Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riliane i Sivik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riliane i Sivik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

Od Riliane do Sivika

Gdy tylko Sivik wyszedł z pokoju w celu umożliwienia mi zmiany sukni szybko zrzuciłam zakrwawioną, podartą tkaninę. Podeszłam do torby przygotowaną na nagłe wypadki, które mogłyby przeszkodzić mi w moim zadaniu. Znajdowały się w niej między innymi suknia w kroju uniwersalnym, koszula nocna, kilka przydatnych narzędzi takich jak igła i nitka czy dwie sakiewki pełne monet, listy polecające od króla oraz lista adresów pod które mogłam się udać. Wyciągnęłam z niej ciemnoniebieską niemalże granatową suknię delikatnie zdobioną i szybko założyłam na siebie. Następnie korzystając z rady wyprałam suknię. Wyszłam na balkon aby zobaczyć czy moi towarzysze już przyszli jednak w około było cicho i pusto. Powiesiłam również suknię i dołączyłam do Sivika jedzącego już na dole. Pożyczyłam mu smacznego, jak również on mnie i zaczęłam jeść, a on kontynuował. Widocznie smakowało mu. 
- Jeszcze raz dziękuję posiłek. - na jego twarzy widziałam wdzięczność. Skinęłam lekko głową przyjmując podziękowania. Ja, niestety, pomimo tego, że posiłek był naprawdę pyszny nie mogłam go jeść. Czułam lekką blokadę. Możliwe, że wynikało to ze stresu spowodowanego niewiedzą co dzieje się z Analind, Joshuą i resztą. Gdybym się odwróciła możliwe, bym wiedziała. Lecz ta wiedza mogłaby być dla mnie ciężarem. Co jeśliby okazało się, że zginęli, a ja po prostu uciekłam? Miałabym wtedy ogromne poczucie winy… A może musieli rozproszyć się i uciekać? Tego też nie mogłam wykluczyć. Jednak wybrałam nie oglądanie się za siebie więc pozostała mi tylko nadzieja, że za chwilę wejdą przez drzwi. Cała ósemka z uśmiechem na ustach podeszłaby do mnie, a ja bym im przedstawiła Sivika. Za pewne by zezłościli na mnie za podążanie za osobami, których nie znam oraz za nie udanie się z raną do medyka. Jednak po chwili byliby znów weseli. Znając ich na pewno by wynagrodzili jakoś Sivika. Ale były to tylko moje przypuszczenia. Dlatego co chwila zerkałam na drzwi mając nadzieję, że za chwilę się tu stawią. 
- Co tu robi Moccobi? A w dodatku Mantrikarczayk? Czy Wy czasem nie latacie po dżungli? - przyczepił się do nas widocznie już trochę podpity mężczyzna. Przez chwilę miałam cień obaw, że to może się skończyć źle. Jednak mój towarzysz ujawnił jedną ze swoich cech - spokój i opanowanie. 
- Jestem tutaj, więc jak widać nie. - odparł. W jego głosie nie było słychać emocji. Po chwili wszystko sobie wyjaśnili i zabrali się do wspólnego picia. Zresztą mało kto w karczmie nie pił. Zdecydowaną większość stanowili mężczyźni, ale mogłam też zauważyć kobiety. Pracownice co chwila dolewały piwa lub innych trunków do kufli, które były co chwile opróżniane. Słychać było też muzykę. Wszystko to pokrywało się z opowieściami, które słyszałam na temat karczm. Oczywiście tymi od mieszkańców i służących, ponieważ obraz jaki przedstawiła mi moja nauczycielka to grupa pijanych mężczyzn oraz nie mniej trzeźwych kobiet robiących różne rzeczy przyzwoite mniej lub bardziej oraz to, że zawsze się bili. Może nie było jeszcze zbyt późno oraz wypili jeszcze zbyt mało? Jak na razie nie wydawało mi się, że może to pójść w złą stronę tak bardzo. Pracownice bowiem pilnowały swoich klientów, a tym co zaczęli zbyt dokazywać uderzały w głowę i po chwili był już spokój. Zamówiłam grzane. W pewnym momencie zauważyłam jak przez drzwi wejściowe wchodzą trzej mężczyźni. Znałam ich, niestety, byli to członkowie grupy, która zaatakowała mnie oraz moich towarzyszy. Widać, że byli obolali oraz z rękawa jednego wystawał bandaż z kolei inny nie miał ramienia. Zapewne przyszli się napić i coś zjeść. Wstałam i zwracając na siebie jak najmniej uwagi udałam się do swojego pokoju. Drzwi dla mojego bezpieczeństwa zamknęłam na klucz. Usiadłam na łóżku i wyjęłam sztylet. Był jeszcze brudny od krwi jednego z bandytów. Wzięłam więc ściereczkę i zaczęłam powoli czyścić ostrze. Pamiętałam dokładnie tamten moment. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Poczułam wtedy przypływ adrenaliny. Ręka jakby sama sięgnęła po broń a następnie zadała cios w serce. Potem jakby wszystko nabrało tempa. 

Zupełnie jak przy Esme.

