Elfie uszy poruszyły się, gdy dotarł do nich odgłos zupełnie inny od typowo miejskiego gwaru. Na początku nie wiedział dokładnie, do kogo należy. Może ktoś dokonywał napadu? Na samą myśl o tej sytuacji ciało edeńskiego sługi spięło się gwałtownie i przygotowało do wystrzelenia do przodu, aby powstrzymać grzesznych Synów Adama przed dalszym naznaczaniem społeczności tego miasta zgnilizną zła. Bowiem każdy uczynek ma konsekwencje, a jeśli poprzedzony został niegodziwymi intencjami, trudno było o skutki innej natury. Mimo tego, pozostał na miejscu, przenosząc spojrzenie na oblicze mężczyzny, jaki przed nim stał. Im dłużej na niego spoglądał, tym gorszy ucisk czuł w tym ludzkim sercu, bijącym znacznie szybciej niż jego anielski odpowiednik. Taka była już cecha Edeńczyków — Wszechojciec obdarzył ich dwoma sercami, jakie miały pomagać im podejmowaniu odpowiednich wyborów. Cóż jednak miał uczynić zagubiony Carreou, gdy te nie godziły się z prawymi zasadami Metatrona, wyrytymi złotymi literami w jego umyśle? Jeśli wywoływały okropne uczucia na podobieństwo tych, jakie miotały stworzeniami niższego sortu, paskudnymi śmiertelnymi? Gdy nadal żyły wspomnieniami, starym życiem anioła, które, jak mu powiedział jego najdroższy nauczyciel, jedynie sprowadzały go na drogę obłudy i nieprawości?
Z przemyśleń wyrwał go nagły ruch podejrzanego osobnika, który ku zdziwieniu wprawił w ruch także Carreou. Spomiędzy bladych ust wyrwało się syknięcie pełne oburzenia. Bowiem jak to możliwe, że byle śmiertelnik zbliżył się po raz kolejny w przeciągu paru chwil do bożego dziecięcia, a w dodatku śmiał go pochwycić w swe dłonie? W głowie blondyna pojawiła się myśl, czy raczej impuls, każący mu dobyć miecz i zaatakować napastnika, jaki przekroczył widoczne tylko dla anioła granice. Kiedy jednak chciał podnieść ręce, zerknął po raz kolejny w oczy ciemnowłosego i utracił prawie zupełnie kontrolę nad ciałem. Resztkami własnej świadomości pomyślał, że znowu poddaje się przeszłości, jaką miał zostawić za sobą. Ten Carreou, dziecinny, słaby i kruchy był jedynie kotwicą, jaka trzymała go na tym brudnym padole i uniemożliwiała wspięcie się na wyżyny. I w tej chwili, w tej jednej ważnej chwili ten nieporadny anioł poddał się bezwiednie wyższemu mężczyźnie, wpatrując się ufnie w jego oblicze.
— Cichutko, proszę.
Blondyn spijał z warg słowa nieznajomego jak strudzony podróżnik złocisty miód. Nie zwrócił nawet większej uwagi na wyraz twarzy grzesznika. Zapewne gdyby ciało nadal nie było pod specyficznym wpływem silniejszej istoty, osunąłby się na kolana, gotowy wykonać wszystko, o co ten poprosi. Aby okazać słabość. Cholerną słabość. Ale Carreou nie mógł już być słaby, nie dla żadnego śmiertelnika.
Gdzieś ulicą przeszli pospiesznie ludzie, anioł zerknął na nich szybko, nie zawracając sobie głowy nic nie znaczącymi szczegółami. Dopiero w chwili, jaką uznał za stosunkowo bezpieczną, zebrał się w sobie i mimo niemego protestu starego anioła, chwycił mężczyznę za nadgarstek, aby oderwać dłoń od swych ust.
— Preferowałbym, abyś nie naruszał mojej przestrzeni osobistej, Synu Adama. Jeśli nastąpi to ponownie, będę zmuszony podjąć odpowiednie kroki, jakie mogą zakończyć się dla ciebie w sposób nieprzyjemny — Czoło Edeńczyka zmarszczyło się wraz z jasnymi brwiami w akcie czystego niezadowolenia — Pragnę także wyjaśnień.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barwy światła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barwy światła. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 maja 2019
środa, 20 marca 2019
Od Sivika do Carreou
Przez dłuższą chwilę naprawdę z uporem godnym maniaka wmawiał sobie, że to wszystko było tylko i wyłącznie efektem uderzenia, adrenaliny buzującej we krwi i ogólnego rozdrażnienia połączonego z roztargnieniem. Że tylko dlatego, że tylko przez połączenie się tych wszystkich czynników, tak bardzo to nim tąpnęło i tylko dlatego odnosił wrażenie, że skądś znał mężczyznę, że kiedyś już go spotkał. Że znał świdrujące, błękitne oczy.
Zaciskał kurczowo palce, wyrywając spomiędzy kostki kępki trawy i chwastów. Chuchnął, sapnął, jęknął, raz, drugi, przy okazji nie spuszczając wzroku z głównej przeszkody na drodze ucieczki, która szła już tak dobrze, tak płynnie, bez szczególnych problemów.
To zawsze musiało się zjebać i do tego w tak spektakularny sposób, prawda?
Odgarnął zdecydowanie zbyt długie kudły na prawą stronę, byle odsłonić sobie chociaż jeden fragment widoku, byle nie być już całkiem zgubionym i byle być w stanie nasłuchiwać, bo potencjalne zagrożenie wciąż nie zniknęło.
— Nic ci się nie stało, o-obywatelu? Proszę wybaczyć me roztargnienie. Nie zdałem sobie sprawy, że obywatel zmierzał w moim kierunku. — Były szaman chciał już odpowiedzieć, może uspokoić mężczyznę, gdy usłyszał hałas. Hałas, który nie zapowiadał niczego dobrego, wręcz przeciwnie. Przypominał tylko i wyłącznie o straży, która najwidoczniej nie zapomniała o występku i wciąż goniła, coś ostatnimi czasy pechowego, mężczyznę.
Warknął, syknął, rozglądnął się szybko i równie żwawo popędził przed siebie, zagarniając przy okazji materiał koszuli mężczyzny w garść i wręcz targając go za swoją osobą, bo pragnął jedynie zakopać się w ciemnej uliczce między starymi budynkami, dbając przy tym o to, by ten przypadkiem nie wpadł na pomysł puszczenia farby.
Może dlatego skończył przyklejony plecami do ściany, z jedną dłonią na ustach, a drugą na plecach blondyna, wręcz bojąc się nawet głośniej odetchnąć, świadomy faktu, że z tego miejsca zbyt dużego pola manewru nie miał.
— Skąd go znam? — spytał rozgoryczony, rozwierając delikatnie powieki trzeciego oka. Odpowiedziała mu cisza. Odpowiedział mu wszechobecny milczący mrok. — Kim on jest? — powtórzył, pozwalając sobie na ukrócenie słabej widoczności. Ognisto czerwona poświata delikatnie pulsowała. Istota miała zamknięte oczy.
Mężczyzna krzyknął. Raz, drugi.
Głucha, wiercąca dziurę w brzuchu cisza. Brak jakiejkolwiek odpowiedzi.
Przecież miały ucichnąć już na wieki.
— Kim on jest, do cholery — ryknął, paszcza rozwarła się, oczy zobaczyły wszystko. Drażniąco białe światło wręcz buchnęło z piersi stojącego przed nim młodzieńca, znacząc charakterystyczne znaki na klatce piersiowej.
Fuksjowy pysk kłapnął, wilk warknął.
Trzecie oko zamknęło się.
Obiecał, że nigdy tam nie wróci, obiecał, że przestanie.
Jednak czuł, że w tym wszystkim jedynie duchy będą w stanie mu pomóc.
Chociaż jedynie przyprawiły go o zawroty głowy i skrzywienie twarzy, gdy zreflektował się, że pozwolił sobie na zbyt wiele po tak długiej przerwie.
— Cichutko, proszę — wyszeptał, siląc się na uśmiech i mrużąc przy okazji oczy. Wszystko to przepełnione dziwnym zaufaniem co do błękitnych tęczówek.
poniedziałek, 10 grudnia 2018
Od Carreou do Sivika
Pędzel przesuwał się po płótnie w szaleńczym tańcu, zostawiając za sobą barwne linie i fantazyjne zakręty, urzeczywistniał wizję malarza, który ze skupieniem wodził wzrokiem za swoim narzędziem. Co jakiś czas twórca zmieniał farby, aby już w następnej chwili powrócić do tworzenia czegoś, co pojawiło się już dawno w jego głowie. Blondyn nie zwracał nawet uwagi na wiatr, szarpiący chustą, która otaczała jego głowę wraz z szyją. Pomagała też młodzieńcowi w jakimś stopniu odizolować się od szeptów ludzi, którzy to przystawali, czasami tylko na minutę, czasami na dłużej, aby przyjrzeć się dziełom mistrza. Od kiedy kilka obrazów Carreou trafiło na królewski dwór, imię twórcy zaczęto powtarzać coraz częściej na eleganckich bankietach, a co za tym szło, więcej listów z prośbami o namalowanie rodzinnych portretów trafiało do anioła zapewne w magiczny sposób. Magowie nie należeli do ulubionych gatunków Carreou, chociaż dopóki pomagają mu wyżyć na jako takim poziomie, mógł łaskawie pozwolić im jeszcze trochę pożyć w spokoju. Nie było to iście niebiańskie podejście do spraw materialnych, lecz jeśli się egzystuje między ludźmi, należy dostosować się do nich w jak największym stopniu. Ta lekcja życiowa pozostała w pamięci anioła najdłużej. Nie wiedział dokładnie, dlaczego, jednak coś mu podpowiadało, że część rzeczy, mimo wszystko, powinna zostać zapomniana.
Wystarczyło, żeby tylko odwrócił sztalugę wraz z obrazem w stronę zebranej gawiedzi, aby z kilku ust wydobył się jęk zachwytu. Ktoś nawet wyrwał się do przodu, z monetami na dłoni. Blondyn opuścił wyniosłe spojrzenie na rękę i aż parsknął krótko.
— Piętnaście? — spytał Carreou, wkładając pędzel do glinianego naczynia, wypełnionego wodą i zbliżając się do mężczyzny — Za małe minimum dwadzieścia pięć. Ni mniej.
Nie wiedział, do kogo te słowa należały.
Ale i tym razem, część rzeczy powinna być zapomniana.
Cały swój dzienny zarobek włożył do sakwy, a następnie zarzucił na ramię plecak, wypełniony farbami i pędzlami. Obraz, który nie udało się artyście sprzedać nawet za kilka marnych groszy, przytroczył rzemieniem do torby, byleby tylko mieć ręce wolne. A te drżały mu na sam widok gojącej się na dłoni rany, którą zaledwie chwilę później na nowo otworzył nożem. Niczym spragniony podróżnik na pustyni zaczął spijać złote krople, czując, jak przyjemne ciepło i wewnętrzny spokój ogrania młodzieńca od środka. Od momentu, gdy spróbował własnej krwi, zrozumiał, dlaczego ludzie korzystają z tylu substancji, byleby tylko uciec od świata, w jakim przyszło im żyć. Narkotyki pozwalały chociaż na chwilę odprężyć się, zrelaksować i po prostu zatrzymać, nawet jeśli strumień życia nadal przepływał obok człowieka w szalonym tempie.
Gdzieś od strony sąsiedniej ulicy dobiegł krzyk. Nie wyłapał dokładnie słów. Nie były one ważne. Sam ton, w jakim zostały wypowiedziane świadczył o tym, że coś się dzieje, że ktoś potrzebuje pomocy. Nawet jeśli miała być to trywialna sprawa, zupełnie niegodna interwencji anioła, postanowił przyspieszyć kroku. Zaraz zobaczy zakręt, dzięki któremu trafi na odpowiednią drogę. A wtedy będzie mógł pomóc śmiertelnym, zrobić dobry uczynek, powstrzymać grzech przed rozprzestrzenianiem się niczym zaraza między niewinnymi mieszkańcami tego kraju. Kiedy jednak dotarł na miejsce, nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego. W dole miejscy strażnicy rozmawiali gniewnie między sobą, ale byli już poza zasięgiem słuchu malarza. Wypuścił ze świstem powietrze z płuc, w duchu denerwując się na samego siebie, że był zbyt wolny. Znowu. Gdyby Metatron zobaczył go w tej chwili, na pewno zalałby ucznia typową dla siebie falą krytyki.
Carreou odwrócił się na pięcie, powolnym krokiem kierując się na powrót do gospody, gdzie wynajął pokój. Czuł stopniowo, jak właściwości krwi zaczynają objawiać się poprzez całkiem miłe zawroty głowy. Anioł odchylił nawet głowę, aby spojrzeć na niebo, które teraz wirowało, poruszało się, przekształcało na tyle sposobów, że..
Siła uderzenia posłała artystę na drogę. Anioł dopiero po chwili był w stanie opanować ciało na tyle, aby usiąść na kostce i odgarnąć włosy z twarzy. Kolejnym krokiem było spojrzenie na twarz osobnika, który znajdował się przed nim. Dziwnie znajomego, sprawiającego, iż gwałtowne poczucie tęsknoty złapało obydwa serca Carreou. Bowiem oblicze, jakie ujrzał, znał doskonale. Pamiętał każdy centymetr, każdą drobną niedoskonałość, znał dokładnie układ poszczególnych elementów, mógłby ją namalować chociażby i we śnie. Pamiętał tę twarz z koszmarów, jakie nawiedzały go prawie każdej nocy.
