Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol Anguis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sol Anguis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Od Nichio do Regulusa

Mówiąc szczerze, to gadanie Regulusa powoli mnie, jednym słowem, wkurwiało. I to nie przez to, że byłem głodny (a wtedy robię się drażliwy jak niejedna baba). Sam nie byłem pewien, dlaczego, ale po prostu jedyne, na co miałem ochotę, to uderzyć go w ten mały nos, pogryźć, zjeść... Ale nie mogłem tego zrobić. Jakby coś mnie blokowało. Cholera, od kiedy jestem taki miękki?
Zerknąłem na pudło w swoich dłoniach, a następnie na chłopaka. Przewróciłem oczami. Nie chcę z nim iść. Muszę wypełnić misję. Kolejne ukradkowe spojrzenie, do przewrócenia dołączyło westchnięcie. Nie chcę go zostawić. A jak coś mu się stanie? Ktoś zaatakuje go, myśląc, że te rzeźby to jakieś drogocenne rzeczy?
Na myśl o ciele Reggiego w jakimś rowie, zadrżałem nieco wbrew sobie i wpakowałem Dyubuka czy inne drewno do torby. Bezpardonowo zacząłem zbierać jego rzeźby, ignorując zszokowane spojrzenie chłopaka.
— N-Nichio? — wyjąkał, kiedy zarzuciłem sobie na ramię przedmioty, a jemu wcisnąłem swoją, lżejszą torbę. Chwilę ją ważył w dłoniach, aby później, pod moim naciskiem, przełożyć skórzany pasek przez szyję.
— A więc, gdzie mieszkasz? — spytałem jakby od niechcenia, kierując się ku bramie. Regulus jakimś cudem za mną nadążył. Zamyślił się chwilę.
— Trochę trudno się tam dostać...
Wzruszyłem ramionami i wziąłem z pobliskiego straganu wykałaczkę, którą włożyłem do swoich ust.
— No i? Lubię wyzywania. To co? Gdzie idziemy? Tylko decyduj się, Pancho zaraz będzie taki denerwujący, że będziesz błagał, abym go uciszył.
— Ej! — Pies zaprotestował momentalnie, a kiedy się roześmiałem, prychnął, odwracając wzrok na Regulusa.

<Reggi?>

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Od Regulusa do Nichio

Wyjąłem z ogryzka nasiona i zawinąłem je w materiał z zamiarem posadzenia ich obok mojego domu. Część moich figurek była już sprzedana.
- Hej, Reggi. Co ty tu robisz? To twoje? - słysząc głos albinosa, uniosłem głowę z uśmiechem. Miło było go znowu zobaczyć.
- Witaj, Nichio. Tak, to moje rzeźby. Staram się je sprzedać. - odparłem nieśmiało. Chłopak wziął do ręki figurkę jelenia.
- Nawet ładne. - mruknął, a ja poczułem, że się rumienię. Nie zasługiwałem na takie słowa.
- D - Dziękuję. - wyjąkałem, bawiąc się przy tym nerwowo palcami. Nichio był zdecydowanie zbyt uprzejmy.
- Spocznij. - powiedziałem szybko, przysuwając znalezioną skrzynkę bliżej chłopaka.
- Szukasz czegoś?
- Szukałem i znalazłem.
- Co takiego?
- Informację o pewnym przedmiocie. Nie wiem tylko wciąż, co to jest Dybuk... - powiedział albinos, wzdychając.
- Dybuk? - zamyśliłem się.
- To rodzaj złego ducha.
Chłopak uniósł na mnie wzrok, przez co zamilkłem.
- W - Więcej powinno być w książce, którą mam w domu. Mogę ci ją przynieść jeśli chcesz.
- Serio?
- Tylko musimy ustalić gdzie i o której się spotkamy. Droga do mojego domu jest dość długa... - powiedziałem, drapąc się z tyłu głowy.