Zdarzyło się to trochę ponad pięć lat temu podczas jednego z nudnych bankietów organizowanych przez króla dla jego przyjaciół tylko w celach towarzyskich. Ja niestety musiałam uczestniczyć w owych przyjęciach. Nie było tam nikogo choćby zbliżonego do mojego wieku. Moje siostry były jeszcze zbyt małe by mi towarzyszyć. Postanowiłam więc opuścić przyjęcie i udać się do miasta. Wydawało mi się wtedy takie ciekawe, pełne sekretów. Nie trudno było wymknąć się z sali, a i korytarze były puste gdyż większośc służących miało pełno roboty przy bankiecie. Przemknęłam się do pokoju i zabrałam płaszcz i wyszłam bocznym wyjściem z pałacu. Szybko zeszłam w dół ulicy i wmieszałam się wśród ludzi. Chodziłam ulicami, oglądałam stragany. Pod jednym z budynków ujrzałam siedzącą dziewczynkę. Podeszłam do niej. Była wychudzona i miała na sobie obdarte ubrania. Czarne długie włosy były skołtunione, Skóra koloru karmelu była przybrudzona. Żebraczka. Tak by opisałby mój nauczyciel oraz z pewnością cała służba ową dziewczynkę. Jednak uczona byłam, że żebracy to najczęściej nieroby, bo jeżeli by chcieli mogliby na siebie zarobić ale co jeśli to było jeszcze dziecko? Wydawała się być młodsza ode mnie.
- Hej. - przywitałam się z nią. - Co tutaj robisz? - zapytałam. Ów osóbka spojrzała na mnie krzywo.
- Idź sobie. Nie masz co robić? - odburknęła i się odwróciła plecami do mnie.
- Jesteś głodna? - kontynuowałam, nie zważając na poprzednie słowa dziewczynki.
- Nie słyszałaś?! Spadaj! Tu nie ma miejsca dla takich jak Ty. - krzyknęła na mnie. Wtedy wyjęłam z płaszcza drożdżówkę i wręczyłam jej.
- Proszę. - oczy dziewczynki patrzyły na mnie jakby mi nie dowierzały. Oczywiście przyjęła podarunek i po chwili szybko zjadła. Była naprawdę głodna. - Jestem Ane, a Ty?
- Esme. - odparła. - Dziękuję. - uśmiechnęła się. Jej uśmiech wydawał się dla mnie taki wspaniały. Tak zaczęła się moja przyjaźń z Esme. Codziennie wymykałam się z zamku, aby zanosić jej jedzenie i rozmawiać z nią. Po jakimś czasie przyprowadziłam ją do mojej komnaty w tajemnicy przed służbą - użyłam do tego jednego z sekretnych przejść, które odkryłam jakiś czas temu. Wykąpałam ją i dałam jedną z moich starych sukni. Mnie już by się nie przydała, a Esme na pewno by z nich skorzystała. 
Jednak ile można ukrywać coś w tajemnicy? I to pewnego dnia się wydało. Ojciec wezwał mnie do siebie. Dzięki mojej upartości pozwolił dalej przyjaźnić się z Esme oraz pozwolić jej zostać na zamku pod warunkiem, że będę jej pilnować i wszystkiego nauczę. I tak zrobiłam. Jednak nie podobało się to Rice. Jednej z dam na dworze. Chciała wrobić Esme w kradzież, ale to jej się nie udało, bowiem dziewczyna (jak się okazało półtora roku młodsza ode mnie) doceniła szansę jaka została jej dana, a jej wina nie została udowodniona. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Ale przecież i to nie mogło trwać wiecznie, prawda? Jak się okazało Rica nie zrezygnowała z planu usunięcia Esme. Kupiła więc na czarnym rynku truciznę, która miała sprawić, że dziewczyna wpadnie w szał. Ów mieszanka trafiła do deseru. Działo się to w zimie podczas podwieczorku w moim pokoju. Nie trzeba było długo czekać na efekty bowiem można było zobaczyć po chwili. Dziewczyna rzuciła się na mnie. Jej oczy były czarne niczym węgiel. Musiałam unikać jej ataków. Po chwili wpadły straże. W tym samym momencie upadłam przy kominku i zasłoniłam się ostrym szpicem pogrzebacza. Byłam wtedy taka przerażona. Bałam się, że zginę ja lub Esme. Moje obawy się spełniły. Esme jakby zignorowała kawałek metalu nadziewając się na niego i wydając przeraźliwy krzyk skonała. Byłam niemal przekonana, że usłyszałam od niej przepraszam, ale po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że mogła to być tylko moja wyobraźnia. Szybko wydało się, że to był plan Rici. Ojciec nie oszczędził jej i po tygodniu została za to skazana na dożywotnie więzienie. Winiłam się za jej śmierć. Co by było gdybym odpuściła? Prawdopodobnie, by wtedy żyła. Spotykałybyśmy się rzadko, może wiodłaby niezbyt bogate życie w domu jakiegoś hrabiego jako służąca, ale by żyła. Winiłam się też za to, że nie udało mi się jej powstrzymać. Moment jej śmierci zapadł mi w pamięć na zawsze. Zapamiętałam to jakby się działo w zwolnionym tempie po to żebym mogła jak najdłużej czuć żal…

Jednak przy zabiciu owego bandyty nie czułam żalu. Pozostało tylko zwolnione tempo…
Spojrzałam na swoje dłonie. Na myśl o Esme zaczęły delikatnie się trząść jakby napływające wspomnienie było wciąż świeże. Ostrze przecięło już dawno ściereczkę, ale co dziwne nie zraniło mi ręki. Postanowiłam położyć się spać. Przebrałam się więc w koszulę nocną i położyłam się na łóżku. Sztylet umieściłam koło łóżka. Sen nie chciał jednak tak szybko nadejść, a gdy nadszedł był przerywany i pełen różnorakich koszmarów. Gdy rano wstałam postanowiłam sprawdzić czy moi towarzysze są w pokojach, które były dla nich zarezerwowane. Nie było ich tam. Nie było nawet śladu po ich obecności. Postanowiłam więc zejść do jadalnianej części gospody. Na ławach spali ludzie, którzy wczoraj zasnęli po nadmiarze alkoholu. Pracownice budziły ich poprzez oblanie wodą. Wśród nich był i Sivik, jeszcze nie oblany. Postanowiłam więc obudzić go nim zmoknie. Delikatnie go szturchnęłam.
- Wstawaj. - Szturchnęłam go jeszcze raz. Tym razem otworzył oczy. - Dzień dobry. - przywitałam się z lekkim uśmiechem na ustach. 
- Pięć minut. - odparł i obrócił się na drugą stronę. Tymczasem ja podeszłam do drzwi. Jednak przed wyjściem i rozejrzałem się powstrzymał mnie jeden mężczyzna z tych trzech co wczoraj weszli do baru. Jednego z tych co zaatakowali mnie i moich towarzyszy przed miastem.
- No proszę, kogo my tu mamy? - usłyszałam jego niski głos.

