Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashley i Aristar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ashley i Aristar. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 stycznia 2018

Od Ashley do Aristaira

Obserwowałam jak wściekły gryf przelatuje przeze mnie, wpada na swego właściciela i oboje wpadają do wody. Szczerze? Bardziej byłam pewna tego, że Bandyta (to określenie to niego idealnie pasuje) odwróci się i mnie zignoruje, zamiast poda mi dłoń, niż tego, ze jego stworzenie mnie zaatakuje. Najwyraźniej emocje wzięły górę nad rozumem. Oglądając, jak woda z nich kapie i widząc ich twarze; zażenowanego Bandytę i skruszonego gryfa, zaczęłam się śmiać. Nie mogłam się powstrzymać, to było ode mnie silniejsze. Śmiałam się głośno, a kiedy przestałam, otarłam łezkę radości z policzka i spojrzałam na Pożeracza Kości, który w tej chwili chciał mnie zamordować.
- Może ci pomóc się wysuszyć? - zapytałam z szerokim uśmiechem.
- Poradzę sobie - mruknął ścierając wodę z twarzy. Wyglądał jak mokry biały goryl.
- Dobra odpowiedź - zauważyłam. - Pirokinezą raczej bym cię podpaliła, niż wysuszyła - spojrzałam w kierunku stworzenia. Wycierało swoje pióra, kątem oka patrząc albo na mnie ze wściekłością, albo na białowłosego ze skruchą w oczach. To było takie zabawne i piękne. - Myślałam, że gryfy są mądrzejsze - stwierdziłam z poważną miną, ale po chwili delikatny uśmiech powrócił. Wróciłam wzrokiem do Bandyty i się uniosłam w powietrzu. Przeleciałam nad nim i zatrzymałam się do góry nogami, z twarzą na przeciwko jego. Widocznie starałam się mnie ignorować. - To Bandyto... - zdecydowałam, że tak będę się do niego odzywała. To określenie idealnie do niego pasowało. - ...skąd jesteś? - dokończyłam pytanie. Gryf w tym czasie grzebał w skrzydłach dziobem, uważnie mi się przyglądając. A mi się bardzo spodobała pozycja do góry nogami, ponieważ grzywka nie zasłaniała mi tej bladej twarzy, która jest bliższa czaszce, niż żywej głowie.

<Aristair?>

środa, 24 stycznia 2018

Od Aristaira do Ashley

To było irytujące. Nazwała mnie bandytą... Jeszcze czego
Trzeba jak najszybciej się jej pozbyć. Nie tylko dla własnego spokoju, ale i dla Vai. Może i była czasami denerwująca, ale nie do tego stopnia. Teraz sama była wystawiona na ciężką próbę.
Może jak przekonam ją, że nie ma na co patrzeć, to pójdzie w cholerę?
Spojrzałem na jej dłoń. Niech będzie. Byleby szybko poszła.
Chwyciłem wyciągniętą dłoń. Aż się zdziwiłem, tak mała była.
Jednak, stało się coś, czego zdecydowanie się nie spodziewałem.
Zawsze myślałem, że to Vaikne jest tym głosem rozsądku w naszym duecie, ale chyba jednak nie było tak do końca.
Gdy zauważyła, że tym razem nie jest niematerialna, od razu wykorzystała okazję, oślepiona urazą i wściekłością.
Skoczyła z ni to skrzekiem, ni to rykiem, wyciągając przed siebie szpony.
Ułamek sekundy później poczułem, że ręka dziewczyny znika z mojej, ale wściekły gryf nie zniknął. Z tak bliskiej odległości nie wyhamowała ani nie zmieniła toru lotu, a ja nie miałem też czasu się odsunąć.
Wpadło na mnie potężne, ciężkie cielsko. Zbiła mnie z nóg, i polecieliśmy w tył, kotłując się.
Na moment straciłem poczucie góry i dołu. Chwilę później poczułem chłód. Wpadliśmy do rzeki, i chwilę później moja towarzyszka odzyskała rozum.
Otrzepując wodę z piór odskoczyła na sporą odległość, widocznie rozeźlona na samą siebie.
Na moment jeszcze nie wstawałem, trochę zdezorientowany. Zaraz jednak podniosłem się, tym razem jednak mocno rozeźlony.
- Co ty odstawiasz, co? - syknąłem gniewnie. Tym razem byłem całkiem przemoczony.
Vai opuściła potulnie łeb. Wolała już mnie raczej nie irytować.
Wyszedłem z wody. Wszystko, wszystko było mokre. Ugh.
Poirytowany całkiem zapomniałem o osobie, która była powodem tych wszystkich zdarzeń..
< Ashley? Ty nie mów nic o długości opek... Moje mnie dobijają  ;-; >