— Nic — wydusił z siebie, zachowując jakimś cudem monotonny, nieco chłodny głos — Ci się nie stało, o—obywatelu? Proszę wybaczyć me roztargnienie. Nie zdałem sobie sprawy, że obywatel zmierzał w moim kierunku.
Coś nie było w porządku. Coś, a raczej ktoś, zniszczył tę cienką barierę w umyśle anioła, jaką sam sobie postawił, aby odgrodzić się od dawnego życia. I, anioł przysięgał na wszystko, w co wierzył, tym razem chciał pamiętać, kim był ten człowiek.
Wystarczyło, żeby tylko odwrócił sztalugę wraz z obrazem w stronę zebranej gawiedzi, aby z kilku ust wydobył się jęk zachwytu. Ktoś nawet wyrwał się do przodu, z monetami na dłoni. Blondyn opuścił wyniosłe spojrzenie na rękę i aż parsknął krótko.
— Piętnaście? — spytał Carreou, wkładając pędzel do glinianego naczynia, wypełnionego wodą i zbliżając się do mężczyzny — Za małe minimum dwadzieścia pięć. Ni mniej.
Nie wiedział, do kogo te słowa należały.
Ale i tym razem, część rzeczy powinna być zapomniana.
Cały swój dzienny zarobek włożył do sakwy, a następnie zarzucił na ramię plecak, wypełniony farbami i pędzlami. Obraz, który nie udało się artyście sprzedać nawet za kilka marnych groszy, przytroczył rzemieniem do torby, byleby tylko mieć ręce wolne. A te drżały mu na sam widok gojącej się na dłoni rany, którą zaledwie chwilę później na nowo otworzył nożem. Niczym spragniony podróżnik na pustyni zaczął spijać złote krople, czując, jak przyjemne ciepło i wewnętrzny spokój ogrania młodzieńca od środka. Od momentu, gdy spróbował własnej krwi, zrozumiał, dlaczego ludzie korzystają z tylu substancji, byleby tylko uciec od świata, w jakim przyszło im żyć. Narkotyki pozwalały chociaż na chwilę odprężyć się, zrelaksować i po prostu zatrzymać, nawet jeśli strumień życia nadal przepływał obok człowieka w szalonym tempie.
Gdzieś od strony sąsiedniej ulicy dobiegł krzyk. Nie wyłapał dokładnie słów. Nie były one ważne. Sam ton, w jakim zostały wypowiedziane świadczył o tym, że coś się dzieje, że ktoś potrzebuje pomocy. Nawet jeśli miała być to trywialna sprawa, zupełnie niegodna interwencji anioła, postanowił przyspieszyć kroku. Zaraz zobaczy zakręt, dzięki któremu trafi na odpowiednią drogę. A wtedy będzie mógł pomóc śmiertelnym, zrobić dobry uczynek, powstrzymać grzech przed rozprzestrzenianiem się niczym zaraza między niewinnymi mieszkańcami tego kraju. Kiedy jednak dotarł na miejsce, nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego. W dole miejscy strażnicy rozmawiali gniewnie między sobą, ale byli już poza zasięgiem słuchu malarza. Wypuścił ze świstem powietrze z płuc, w duchu denerwując się na samego siebie, że był zbyt wolny. Znowu. Gdyby Metatron zobaczył go w tej chwili, na pewno zalałby ucznia typową dla siebie falą krytyki.
Carreou odwrócił się na pięcie, powolnym krokiem kierując się na powrót do gospody, gdzie wynajął pokój. Czuł stopniowo, jak właściwości krwi zaczynają objawiać się poprzez całkiem miłe zawroty głowy. Anioł odchylił nawet głowę, aby spojrzeć na niebo, które teraz wirowało, poruszało się, przekształcało na tyle sposobów, że..
Siła uderzenia posłała artystę na drogę. Anioł dopiero po chwili był w stanie opanować ciało na tyle, aby usiąść na kostce i odgarnąć włosy z twarzy. Kolejnym krokiem było spojrzenie na twarz osobnika, który znajdował się przed nim. Dziwnie znajomego, sprawiającego, iż gwałtowne poczucie tęsknoty złapało obydwa serca Carreou. Bowiem oblicze, jakie ujrzał, znał doskonale. Pamiętał każdy centymetr, każdą drobną niedoskonałość, znał dokładnie układ poszczególnych elementów, mógłby ją namalować chociażby i we śnie. Pamiętał tę twarz z koszmarów, jakie nawiedzały go prawie każdej nocy.
— Nic — wydusił z siebie, zachowując jakimś cudem monotonny, nieco chłodny głos — Ci się nie stało, o—obywatelu? Proszę wybaczyć me roztargnienie. Nie zdałem sobie sprawy, że obywatel zmierzał w moim kierunku.
Coś nie było w porządku. Coś, a raczej ktoś, zniszczył tę cienką barierę w umyśle anioła, jaką sam sobie postawił, aby odgrodzić się od dawnego życia. I, anioł przysięgał na wszystko, w co wierzył, tym razem chciał pamiętać, kim był ten człowiek.
Od Sivika do Carreou
Łopot.
Otworzyłem zmęczone oczy, pokonałem finalnie opór, jaki stawiały ciężkie powieki i prawdopodobnie moje ślepia wyglądały jak królicze. Nie czułem, by kłócenie się w tym momencie z naturą miało jakikolwiek sens, nawet jeśli piekielnie nie chciało mi się podnosić z miękkiej trawy, wysunąć źdźbła spomiędzy zębów, czy po prostu opuszczać mistycznego miejsca.
Było przecież naprawdę przyjemnie, spokojnie i odurzająco.
Zapach ciepłego, słodkiego powietrza radośnie przemykał się tuż przy nosie, leciutko drażniąc dość czuły zmysł. Zielone kosmyki matki ziemi łaskotały ciało, a wiatr, gdzieś w tle, nucił leniwą kołysankę, mającą widocznie na celu uśmierzyć ból płynący z myśli.
Rozbabrałem się, rozmiękłem, roztopiłem.
— Kupiłam królika.
Nawet nie zauważyłem, kiedy nimfa zdążyła się do mnie przysiąść.
Posłałem w jej stronę łagodny uśmiech.
— Nie siedź za długo.
Dłoń przeczesująca moje włosy. Palce śmigające po głowie. Ciepło drugiego ciała.
Skrzydła.
— Nie ma mowy — mruknąłem, poprawiając nóż, którym dopiero co chwilę temu zabawiał się nieostrożny klient. Warknąłem pod nosem, reflektując się, że trzeba będzie go dodatkowo wypolerować, bo wariat zdążył usadzić tłuste łapska akurat na ostrzu, jakby wcale nie istniało coś takiego jak rączka. — Jak to kunszt jest, od samego sztukmistrza, nie sądzicie chyba że sprzedam, jak po zwykłej produkcji — prychnąłem, bo cena rzucona przez mężczyznę była bardziej, niż śmieszna.
— Panie, to wyszczerbione jest.
— Gówno, nie wyszczerbione, wiecie, ile projektant nad tym siedział? Długo, cholera, ma wyglądać, jak zmarnowane przez czas, nieobyte gbury.
— Na chuj mi spsuty nóż — odburknął tylko, oddalając się od stoiska, na co mogłem zareagować tylko i wyłącznie łupnięciem pięścią o ledwo trzymający się blat.
Oczy.
— Łapać tę kurwę!
Ze strażą miejską się ostatnimi czasy po prostu nie lubiłem. I to wcale nie tak, że handlowałem, powiedzmy, tak bardzo delikatnie, przedmiotami, które szczególnie z opinią publiczną się nie przepadały. Już naprawdę, zignorowałem woreczek, który urwał mi się z paska, proch, który rozsypał mi się pod nogami i spowodował natychmiastowe wyrośnięcie roślin lubujących się w chapaniu po kostkach, liczyło się tylko to, coby przed upierdliwą ochroną zwiać, kaptur zaciągnąć i najlepiej ponownie wyemigrować z miasta, przynajmniej na te kilka tygodni.
To trzymałem kurczowo skórzaną sakwę przy boku, przeskakując raz po raz, a to kota, a to belkę, beczkę, czy inne cholerstwo, które stawało mi na drodze. Wymijałem dzieciaki, ludzi, wlokące się kobiety z praniem, co chwila zmieniałem kierunek, skręcałem w wąskie uliczki, czy przebiegałem przez podwórka tutejszych kamieniczek, modląc się tylko o to, by brama po drugiej stronie była otwarta, bo wdrapywanie po murach średnio mi się widziało.
Aż w końcu, przy finiszu w sumie, bo już się tam ktoś darł, że mnie zgubili, z impetem wjebałem się w jakiegoś humanoidalnego, przewróciłem i siebie i jego, wyjękując przy okazji jakieś przekleństwo i za chwilę znajdując się w pozycji klęku podpartego, zerkając na tego, który w pewnym stopniu też przyczynił się do wypadku.
Błękitne oczy.
Które znałem doskonale, a jednak nie byłem w stanie dopasować ich do osoby. Nie byłem w stanie dopowiedzieć sobie, kto to taki. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie, co znaczyły, jak znaczyły, kogo znaczyły. Kim dla mnie były. Ile odegrały w mojej historii.
I czekałem.
Sam w sumie nie wiem, na co.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Od Carreou do Sivika
Na szczęście, Sivik okazał się na tyle tolerancyjną osobą, że pozwolił mi na dokończenie modłów, w ogóle przy tym nie przeszkadzając. To całkiem miłe z jego strony. Jest przecież wiele osób, które darzą szczerą nienawiścią tych, co mają otwarte umysły na istoty wyższe, nazywając ich wariatami czy po prostu idiotami. W skrajnych przypadkach, robią jeszcze gorsze rzeczy. Tak złe, że nawet nie chcę o nich myśleć. Nie lubię myśleć o grzechach, nieuleczalnej chorobie, która toczy każdy wymiar, nie dając nikomu odetchnąć od siebie. Jedyne schronienie znajduje się w ramionach Ojca, który przyjmuje każde zagubione owieczki jak własne dzieci. Zauważyłem, że od dłuższego czasu stałem się bardzo religijny. To znaczy, zawsze byłem, ale teraz to jakby przybrało na sile. Może to wina działania Stwórcy, może taka jest moja natura. A może chciałem po prostu przekonać samego siebie, że nie jestem sam na tym świecie, odrzucić od siebie fakt, że mój Pan może już nigdy nie wróci? Nie wiem. Nie chcę chyba wiedzieć.
Mężczyzna opadł na łóżko, ponownie wzbudzając we mnie chęć rzucenia się na pomoc. Odczuwałem wewnętrzny, nadany przez własną podświadomość przymus, aby choć trochę poprawić te poduszki, choć trochę otulić kołdrą Siviego, choć trochę...!
— Pozwolisz — powiedział mężczyzna, kiedy już usiadł w, najpewniej, najtwardszym miejscu na meblu — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.
Mężczyzna opadł na łóżko, ponownie wzbudzając we mnie chęć rzucenia się na pomoc. Odczuwałem wewnętrzny, nadany przez własną podświadomość przymus, aby choć trochę poprawić te poduszki, choć trochę otulić kołdrą Siviego, choć trochę...!
— Pozwolisz — powiedział mężczyzna, kiedy już usiadł w, najpewniej, najtwardszym miejscu na meblu — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.
Skinąłem gorliwie głową, przez co kilka jasnych kosmyków opadło mi na twarz. Spojrzałem na nie szybko i niedbałym gestem odgarnąłem za uszy. Nie chciałem przecież, aby Piórkowy Człowiek uznał mnie za zapatrzonego w siebie narcyza. Zależało mi na jego opinii chyba bardziej niż jakiejkolwiek innej osoby na tym świecie.
— Oczywiście, Sivik. Należy ci się — splotłem dłonie na swoim brzuchu, bawiąc się kciukami — Miłych snów.
Zakończyłem swoją wypowiedź szerokim, ciepłym uśmiechem. Może to sprawi, że Sivi nie będzie już miał koszmarów?
środa, 20 czerwca 2018
Od Sivika do Carreou
Widziałem to całe spięcie się ciała, drgnięcie mięśni, które głośno mówiło, świadczyło o tym, że mężczyzna chciał się ruszyć, zadziałać, zrobić coś, najwidoczniej pomóc mi nawet z przygotowaniem legowiska, jak z dosłownie wszystkim, co robiłem i co miałem zamiar robić. Zreflektował się w ostatniej chwili, zrezygnował, cofnął i wyglądał, jak mocno kopnięty, potrącony kociak, który za bardzo nie wie, co ze sobą począć. Objął sam siebie ramionami, obserwował mnie i ciągle podrygiwał, jakby kierowany jakimś instynktem, wyraźnie zalecającym mu podejście i zaoferowanie pomocy.
A potem po prostu się ruszył w stronę okna, grzebiąc gdzieś pod koszulą i za chwilę wyciągając zza materiału mały krzyżyk.
— Pozwolisz — mruknął cicho, dość wyciszony, uspokojony w całej tej sytuacji — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
A potem, nim kiwnąłem głową i wróciłem do własnych zajęć, klęknął na tej zdartej, mającej już swoje lata podłodze i przystąpił do modlitwy, składając dłonie i zamykając oczy.
