Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złodziejka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złodziejka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2019

Od Carreou do Lotte

Pchnięte prawie z całej siły ciężkie drzwi do głównej sali Podniebnego Pałacu uderzyły z hukiem o ściany, wprawiając wiszące na nich gobeliny oraz obrazy w niepokojące drżenie. Carreou wkroczył do środka, wyprostowany i pewny siebie, poruszając zmęczonymi po długiej podróży skrzydłami niczym żaglami na wietrze. Stukot cholewek jego wysokich butów niósł się echem po pomieszczeniu, jedynie w minimalistyczny sposób urządzonym, zapewne tylko po to, aby cieszyć wyniosłe oczy Metatrona. Ten natomiast siedział dumnie na tronie, podpierając głowę o opartą na podłokietniku rękę. Z racji swych rozmiarów, zmuszony był zsunąć się nieznacznie, jednak nadal wyglądał tak samo dumnie i władczo jak zazwyczaj. Słysząc kroki swego podopiecznego, archanioł podniósł blade powieki, a srebrne źrenice zwężyły się, przez co prawie przypominały wąskie kocie szparki. Nie odezwał się jednak ani słowem, obserwując tylko bacznie drobnego blondyna, jaki zatrzymał się u stóp podwyższenia, na jakim stał archanielski tron. Widząc, że Carreou zamiast skłonić się tak, jak Metatron osobiście go nauczył, przeniósł wzrok na butne lico anioła. Sam ten gest powinien przerazić młodzieńca, ale tym razem do niczego takiego nie doszło. Coś więc musiało się stać, a archanioł podejrzewał już, co to było.
— Nie chcę być już twoim podwładnym — oznajmił syn Razjela, prostując się i wypinając drobną klatkę piersiową jakby był co najmniej Dawidem, stojącym nad ciałem pokonanego Goliata —Nie chcę zabijać w twym imieniu, Metatronie. Nie chcę siać chaosu i przerażenia, tylko dlatego, że ktoś nie postępuje zgodnie z przykazaniami — Carreou zamilkł i wbił wyczekujące spojrzenie w Głos Pana. Archanioł powoli podniósł się z tronu, wzdychając cicho, jakby miał do czynienia z nieposłusznym dzieckiem, za jakie swoją drogą blondyna uważał. Prawie od razu splótł dłonie na swym brzuchu, a tren szaty opadł na podłogę wraz z długimi, srebrnymi włosami. W promieniach słońca, wpadających do środka przez smukłe okna, za plecami mężczyzny zamigotał miraż, będący skrzętną iluzją, jaka ukrywała potężne skrzydła Metatrona przed oczyma śmiertelnych.
— Niegodne istoty ponownie namieszały ci w głowie, mój synu — Głos archanioła rozbrzmiał w całej sali i w członkach Carreou, który odruchowo cofnął się, lecz nie zmienił postawy. Wiedział, że to są zwykłe zagrywki, próby, jakim poddaje go nauczyciel, ale mimo to, czuł przed nim swoisty respekt jak każdy anioł.
— Nie, Metatronie. To moja świadoma decyzja. Chcę powrócić do życia między ludźmi i pomagania im. Aniołowie nie powinni czynić zła, a ja to robiłem. W twoim imieniu.
— Usta twe są skalane kłamstwem. Z kim rozmawiałeś? — Mężczyzna stanął przed aniołem, który aby spojrzeć na jego twarz musiał zadrzeć głowę do góry — Z tym człowiekiem od piór? Wiedziałem, że powinienem nakazać ci się go pozbyć, aby nie skażał cię zarazą, jaką nosi na sobie każdy śmiertelnik.
Drobne dłonie potomka Razjela zacisnęły się w pięści. Błękitne oczy zalśniły od łez. Archanioł wiedział, że trafił w czuły punkt, jednak powstrzymał się przed tryumfalnym uśmiechem, czekając na rozwój wydarzeń. Te potoczyły się szybko, gdyż nim się obejrzał, Carreou dobył miecza i wyskoczył w kierunku Metatrona. Mężczyzna z łatwością odsunął się na bok, po czym złapał jasnowłosego za ubrania i poderwał się z nim ku górze. Miraż za jego plecami zniknął, ustępując miejsca czternastu parom szarych skrzydeł, zajmujących całą powierzchnię sali. Młodzieniec rozchylił wbrew sobie usta z niedowierzaniem. Złość z czasem do niego powróciła, przez co zaczął gniewnie miotać się w uścisku "opiekuna".
— Zostaw mnie! Nie chcę być taki jak ty! Nie chcę! 
— Jesteś taki sam jak twój wuj — Spokój na obliczu Głosu Boga został zniszczony przez niesmak, a wręcz obrzydzenie — Jak Lucyfer. Też uciekał od obowiązków anioła. Chciał być wolny. Chciał mieć wolną wolę. Wiesz, do czego to doprowadziło, Carreou? Do śmierci twojego ojca, a także do powstania tych parszywych demonów, które sprowadzają na złą drogę bożą trzodę.
Na wspomnienie Razjela blondyn znieruchomiał i zamilkł, wpatrując się jedynie w Metatrona, oczekując od niego rozwinięcia tej myśli.
— Bezcześcisz imię i nazwisko Razjela, Jesteś parodią anioła, zawsze nią byłeś. Próbowałem ci pomóc, dając ci dostęp do prawdziwego ciebie, do czystego niebiańskiego ducha, jakim byliśmy przed upadkiem obyczajów i tą całą wolną wolą. Bowiem wy, podrzędne anioły, nie musicie myśleć sami. To my, archaniołowie za was odpowiadamy. Powinniście się nas słuchać, i...
— Prawdziwy anioł nie zabija niewinnych — szepnął młodzieniec, poruszając delikatnie skrzydłami, aby pozostać w jednej pozycji — Twoja wizja... To nie jest to, czego mnie uczono. To nie jest wizja naszego Pana. To wizja szaleńca, Metatronie. A mój tata — Blondyn opuścił głowę, pozwalając kryształowym łzom spłynąć na dłoń mężczyzny — Byłby ze mnie dumny. Wiem to. Bo zginął w obronie wartości, jaką kultywuję.
— Jesteś głupcem. Carreou. I dobrze o tym wiesz — Włosy nauczyciela uniosły się, gdy podłoga Podniebnego Pałacu zapadła się, odsłaniając bezkresną otchłań z chmur — Twa ignorancja doprowadzi cię do upadku, drugi Lucyferze.
Siwowłosy puścił podopiecznego, który jak gwiazda runął z niebiańskiego firmamentu w dół, ku ziemi w oddali. Dopiero gdy szum wiatru ucichł, opadł on na naprawiającą się podłogę. Nerwowym gestem przesunął luźne kosmyki za zaostrzone uszy, pozwalając sobie na odrzucenie na bok persony nieustępliwego nowego boga, a tym samym przybierając tę bardziej naturalną. Przez długą chwilę mężczyzna wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknął Carreou, po czym, nieco wbrew sobie, ukrył twarz w dłoniach i zacisnął powieki zaszklonych oczu.

