeń.
W pewnym momencie zmieniłem się w hybrydę, nazywaną bazyliszkiem, by móc pokonać ogromną szczelinę. Mógłbym oczywiście ją obejść, ale znacznie wydłużyłoby to moją drogę na targ, gdzie miejsca na stragany były ograniczone. Liczyła się każda sekunda. Nie raz mi jej zabrakło i patrzyłem, jak ktoś zgarnia ostatnie miejsce tuż przed moim nosem. Nawet, jeśli jesteś niepełnosprawny, to nie ma najmniejszego znaczenia. Każdy chce zarobić na chleb i nikt ci nie ustąpi.

***

Zeskoczyłem z ostatniego kamienia na gęstą trawę już pod ludzką postacią. Zamknąłem oczy i rozłożyłem ręce, po czym wypełniłem płuca zapachem wszechobecnych sosen. Na swojej twarzy poczułem ciepłe promienie. Uchyliłem powieki i spojrzałem na rozlewające się po moim ciele światło. Schodziło ono coraz niżej i zajmowało coraz większą część mnie.
Kiedy już całkowicie byłem nim pokryty, blask zaczął rozlewać się po łące, nadając szaremu porankowi kolorów. Uwielbiam tą porę dnia. Czas, kiedy coś, co z początku wygląda smutno i tajemniczo nabiera barw, zmieniając się w coś wspaniałego. Takiej zmiany pragnę.

***

Wciąż było wcześnie, gdy dotarłem do miasta. Jego kamiennymi uliczkami przechadzali się głównie kupcy i ranne ptaszki, które specjalnie wstawały przed innymi mieszkańcami, by móc w spokoju dokonać zakupów i zdobyć przedmioty, które pojawiają się nagle i równie szybko znikają z rynku.
Postanowiłem rozstawić swój skromny stragan obok innego, należącego do blond mężczyzny, sprzedającego kamienie szlachetne. Dzięki temu byłem blisko zajętego przeze mnie miejsca i mogłem wybrać kilka klejnotów do wyrobu farb. Przejrzałem wszystkie z nich, by na koniec wybrać kilka tańszych, niebieskich kamieni. Zapłaciłem i schowałem je do swojej torby, po czym wróciłem na swoje miejsce.

***

Ku mojemu zdziwieniu kolorowe figurki cieszyły się znacznie większym zainteresowaniem niż te pozbawione barwnej warstwy. Muszę częściej robić takie eksperymenty.
Z zadowoleniem schowałem do worka kilka pozostałych prac. Poprzednio było ich znacznie więcej. Z uśmiechem schowałem wypełnioną monetami sakiewkę do torby, zebrałem swoje rzeczy i ruszyłem spacerem ulicą.
Zatrzymałem się przed karczmą. Piękny zapach z niej ulatujący obudził mój żołądek. Przez chwilę wahałem się, lecz długo tłumiony głód zwyciężył. Niepewnie wszedłem do środka. Od razu rozejrzałem się po pomieszczeniu. Kamienne ściany zdobiły hafty, zawieszone na drewnianych belkach. Podłoga wykonana z tego samego tworzywa cicho skrzypiała pod moimi stopami. Zobaczywszy karczmarza, przyglądającego mi się zza lady, skierowałem się w jego stronę. Był to czarnowłosy mężczyzna sporych rozmiarów. Gęsta broda zasłaniała połowę jego okrągłej twarzy, a krzaczaste brwi prawie wchodziły mu do małych oczu. Wyglądał na groźnego osobnika. Z tego względu zamówiłem ciepły posiłek i zająłem miejsce przy stoliku na uboczu.
Czekając na jedzenie, zacząłem przyglądać się pozostałym klientom karczmy, ulokowanym na drugiej połowie lokalu. Nie znałem nikogo z obecnych, ale potrzebowałem jakiegoś zajęcia. Musiałem skupić się na czymś innym, by choć trochę zmniejszyć uczucie ssania w żołądku.
Wśród zebranych dostrzegłem kilku karłów, olbrzyma i osobnika, którego rasy nie byłem w stanie określić. Prawdopodobnie nigdy nie miałem z nią styczności. Tym, co rzucało się w oczy i wyróżniało młodzieńca były szpiczaste uszy. Widząc, że nieznajomy odwraca głowę w moją stronę, szybko odwróciłem wzrok, zapomniawszy, że cały czas mam opaskę na oczach i nikt pewnie nie wie, że naprawdę nie jestem niewidomy.

