Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak lis z kotem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak lis z kotem. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 czerwca 2018

Od Yoru do Nathaniela

Po ciekawych przeżyciach w nocy, z wielką chęcią wstałem z miękkiego łóżka, rozciągnąłem się z lubością po sennym zastoju, a następnie wyszedłem z sypialni. Nathaniel podreptał za mną, bo w sumie jaki wybór miał? To ja byłem panem domu, a on gościem. Dlatego powinien podążać po moich śladach, jeśli nie chce się zgubić. Lub żeby przydarzyło się mu coś jeszcze gorszego.
Jednak, jak to się dało przewidzieć, nikt nie lubi iść w ciszy. Zwłaszcza koty, gdyż te nawet jeśli są w pełni niezależne, lubią pomarudzić sobie nad pustą miską. To chyba po prostu leży w ich naturze, a w odwieczne prawa, rządzące tym światem, wnikać nie należy. Zaśmiałem się cicho pod nosem, dochodząc do wniosku, że mówię, a raczej myślę jak typowy klecha, co jest niezwykle ironiczne, zważywszy na okoliczności.
— Na długo tutaj zostajesz? — Spytałem od niechcenia, widząc, że Nathaniel czuje się chyba niekomfortowo, co nieco zbiło mnie z pantałyku.
— Jakieś dwa miesiące. Później jadę dalej.
Skinąłem nieznacznie głową, przyjmując takie wyjaśnienie do wiadomości, nawet jeśli nie było zbyt satysfakcjonujące. Preferowałbym oczywiście znać każdą rzecz na temat swojego posłańca, gdyż ten zainteresował mnie. I to bardzo. W końcu, jak często trafia się na hybrydę dwóch skrajnie różnych ras? Wampir, krwiożercza istota, upiór, według niektórych nawet demon oraz nekomata, pocieszne kocie dziecko. Wszystko to sprawiało, że najchętniej zamknąłbym go w którymś z pokojów i nie wypuszczał, aż zdradzi mi swe wszystkie tajemnice. Ale nie mogłem tego zrobić. Po pierwsze, ten przeklęty relikt nie zostałby przekazany dalej. A po drugie, po ostatniej kłótni z innym obiektem i groźbą spalenia na stosie, postanowiłem jako tako respektować prawa człowieka. I kota. Jedno i to samo. Koty oraz kaczki razem rządzą światem.
— Jak się Pan nazywa? — pytanie chłopaka sprowadziło mnie na ziemię i sprawiło, że zerknąłem na niego z delikatnym zdziwieniem.
— A co cię to obchodzi? — odparłem momentalnie, dopiero po chwili reflektując się, że posłaniec zasługuje na przynajmniej podstawową wiedzę na ten temat — Yoru. Tyle powinno wystarczyć.
Nathaniel skinął głową i odwrócił wzrok. Wyglądał na urażonego, czy raczej niepocieszonego. Machnąłem więc na to ręką, zbywając zupełnie temat, i pchnąłem drzwi do jadalni. Suto zastawiony, nieproporcjonalnie duży stół znajdował się na środku pomieszczenia. Tutaj również znajdowało się wysokie okno, lecz te tym razem wychodziło na ogród. Wciągnąłem nosem zapach świeżych kwiatów w wazonach, rozłożonych na meblach, po czym zaprosiłem gestem chłopaka do zajęcia miejsca. Sam oczywiście usiadłem na rzeźbionym fotelu, znajdującym się u szczytu stołu. Nathaniel chwilę się wahał, lecz pod wpływem surowego spojrzenia, padł ostatecznie na krzesło po mojej lewicy.
Wskazałem podbródkiem na półmiski.
— Jedz. W podróży zapewne nie będzie Ci dane pożywiać się w ten sposób — Siląc się na spokojny ton, sięgnąłem po dzban z ciepłym mlekiem i napełnieniłem zawartością kubek Nathaniela. Nathana? Nate'a? Nieważne. Będę nazywał go po prostu kocim dzieckiem. Białowłosy zmierzył krytycznym wzrokiem kubek, jednak pragnienie zwyciężyło i zanurzył usta w mleku. Zaledwie chwilę później zajął się piciem, dając mi chwilę odpoczynku. Opadłem więc na fotel, przeniosłem na talerz nieco sałatki, a do filiżanki nalałem kawy. Mimo, iż to połączenie nie wyglądało na najlepsze, nie zważałem na takie szczegóły. Leniwie wyjrzałem przez okno, poruszając widelcem wśród zieleniny i uciekających cząstek pomidorów.
— Moja służba przyniesie Ci prowiant i zaliczkę. Ja natomiast zaprowadzę cię do bramy miasta. Tam nasze drogi się rozejdą.
Nathaniel przerwał jedzenie słodkiej bułki i przechylił nieznacznie głowę na bok, a gdyby miał taką możliwość, przysięgam, zamerdałby ogonem.
— Osobiście? Dlaczego?
Skrzywiłem się delikatnie, słysząc w głosie chłopaka bezpośredniość, lecz nie skomentowałem tego. Odpowiedziałem jednak na pytanie, nie omieszkając przy tym zrobić wręcz teatralnej pauzy.
— Chcę się upewnić, że nie uciekniesz z moją paczką — pochyliłem się nad stołem, patrząc nekomacie prosto w oczy — To, co się tam znajduje, jest ważniejsze niż życie twoje czy nawet króla. I pamiętaj, Nate — wziąłem od niego pieczywo i wgryzłem się ostrymi zębami w słodkie ciasto — Nie wolno otwierać ci szkatuły. Jak to zrobisz, znajdę cię, i...
— Masz coś na nosie, panie Yoru — Przerwał mi nagle i uśmiechnął się nieznacznie. Spojrzałem na niego zdziwiony, nie rozumiejąc, o co mu chodzi, lecz wtedy wziął chusteczkę i starł nią lukier z mojej skóry. Następnie, zupełnie jakby nieprzejęty, wrócił do dawnej pozycji, aby później kontynuować śniadanie. Prychając pod nosem, wstałem od stołu. Zaspokoiłem swój głód, więc nie odczuwałem potrzeby przebywania w tym miejscu. Nathaniel jednak zatrzymał mnie chrząknięciem.
— Będę czekał na pana przed domem — powiedział z uśmiechem, na co przytaknąłem i wyszedłem, trzaskając drzwiami.

