Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie patrz w otchłań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie patrz w otchłań. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 sierpnia 2019

Od Akroteastora do Kiirana

Akroteastor wydrzgnął się.
- MOJA OSOBA TEGO NIE ZROBI – oznajmił stanowczo, a awanturnik przewrócił oczyma.
- Potrzebujemy tej wazy, tak? Nie wydziwiaj. Załatwię to szybko i jeszcze szybciej ruszymy w dalszą drogę. – Mężczyzna spojrzał wyczekująco na stwora, który jednak od pierwszych jego słów kręcił głową.
- TWOJE BRUDNE STOPY NIE TKNĄ MYCH RAMION. RACZ ZAPOMNIEĆ I NIE ROZWAŻAĆ PONOWNIE RÓWNIE ABSURDALNEGO POMYSŁU. – Stwór skrzyżował obie pary rąk na piersi. – TO TWOJA AWANTURNICZA MOŚĆ NIE POWINNA WYDZIWIAĆ I PO PROSTU SIĘ TAM WSPIĄĆ. TO TYLKO JEDNO PIĘTRO.
- Może jak jesteś taki mądry sam tam wejdziesz? – zapytał z przekąsem chłopak.
Morteo spojrzał na ścianę i wzruszył ramionami. Kłapnął pod nosem szczęką i podszedł do ściany, a następnie bez większego wysiłku zaczął piąć się w górę, wykorzystując do tego wszystkie swoje cztery dłonie oraz parę nóg. Nie musiał zresztą wspinać się długo. Kilka szybkich ruchów wystarczyło i jak olbrzymia jaszczurka wsunął się do wnętrza domu, przez parapet, na podłogę za masywnym, dwu-osobowym łożem. Tam zastygł na chwilę w milczeniu, nasłuchując odgłosów z środka domu. Nic jednak nie usłyszał. Kiiran musiał dobrze wybrać swoją ofiarę. Akroteastor wstał i zsunął z siebie płaszcz. Jego masywna sylwetka nie miała co marzyć o możliwości wyprostowania się w tym domostwie, a jego masywny tułów ledwie mieścił się na szerokość między meblami. Stwór nie cierpiał domów takich jak ten. Maluczcy mieszkający w nich nigdy nie raczyli pomyśleć o tych, których wzrost przekraczał zwykłe 170 centymetrów. Wille szlachciców były czymś zupełnie innym. Tam mógł się wyprostować i nie dotykać głową do stropu. Nie mówiąc już o drzwiach, które przekraczając musiał niemal dotknąć dłońmi ziemi.
Idąc powoli przez budynek rozglądał się za jakimś naczyniem, wciągający przy tym powietrze przez nozdrza. Wreszcie w jednym z pokoi znalazł coś, co wyglądało na wazę na zupę i odpowiadało niezbędnym wymiarom. Zawinął naczynie w szmaty i umieścił pod dolną pachą. Chrapliwie zaczerpnął powietrza jeszcze raz i znieruchomiał. Coś mu nie pasowało. Nieznany wcześniej zapach zakłócił stęchłą woń tego miejsca i spowodował szybsze bicie serca stwora. Gdzieś z oddali szczęknął cicho zamek. W dwóch krokach dopadł do okna kuchennego, które jednak wychodziło na znacznie bardziej ruchliwą ulicę niż to, przez które dostał się do mieszkania. Warknął cicho pod nosem, gdy na deskach rozległy się kroki. Morteo rozejrzał się panicznie po pomieszczeniu, jednak nie widząc miejsca, w którym mógłby się ukryć, szybko przetransportował się za framugę drzwi i nieruchomo w słuchał się w zbliżający się lekki chód. Niska postać, której głowa była skryta pod kapturem minęła kryjówkę Akroteastora i poszła w stronę sypialni. Mag wychynął powoli z kuchni, by zbadać sytuację. Drzwi do mieszkania były przymknięte, jakby osoba, która właśnie weszła chciała zostawić sobie szybką drogę ucieczki. Liivei z zadowoleniem przejechał językiem po zębach. Najwyraźniej nie był jedynym, kto postanowił okraść puste mieszkanie. Stąpając na sześciu łapach po cichu zbliżył się do sypialni. Cichy szmer zdradził mu, że znajdujący się tam złodziej zapewne przetrząsa znajdujące się tam dobra.  Zaczął cicho warczeć i skoczył nagle, dobywając z gardła głośny ryk. Postać w pokoju na widok bestii podskoczyła i szybciej, niż błyskawica wyskoczyła przez okno. Morteo wstał, wytrzepał się i znalazł swój płaszcz. Wyjrzał przez otwór, by rzucić okiem na zbierającego się z ulicy chłopaczka i awanturnika, rozmawiającego z nimi, po czym skierował się do drzwi. Korzystając z tego, że został otwarte w cywilizowany sposób wydostał się z mieszkania, zatrzaskując je za sobą. Gdy znalazł się na ulicy, Kiiran zdążył się już pozbyć złodziejaszka.
Awanturnik już otwierał usta, żeby zapewne powiedzieć coś w swojej opinii zabawnego. Akroteastor przewrócił oczami i rzucił w niego wazą. Chłopak w ostatniej chwili zdołał chwycić niespodziewany pakunek w locie, uniemożliwiając roztrzaskanie.
- TA POWINNA SIĘ NADAĆ – oznajmił mag zwięźle.
  Kiiran ze znawstwem obejrzał naczynie, po czym kiwnął głową i wskazał kierunek dalszego marszu. Morteo ruszył powoli, poprawiając nieco zwichrzoną szatę, gdy ku swojemu nieszczęściu usłyszał głos towarzysza w okolicy jednego z ramion.
- A wiesz, jak się nazywa miska, która ciągle trzaska? - Chwila ciszy i brak sugestii chęci usłyszenia odpowiedzi ze strony Akroteastora. - Mistrz!
  Z czaszki stwora dobyło się ciche westchnienie. Jakaś pokrętna logika znajdowała się w owym "mistrzu", jednak mag nie był w stanie zrozumieć, co w tym może być zabawnego.
(Kiiran? Waza, odchaczona!)