***

Od momentu gdy anioł odciął się od toksycznego pobratymca minęło już kilka tygodni, jak nie miesięcy. Carreou trudno było ocenić, czy na pewno czuje się lepiej bez Metatrona i jego specyficznej opieki nad sobą. Tak, mógł podejmować własne decyzje, ale z drugiej strony musiał żyć sam, podróżując od miasta do miasta na swoim krytym wozie, jaki kupił za ciężko zarobione kamyki od jakiegoś handlarza w Merkez. Na samym początku był podekscytowany wizją nowej przygody — sam przeciwko światu, żyjący na niewielkiej przestrzeni, podskakującej przy każdym kroku siwego konia, obozujący pod lasem przy przyjemnym trzasku pomarańczowego ognia. Po pierwszej pobudce z obolałymi plecami zaczął stopniowo pojmować, dlaczego tak wiele osób preferuje pozostawać w gospodach, zamiast na szlaku. Ale cóż, nie miał przecież co ze sobą począć, a gdy jechał prostą drogą, miał sporo czasu na malowanie. Później wystarczyło, że zatrzymał się w jednym z większych miast, gdzie wieści o jego kunszcie już dotarły i trudy podróży były wynagradzane przyjemnie ciężką sakiewką oraz długą wizytą w łaźni. Obawiał się tylko zimy, ale gdy ta nadeszła okazało się, że skrzydła stanowią wręcz doskonałe źródło ciepła, a w dodatku mogły służyć zarówno za łóżko, jak i pierzynę w jednym.
Najbardziej dokuczała mu monotonia. Ile można było patrzeć na prawie identyczne pola, wzgórza, lasy, wioski? Można powiedzieć, że tylko malarstwo dawało mu możliwość odpoczynku od irytującej normalności, gdyż umożliwiało aniołowi ucieczkę do krain w jego umyśle, gdzie wszystko było różne, a za razem piękne i doskonale ze sobą współpracowało. Aż pewnego dnia, gdy szykował się do odjazdu w miejskiej stajni, usłyszał cichy gwizd, dobiegający zza jego pleców. Carreou przerwał zaplatanie ogona Rutena, który parskał nerwowo z powodu nieprzyjemnego zapachu, dobiegającego od strony palącego tabakę stajennego. Przy wozie anioła, gdzie suszył się akurat nowy obraz, stał nieznany mu jegomość, wyglądający jakby urwał się z jednego z obwoźnych cyrków. Młodzieniec poklepał ogiera po umięśnionej łopatce, po czym wyszedł z boksu i splótł ręce na piersi. Gdy stanął przy mężczyźnie, chrząknął, aby zwrócić na niego swą uwagę.
— Czy mogę w czymś pomóc? — spytał ostrożnie, acz elegancko anioł, obserwując potencjalnego kupca. Ten zerknął pobieżnie na artystę, a następnie skinął głową na obrazy.
— Ładne rysunki — stwierdził. Carreou skrzywił się nieznacznie.
— One są malowane farbami, nie rysowane..
— Dobra, dobra. Powiedz mi paniczku, ile byś pan wziął za namalowanie czegoś dla mnie i moich towarzyszy? Taki plakat najlepiej, o! Mamy trochę kamyków, chętnie zapłacimy za fatygę, paniczku.
— Niech mnie pan tak nie nazywa — przerwał spokojnie blondyn, po czym uśmiechnął się szeroko — Z wielką chęcią zobaczę, co się da zrobić. Opuszczam miasto jutro rano, kiedy więc mogę się spotkać z pana przyjaciółmi?
— W karczmie przy rynku, wie paniczek, gdzie to? No, to tam, tam o. Dziś wieczorem, jak zajdzie słońce — Mężczyzna spojrzał na niebo i pokiwał głową — Jak zajdzie słońce, tak.
— Doskonale — Carreou skinął głową i ukłonił się nieznacznie — Będzie to dla mnie przyjemność.

Gdy nastał wieczór, anioł zarzucił na ramię torbę ze szkicownikiem i małym pudełkiem z węglem, a następnie przy pomocy porad mieszkańców miasta skierował się do gospody, jaką opisał kuglarz. Nie lubił przebywać tam o takich porach, gdyż gdy tylko przekroczył próg w nos uderzyła go woń alkoholu. Anioł przysłonił nos skrawkiem kwiecistego materiału na szyi, jaki współgrał z biało - złotą szatą, uszytą na zamówienie przez znanego krawca z Leoatle, po czym rozejrzał się po wnętrzu. Wyglądając jak eteryczna wręcz istota nie pasował zupełnie do zbieraniny ludzi w karczmie, ale ku jego szczęściu, sprawa wyglądała podobnie z grupą artystów. Znieruchomiał jednak w połowie kroku, gdy ujrzał pomiędzy nimi, stłoczonymi przy jednym stoliku, znaną twarz.
— O-Oh.. Lotte..?

Lotte?