***

Tak, jak obiecał, był gotowy do drogi. Nawet nie okazywał zdenerwowania faktem, że musiał czekać na mnie prawie godzinę (przecież nie można wyjść na miasto, nie wyglądając jak lisie bóstwo, prawda?). Z tego, co widziałem, sam się również jako tako ogarnął. I, ku szczęściu służby, posiadał wszystkie potrzebne rzeczy do przeżycia na szlaku. Poprawiłem maskę oraz katanę, po czym poczochrałem włosy chłopaka i wskazałem na budynki za oknem.
— A więc, wyruszajmy.
Przez całą drogę do bramy, milczeliśmy. Głównie z mojej winy, gdyż każde komentarze kociego dzieciaka zbywałem prychnięciem. Jednak nie powiem, czasami uśmiechałem się czy nawet cicho śmiałem. Bo młody zdawał się roztaczać wokół aurę humoru i radości. Zupełne przeciwieństwo.
— Tutaj masz mapę. Pytaj o Rieggena, jak dojedziesz na miejsce. — pomogłem Nathanielowi dosiąść wypożyczonego konia i podałem mu zwinięty pergamin, zalakowany woskiem — A jak ktoś będzie miał do ciebie problemy, mów, że jesteś od Aishiego. To powinno większość spraw załatwić. Ale niektórzy pewnie i tak ci przywalą, dla zasady.
— Panie Yoru..
— Nie przerywaj mi, młody, jak mówię. Wracając..
Nathaniel spoglądał na coś za mną, więc powoli odwróciłem się. Przeklnąłem głośno, widząc niezwykle znane mi twarze. Egzekutorzy, czy jak to zwykłem mówić, piekielni komornicy, podążali za mną od momentu, kiedy moje poprzedni "właściciel" umarł, a ja nie wróciłem do Piekła. Bo kto by chciał!
Ale to nieważne. Głównym problemem w ich przypadku jest to, że nienawidzą mnie. Z wzajemnością w sumie. Spojrzałem na katanę, po czym niewiele myśląc wyskoczyłem na grzbiet konia za Nathanielem i spiąłem rumaka łydkami, przez co ten wyrwał do przodu. Nathan obejrzał się przez ramię. Widziałem, że chce o coś spytać, ale po raz kolejny go uciszyłem go ruchem dłoni. To nie czas na takie rozmowy. O ile w ogóle jest czas na dyskusje o przeklętych reliktach, sprowadzających nieszczęście czy nieznacznej śmierci z rąk egzekutorów. A teraz, to biedne kocie dziecko, tkwi w tym mule razem ze mną, czy tego chce czy nie.