< Nichio? >

Od Nichio do Regulusa

Regulus. Imię wydawało się dziwnie znajome. Sam nie wiem, z jakiego powodu. Może jakiś człowiek w karczmie tak się nazywał. Albo ktoś zawołał tak na psa. Nie wiem, nie mam jakoś wybitnej ochoty na myślenie.
Po odejściu, a za razem, zostawieniu Reggiego samego sobie, wsunąłem kciuki do kieszeni spodni i ruszyłem leniwie w drogą, twarz kierując ku słońcu. Ciepłe promienie oświetliły moją bladą skórę, która i tak pozostanie niewzruszona, nieważne, jak długo bym przebywał na zewnątrz. Nigdy się nie opalę. Straciłem taką możliwość, gdy Vekkar postanowił zabrać moje ścierwo do swojego stęchłego laboratorium.
Łatwo jest zrzucać winę na kogoś innego. To takie wyzwalające, powiedzieć "To jego wina". Ale w ten sposób, jedynie ukrywam prawdę. Prawdę, która boli i kąsa, nie daje o sobie zapomnieć.
Skrzyżowałem ręce na karku, przymknąłem nieco powieki i zdałem się na swój instynkt oraz Pancho. Pies dreptał u mojej nogi, komentując pod nosem wydarzenia wokół nas.
- O, pa, jak się lafirynda odstawiła. - Mruknął pod adresem jakieś służącej, biegnącej z zakupami do jakiegoś bogatszego domostwa. Wzruszyłem ramionami, otwierając oczy. Lepiej byłoby, żeby pies zamilkł, bo jeszcze biedy mnie i sobie napyta. Ale nawet karcące spojrzenie go nie powstrzymało. Zignorował je zupełnie, nadal szukając czegoś, co można ocenić. Skrytykować. Rzadko kiedy skomplementować.
- A ten zapuszkowany wojownik? - Pancho zniżył głos do konspiracyjnego szeptu. Zerknąłem zaciekawiony w stronę, gdzie pies kierował swój łeb. Wychodziło na to, że właśnie komentował rycerza z Merkez, stojącego przy wejściu do banku, jedynego w mieście. - Pewnie tej zbroi od miesięcy nie ściąga. Czuję jego zapach aż tutaj. - Pies ostentacyjnie udał, że zbiera się mu na mdłości, akurat wtedy, kiedy wojownik na nas spoglądał. Odruchowo przyspieszyłem kroku, ciągnąc towarzysza za uprząż.
- Ej! - zaprotestował pies, zapierając się łapami o ziemię. Cholera, ja chcę mu zad uratować, a ten jeszcze jakieś bunty odwala. Tracąc cierpliwość, pociągnąłem go z całej siły, pewnie naciągając mięsień lub dwa, bo Pancho do najlżejszych nie należy, a następnie wszedłem w boczną uliczkę. Nawet dobrze się złożyło, bo właśnie na jej końcu znajdował się sklep, do którego mieliśmy się dostać. Przynajmniej to nam wyszło.
Otworzyłem ciężkie drzwi, a duży dzwon oznajmił nasze przybycie. Sprzedawca, będący stosunkowo grubym krasnoludem, wyjrzał zza lady, po czym rozległo się szuranie, a ten urósł o kilka dobrych centymetrów. Prawdopodobnie podsunął sobie jakiś stolik czy coś.
Podszedłem do niego i bez słowa wyciągnąłem szkatułkę. Krasnolud obejrzał ją chciwym spojrzeniem.
- Ładne cacko. - skomentował, obracając pudełko w dłoniach. - Kupiłem niedawno jedno od jakieś dziewczyny. Ale tamto nie było tak stare jak to. Dałbym ci za nie...
- Nie obchodzi mnie cena. - Uderzyłem pięścią w blat. Pancho już dość mi nerwów zszargał, więc byłem na skraju wybuchnięcia złością. - Powiedz, co jest w środku.
Sprzedawca przewrócił świńskimi oczyma, ukrytymi za krzaczastymi brwiami i przyjrzał się symbolowi na wieku. Po chwili odsunął się, nieco zbladł. Poruszył wąsami, wziął szkło powiększające. Upewnił się, że dobrze widzi, a następnie wcisnął mi szkatułkę w dłonie.
- Zabierz to z mojego sklepu. - Zażądał, schodząc z podestu, wychodząc zza lady i chwytając mnie za łokieć. Drewniana noga stukała o podłogę, kiedy ciągnął mnie w stronę drzwi.
- Zostaw mnie! - warknąłem, ale krasnolud i tak wypchnął naszą dwójkę na zewnątrz. Nim podniosłem się z ziemi, drzwi zostały zamknięte. Podbiegłem do nich, uderzyłem w metalową kratę, chroniącą szybę, a następnie spojrzałem na stojącego po drugiej stronie krasnoluda. Handlarz był jedynie niewyraźnym zarysem, ale wiedziałem, że tam jest.
- Nie będę trzymał Dybbuka w swoim sklepie! - usłyszałem zza drzwi, a później nastała cisza. Nie pozostało mi nic innego, jak zawrócić, klnąc pod nosem i wciskając pudełko do torby na grzbiecie Pancho. Pies postanowił milczeć, abym nie zdenerwował się jeszcze bardziej. Jedyna mądra decyzja tego dnia.
- Co za ciul. - Warknąłem, mijając rynek. Szkatułka znajdowała się na powrót bezpieczna pod suknem. Tak, jak Vekkar nakazał. - Co to jest ten cały Dybbuk? - Monolog przerwałem na widok Regulusa, pilnującego jakiegoś stanowiska. Pchany ciekawością, zbliżyłem się do niego. Figurki były nawet ładne, ale jakoś żadna mnie nie zainteresowała tak, jak rudzielec.
- Hej, Reggi. Co ty tu robisz? To twoje?