Jak to przy sprawach duchowych bywało, zdecydowałem się mu nie przeszkadzać, tylko dalej babrać się w swoich interesach, ścieleniu łóżka, poprawianiu poduszek i ogarnianiu się przed popołudniową, czy jakąś tam drzemką, bo dalej mnie w kręgosłupie niemiłosiernie kłuło.
Potem tylko obiło mi się o uszy, że coś tam o mnie mruknął, ale nie starałem się bardziej zgłębiać w temacie, nie było przecież ładnym, wściubiać nos w nie swoje sprawy, nawet jeśli istniało prawdopodobieństwo, że właśnie ze swoim ojcem o mnie plotkował, czy co tam mógł robić.
A kiedy już się ogarnął, wstał, popoprawiał i spojrzał na mnie, to ja skinąłem głową.
— Pozwolisz — odparłem w prawie identycznym tonie, tym razem zbliżając się do łóżka i siadając na nim, jednym, ciężkim ruchem. — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.
A potem po prostu się ruszył w stronę okna, grzebiąc gdzieś pod koszulą i za chwilę wyciągając zza materiału mały krzyżyk.
— Pozwolisz — mruknął cicho, dość wyciszony, uspokojony w całej tej sytuacji — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
A potem, nim kiwnąłem głową i wróciłem do własnych zajęć, klęknął na tej zdartej, mającej już swoje lata podłodze i przystąpił do modlitwy, składając dłonie i zamykając oczy.
Jak to przy sprawach duchowych bywało, zdecydowałem się mu nie przeszkadzać, tylko dalej babrać się w swoich interesach, ścieleniu łóżka, poprawianiu poduszek i ogarnianiu się przed popołudniową, czy jakąś tam drzemką, bo dalej mnie w kręgosłupie niemiłosiernie kłuło.
Potem tylko obiło mi się o uszy, że coś tam o mnie mruknął, ale nie starałem się bardziej zgłębiać w temacie, nie było przecież ładnym, wściubiać nos w nie swoje sprawy, nawet jeśli istniało prawdopodobieństwo, że właśnie ze swoim ojcem o mnie plotkował, czy co tam mógł robić.
A kiedy już się ogarnął, wstał, popoprawiał i spojrzał na mnie, to ja skinąłem głową.
— Pozwolisz — odparłem w prawie identycznym tonie, tym razem zbliżając się do łóżka i siadając na nim, jednym, ciężkim ruchem. — Udam się na krótki spoczynek, jeśli to nie problem.
sobota, 9 czerwca 2018
Od Carreou do Sivika
Ręka cofnęła się, sprawiając, że znowu mogłem oddychać. Ale mimo tego dusiłem się, czy raczej dławiłem poczuciem winy. To nie powinno tak wyglądać. Po prostu nie powinno.
— Nie mówię tego dlatego, żeby zrobić ci przykrość, czy żeby cię bez powodu opierdolić, dobrze? Chcę dla ciebie i dla mnie jak najlepiej, chcę chociaż odrobiny bezpieczeństwa, jakie nam pozostało, czy coś. I mam pieniądze, ładnych rzeczy mam pod dostatkiem. Jeśli proszą o zapłatę, to płacimy. Czego was w tym Edenie uczyli, że wszystko wam się należy? — Wzruszyłem ramionami, obserwując spode łba, jak mężczyzna poprawia swoje włosy, moim zdaniem bardzo ładnie pasujących do jego osoby — Chyba się położę.
Byłem gotowy zaoferować mu swoją pomoc w pościeleniu łóżka, nawet otworzyłem usta, aby przedstawić Piórkowemu Człowiekowi swój pomysł, kiedy to zreflektowałem się i jedynie skinąłem głową. Pozwoliłem Sivikowi samemu ogarnąć się oraz przygotować do jego przyszłych planów. Przez cały ten czas stałem w rogu, obejmując się za ramiona i jak ta sierota wojenna wodziłem spojrzeniem za postacią mężczyzny. Ostatecznie pokręciłem głową i opuściłem swój punkt obserwacyjny.
— Pozwolisz — powiedziałem cicho, podchodząc do okna i wyciągając spod koszuli krzyżyk — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
I może nawiążę kontakt z którymś z archaniołów, dodałem w myślach, klękając na wysłużonej podłodze i składając ręce do modlitwy. Krucyfiks znalazł swoje miejsce na parapecie, gdzie został oparty o okno. Następnie zamknąłem oczy, opuściłem głowę z uniżeniem i przeżegnałem się. Nie chcąc zbytnio denerwować czy przeszkadzać mojemu towarzyszowi, zniżyłem głos do szeptu i przeszedłem na aramejski. Odmawiałem kolejne inkantacje, gorliwie i żarliwie, jakby od tego zależało moje życie. Być może, po części tak było.
— Panie przenajświętszy w Niebiosach, jeśli mnie słyszysz — Splotłem ze sobą palce dłoni, licząc, że może to sprawi, iż modlitwa trafi tam, gdzie trzeba — dopomóż Sivikowi i utrzymaj go na prawej ścieżce, wolnej od grzechów i pokus. Amen.
— Nie mówię tego dlatego, żeby zrobić ci przykrość, czy żeby cię bez powodu opierdolić, dobrze? Chcę dla ciebie i dla mnie jak najlepiej, chcę chociaż odrobiny bezpieczeństwa, jakie nam pozostało, czy coś. I mam pieniądze, ładnych rzeczy mam pod dostatkiem. Jeśli proszą o zapłatę, to płacimy. Czego was w tym Edenie uczyli, że wszystko wam się należy? — Wzruszyłem ramionami, obserwując spode łba, jak mężczyzna poprawia swoje włosy, moim zdaniem bardzo ładnie pasujących do jego osoby — Chyba się położę.
Byłem gotowy zaoferować mu swoją pomoc w pościeleniu łóżka, nawet otworzyłem usta, aby przedstawić Piórkowemu Człowiekowi swój pomysł, kiedy to zreflektowałem się i jedynie skinąłem głową. Pozwoliłem Sivikowi samemu ogarnąć się oraz przygotować do jego przyszłych planów. Przez cały ten czas stałem w rogu, obejmując się za ramiona i jak ta sierota wojenna wodziłem spojrzeniem za postacią mężczyzny. Ostatecznie pokręciłem głową i opuściłem swój punkt obserwacyjny.
— Pozwolisz — powiedziałem cicho, podchodząc do okna i wyciągając spod koszuli krzyżyk — że pomodlę się. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę oddalić się od Ojca.
I może nawiążę kontakt z którymś z archaniołów, dodałem w myślach, klękając na wysłużonej podłodze i składając ręce do modlitwy. Krucyfiks znalazł swoje miejsce na parapecie, gdzie został oparty o okno. Następnie zamknąłem oczy, opuściłem głowę z uniżeniem i przeżegnałem się. Nie chcąc zbytnio denerwować czy przeszkadzać mojemu towarzyszowi, zniżyłem głos do szeptu i przeszedłem na aramejski. Odmawiałem kolejne inkantacje, gorliwie i żarliwie, jakby od tego zależało moje życie. Być może, po części tak było.
— Panie przenajświętszy w Niebiosach, jeśli mnie słyszysz — Splotłem ze sobą palce dłoni, licząc, że może to sprawi, iż modlitwa trafi tam, gdzie trzeba — dopomóż Sivikowi i utrzymaj go na prawej ścieżce, wolnej od grzechów i pokus. Amen.
piątek, 8 czerwca 2018
Od Sivika do Carreou
Patrzył na mnie tym szczenięcym wzrokiem, przygryzając wargi, marszcząc brwi i nawet chowając skrzydła, co nie zmieniało faktu, że nie miałem najmniejszego zamiaru go puszczać. Ba, jeszcze mocniej przyparłem go do ściany, zaciskając porządniej kły i zastanawiając się, jakim cudem skończyłem w takiej, a nie innej sytuacji. W jaką alejkę na drodze życia zstąpiłem, że wylądowałem w klitce z aniołem, już którąś noc z rzędu, uciekając przed pieprzonymi demonami. A miałem się na starość nie obciążać takimi głupotami, miałem spokojnie dychać i sobie pożyć, a tu taki fant. Jeszcze przedwcześnie mnie do grobu złożą, zobaczycie.
— A—Ale... Ja nie chciałem, żebyś na nas tyle wydawał... Żebyś kupił sobie coś ładnego... — wybączał nagle, wymruczał nisko, opuszczając ciężko głowę, z drżącym głosem i palcami ułożonymi na moim ramieniu. Ściągnąłem znacząco brwi, przyglądając się gówniarzowi. Prawdopodobnie byłem zbyt surowy i prawdopodobnie znowu pieprzyłem, bo prawda była taka, że chyba potrzebowałem go naprostować i nieco się wyżyć, a czemu nie zapewnić sobie ulgi w obu sytuacjach za jednym zamachem? — Wiem, że nie powinienem używać magii, czy nawet chodzić w anielskiej formie. Dlatego przepraszam cię po raz kolejny, Siviś. Naprawdę nie chciałem, abyś się zdenerwował. Będę bardziej uważał, dobrze?
Dalej na mnie nie patrzył, dalej nieco drżał i dalej zachowywał się, jak zbity szczeniak. Westchnąłem głośno, ciężko, bez nadziei nawet w tym odgłosie i puściłem go, by założyć prędko dłonie na piersi i uciec spojrzeniem do mniejszej osóbki.
— Nie mówię tego dlatego, żeby zrobić ci przykrość, czy żeby cię bez powodu opierdolić, dobrze? Chcę dla ciebie i dla mnie jak najlepiej, chcę. chociaż odrobiny bezpieczeństwa, jakie nam pozostało, czy coś. I mam pieniądze, ładnych rzeczy mam pod dostatkiem. Jeśli proszą o zapłatę, to płacimy. Czego was w tym Edenie uczyli, że wszystko wam się należy? — spytałem ze zmęczeniem, przecierając leniwie włosy, które były zdecydowanie zbyt długie. Westchnąłem cicho. — Chyba się położę.
— A—Ale... Ja nie chciałem, żebyś na nas tyle wydawał... Żebyś kupił sobie coś ładnego... — wybączał nagle, wymruczał nisko, opuszczając ciężko głowę, z drżącym głosem i palcami ułożonymi na moim ramieniu. Ściągnąłem znacząco brwi, przyglądając się gówniarzowi. Prawdopodobnie byłem zbyt surowy i prawdopodobnie znowu pieprzyłem, bo prawda była taka, że chyba potrzebowałem go naprostować i nieco się wyżyć, a czemu nie zapewnić sobie ulgi w obu sytuacjach za jednym zamachem? — Wiem, że nie powinienem używać magii, czy nawet chodzić w anielskiej formie. Dlatego przepraszam cię po raz kolejny, Siviś. Naprawdę nie chciałem, abyś się zdenerwował. Będę bardziej uważał, dobrze?
Dalej na mnie nie patrzył, dalej nieco drżał i dalej zachowywał się, jak zbity szczeniak. Westchnąłem głośno, ciężko, bez nadziei nawet w tym odgłosie i puściłem go, by założyć prędko dłonie na piersi i uciec spojrzeniem do mniejszej osóbki.
— Nie mówię tego dlatego, żeby zrobić ci przykrość, czy żeby cię bez powodu opierdolić, dobrze? Chcę dla ciebie i dla mnie jak najlepiej, chcę. chociaż odrobiny bezpieczeństwa, jakie nam pozostało, czy coś. I mam pieniądze, ładnych rzeczy mam pod dostatkiem. Jeśli proszą o zapłatę, to płacimy. Czego was w tym Edenie uczyli, że wszystko wam się należy? — spytałem ze zmęczeniem, przecierając leniwie włosy, które były zdecydowanie zbyt długie. Westchnąłem cicho. — Chyba się położę.
Od Carreou do Sivika
Kiedy tylko uderzyłem o ścianę, zawirowało mi przed oczami. Otworzyłem usta, aby spytać, co się dzieje, lecz wtedy ręka Sivika docisnęła mnie, dodatkowo wypychając z płuc powietrze. Dlatego, oddychając szybko i płytko, odwzajemniłem spojrzenie mężczyzny. Bałem się, że zrobię mu krzywdę. Bałem się wręcz tego panicznie. Mimo, że brzmiało to irracjonalnie, w końcu to Sivik dominował nade mną w prawie każdej dziedzinie. No właśnie. "Prawie" to słowo klucz. Nawet jeśli moje ciało było wątłe, znajdują się w nim niewykorzystane pokłady Niebiańskiego Ognia. Mając przed oczami niepokojącą wizję, z całych sił skupiłem się na opanowaniu samego siebie.
— Nie rób, kurwa, za Matkę Teresę i nie próbuj ugrać wszystkiego za frajer, bo dostaniesz kiedyś w pysk za to, jaką manianę odpierdalasz
Słysząc te słowa, opuściłem głowę i przygryzłem nieznacznie wargę. Miał rację. Jak zawsze miał cholerną rację.
— Obnosisz się z magią na prawo i lewo, a potem się dziwisz, że cię z odległości pięćdziesięciu kilometrów wyczuwają i za tobą gonią. Plus nie jestem jakimś pieprzonym żebrakiem, żeby nie mieć na nocleg, rozumiesz to, czy nie?