Nathaniel? Towarzyszu?

poniedziałek, 28 maja 2018

Od Nathaniela do Yoru

Tym razem trafiłem do miasta, w którym widocznie coś świętowali. Dotarłem tam w środku nocy, mimo późnej pory wszędzie było dużo ludzi, większość pijanych. Powolnym krokiem ruszyłem w kierunku karczmy. Kiedy tam przybyłem, uderzył mnie mocny zapach alkoholu. Skrzywiłem się lekko, by chwilę potem dostać się do lady.
- Dzieci nie powinny chodzić nocą po takich miejscach jak to. - zaśmiał się gospodarz, podchodząc do mnie.
- Witaj gospodarzu. - uśmiechnąłem się wesoło. - Jakie tam dziecko ze mnie. Nie przyszedłem się bawić, tylko popytać o pracę dorywczą. Jestem przejazdem.
Karczmarz, słysząc to z uśmiechem odesłać mnie do tablicy ogłoszeń. Życzył również udanego pobytu, za co podziękowałem. Przeskanowałem w głowie wszystkie propozycję i jedna zaciekawiła mnie najbardziej. Wyszedłem z lokalu kierując się w stronę miejsca zamieszkania, możliwe, że mojego przyszłego, zleceniodawcy. Będąc na miejscu nie zdziwił mnie wygląd domu. A raczej rezydencji, ponieważ tak można było nazwać to miejsce. Zapukałem w duże frontowej drzwi. Nie czekałem długo, gdyż otworzyła mi kobieta, najprawdopodobniej służka. Przywitałem się z uśmiechem i wyjaśniłem powód mojego najścia, po czym, po uprzednim zaproszeniu, wszedłem do środka. Kobieta zniknęła na moment, aby za chwilę zaprowadzić mnie, do jak mniemam gabinetu właściciela tej jakże zdobnej budowli. Usiadłem na krześle naprzeciwko biurka i zacząłem przyglądać się wystrojowi, panował tu duży chaos, no poza biurkiem. Na nim było nieskazitelnie czysto. Po chwili przyszedł właściciel owego bałaganu. Słysząc kroki, odwróciłem się, patrząc na wysokiego i postawnego mężczyznę w masce lisa.
- Witaj, przyszedłeś po pracę, prawda? - Podszedł i poklepał mnie po głowie, aby za chwile rozsiąść się w fotelu za biurkiem, kładąc nogi na owym meblu. - Nim powierzę ci swoje zadanie, opowiedz mi coś o sobie. Preferuję wiedzieć, z kim pracuję. I jeszcze, z czystej ciekawości - Wyjął z koszyczka wykałaczkę i wsunął ją do kącika ust - Ile ty masz lat? Rodzice wiedzą, w co się pakujesz?
Przygnębiła mnie lekko myśl, że muszę coś o sobie powiedzieć, nie dając jednak tego po sobie poznać, uśmiechnąłem się lekko.
- Mam dziewiętnaście lat. A rodzice.. Są daleko. Poza tym jestem pełnoletni i sam za siebie odpowiadam. - odparłem spokojnie. - Co chciałby Pan o mnie wiedzieć? - zapytałem po chwili.
Wyższy spojrzał na mnie uważnie, zastanawiając nie najprawdopodobniej nad tym, co powiedziałem.
- Nie wyglądasz na dziewiętnaście lat. - odparł w końcu.
- Uznam to za komplement. - ponownie się uśmiechnąłem.
- Może na dobry początek powiedz, jak się nazywasz i czym jesteś. - wyższy poinstruował, lustrując mnie wzrokiem.
- Nazywam się Nathaniel Reville. Jestem hybrydą nekomaty z wampirem. - odparłem spokojnie.
- Skąd jesteś?
- Pochodzę z Ucurum. Podróżuje, więc ta praca jest dorywcza i chwilowa. Coś jeszcze Pana interesuje? - zamyślił się na chwilę.
- Co z twoją rodziną? Może powiedz coś o swoim charakterze? - westchnął.
- Z rodziną? - powtórzyłem cicho, trochę nie rozumiejąc. Przechyliłem głowę lekko w bok, patrząc na swojego rozmówcę. - Mam młodszą siostrę i starszego brata, jeśli chodzi o rodzeństwo. Również rodziców. Nie biologiczni, ale równie mi bliscy. - zamilkłem na moment. - Co do charakteru nie ma chyba o czym mówić. Zresztą, jaki to ma związek ze zleceniem?