czwartek, 20 czerwca 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Gdy tak słuchał słów swego towarzysza, a robił to nad wyraz uważnie, co nie zdarzało się mu zbyt często, Kiiran układał w głowie najkrótszą (i rzecz jasna najbezpieczniejszą) trasę, aby zdobyć wskazane przez Akroteastora przedmioty. Był w tym mieście kiedyś tylko przelotnie, i to w chwili, gdy w murze nie ziała wyrwa po piekielnym cielsku, więc można powiedzieć, że wiedział to i owo. Nie odważył się jednak ruszać samemu na poszukiwania tych wszystkich dziwacznych ziół, których nazwy jego współtowarzysz podróży wymienił. Zapamiętał tylko coś o pieprzu, resztę postanowił zostawić na jego głowie. A więc, musieli odwiedzić jakiś sklep magiczny, chyba jakaś starowinka przedmioty do rytuałów sprzedawała przy głównym rynku. A może przy południowej bramie? Wazę łatwo będzie można komuś podwędzić z okna, teraz, gdy trwała ewakuacja, zarówno mieszkańcy domów, jak i strażnicy mieli ciekawsze rzeczy na głowie. Serce kultysty było tutaj największym problemem, bowiem chłopak nie wiedział, jak oni mogli wyglądać, a że jak mu się wydawało Morteo nie był jakoś wybitnie chętny do współpracy... Cóż. Dobrze, że miał w torbie przy siodle jakieś stare rękawce z króliczego futra.
— Nie mam żadnych wątpliwości — odpowiedział po chwili ciszy, nawet nie spoglądając na istotę. Obserwował za to Czuwacza, skrzętnie omijającego ich towarzysza, a czasem na niego powarkując, gdy ten odważył się omieść burego psa wzrokiem swych nieludzkich ślepi. Kii nawet nie zadawał sobie trudu uspokajania podopiecznego. Wiedział, że na nic się to nie zda, bowiem jeśli Czuwacz coś wyczuwał, coś, co nie było do końca bezpieczne, za wszelkie skarby świata nie byłby w stanie go zbić z tropu, jakim było chronienie właściciela. I to właśnie chłopak w nim cenił. Prawdziwą, szczerą, zwierzęcą lojalność.
Milczeli aż do momentu dotarcia do szeroko otworzonej bramy, przez którą nadal przemykali przerażeni ludzie, a wszystkiemu temu przyglądali się strażnicy. Aspirujący mag pozdrowił ich luźnym gestem, nie otrzymując jednak odpowiedzi. Na twarz młodzika wypłynął delikatny uśmiech.
— Sztywni są, jakby ich jakie diabły w rzycie ugryzły — zaśmiał się pod nosem, gdy odeszli już poza zasięg słuchu mężczyzn. Z powodu tego, że Akroteastor zasłonił "oblicze", Kiiran nie mógł ocenić, czy ten prosty żart podszedł stworzeniu do gustu, chociaż sądząc po znaczącej ciszy, raczej się to nie stało. Przecież nie każdy musiał lubić tak wyrafinowany, chłopski humor, prawda? Chłopak jednak postanowił nie ograniczać się do tego dowcipu i szybko przywołał z pamięci kolejne. Za tymczasowy punkt honoru wziął sobie rozbawienie Liivei w taki, czy inny sposób. W międzyczasie, gdy szukał w pamięci najzabawniejszego żartu, jaki mógłby odpowiedzieć, rozglądał się wokół, szukając pozostawionych bez opieki naczyń. Jak dostrzegł, wielu ludzi spoglądało w ich stronę, głównie ze względu na Mirkę, której ciągłe parskanie z powodu wszechobecnego pyłu nie należało do najcichszych. Postanowił więc zsiąść z klaczy i uwiązać ją do koniowiązu przy czymś, co wyglądało jak publiczna stajnia. Dopiero wtedy, już na nogach, ruszył za stworzeniem, które zdawało się iść przed siebie, nie oglądając się nawet na Awanturnika. W końcu udało się Kiiranowi z nim zrównać, przez co mógł podjąć próbę wywołania uśmiechu na jego.. czaszce. O ile było to możliwe.
— Co to jest — zaczął, a łeb Akroteastora nieznacznie zwrócił się w jego stronę — Prostokątne, pomarańczowe i szkodzi na zęby?
Cisza była dostatecznym wyznacznikiem tego, że istota czeka na rozwinięcie myśli, samej nie mając raczej zamiaru jej dokańczać. Kiiran odchrząknął cicho, po czym schylił się i podniósł coś z ziemi.
— Cegła! — oznajmił tryumfalnie, unosząc obiekt do góry. Śmiechu nie było, a jedynie w ustach chłopaka pojawił się posmak żałości. Czyli chyba nie podobają mu się te same żarty co parobkowej gawiedzi, na to wychodziło.
— ŻART TEN POZBAWIONY JEST JAKIEJKOLWIEK LOGIKI — mruknął niespodziewanie towarzysz chłopaka, na co ten podniósł szybko wzrok znad potłuczonej misy — KTÓŻ BY BYŁ TAKIM GŁUPCEM, AŻEBY SPOŻYWAĆ CEGŁĘ?
— A bo ja wiem? Biedne dzieci z Merkez? 
Na to Morteo już nie odpowiedział, pozostawiając chłopaka samego sobie. Może to i dobrze, gdyż zaledwie chwilę później Awanturnik dostrzegł wyraźnie opustoszały dom z otwartym oknem. Kiiran zakasał rękawy koszuli i pokazał gestem stworzeniu, aby te się zatrzymało.
— CÓŻ TYM RAZEM? CZYŻBYŚ CHCIAŁ OPOWIEDZIEĆ MI KOLEJNĄ BEZSENSOWNĄ HISTORIĘ?
— Nie, nie, znalazłem coś — Aristair wszedł mu w słowo, wskazując kciukiem na drogę do środka domu — Tam na pewno coś będzie. I to za darmo. 
— CZY CHCESZ DOKONAĆ KRADZIEŻY?
— Tak, tak, ale cicho, bo cię ktoś jeszcze usłyszy — Młodzian rozejrzał się wokół jeszcze raz, upewniając się, że dostrzega tylko jednego strażnika, opartego leniwie o ścianę na końcu ulicy — To bardziej pożyczenie na wieczne nieoddanie. Jeden pojemnik wte czy we wte im różnicy nie zrobi. Tylko bym potrzebował twojej pomocy, bo jak zacznę się wspinać po tej ścianie, to trochę mi to zajmie. A ty mnie możesz podsadzić.