piątek, 15 lutego 2019

Od Lotte do Carreou

Dziewczyna nic z tego nie zrozumiała. Była przerażona. Czyżby od teraz miała być zbiegiem, aż bogowie odbiorą jej dech? Czy nie odnajdzie nigdzie spokoju? Rodziny? Biegnąc potknęła się o kamień i przewróciła. Upadek zabolał i nie mal od razu poczuła szczypanie na otartych kolanach. Nagle wszyscy ludzie zdawali się mieć oczy tego czegoś. Zdawali się wpatrywać w nią uporczywie, jakby próbowali ocenić jak bardzo zasługiwała na życie czy, o zgrozo, jak bardzo dobrą rzeczą byłaby jej rychła śmierć. Zerwała się i mimo bólu pomknęła aż do szałasu. I tak robiło się zbyt zimno na mieszkanie w nim. Spakowała trochę najpotrzebniejszych rzeczy. Nie wiedziała jak ten człowiek ją odnajdzie. Od teraz musiała uważać. Zaplanować każdy krok, a przede wszystkim wymyślić jak najszybciej uciec z Merkez. Spięła włosy i zarzuciła na siebie płaszcz, kryjąc twarz pod kapturem. Słońce rzucało refleksy, zalewając las bursztynowym blaskiem. Wiatr niósł chłodne pocałunki. Jednak Lotte i bez tego było zimno. Trzęsła się wręcz ze strachu. Ruszyła biegiem. Dobry, stary sposób poruszania się, wrócił jej odrobinę spokoju. Był jednak zbyt wolny, aby odjeść daleko. Gdy wybiegła z lasu prawie wpadła pod kopyta barwnej kawalkady.
- Prr- zawołał młodzian w barwnej etoli. - Spokojnie. Stójcie!
Uniósł dłoń w skórzanej rękawiczce. Po czym spojrzał na dziewczynę. Jego jasne oczy, wyraźnie odcinały się na ciemnej twarzy. Patrzyły bystrym i mądrym wzrokiem, a figlarny uśmiech błąkał się na jego ustach.
- Kogo tutaj mamy? - zapytał z rozbawieniem. - Też panna opuszcza Merkez przed zimą?
Cofnęła się kilka kroków. Nie ufała temu człowiekowi. Chłopak roześmiał się perliście widząc jej reakcję. Zeskoczył z konia i podszedł do niej. Lotte dobyła sztyletu. Wywołało to szmer wśród jego towarzyszy. Jednak znów uniesiona dłoń uspokoiła ich.
- Spokojnie madame. Nie skrzywdzimy cię. Jesteśmy bandą kuglarzy i poetów,  która podróżuje na południe, aby tam przeczekać mroźne miesiące.
- Muszę ruszać w dalszą drogę. - mruknęła próbując przejść obok mężczyzny.
- Poczekaj. Może wyruszysz z nami? Na pieszo nie dojdziesz zbyt daleko. Oczywiście nie ma nic za darmo.
- Nie mam pieniędzy. Muszę na prawdę ruszać. - naciągnęła mocniej kaptur na głowę.
- Oh nie to miałem na myśli! Potrafi panienka coś? Żeby pokazywać ludziom? Lub coś co może przydać się naszej społeczności?
- Ma pan na myśli żonglowanie? Znam się też trochę na zielarstwie.
- Świetnie! Dalejże Sophie! Dajcie naszej przyjaciółce konia!
Młoda dziewczyna o niesamowicie kręconych włosach podeszła do nich i wręczyła Lotte lejce karego rumaka.
- Nazywa się Meri. I nie kieruj nim bo sam doskonale wie gdzie ma iść.- warknęła.
- Sophie, bądź uprzejma dla naszego gościa. - mruknął chłopak.
Dziewczyna tylko prychnęła w odpowiedzi i zniknęła wśród ludzi wokół. Młodzian jedynie się roześmiał.
- Wybacz jej. Nazywam Baelarbert. Ale mów mi Bael lub ewentualnie Albert. A zdradzisz mi swoje imię?
- Nazywam się Lotte. I to się raczej nie zdrabnia.
- Wonderful! - zakrzyknął. - Hajże na koń! Ruszamy!
Lotte bez problemu dosiadła wierzchowca i od razu zrozumiała co Sophie miała na myśli. Meri dokładnie wiedział, gdzie ma iść. Obejrzała się raz jeszcze za siebie. Wy myślach przywołała obraz blizn Carreou. Któż cię tak skrzywdził? Czyżby ten, który każe ci teraz robić te okrutne rzeczy. Mocniej ścisnęła lejce rumaka.
- Wszystko w porządku? - Spytał Bael. - Wydajesz się nieobecna myślami.
- Powiedz mi Albercie... - zaczęła.
Poczekała aż mężczyzna utkwi w niej spojrzenie szarych jak chmury oczu.
- Słucham cię siostro.
- Czy... - zaczęła niepewnie.
- Tak?
Jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na lejcach, aż pobielały jej kłykcie. Rozluźniła uścisk dopiero, gdy Bael położył jej dłoń na jej dłoniach.
- Możesz zapytać mnie o wszystko. Nie musisz się obawiać. Jesteś teraz wśród przyjaciół.
- Czy jesteście wierzący?
Zaskoczony chłopak roześmiał się, niepewny czy to żart. Jednak widząc wyraz twarzy dziewczyny sięgnął pod koszulę. Wyciągnął rzeźbiony w kawałku drewna krzyż.
- Każdy z nas taki posiada. Wierzymy, że nasz Bóg uchroni nas przed złymi ludźmi. A uwierz mi do metropolii jaką jest Merkez ściąga ich na prawdę wielu.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Baelu. W Merkez jest ich zbyt wielu. Może nie tylu ile w Khayrze czy Sharze.
Bael milczał dłuższą chwilę, bawiąc się wisiorem. Patrząc na tę dziewczynę zastanawiał co musiała przejść. Nawet słowem nie skomentował widocznych blizn na jej szyi. Panie, zdradź mi co spotkało tę biedną dziewczynę? Czy specjalnie postawiłeś ją na naszej drodze? Przed czym ucieka? Z zamyślenia wyrwała go Sophie.
- Co o niej myślisz Baelu? Mam nieodparte wrażenie, że ściągnie na nas kłopoty. Co jeśli pomagamy zbiec przestępcy? Co jeśli została skazana na śmierć i jakimś cudem uciekła?
- Sophie siostrzyczko, czy pamiętasz co nasz Pan mówił o pomaganiu ludziom w potrzebie?
- A czy ty pamiętasz ilu ludzi straci wszystko, jeżeli cię zabiją?
- Nie obawiam się śmierci. Jeśli jest taka Jego wola...
- Przestań natychmiast! - warknęła Sophie. - Jesteś mi jak ojciec od kiedy jakiś szaleniec zamordował moich bliskich za to, że nie zamierzali się pokłonić jego bogom. Jesteś równie uparty jak oni! Oni też nigdy nie odmawiali pomocy innym i patrz jak skończyli!
- Sophie - zaczął łagodnie.
Jednak dziewczyna go już nie słuchała. Zawróciła i zniknęła wśród barwnej kawalkady. Młody mężczyzna westchnął ciężko. Odgarnął włosy z czoła. Jeśli ktoś wątpił, że nie pamięta tego wydarzenia sprzed prawie dekady to się grubo mylił. Pamiętał wszystko dokładnie sekunda po sekundzie, minuta po minucie, każdy szczegół, gdy został zerwany w środku nocy, wiadomością o pogromie w pobliskim miasteczku. A kiedy przybył na miejsce wśród gruzów i zgliszczy znalazł niewielu ocalałych, w tym Sophie. Wciąż przed oczami miał to małe przerażone i ranne stworzenie. I teraz ten sam obraz przedstawiał mu się w osobie Lotte. Nie wiedział co przeszła. Wiedział jedynie, że musi przy niej być. Ściągnął lejce swojego rumaka i pokierował go w stronę nowej towarzyszki. Położył jej dłoń na ramieniu.
- Słuchaj Lotte, wszystko się ułoży. Nie martw się niczym. Jeśli przed czymś lub kimś uciekasz to ochronimy cię. Tam dokąd zmierzamy nie musisz się niczego bać. - Objął ją i przytulił.
Odepchnęła go mocno, tak że zachwiał się w siodle.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła.
Zapomniała, że nie włożyła stóp w strzemiona. Zwaliła się ciężko na ziemię, wzbijając tumany kurzu. Wśród ludzi rozległ się szmer i wszyscy się zatrzymali. Baelalbert zeskoczył ze swojego wierzchowca.
- Nic ci się nie stało? - spytał patrząc na nią zatroskanym wzrokiem.
- Wszystko w porządku. - mruknęła naciągając kaptur głębiej na oczy. - Nic mi nie jest. Po prostu mnie nie dotykaj, ani teraz, ani nigdy więcej.
- Nie wiem co ci się przytrafiło. Jednak musisz wiedzieć, że już po wszystkim. Jesteśmy tutaj dla ciebie - Mówiąc to zdjął z szyi swój medalion. - Chcę, abyś go wzięła. Nie zależnie od tego w co wierzysz. Nie musisz nawet go zakładać.
Dziewczyna wyciągnęła dłoń. Jednak zatrzymała ją w połowie drogi. Pokręciła przecząco głową.
- Nie mogę go przyjąć. Nie jestem jedną z was.
- Weź go. Będzie cię chronił.
- Wątpię, by drewniany krzyż mógł ochronić mnie... - zaczęła.
Przyjęła jednak podarek. Zanim jednak schowała go do torby, zdecydowała się zawiesić go na szyi. Z trudem uśmiechnęła się do tego dobrego człowieka. Miała nadzieję, że ten potwór, który ją ściga nie zrobi krzywdy nikomu z tych szlachetnych ludzi.
- Od razu lepiej prawda? - rzekł. - Dobrze, pora ruszać. Chciałbym zatrzymać się na popas na równinie.
I wyruszyli w drogę. Wszyscy zachowali takt i nikt nie zadawał jej niewygodnych pytań.