< Trochę późno ale jest! (Sorka :P) Przepraszam jeżeli jest to aż takie złe D:> 

wtorek, 18 lipca 2017

Od Sivika do Riliane

 Potężna gospoda. Wyglądała na budynek bogaty, w który trzeba było włożyć wiele funduszy, co znaczyło, że przebywanie w nich również miało swoją cenę. Zapewne dużą, większą niż kiedykolwiek przyjdzie mi zobaczyć. Znaczyło to tylko jedno - dziewczyna była bogata, albo miała znajomości, bądź i jedno i drugie, bo zazwyczaj te dwie cechy się ze sobą łączyły, czy się tego chciało, czy nie. Obserwowałem wszystko z niemałym zachwytem, wręcz czułem jak świecą mi się ślepia, nieco wygłodniałe na te wszystkie zdobienia. Zachwycały, cieszyły oko, zapierały dech w piersiach. Dlatego pod Złotą Gęsią, bo jednak ta gospoda miała w sobie coś szlachetnego. Coś, co przebijało się przez swojskie klimaty.
 Poczułem trochę większe obciążenie, jakby Riliane postanowiła naprzeć na mnie większą powierzchnią ciała, odejmując kilogramów z rannej nogi. Absolutnie nie miałem jej tego za złe. Ba! Wręcz się cieszyłem, bo znaczyło to, że dbała o kończynę. Ostatnią rzeczą jaką chciałem to jej uparcie się na samodzielne poruszanie się. Gdyby tego zażądała od razu sprzeciwiłbym się jej i trzymałbym ją do własnego upadku. Nagle zaczęła kuśtykać, więc dołączyłem kroku i starając się zachować równowagę, pomogłem nastolatce, bo wyglądała na nastolatkę, wspiąć się po dość stromych schodach. Nie przysłuchiwałem się konwersacji mojej towarzyszki i prawdopodobnie właścicielki lokalu, bo po pierwsze średnio mnie interesowało co mają sobie do powiedzenia, a po drugie, zawsze uczono mnie, by nie podsłuchiwać, bo tak nie przystoi. 
 Będąc w pokoju, tym razem to rudowłosa rozglądała się po wszystkim, co znajdowało się wewnątrz. Widocznie chciała zapoznać się już z miejscem swojego noclegu. Mnie natomiast interesowała tylko i wyłącznie jej noga, o którą, powiem szczerze, zaczynałem martwić się coraz bardziej i chciałem już ją obejrzeć. 
 - A więc? Mam coś zrobić? - Spytała nagle, odwracając się w moją stronę. Nawet nie zauważyłem, że odsunęła się od mojej osoby i zdążyła już dorwać się do najbliższego wieszaka, zrzucając tam wierzchnie odzienie. 
 - Na razie nie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Rozglądnąłem się szybko po pokoju, szukając najbardziej nadającej się rzeczy. Potężna, drewniana ława, czyli to, czego teraz potrzebowałem. Podszedłem do mebla i przeciągnąłem ją prawie na środek pokoju. Była cholernie ciężka, jak to wyposażenie z prawdziwego drwa. - Siadaj. - poleciłem. Bez gadania posłuchała tego, o co ją prosiłem i kuśtykając podeszła do ławy, by po chwili na niej przycupnąć. Ukucnąłem przed nią i złapałem za skrawek sukni, którą przywdziewała. Plama była rozległa, więc ostrożnie podciągałem materiał do momentu, gdzie zaczął stawiać opór. Przykleiła się do świeżej juchy. - Teraz może zaboleć - mruknąłem, by później nie panikowała i przygotowała się na możliwy zastrzyk adrenaliny, której znając życie dzisiaj jej nie brakowało. Starałem się zrobić to szybko, by ból szybko nastał i równie szybko zniknął. To co tam zobaczyłem nieco mnie odrzuciło. Rana nie była aż tak długa, jak mogło się wydawać po ilości krwi, ale za to była dosyć głęboka. Ktoś musiał ją mocno poharatać porządnym ostrzem. Zgadywałem, że moja mina nie była zbyt zachęcająca, bo za chwilę otrzymałem komentarz od dziewczyny.

 - Domyślam się, że nie wygląda to za dobrze. - rzekła. Spojrzałem w górę na jej ściągnięte brwi i usta. Nie krzywiła się, wyglądała po prostu na zaniepokojoną. Ponownie spuściłem wzrok na rozcięcie. 
 - No, obraz za grube pieniądze, to to nie jest, ale nie jest źle jeśli mam być szczery. W każdym bądź razie, amputacja nie będzie potrzebna. - zerknąłem na nią, wysilając się na delikatny uśmiech. Skinęła głową. Uniosłem materiał sukienki na wysokość jej dłoni, dając jej znak, by go przytrzymała. Uczyniła o co niemo prosiłem, a sam ułożyłem palce na skórze wokół rany. Sam nie wiem dlaczego, ale delikatnie ją ugniatałem, sprawdzałem, czy nie ma gdzieś grud? Nie jestem pewien. Grudy pod skórą? - Obmyłbym to i zszył... najbliższy lekarz jest kawał stąd, a to nie wygląda ciekawie. Nie wiem co robić, jeśli mam być szczery - przysiadłem na kolanie i spojrzałem na nią. Na jej czole wystąpiła głęboka bruzda, ta, która jest tylko gdy się martwimy, bądź zastanawiamy. Bądź i jedno i drugie. Ostatnia opcja była prawdopodobnie tą właściwą. Riliane westchnęła cicho i wyprostowała się. 
 - Zrób to, przynajmniej prowizorycznie, dopóki nie trafię na specjalistę. - żachnęła się nagle, sprawiając, że moje brwi powędrowały wysoko w górę, prawie na czubek czoła. 
 - Jest panienka tego pewna? Możliwe, że tylko pogorszę tą i tak już złą sytuację. - mruknąłem będąc naprawdę zaniepokojony jej słowami. Ta propozycja była co najmniej idiotyczna i lekkomyślna. 
 - Proszę, przynajmniej zatamujmy krwawienie.