<Regulus?>

niedziela, 15 kwietnia 2018

Od Regulusa do Nichio

Otworzyłem oczy, gdy tylko poczułem na sobie ciepłe promienie słońca.
- Dzień dobry. - powiedziałem, patrząc na przytulankę z uśmiechem. Przytuliłem kurę po raz ostatni i poszedłem się ubrać. Włożyłem na siebie brązowe spodnie, wiązane buty w tym samym kolorze i białą koszulę. Następnie posprzątałem w swojej jaskini i spakowałem do torby mniejsze rzeźby do sprzedania. Przedstawiały one ludzi i zwierzęta.
Zaraz po tym opuściłem swoją jaskinię. Rozejrzałem się na boki, wspominając dziwne uczucie, które towarzyszyło mi wieczorem. Po chwili zbiegłem ze skał i udałem się do miasta. Jak zwykle, zbliżając się do ludzi, zawiązałem swoje oczy.
Krótko po wejściu do miasta poczułem się obserwowany. Wmawiałem sobie, że pewnie mi się wydaje przez dużą liczbę osób. Te myśli jednak zostały rozwiane w momencie, kiedy pchnięto mnie w jeden z zaułków. Straciłem równowagę i upadłem na bruk. Przede mną stało dwóch mężczyzn. Nie znałem ani jednego, ani drugiego. Gdyby tak było, na pewno bym ich zapamiętał.
Jeden z mężczyzn chwycił mnie za ubranie i podniósł do góry. Inny w tym czasie wyrwał mi torbę. Spojrzałem momentalnie w jego stronę.
- Spokojnie... - zaczął pierwszy - Umowa jest taka, ty nie krzyczysz, a my nic ci nie zrobimy.
Domyśliłem się szybko, że to napad. Ludzie niewidomi byli łatwym celem. Wiedziałem o tym doskonale, ale nie mogłem poruszać się inaczej, narażając przy tym mieszkańców.
- A - Ale... - wyjąkałem.
- Żadnego "ale", rozumiesz? - nieznajomy chwycił moją twarz i ścisnął jej policzki.
- Ta torba i to, co w niej masz należy teraz do nas. Lepiej się z tym pogódź, dobrze ci radzę.
Nie mogłem tak łatwo odpuścić. To były efekty mojej miesięcznej pracy. Dodatkowo umierałem z głodu.
- N - Nie. Proszę mi ją oddać.
- Co? Nie dość, że ślepy, to jeszcze głuchy. - zadrwił mężczyzna.
- Daj mu nauczkę, to wybije sobie z głowy zabawę w rycerza. - odparł drugi. Jego towarzysz z uśmiechem zacisnął dłoń, którą wcześniej przytrzymywał moją twarz w pięść i zadał mi cios w brzuch. Zacisnąłem zęby, jakby to miało powstrzymać rozlewającą się po moich organach falę bólu. Nie trzeba było czekać na kolejny cios. I kolejny.
Kątem oka zobaczyłem białe włosy. Wyglądały znajomo.
Napastnik wypuścił mnie, gdy tylko zobaczył ich właściciela. Ledwo utrzymywałem się na miękkich nogach.
Przybysz zatrzymał się przede mną, a ja opadłem na ścianę, następnie się po niej osuwając. Nie miałem siły, by dłużej ustać.
- Zostawcie go. - usłyszałem jak przez mgłę. Później słyszałem chyba krzyki. Nie byłem pewny.
Po jakimś czasie nastąpiła chwila ciszy. W duchu błagałem, by białowłosemu nic się nie stało.
- Wstawaj, bo cię szczury zeżrą. - usłyszałem na d sobą. Słabo uniosłem głowę. Widząc przed sobą znajomą twarz chłopaka z karczmy, uśmiechnąłem się nieśmiało. Pomógł mi drugi raz. Mimo, że nie musiał, a ja na to nie zasługiwałem.
Położyłem dłoń na wyciągniętej ręce chłopaka, a ten pomógł mi wstać. Zachwiałem się i chwyciłem ramię białowłosego. Zaraz po tym spłonąłem rumieńcem i odsunąłem się od niego.
- Prze-Przepraszam. - pisnąłem. Było mi głupio. Przez swoje zachowanie nie byłem w stanie ustać i nadużywałem dobroci chłopaka. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Białowłosy podał mi moją torbę.
- D - Dziękuję. Za ratunek też. I jeszcze raz za poprzednią pomoc. - powiedziałem nieśmiało.
- Pamiętasz mnie? - to pytanie wywołało panikę w moim umyśle. Co powinienem powiedzieć?
- P - Przez głos!
-... Dobra...
- J - Jesteś może głodny? - zapytałem.
- Chciałbym się odwdzięczyć! Za pomoc. - dodałem, widząc zdziwiony wyraz twarzy chłopaka.
- Już jadłem, dzięki.
- Och...- spuściłem wzrok. Co mogłem zrobić, żeby przestać czuć sie tak bezradnie i spłacić dług?
- Jak ci na imię?
To pytanie mnie zdziwiło. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć poznać moje imię? Nie byłem nikim ważnym. Wręcz przeciwnie. Mimo tego, postanowiłem odpowiedzieć.
- Regulus...
- Ja jestem Nichio.
Uniosłem wzrok na chłopaka. Nichio...
- To do zobaczenia. Uważaj na siebie. - albinos poczochrał moje włosy i odszedł. Odprowadziłem go wzrokiem. Wciąż patrzyłem w wyjście z alejki, mimo iż chłopak dawno zniknął.
Przytulił torbę i ruszyłem w tym samym kierunku. Kupiłem sobie jabłko i rozstawiłem swoje stanowisko w wolnym miejscu.