<Carreou?>

piątek, 14 grudnia 2018

Od Carreou do Lotte

Nie sądziłem, że to stanie się tak szybko. Od ostatniego “przebudzenia”, jak to nazywałem chwile, w których udawało mi się pokonać te wszystkie złe, obce myśli i odzyskać ponownie jasność umysłu, minęły prawie dwa dni. Szczerze mówiąc, nie zorientowałem się nawet, gdy po opadnięciu na kolana przed krzyżem ten drugi Carreou zaczął się modlić, a ja mogłem już swobodnie kontrolować ciało. Przyjemne fale radości ogarnęły mnie całego, przez co z trudem dokończyłem modlitwę. Do tego, kiedy drzwi się otworzyły, a ta dziewczyna, której osoba zaprzątała me myśli od naszego ostatniego spotkania, stanęła w progu, w przypływie ekscytacji podniosłem się z brudnej podłogi gospody, a następnie podbiegłem do niej, kładąc później ręce na jej ramionach. Drugi ja na ten widok wyraźnie oburzył się, więc musiałem się skupić na tym, co miałem do powiedzenia. Musiałem pomóc Lotte, musiałem jej powiedzieć, aby uciekła, nim to, co podaje się za mnie, zrobi jej krzywdę. Bo wiedziałem, że te całe gadanie o odkupieniu to kłamstwo. Gniew Boży nigdy nie odpuszcza. A do tego, nauczył się, że może naginać prawdę, jeśli sytuacja tego wymaga.
— Przybyłaś — szepnąłem nieco drżącym głosem, próbując opanować go na tyle, ile byłem w stanie — Przybyłaś, Lotte. Tak? Powiedz, że tak.
Dopowiedziałem ostatnie słowa, bowiem sam czasami nie byłem pewny, czy to, co widzę przed swymi oczyma to prawda, czy fikcja. Coraz częściej przeszłość i teraźniejszość mieszała się w jedno, a kiedy dodatkowo do tego dochodziły nawiedzające mnie sny, odróżnienie poszczególnych elementów stawało się niewiarygodnie trudnym zadaniem.
Elfka odwróciła głowę w moją stronę. Jej wzrok błądził po pomieszczeniu, chociaż i tak co jakiś czas powracał do mej osoby. Nie dziwiłem się dziewczynie. W końcu, zaledwie kilka godzin temu chciałem ją zabić. Na jej miejscu, również bym sobie nie ufał. Ale nie miałem czasu. Czułem podświadomie, że nie wytrzymam za długo w mentalnej wojnie między mną a drugim aniołem, przez co zaczął ogarniać mnie stres.
— Tak, Panie. Zgodnie z twoją prośbą — Słowa złodziejki sprawiły, że przez głowę przebiegła mi myśl, iż Carreou coś musiał jej zrobić. Sposób, w jaki mówiła, przywodził mi na myśl ten służących, którzy w obawie przed gniewem swego pana postanawiają opuścić posłusznie głowę i po prostu zachowywać się jak najbardziej uniżenie są w stanie. To zabolało mnie w głębi serca.
— Nic ci nie jest? Czy wszystko w porządku? — Zacząłem oglądać elfkę ze wszystkich stron, aby poszukać jakiś ran czy innych śladów po możliwych, niedawnych obrażeniach. Ta jednak cofnęła się, spojrzała na mnie wzrokiem wypełnionym nieufnością, po czym oparła rękę o ścianę i zadrżała nieznacznie.
— Wszystko w porządku — odparła — Czy mam coś jeszcze do zrobienia?
W wyuczonym geście podniosłem ręce, aby pokazać, że nie mam przy sobie broni. Nie wiedziałem, w jakim stopniu to przekona Lotte, aby mi zaufała, chociaż na chwilę, lecz warto próbować wszystkiego. Zwłaszcza w tak napiętej sytuacji.
— Lotte, ja wiem, że byłem niemiły, ale to nie byłem ja.. Ja nie chcę taki być. Proszę, zaufaj mi. I wysłuchaj mnie — wskazałem na rękę elfki, nie chcąc dokładnie adresować rzeczy, o której mówię — Wiem, co tam masz. — “I wiem, co to znaczy” dodałem w myślach, nie mogąc zebrać się w sobie na powiedzenie tego na głos.
— Nie wiem, o czym mówisz, panie — Zdziwienie zniknęło z jej twarzy tak szybko, jak się pojawiło — Nic nie ukradłam.
Podwinąłem rękawy koszuli, aby pokazać jej lśniące w świetle cienki blizny, których pochodzenia nadal nie byłem pewien. Podszedłem także do elfki, która wpatrywała się w dawne rany z szokiem na twarzy.
— Lottuś, ja jestem taki jak ty … To znaczy, ja, prawdziwy ja. Ten drugi jest zły i … posłuchaj. — Nie zaprotestowałem, kiedy ręce dziewczyny zaczęły dotykać mej skóry, chociaż musiałem przyznać, że to doświadczenie było dla mnie zupełnie nowe — Nie możesz go słuchać. Nie możesz. Musisz uciekać. Teraz. Obiecaj mi to.
— Prawdziwy ty? Co to znaczy? — Aby uspokoić Lotte, położyłem ręce na jej ramionach. Dziewczyna na moje szczęście nie odtrąciła tego gestu — Czemu mam go nie słuchać? Groził mi śmiercią, jeśli nie zrobię tego, czego on chce — Po długim zamyśleniu, dziewczyna podniosła głowę, a nasze spojrzenia się spotkały — Nie rozumiem. Czy nie będzie mnie ścigał, jeśli ucieknę?
— Będzie — opowiedziałem po chwili ciszy — Na pewno będzie. Ale powstrzymam go. Żebyś była bezpieczna — Nie zwróciłem większej uwagi na możliwą dwuznaczność swych słów — A potem pomogę ci, żebyś nie musiała więcej kraść.
— Nie musisz się dla mnie poświęcać. Nie chcę tego, nie mogę tego przyjąć.
— Lotte, proszę — Wbrew sobie skrzywiłem się, czując, że przegrywam walkę w swojej głowie — Kończy mi się czas, proszę więc, zrób to, co ci powiedziałem — Wymusiłem uśmiech na swojej twarzy — Będę wyczekiwał naszego kolejnego spotkania.
Lotte cofnęła się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
— Dobrze. Spróbuję uciec do innego miasta. Również będę wyczekiwała naszego kolejnego spotkania.
A potem zarzuciła po prostu kaptur na głowę, rzuciła szybkie podejrzanie i wybiegła, zostawiając mnie samego z własnymi demonami.