 - Powinno być dobrze - stwierdziłem, gdy noga, już dokładnie umyta, owinięta została w zerwany rękaw mojej lnianej koszuli. Szczyt bezpieczeństwa i higieny to to nie był, ale lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się mawia. Miałem nadzieję, że prędzej czy później panna zabierze się z kimś do medyka, który byłby w stanie zapewnić jej coś lepszego, niż mój marny "Bandaż". Zszedłem z kolana i usiadłem na zimnej posadzce. Dziewczyna opuściła sukienkę, by na nowo zakryła ranę. Niestety dalej znajdowała się na niej ta okrutna plama.
 - Dziękuję. Bardzo dziękuję. - posłała mi delikatny uśmiech, przy którym jej błękitne oczy zajaśniały radośnie i szczerze. Skinąłem głową. - Przydałoby się przebrać i wyprać tę suknię... krew ciężko schodzi. - zrozumiałem aluzję i wstałem, podpierając się na ręce. Otrzepałem dłonie.
 - Będę czekał na dole, obiad pewnie już jest gotowy. - podszedłem do drzwi. - A co do krwi, użyj soli.
 - Soli? - Na to pytanie skinąłem głową. Wieloletnie doświadczenie z Wampirem przygotowało mnie na najgorsze okoliczności. Po krótkiej konwersacji opuściłem pokój i skierowałem się do sali głównej gospody.

 - Dawno nie jadłem niczego tak pysznego... - mruknąłem wbijając sztuciec w kolejny kawałek dobrze wypieczonego mięsa. Prawdopodobnie wieprzowiny, która była tak ogólnie dostępna. Do tego kasza i jakiś sos, czyli w porównaniu do mojej codziennej diety - prawdziwe rarytasy. Kątem oka dostrzegłem uśmiech na twarzy Riliane, która ubrana w nową, czystą sukienkę jadła o wiele wolniej ode mnie i z o wiele lepszą kulturą. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nazwał mnie wtedy prosiakiem, chociaż wcale się nie ubabrałem. Po prostu jadłem szybko, trochę zachłannie. Co poradzić, skoro od dobrych kilku tygodni leciałem na suchych korzonkach i pierwszej lepszej wodzie, z pierwszego lepszego stawu. Takie pyszności nie były dla mnie, Szamana z zapędami do parzenia herbatki. Słabej herbatki, bez smaku i zapachu, zrobionej z własnej mieszanki ziółek. Do tego szlajającego się po świecie i nocującego pod gołym niebem. Chociaż, szczerze? Nie narzekałem na ten żywot. Lubiłem go i przyzwyczaiłem się, bo spędziłem tak prawie pół wieku. To była już po prostu nieodłączna część mnie, jak Elfy i szpiczaste uszy, Krasnoludy i kowalstwo, Południce i rozległe pola, z których zboże wręcz się wylewało.
 - Cieszę się, że smakuje. - powiedziała tęga gospodyni, która zaraz zniknęła w sali obok. Oblizałem usta, czując sos w kąciku ust. Jedzenie często przyczepiało mi się do szwów, przez co czułem się nieswojo gdy jadłem. Zawsze miałem wrażenie, że wychodzę z brudnymi sznurkami, to od napoju, to od kawałka mięsa. Dlatego też, wręcz nałogowo się oblizywałem i dodatkowo przecierałem usta dłonią. 
 - Jeszcze raz, dziękuję za posiłek. - rzekłem, zwracając się tym razem do dziewczyny. Ponownie skinęła głową. Cóż, dalej to co pamiętam, to mocne szarpnięcie od tyłu za kołnierz i lądowanie na zimnych panelach. But na policzku i krzyk towarzyszki. No i długi wywód o tym, jakie to Moccobi są niegodne zaufania i że znając życie zdążyłem już coś podwędzić z jej sakwy.

 - A jak było na serio? - Napotkałem znudzony wzrok przyjaciela, który postanowił przerwać mi w najciekawszym miejscu opowieści. Bąknąłem niezadowolony pod nosem, bo absolutnie nie podobała mi się wizja opowiadania prawdziwego biegu zdarzeń. - Wiem, że kłamiesz, Sivik, po prostu powiedz jak było i wszyscy będziemy szczęśliwi. Potem gubisz się we własnych kłamstwach i słabo to wychodzi. Jesteś plotkarą i łgarą jaką mało, więc po prostu przestań brnąć w to gówno.
 - Dobrze, niech ci będzie, Panie Wiem Wszystko Najlepiej. - burknąłem. - Tak na serio, to tylko mnie zaczepili, a potem zamówiliśmy piwo, no i jakoś poszło. Nie wszystko pamiętam, bo jednak jak alkohol zaszumi w głowie, to nie ma zmiłuj. Wiem tylko, że miałem cholernego kaca. Pewnie potem dobiliśmy coś jeszcze oprócz tego "Złotego Trunku Bogów".