— A—Ale... Ja nie chciałem, żebyś na nas tyle wydawał... Żebyś kupił sobie coś ładnego... — Głos załamał się w trakcie mówienia do tego stopnia, że stał się piskliwy i drżący. Zamilkłem więc na dłuższą chwilę, a kiedy się uspokoiłem, dotknąłem opuszkami palców skóry mężczyzny. Aby poczuć, że jest w pobliżu. Wziąłem głębszy wdech, po czym opuściłem skrzydła i zacząłem je chować w swoje ciało. — Wiem, że nie powinienem używać magii, czy nawet chodzić w anielskiej formie. Dlatego przepraszam cię po raz kolejny, Siviś. Naprawdę nie chciałem, abyś się zdenerwował. Będę bardziej uważał, dobrze?
Najchętniej przytuliłbym się do piersi ciemnowłosego, zniknął w jego ramionach i ukrył się przed światem. Ale nawet Sivik nie uratuje nas przed moją głupotą i lekkomyślnością. Z trudem powstrzymałem się przed rozpłakaniem, mimo, że drobne łzy przysłoniły mi pole widzenia.
— Nie rób, kurwa, za Matkę Teresę i nie próbuj ugrać wszystkiego za frajer, bo dostaniesz kiedyś w pysk za to, jaką manianę odpierdalasz
Słysząc te słowa, opuściłem głowę i przygryzłem nieznacznie wargę. Miał rację. Jak zawsze miał cholerną rację.
— Obnosisz się z magią na prawo i lewo, a potem się dziwisz, że cię z odległości pięćdziesięciu kilometrów wyczuwają i za tobą gonią. Plus nie jestem jakimś pieprzonym żebrakiem, żeby nie mieć na nocleg, rozumiesz to, czy nie?
— A—Ale... Ja nie chciałem, żebyś na nas tyle wydawał... Żebyś kupił sobie coś ładnego... — Głos załamał się w trakcie mówienia do tego stopnia, że stał się piskliwy i drżący. Zamilkłem więc na dłuższą chwilę, a kiedy się uspokoiłem, dotknąłem opuszkami palców skóry mężczyzny. Aby poczuć, że jest w pobliżu. Wziąłem głębszy wdech, po czym opuściłem skrzydła i zacząłem je chować w swoje ciało. — Wiem, że nie powinienem używać magii, czy nawet chodzić w anielskiej formie. Dlatego przepraszam cię po raz kolejny, Siviś. Naprawdę nie chciałem, abyś się zdenerwował. Będę bardziej uważał, dobrze?
Najchętniej przytuliłbym się do piersi ciemnowłosego, zniknął w jego ramionach i ukrył się przed światem. Ale nawet Sivik nie uratuje nas przed moją głupotą i lekkomyślnością. Z trudem powstrzymałem się przed rozpłakaniem, mimo, że drobne łzy przysłoniły mi pole widzenia.
Od Sivika do Carreou
Cała sytuacja w nowo napotkanej gospodzie jakoś szczególnie mnie nie uradowała, a nie ze względu na zachowanie właściciela całego tego burdelu, ani ze względu na Carra, którego chyba coś zaczynało powoli ponosić w niektórych chwilach. Początkowo typowa dla takich miejsc sytuacja jakoś niezbyt robiła na mnie wrażenie, zwykły wymóg zapłaty, ot co, wystarczyło, bym wyjął sakwę i opłaciłbym mój pobyt, jak i samego skrzydlatego bez mrugnięcia okiem, spokojnie starczyłoby jeszcze na śniadanie i może zakupy dnia następnego, gdy wyruszylibyśmy już dalej. Szczerbaty mężczyzna szczerzył się w stronę aniołkowatego, grymasił niemiłosiernie i pluł, gdzie popadnie, gdy ja tylko się krzywiłem i zerkałem z lekkim znudzeniem po lokalu, który renomą nie zachwycał.
Mężczyzna uderzył zaciśniętą pięścią w stół, gdy Carr wyjechał z tekstem o długim podróżowaniu. Westchnąłem cicho, bo gówniarz chyba nieszczególnie umiał się licytować, a i nie rozumiał, że wszystkich na szczenięcy wzrok nie weźmie. Nie byli tak głupi i naiwni, jak ja, żeby od razu łapać takiego chuderlaka pod swoje ramiona i chronić go do upadłego, przywiązując się w ciągu dobrej godziny, może nawet i mniej. Jak durnym człowiekiem byłem, żem dalej się szlajał z tym dzieciakiem po mieścinach, to ja nie wiem, trzeba było tego ducha przepędzić i mieć to z głowy, to się tacham z nim po świecie i liczę na, nie wiem, jakiego rodzaju cud.
A potem blondyn złapał go za szmaty, przyciągnął szybko do siebie i nachylił mu się nad uchem. Jak zaczarowany, mężczyzna od razu jakoś dziwnie zwiotczał, łypiąc pustymi oczętami po okolicy. Czyli gówniarzeria lubi sobie poczarować towarzystwo i losie, naprawdę podniosło mi to wszystko ciśnienie. Dostał klucz, który wepchnął mi.
Już nie chciałem się spierać, dlatego spojrzałem na wybity w metalu numer i ruszyłem w głąb budynku, szukając pokoi mieszkalnych, a gdy znaleźliśmy się już w jednym z nich i Carr zamknął drzwi, przygwoździłem go do nich jednym zwinnym ruchem, dociskając jego pierś do drewna przedramieniem, bo bardziej angażować się nie chciałem.
— Nie rób, kurwa, za Matkę Teresę i nie próbuj ugrać wszystkiego za frajer, bo dostaniesz kiedyś w pysk za to, jaką manianę odpierdalasz — syknąłem, warknąłem, lampiąc się ze zdenerwowaniem w błękitne oczka chłopaczka. — Obnosisz się z magią na prawo i lewo, a potem się dziwisz, że cię z odległości pięćdziesięciu kilometrów wyczuwają i za tobą gonią. Plus nie jestem jakimś pieprzonym żebrakiem, żeby nie mieć na nocleg, rozumiesz to, czy nie?
Mężczyzna uderzył zaciśniętą pięścią w stół, gdy Carr wyjechał z tekstem o długim podróżowaniu. Westchnąłem cicho, bo gówniarz chyba nieszczególnie umiał się licytować, a i nie rozumiał, że wszystkich na szczenięcy wzrok nie weźmie. Nie byli tak głupi i naiwni, jak ja, żeby od razu łapać takiego chuderlaka pod swoje ramiona i chronić go do upadłego, przywiązując się w ciągu dobrej godziny, może nawet i mniej. Jak durnym człowiekiem byłem, żem dalej się szlajał z tym dzieciakiem po mieścinach, to ja nie wiem, trzeba było tego ducha przepędzić i mieć to z głowy, to się tacham z nim po świecie i liczę na, nie wiem, jakiego rodzaju cud.
A potem blondyn złapał go za szmaty, przyciągnął szybko do siebie i nachylił mu się nad uchem. Jak zaczarowany, mężczyzna od razu jakoś dziwnie zwiotczał, łypiąc pustymi oczętami po okolicy. Czyli gówniarzeria lubi sobie poczarować towarzystwo i losie, naprawdę podniosło mi to wszystko ciśnienie. Dostał klucz, który wepchnął mi.
Już nie chciałem się spierać, dlatego spojrzałem na wybity w metalu numer i ruszyłem w głąb budynku, szukając pokoi mieszkalnych, a gdy znaleźliśmy się już w jednym z nich i Carr zamknął drzwi, przygwoździłem go do nich jednym zwinnym ruchem, dociskając jego pierś do drewna przedramieniem, bo bardziej angażować się nie chciałem.
— Nie rób, kurwa, za Matkę Teresę i nie próbuj ugrać wszystkiego za frajer, bo dostaniesz kiedyś w pysk za to, jaką manianę odpierdalasz — syknąłem, warknąłem, lampiąc się ze zdenerwowaniem w błękitne oczka chłopaczka. — Obnosisz się z magią na prawo i lewo, a potem się dziwisz, że cię z odległości pięćdziesięciu kilometrów wyczuwają i za tobą gonią. Plus nie jestem jakimś pieprzonym żebrakiem, żeby nie mieć na nocleg, rozumiesz to, czy nie?
czwartek, 7 czerwca 2018
Od Carreou do Sivika
Oglądając tutejszą przyrodę, przypominałem sobie poszczególne wersety ze Świętej Księgi. Wszystko w końcu było dziełem stworzenia naszego Pana, jego najpiękniejszym tworem. Byłem mu wdzięczny, że dał mi wzrok, abym mógł podziwiać boską kreację w pełnej glorii. Widząc niezwykle piękny kwiat, podszedłem do niego, ująłem w dwa palce i powąchałem. Miał niezwykle słodką woń, przywodząc na myśl Ogród Edeński. Z wielką chęcią zerwałbym ten delikatny twór, lecz nie chciałem krzywdzić drzewa, nawet jeśli to miało tysiące podobnych kwiatostanów. Przecież dla matki strata jednego dziecka nie jest "niczym takim", czyż nie?
Bóg widząc, że były dobre, rzekł: «Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona». I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre.
Wtedy usłyszałem, że Sivik również zatrzymał się, czy raczej przystanął na chwilę i spojrzał w stronę linii horyzontu. Unosząc delikatnie brwi, zerknąłem w tamtą stronę. Naszym oczom ukazał się budynek. Ni to dom, ni to gospoda. Nie byłem pewny, a krzywa tabliczka poddała jedynie w wątpliwość wiarygodność tego miejsca.
— Tu? — spytał brunet, na co delikatnie skinąłem głową. Najchętniej ominąłbym to miejsce szerokim łukiem, lecz Sivik rzeczywiście potrzebował odpoczynku. To znaczy, ja tak uważałem.
— Możemy spróbować — Skierowałem się szybkim krokiem w stronę budynku, aby dotrzeć tam przed mężczyzną. Od razu zajrzałem przez brudne okna, widząc jedynie niewyraźne zarysy mebli i kilku gości. Objąłem się za ramiona, obejrzałem za ciemnowłosym, a kiedy ten znalazł się w pobliżu, pchnąłem barkiem drzwi. Nie odczuwałem potrzeby zarażenia się jakimś choróbskiem, więc kontakt z otoczeniem ograniczyłem do werbalnego.
— Czy mają państwo wolny pokój? — zapytałem grzecznie właściciela, który zmierzył naszą dwójkę wzrokiem, po czym splunął na podłogę i wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu.
— Jak masz pieniądze, to będzie. — odpowiedział, po czym zaśmiał się pod nosem z określenia "państwo". Zbyłem to delikatnym uśmiechem. Trzeba przecież robić dobrą minę do złej gry.
— Nie mamy, ale ... podróżujemy już długo... — podskoczyłem w miejscu, gdy mężczyzna uderzył pięścią w stolik. Stojące na nim szklane naczynia, już pewnie nie pamiętające czasów swej świetności, zadygotały niebezpiecznie.
— Albo płacicie, albo wychodzicie — zagrzmiał posępnie, zwracając na naszą uwagę osowiałego, starego krasnoluda, modlącego się nad pustym dzbanem. Zerknąłem przez ramię na Sivika, chcąc prosić go o pomoc w rozwiązaniu sytuacji, lecz wtedy przypomniałem sobie o poprzednim wieczorze. Może w końcu użyję mocy do czegoś, co komuś pomoże?
Odchrząknąłem cicho i z ukrywanym obrzydzeniem chwyciłem właściciela za ubrania, przyciągając go do siebie.
— Dasz nam pokój — szepnąłem mu do ucha. Mięśnie gbura momentalnie rozluźniły się, a on sam wpatrywał się w przestrzeń jak ciele w malowane wrota — oraz posiłek. Nie będziesz nam przeszkadzał do momentu, aż wyjdziemy z gospody.
Ledwie widoczne skinięcie głową utwierdziło mnie w przekonaniu, że zaklinanie udało się. Przyjąłem więc ciężki, metalowy kluczyk i podszedłem z nim do towarzysza podróży, po czym bez słowa wcisnąłem mu go w dłoń.
— Czy mają państwo wolny pokój? — zapytałem grzecznie właściciela, który zmierzył naszą dwójkę wzrokiem, po czym splunął na podłogę i wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu.
— Jak masz pieniądze, to będzie. — odpowiedział, po czym zaśmiał się pod nosem z określenia "państwo". Zbyłem to delikatnym uśmiechem. Trzeba przecież robić dobrą minę do złej gry.
— Nie mamy, ale ... podróżujemy już długo... — podskoczyłem w miejscu, gdy mężczyzna uderzył pięścią w stolik. Stojące na nim szklane naczynia, już pewnie nie pamiętające czasów swej świetności, zadygotały niebezpiecznie.
— Albo płacicie, albo wychodzicie — zagrzmiał posępnie, zwracając na naszą uwagę osowiałego, starego krasnoluda, modlącego się nad pustym dzbanem. Zerknąłem przez ramię na Sivika, chcąc prosić go o pomoc w rozwiązaniu sytuacji, lecz wtedy przypomniałem sobie o poprzednim wieczorze. Może w końcu użyję mocy do czegoś, co komuś pomoże?
Odchrząknąłem cicho i z ukrywanym obrzydzeniem chwyciłem właściciela za ubrania, przyciągając go do siebie.