< Lotte?>

niedziela, 9 grudnia 2018

Od Lotte do Carreou

Sztylet leżał daleko poza jej zasięgiem. Nie mogłaby go dobyć, nawet gdyby chciała. Uniemożliwiał jej to czubek klingi przyłożony do jej szyi. Mogła użyć magii. Mogła, jednak za nic w świecie tego nie chciała. Nienawidziła szczerze tej części siebie. Poza tym wyrzekła się jej już dawno temu. I gdyby teraz pozwoliła jej się uwolnić, jej mózg mógł tego nie wytrzymać. Dość że każdego dnia pełne nienawiści i gniewu głosy skutecznie nie pozwalały jej egzystować. Chociaż bez nich albo wciąż tkwiła by w posiadłości maga, albo dawno odebrałaby sobie życie.
- Grożenie mej osobie nie jest dobrym pomysłem, śmiertelniczko. -Jego głos był tak samo zimny niczym głos Frigusa. Brak jakichkolwiek uczuć czy chociażby dłoń, która nawet nie zadrżała, gdy jej groził. Jakby robił to wiele razy wcześniej. Lotte uświadomiła sobie, że musi się mu podporządkować. Inaczej nieznajomy blondyn bez mrugnięcia okiem pozbawi ją życia. Wzbudziło to w niej jedno uczucie. Strach. Dobrze znany przyjaciel rozkwitał wewnątrz dziewczyny niczym piekielny kwiat rodzący zatrute owoce. Jedno było pewne. Chciała przeżyć mimo że nie rozumiała poczynań młodziana. Było jeszcze drugie uczucie. Zdające się równie słodkim owocem, kryjącym trujące wnętrze. Była nim ciekawość. Po raz pierwszy od wielu lat w jej umyśle zagościła cisza. Nie potrafiła tego zrozumieć. Uniosła ręce i położyła dłoń na chłodnej powierzchni broni mężczyzny ze skrzydłami.
- Dobrze. Co mam zrobić? - spytała.
- Masz zadośćuczynić za swoje grzechy. - Rzekł uważnie lustrując ją wzrokiem.
Ciemnowłosa półelfka miała wrażenie, że próbuje ją przejrzeć na wylot. Przeanalizować.
- Na pewno tego chcesz śmiertelniczko? - Rzekł powoli. - Uzależnić swoje istnienie od moich rozkazów do momentu aż uznam cię za godną życia na tym padole?
- Tak. - zgodziła się. - Tylko na wszystkich bogów opuść broń.
- Nie bluźnij! - Jego ton sprawił że niezwykle nieprzyjemny, chłodny dreszcz przebiegł jej po plecach. - Bóg jest tylko jeden. Wiedz, że wzywając innych bogów, jawnie przyznajesz się do heretyzmu. Co również jest grzechem. Sprawia to, że lista twych przewinień przeciw Panu się wydłuża.
Chłód rozniósł się po całym ciele Lotte, wprawiając je w drżenie. Ostrożnie nabrała powietrza.
- Powiedz mi co mam uczynić. A ja to wykonam.- Jej głos drżał. Coraz trudniej jej się oddychało. Panika skutecznie ją dusiła. - Opuść panie swój miecz. Błagam!
Mężczyzna nieufnie uniósł brew. Znów wbił w nią uważne spojrzenie, które zdawało się przechodzić przez nią na wylot. Lotte ostroznie skreslila krzyż na sercu.
- Przysięgam na bogów których znam! Nie będę niczego próbować!
- Nie bluźnij! - jego oczy rozbłysły bezbrzeżnym gniewem.
Rękojeść broni rozjarzyła się jasnymi płomieniami, które powoli pełzły wzdłuż klingi.
- Wybacz mi! Wybacz! - W jej głosie słychać było przerażenie.
Z całych sił próbowała powstrzymać się od drżenia. Płomienie zaczęły przygasać, aż całkiem zgasły. Tak samo wzrok blondyna stał się na powrót zimny i nieustępliwy. Po chwili mężczyzna jednym płynnym ruchem odjął broń od szyi dziewczyny i włożył go do pochwy. Ulga spłynęła na Lotte niczym ożywczy deszcz na wiosnę. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Upadła na kolana, ciężko oddychając. Zacisnęła dłonie w pięści, zanurzając palce w miękkiej ziemi. Próbowała bezskutecznie uregulować oddech. Łzy potoczyły się jej po policzkach i skapywały na ziemię, wsiąkając w nią. Dziewczyna czuła do siebie jedynie obrzydzenie, za tą słabość. Kątem oka spostrzegła leżący obok sztylet. Była jednak zbyt wyczerpana.
- Śmiertelniczko. Pierwsze zadanie. Idź i pomóż komuś, a następnie przyjdź do gospody na obrzeżach placu.
- Lotte. Jestem Lotte.
Nie otrzymała odpowiedzi. Wydawało jej się że słoneczny refleks odbił się od zbroi mężczyzny i trafił ją w oko. Jednak, gdy uniosła głowę na polanie była całkiem sama. Powoli wstała i chwiejnym krokiem ruszyła do prowizorycznej konstrukcji, która niedługo będzie niemożliwa do zamieszkania z powodu panującego wszędzie mrozu. Lotte poprawiła sznurowania gorsetu. Gdy wciągała na siebie bluzkę, rozkoszowała się śpiewem ptaków, szumem wiatru i innymi odgłosami, które dotąd były zagłuszane przez potępione dusze. Kiedy skończyła ubierać górę, zamieniła spódnicę na spodnie. Mocno zasznurowała buty. Włożyła płaszcz i upewniając się że piętno jest dobrze ukryte wyszła na zewnątrz. Podniosła sztylet, szybko wsuwając go do cholewy buta. I po chwili ruszyła do miasta. Gdy tylko znalazła się między pierwszymi rzędami drzew rozsierdzone głosy powróciły i uderzyły w nią ze zwielokrotnioną siłą. Aż pociemniało jej przed oczami. Musiała oprzeć się o jedno z wielu drzew. Czuła jak kora kruszy się jej pod palcami. Głośne pełne nienawiści słowa atakowały ja raz po raz. Dopiero kiedy utraciły swój początkowy impet mogła otworzyć oczy. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy że zaciska powieki. Kiedy głosy przypominały jedynie odległy szmer odważyła się stanąć prosto. Nagle cała treść żołądka podeszła jej do gardła. Zgięła się w pół. Zwymiotowała śliną i żółcią. W końcu żołądek uspokoił się na tyle że mogła podjąć dalszą wędrówkę ku miastu. Jak tylko dotarła na targ, ukradła z pierwszego straganu jabłko. Już miała wgryźć się w słodki owoc, który miał ugasić ogień, który czuła w trzewiach i gardle, gdy dostrzegła obdrapane dziecko, ściskające swoją lalkę. Dziewczynka uczepiła się spódnicy swojej matki, która polnymi kwiatami próbowała zdobyć pieniądze, aby wykarmić siebie i dziecko. Podeszła do nich i klęknęła.
- Proszę. Słodziutkie jabłko. - wyciągnęła dłoń z owocem w kierunku dziewczynki, która ukryła się za kobietą. - Weź. Na pewno jesteś głodna.
- No dalej, Manna. Nie wstydź się. Pani chce ci dać jabłuszko. - Uśmiechnęła się przepraszająco do dziewczyny. - Proszę o wybaczenie. Man jest bardzo nieśmiała.