< Sialalalalalalal co ja robię ze swoim żywotem >

Od Riliane do Sivika

Uniosłam głowę, aby przyjrzeć się twarzy mężczyzny. Czy mogłam mu zaufać? Tego nie mogłam stwierdzić jednoznacznie. Jego twarz wydawała się być życzliwa lecz mogły być to tylko pozory. Po za tym ta chęć pomocy mi wydawała się być co najmniej dziwna. Jednak na chwilę obecną nie pozostało mi nic tylko mu zaufać.
- Dobrze, ale w gospodzie. - zgodziłam się na propozycję. Chciałam się jak najszybciej dostać do gospody by móc się spotkać z moimi towarzyszami, którzy swoją drogą pewnie już powoli ruszali w kierunku miasta.
- A więc chodźmy. - Powiedział i ruszył. Ja ruszyłam za nim lekko kuśtykając. - Może pomóc? - zapytał na co przytaknęłam po czym wsparłam się na mężczyźnie.
- Jestem Ane, a Ty? - przedstawiłam się.
- Sivik. - odparł. Reszta drogi minęła w ciszy. Zresztą nie było jej zbyt dużo. Szliśmy może trzy minuty przez które zastanawiałam się co mogło się stać z moimi towarzyszami. Może byli ranni? Mam nadzieję, że nikt nie zginął. Bowiem byli to ludzie dla mnie bliscy i zaufani. Pomimo iż każdy miał ponad trzydzieści lat bardzo dobrze mi się z nimi dogadywało. Nie traktowali mnie ciągle jako osobę wyższą tylko raczej jako kompana podróży co mi bardzo pasowało. Zresztą większość znałam przed wyprawą na kontynent. Byli oni jednymi z najbardziej zaufanych osób ojca. Gdy już dotarliśmy oddałam konia stajennemu i zdjęłam z klaczy torbę. Weszłam do karczmy, a za mną Sivik i podeszłam do pierwszej napotkanej osoby z obsługi.
- Witaj, czy mogę porozmawiać z właścicielką?
- Oczywiście. - odpowiedziała pulchna kobieta i po chwili zniknęła. W świetle mogłam się lepiej przyjrzeć towarzyszącemu mi mężczyźnie. Mogłam z całą pewnością stwierdzić iż nie pochodził ze stolicy czy też z królestwa. Obstawiałabym że pochodzi z Matrikaru lub z otaczających go wysp. Był też całkiem wysoki. No dobrze może trochę bardziej niż całkiem wysoki. Tak szybko jak zniknęła na jej miejscu pojawiła się inna kobieta o podobnej tuszy.
- Witaj, złotko. - przywitała mnie. - O, i witaj młodzieńcze - zwróciła się do mojego tymczasowego towarzysza. - Co Was sprowadza w moje skromne progi?
- Zakwaterowanie. - odparłam.
- O, niestety to nie możliwe. Wszystko mamy zajęte, ale może uda mi się znaleźć dla Was coś w gospodzie obok. - w jej głosie była troska. Wydawała się mi być miłą, szczerą osobą.
- Myślę, że jednak coś jest. - powiedziałam to i wyciągnęłam monetę z godłem państwa z którego pochodzę. Niby zwykły przedmiot ale na drugiej stronie nie było żadnej wartości czego zapewne nie dojrzeli inni niż ja i ta kobieta.
- Ach, tak pamiętam! Była rezerwacja! Zapraszam za mną. - przechodząc między stolikami i wymijając osoby chodzące po pomieszczeniu dotarliśmy do schodów. Wspięcie się na drugie piętro wymagało ode mnie sporego wysiłku nawet przy dosyć sporej pomocy ze strony Sivika. Przeszliśmy przez korytarz. Kobieta wskazała drzwi oraz dała klucz do pokoju - Jakbyś potrzebowała czegoś to proś śmiało!
- Poprosiłabym o dwa posiłki. - po czym wręczyłam kobiecie zapłatę za zamówienie. Gospodyni po chwili zniknęła, a my weszliśmy do pokoju, a raczej do niewielkiego prostokątnego korytarzyka. Idąc dalej weszliśmy do dużego pokoju w którym już paliły się świece. Na podłodze leżał dywan a trzy ściany były z drewna. Po lewej stronie stało duże łóżko oraz duża drewniana ława pod oknem. Na środku stał stół z trzema krzesłami, a po prawej stronie była balia zasłonięta parawanem. Ta ściana była zwykła, murowana. Rzuciłam torbę na łóżko. A płaszcz zdjęłam i powiesiłam na wieszaku - A więc? Mam coś zrobić? - zapytałam się odwracając się do mężczyzny.
- Na razie nie. - odparł. Podszedł do drewnianej ławy i wyciągnął ją bardziej na środek - Siadaj - polecił. Posłuchałam jego polecenia. Domyślałam się że z raną będzie nieciekawie. Szybko podwinął moją suknię do miejsca gdzie przylepiała się do rany. - Teraz może zaboleć. - poinformował mnie na co skinęłam głową. Szybkim ruchem podwinął dalej sukienkę. To co zobaczyłam było czymś okropnym choć rana zajmowała pięć centymetrów była dosyć głęboka. Dodatkowo wokoło było dużo krwi.
- Domyślam się, że nie wygląda to za dobrze. - skomentowałam podczas, gdy Sivik przyglądał się ranie.