— Dasz nam pokój — szepnąłem mu do ucha. Mięśnie gbura momentalnie rozluźniły się, a on sam wpatrywał się w przestrzeń jak ciele w malowane wrota — oraz posiłek. Nie będziesz nam przeszkadzał do momentu, aż wyjdziemy z gospody.
Ledwie widoczne skinięcie głową utwierdziło mnie w przekonaniu, że zaklinanie udało się. Przyjąłem więc ciężki, metalowy kluczyk i podszedłem z nim do towarzysza podróży, po czym bez słowa wcisnąłem mu go w dłoń.
sobota, 2 czerwca 2018
Od Sivika do Carreou
— Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi — odparł bez namysłu, gdzie ja mogłem tylko prychnąć pod nosem i może nieco pokręcić głową, próbując, chociaż uwierzyć w trafność tego spostrzeżenia, powiedzenia, które przemykało się między pokoleniami jak jakiś przebiegły gad, łaskoczący uszy sykiem i mruczący kolejne wyssane z palca opowieści. A on wyciągnął nagle szkicownik, notatnik, obłożony skórą, zadbany, skrzętnie oporządzany przez szczupłe, uważne palce. Podał mi go bez zastanowienia, a gdy dotknąłem jego dłoni, iskra gładko przeskoczyła z ręki na rękę, przyprawiając mnie o drgnięcie, krótki impuls, który przeprawił ciarki przez całą drogę od karku po kość ogonową, uważnie, przez kręgosłup.
— Eden nie wygląda na pewno tak, jak sobie wyobrażają to ludzie. To znaczy, tak, mamy ogród oraz Drzewo Poznania, ale nie jest to jabłoń. Cały nasz kraj składa się z wznoszących się ku górze skał, które tworzą poszczególne stopnie. Jest ich dziewięć, po jednym na każdy chór. Najwyższy i najbliższy Boga zamieszkują Serafini. Zgaduję jednak, że nie chodzi ci o geografię terenów Edenu, prawda? W Niebie jest pięknie. Panuje pokój, każdy się miłuje nawzajem. Nie ma głodu, chorób czy śmierci. Wszyscy żyjemy w dostatku, nic nam nie brakuje. Cieszymy się, chwalimy Ojca, pomagamy ludziom. Chociaż, powinienem użyć czasu przeszłego. Od kiedy Lucyfer powrócił, Eden został prawie doszczętnie zniszczony. W czasie wojny zginęło prawie osiemdziesiąt procent naszej ludności, w tym dużo archaniołów. Przeżył jedynie Gabriel i Kamael. Jednak, tak samo jak Metatron i Stwórca, nikt nie wie, gdzie są. Mimo wszystko, wierzę, że Niebo zostało już odbudowane. Z chęcią zabrałbym cię tam...
Łypnąłem uważnym, nieco ciekawskim spojrzeniem na mężczyznę, na jego włosy, oczy, prosty nos, usta, które poruszały się miarowo z każdym wypowiedzianym słowem. Na płaszcz piór, który szczelnie okrywał plecy blondyna.
W odpowiedzi otrzymał tylko pokiwanie głową, obawiałem się bowiem, że słowa mogą zostać dobrane niezbyt trafnie, że mogę go urazić, przecież mówiliśmy o jego ojczyźnie. Zdecydowałem się tylko na przytaknięcie, a dalsze maszerowanie bez większej ilości reakcji, słów, czy gestów.
Do momentu, gdzie na horyzoncie nie zamajaczył nam budynek, mały, drewno połączone z kamieniem i krzywy napis „gospoda”. Nawet dalsza nazwa została zdarta przez słońce, które widocznie mocno operowało na tych terenach przez większość roku, nieco zmarnowane deski, postrzępione kanty.
— Tu?
— Eden nie wygląda na pewno tak, jak sobie wyobrażają to ludzie. To znaczy, tak, mamy ogród oraz Drzewo Poznania, ale nie jest to jabłoń. Cały nasz kraj składa się z wznoszących się ku górze skał, które tworzą poszczególne stopnie. Jest ich dziewięć, po jednym na każdy chór. Najwyższy i najbliższy Boga zamieszkują Serafini. Zgaduję jednak, że nie chodzi ci o geografię terenów Edenu, prawda? W Niebie jest pięknie. Panuje pokój, każdy się miłuje nawzajem. Nie ma głodu, chorób czy śmierci. Wszyscy żyjemy w dostatku, nic nam nie brakuje. Cieszymy się, chwalimy Ojca, pomagamy ludziom. Chociaż, powinienem użyć czasu przeszłego. Od kiedy Lucyfer powrócił, Eden został prawie doszczętnie zniszczony. W czasie wojny zginęło prawie osiemdziesiąt procent naszej ludności, w tym dużo archaniołów. Przeżył jedynie Gabriel i Kamael. Jednak, tak samo jak Metatron i Stwórca, nikt nie wie, gdzie są. Mimo wszystko, wierzę, że Niebo zostało już odbudowane. Z chęcią zabrałbym cię tam...
Łypnąłem uważnym, nieco ciekawskim spojrzeniem na mężczyznę, na jego włosy, oczy, prosty nos, usta, które poruszały się miarowo z każdym wypowiedzianym słowem. Na płaszcz piór, który szczelnie okrywał plecy blondyna.
W odpowiedzi otrzymał tylko pokiwanie głową, obawiałem się bowiem, że słowa mogą zostać dobrane niezbyt trafnie, że mogę go urazić, przecież mówiliśmy o jego ojczyźnie. Zdecydowałem się tylko na przytaknięcie, a dalsze maszerowanie bez większej ilości reakcji, słów, czy gestów.
Do momentu, gdzie na horyzoncie nie zamajaczył nam budynek, mały, drewno połączone z kamieniem i krzywy napis „gospoda”. Nawet dalsza nazwa została zdarta przez słońce, które widocznie mocno operowało na tych terenach przez większość roku, nieco zmarnowane deski, postrzępione kanty.
— Tu?
piątek, 1 czerwca 2018
Od Carreou do Sivika
Opuściłem skrzydła wzdłuż swojego ciała, układając je na wzór płaszcza. Sam nie wiem, dlaczego postanowiłem to zrobić, lecz naiwne pomyślałem, że może w ten sposób któryś z demonów uzna, że nie jestem aniołem i zostawi naszą dwójkę w spokoju. Odrzuciłem w tym przypadku całkowicie głos rozsądku, że to jedynie zwraca uwagę i że powinienem pióra ukryć całkowicie. Wiązałoby się to jednak z bólem, a tego wolałbym mimo wszystko uniknąć.
Szliśmy przez las, który tworzył nad naszymi głowami zielony gmach, przepuszczając tylko część promieni słonecznych. Nie zważając na to, skierowałem twarz ku słońcu, uśmiechając się przy tym jednoznacznie. Chłonąłem ciepło i energię przez dłuższą chwilę, kiedy to Sivik zabrał głos.
— Losie, gdzieś ty nas wyeksmitował — powiedział ze śmiechem, zapewne chcąc obrócić te słowa w żart. Mój krnąbrny umysł jednak uznał, że mężczyzna zaczyna mieć mi za złe to, co zrobiłem. Że ma do mnie pretensje, a jego ton nie był rozbawiony, tylko raczej ironiczny. Opuściłem głowę, nerwowo skubiąc palcami materiał swoich ubrań, przedłużając w ten sposób ciszę między nami. Powinienem ją przerwać. Tylko jak? Dlaczego nie radzę sobie w relacjach międzyludzkich? Dlaczego tak szybko się przywiązuję? Dlaczego tu jest tyle pytań?
Szliśmy przez las, który tworzył nad naszymi głowami zielony gmach, przepuszczając tylko część promieni słonecznych. Nie zważając na to, skierowałem twarz ku słońcu, uśmiechając się przy tym jednoznacznie. Chłonąłem ciepło i energię przez dłuższą chwilę, kiedy to Sivik zabrał głos.
— Losie, gdzieś ty nas wyeksmitował — powiedział ze śmiechem, zapewne chcąc obrócić te słowa w żart. Mój krnąbrny umysł jednak uznał, że mężczyzna zaczyna mieć mi za złe to, co zrobiłem. Że ma do mnie pretensje, a jego ton nie był rozbawiony, tylko raczej ironiczny. Opuściłem głowę, nerwowo skubiąc palcami materiał swoich ubrań, przedłużając w ten sposób ciszę między nami. Powinienem ją przerwać. Tylko jak? Dlaczego nie radzę sobie w relacjach międzyludzkich? Dlaczego tak szybko się przywiązuję? Dlaczego tu jest tyle pytań?
— Carr, czy mogę cię spytać... Jak tam jest? W sensie, tam, skąd pochodzisz? Nie, żeby coś, ciekawość zwykła, jeśli nie chcesz, to nie mów i... Ach, zresztą, głupoty pieprzę, przepraszam.
Uśmiechnąłem się do siebie, mimo tego, że zdawałem sobie sprawę, iż mężczyzna nie ujrzy tego grymasu. Sam jednak fakt pojawienia się go wywołał u mnie pozytywne odczucia.
— Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi — Wyciągnąłem zza paska niewielką książeczkę i otworzyłem ją. Przeszukałem zapiski ojca, dotyczące jego podróży, a kiedy znalazłem niewielki szkic wszystkich stopni Nieba, podałem tomik Sivikowi.
— Eden nie wygląda na pewno tak, jak sobie wyobrażają to ludzie. To znaczy, tak, mamy ogród oraz Drzewo Poznania, ale nie jest to jabłoń. Cały nasz kraj składa się z wznoszących się ku górze skał, które tworzą poszczególne stopnie. Jest ich dziewięć, po jednym na każdy chór. Najwyższy i najbliższy Boga zamieszkują Serafini. Zgaduję jednak, że nie chodzi ci o geografię terenów Edenu, prawda? — Zwolniłem nieco, objąłem się za ramiona i poruszyłem skrzydłami — W Niebie jest pięknie. Panuje pokój, każdy się miłuje nawzajem. Nie ma głodu, chorób czy śmierci. Wszyscy żyjemy w dostatku, nic nam nie brakuje. Cieszymy się, chwalimy Ojca, pomagamy ludziom. Chociaż, powinienem użyć czasu przeszłego. Od kiedy Lucyfer powrócił, Eden został prawie doszczętnie zniszczony. W czasie wojny zginęło prawie osiemdziesiąt procent naszej ludności, w tym dużo archaniołów. Przeżył jedynie Gabriel i Kamael. Jednak, tak samo jak Metatron i Stwórca, nikt nie wie, gdzie są. Mimo wszystko, wierzę, że Niebo zostało już odbudowane. Z chęcią zabrałbym cię tam...
Zakończyłem wypowiedź już nieco ciszej, jakbym nie wierzył we własne słowa. Bo mówienie, że chce się kogoś zabrać do Edenu, może być równoznaczne z życzeniem śmierci, czyż nie?
czwartek, 31 maja 2018
Od Sivika do Carreou
— Zależy od rodzaju demonów, które za nami podążają. Te najniższe musiałyby się zbliżyć do nas dostatecznie blisko, aby w ogóle rozpoznać w nas cel. Ich jedyny plus to taki, że mogą być wszędzie — mruczał, jakoś przy okazji gestykulując i grając mimiką na tyle wiarygodnie, żebym nawet poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. I wiedziałem, że może kłamać, bo przecież same duchy znajdowały człowieka w trymiga, a co dopiero demony, istoty nieco bardziej rozgarnięte od zagubionych, zrozpaczonych dusz. — A z drugiej strony, najwyższe mogą pojawić się tu nawet za kilka minut. Aczkolwiek ani Lucyfer, ani Samael nie pośle takiego Abbadona czy Beliala, bo to wtedy pozostawiłoby Piekło bez największych wojowników. Czyli, obstawiam jakiś pośrednie byty, co daje nam dzień przewagi, pewnie mniej. Ale musimy się ruszać. I uważać na kurtyzany, bo sukkuby bardzo lubią się pod nie podszywać.
A potem na chwilę odpłynął, zamyślając się, zaciskając pięści i uśmiechając się pod nosem, chociaż jego oczy zdecydowanie mówiły, że myśli o czymś innym, niż potencjalne tu i teraz.
— To jak, idziemy? Nie powinniśmy tu zostawać. Może po drodze znajdziemy miejsce, gdzie mógłbyś zjeść coś — spytał nagle, delikatnie mnie zaskakując, ale jak inaczej mógłbym zareagować, jak tylko pokiwać głową i ruszyć razem z mężczyzną, zerkając ostatni raz na wielką pufę, która sterczała sobie w najlepsze i prawdopodobnie nie miała zamiaru zniknąć przez najbliższe kilka dni. No poszczęściło jej się wyjątkowo, blisko wody, na słońcu, tak, jak lubiła najbardziej. Drażniło tylko, że nie miałbym okazji zebrać nasion, gdyby je wydała, ale mówi się trudno, trzeba będzie się zaopatrzyć w nie u zielarzy.
— Losie, gdzieś ty nas wyeksmitował — zaśmiałem się, gdy już przez dłuższy czas okazywało się, że brnęliśmy przez las, a końca widać nie było. Starałem się, naprawdę się starałem, ale atmosfera jakoś nie chciała stracić na gęstości, dlatego westchnąłem ciężko i zamilknąłem na kolejne kilka minut, pojmując, że stanowię średniej jakości oparcie i jestem jeszcze gorszym rozmówcą. — Carr, czy mogę cię spytać... Jak tam jest? W sensie, tam, skąd pochodzisz? Nie, żeby coś, ciekawość zwykła, jeśli nie chcesz, to nie mów i... Ach, zresztą, głupoty pieprzę, przepraszam.