niedziela, 21 stycznia 2018

Od Ashley do Aristaira

Nie spuszczałam go z oczu. Szłam za nim – a raczej leciałam, skoro jako niematerialne ciało unosiłam się parę centymetrów nad ziemią – a potem musiałam przyspieszyć, gdy zaczął biec. Jego towarzysz leciał przed nim. W końcu się zatrzymali nad rzeką, ignorując mnie, nieznajomy zaczął zmykać zaschłą krew z ciała i ubrania, a gryf mimo, iż próbował robić to samo, nie uciekło mojej uwadze, że była zdenerwowana. Najpewniej chciałaby mi teraz wypruć flaki, ale ją także mam zamiar pomęczyć. W końcu się odezwał pytając, czego chcę. Stałam parę metrów przed nim, ale po chwili się uniosłam i usiadłam na gałęzi drzewa. Mogłabym teraz wrócić do normalnego ciała, ale to równałoby się z ogromnym ryzykiem pożarcia przez gryfa. A z tego co widzę, to nawet kości by po mnie nawet nie było.
- Czego chce? - powtórzyłam pytanie. W moim głosie zabrzmiało coś, co wskazywało na to, że był idiotą. - Przez jakiś wiek siedzę wśród ludzi i ich obserwuje, a tu nagle zjawia się bandyta, który jest pożeraczem kości. Czego chce? Od ciebie niczego. Po prostu moje życie jest na tyle nudne, że lubię obserwować innych – wytłumaczyłam. - Twoja towarzyszka też jest bardzo ciekawa. Nie często można spotkać tak pięknego przedstawiciela gryfów – dodałam patrząc na skrzydlate stworzenie. W jej oczach widziałam chęć mordu. W takich chwilach byłam z siebie dumna, że mam moc, dzięki której nikt mnie nie dotknie. Czułam się wielka.
- Skąd wiesz, kim jestem? - zapytał zaciskając palce na kawałku kości. Spojrzałam na niego jak na kretyna i się zaśmiałam.
- Nie każdy może zjadać kości – wskazałam na to, co trzyma w ręku. Zamilkł obserwując swoje jedzenie. Zleciałam z drzewa i stanęłam przed nim. - A tak w ogóle to Ashley jestem – przedstawiłam się wyciągając w jego kierunku rękę. Byłam bardzo ciekawa, czy jej dotknie. Czy może przedstawiciele tej rasy (pierwszy raz słyszę o "Pożeraczach Kości") boją lub nie lubią czyjegoś dotyku? Moja moc pozwalała mi także na materializację określonych części ciała, dlatego mogłam być jednocześnie duchem, a moja ręka, ludzką, zwyczajną dłonią. Mimo to byłam wciąż ostrożna i gotowa użyć swych mocy. Ten gryf wydaje mi się gorszy, od jego właściciela.

< Aristair? Ale cię będę irytować xd Tylko oczy mnie bolą, jak patrzę na tak krótkie coś, co napisałam >