Akroteastor?

wtorek, 11 czerwca 2019

Od Akroteastora do Kiirana

ZBĘDNYM JEST OBAWIAĆ SIĘ O ME ŻYCIE - mruknął Akroteastor, wciągając powietrze przez otwór nosowy. - MA OSOBA WYCZUWA NIEBEZPIECZEŃSTWO ZE ZNACZNEJ ODLEGŁOŚCI. ZNACZNIE BARDZIEJ OBAWIAŁBYM SIĘ O NIE, GDYBY PRZEMIERZAĆ TAMTO MIASTO MOJA OSOBA ZMUSZONA BYĆ MIAŁA. ZAPEWNE NIE USZŁO TWOJEJ UWADZE, ŻE OSTATNIM RAZEM PLANOWANO MNIE WTRĄCIĆ DO MIEJSCOWEGO LOCHU, NIM TWA INGERENCJA NIE UNIEMOŻLIWIŁA IM UCZYNIENIA TEGOŻ. - Założył dłonie na piersi. - CHOĆ MOŻESZ MIEĆ RACJĘ, IŻ MOJA OBECNOŚĆ NIEZBĘDNA BĘDZIE W MIEŚCIE, ALBOWIEM TWA OSOBA PRAWDOPODOBNIE NIE ZDOŁA DOSTARCZYĆ MI ODPOWIEDNICH ZIÓŁ. - Morteo zamilkł i zgrzytnął zębami. Ulatniał się w takim pośpiechu, że nie zdołał zabrać całego swojego wyposażenia.
- Skoro tak mówisz. - Mężczyzna przewrócił oczyma.
- OWSZEM. - przytaknął stwór.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie - zauważył Kiiran, spinając konia i ruszając w drogę powrotną ku miastu. Akroteastor ruszył pieszo, z łatwością dotrzymując kroku maszerującemu koniu.
- TRUDNO JĄ PRZEGAPIĆ. JEST NA POŁUDNIU WIOSKI, NIEDALEKO CENTRUM I PRZYNAJMNIEJ W BIEŻĄCYM MOMENCIE ZNAJDUJE SIĘ NA ZAKOŃCZENIU GOŚCIŃCA, PRZEBIEGAJĄCEGO NAJKRÓTSZĄ DROGĄ OD KRAŃCA WIOSKI. - Zamilkł na chwilę, jakby w zamyśleniu, odwracając czaszkę do słońca. - CHYBA ŻE ZDĄŻYLI JUŻ ODBUDOWAĆ TE BUDYNKI, W CO ŚMIEM WĄTPIĆ. A JEŚLI CHODZI O POJEMNIK... CÓŻ. SŁOIK NADAĆ SIĘ WINIEN, ALBO JAKOBYŚ DZBAN. BYLEŚ NIE USZKODZIŁ NARZĄDU NADTO PODCZAS TRANSPORTU. MASZ JESZCZE JAKIEŚ WĄTPLIWOŚCI CZŁOWIEKU?
(Kiiran?)