A potem na chwilę odpłynął, zamyślając się, zaciskając pięści i uśmiechając się pod nosem, chociaż jego oczy zdecydowanie mówiły, że myśli o czymś innym, niż potencjalne tu i teraz.
— To jak, idziemy? Nie powinniśmy tu zostawać. Może po drodze znajdziemy miejsce, gdzie mógłbyś zjeść coś — spytał nagle, delikatnie mnie zaskakując, ale jak inaczej mógłbym zareagować, jak tylko pokiwać głową i ruszyć razem z mężczyzną, zerkając ostatni raz na wielką pufę, która sterczała sobie w najlepsze i prawdopodobnie nie miała zamiaru zniknąć przez najbliższe kilka dni. No poszczęściło jej się wyjątkowo, blisko wody, na słońcu, tak, jak lubiła najbardziej. Drażniło tylko, że nie miałbym okazji zebrać nasion, gdyby je wydała, ale mówi się trudno, trzeba będzie się zaopatrzyć w nie u zielarzy.
— Losie, gdzieś ty nas wyeksmitował — zaśmiałem się, gdy już przez dłuższy czas okazywało się, że brnęliśmy przez las, a końca widać nie było. Starałem się, naprawdę się starałem, ale atmosfera jakoś nie chciała stracić na gęstości, dlatego westchnąłem ciężko i zamilknąłem na kolejne kilka minut, pojmując, że stanowię średniej jakości oparcie i jestem jeszcze gorszym rozmówcą. — Carr, czy mogę cię spytać... Jak tam jest? W sensie, tam, skąd pochodzisz? Nie, żeby coś, ciekawość zwykła, jeśli nie chcesz, to nie mów i... Ach, zresztą, głupoty pieprzę, przepraszam.
niedziela, 27 maja 2018
Od Carreou do Sivika
Zerknąłem w stronę ciemnowłosego, słysząc szelest jego ubrań. Widziałem, jak wstawał, jak jego twarz przyjmowała dziwny wyraz, być może był zły. Albo to ja nadinterpretuję pewne rzeczy, co jest bardzo, ale to bardzo prawdopodobne. Mężczyzna zaczął majstrować coś przy swoich sakwach, przez co przez sekundę uznałem, że planuje użyć kolejnego czaru. Ku mojemu zadowoleniu, jedynie je poprawiał, w tym czasie analizując zaistniałą sytuację, co poznałem po specyficznym zamyśleniu w spojrzeniu Sivika. Sam w tak zwanym międzyczasie szukałem wzrokiem zagrożenia, nawet jeśli nie czułem niczego niebezpiecznego w pobliżu. Nagle brunet westchnął, a ja skupiłem na nim całą swoją uwagę.
— To nie twoja wina, że ktoś cię ściga, Carr. To wina tylko i wyłącznie przodków i przeszłości, która teraz odbija się za wami wszystkimi echem. Nie męczyliby się z nim i nie narażali innych, gdyby rozprawili się z nim w rozsądniejszy spokój. Nie obwiniaj się, serio, nie ma co — Poczułem na sobie wzrok Siviego, przez co z trudem powstrzymałem się przed spłonięciem rumieńcem — Jak myślisz, na jak długo jesteśmy względnie bezpieczni?
— To nie twoja wina, że ktoś cię ściga, Carr. To wina tylko i wyłącznie przodków i przeszłości, która teraz odbija się za wami wszystkimi echem. Nie męczyliby się z nim i nie narażali innych, gdyby rozprawili się z nim w rozsądniejszy spokój. Nie obwiniaj się, serio, nie ma co — Poczułem na sobie wzrok Siviego, przez co z trudem powstrzymałem się przed spłonięciem rumieńcem — Jak myślisz, na jak długo jesteśmy względnie bezpieczni?
Zacząłem mieć wątpliwości, czy mam powiedzieć towarzyszowi całą prawdę, pół prawdę czy nic nie wartą prawdę. Bo faktem było, że niektóre z demonów mogą znaleźć nas od tak, zwłaszcza, że ciemnowłosego otaczają duchy. A te, ich energia i sama ... woń?, sprawiały, że lśniły niczym latarnia morska dla wygłodniałych bestii z piekielnych czeluści. Jednak z doświadczenia wiedziałem, iż taka informacja bardzo obniża morale w drużynie, a do tego wolałbym nie dopuścić.
— Zależy od rodzaju demonów, które za nami podążają. Te najniższe musiałyby się zbliżyć do nas dostatecznie blisko, aby w ogóle rozpoznać w nas cel. Ich jedyny plus to taki, że mogą być wszędzie — Wykonałem ręką bliżej nieokreślony ruch, chcąc na raz objąć całą okolicę. To oczywiście się nie stało — A z drugiej strony, najwyższe mogą pojawić się tu nawet za kilka minut. Aczkolwiek ani Lucyfer, ani Samael nie pośle takiego Abbadona czy Beliala, bo to wtedy pozostawiłoby Piekło bez największych wojowników. Czyli, obstawiam jakiś pośrednie byty, co daje nam dzień przewagi, pewnie mniej. Ale musimy się ruszać. I uważać na kurtyzany, bo sukkuby bardzo lubią się pod nie podszywać.
Przydałaby się nam jakaś broń. Tak, czary Siviego są przydatne, lecz nie sądzę, aby pomogły nam podczas walki w zwarciu. Dlatego powinienem odzyskać swojego flamberga i to jak najszybciej. Zacisnąłem dłonie w pięści, uśmiechając się nieznacznie na wspomnienie wspólnych walk. Lubiłem ten miecz, gdyż został specjalnie wykonany dla mnie ze względu na gabaryty. Mimo to, wszystkie cechy pozostały te same. Zwróciłem się w stronę mężczyzny.
— To jak, idziemy? Nie powinniśmy tu zostawać. Może po drodze znajdziemy miejsce, gdzie mógłbyś zjeść coś.
Od Sivika do Carreou
Usiadł obok mnie bez chociażby mruknięcia, wcześniej ociężale podnosząc się z mojej piersi i wzdychając cicho, gdy pomagał mi się podnieść. Zszedł z pufy, przez chwilę utrzymywał równowagę, a już za moment ruszył w stronę jeziorka, by przyjrzeć się swojemu odbiciu i uśmiechnąć się pod nosem. Ja tymczasem dalej zbierałem się w sobie, wzdychałem ciężko i przecierałem kark, który jednak nieco mnie bolał.
— Nie wiem, w jakim stopniu znasz historię Lucyfera, ale powiem ci ją z naszej perspektywy. Jeden z nas, wcześniej najwyższy z archaniołów i najbardziej zaufany doradca Ojca, z niewiadomych przyczyn, nagle zaczął się zmieniać, buntować. Nauczeni poprzednim doświadczeniem, kiedy to Sa'el również odmówił wykonania polecenia Pana, postanowiliśmy... Uciszyć go.
Znałem całą historyjkę, obiła się o uszy, ale usłyszeć ją opowiadaną przez samego anioła było czymś ciekawym. Szczególnie że Carr naprawdę, ale to naprawdę dobrze i przyjemnie dla ucha tłumaczył, bawiąc się dłońmi, płomykami, całą otoczką i nadając mu tego całego mistycyzmu, w którym człowiek ginął, zatapiając się w hipnotyzujących ruchach szczupłych palców.
— Tylko nie przewidzieliśmy faktu, że jako Ulubieniec Ojca, Najwyższy Archanioł Pana, Gwiazda Zaranna... Ma w sobie o wiele boskiej mocy niż Michał i wszyscy archaniołowie razem wzięci. Nazywamy to Niebiańskim Ogniem. Daje nam możliwość walczenia bez wyrzutów sumienia czy karania grzeszników i nie tylko. W dużym skrócie. Więc, jak się domyślasz, nasze wojska ledwo pokonały Lucyfera, a Michał strącił go do Piekła. Od tego momentu, demony nienawidzą aniołów jeszcze bardziej. Polują na nas. Właśnie to stało się w karczmie. Słudzy Lucyfera prawdopodobnie uznali mnie za łatwy cel, bo jestem w tym świecie sam. A twoja dusza miałaby być tylko dodatkową nagrodą. Dlatego postanowiłem nas przenieść w to miejsce. Licząc, że stracą trop. Dlatego to wszystko moja wina. Tylko moja wina.
Skrzywiłem się lekko, gdy kończył swoją wypowiedź, podchodząc przy okazji w moją stronę. Chrząknąłem cicho i podniosłem się na proste nogi, ściągając brwi i usta, a także marszcząc czoło.
Absolutnie nigdy nie należałem do tych, którzy potrafią mówić, opowiadać, przekazywać cokolwiek. Z większą chęcią słuchałem i przytakiwałem. Inni wydawali się być po prostu ciekawsi, a i potrzebny się wtedy czułem, bo chyba jednak każdy potrzebuje kogoś, komu może się wygadać.
Poprawiłem sakiewki, namyślając się.
Bo jemu chciałem pomóc już w szczególności, tylko i wyłącznie ze względu na sam fakt, że typa po prostu lubiłem i całą swoją osobą załączał u mnie trybiki pod tytułem „opiekuńczość”. No zjednał mnie sobie i wpadłem jak śliwka w kompot, co pocznę.
— To nie twoja wina, że ktoś cię ściga, Carr — westchnąłem. — To wina tylko i wyłącznie przodków i przeszłości, która teraz odbija się za wami wszystkimi echem. Nie męczyliby się z nim i nie narażali innych, gdyby rozprawili się z nim w rozsądniejszy spokój. Nie obwiniaj się, serio, nie ma co — mruczałem, wycierając dłonie o spodnie i ciągle lustrując zagubionego chłopaka spojrzeniem. — Jak myślisz, na jak długo jesteśmy względnie bezpieczni?
— Nie wiem, w jakim stopniu znasz historię Lucyfera, ale powiem ci ją z naszej perspektywy. Jeden z nas, wcześniej najwyższy z archaniołów i najbardziej zaufany doradca Ojca, z niewiadomych przyczyn, nagle zaczął się zmieniać, buntować. Nauczeni poprzednim doświadczeniem, kiedy to Sa'el również odmówił wykonania polecenia Pana, postanowiliśmy... Uciszyć go.
Znałem całą historyjkę, obiła się o uszy, ale usłyszeć ją opowiadaną przez samego anioła było czymś ciekawym. Szczególnie że Carr naprawdę, ale to naprawdę dobrze i przyjemnie dla ucha tłumaczył, bawiąc się dłońmi, płomykami, całą otoczką i nadając mu tego całego mistycyzmu, w którym człowiek ginął, zatapiając się w hipnotyzujących ruchach szczupłych palców.
— Tylko nie przewidzieliśmy faktu, że jako Ulubieniec Ojca, Najwyższy Archanioł Pana, Gwiazda Zaranna... Ma w sobie o wiele boskiej mocy niż Michał i wszyscy archaniołowie razem wzięci. Nazywamy to Niebiańskim Ogniem. Daje nam możliwość walczenia bez wyrzutów sumienia czy karania grzeszników i nie tylko. W dużym skrócie. Więc, jak się domyślasz, nasze wojska ledwo pokonały Lucyfera, a Michał strącił go do Piekła. Od tego momentu, demony nienawidzą aniołów jeszcze bardziej. Polują na nas. Właśnie to stało się w karczmie. Słudzy Lucyfera prawdopodobnie uznali mnie za łatwy cel, bo jestem w tym świecie sam. A twoja dusza miałaby być tylko dodatkową nagrodą. Dlatego postanowiłem nas przenieść w to miejsce. Licząc, że stracą trop. Dlatego to wszystko moja wina. Tylko moja wina.
Skrzywiłem się lekko, gdy kończył swoją wypowiedź, podchodząc przy okazji w moją stronę. Chrząknąłem cicho i podniosłem się na proste nogi, ściągając brwi i usta, a także marszcząc czoło.
Absolutnie nigdy nie należałem do tych, którzy potrafią mówić, opowiadać, przekazywać cokolwiek. Z większą chęcią słuchałem i przytakiwałem. Inni wydawali się być po prostu ciekawsi, a i potrzebny się wtedy czułem, bo chyba jednak każdy potrzebuje kogoś, komu może się wygadać.
Poprawiłem sakiewki, namyślając się.
Bo jemu chciałem pomóc już w szczególności, tylko i wyłącznie ze względu na sam fakt, że typa po prostu lubiłem i całą swoją osobą załączał u mnie trybiki pod tytułem „opiekuńczość”. No zjednał mnie sobie i wpadłem jak śliwka w kompot, co pocznę.
— To nie twoja wina, że ktoś cię ściga, Carr — westchnąłem. — To wina tylko i wyłącznie przodków i przeszłości, która teraz odbija się za wami wszystkimi echem. Nie męczyliby się z nim i nie narażali innych, gdyby rozprawili się z nim w rozsądniejszy spokój. Nie obwiniaj się, serio, nie ma co — mruczałem, wycierając dłonie o spodnie i ciągle lustrując zagubionego chłopaka spojrzeniem. — Jak myślisz, na jak długo jesteśmy względnie bezpieczni?
piątek, 25 maja 2018
Od Carreou do Sivika
Próbowałem się uspokoić, lecz kolejne myśli bombardowały mój umysł, wyzwalając kolejne łzy. Wszystkie wspomnienia, wydarzenia ostatnich dni, godzin, minut. Spotkania z Razjelem, Michałem, a nawet Ojcem Przenajświętszym w Niebiosach. Spojrzałem tępo przed siebie, coraz bardziej znikając we wnętrzu swojego umysłu.