czwartek, 18 stycznia 2018

Od Aristaira do Ashley

Podczas gdy miałem zamiar po prostu zgarnąć co tam miała, zrobiło się dziwnie.
Bardzo szybko zdałem sobie sprawę z tego, że nie była to istota ludzka.
I rozpoznała, że również nie jestem człowiekiem.
Vai była widocznie poirytowana, żeby nie powiedzieć wściekła. Stała z pochylonym łbem i nisko rozłożonymi skrzydłami. Jej duma została głęboko zraniona...
Nie atakowała, ale powoli przesuwała się w moim kierunku. Wreszcie stanęła tuż obok mnie.
Spojrzałem na nią, ignorując na razie pytanie tego wiszącego w powietrzu czegoś.
= No, powiedz jej. Może przestanie uważać i będę mogła wyrwać jej flaki. = syknęła Vaikne, wbijając szpony w podłoże. Zgrzyt, który powstał, wwiercał się w uszy.
- ....Aristair. - odpowiedziałem wreszcie na jej pytanie, wciąż ją obserwując. Nie mogłem jej dorwać, skoro była niematerialna.
Ależ to irytujące. Nie wiem, czy tylko przez tą zdolność... Czy może przez płeć. Vai też jest czasem taka denerwująca....
Tak, to zapewne wina płci. Te baby....
Dość tej szopki.
Nie miałem tu już nic więcej do roboty. Nic od niej nie zdobędę.
Znów się odwróciłem, chcąc wreszcie stąd odejść. Musiałem znaleźć tą rzekę. Chciałem się wreszcie umyć.
Ruszyłem szybko, ignorując jej nawoływania.
Niezadowolone pomruki mojej towarzyszki uświadomiły mi, że moja niedoszła ofiara za nami podąża. Jeszcze tego brakowało.
Przyspieszyłem, właściwie już biegnąc. Vai co chwila się odwracała, szybując tuż nad ziemią.
Szybko dotarliśmy nad wodę. Świadomość, że wciąż jesteśmy śledzeni oraz marudzenie gryfa sprawiła, że i ja straciłem cierpliwość.
No, nie tyle straciłem, co zaczęło mi to przeszkadzać.
Przed brzegiem gwałtownie zahamowałem. Ignorując wszystko zacząłem zmywać z siebie całkiem suchą już krew. Poszło szybko i już po chwili wsadziłem dłoń do torby, wyciągając niezbyt dużą kość do przegryzienia. Odgryzłem pierwszą część, znów spoglądając na irytujące coś, będące teraz już tylko kilka metrów ode mnie. Czemu nie odpuści?
- Czego chcesz? - wbiłem w nią wzrok.
< Ashley? Sukces, napisałam! :D >

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Takako do Aristaira

Zrobiłam dzisiejsze zadania, po czym wyszłam z zamku. Moi towarzysze towarzyszyli mi tak jak zawsze. Poszliśmy w stronę gór. Chciałam pozbierać kilka roślin leczniczych. Była to odpowiednia pora roku, aby zebrać rośliny, które były dostępne o tej porze i w tym królestwie. Usiadłam na grzbiet Yuzu, który sam mi to nawet zaproponował. W górach zaczęła się rozprzestrzeniać mgła, co nie za bardzo pomagała nam w poszukiwaniu. Zeszłam z Yuzu, gdy droga była już na równi oraz odpowiednia do pójścia. Szłam przed siebie, gdyż Yuzu i Ryuu zaczęli się ponownie się kłócić. Sama nie wiedziałam dokładnie dlaczego zaczęli się kłócić, ale co ja mogłam zrobić. Gdy się kłócili, ja nie miałam szans aby ich rozdzielić. Po jakimś czasie usłyszałam ciszę. Chłopaki jakby ucichli. Myślałam, że idą tuż za mną, ale najwidoczniej nie szli. Obejrzałam się za siebie.
- Chłopcy, jesteście? - zapytałam się, wyczekiwałam odpowiedzi, ale nie dostałam. - Chłopcy?
"Pięknie Takako, znowu się rozdzieliłaś z nimi" powiedziałam sama do siebie w myślach. Poszłam dalej przed siebie, jak nie oni mnie nie znajdą to ja znajdę ich jak będę wracała. Szłam w górę. Było mi coraz ciężej, ale czułam woń jednej z roślin. Nie dzieliła mnie duża odległość. Sama musiałam sobie dać radę. Po zrobieniu kilka kroków, wyczułam czyjaś obecność.
- ...Daj mi to co masz - zarządził chłopak, a ja podeszłam kilka kroków bliżej.
- Wybacz mi, ale nie mam za dużo przy sobie. Nie przygotowałam się na to, że kogoś spotkam. Możesz sobie wziąć to co przyrządziłam do jedzenia, ale roślin nie zjedz bo niektóre mogą być nawet trujące - odpowiedziałam spokojnie z delikatnym uśmiechem wyciągając rękę w stronę chłopaka, może nie precyzyjnie przed nim, ale miałam nadzieję, że w miarę w jego kierunku. Silny podmuch wiatru zrzucił kaptur z mojej głowy, a ja przeczytałam swoje włosy, które poczuły "wolność".