środa, 29 maja 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Przewróciłem nad wymiar ostentacyjnie oczami, uświadamiając sobie, iż ponownie zostałem swego rodzaju chłopcem na posyłki. I to w dodatku dla kogoś, kto był ostatnią osobą na mej prywatnej, nie istniejącej w sumie liście osób, którym chciałbym pomagać. Po spojrzeniu jednak na ślady przed sobą, pozostawione przez tę ogromną bestię, jaką goniliśmy, a także wspominając nieudolną walkę, nie miałem zbyt dużego wyboru jak pokiwać głową i wskazać podbródkiem w stronę miasta. Odruchowo położyłem dłoń na nieco obolałym ramieniu. Pewnie naciągnęło się podczas nagłych zrywów bądź, co bardziej prawdopodobne, podczas podnoszenia tej cholernej magicznej palki, buławy czy co to tam było.
Mój towarzysz pokiwał swym łbem, jakby chciał pokazać, że przyjął moją zgodę do świadomości. Nie odzywał się, tak jak ja. Chyba zawarliśmy swoistą umowę o nieprzeszkadzaniu i nie zawracaniu sobie głowy nawzajem, jeśli sytuacja tego nie wymaga. Rozciągnąłem się w miejscu, zagwizdałem na Czuwacza, po czym chwyciłem klacz za wodze. Nim na nią wsiadłem, chwilę się zastanawiałem, czy powinienem się w ogóle odezwać, jednak ostatecznie uznałem, że lepiej będzie załatwić tę sytuację szybko, a aby to uczynić, musiałem dowiedzieć się, gdzie tego kultysty szukać.
— Gdzie dokładniej jest ta ich świątynia? Czy kaplica? I w czym mam ci to serce przynieść? — Wskoczyłem na grzbiet Mirki. Po krótkim namyśle obejrzałem się na Akroteastora  — Pewnie byłoby lepiej, jakbyś pojechał ze mną. Wiem, że wyglądasz parszywie, ale wątpię, aby wygłodzone zwierzęta interesował twój wygląd... Bez obrazy, oczywiście.

Akroteastor?

sobota, 6 kwietnia 2019

Od Akroteastora do Kiirana

- NIEMALŻEŚ ZGADŁ - Morteo pokiwał głową w zamyśleniu, a awanturnikowi nieco zrzedła mina. - MOJA OSOBA POTRZEBOWAĆ BĘDZIE KILKA STANDARDOWYCH SKŁADNIKÓW. - To mówiąc Akroteastor wystawił przed siebie zaciśniętą dłoń i zaczął wyliczać na palcach. - ŚWIECE CZARNE, ZAPACHOWE, SPROSZKOWANY WĘGIEL, PIEPRZU ŻUWNEGO NIECO, CALEI ORAZ LULEK CZARNY. OFIARĘ STANDARDOWĄ W POSTACI KRWI ZWIERZĘCIA, KURCZAK POWINIEN BYĆ WYSTARCZAJĄCY. POZA TYM DO PRZYWOŁANIA HOLERA POŚWIĘCIŁO SWOJE ŻYCIA TRZECH KULTYSTÓW. JEDNO Z ICH SERC BĘDĘ POTRZEBOWAŁ. 
- Serce kultysty? Mówisz, że mamy wrócić do tamtego miasta, mimo że ledwie z niego uciekliśmy? - Chłopak nie wyglądał na przekonanego. - Powiedzmy, że reszta składników brzmi nawet sensownie, ale z tym może być problem.
  Akroteastor wiedział o tym. Jednak nie w tym wypadku nie było za bardzo drogi, by to obejść. O ile większość składników zależała od preferencji okultysty, o tyle ten jeden element nie był zależny od niego. Był wyznacznikiem kierunku, w którym podążać będzie rytuał.
- NIE JA USTALAM REGUŁY. - Stwór wzruszył ramionami. 
- Już łatwiej byłoby podążać za tropem i znaleźć tego maga, który zniewolił tego demona, niż załatwianie tego wszystkiego - zauważył Kiiran, rozglądając się po polanie.
- ŁATWIEJ NIE ZNACZY LEPIEJ - zauważył Morteo. Stworowi nie uśmiechało się gonienie osoby, kimkolwiek była, która miała dość mocy, by poradzić sobie z szalejącym betztamerem oraz zmusić go do uległości. Nawet posiadając prawdziwe imię nie było to proste. A przecież nawet czczący go kultyści go nie posiadali. - Z MEGO DOŚWIADCZENIA WYNIKA, ŻE ROZSĄDNIEJSZYM JEST WYBÓR ROZWIĄZANIA NIE ZAKŁADAJĄCEGO POGONI ZA MAGIEM. W SZCZEGÓLNOŚCI ZWAŻYWSZY NA FAKT, IŻ TOŻSAMOŚĆ OWEGO JEGOMOŚCIA JEST NAM NIEZNANA. - Akroteastor zaplótł dwie pary rąk na piersi. - NA TAKOWY POŚCIG MOJA OSOBA SIĘ NIE PISZE.
(Kiiran? Więc jak?^^)

środa, 27 marca 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Nie pozostało mi nic więcej jak wzruszyć ramionami, wcisnąć dłonie do kieszeni nieco brudnych po tej całej walce i ucieczce bryczesów, a następnie skwitować to wszystko krótkim, lecz znaczącym spojrzeniem na to dziwne stworzenie, jakie przede mną stało. Chciałem uwierzyć. Naprawdę. Ale było to o tyle trudne, że miałem styczność ze sprawami tego typu (oczywiście na mniejszą skalę, nigdy nie ratowałem świata, z tego, co mi wiadomo) i wiedziałem, iż niektórzy ludzie mają tendencję do mówienia rzeczy na wyrost bądź naginania rzeczywistości, byleby tylko swoje cztery litery uratować. Ale Akroteastor nie był ani człowiekiem, ani kimś, kto miałby interes w zwodzeniu mnie na nieodpowiednią drogę, zwłaszcza, iż zawarliśmy swego rodzaju umowę. Może i brzmiało to naiwnie. Umowa. Niepisana w dodatku. Jest wręcz nic nie warta, po prawdzie. Mimo to, chciałem wierzyć, że chociaż on nie będzie taki sam jak inne persony spotkane na szlaku i postanowi współpracować. Westchnąłem ciężko po chwili ciszy.
— Pomogę ci — zacząłem powoli, jakbym mówił do dziecka, głównie z powodu wielu sprzecznych emocji, jakie mną miotały — Znajdę to, czego potrzebujesz. Ale laskę dezaktywuję, jeśli mi się uda, na koniec. Bez obrazy, ale twój widok nie sprawia, że wszelkie opory przed odwróceniem się przy tobie zniknęły — Pochyliłem się jakby odruchowo, aby zerknąć w oczy Morteo — Taaak, nie ufam ci. A więc? Czego potrzebujesz? Ogon traszki? Skrzydła nietoperza? Krew dziewicy? Ludzkie serce?
Skwitowałem całą wypowiedź gromkim śmiechem, mającym na celu obrócenie wszystkiego w żart. Może nieco makabryczny, ale nadal żart. Taką przynajmniej miałem nadzieję.