<Nichio? >

piątek, 13 kwietnia 2018

Od Nichio do Regulusa

To, co zobaczyłem, sprawiło, że zacząłem zadawać sobie zbyt wiele pytań.
Co to było?
Kim był ten chłopak?
Czy to rzeczywiście ta sama osoba, jaką spotkałem w mieście?
To był jego dom?
- Cholera! - syknąłem, prawie zsuwając się po kamieniach. W ostatniej chwili uczepiłem się palcami półki skalnej, ale i tak zawisłem, poruszając nogami w powietrzu. Szykowałem się, aby zawołać Pancho, żeby ruszył z dołu swój puchaty zad i coś ogarnął. Cokolwiek. Ale zanim otworzyłem usta, usłyszałem dochodzący z jaskini szelest, towarzyszący poruszaniu się.
Mieszkaniec chyba usłyszał moje przekleństwo. Jak mnie tu zobaczy, to albo zginę, albo zamienię się w kamień. Żadna opcja nie brzmiała zachęcająco. Znieruchomiałem więc, oczekując na to, co ma nadejść.
Po dłuższej chwili, uznałem, że jestem bezpieczny. Podciągnąłem się więc na półkę skalną, a stamtąd zszedłem na dół. Bez słowa minąłem psa, czyszczącego swoje futro z liści i z dłońmi w kieszeniach, skierowałem się na drogę w stronę miasta.
- Ej, Nichio! - Zawył Pancho, podnosząc się i biegnąc za mną. Przewróciłem oczami. Nadal się nie odzywałem, licząc, że zrozumie, iż jestem na niego obrażony.
Jak się spodziewałem, nie przyjął tego do wiadomości. Nigdy nie był bystrzakiem oraz mistrzem dedukcji. Ciągle próbował mnie skłonić do rozmowy. Hardo trzymałem się przy swoim.
Wynająłem pokój w gospodzie, wszedłem na górę i rzuciłem się na łóżko. Od razu odwróciłem się na bok, a Pancho wskoczył między moje nogi.
- Nichio.. Zdejmij mi to wszystko, co? Będzie mi nie wygodnie. - wyjęczał, ocierając się o moje ciało. W odpowiedzi nakryłem głowę poduszką. W myślach błagałem towarzysza, aby się zamknął. Byłem na skraju wytrzymałości psychicznej.
- Chii..
- Nie mów tak do mnie! - krzyknąłem, siadając gwałtownie na łóżku. Dyszałem gniewnie przez zaciśnięte zęby, posyłając zwierzakowi spojrzenie pełne furii. Pancho podkulił uszy. Wydawał się być autentycznie smutny. Te duże oczy wyglądały, jakby miał zaraz się rozpłakać. Rzeczywiście go zraniłem.
Chciałbym się po prostu położyć, od tak, jak zwykle i zignorować psa. Ale nie mogłem. To był mój jedyny przyjaciel.
Dlatego ostrożnie ściągnąłem mu uprząż i przytuliłem pupila do swojej piersi. Wtuliłem twarz w jego mięciutkie futerko, chłonąc samą obecność kogoś bliskiego.
Nie musiałem przepraszać, ten gest wystarczył, aby Pancho odpuścił mój wybuch gniewu. Rozumiał mnie jak nikt inny. Czasami żałowałem, że nie może być człowiekiem.