< Aristair? >

Od Ashley do Aristaira

Zajrzałam na stragan z warzywami i wsadziłem rękę do kieszeni. Była pusta. Ostatnio niczym nie handlowałam, temu też nie mam czym zapłacić. Nadymałam policzki zastanawiając się, skąd wziąć jakiekolwiek monety. Ludzie to by wrócili do swych domów i przegrzebywali najmniejszy kąt, a tym bardziej kanapę; ja nie mam takiej możliwości, dlatego wyszłam na sam środek targu i się rozejrzałam. Wokół mnie była cała masa ludzi, towarzyszył im hałas i ciągłe przepychanki. Świetne warunki dla złodzieja.
Wychwyciłam wzrokiem pierwszą lepszą ofiarę, która akurat płaciła młodej kobiecie za kapelusz. Gdy chował sakiewkę do kieszeni, używając telekinezy, „przypadkiem” wysunęła mu się ona z ręki upadając na ziemię. Ludzie zrobili swoje; zakryli mu całą widoczność, dzięki czemu ja dalej używając mocy, zdobyłam pieniądze. Za nie kupiłam marchewki i cukier dla Ramzesa, który siedział w stajni po drugiej stronie ulicy. Miałam zamiar pójść do niego dłuższą drogą, czyli na około miasta, ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do końca dnia, a dzisiaj nie miałam humoru na targowanie się. Jutro to zrobię.
Robiło się coraz ciemniej, a ja wybrałam złą drogę, przez co przeszłam na całkiem inny teren, niż miałam zamiar. Znalazłam się w innej dzielnicy, przy jakiejś starej szkole, za którą był las. W czasie zastanawiania się, którędy powinnam iść, udało mi się wyskubać spod ubrania parę źdźbeł słomy. Nagle przede mną pojawił się jakiś wielki ptak, a z tyłu usłyszałam spokojny głos:
- Daj mi to, co masz – najpierw przyjrzałam się gryfowi; sądziłam, że te stworzenia wymarły, a przede mną stoi ich przedstawiciel. Był cudny. Wyobraziłam sobie jak chwyta Pionka, wzlatuje w niebo i puszcza go z wysokości chociażby pięciuset metrów na beton, a jego głowa się roztrzaskuje. Dopiero po tej wizji odwróciłam się i mocno zadarłam głowę do góry; dwumetrowy duch. Tak go mogłam określić. Nie dość, że wysoki, to jeszcze miał taką bladą i nie wyraźną twarz... Co ciekawsze, oboje byli we krwi.
- No dobra – wzruszyłam ramionami. - A co dokładnie chcesz? - zapytałam.
- Wszystko, co masz – odpowiedział tym samym głosem. Zaczęłam wyciągać z kieszeni marchewki i cukier.
- Jak chcesz, mogę ci dać słomę, bo czuje, że mnie gryzie w nogach – wykrzywiłam usta w grymasie niezadowolenia. - Ewentualnie pożyczę ci – nacisnęłam na ostatnie słowa. - parę czarnych koronkowych majtek, ale chyba się w nie nie zmieścisz – milczał i wyglądał na zdziwionego. Zabawnie wyglądał.
Nagle się odwrócił i zaczął odchodzić. O nie, ja tej zabawy nie chcę kończyć. To najlepsza rzecz, jaka mnie dzisiaj spotkała.
- Tak szybko odchodzisz? Miałam ci zamiar zaproponować jeszcze woreczek zmniejszający – powiedziałam smutnym głosem. - Ale jak nie chcesz... - specjalnie go wyciągnęłam i wymachiwałam nim na boki, z głową zwieszoną w dole. Nagle przedmiot zniknął z mojej ręki. Szybko uniosłam głowę. - Jesteś szybszy niż normalny człowiek – zauważyłam z szerokim uśmiechem. - Ale oddaj mi to – wyciągnęłam rękę.
- Teraz to moje – wsadził mój worek do kieszeni.
- Marny z ciebie złodziej – prychnęłam i używając telekinezy zapanowałam nad jego ciałem, nie pozwalając mu się ruszać. Usłyszałam trzepot skrzydeł i instynktownie zamieniłam się w ducha. Przez moje ciało przeleciał gryf, a potem drugi i trzeci raz. Chwilę tak się bawiłam, aż w końcu przerzuciłam mon telekinezy z mężczyzny na jego towarzysza. Ptak zatrzymał się w powietrzu. - Dawaj to – wyciągnęłam rękę, czekając na mój worek. Mężczyzna milcząc przyglądał mi się uważnie. Podszedł bliżej i nagle się zamachnął, mając zamiar za pewne mnie unieszkodliwić. Ale jego ręką przeleciała przez moją głowę na wylot. Jeszcze raz spojrzał w kierunku gryfa, którego przewróciłam do góry nogami i dopiero wtedy postanowił oddać mi przedmiot. - Dziękuje – powiedziałam mile i puściłam stworzenie. - Nie jesteś człowiekiem – powiedziałam z uśmiechem, unosząc się do góry, dalej będąc duchem. Tak na wypadek, gdyby znowu miał zamiar mnie zaatakować. A jego ruchy są... szybkie. - Jak się nazywasz? - zapytałam ciekawa.