<Akroteastor?>

poniedziałek, 18 lutego 2019

Od Akroteastora do Kiirana

Fala uderzeniowa odpłynęła pozostawiając po sobie jedynie nieprzyjemne uczucie. Akroteastor maszerował raźnie, wyciągnięty na swoją pełną wysokość. Zapewne szybciej byłoby mu iść na czterech łapach, jednak odrzucił ten pomysł jako zbyt… Nie zamierzał się poniżać jeszcze bardziej przed tym młodzieńcem. Zresztą jego długie nogi stawiały dostatecznie duże kroki w zaistniałych warunkach. Awanturnik, który ruszył w ślad za Morteo, miał i tak duży problem w nadążeniem za nim.
Nie było dobrze. Nawet bez swoich mocy nekromanta był w stanie to określić, nie będąc jeszcze w stanie zobaczyć, co się wydarzyło. Jego instynkty alarmowały, powinien się wycofać, zniknąć, na zawsze i już nigdy więcej nie pokazywać.
Po niemal godzinie marszu wyszli z lasu na wypalony, olbrzymi krąg. Wszystko, co znajdowało się w jego obszarze zostało zmienione w szary pył i zrównane z ziemią. Akroteasto przyklęknął i wziął w palce nieco tego pyłu. Potarł go delikatnie i powoli wstał, wypuszczając go powoli i odwracając się w kierunku awanturnika. Idealnie wpasowywał się w scenerię pogorzeliska, jakby kroczenie po zgliszczach dawnych światów było dla niego codziennością.
- NIE PRZYPADNIE CI DO GUSTU MA OPINIA MŁODZIEŃCZE – powiedział ponuro.
- Co masz na myśli? – Kiiran wkroczył na pyliste podłoże, z rozglądając się bacznie dokoła, jakby miało się okazać, że ich przeciwnik nadal się tam znajduje.
- OTÓŻ DEMON NIE PRZEBYWA OBECNIE NA WOLNOŚCI – oświadczył spokojnie.
- To chyba dobra wiadomość? – Awanturnik uniósł brew, a stwór westchnął.
- TO BYŁABY „DOBRA WIADOMOŚĆ” JAK TO UJĄŁEŚ, GDYBY NIE ZASADNICZY PROBLEM. SKORO ZOSTAŁ POZBAWIONY WOLNOŚCI, KTÓŻ JEST OBECNIE OSOBĄ W JEGO POSIADANIU? - Z czaszki Akroteastora rozległo się westchnięcie.
- Wciąż. Skoro ktoś go ujarzmił - zaczął ostrożnie Kiiran, jakby ważąc swoje słowa - nie powinien być już niebezpieczny. Z tego co pamiętam tak to działało w świecie demonów.
  Morteo spojrzał na niego z ukosa. Technicznie rzecz biorąc młokos miał rację. Szkoda, że zwykle sprawy nie są takie proste, jakie wydawałyby się być. Pokręcił łbem, po czym z przyzwyczajenia sięgnął w powietrze lewą dolną dłonią. Ręka trafiła w pustkę i zatrzymała się w powietrzu niepewnie. Stwór spojrzał na nią, spojrzał na towarzysza, na buławę, którą miał przy sobie i ponownie westchnął. Będzie musiał wyjaśnić temu awanturnikowi w czym rzecz, a tłumaczenie nigdy nie było jego dobrą stroną. Oczywiście słyszał, że prawdziwy mistrz sztuk tajemnych przyjmuje sobie uczniów, by chełpić się przed nimi swoją wiedzą tak długo, aż ci go przerosną i postanowią pewnego dnia zamordować, dzięki czemu bez skrupułów będzie mógł się ich pozbyć w samoobronie i przechwalać się tym potem na którymś z bankietów u Arcymaga, które magowie tak bardzo lubili ze względu na darmowe przekąski. Sam jednak nie wyobrażał sobie uczenia kogokolwiek czegokolwiek. Westchnął jeszcze raz.
- Słuchaj, stanie tutaj w niczym nam nie pomoże. - Kiiran patrzył badawczo na nekromantę. - Wierzę, skoro mówisz że niebezpieczeństwo dalej istnieje, bo nie miałbyś interesu w kłamaniu w tej sprawie, skoro desperacko chcesz się mnie pozbyć. Więc...
- TAK, MASZ SŁUSZNOŚĆ. - Przerwał mu Akroteastor i spojrzał otwarcie na awanturnika. - PRAGNĘ USTALIĆ, KIMŻ JEST ÓW MISTRZ, KTÓRYŻ POSIADŁ IMIĘ DEMONA. JESTEM W STANIE TO UCZYNIĆ, JEDNAKOWOŻ MUSISZ POMÓC ZDOBYĆ MEJ OSOBIE STOSOWNE SKŁADNIKI ORAZ DEZAKTYWOWAĆ MOC LASKI, BYM MÓGŁ WYKONAĆ RYTUAŁ.
(Kiiran?)