- Tak jak mówiłem, lubię znać ludzi, z którymi pracuje. Może ty masz jakieś pytania?
- Mam się zwracać per pan? - zapytałem.
- Wolałbym tak.
- Na czym dokładnie będzie polegać zadanie? - przeszedłem od razu do konkretów.
- Konkretnie. Podoba mi się. - zaśmiał się lekko. - Masz dostarczyć pewną paczkę do sąsiedniego państwa, do odpowiedniej osoby.
- Rozumiem. Co będzie w paczce?
- A to ważne?
- Dla mnie owszem. Nie chcę wplątywać się w coś, z czego nie będę mógł się wydostać od razu. - odrzekłem.
- Prezent. - skłamał. Było to iście perfidne zagranie i oczywiste. Uśmiechnąłem się lekko i wstałem.
- Więc mógłbym załatwić to od ręki.
- Tak od zaraz? Jest środek nocy. Nie lepiej wyruszyć z rana? - również wstał.
- Czas to pieniądz. Nie chcę go marnować.
Wyszedłem wraz z mężczyzną z gabinetu, zatrzymał mnie w czymś na pozór holu.
- Może jednak zostaniesz? Wyruszysz jutro z rana stąd. - zaproponował. Odparłem, iż nie chce sprawiać kłopotu i spokojnie mogę wyruszyć od razu. Nie do końca była to prawda, mam wielką ochotę legnąć się na puchary dywan w głównym pomieszczeniu i pójść spać. - Nalegam. - dodał jakby przyjemniejszym tonem.
W końcu się zgodziłem, chociaż naprawdę nie chciałem robić problemu, co kilkakrotnie, jak nie kilkanaście razy powtórzyłem. Dostałem od służącej instrukcję, gdzie znajduje się łazienka, pokój, w którym mam spać i ręcznik. Wszedłem szybko do łazienki, wlałem gorącej wody do wanny, która się tam znajdowała i dolałem płynu pachnącego bodajże wiśnią. Rozebrałem się i zanurzyłem po uszy w wodzie i pianie. Po kilku minutach do pomieszczenia weszła jak gdyby nigdy nic gosposia z ubraniami, po ułożeniu ich na szafce — wyszła. Posiedziałem tam dość długo, nie wiem dokładnie ile, gdyż na trochę przysnąłem. Woda była już zimną, więc stwierdziłem, że pospałem z dobrą godzinę. Wyszedłem z wanny, ubrałem się, ogarnąłem pomieszczenie po moim pobycie tam i zmierzałem do pokoju. Na noc pozwalałem sobie na to, aby puchaty ogon ciągnął się za mną, a uszy były ułożone wzdłuż głowy, prościej mówiąc — zwykle tylko na noc bywałem w części przemieniony. Poza łazienką wszędzie były pogaszone światła, dzięki czemu zorientowałem się, że domownicy już śpią. Niestety nie ułatwiło mi to trafienia do sypialni. Starałem się być najciszej jak się da, aby nie zbudzić nikogo. W końcu dotarłem do jakichś drzwi. Chciało mi się tak spać, iż niewiele myśląc, wlazłem tam cicho i od razu wszedłem pod kołdrę. Nie dano mi się cieszyć spokojem i ciepłem, gdyż do pokoju wszedł nie kto inny jak wysoki gospodarz, przyszedł z jakąś kobietą. Zapalili światło, zdając sobie wtedy sprawę z obecności mej kociej istoty.
- Co ty tu robisz? - zapytał starszy.
- Zasnąłem w wannie, a że było ciemno, to się zgubiłem. A chce mi się spać, więc wszedłem do pierwszego lepszego pokoju. - jęknąłem pod kołdrą.
Chciałem już dodać, iż nie chce stąd wychodzić, gdyż mi ciepło, ale się powstrzymałem. Zacząłem przysypiać, znowu, przez co nie słuchałem już rozmowy dwojga osób stojących przy drzwiach. Ktoś coś do mnie mówił, po tym zgaszeniu światła, jednakże nie dotarło to do mnie. Zwinąłem się w kłębek i odpłynąłem w objęcia Morfeusza.