< Nuven? >

czwartek, 30 maja 2019

Od Nuvena do Regulusa

Mąciłem niespiesznie końcówką długiego kija taflę jeziora sprawiając, że pojawiały się na nim okręgi rozchodzące się we wszystkie strony. Panująca cisza była czymś normalnym, ale ta miała w sobie coś niepokojącego. Z drugiej strony jeziora przepływał niewielki transportowiec wiozący leki do Aranay'i. Obróciłem się przez lewe ramię i spojrzałem na bosmana, wielkiego człowieka o sile piętnastu krasnoludów. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, a na twarzy człowieka zagościł szeroki uśmiech odsłaniający liczne braki w uzębieniu.
- Jak tam woda Nuvik? - zagaił drapiąc się po pośladku - Jeszcze cię nie zemdliło?
- Już dawno mówiłem ci Lirlem, że nie ma opcji, żebym zachorował na chorobę morską - zaśmiałem się - Z resztą na czym? Na tej gładkiej jak pupcia nimfki tafli? Przypominam ci, że większość życia spędziłem na morzu.
- Morzu, morzu - pokiwał głową - i uważasz, że to morskie fale powodują chorobę morską?
- Nazywa się morska, więc raczej tak - odpowiedziałem szykując się na kolejne mądrości życiowe bosmana - to monotonne kołysanie wywołuje mdłości.
- I tu się mylisz młodziaku - zacmokał - Zowią się morskie, fakt, aczkolwiek to nie fale wywołują mdłości, o nie nie. To ten ciągły monotonny widok. Brak jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla wzroku. To te wszystkie refleksy słońca odbijające się niebieskiej toni. I ostatecznie szalę przechyla jedzenie, które do urozmaiconego nie należy. Słyszałeś, co to szkorbut?
- Nawet widziałem - mruknąłem ponownie wbijając wzrok w taflę wody i zanurzając w niej kija
- Trudno żebyś nie widział - zaśmiał się - nawet mnie cholerstwo dopadło! Tutaj na naszych niemorskich wodach!
- Trzeba jeść więcej owoców bosmanie.
- Owoce! Ha! Tu nie o owoce chodzi, a właśnie o wodę. To ona wszystko z ciebie wypłukuje, i nie tylko z ciała, z umysłu też. Zobacz sam ilu po powrocie z długich morskich wypraw bredzi trzy po trzy.
Przemilczałem tę wypowiedź. Sam Lirlem bez przerwy bredził o różnych rzeczach, nawet w trakcie snu nie dawał spokoju i gadał jak najęty.
- Za ile wyciągamy sieci? - zmieniłem temat
- Co tak się spieszysz? Dajmy rybciom jeszcze ponapływać do środka. Z resztą, czekamy jeszcze, aż dobije do nas Dwesim.
- Dwesim? - obróciłem się, żeby widzieć twarz bosmana - A ten pryk, czego chce?
- Mnie nie pytaj - splunął za krawędź - Dostałem zlecenie odebrania od niego jakiegoś ważnego typa i przesyłki. Jeszcze czego! Będą robić z kutra jakiś transportowiec. Mało ich tutaj? Pływają tylko i ryby straszą.
- Aż tak ważny jest, że nie może zwykłym transportowcem płynąć? - uniosłem brew
- Ponoć jakiś wysłannik, czy inny przydupas kur jego zapiał. Nie mieszam się w ich sprawy.
,,Ich''. Wiedziałem, że mówiąc to miał na myśli, głównego szefa poławialni. Ciekawe co szykują się za akcje w Nehir.
- Młody - rzucił nagle bosman - pamiętaj, żebyś nie wtryniał nosa w nie swoje sprawy. Pozostań niewinnym dzieciakiem jak najdłużej.
- Tak jest! - zaśmiałem się kręcąc głową. Oj gdyby on znał prawdę...
_______________