czwartek, 7 lutego 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Mimo, że specjalnie w słowa tego stworzenia nie wierzyłem (w końcu, co to dla niego za problem, aby skłamać, a potem wbić mi nóż w plecy, kiedy tylko nadarzy się okazja?), musiałem się zmusić do wykrzesania chociaż niewielkiej dozy zaufania. Bez niego wielu ludzi w tym świecie by nie przeżyło, jak to kiedyś powiedziała pewna karczmarka w jednym z zajazdów, które odwiedziłem w czasie swej wędrówki. Z drugiej jednak strony, tyle samo osób, jak nie więcej, zginęło właśnie z tego powodu, że zawierzyło swój los nieodpowiednim personom.
Dobyłem sztyletu i obszedłem drzewo, aby znaleźć się za Akroteastorem. Powoli, ciągle obserwując reakcję demona czy jego zachowanie, przeciąłem więzy. Prawie jak oparzony odskoczyłem na bok, kiedy tylko istota podniosła się ze ściółki, gdzieniegdzie poprawiła czy otrzepała, a następnie zwróciła w moją stronę głowo - czaszkę. Chwilę się tak przypatrywała, lecz nic nie powiedziała. Westchnąłem więc i przewróciłem oczami. Byłem przyzwyczajony już do takiego zachowania.
— Nie ma za co — mruknąłem, biorąc z ziemi magiczną broń, aby przytroczyć ją do siodła konia. W tym czasie Liivei zaczął poruszać ramionami w sposób, który najbardziej przypominał mi specyficzną próbę bezgłośnego zaśmiania się. Albo po prostu odprawiał jakieś czary, kto go tam wie. W czasie, gdy mój towarzysz rozprostowywał kości, kucnąłem przed Czuwaczem i złapałem jego pysk w swoje dłonie. Zdawałem sobie sprawę, że pies mi raczej nie odpowie, jednak uważałem go za swojego jedynego sojusznika w tej całej sytuacji, więc postanowiłem zawierzyć mu te arcypoważne zadanie.
— Pilnuj tego dziwaka — szepnąłem do jego wielkich uszu. Pies wydobył z siebie cichy pisk, po czym zamerdał ogonem i przeciągnął językiem po moim policzku. Zaśmiałem się pod nosem, uznając to za znak, że Czuwacz przyjął tę informację do wiadomości. Wyprostowałem się, chwyciłem wodze konia i podszedłem do Akroteastora.
— Ten demon uciekł w tamą stronę — oznajmiłem, wskazując kierunek, gdzie po raz ostatni widziałem ogromną bestię. Mój towarzysz także tam zerknął, ale nie skupił się na tym jakoś wybitnie. Bardziej zainteresowało go coś, czego chyba sam nie byłem w stanie wyczuć, ponieważ ten podniósł głowę i przez chwilę tak stał, prawie zupełnie się nie ruszając. Zamknąłem oczy, chcąc uspokoić swoje nerwy, gdy nagły podmuch dziwnej mocy sprawił, że powietrze gwałtownie opuściło moje płuca. Kaszląc, cofnąłem się, a kiedy podniosłem głowę, Akroteastor spoglądał na mnie z słabym cieniem zainteresowania w oczach.
— CÓŻ TAKIEGO SIĘ STAŁO, AWANTURNIKU? — spytał najpewniej z grzeczności niż szczerej troski. Nie byłem pewien.
— Coś poczułem — szepnąłem, a istota przytaknęła nieznacznie. Prawdopodobnie przed chwilą miała podobne odczucia, ale nie było tego tak bardzo po niej widać — Co to było?
Demon jednak nie odpowiedział i ruszył przed siebie. Nie zostało mi nic innego, jak pójść za nim.

<Akroteastor?>

czwartek, 31 stycznia 2019

Od Akroteastora do Kiirana

  Awanturnik wyglądał na coraz bardziej poirytowanego i zmęczonego całą tą wymianą zdań. Akroteastorowi również nie była ona na rękę jednak wiedza, że młodzieniec również nie czerpie z niej przyjemności była niezwykle budująca. Duma Morteo wiele zdążyła już wycierpieć i każde poniżenie, na jakie mógł sobie pozwolić z pozycji jeńca dawało mu poczucie pewnej satysfakcji.
- Dobrze. - Kiiran patrzył na maga z niebezpiecznymi błyskami w oczach. - Więc pozostał nam tylko go odnaleźć i zgładzić.
- MOJA OSOBA NIE PRZEPOMINA SOBIE, COBY ZGODZIŁA SIĘ NA COŚ TAKIEGO. - Zauważył stanowczo stwór, jednocześnie wiedząc, że jego słów nie popiera żadna moc, która mogłaby mu pozwolić nie zgodzić się z awanturnikiem.
- Posłuchaj Aktorze, masz dwie opcje. Albo pomożesz mi pozbyć się tamtego demona, albo cię zabiję. - Chłopak spojrzał stanowczo w oczy maga, a Akroteastor odwzajemnił się tym samym. - I nie próbuj uciekać. "Twoja osoba" jest na tyle charakterystyczna, że nie ważne gdzie uciekniesz, w końcu cię odnajdę.
  Morteo dalej wpatrywał się nieruchomo w Kiirana. Awanturnik na pewno przywykł do zabijania bestii i miał rację co do tego, że osoba maga była dość rozpoznawalna i na pewno wielu by się znalazło, którzy chcieliby mu pomóc... jednak Akroteastor nie żyłby tak długo, gdyby nie wiedział, jak radzić sobie z takimi typkami. Podjął więc decyzję. Nie zamierzał walczyć z demonem i narażać swojej skóry, jednak nie zamierzał też ginąć w tym miejscu. Przez myśl mu nawet przemknęło, że lochy straży miejskiej wcale nie byłyby takim złym miejscem.
- ZGODA, ZOBOWIĄZUJĘ SIĘ WSPOMÓC CIĘ W TEJ WYPRAWIE - powiedział wreszcie. - A TERAZ MNIE ROZWIĄŻ.
(Kiiran? A zatem?)