Manna w końcu wzięła owoc od Lotte. Jednak zamiast ugryźć, podała go najpierw matce, aby ta pierwsza zjadła. Półelfka tymczasem rozglądała się za kimś komu mogła pomóc tak aby ten dziwny mężczyzna dał jej spokój. Tłum od poranka zdążył zelrzeć. Nie było zbyt wielu ludzi, którym mogła pomóc. Nagle wypatrzyła go. A raczej jego biały fartuch. Piekarz dźwigał dużo pustych tac po chlebie. I nagle zachwiał się, gdyż jakiś bezpański kot zaplątał mu się przy nogach. Dziewczyna szybko pokonała dzielącą ich odległość i nim mężczyzna upadł, zdążyła pomóc mu odzyskać równowagę.
- Dziękuję. - rzekł, gdy załadowali je na wóz. - Głupi kot. Zawsze pojawia się tutaj, gdy tylko zaczynam zbierać swoje rzeczy. Przecież po drugiej stronie jest rzeźnik. On zazwyczaj dokarmia te przybłędy.
- Czy mogę jeszcze jakoś panu pomóc? - spytała.
- Zostało mi kilka niesprzedanych bochenków chleba. Mogłabyś mi je przynieść?
Bez słowa kiwnęła głową. Kiedy wróciła na stoisko dojrzała pięć pięknych, wyrośniętych bochnów. Wzięła je na jedną tacę. Przez chwilę zawahała się na ostatnim. Już miała go włożyć do torby, gdy przypomniała sobie słowa mężczyzny ze skrzydłami. *Kradzież jest grzechem.* Zrezygnowała więc z pomysłu okradzenia piekarza. I zaniosła wszystkie kawały pieczywa do wozu mężczyzny. Postawiła je obok pustych tac.
- Tutaj ci już podziękuję. Muszę wracać na obiad do rodziny.
Na wspomnienie o posiłku z zaburczało jej w brzuchu. Brzuchaty piekarz roześmiał się głośno. Po czym sięgnął po jeden z bochenków chleba i podał Lotte.
- Bierz. Pewnie jesteś głodna. Muszę ci jakoś zapłacić za robotę.
Dziewczyna wzięła chleb, podziękowała i pożegnała się z mężczyzną, który na odchodne dał jej kilka Kamyków. Za część kupiła trochę mleka i sera u mleczarza. Zjadła niewiele. A mlekiem podzieliła się z kociakiem. Idąc do gospody trafiła na kalekiego mężczyznę. Mimo, że oczy miał przewiązane opaską, którą noszą niewidomi, pięknie grał na flecie. Większość ludzi mijała go obojętnie, niewielu rzuciło choćby spojrzeniem w jego kierunku, a tylko co niektóry wrzucił jakoś pieniążek na rozłożoną płachtę. Lotte skierowała swoje kroki w jego stronę. Położyła na płachcie resztę, która została jej po zakupie jedzenia. Już miała odejść, gdy dźwięk fujarki ucichł.
- Bóg zapłać dobry człowieku. Pozwól że uścisnę ci dłoń. Nie martw się. Wojna odebrała mi sprawność ale nie siłę.
Półelfka włożyła w wyciągniętą dłoń pół bochenka chleba, oraz większy kawałek sera. I oddaliła się uliczką. Mężczyzna krzyknął za nią raz jeszcze Bóg zapłać! W końcu dotarła do gospody na placu. Budynek wzniesiony został w całości z kamienia. Jedynie jego fasada została obłożona drewnem. Weszła do środka. Gospoda aż pękała w szwach od gości. Z trudem przecisnęła się przez tłum do lady.
- Jeśli liczysz na darmowy posiłek nie ma szans. Widzisz co się tutaj dzieje.
- Nie. Szukam pewnej osoby. Blondyna, malarza. Zatrzymał się tutaj.
- Ach tak. Drugie piętro, trzecie drzwi na prawo.
Już miała się udać we wskazanym przez niego kierunku, gdy karczmarz ją zatrzymał.
- Nie wolisz, jaskółeczko spędzić czasu ze mną? - spytał
Odwróciła się do niego z niewinnym, fałszywym uśmiechem.
- Jestem na pewno ciekawszą osobą niż tamten samotnik. Na prawdę nie rozumiem co on może chcieć od takiego pięknego anioła jak ty. - lubieżny uśmiech wykwitł na jego wargach, gdy zachłannym wzrokiem lustrował sylwetkę i kształty dziewczyny. Spoconą, grubą dłonią pogładził ją po policzku, a następnie przeniósł ja na ramię dziewczyny. Nachylił się do Lotte. Jego oddech śmierdział alkoholem i czymś jeszcze. Cofnęła się gwałtownie. Z jednej strony fakt bycia kobietą wiele razy ratował ją w podbramkowych sytuacjach, ale z drugiej czynił ją narażoną na nieustanne ataki ze strony płci przeciwnej. Zmusiła się do chichotu.
- Załatwię tylko jedną rzecz i wracam.
Nie pozwoliła gospodarzowi na odpowiedź, bo pognała po schodach. Potknęła się kilka razy. Ale nie pozwoliła sobie na zatrzymanie się. Zrobiła to dopiero pod wskazanymi drzwiami. Zapukała. Kiedy nikt się nie odezwał, nacisnęła klamkę. O dziwo drzwi ustąpiły. Weszła do środka. Z zaskoczeniem ujrzała, że blondyn modli się przed dwoma skrzyżowanymi kawałkami drewna. W tej chwili emanował niewyczerpanym spokojem. Zniknął gdzieś cały chłód. Nie wzbudzał w Lotte strachu. Widziała jak karminowe, delikatne wargi szepczą słowa modlitwy w języku, którego nie była w stanie rozpoznać. Popołudniowe słońce, padające nań przez szyby wydawało się dochodzić z wnętrza jego ciała, a nie zza okna. Sama jego sylwetka przypomniała jedną z wielu rzeźb, które widywała w świątyniach w Khayrze. Nie potrafiła, jednak przypomnieć sobie co przedstawiały owe dzieła. Chłonęła ciszę, która nagle zaległa w jej umyśle. W milczeniu pozwoliła, aby młodzian dokończył to co robił. Oparła się o futrynę drzwi. Kiedy blondyn podniósł się z klęczek, kończąc tym samym swoją modlitwę, cały spokój okazał się iluzją. Znów czuła od niego ten chłód i dystans.
- Wykonałam już twoje zadanie. - rzekła zaplatając ramiona na piersiach. - Czy mam zrobić coś jeszcze?
Spytała odpychając się od futryny i stając prosto. Starała się zachować spokój. Jednak nie było to proste, zważywszy że ów człowiek jeszcze jakiś czas temu groził jej śmiercią i bredził coś o zadośćuczynieniu za grzechy. Czekała aż się odezwie. On jednak nie spieszył się z odpowiedzią. Zamiast tego znów lustrował ją tym samym uważnym spojrzeniem.
- Nie chcesz, panie to nie mów. Myślę że wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. - Miała już na prawdę dość tych ciągłych uważnych spojrzeń. Odwykła od tego, że ludzie w ogóle zauważają jej obecność. A jeśli chodziło o jakie kolwiek dłuższe spojrzenia to ostatnim została obdarzona na targu niewolników, gdy obcy ludzie kłócili się o jej wartość. Tak. Tego zdecydowanie było zbyt wiele. Odwróciła się tyłem i już miała wyjść, gdy poczuła jego dłoń na ramieniu. Wzdrygneła się. Ręką wydawała się równie drobna i delikatna co wcześniej tego dnia. Zupełnie nie pasowała ona do mężczyzny, który mordował innych z zimną krwią. Zdecydowanie nie mogła nią być. To była dłoń artysty, wrażliwej duszy, a nie mordercy. Czekała aż blondyn przemówi. Była gotowa w każdej chwili do ucieczki.