< Sivik? Mam nadzieję, że nie jest to takie tragiczne D: >

Od Sivika do Rilliane

 Zdjąłem kaptur i rozglądnąłem się po okolicy. Nie miałem absolutnie pojęcia jakim cudem nagle wylądowałem w samej stolicy. Nigdy nie przepadałem za tym miejscem. Wszechobecny przepych, hałas, tłok, chaos. Ilość ludzi, stworzeń magicznych. Wszędzie żebracy, pijacy i kobiety do towarzystwa. Broni nie wyjmiesz, a o kradzież tu łatwiej niż o napatoczenie się na Utopce będąc na Moczarach. Dobrze jest więc trzymać sakiewkę w butach, o ile masz buty, a nie biegasz po lasach na bosaka, jak ja w tym momencie. Nawet nie przyszło mi założyć onucy, więc dalej kaleczyłem stwardniałą już od blizn podeszwę. Ból już dawno zniknął, nie było po nim śladu, jakbym nie posiadał nerwów w tamtej części ciała. Mimo to dalej potrafiłem tak ostrożnie i delikatnie stąpać, uważając na czyhające w wysokich trawach niebezpieczeństwa. Schlebiasz sobie Siviku, nigdy taki nie byłeś, czyżby przyszedł do ciebie kryzys wymagający podbudowania twojego ego? Prawdopodobnie tak.
 Majacząca w oddali istota na koniu. Bądź centaur. Nie był pewien. Nie ufał swoim oczom, odkąd zmarli go mamili. Zawsze się szczypał, dopytywał innych, czy dostrzegają to samo i nawet gdy mówili, że tak, że to prawda, on im nie ufał. Nie ufał nikomu, nawet sobie samemu. On sam mógł być już kimś innym.
 Przetarłem zmęczoną twarz, rozejrzałem się, skanując wzrokiem otaczających mnie ludzi. Elfy, Niziołki, Krasnoludy. Różne warstwy społeczne, jedni spoglądali z wyższością na innych. Szczególnie Elfy. Zarozumiałe istoty, nigdy nie zrozumiem jak można aż tak idealizować swoją rasę przy innych. Jak można tak gardzić kimkolwiek, jak oni czynią to wobec Krasnoludów.
 - Uważaj, idioto! - charknięcie i mocne pociągnięcie w bok. Upadłem na twardą, brukową kostkę, a w miejscu, gdziem przed chwilą spoczywał, po chwili rozbrzmiał tętent kopyt poważnych rozmiarów konia. Sapnąłem cicho, wyobrażając już sobie moją pokiereszowaną osobę, która dopiero co napotkała smak stalowych podków. Mój wzrok powędrował do góry, by natrafić na masywnego męża, który właśnie założył ręce na piersi, spoglądając na mnie jak na skończonego debila. Zerwałem się na równe nogi, wspomagając silnymi ramionami i otrzepując rybaczki stanąłem twarzą w twarz z wybawcą. Posiadaczem groźnej twarzy, lecz ciepłych, radosnych, a do tego pełnych troski oczu. Skinąłem szybko głową, dziękując przy tym z całego serca. Odwzajemnił się tym samym, po czym odwrócił do kupca, z którym na nowo nawiązał konwersację. Pozostało mi ruszyć dalej, błagając przy tym los o łaskę, gdyż nie chciałem skończyć ograbiony, albo, co gorsza, martwy.
 Sapnięcie. Obojętny wzrok mieszczanina. Chociaż nie, bliżej było mu do zarozumiałego szlachcica. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że jest zadurzonym w sobie Elfem bez krzty empatii. Czy już wspominałem, jak bardzo gardzę tymi istotami? Oczywiście, że są wyjątki od reguły, ale zdarzają się bardzo rzadko, więc tak, czy siak, wrzucę wszystko do jednego wora. Jedyne co zrobił, to zagarnął kosmyk złotych włosów za szpiczaste ucho [na sto procent Elf] i wyminął panienkę, która zebrała wszystkie swoje siły, by oprzeć się o konia. Konia, który prawie mnie rozjechał. Zmarszczyłem brwi, widząc tę zniewagę i wpychając dłonie do kieszeni materiałowych spodki, skierowałem się ku rudowłosej dziewczynie. Uginała zranioną nogę. Mocno zranioną, bo krwawiła zdecydowanie zbyt obficie. Jakby nie trafiła na gałąź, czy kamień. Jakby ktoś specjalnie przeciął jej członek, by osłabić to dziecię.
 - Pamiętaj, synu. Nie ważne czy to inny Moccobi, czy człek, czy byt wyższy. Okazuj wszystkim ten sam szacunek, to samo zrozumienie, to samo uczucie, bo każdy to twój bliźni, w którym możliwie kiedyś będziesz szukał oparcia. Karma istnieje, tak samo jak duchy. Pomagaj, a będzie ci to wynagrodzone.
 Słowa zabrzmiały w mej głowie na tyle głośno, by na chwilę, a może dwie, wytrąciły mnie z równowagi. Głos ojca był wyraźny, jakby nie znajdował się tysiące kilometrów ode mnie, a na wyciągnięcie mojego długiego ramienia. Przetarłem palcami skronie, a gdy szum ucichł całkowicie, skierowałem się ku zranionej istocie.
 - Cóż za bezduszne stworzenia stąpają po tej ziemi, nie pomóc innemu osobnikowi w potrzebie. Okrucieństwo. - mruknąłem, ściągając na siebie jej uwagę. Obleciała mnie wzrokiem. Od długich włosów, przez lnianą koszulę, po gołe, zakrwawione i brudne stopy. - Któż tak panienkę skrzywdził? Wygląda poważnie. - stwierdziłem przypatrując się ranie.
 - Czy wiesz, gdzie znajdę Gospodę pod Złotą Gęsią? - Spytała się, całkowicie ignorując moją poprzednią kwestię. Jakbym nie mówił, tylko przyglądał jej się od jakiegoś czasu bez słowa. Jakbym nie przywiązywał wagi do jej stanu zdrowotnego, a był jedynie zwykłym przechodniem, który potraktuje ją jak tamten blondyn.
 - Jesteś pewna, że chcesz iść do gospody? Wolałbym wskazać ci drogę do najbliższego medyka, albo przynajmniej znachora. - założyłem ręce na piersi, spoglądając to na drobną dziewczynę, to na jej wierzchowca. Stał spokojnie, dbając o to, by kobieta znajdowała się w pionie i utrzymywała równowagę.
 - Gdzie znajdę Gospodę pod Złotą Gęsią? - powtórzyła, tym razem bardziej wymagającym odpowiedzi tonem. Jakby nie znosiła sprzeciwu, a myśl o czyjejś opiece ją obrzydzała. Zmarszczyłem brwi. Chciałem być kulturalny i pomóc. Widocznie rasa damy w opresji już wyginęła, a ranne istoty wyrzekają się wsparcia jak kukułki swojego potomstwa. Westchnąłem cicho i spojrzałem ponownie na ranę. Krew powoli ciemniała, ale plama się powiększała, jakby jucha nie chciała zakrzepnąć, tworząc przy tym wielkiego strupa. Rozcięcie musiało być duże, czekające na szwy założone przez porządnego, doświadczonego w swym zawodzie lekarza.
 - Ale...
 - Nie potrzebuję pańskiej pomocy, gdzie jest ta gospoda. - wycedziła przez zęby. Przez głowę przeleciała mi myśl, że ta dziewka jest twardym orzechem do zgryzienia, a uparta jak ostatni muł. Przewróciłem chłodnymi oczami, czując już znudzenie i poddenerwowanie tą sytuacją. Nie zapowiadało się na to, by któreś z nas odpuściło, więc zostało nam trwać w tej karuzeli przekonywań i zaprzeczeń. Podparłem biodra dłońmi i spojrzałem na nią z wyraźną wyższością. Nie trudno o to było, bo dzieliła nas ponad głowa.
 - Dobrze, zaprowadzę cię do niej o ile pozwolisz mi to zobaczyć i w razie czego, opatrzyć. - przystałem na jej prośby, nie odpuszczając jednak swoich. Chciałem mieć wewnętrzną pewność, że zrobiłem dobrze i że dziewczyna nie wykrwawiła się w pokoju motelu. Nie dla niej, nie dla nikogo. Dla samego siebie. Dla własnego poczucia, że moja moralność wcale nie jest tak beznadziejnie podeptana oraz, że mam jakieś priorytety, jak życie drugiej istoty. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym ją tak zostawił, jak tamten pieprzony blondasek. - Proszę... - starałem się wyrazić jak najwięcej skruchy, współczucia i bólu, co prawdopodobnie nie wyszło tak, jak chciałem, ale mniejsza o to. Liczą się chęci, prawda?