< Aristair? >

niedziela, 31 grudnia 2017

Od Aristaira

Stałem na jakimś zboczu, spoglądając w górę, w niebo. Kaptur odrzuciłem na plecy, czekając, aż powróci Vai ze zdobyczą. Już od dawna nie natrafiłem na żadną zdobycz. Głód dawał mi się we znaki.
Czekałem już od kilku godzin. Zaczynałem tracić cierpliwość.
Nareszcie zobaczyłem mały, czarny punkt na tle ciemniejącego już nieboskłonu, rosnący z każdą sekundą. Szybko byłem w stanie zauważyć ciało zwieszające się z pazurów mojej towarzyszki. Zaraz nadejdzie koniec czekania.
Zwierze wylądowało ciężko tuż przede mną, w jednej, uniesionej łapie trzymając mięso.
- Długo ci to zajęło. - powiedziałem tylko krótko.
= Cóż... Sam mogłeś się ruszyć i iść czegoś poszukać. W okolicy nic, a dalej albo grupy takie, że trudno kogoś odciągnąć, albo już coś gnijącego za życia. = słyszałem jej głos, jednak nie jak normalny, rozchodzący się przez powietrze, a głuchy, po prostu nagle pojawiający się w mojej głowie.
Rzuciła truchło na ziemię. Przyjrzałem się. Kobieta, już nie najmłodsza. Głowę miała pod dziwnym kątem, czyli Vaikne musiała skręcić jej kark. Najszybszy, najlepszy sposób.
- Gdzie ją dorwałaś? - rzuciłem torbę na ziemię, nie chcąc jej pobrudzić. Ze skóry łatwo zmyć krew, z materiału gorzej.
= Na obrzeżach miasta. Daleko, ale szybko poszło. = zajęła miejsce po drugiej stronie posiłku.

Wspólnie zabraliśmy się za jedzenie. Najpierw mięso, dokładnie zdzierając je z kości. Płaszczu nie zdjąłem, pojedyńcze krople krwi spływały po nim.
Gdy skończyły się mięśnie rozerwałem szkielet. Vai z lubością rzuciła się flaki, połykając je w całości. Sobie wziąłem jedynie serce, wciąż zawierające dużo krzepnącej już krwi. Wyssałem ją, gasząc tym samym pragnienie.
Pooddzielałem żebra i kręgi, błyszczące biało wśród resztek porwanego ubrania. Niewiele zostało na nich tkanek, więc mogłem spokojnie włożyć je do torby, do specjalnego skórzanego worka. Resztę kości skończyliśmy na miejscu.

Vai skończyła pierwsza i wzleciała, by znaleźć jakąś rzekę.
Wciąż siedziałem na swoim miejscu, przegryzając ostatnie kości paliczków, najdelikatniejsze i pękające przy najlżejszym nacisku. Takie przekąski.

Nagle mój wzrok przykuł jakiś punkt, figura idąca przed siebie. Samotna.
To mógł być kolejny cel.
Spojrzałem w stronę, w którą poleciała Vaikne. Leciała już spowrotem, jak się okazało. Bardzo dobrze.
Uniosłem dłoń, by dać jej znak i wskazałem na przedmiot mojego zainteresowania.
Vai zmieniła kierunek. Zrozumiała mnie.
Ruszyłem.
Szybko dotarłem za postać. Gdy dzieliło nas już tylko kilka metrów Vai wyłoniła się gdzieś z góry i z hukiem pazurów wylądowała na kamieniach przed postacią.
- ...Daj mi to, co masz. - zarządzałem spokojnie.

< Ktosiu? Jak zareagujesz na te dwie, upaćkane krwią istoty? >