>*<

Obudziłem się, czując poruszenie obok mnie na łóżku. Leniwie otworzyłem oczy i nie dość, że o mało na zawał nie zszedłem, to dodatkowo zleciałem z łóżka. Mam szczęście, że koty spadają na cztery łapy, przynajmniej nie miałem z rana bliskiego spotkania twarzy z podłogą. Nadal, będąc zaspany, wróciłem pod kołdrę, ponownie się zwijając i zacząłem cicho mruczeć. Nie przestałem, kiedy poczułem dużą dłoń na głowie, która lekko się poruszała, roztrzepując mi włosy bardziej niż były. Po dobrych dwudziestu minutach oddawania się jeszcze lekkiemu snu i przyjemności z głaskania rozbudziłem się. Pisnąłem znów, spadając prawie z łóżka. Usiadłem po turecku na ziemi obok łóżka, zastanawiając się co zrobić. Mężczyzna w tym czasie leżał sobie jak gdyby nigdy nic i mi się przyglądał. Kilka razy próbowałem coś powiedzieć, bez skutku. W głowie krążyła mi jedna myśl: dlaczego ja spałem w jego łóżku? Z NIM? Po chwili dotarła do mnie sytuacja z wczoraj. Westchnąłem.
- Niech pan wybaczy za wczoraj. Popsułem plany na wieczór? - zapytałem, przechylając lekko głowę.
- Skądże. - odparł.
- Mógł Pan powiedzieć, żebym poszedł do pokoju gościnnego. Wstałbym. - mruknąłem.
- Nie chciałem Cię budzić. - podniósł się do pozycji siedzącej i się przeciągnął.
Wlepiałem wzrok w dobrze zbudowanego, ciemnowłosego lisa. Niejaki lis miał już zamiar coś powiedzieć, więc od razu odwróciłem wzrok. Uratowała mnie przed wszystkim służącą pukająca do drzwi. Dziękowałem w duchu za to, że teraz zaprosiła nas na śniadanie. Oczywiście starałem się wymigać i wyruszyć już do tego sąsiedniego państwa, niestety moje plany zostały pokrzyżowane.
- Na długo tutaj zostajesz? - padło pytanie.
- Jakieś dwa miesiące. Później jadę dalej. - odparłem cicho. Rano zwykłej pić bardzo ciepłe mleko, podobnie jak wieczorem, przez co mój harmonogram dnia został, delikatnie mówiąc naruszony.
- Jak się Pan nazywa? - zapytałem nagle, niezbyt się nad tym zastanawiając.

Yoru? XD — to jest w stanie podsumować to opowiadanie i mój nastrój, kiedy je pisałam.

Ilość słów: 1340

niedziela, 27 maja 2018

Od Yoru do Nathaniela

Odchyliłem się wraz z fotelem do tyłu, nogami zapierając się o drewnianą kolumnę. Wzrokiem przebiegałem od swojego przeciwnika, przez karty aż do drzwi karczmy. Ludzie wchodzili przez nie i wychodzili, często również wytyczali. Inni po prostu padali na podłogę, tarasując przejście dla tych mniej upitych mieszkańców. Prychnąłem na ten widok. Jak nisko człowiek jest w stanie upaść, kiedy tylko otrzyma okazję?
A taka, jak dzisiaj, nie zdarza się często.
W końcu, książęca para, rządząca tym skrawkiem bożej ziemi, powiła potomka. Urządzono więc festyn, kolorowe korowody od rana przechodzą ulicami miasta, a w karczmach trwa oblewanie dobrego imienia księżniczki. Przynajmniej piwo jest tańsze, a i prowizoryczna rozrywka się pojawia. Jednym słowem, cudownie. Wszystko, co moja nieistniejąca dusza może pragnąć.
— Poker. Wygrałem — powiedziałem krótko, kiedy moja kolej nastąpiła. Z cynicznym uśmiechem obserwowałem, jak twarz mężczyzny tężeje, jego oczy otwierają się szerzej, a serce bije szybciej, kiedy wyrzuciłem karty na stół. Piękny układ. As, Król, Dama, Walet i Dziesiątka. Dlatego tak bardzo lubię grać swoją, oznaczoną talią.
Wyciągnąłem dłoń przed siebie, czekając. Wpatrywałem się czujnie w mężczyznę, aby upewnić się, że mnie nie oszuka. Z resztą, byłoby to głupotą. Sam musiał to zrozumieć, gdyż w ciszy, bez protestów położył na mojej ręce swoją ciężką sakiewkę. Skinąłem głową, przytroczyłem zdobycz do paska, po czym wstałem i mocą zebrałem karty.
— Dzięki za miłą grę, Rieggen — Musnąłem czubkiem ogona jego policzek, kierując się w stronę wyjścia — To co, jutro powtóreczka?
Usłyszałem niewyraźne mamrotanie. Mimo to, znałem odpowiedź. Musiał się zgodzić, gdyż miałem jego rodzinę na oku. Jeden głupi wybryk, a żona i dzieci zdechłyby szybciej niż by się spodziewał. Poprawiłem zdobyty w innej grze pled ze złotogłowiu, pasujący wręcz idealnie do moich ramion, przeskoczyłem zręcznie nad pijakiem i wyszedłem z karczmy, wcześniej nie omieszkając pomachać właścicielowi na pożegnanie. O dziwo, ten jedynie zgromił mnie wzrokiem. Ciekawe, dlaczego. Podrzuciłem ukradziony kielich do góry. Naprawdę, nie widziałem powodu, dla którego mógłby mnie nie znosić.