Po pobudce, śniadaniu i kłótni z barmanem o kolejne piwo, wyszedłem z gospody na ulicę. Było tu więcej ludzi, niż wcześniej. Może szli do kościoła albo do czegoś w tym stylu.
W planach miałem zaniesienie szkatułki mojego "pana" do jakiegoś znawcy, aby ten rzucił choć trochę światła na to, czym artefakt jest. Skierowałem się w stronę rynku, podrzucając pudełeczko w dłoni. Wtem usłyszałem śmiech ludzi. Obróciłem się w kierunku bocznej uliczki.
Dwóch rzezimieszków napastowało rudzielca. Tego samego, co był w karczmie i w jaskini. Potencjalnego bazyliszka.
Pomyślałem, że nie warto się w tę akcję wtrącać, ale sam widok mizernej twarzy chłopaka sprawił, że przewróciłem oczami i wszedłem do alejki. Nie miałem ochoty na typowo ludzkie walki, więc zacząłem się skupiać na wszystkim, co doprowadzało mnie do szału. A że było tego wiele, nim wszedłem między złodziei, z moich pleców wyrastały już dwie macki, poruszające się jak dzikie węże. Bynajmniej nie rzeczne.
Zasłoniłem swoim ciałem rudego, który osunął się po ścianie na brudny kamień.
- Zostawcie go. - Rozkazałem, owijając jedną z dodatkowych kończyn wokół szyi nieznajomego. Podniosłem mężczyznę, spoglądając, jak się dusi. Przyjemny widok.
Drugi złodziej postanowił nie pozostać dłużny i rzucił się ze scyzorykiem na drugie ramię. Z westchnięciem odrzuciłem go na bok.
Z czasem, sprawa została rozwiązana.
Ciało ukryłem gdzieś w głębi, a następnie sam wróciłem do chłopaka z jego sakiewką. Nim jednak mu ją podałem, wyciągnąłem w stronę siedzącego rękę.
- Wstawaj, bo cię szczury zeżrą.

< Regulus?>

niedziela, 8 kwietnia 2018

Od Regulus'a do Nichio

Zmęczony odrzuciłem torbę na legowisko. Cały śmierdziałem piwskiem. Z obrzydzeniem zdjąłem z siebie swoje ulubione ubranie i udałem się w głąb pomalowanej na żółto jaskini. Ten kolor mnie uspokajał za każdym razem. Był jak promienie słońca. Jednej z niewielu rzeczy, których nie mogę zniszczyć. Minąłem korytarz pełen obrazów, zapalając przy tym świece i udałem się do części jaskini, która sprawowała funkcję łazienki. Osobiście wydrążyłem dziurę w podłożu, którą następnie wypełniłem wodą. Na wspomnienie latania tam i z powrotem poczułem się jeszcze bardziej zmęczony. Odłożyłem na bok ubrania i wszedłem do zbiornika, który mógłby pomieścić jeszcze kilka osób. Woda przyjemnie schłodziła moje ciało. Zamknąłem oczy i rozluźniłem się.
Po kilku minutach zmusiłem się do wyjścia ze zbiornika. Wziąłem jedną z większych misek z drewna, napełniłem ją wodą i zająłem się praniem ubrań. Następnie udałem się do wyjścia, by ułożyć je na kamieniach. Usłyszałem cichy szelest w krzakach obok. Znieruchomiałem, ale szybko wmówiłem sobie, że to pewnie wiewiórka. Kto przy zdrowych zmysłach zakradałby się do jaskini bazyliszka?
Wróciłem do swojego legowiska i opatuliłem się starym kocem, który ogrzewał mnie już przez wiele lat. Wyjąłem z torby swoje składniki na wytworzenie farb. Obejrzałem każdy z nich podekscytowany. Nie mogłem doczekać się kolejnego dnia, kiedy to zmienię te proszki oraz płyny w gładkie masy o różnych kolorach. Wtuliłem policzek w poduszkę. Nie zamierzałem gasić świec. Przy ich świetle czułem się bezpieczniej. Przytuliłem do piersi własnoręcznie wykonaną zabawkę. Przedstawiała kurę, zrobioną z wielu materiałów. Wypełniona była słomą. Moje powieki stawały się coraz cięższe. Zasnąłem z myślą o swoich rodzicach. Czy w ogóle istnieli?