niedziela, 27 stycznia 2019

Od Kiirana do Akroteastora

Jeśli już komuś nie ufałem, to były to dwa typy osób. Do pierwszych z nich zaliczali się wszelcy szlachcice, którzy obietnicami ochrony czy ziemi skłaniali chłopów, aby pracowali u nich za darmo, nic potem nie otrzymując w zamian. Do drugich natomiast zaliczali cię ci, którzy używali trudnych słów. A jak jeszcze człowiek, który używał trudnych słów, miał trudne imię... Cóż. Poziom mojego zaufania dla takich osobników spadał na łeb, na szyję. 
— Dobra, Aktaster — zacząłem, zaczynając krążyć wokół drzewa i uderzając rytmicznie kciukiem swój podbródek. Stwór wodził za mną wzrokiem. Przynajmniej tak długo, jak był w stanie. Słysząc, że nadal nie zapamiętałem jego imienia, poruszył ramionami (tymi górnymi), jakby wzdychał.
 AKROTEASTOR MEAGLITE POEMIKA NOSTRUE TOTNEOMON LIIVEI
— powtórzył w sposób podobny, w jaki zrobił to wcześniej. Tym razem w jego głosie usłyszałem jednak dodatkowo znudzenie, a może nawet irytację.
— Cicho! Jesteś moim więźniem, więc mogą nazywać cię jak chcę! Podsumujmy. Poświęciłeś grupę ludzi, aby przyzwać jakiegoś demona, który cię nie lubi. Ale nie powiesz mi, dlaczego cię nie lubi, bo nie. Tak?
— OWSZEM.
I ponownie nastała cisza. Wzniosłem oczy ku górze, błagając bogów o zesłanie mi chociaż części ich cierpliwości.
— Czy cały twój zasób słów ogranicza się tylko do "owszem"? — warknąłem w nerwach, na co Akroteastor obrócił głowę w moją stronę, lekko ją przechylił i powiedział coś, przez co aż jęknąłem żałośnie.
— OWSZEM.

<Owszem Akroteastor?>

środa, 26 grudnia 2018

Od Akroteastora do Kiirana

  Stwór przez chwilę rozważał czy na prawdę chce odpowiadać na to pytanie. Ostatecznie uznał, że skrywanie tego i tak nie ma sensu i niechętnie wyznał:
- AKROTEASTOR MEAGLITE POEMIKA NOSTRUE TOTNEOMON LIIVEI - wyrecytował z błyskiem w oczodole wiedząc, że awanturnik zapewne nie zapamięta nawet połowy jego miana. Rzeczywiście, jego mina wskazywała na to, że faktycznie, nie zapamiętał.
- Dobrze... Akro. Opowiedz mi więcej o tym demonie. Zanim wyruszymy muszę dokładnie wiedzieć, z czym będziemy się mierzyć.
- JAKŻE NIEGRZECZNIE. ZAŻĄDAŁEŚ MEGO MIANA, A WŁASNEGO NIE RACZYSZ WYJAWIĆ. - Akroteastor pozwolił, by jego słowa zabrzmiały, jakby był urażony bezczelnością awanturnika. Ten westchnął.
- Jestem Kiiran. Odpowiedz na moje pytanie czy mam cię zmotywować inaczej? - zapytał.
- IMIENIEM, PRZEZ KTÓRE GO PRZYWOŁALIŚMY BYŁO HOLZER, JEDNAK NIE JEST ONO JEGO PEŁNYM MIANEM. - Akroteastor westchnął. - TENŻE EKSPERYMENT BYŁ KOMPLETNYM NIEPOROZUMIENIEM.
- Eksperyment? - Chłopak wyglądał na zdziwionego. - Czekaj, czy ty mi właśnie mówisz, że przywołaliście olbrzymiego demona w ramach EKSPERYMENTU?
- NIE ZAPRZECZĘ - wyznał.
  Awanturnikowi opadły ramiona. Przez chwilę próbował coś powiedzieć, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Wreszcie...
- Co.
- JAM JEST UCZONYM - z lekkim zniecierpliwieniem wyjaśnił Morteo. - W MOIM FACHU EKSPERYMENTY SĄ PRZEDMIOTEM CODZIENNYM.
- Nie mogłeś tego zrobić na, nie wiem, jakimś odludziu? - Kiiran wypytywał dalej.
- NIE BYŁO TAKIEJ MOŻLIWOŚCI, MŁODZIEŃCZE. NIE ZDAJESZ SOBIE SPRAWY, JAKŻE TYTANICZNYM WYSIŁKIEM BYŁO ZDOBYCIE VERTO KULTYSTÓW.
- Ver-co?
- VERTO. ZAUFANIA. - Świecące punkty w oczach Akroteastora wykonały pełne koło. - JAKO ŻE DLA WIĘKSZYCH PRZYZWAŃ POTRZEBNA MEJ OSOBIE JEST WIĘKSZA OFIARA ORAZ PEŁEN KRĄG. CO WIĘCEJ FAKTEM JEST, IŻ NIE POSIADAM ZBYT WIELU IMION Z GŁĘBIN, A TENŻE KULT OFEROWAŁ JEDNO Z NICH. JAK SIĘ OKAZAŁO, NIEPEŁNE, PRZEZ CÓŻ DEMON WYRWAŁ SIĘ SPOD KONTROLI. - Liivei umilkł. - OCZYWISTYM JEST, ŻE MOJA OSOBA LICZYŁA SIĘ Z TYM RYZYKIEM, ACZKOLWIEK KONSEKWENCJE DZIAŁAŃ KULTU NIE POZOSTAJĄ JUŻ DŁUŻEJ MOJĄ SPRAWĄ, SKORO TYLKO MOIM ZADANIEM BYŁO SPROWADZENIE HOLZER NA TEN ŚWIAT.
- To wciąż nie wyjaśnia, czemu był tak na ciebie wkurzony - zauważył awanturnik.
- OWSZEM - przytaknął stwór, jednak nie powiedział nic więcej.
(Kiiran?)