Dopóki delikatny dotyk nie przywrócił mnie do rzeczywistości. Zamrugałem powoli, podnosząc wzrok na Sivika. To do niego należały ocierające wilgoć dłonie.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — Obdarzył mnie szerokim, może nawet ciepłym uśmiechem, a ja mechanicznie wręcz odwzajemniłem grymas — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — Ręce mężczyzny przeniosły się na moje plecy, a po chwili leżałem już na piersi ciemnowłosego, napawając się jego obecnością. Przez pewien czas jeszcze walczyłem z niekontrolowanym drżeniem, łapczywie łapanym oddechem czy spazmami, które sprawiały, że byłem coraz bliższy kolejnego napadu. Jednak stopniowo wróciłem do jako takiego spokoju, mimo, że widmo przeszłość nadal wisiało nade mną, gotowe powrócić, kiedy tylko pojawi się okazja.
Sivik poruszył się nieznacznie, jakby zmieniał pozycję na bardziej wygodną.
— Co to było? — padło w pewnym momencie pytanie, które musiało ostatecznie się pojawić. Prędzej czy później. W końcu, to, co się wydarzyło, nie było normalne. Nic, co się działo wokół, nie było normalne. A przeze mnie i jednego ducha, Sivik znalazł się w centrum wydarzeń. Zasługiwał na wyjaśnienia.
Podniosłem się więc powoli z mężczyzny, pomogłem mu usiąść niezwykle opiekuńczym gestem, a następnie odszedłem nieco na bok, aby przejrzeć się w tafli wody. Stojąc na brzegu, zmierzyłem swą świetlistą postać wzrokiem, rozłożyłem szerzej skrzydła i uśmiechnąłem się, kiedy do tych rzeczywistych dołączyły kolejne, ukryte pary. Łącznie siedem. Tyle, ile mógł mieć maksymalnie zwykły anioł.
— Nie wiem, w jakim stopniu znasz historię Lucyfera, ale powiem ci ją z naszej perspektywy — odetchnąłem ciężko. Trudno opowiada się o bolesnym wydarzeniu z dziejów własnego kraju — Jeden z nas, wcześniej najwyższy z archaniołów i najbardziej zaufany doradca Ojca, z niewiadomych przyczyn, nagle zaczął się zmieniać, buntować. Nauczeni poprzednim doświadczeniem, kiedy to Sa'el również odmówił wykonania polecenia Pana, postanowiliśmy... Uciszyć go.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń i spojrzałem na drobne, wręcz ledwie widoczne płomyki, opuszczające moje ciało przez czubki palców.
— Tylko nie przewidzieliśmy faktu, że jako Ulubieniec Ojca, Najwyższy Archanioł Pana, Gwiazda Zaranna... Ma w sobie o wiele boskiej mocy niż Michał i wszyscy archaniołowie razem wzięci. Nazywamy to Niebiańskim Ogniem. Daje nam możliwość walczenia bez wyrzutów sumienia czy karania grzeszników i nie tylko. W dużym skrócie. Więc, jak się domyślasz, nasze wojska ledwo pokonały Lucyfera, a Michał — Uśmiechnąłem się słabo na wspomnienie wuja — stracił go do Piekła. Od tego momentu, demony nienawidzą aniołów jeszcze bardziej. Polują na nas. Właśnie to stało się w karczmie. Słudzy Lucyfera prawdopodobnie uznali mnie za łatwy cel, bo jestem w tym świecie sam. A twoja dusza miałaby być tylko dodatkową nagrodą.
Objąłem się za ramiona, ukryłem widmowe skrzydła i wróciłem do mężczyzny.
— Dlatego postanowiłem nas przenieść w to miejsce. Licząc, że stracą trop — Zmusiłem się i zerknąłem na mężczyznę — Dlatego to wszystko moja wina. Tylko moja wina.
Dopóki delikatny dotyk nie przywrócił mnie do rzeczywistości. Zamrugałem powoli, podnosząc wzrok na Sivika. To do niego należały ocierające wilgoć dłonie.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — Obdarzył mnie szerokim, może nawet ciepłym uśmiechem, a ja mechanicznie wręcz odwzajemniłem grymas — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — Ręce mężczyzny przeniosły się na moje plecy, a po chwili leżałem już na piersi ciemnowłosego, napawając się jego obecnością. Przez pewien czas jeszcze walczyłem z niekontrolowanym drżeniem, łapczywie łapanym oddechem czy spazmami, które sprawiały, że byłem coraz bliższy kolejnego napadu. Jednak stopniowo wróciłem do jako takiego spokoju, mimo, że widmo przeszłość nadal wisiało nade mną, gotowe powrócić, kiedy tylko pojawi się okazja.
Sivik poruszył się nieznacznie, jakby zmieniał pozycję na bardziej wygodną.
— Co to było? — padło w pewnym momencie pytanie, które musiało ostatecznie się pojawić. Prędzej czy później. W końcu, to, co się wydarzyło, nie było normalne. Nic, co się działo wokół, nie było normalne. A przeze mnie i jednego ducha, Sivik znalazł się w centrum wydarzeń. Zasługiwał na wyjaśnienia.
Podniosłem się więc powoli z mężczyzny, pomogłem mu usiąść niezwykle opiekuńczym gestem, a następnie odszedłem nieco na bok, aby przejrzeć się w tafli wody. Stojąc na brzegu, zmierzyłem swą świetlistą postać wzrokiem, rozłożyłem szerzej skrzydła i uśmiechnąłem się, kiedy do tych rzeczywistych dołączyły kolejne, ukryte pary. Łącznie siedem. Tyle, ile mógł mieć maksymalnie zwykły anioł.
— Nie wiem, w jakim stopniu znasz historię Lucyfera, ale powiem ci ją z naszej perspektywy — odetchnąłem ciężko. Trudno opowiada się o bolesnym wydarzeniu z dziejów własnego kraju — Jeden z nas, wcześniej najwyższy z archaniołów i najbardziej zaufany doradca Ojca, z niewiadomych przyczyn, nagle zaczął się zmieniać, buntować. Nauczeni poprzednim doświadczeniem, kiedy to Sa'el również odmówił wykonania polecenia Pana, postanowiliśmy... Uciszyć go.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń i spojrzałem na drobne, wręcz ledwie widoczne płomyki, opuszczające moje ciało przez czubki palców.
— Tylko nie przewidzieliśmy faktu, że jako Ulubieniec Ojca, Najwyższy Archanioł Pana, Gwiazda Zaranna... Ma w sobie o wiele boskiej mocy niż Michał i wszyscy archaniołowie razem wzięci. Nazywamy to Niebiańskim Ogniem. Daje nam możliwość walczenia bez wyrzutów sumienia czy karania grzeszników i nie tylko. W dużym skrócie. Więc, jak się domyślasz, nasze wojska ledwo pokonały Lucyfera, a Michał — Uśmiechnąłem się słabo na wspomnienie wuja — stracił go do Piekła. Od tego momentu, demony nienawidzą aniołów jeszcze bardziej. Polują na nas. Właśnie to stało się w karczmie. Słudzy Lucyfera prawdopodobnie uznali mnie za łatwy cel, bo jestem w tym świecie sam. A twoja dusza miałaby być tylko dodatkową nagrodą.
Objąłem się za ramiona, ukryłem widmowe skrzydła i wróciłem do mężczyzny.
— Dlatego postanowiłem nas przenieść w to miejsce. Licząc, że stracą trop — Zmusiłem się i zerknąłem na mężczyznę — Dlatego to wszystko moja wina. Tylko moja wina.
piątek, 11 maja 2018
Od Sivika do Carreou
Zebranie się chłopaka do kupy zabrało chwilę. Zanim dotarło do niego, co się działo, jak się działo i czemu się działo, zdecydowanie minęło dość sporo czasu, a gdy już załapał co i jak, wyglądał, jakby zaraz miał mi zejść na miejscu. Ale pokiwał niemrawo tą złotą główką, spojrzał na mnie ze zmartwieniem i zaczął badać dłońmi moje ciało, jakby upewniając się, czy aby na pewno jestem, a jak już, to czy z pewnością w całości.
Aż w końcu miękkie opuszki zahaczyły o szyję, iskierki wybuchły, błękitne oczy spojrzały na mnie uspokajająco. Mogłem tylko odetchnąć z ulgą, bo chociaż przecież nic poważniejszego mi się nie stało, to zawsze odjął jakiś tam ból i było to zdecydowanie bardzo przyjemne.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — odpowiedział w końcu z miną, jakby miał zaraz się rozpłakać i, o losie, rzeczywiście za chwilę to zrobił. Zaraz po tym, jak dał swojej dolnej wardze nieco zadrżeć, podobnie jak całemu ciału. Skorzystał z okazji, że moje dłonie dalej były stosunkowo blisko i wtulił się w nie, dalej łkając i smarając w najlepsze. Westchnąłem cicho, nie ruszając się ani kawalątek i dając się chłopakowi wyżyć.
— Przepraszam. — Skrzydła drgnęły, a mężczyzna ponownie załkał, dalej usilnie poszukując u mnie pocieszenia.
Wypuściłem dość ciężko powietrze, bo zdecydowanie anioł był jak duże dziecko, którym trzeba się zaopiekować, przytulić, poklepać po pleckach i powiedzieć, że w sumie to będzie dobrze.
Ale w końcu poruszyłem kciukami, ścierając przy okazji te nieszczęsne, mokre smugi z policzków i może nieco go pocieszając, gdy ten ryczał w najlepsze.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — mruknąłem, przeciągając palce pod jego oczami i uśmiechając się przy okazji szeroko. — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — kontynuowałem, ściągając dłonie z twarzy chłopaka i przenosząc je na jego plecy, żeby przytulić go mocno do piersi i westchnąć cicho.
I trwaliśmy tak chwilę, czy dwie, a kręgosłup zaczął dawać o sobie się we znaki, bo nie szło przetrwać upadku bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Nawet jeśli opadło się na miękką pufę.
— Co to było? — spytałem, gdy świat nieco zwolnił, ciśnienie zeszło, a chłopak odrobinę się uspokoił.
Aż w końcu miękkie opuszki zahaczyły o szyję, iskierki wybuchły, błękitne oczy spojrzały na mnie uspokajająco. Mogłem tylko odetchnąć z ulgą, bo chociaż przecież nic poważniejszego mi się nie stało, to zawsze odjął jakiś tam ból i było to zdecydowanie bardzo przyjemne.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — odpowiedział w końcu z miną, jakby miał zaraz się rozpłakać i, o losie, rzeczywiście za chwilę to zrobił. Zaraz po tym, jak dał swojej dolnej wardze nieco zadrżeć, podobnie jak całemu ciału. Skorzystał z okazji, że moje dłonie dalej były stosunkowo blisko i wtulił się w nie, dalej łkając i smarając w najlepsze. Westchnąłem cicho, nie ruszając się ani kawalątek i dając się chłopakowi wyżyć.
— Przepraszam. — Skrzydła drgnęły, a mężczyzna ponownie załkał, dalej usilnie poszukując u mnie pocieszenia.
Wypuściłem dość ciężko powietrze, bo zdecydowanie anioł był jak duże dziecko, którym trzeba się zaopiekować, przytulić, poklepać po pleckach i powiedzieć, że w sumie to będzie dobrze.
Ale w końcu poruszyłem kciukami, ścierając przy okazji te nieszczęsne, mokre smugi z policzków i może nieco go pocieszając, gdy ten ryczał w najlepsze.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — mruknąłem, przeciągając palce pod jego oczami i uśmiechając się przy okazji szeroko. — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — kontynuowałem, ściągając dłonie z twarzy chłopaka i przenosząc je na jego plecy, żeby przytulić go mocno do piersi i westchnąć cicho.
I trwaliśmy tak chwilę, czy dwie, a kręgosłup zaczął dawać o sobie się we znaki, bo nie szło przetrwać upadku bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Nawet jeśli opadło się na miękką pufę.
— Co to było? — spytałem, gdy świat nieco zwolnił, ciśnienie zeszło, a chłopak odrobinę się uspokoił.
wtorek, 8 maja 2018
Od Carreou do Sivika
Nie sądziłem, że umrę w taki głupi sposób. W dodatku taki, który na upartego można podciągnąć pod samobójstwo. W końcu, to przeze mnie otworzył się ten cholerny portal, a ja pociągnąłem za sobą w nieznane Sivika.
Spróbowałem uratować sytuację, rozkładając skrzydła. Zaniechałem tego czynu, czując, że pęd powietrza jest zbyt silny, aby wyhamować w bezpieczny sposób. Zostało mi tylko czekanie i błaganie o boską interwencję. O ile ta nastąpi.
Poczułem, że mężczyzna się rusza. Delikatnie, lecz nadal rusza. Nie zwróciłem większej uwagi na to, co robi, gdyż mój umysł był i tak opętany myślami o rychłym zgonie. Zgaduję, że każdy w naszej sytuacji, miałby takie zmartwienia, czyż nie?