<Nichio, mój stalkerze?>

sobota, 7 kwietnia 2018

Od Nichio do Regulusa

Zainteresowałem się tamtym chłopakiem, na oko moim rówieśnikiem, od momentu, gdy teatralnie przewrócił się na podłodze w karczmie. Nie powiem, że mnie to nie rozbawiło. Miałem ochotę zaśmiać się razem z resztą opijusów, ale powstrzymałem się, widząc zażenowanie na twarzy chłopaka. Postanowiłem go nie dobijać, bo jeszcze pójdzie na jakiś most i skoczy. A wtedy? Wtedy nie będzie darmowej komedii.
Z tych i wielu innych powodów, postanowiłem pójść za rudzielcem, gdy tylko uciekł z gospody po zakupieniu swoich rzeczy. W dodatku, Pancho również chciał go lepiej poznać, więc nie miałem jako takiego wyboru, bo wysłuchiwanie narzekań psa nie było ciekawą alternatywą. Dlatego posnuliśmy się za tym przegrywem, ja z rękoma w kieszeniach, Pancho z językiem wywalonym na zewnątrz. W pewnym momencie przyspieszył, a następnie zajął się obwąchiwaniem torby chłopaka. Na ten widok przewróciłem oczami. Mistrzem dyskrecji to on na pewno nie zostanie.
- Pancho, zostaw go. - Rzuciłem nonszalancko, zatrzymując się obok rudego. W nos uderzył mnie zapach strachu. Wręcz można powiedzieć, że paniki. Zdziwiło mnie to delikatnie, gdyż rzadko zdarzało mi się wyczuwać emocje. Ale w tym momencie trudno nie dało się rozumieć, co on czuje, skoro całym ciałem dawał znać, że się boi.
Zmierzyłem go z góry. Mimo, że były to dwa - trzy centymetry różnicy, cieszyłem się samym faktem bycia wyższym.
Jego ruchy były nerwowe, czasami drżał. Gdy się powoli odwrócił, zobaczyłem, że przygryza wargi. Nie pasowało to do samego wyglądu chłopaka - zadbany, wymuskany młodzieniec, nawet z jakąś biżuterią. W porównaniu do mnie, ubranego na czarno potwora, to było jak niebo i ziemia.
Ale przynajmniej ja miałem jakieś tam pokłady pewności siebie.
- Przepraszam za Pancho. Jest cholernie ciekawy. I wścibski. - Zgromiłem wzrokiem psa, który ostentacyjnie usiadł na drodze i odwrócił wzrok.
Chłopak nerwowo skubnął palcami mankiet koszuli, po czym jedynie przytaknął. Nie odzywał się. Serio był nieśmiały. A w sumie, jakie inne wrażenie mogłem odnieść, patrząc na jego osobę?
- T-Tak. - Mruknął jedynie, cofając się. Podniosłem zdziwiony brew. - Ja mam dużo rzeczy.. Zostawiłem zapalone palenisko w domu..
- Co? - Nim zorientowałem się, byłem na ulicy sam. Jedyne, co zobaczyłem, to znikające za rogiem czerwone włosy. Wzdychając ciężko, kopnąłem leżący w okolicy kamień i wcisnąłem głębiej dłonie w kieszenie. Jak chce uciekać, to ja go gonić nie będę. Jego wybór.
Pod wieczór byłem już całkowicie wygłodzony, a żadnego włóczęgi nigdzie nie znalazłem. Diabli by to wzięli. Musiałem znowu pójść na cmentarz i tam zabawić się w hienę oraz liczyć na to, że nikt nie będzie chciał mnie przegonić. A takie coś zdarza się bardzo często. Dlaczego do nikogo nie dociera, że po prostu przyspieszam proces rozkładu? Tak czy siak te ciała znikną czy coś, a w tym przypadku mogą się nawet komuś przydać.
Z taką myślą, wręczyłem magiczną latarenkę, płonącą na niebiesko niezależnie od pogody, w pysk Pancho i zająłem się rozkopywaniem świeżego grobu. Ostatecznie, odrzuciłem na bok łopatę i dokończyłem pracę swoimi palcami. Przebiłem się przez cienkie drewno, po czym pochyliłem się i wciągnąłem nosem zapach świeżych zwłok. Oblizałem się ze smakiem. Czas na ucztę!
Wtem Pancho podniósł ogon i rozejrzał się. Na początku zignorowałem go, będąc zbyt zajętym dobieraniem się do ukochanej śledziony, lecz w pewnym momencie również poczułem coś dziwnego. Niebezpieczeństwo i łopot skrzydeł. Wyprostowałem się, szukając źródła zagrożenia.
Coś na kształt kuro - wężo - ptaka przeleciało nad okolicą.  Poderwałem się gwałtownie.
- Pancho, musimy to sprawdzić! - Odebrałem psu latarenkę i ruszyłem w ślad za stworzeniem. Musiałem się mu lepiej przyjrzeć!
Czworonóg spojrzał na rozkopany grób, a następnie na mnie. Przeklnąłem siarczyście, lecz potruchtał za mną, nie chcąc zostawać w tyle.
Udało nam się dotrzeć do pasma górskiego. Gdzieś w górze znajdowała się jaskinia, wyglądająca jak pusty oczodół. To było tak straszne, że aż ekscytujące. Swojego zdania nie zmieniłem nawet, kiedy mutant wylądował na półce ze skrzekiem. I wtedy, kiedy przybrał ludzką postać.
Zachichotałem jak małe dziecko, po czym wspiąłem się po kamieniach. Człowiek zniknął już w środku, ale wejście było otwarte. Stanąłem więc u wejścia i oświetliłem latarenką wnętrze.