< GodDamnIt co to ma być. Bardzo przepraszam za ten bełkot bez ładu i składu, no ale musiałam piękności odpisać >

niedziela, 16 lipca 2017

Od Riliane

W ciągu swojego życia zawsze dosyć dużo podróżowałam. Ojciec chciał mi pokazać jak najwięcej oraz nauczyć mnie jak najwięcej. Do niedawna podróże te były dla mnie bardziej przyjemnością niż obowiązkiem. Jednak wszystko zmieniło się rok temu kiedy mój ojciec poważnie zachorował i nie był już w stanie zarządzać królestwem. W ciągu krótkiego okresu zostałam wysłana na kontynent.

* * *

Siedziałam w jednej z komnat posiadłości hrabiego Kalan i patrzyłam na widok rozpościerający się z okna, a był on cudowny. Niewielki zamek mieścił się na wzgórzu i Był otoczony lasem a w dole rozciągał się widok na jezioro. Jednak znajdował się spory kawałek od pierwszego miasta czy wsi, ponieważ hrabia cenił sobie ciszę i święty spokój, a ugościł mnie tylko z powodu iż był winny przysługę mojemu ojcu. Został on bowiem uratowany przed niedźwiedziem podczas jednego z wspólnych polowań. Z moich rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Szybko odwróciłam się w kierunku drzwi.
- Proszę. - Powiedziałam. W drzwiach ukazała się młodziutka pokojówka Ashey.
- Przeszkodziłam w czymś Pani? - zapytała
- Nie. Co Cię do mnie sprowadza?
- Hrabia prosił abyś się do niego pani stawiła o godzinie dwunastej.
- Przekaż mu, że przyjdę. - na te słowa pokojówka skinęła głową i wyszła. Spojrzałam na zegar, wskazywał godzinę dziesiątą. Żeby zabić czas postanowiłam udać się na przejażdżkę konną po lesie. Ubrałam płaszcz i powiadomiłam Analind - moją doradczynię i ruszyłam w kierunku stajni. Bez problemu odnalazłam tam klacz którą powierzył mi Hrabia na okres przebywania u niego. Zawołałam stajennego, który osiodłał mi ją. Po chwili jechałam już po leśnej ścieżce prowadzącej nad jezioro i prawdopodobnie wzdłuż niego. Jazda konna była dla mnie relaksem przy którym gubiłam rachubę czasu. Nim się spostrzegłam minęło już półtorej godziny i musiałam wracać. Odprowadziłam szybko klacz do stajni i ruszyłam do gabinetu. Spojrzałam na zegarek, wiszący w korytarzu obok drzwi, wskazywał godzinę dwunastą. Zapukałam do drzwi i po chwili otworzył je hrabia. Był on wysokim i szczupłym człowiekiem koło pięćdziesiątki. Sprawiał wrażenie surowego ale w rzeczywistości był serdecznym człowiekiem.
- Witaj hrabio Kalanie.
- Witaj, Panno Riliane, proszę wejść. - zaprosił mnie do środka po czym wskazał dłonią fotel na werandzie. Usiadłam na nim zaś hrabia zajął kanapę naprzeciwko mnie. - Zapewne zastanawiasz się po co wezwałem Cię tutaj na godzinę przed wyjazdem. Otóż chciałbym ci coś dać. - wyciągnął pudło z ciemnego drewna i mi je podał.
- Dziękuję. - Otworzyłam pudełko i moim oczom ukazał się zdobiony srebrny sztylet. Ostrze było proste, a rękojeść była w kształcie głowy feniksa o oczach z szafiru. - Jest piękny, dziękuję.
- Jest to wyrób z Cellanu, ale jedyny w swoim rodzaju. Liczy on sobie trzysta lat i według pewnej legendy posiada moc ochrony właściciela. A tego wybiera sobie sam. Dostałem go kilkanaście lat temu od Twojego ojca. Zaraz potem zdarzył się incydent z niedźwiedziem. Król twierdził, że widział ognistego ptaka, który przywiódł go do mnie. Nie wiem ile jest w tym prawdy ale wierzę, że ta rzecz nie jest sobie taką zwykłą. Przyjmij go i zawsze noś przy sobie. - powiedział z pełną powagą na twarzy. Następnie sięgnął po jeszcze jedną rzecz. Była to prosta pochwa na sztylet. Nie wyróżniała się niczym od innych. Po chwili została podana mnie.
- Dziękuję raz jeszcze. - uśmiechnęłam się po czym wsadziłam nóż do pochwy i przypięłam ją do sukni.
- To tylko drobny akt wdzięczności. Pamiętaj, że możesz zawsze na mnie liczyć. - uśmiechnął się do mnie i wstał - Niedługo wyruszasz. Pozwól, że odprowadzę cię do twojej komnaty.
- Dobrze. - zgodziłam się i ruszyliśmy. Nie szliśmy w ciszy rozmawialiśmy o różnych sprawach. Pożegnaliśmy się przez próg pokoju. Niedługo po tym nadszedł czas wyjazdu. Jednak hrabia już mnie nie żegnał. Od jego służącego dowiedziałam się, że dostał pilny list i musiał szybko wyruszyć. Przeprosił w imieniu swojego pana i odszedł. Wsiadłam do powozu po czym odjechałam zostawiając zamek za sobą. Podróż do stolicy miała potrwać kilka godzin więc postanowiłam się zdrzemnąć.