Ale wtedy okazało się, że Sivi uratował dzień po raz kolejny.
Spadaliśmy tak chyba w nieskończoność, ziemia była niemiłosiernie bliżej z każdą mijająca chwilą. Zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć, co się stanie później.
Usłyszałem nagle wybuch, coś na wzór szumu, a potem tylko miękka powierzchnia. Podniosłem najpierw jedną, a potem drugą powiekę. Zmierzyłem wzrokiem otoczenie. Byliśmy już na dole. Bezpieczni. Leżący na czymś pomiędzy kwiatem a poduszką. Mężczyzna leżał pode mną, dysząc, jakby przebiegł co najmniej maraton. Najprawdopodobniej sam nie mógł uwierzyć w to, co się stało, że przeżyliśmy upadek z takiej wysokości.
Gwałtownie, zupełnie uniemożliwiając mi reakcję, złapał mnie za policzki. Od razu znieruchomiałem, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.To było dla mnie zbyt intymne. Zbyt ludzkie, abym czuł się komfortowo z takimi gestami. Poczułem, jak się rumienię, kiedy Sivik dodatkowo zmierzył moją twarz wzrokiem i odgarnął palcami niesforne włosy.
— Nic ci nie jest? — Jego głos był przerywany przez krótkie, lecz częste sapnięcia — Żyjesz?
Spróbowałem uratować sytuację, rozkładając skrzydła. Zaniechałem tego czynu, czując, że pęd powietrza jest zbyt silny, aby wyhamować w bezpieczny sposób. Zostało mi tylko czekanie i błaganie o boską interwencję. O ile ta nastąpi.
Poczułem, że mężczyzna się rusza. Delikatnie, lecz nadal rusza. Nie zwróciłem większej uwagi na to, co robi, gdyż mój umysł był i tak opętany myślami o rychłym zgonie. Zgaduję, że każdy w naszej sytuacji, miałby takie zmartwienia, czyż nie?
Ale wtedy okazało się, że Sivi uratował dzień po raz kolejny.
Spadaliśmy tak chyba w nieskończoność, ziemia była niemiłosiernie bliżej z każdą mijająca chwilą. Zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć, co się stanie później.
Usłyszałem nagle wybuch, coś na wzór szumu, a potem tylko miękka powierzchnia. Podniosłem najpierw jedną, a potem drugą powiekę. Zmierzyłem wzrokiem otoczenie. Byliśmy już na dole. Bezpieczni. Leżący na czymś pomiędzy kwiatem a poduszką. Mężczyzna leżał pode mną, dysząc, jakby przebiegł co najmniej maraton. Najprawdopodobniej sam nie mógł uwierzyć w to, co się stało, że przeżyliśmy upadek z takiej wysokości.
Gwałtownie, zupełnie uniemożliwiając mi reakcję, złapał mnie za policzki. Od razu znieruchomiałem, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.To było dla mnie zbyt intymne. Zbyt ludzkie, abym czuł się komfortowo z takimi gestami. Poczułem, jak się rumienię, kiedy Sivik dodatkowo zmierzył moją twarz wzrokiem i odgarnął palcami niesforne włosy.
— Nic ci nie jest? — Jego głos był przerywany przez krótkie, lecz częste sapnięcia — Żyjesz?
Skinąłem słabo głową, nie mogąc zebrać się na odpowiedź. Sprawdziłem ostrożnymi ruchami dłoni, czy ciało mojego towarzysza jest całe, ostatecznie decydując się na dotknięcie jego szyi i uleczenia drobnych zadrapań, jakie powstały podczas naszej ucieczki. Obserwując, jak białe nitki światła opuszczają me palce, aby rozejść się po skórze ciemnowłosego, uspokoiłem się do tego stopnia, że mogłem otworzyć usta i wyszeptać te kilka słów.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — Warga mi zadrżała, a samotna łza zakręciła się w kąciku oka, z czasem znajdując drogę na policzek. Później w ślad za nią popłynęły kolejne, przez co mój pozorny spokój poszedł w diabły. Niepewnie, szukając czyjegoś oparcia, przytuliłem twarz do dłoni Sivika. Nie mogłem spojrzeć na ciemnowłosego, nie w takim stanie i z takimi wyrzutami sumienia.
— Przepraszam. — Wydusiłem tylko z siebie, prostując skrzydła i łkając w ciszy, jakby to mogło chociaż po części zmniejszyć ból w mym sercu.
sobota, 28 kwietnia 2018
Od Sivika do Carreou
Nie dało się normalnie, prawda? Żaden dzień w tym pieprzonym mieście z Carrem u boku nie mógł być po prostu zwykłym dniem, neutralnym, spokojnym, takim, jakie lubię? Musiało się coś dziać. Jak nie narkomani, to demony, a potem walone ataki magiczne na nasze osoby, ogień, panika mniejszego i namiętne uciekanie przed niebezpieczeństwami, które bez wątpienia na mnie sprowadzał. Bo nie było na to innego wytłumaczenia.
Dlaczego to zawsze mnie trafia takie fatum? I to jeszcze na starość?
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Chwycił mnie za dłoń, odetchnął ciężko, aczkolwiek jego wydechy były bardzo nerwowe, drżące, jak cały mężczyzna, który przebierał tymi krótszymi nogami i starał się opuścić pomieszczenie, a ja brnąłem za nim.
Syczące, skwierczące drewno, piski zwierząt, które zdążyły zagnieździć się w budynku, ktoś umierał, a otulające mnie strużki energii, które jeszcze kiedyś były ludźmi, coraz dotkliwiej dawały o sobie znać, bo nie mogłem o nich zapomnieć. Szczególnie gdy tak bardzo domagały się mojej uwagi, moich spojrzeń, reakcji. Słów, działań, odesłania ich dalej.
Otulił mnie nagle tymi wątłymi ramionami i puchatymi skrzydłami. Pióra wlazły mi do ust, rozbiegane spojrzenie latało od ognia do drzwi, a następnie dusz, a już całkiem otumanił mnie fakt, że za chwilę grunt zdecydował się osunąć spod naszych nóg.
Już nie wiem, czy wtedy lecieliśmy, spadaliśmy, biegliśmy, czy co do cholery jasnej się działo, kojarzyłem tylko wielką, coraz szybciej zbliżającą się dziurę, za którą czaiło się jezioro, uścisk Carra i jego, a może mój głośny, niespokojny oddech, który jeszcze długo dudnił mi w uszach.
Szelest ubrań, huk piór, które były ciągle agresywnie bite przez wiatr i pęd, który posiadaliśmy.
Ciemność, która jak dotąd nas otaczała, zniknęła, zastąpił ją błękit nieba, miękkie, białe chmury i ładne, krajobrazy. Mężczyzna dalej kurczowo mnie trzymał, zaciskał palce na mojej dłoni, dziwnym cudem uspokajał, sprawiał, że mój oddech nagle zwolnił, głowa nagle się oczyściła, a dziwna, wręcz dziecięca beztroska powoli zapełniła jak dotąd dość rozkołatane myśli.
Spadnięcie do wody równało się spadnięciu na kostkę brukową, a ziemia też jakoś średnio mi się w tym wszystkim widziała.
Siłując się z oporami powietrza, udało mi się jakimś cudem dociągnąć mężczyznę do siebie, otulić ramieniem i zadbać, żeby w razie, gdybyśmy jednak spadli na grunt, spadł na mnie i wyszedł z mniejszym szwankiem.
Ograniczone przez chłopaka i okoliczności ruchy, których starałem robić się jak najmniej, jak najmniej się przemęczać, jak najmniej walczyć. Zanurzyłem palce w jednej sakiewce, w drugiej, otoczyłem nieszczęsne ziarna poduszkowca sproszkowanym porostowcem i czekałem.
Jeszcze daleko. Jeszcze tak daleko. Jeszcze tyle czasu, tyle planów, tyle możliwości. Hamowanie lotu skrzydłami towarzysza groziło natychmiastowym wyłamaniem, powiedzmy sobie szczerze. Jeszcze, żeby sam leciał, a nie z o wiele cięższym załadunkiem, jakim byłem.
Jeszcze chwila. Jeszcze dosłownie chwila.
Kilkadziesiąt. Naście. Kilka. Metrów.
Wyrzucenie nasion, liczenie w duchu na trafienie na dobrą ziemię, na litość dusz, które też miały znaczenie, na przychylność losu.
Fioletowy proch wybuchł, wielki, miękki kwiat pojawił się znikąd, to znaczy z ziaren, a my bez większego fiasko wylądowaliśmy na wielkiej pufie. Jednak to, że bez większego fiasko, nie oznaczało, że wcale go nie było, bo doskonale czułem ból w kręgosłupie, gdy mężczyzna runął na mnie całym swoim, chociaż i tak lekkim ciałem.
Szybkim ruchem ująłem jego twarz w dłoniach, przyjrzałem się dokładniej błękitnym oczom, całej buźce chłopaka, sapiąc przy tym niemiłosiernie głośno.
— Nic ci nie jest? — wyszeptałem drżącym głosem, odgarniając przy okazji złote kosmyki z czoła Anioła. — Żyjesz?
Dlaczego to zawsze mnie trafia takie fatum? I to jeszcze na starość?
— Musimy się stąd wynosić, Sivi. — Chwycił mnie za dłoń, odetchnął ciężko, aczkolwiek jego wydechy były bardzo nerwowe, drżące, jak cały mężczyzna, który przebierał tymi krótszymi nogami i starał się opuścić pomieszczenie, a ja brnąłem za nim.
Syczące, skwierczące drewno, piski zwierząt, które zdążyły zagnieździć się w budynku, ktoś umierał, a otulające mnie strużki energii, które jeszcze kiedyś były ludźmi, coraz dotkliwiej dawały o sobie znać, bo nie mogłem o nich zapomnieć. Szczególnie gdy tak bardzo domagały się mojej uwagi, moich spojrzeń, reakcji. Słów, działań, odesłania ich dalej.
Otulił mnie nagle tymi wątłymi ramionami i puchatymi skrzydłami. Pióra wlazły mi do ust, rozbiegane spojrzenie latało od ognia do drzwi, a następnie dusz, a już całkiem otumanił mnie fakt, że za chwilę grunt zdecydował się osunąć spod naszych nóg.
Już nie wiem, czy wtedy lecieliśmy, spadaliśmy, biegliśmy, czy co do cholery jasnej się działo, kojarzyłem tylko wielką, coraz szybciej zbliżającą się dziurę, za którą czaiło się jezioro, uścisk Carra i jego, a może mój głośny, niespokojny oddech, który jeszcze długo dudnił mi w uszach.
Szelest ubrań, huk piór, które były ciągle agresywnie bite przez wiatr i pęd, który posiadaliśmy.
Ciemność, która jak dotąd nas otaczała, zniknęła, zastąpił ją błękit nieba, miękkie, białe chmury i ładne, krajobrazy. Mężczyzna dalej kurczowo mnie trzymał, zaciskał palce na mojej dłoni, dziwnym cudem uspokajał, sprawiał, że mój oddech nagle zwolnił, głowa nagle się oczyściła, a dziwna, wręcz dziecięca beztroska powoli zapełniła jak dotąd dość rozkołatane myśli.
Spadnięcie do wody równało się spadnięciu na kostkę brukową, a ziemia też jakoś średnio mi się w tym wszystkim widziała.
Siłując się z oporami powietrza, udało mi się jakimś cudem dociągnąć mężczyznę do siebie, otulić ramieniem i zadbać, żeby w razie, gdybyśmy jednak spadli na grunt, spadł na mnie i wyszedł z mniejszym szwankiem.
Ograniczone przez chłopaka i okoliczności ruchy, których starałem robić się jak najmniej, jak najmniej się przemęczać, jak najmniej walczyć. Zanurzyłem palce w jednej sakiewce, w drugiej, otoczyłem nieszczęsne ziarna poduszkowca sproszkowanym porostowcem i czekałem.
Jeszcze daleko. Jeszcze tak daleko. Jeszcze tyle czasu, tyle planów, tyle możliwości. Hamowanie lotu skrzydłami towarzysza groziło natychmiastowym wyłamaniem, powiedzmy sobie szczerze. Jeszcze, żeby sam leciał, a nie z o wiele cięższym załadunkiem, jakim byłem.
Jeszcze chwila. Jeszcze dosłownie chwila.
Kilkadziesiąt. Naście. Kilka. Metrów.
Wyrzucenie nasion, liczenie w duchu na trafienie na dobrą ziemię, na litość dusz, które też miały znaczenie, na przychylność losu.
Fioletowy proch wybuchł, wielki, miękki kwiat pojawił się znikąd, to znaczy z ziaren, a my bez większego fiasko wylądowaliśmy na wielkiej pufie. Jednak to, że bez większego fiasko, nie oznaczało, że wcale go nie było, bo doskonale czułem ból w kręgosłupie, gdy mężczyzna runął na mnie całym swoim, chociaż i tak lekkim ciałem.
Szybkim ruchem ująłem jego twarz w dłoniach, przyjrzałem się dokładniej błękitnym oczom, całej buźce chłopaka, sapiąc przy tym niemiłosiernie głośno.
— Nic ci nie jest? — wyszeptałem drżącym głosem, odgarniając przy okazji złote kosmyki z czoła Anioła. — Żyjesz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)