< Carreou? :-3 >

Od Carreou do Lotte

Blade światło wschodzącego słońca wdarło się do środka chaty w leżącej w pobliżu Merkez wiosce, zmuszając Carreou do otworzenia oczu. Sam nie wiedział, ile tu już stał. Godzinę? Dwie? Cztery? Ostatnia noc zlała się w jedno. Nie był pewien, gdzie tak dokładniej był. Nie wiedział, czego dokonał, chociaż metaliczna woń, błądząca w jego nozdrzach, boleśnie uświadamiała mu, że kiedy tylko się odwróci, zrozumie. Dlaczego w ogóle tak bardzo się tym przejmował? Zrobił to, co trzeba było. Ten mężczyzna zgrzeszył, cudzołożąc z ladacznicami, jego żona była poganką, a dzieci? Lepiej było dla nich, gdyby nie musiały już dłużej męczyć się na tym padole łez i cierpienia. Tak było dobrze. Bóg tak chciał. Po prostu w głębi swojej duszy nie był w stanie pogodzić się z faktem, że aniołowie powinni być bezwzględni, a nie tacy, jaki był Carreou dawniej.
Blondyn z sykiem odsunął się od okna, zaciskając drżące dłonie na parapecie. To za dużo. Musiał stąd wyjść, nim znowu straci nad sobą panowanie. Z tego powodu, zebrał się w sobie, odwrócił na pięcie i był gotowy wyjść z domostwa, kiedy to potknął na się na leżącym na pokrytej krwią podłodze ciele. Poczuł, jak wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł dreszcz.
Zaledwie krótką chwilę potem podniosłem głowę. Nie jakoś mocno. Delikatnie, jakbym bał się tego, co ujrzę przed sobą. Nie miałem też zbyt dużo sił. Za wiele energii straciłem na przebicie się przez mgłę, okalającą mój umysł, a co za tym idzie, na uzyskanie kontroli nad samym sobą. Ale ... Czy to na pewno nadal byłem ja? Im dłużej patrzyłem na martwe twarze, powykręcane przez strach i cierpienie, tym bardziej wątpiłem w to, że mogłem tego kiedykolwiek dokonać.
— Przepraszam — wyszeptałem przez ściśnięte gardło, a strugi łez zaczęły spływać po mych policzkach, zabierając ze sobą szkarłatne cętki, jakie tam ostały się po nocnej rzezi. Wyciągnąłem rękę w stronę małej, drewnianej zabawki, którą dziecko wypuściło, gdy to coś postanowiło zakończyć jego życie w imieniu chorych wartości. Gdy w końcu zacisnąłem palce na zabawce, poczułem ucisk w sercu. Wystrugana jaskółka pokryta zaschniętą czerwienią obudziła zbyt bolesne wspomnienia, abym mógł dłużej myśleć świadomie. Skuliłem się na podłodze i przytuliłem zabawkę do piesi, pozwalając skrzydłom chłonąć krew. Zaledwie chwilę potem, świat przestał dla mnie istnieć, a ciało poczęło poruszać się już tak, jak nakazywał mu nowy właściciel.

Zdawał się, że młodzieńcowi nigdy się nigdzie nie spieszyło. Wszystko, co robił, było powolne, metodyczne, przemyślane. W życiu Carreou nie było miejsca na błędy. Tego nauczył go Metatron, a anioł wszystko, co ten powiedział, uznawał za świętość. Archanioł przecież sam mu powiedział, że przemawia przez niego Stwórca, a Carr nie widział miał żadnych powodów do tego, aby nie wierzyć mentorowi. Nie po tym, jak Nauczyciel pokazał mu prawą ścieżkę, którą blondyn powinien kroczyć od samego początku. Otworzył oczy Carreou na to, że jedynie ból jest w stanie zmyć z anioła dawne grzechy, jakie popełnił. Bowiem nawet Gniew Boży nie jest bez winy. Od momentu usłyszenia tej informacji, rozpoczął on proces oczyszczania swojego ciała na tyle, ile był w stanie. Z tego powodu, gdy szedł po śladach złodziejki, aby ukarać ją za przewinienia ostatnich godzin, pod nosem mamrotał kolejne wyuczone wersety. Nie pamiętał, kiedy tak naprawdę się ich nauczył, najprawdopodobniej powód, dla którego te słowa utkwiły w umyśle anioła był związany z tym okresem w jego życiu, który pozostawił po sobie nic więcej poza bolesną pustką. Jednak Carreou próbował nie zwracać na to uwagi. Jeśli miał czegoś nie pamiętać, niech będzie. Niechaj się dzieje wola Nieba. Z nią się zawsze zgadzać trzeba.
Jedna z dłoni blondyna zaciskała się na rękojeści Meridiana, gotowa dobyć miecza, jeśli zajdzie taka potrzeba. Gdyby złodziejka postanowiła walczyć, anioł będzie gotowy, aby ukrócić jej grzeszne życie jednym, wyuczonym ciosem. Usłyszawszy dochodzące z wnętrza jakieś konstrukcji dźwięki, nawet się nie zawahał, a rozłożył jedynie skrzydła i wkroczył do środka. Od razu rozpoznał dziewczę. Ta momentalnie odwróciła się w stronę przybysza, mając w dłoni już nóż, tak śmiesznie niewielki w porównaniu z mieczem Dobroczyńcy.
— Czego chcesz? — spytała, na co blondyn jedynie postąpił do przodu. Nie sądził, że kobieta zrozumie jego tok myślenia, lecz mimo to, postanowił z dobroci własnego serca wyjaśnić jej powód swego przybycia. Gdyby jeszcze postanowiła zmienić zdanie i się nawrócić.
— Kradzież jest grzechem, a moją powinnością jest karanie grzeszników. — odparł beznamiętnym tonem, po czym dobył miecza. Dziewczyna spojrzała na niego, gdy anioł mierzył dokładnie wzrokiem teraz jej dobrze widoczne ciało. Skupił się głównie na jej bliznach. Sam pamiętał, że posiada podobne, lecz na ten moment, były one zakryte przez lekką zbroję jasnowłosego. Dostrzegł również piętno. Nigdy nie widział takiego symbolu, więc nie było mu dane poznać jego znaczenia. Oby tylko nie było to znamię żadnej z piekielnych bestii, gdyż ostatnie, co chciał, to walczyć z demonem o duszę jego służki.
— Czego chcesz? Daj mi spokój!
— Chcę jedynie, abyś przyjęła konsekwencje swych czynów, których natura godzi w boskie prawa i je łamie. Chcę, abyś odpokutowała za nie — Carreou wzniósł Meridian. Jego oczy nadal bez krzty emocji czy nawet typowego, ludzkiego blasku wodziły spojrzeniem za każdym ruchem złodziejki — Bowiem jeśli tego nie dokonasz, będę zmuszony zakończyć twój marny żywot, śmiertelniku.
— O czym ty mówisz?! — Brunetka podniosła wyżej sztylet, teraz celując prosto w serce anioła — Ostrzegam cię, jeśli nie odstąpisz...
Anioł odruchowo uderzył wierzchem dłoni w nadgarstek złodziejki, zmuszając ją przy tym do wypuszczenia sztyletu. Gdy to zrobiła, odsunął nogą ostrze na bok, a sam przyłożył czubek miecza do jej gardła.
— Grożenie mej osobie nie jest dobrym pomysłem, śmiertleniczko.