Kuter o połowę większy od tego na którym się znajdowałem zbliżał się do nas niespiesznie. Bosman Lirlem stanął przy trapie i spluwał, co chwilę do wody. Przypatrywałem się pokładowi łajby Dwesima wyszukując tego specjalnego gościa, ale jedyne co dostrzegłem, to jakiegoś młodego osobnika czyszczącego pokład. Gdy kuter znalazł się wystarczająco blisko, osobnik wyrzucił kotwicę.
- Stary pierdziel - mruknął bosman nawet nie starając się ściszyć głosu
- Mi również nie miło ciebie widzieć - powiedział Dwesim wychodząc z kajuty - ale robota to robota.
Zza jego pleców wyłonił się niewielkich rozmiarów, hmm... to raczej złe określenie, niewielkiej postury? To by było dosyć krzywdzące, dla co poniektórych. Ten osobnik był krasnoludem. Jak na krasnoluda przystało był niski, i dosyć korpulentny. Ledwo mieścił się w drzwiach i wychodząc musiał się odepchnąć od framugi. Krasnolud jak na krasnoluda był wyjątkowo zadbany. Nie miał długiej brody, był krótko przystrzyżony. Można by powiedzieć, że wyglądał jak jakiś rycerz. Można by, gdyby nie miał ciała krasnoluda. I nagle się odezwał, a głos jego ostatecznie utwierdził mnie w tym, że to krasnolud. ,,Czy ty musisz powtarzać w głowie tyle razy krasnolud? Aż mi się niedobrze od tego robi...''. Drogi Renisie, to pewnie choroba morska spowodowana monotonią. Nie słuchałeś bosmana?
- Ty gruby - powiedział krasnolud - To na pewno jest Nehir i ten kocmołuch nie wyprowadził mnie w pole?
- Ten kocmołuch wyjątkowo dobrze wywiązał się ze swojego zadania - uśmiechnął się bosman. Znałem go już tak długo, że wiedziałem iż określenie ,,kocmołuch'' o Dwesimie wprawi go w radosny humor do końca dnia.
- A ty jesteś Lirlem pustogłowy?
- Pustogłowy to jest ten dekiel Dwesim - warknął - Lirlem jestem i tylko Lirlem.
- Spuszczaj trap, teraz z wami kontynuuję podróż - krasnolud nie czekając na odpowiedź zbliżył się do krawędzi. Złapałem linę rzuconą przez chłopaka z drugiego kutra i przymocowałem do haka. Trap opadł z głuchym walnięciem, a po chwili tuż obok mnie stanął nowy pasażer. Odwiązałem linę i odrzuciłem.
- Dziurawego kadłuba - rzucił bosman idąc w głąb kutra
- Uważaj, żeby pijawki cię nie zeżarły!
- Teraz mamy się udać do gospody ,,pod obślizgłym śledziem'' - powiedział krasnolud - Ponoć spotkam tam niejakiego typa do zadań specjalnych.
Obróciłem ucho w jego stronę, aby lepiej słyszeć rozmowę.
- Nie bywam w takich miejscach - powiedział bosman - Nuv, ale ty tam lubisz przesiadywać, nie znasz kogoś takiego?
- Nie słyszałem, ale tam przewija się wielu typów, więc pewnie i jakiś od zadań specjalnych się znajdzie.
Przycupnąłem opierając się plecami o słup i wbiłem wzrok w krasnoluda. Więc ten specjalny pasażer szuka mnie.
________________

Dobijając do brzegu i odstawiając krasnoluda poinformowałem Lirlema, że nie dokończę z nim dzisiejszego połowu. Bosman nie wyglądał na najszczęśliwszego, ale jak zawsze trochę pomarudził, a potem puścił mnie bez słowa. Idąc skrótem wszedłem do gospody kilka minut przed krasnoludem. Czekałem, aż tylko uda się do barmana i zapyta o mnie. Nie musiałem długo siedzieć. Po chwili usiadł naprzeciwko mnie.
- Godzinę temu nic nie wiedziałeś o typie do zadań specjalnych - powiedział
- Czy twoim zdaniem ktoś o takiej specjalizacji pokazuje się na prawo i lewo? - uniosłem brew krzyżując ramiona - Kogoś trzeba zabić? Coś ukraść?
- Złapać i przyprowadzić żywcem.
- To będzie drogo kosztować - mruknąłem - Więcej szczegółów
Krasnolud zaczął grzebać w sakwie przyczepionej do pasa. Po chwili z niemałym trudem wyciągnął palcami rulonik związany skórzanym rzemykiem. Postawił go na stole i przesunął w moją stronę. Wziąłem go jedną ręką, a drugą odwiązałem zabezpieczenie. Rozwijając papier ujrzałem wielkie koślawe litery układające się w słowo BAZYLISZEK. Zmarszczyłem brwi, przywracając papierowi pierwotny kształt i chowając do kamizelki.
- Koszt będzie olbrzymi - powiedziałem - tym bardziej, że może to potrwać całe moje życie. Ponoć te stworzenia od dawien dawna przestały istnieć.
- Mamy trop świadczący o tym, że jeden z nich zamieszkuje góry Anthrakas - krasnolud ściszył głos - cena nie gra roli. Potrzebujemy go, żywego. Za rok, czy za sto, to też nie ma znaczenia. Ma zostać schwytany.
- Najpierw zaliczka - powiedziałem
- Czy tyle - krasnolud rzucił w moją stronę mały juchtowy woreczek - na razie wystarczy?
Otworzyłem go i moim oczom ukazały się przeróżne diamenty i rubiny.
- Myślę, że tak - powiedziałem chowając go w kieszeni - Opowiedz mi więcej o tych górach zanim wyruszę.

<Regulus?>