< Reggi? >

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Regulus'a do Nichio

Po skromnym śniadaniu, składającym się z jadalnych liści, korzonków i leśnych owoców, wybrałem się na kolejne poszukiwania składników, z których mógłbym stworzyć farby. Wejście do jaskini zablokowałem jak zwykle głazem. Następnie zacząłem powoli schodzić po stromych zboczach gór, wzrokiem szukając kolorów, których mi brakowało. Powinienem zacząć robić zapasy.
Zwinnie zeskoczyłem ze skały na ziemię porośniętą żółtą trawą. Znałem te góry jak własną kieszeń, albo nawet lepiej. Wciągnąłem w płuca zapach sosen. Coś pięknego. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Uwielbiałem to miejsce. Tylko w nim czułem się naprawdę bezpiecznie.
Niechętnie opuściłem zajmowane przez siebie tereny. Widząc znaki obecności ludzi, z westchnięciem zawiązałem swoje oczy. Czy to kiedyś się skończy?
Niechętnie wznowiłem swój spacer.
Gdy przez dłuższy czas wciąż niczego nowego nie miałem w swojej torbie, wpadłem na pomysł poszukania składników w mieście i, z bólem serca, tam też się udałem.
Mieszkańcy patrzyli na mnie zdziwieni. Piesi schodzili mi z drogi, zapewne w obawie, że zrobię sobie krzywdę, idąc pozornie niewidomy. Poczułem ciepło w moim sercu. Martwili się o mnie i chcieli mi pomóc. Nie zasługiwałem na to. Zawstydzony zacząłem miętosić w palcach materiał swojej torby.
Moją uwagę przykuły odgłosy z karczmy. Chyba zanosiło się na bijatykę. Zapach nie był zbyt zachęcający, ale nawet najlepsze kolory mogą mieć okropny zapach. Z tą myślą postanowiłem do niej wejść. Smród wzrósł na sile, a moje nozdrza zaczęły wołać o pomoc. Skrzywiłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu. Najczystsze to ono nie było.
Już zamierzałem podejść do barmana, gdy dostrzegłem, że od jakiegoś czasu jest on przytrzymywany za ubrania przez chłopaka o ciekawym wyglądzie. Uwaga wszystkich zebranych skupiła się na nas. Czułem się niekomfortowo.
Niepewnie zbliżyłem się do lady i już miałem zadać pytanie o barwiące składniki, gdy nagle...pośliznąłem się na wylanym piwie i upadłem jak długi na brudną podłogę. Jęknąłem cicho, kiedy poczułem ból z tyłu głowy. Automatycznie rozmasowałem tamto miejsce. Do moich uszu doszedł śmiech gości karczmy. Czułem się upokorzony, ale wiedziałem, że taki potwór, jak ja na to zasługuje.
- Żyjesz, młody?- usłyszałem nad sobą. Uniosłem głowę, którą obwąchał duży pies. Gadający pies.
Z krzykiem odskoczyłem na bok. Obiecałem sobie w myślach, że zrobię duże zapasy i już nigdy nie opuszczę swojej bezpiecznej jaskini.
Z rozmyślań wyrwał mnie silny uścisk na moich ramionach.
-Nic ci nie jest?
Spojrzałem na twarz albinosa, który nie wiem kiedy pojawił się obok mnie. Dopiero po jego pytaniu zdałem sobie sprawę z tego, że mój oddech jest przyspieszony, a serce wali jak oszalałe. Z trudem uspokoiłem się i wstałem na równe nogi z pomocą chłopaka.
- Dostanę w końcu to piwo?- albinos wrócił do kłótni z barmanem. Obolały usiadłem przy ladzie. Usłyszawszy ciche burczenie w swoim brzuchu, uderzyłem w niego pięścią. Nie chciałem przeszkadzać chłopakowi w rozmowie. Postanowiłem, że poczekam na swoją kolej. Barman jednak usłyszał marsza moich kiszek. Zawstydzony wbiłem wzrok w blat.
-Marnuję tylko na ciebie mój czas. - warknął pracownik karczmy, stawiając z hukiem kufel piwa przed albinosem. Następnie zwrócił się do mnie. Nieśmiało wykupiłem najtańszy posiłek i resztki wina, które zaproponował mi barman, gdy zapytałem go o barwniki.
Po zjedzeniu opuściłem karczmę. Wciąż jednak słyszałem sapanie psa. Zrozumiałem, że to nie moja wyobraźnia dopiero, gdy coś puchatego uderzyło w moją nogę. Spojrzałem za siebie. Za mną stał nie kto inny, jak gadający pies z karczmy. Zwierzak obwąchiwał moją torbę.
- Pancho, zostaw go.- rozpoznałem głos albinosa. Zaczął się zbliżać. Bardzo niebezpiecznie. A co jeśli coś mu zrobię? Na nowo zaczynałem panikować.