* * *

Mocne zatrzymanie pojazdu wybudziło mnie ze snu. Delikatnie uchyliłam zasłonę w oknie. Zachodziło słońce,a miast było w odległości około kilometra. Już chciałam wyjść z pojazdu ale głos obcego mężczyzny powstrzymał mnie przed tym.
- No gadaj, kto tam jest. - powiedział mężczyzna o chrapliwym głosie. - Inaczej sami się tego dowiemy.
- Nie. - odparł Joshua. - Nie tkniecie jej. - jego ton był stanowczy i niewzruszony jak zwykle. Szybko zatrzasnęłam drzwi od środka.
- No dobra. - powiedział inny głos. Tym razem był to człowiek o melodyjnym głosie. Zapewne ktoś młody. - Jak nie po dobroci… - usłyszałam odgłos stawianego oporu po czym ktoś szarpnął za drzwi po lewej stronie. - Dziewczynko, otwórz nie zrobimy Ci krzywdy... zbytniej.
- Nie wychodź. - usłyszałam polecenie Joshuy. Potem usłyszałam tylko dźwięk krótkiej walki przerwany nagłą ciszą.
- Wyjdź albo zrobimy jej krzywdę. - usłyszałam głos osoby trzeciej. Z całą pewnością było ich więcej niż łączna moja świta, która liczyła osiem dobrze wyszkolonych w walce osób. Delikatnie uchyliłam zasłonę. Zauważyłam pięć osób. Jedna z nich trzymała krótki miecz przy szyi Analind. Zwolniłam blokadę drzwi i odsunęłam się od nich. Po chwili drzwi zostały otworzone. Moim oczom ukazał się łysy mężczyzna.
- Wyłaź. - krzyknął do mnie. Nie miałam wyjścia jak posłuchać jego polecenia. Zbliżając się do wyjścia poprawiłam płaszcz tak by zasłaniał podarunek od hrabiego. Gdy byłam już przy drzwiach silna łapa mężczyzny wyciągnęła mnie na zewnątrz. Rozejrzałam się wokoło. Mężczyzn okazało się być jedenastu. Każdy z nich był wyposażony w broń.
- A więc kim jesteś? - zapytał mnie ten o chrapliwym głosie. - Hrabina? Córa kupca?
- Nikim na kogo warto zwrócić uwagę. - odparłam. Dzięki skromnemu konwojowi oraz mojemu ubiorowi raczej nie mogli domyślić się mojego pochodzenia. - Nie mamy czego wam dać. Puśćcie Analind. - zażądałam.
- Nie tak łatwo. Co macie cennego? A może Ty jesteś cenna? - złapał mnie za twarz i przypatrzył się jej. - Myślę, że masz jakąś wartość. - Szybko oswobodziłam się z uścisku mężczyzny.
- Korzystne dla Was będzie zostawienie nas w spokoju. - odezwał się Joshua, jednak po chwili ktoś go uciszył ciosem w brzuch. Była dla mnie to trudna, ale nie nowa sytuacja. W jednej z podróży z ojcem zaatakowali nas piraci. Nie wiele pamiętałam z tej sytuacji, ale wiedziałam ile zimna krew może zdziałać.
- Jeżeli chcecie coś zyskać na nas wystosujcie odpowiednie pismo do hrabiego Kalan, jestem pewna, że uda wam się wynegocjować Wasze życie. - Posłużyłam się nazwiskiem hrabiego bez jego zgody ale byłam pewna, że radziłby mi zrobić to samo. Był on wpływowym człowiekiem posiadającym ludzi podążającymi za jego ideałami nie tylko pieniędzmi.
- Myślisz, że nas on obchodzi? Ładujcie ich na wóz. - polecił swoim ludziom i złapał mnie. Szybkim ruchem wyciągnęłam i wbiłam sztylet w pierś bandyty. Krew zabrudziła mi suknię. Moi towarzysze rozpoczęli walkę z przeciwnikami.
- Wsiadaj na Rinę i jedź do miasta do gospody. Spotkamy się jutro. - poleciła Analind. Nie protestowałam. Schowałam sztylet do pochwy, wskoczyłam na klacz po czym ruszyłam do miast. Mijając jednego z mężczyzn poczułam jak jego krótki miecz wbijał mi się w udo. Pomimo bólu ruszyłam dalej nie oglądając się z siebie. Gdy byłam już w mieście było niemalże ciemno i z pewnością praktycznie pusto. Zsiadłam z konia i ruszyłam przed siebie. Czułam, że moja noga płonęła. Musiałam szybko rozejrzeć się za gospodą. Znajdowałam się obecnie blisko pałacu więc miejsce mojego noclegu powinno być gdzieś w pobliżu. Niedaleko przede mną ujrzałam postać mężczyzny. Podeszłam do niego .
- Witaj. Wiesz może gdzie jest gospoda pod Złotą Gęsią? - zapytałam. Po chwili poczułam jak moje nogi się uginają i upadłam na kolana. Dotknęłam dłonią rany. Było tam dużo krwi. Szlag by to. Zacisnęłam zęby i wstałam wspierając się na mojej klaczy.

< Ktosiu? >