< Lotte? :v >

Od Lotte do Carreou

Dni mijały jedne po drugich. Bezbarwne, szare i smutne. Jedne podobne do drugich. Ludzki tłum poruszał się i falował niczym ocean przed oczami dziewczyny. Szmer ich głosów nijak nie potrafił zagłuszyć ciągłych jęków umarłych, odbijających się dzwoniącym echem w jej głowie. Westchnęła cicho. Z ust półelfki wypłynęła blada mgiełka oddechu. Dni stawały się coraz zimniejsze. Jeśli szybko nie postara się o pracę będzie musiała ruszyć na południe gdzie miała jakąkolwiek szansę na przeżycie zimy. Jednak od dłuższego czasu czuła się zastygła w czasie, niezdolna do jakiekolwiek ruchu czy działania. Nie wiedziała czy było to spowodowane miarowo mijają mi dniami, bliską zimą czy wyczerpaniem psychicznym. Jedynie w nocy głosy dawały jej odrobinę wytchnienia. Chociaż ostatnio coraz rzadziej zdarzało się jej spokojnie przespać noc, gdyż miejsce słów zajmowały obrazy. Koszmarny tak realne, że nie raz budziła się i przez następne pół godziny wydawało się jej, że znów znalazła się w domostwie swojego pana i oprawcy. Na domiar złego odgłosy uderzały w nią ze zdwojoną siłą, huczac i rozdzierając bólem głowę polelfki. Tak pogrążyła się w myślach, że w ostatniej chwili zauważyła drobną rękę sięgającą do jej sakwy z jedzeniem. Szybko chwyciła za nadgarstek złodzieja. Okazało się nim małe, przestraszone i głodne dziecko. Dziewczyna westchnęła ciężko i wyciągnęła z sakwy nieduży kawałek chleba i równie niewielki sera. Podała je dziecku. Jakby wyczuwając podstęp chłopiec patrzył na nią nieufnie.
- Weź. - powiedziała. - Jesteś głodny prawda? Ja już jadłam i możesz to wziąć.
Mały szybko sięgnął po oferowane dobra i pognał w tłum jakby myślał że dobrodziejka jedynie żartuje i gdy tylko jego rączka zaciśnie się na jedzeniu odbierze mu je. Lotte znów usiadła na ławce. Uważnym spojrzeniem fioletowego oka lustrowała poruszającą się w tę i z powrotem ciżbę. Było jej żal dziecka. W duże miasta jak Merkez, były pełne sierot wojennych czy tych których rodzice albo wypędzili albo porzucili czy zmarli. To właśnie do takich miejsc ciągnęło wiele z nich. Miały nadzieję że uda się im znaleźć jakąś pracę czy jakiś dobry człowiek podzieli się z nimi swoją strawą. Było to sprytne zagranie. W małych miastach i wsiach żebracy i sieroty były traktowane gorzej od bezdomnych psów. Tamte chociaż raz na jakiś czas dostawały jeść i nikt ich nie bił. Zaburczało jej w brzuchu. Zaklęła w myślach. Oddała chłopcu całe swoje jedzenie i dla niej nie zostało już nic. Podniosła się z siedzenia i wmieszała w tłum. Była zbyt głodna , aby ryzykować sięganie do sakiewek ludzi. W końcu ruszyła w kierunku największego zbiegowiska na targu. Barwne stragany kusiły błyskotkami, jedzeniem i innymi dobrami na które nigdy nie będzie jej stać. Dawno zdążyła się z tym pogodzić. W końcu udało jej się przepchnąć do przodu. Tłum otaczał urodziwego młodzieńca, który sprzedawał obrazy o niezwykłym uroku. Zdawały się być niemal żywe. Artysta nie potrzebował zbyt wielu barw, aby wydobyć z kompozycji to co najważniejsze. Sposób w jaki łączył kolory i linie niesamowicie oddawały emocje i nastrój w którym był malarz w czasie tworzenia swoich malunków. Mężczyzna był zajęty jednym z klientów, gdy dziewczyna dostrzegła jego sakwę pełną jedzenia. Żołądek skręcił się boleśnie. Rozglądając się czy nikt nie patrzy sięgnęła do niej. Zacisnęła palce na jednej z bułek. I już miała cofnąć rękę, gdy poczuła że ktoś zaciska jej dłoń na ramieniu. W popłochu szarpnęła się upuszczając pożywienie. Wpadla na jedną ze sztalug. Zwróciła tym samym na siebie uwagę klientów.
- Złodziejka- usłyszała czyjeś słowa tuż przy uchu. Próbowała wyszarpnąć się z uścisku lecz on nie lżał. Wręcz przeciwnie. Robił się coraz mocniejszy. Spojrzała w twarz tego kto ją trzymał. Był to sprzedawca obrazów we własnej osobie. Uśmiechnęła się do niego niewinnie. Tak jak wiele razy wcześniej do mężczyzn gdy chciała ich okraść.
- Nie wiem o czym pan mówi.
- Próbowałaś mnie okraść. Pan nie puszcza płazem łamania jego przykazań.
Nie wiedziałam o czym on mówi. Tłum zaczął mruczeć słowo "złodziejka".
- Proszę mnie puścić! - pisnęła przerażona.
Znów szarpnęła. Usłyszała dźwięk pękającej nici. Szew nie wytrzymał i cały rękaw się oderwał. Ciżba aż zaszemrała, gdy w słabym świetle słońca, szarością zabłysły całe szlaki blizn biegnące wzdłuż całej ręki i znikającej pod materiałem bluzki.
- To zły omen! - krzyknął ktoś.
Korzystając z czasowego rozproszenia mężczyzny umknęła w tłum, który odsuwał się od niej jak od zadzumionego człowieka. Ruszyła biegiem przez miasto. Obrazy migały jej przed oczami, gdy tak gnała. W końcu potknęła się i upadła na żwir kalecząc ramię.
- Ał.. - mruknęła podnosząc się do kleczek. Nie miała siły dalej iść ani nawet stać. Kiedy już mogła się podnieść poszła do swojej kryjówki na skraju lasu. Zdjęła warstwy ubrań i została w samym gorsecie. Obmyła zadrapania. I już miała sięgnąć po kawałek płótna, który służył jej za ręcznik, gdy usłyszała czyjeś kroki za sobą. Szybko sięgnęła po sztylet, który trzymała w cholewie buta. Mocno ujęła jego zimną rękojeść. Odwróciła się. Za nią stał ten sam artysta z placu. Jednak tym razem miał na plecach parę ogromnych skrzydeł. Cofnęła się pod ścianę prowizorycznej konstrukcji.
- Czego chcesz?- warknęła.
- Kradzież jest grzechem, a moją powinnością jest karanie grzeszników.
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Czuła się nieswojo, gdy ktoś się jej przyglądał. Szczególnie teraz gdy mógł ujrzeć wszystkie znamiona przeszłości. Szybko sięgnęła po płaszcz i zarzuciła go na ramiona, ukrywając pod nim wszystkie blizny, a w szczególności piętno niewolnika ledwie widoczne spod gorsetu. Jednak uważny obserwator bez problemu by je zauważył. Wycelowała w niego broń.
- Czego chcesz? Daj mi spokój!- warknęła.

<Carreou, czego chcesz od małej złodziejki?>