< Nichio? >

niedziela, 25 marca 2018

Od Nichio do Ktosia

Gromadka dzieci pod czujnym okiem rodziców bawiła się na placu przed kościołem czy innym ośrodku kłamstw, goniąc drewnianą, magicznie napędzaną zabawkę. Spoglądałem na nich spod byka, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, przyczajony na dachu. Bezwiednie oblizywałem swoje wargi. Mimo, że niedawno się posiliłem, nie miałbym nic przeciwko małej przekąsce.
- Chiiiiiii.. - usłyszałem żałosny głos, dobiegający gdzieś z powierzchni ulicy. Przekląłem cicho, wychylając się przez krawędź. Posłałem zabójcze spojrzenie puchatemu, skacowanemu Pancho, który dreptał wte i we wte wokół drabiny na dach. Wyraźnie chciał wejść. A ja wyraźnie nie chciałem mu na to pozwolić.
- Zamknij się, głąbie. - wysyczałem z furią, licząc w duszy na to, że nie zostałem wykryty. Kamień, który przeleciał obok mojej głowy sprawił, że szybko dodałem dwa do dwóch. Cały misterny plan spłonął na panewce. Zerknąłem jedynie szybko na dzieciaka, który cisnął we mnie tym twardym obiektem, po czym przeciągnąłem kciukiem po gardle i zeskoczyłem z dachu. Całkowicie ignorując czworonoga, z rękoma w kieszeniach, ruszyłem poboczną uliczką na targ.
- Nichio, no! Łeb mnie boli, iść nie mogę.. - jęczał Pancho, co jakiś czas ostentacyjnie upadając na drogę, chcąc tym swoim smutnym spojrzeniem wywołać wyrzuty sumienia.
- Ruszaj się, albo cię sprzedam Ucurumczykom na kiełbasy. Chyba nawet kilku widziałem przy porcie. - Wskazałem w bliżej nieokreślonym kierunku. Na szczęście, mój towarzysz był zbyt roztrzepany, aby długo chować urazę. Dlatego po chwili ciszy, męczącej, ciężkiej ciszy, podjął opuszczony wątek historii, jaką opowiadał mi od wczorajszego wieczora. Bodajże o księżniczce, którą osobiście uratował, po przemienieniu się w rycerza dzięki eliksirowi. Z faktu, że trzymał moje rzeczy na swym grzbiecie, nie kazałem mu się zamknąć. Niech sobie gada zdrów.
Ludzie co rusz odwracali się, aby spojrzeć na mówiącego psa. Nie dziwię im się. W końcu, taki okaz jest stosunkowo rzadki. Zwłaszcza obdarzony talentem do wymyślania opowiastek, w które mogłoby uwierzyć co najwyżej małe dziecko. Ale bywa i tak.
Nadal nie mogłem mu wybaczyć, że przerwał mi obserwację w jakże wybitnie złośliwy sposób. Wiedziałem, że zrobił to specjalnie. To było tak samo pewne, jak to, że po nocy jest dzień, że woda jest mokra oraz, że Pancho zaciągnie mnie do karczmy, jeśli jakąś zobaczy.
I, po raz kolejny, miałem rację. Wchodząc do środka za psem, który merdał ogonem jak szalony i swoim nosem obwąchiwał wszystko, co się dało, wiedziałem, że zwróciłem na siebie całą uwagę gości. Zarówno przez swój wiek, jak i wygląd. Przywitałem się z nimi skinięciem głowy, a następnie skierowałem się do lady, starając się ignorować ciężkie spojrzenia na swoich plecach.
- Jedno piwo, poproszę. W misce albo szerokim kuflu. - oznajmiłem, kładąc pieniądze na wytartym, lepkim od rozlanych napojów blacie. Barman spojrzał krytycznie na moją twarz.
- Poproś lepiej tatę, co? Czy już wstać nie może? - 
Ktoś się zaśmiał w głębi, inni zaczęli szeptać między sobą. Przewróciłem oczami.
- To dla mojego psa. -
Kolejna salwa śmiechu. Czułem, że zaczynam tracić nad sobą kontrolę oraz ten okropny, specyficzny ruch pod skórą.
- Musisz wymyślić lepsze kłamstwa, chłopczyku.. - Barman sięgnął po brudną ścierkę i zaczął nią "wycierać" ladę. Czy raczej, rozprowadzać syf na większej powierzchni, bo sprzątaniem się tego nie dało nazwać. Chwyciłem go za ubrania i ściągnąłem gniewnie brwi.
- Dawaj to piwo. Teraz. -
Szeroko otworzone oczy mężczyzny świadczyły o fakcie, że się wystraszył. W dodatku, jego serce biło coraz szybciej. Znowu nabrałem ochoty na oblizanie się, a głód przybrał na sile. Wtem do łomotania serca barmana doszedł inny dźwięk - szuranie butów, oddech, kolejny szum krwi. Nie wiedziałem, kto to był, lecz jeśli mnie dotknie, pożałuje, że w ogóle się urodził.

<Ktoosiu?>