***

— Panie Aishi — Służąca uchyliła drzwi do łaźni, wpuszczając do środka chłodny powiew. Leniwie ściągnąłem z oczu plasterki ogórka i poruszyłem z zaciekawieniem lisimi uszami, dając kobiecie znak, że może kontynuować — Chłopiec, którego pan chce zatrudnić przybył.
Spojrzałem zdziwiony na służkę. Tak szybko? Przecież wywiesiłem ogłoszenie na rynku zaledwie dzisiaj rano. No cóż, nie ma co narzekać, jeśli los daje ci kryształy zamiast cytryn!
— Wpuść go do mojego gabinetu — rozkazałem, wstając i sięgając po ręcznik — Daj mu wszystko, co chce. W granicach rozsądku, oczywiście. I nie zapomnij o herbacie.
Kobieta, po przyjęciu informacji, na palcach wycofała się z łazienki, z uniżeniem opuszczając głowę. Na spokojnie wysuszyłem swoje ciało, dokonałem wszelkich potrzebnych zabiegów kosmetycznych, po czym ubrałem się w nieco droższe szaty, aby popisać się przed gościem. Ogony ukryłem pod obszernym żupanem, żeby nie wystraszyć kogokolwiek nieumyślnie. Z półki wziąłem maskę i założyłem ją z namaszczeniem. Tak przygotowany, poszedłem do chronionego przez straże pomieszczenia, gdzie zazwyczaj zapisywałem zdobyte informacje. Z tego powodu, regały zajmowały całą ścianę, a część mniej ważnych ksiąg walała się nawet po podłodze. Na hebanowym biurku, mimo to, panował porządek, jakby mebel skutecznie opierał się całemu nieładowi wokół. Postać, siedząca na krześle, nagle odwróciła się w moją stronę. Nie mogłem powstrzymać się przed złośliwym uśmiechem, kiedy ujrzałem niezwykle młodą twarzyczkę. Chłopaczyna mógł mieć niewiele więcej niż szesnaście lat. Mimo to, miał białe niczym śnieg włosy, które co jakiś czas poprawiał. Do tego złociste oczy. Od razu było widać, że nie jest człowiekiem. Tylko kim, w takim razie? Moje zmysły nie były w stanie przeniknąć przez tę personę. Ciekawe. Lubię wyzywania, więc taka sytuacja jest dla mnie czymś nie tylko nowym, ale też ciekawym.
— Witaj, przyszedłeś po pracę, prawda? — Zbliżyłem się do krzesła, poklepałem dzieciaka po głowie, a następnie rozsiadłem się luźno w fotelu, przerzucając nogi na blat biurka. Okno za moimi plecami, sięgające prawie sklepienia gabinetu, wychodziło na panoramę miasta i książęcy zamek. Kiedy niebo jest czyste, można nawet dostrzec zarysy stolicy Merkez.
— Nim powierzę ci swoje zadanie — Musnąłem palcami znajdującą się na skraju blatu szkatułkę, którą zdobyłem od jakiegoś handlarza — opowiedz mi coś o sobie. Preferuję wiedzieć, z kim pracuję. I jeszcze, z czystej ciekawości — Wyjąłem z koszyczka obok najnowszego notesu z informacjami wykałaczkę i wsunąłem ją do swego kącika ust — Ile ty masz lat? Rodzice wiedzą, w co się pakujesz?

<Nathaniel?>