piątek, 21 grudnia 2018

Od Kiirana do Akroteastora

Wszystko, co powiedziała do tego momentu ta istota, którą nie wiem jakim cudem udało mi się unieruchomić pod drzewem, sprawiło, że przez długą chwilę po prostu wpatrywałem się w nią, próbując przeanalizować otrzymaną informację. Czyli to ona stała za przywołaniem tego demona? Ale dlaczego to zrobiła? Co sprawiło, że postanowiła zgodzić się i przeprowadzić z czcicielami piekielnych sił rytuał? Czyżby była zła? Sama miała w planach zniszczenie naszego świata, ale nie byłaby w stanie tego zrobić bez niczyjej pomocy?
Tak wiele pytań, a odpowiedzi na wszystkie pewnie i tak nie uzyskam. Nieco przytłoczony taką wizją, wydałem z siebie ciężkie westchnięcie, po czym spojrzałem na horyzont. Musiałem kontynuować przesłuchanie. Nawet jeśli będę musiał to robić przez cały dzień, wyciągnę z tego stworzenia, które na siłę można było podciągnąć pod kategorię człowieka (ledwo, ale jakoś się dało), tyle, ile się będzie dało. Nie mam zamiaru się poddawać.
— No dobra — powiedziałem po chwili i odwróciłem się w stronę towarzysza. Zebrałem się w sobie, wyprostowałem, aby wyglądać na przynajmniej w niewielkim stopniu wyższego, niż jestem i sięgnąłem po zaklętą buławę. Nie miałem w planach używania jej, po prostu z dziwnego powodu, czułem się pewniej, że posiadam broń, która powstrzyma to stworzenie przed zaatakowaniem mnie, a przynajmniej w nadnaturalny sposób.
— Wiesz, sprawa wygląda tak. Grzecznie odpowiesz na moje pytania, a ja cię uwolnię. Potem wyruszysz razem ze mną w pogoń za tym, co przywołałeś. Co jak co, ale osobiście nie mam zamiaru rozwiązywać za kogoś problemów, jeśli przyczynę całej tej sytuacji mam przed sobą. Nie sądzisz?
Obserwowałem z, mam nadzieję, dobrze ukrytym strachem, jak dziwna czaszka, która pewnie była głową mojego towarzysza, przechyla się delikatnie na bok, zupełnie jak u drapieżnego ptaka, który pragnie lepiej przyjrzeć się swojemu następnemu celowi, nim wzbije się w powietrze i zaatakuje. Do tego te płonące oczy. Kiedy tylko natrafiłem na spojrzenie stworzenia, szybko przeniosłem wzrok na jej równie nieludzkie ciało. Byleby tylko nie utrzymywać dalszego kontaktu.
— TWE ZAŁOŻENIA SĄ, ZAISTE, PRAWIDŁOWE I ZUPEŁNIE SIĘ Z NIMI ZGADZAM — Istota przerwała na chwilę i już miałem ją zachęcać do dalszej rozmowy, kiedy ta poruszyła się w więzach i ponownie zabrała głos — JEDNAK JAK SAM ZAPEWNE DOSTRZEGŁEŚ, Z MEJ STRONY TEN PLAN NIE JEST WIELCE KORZYSTNY, BOWIEM UZNAĆ MOŻNA, ŻE PRAGNIESZ MNIE W TEN SPOSÓB WYKORZYSTAĆ DO OSIĄGNIĘCIA SWYCH WŁASNYCH CELÓW.
— Co prawda, to prawda — Wzruszyłem ramionami jakby od niechcenia i zacząłem grzebać w pobliskiej trawie, wyciągając spomiędzy nich niewielkie żołędzie — Ale to ty ściągnąłeś na nas ten problem. Więc musisz go rozwiązać. I nie kłóć się ze mną — Na potwierdzenie faktu, że nie jestem człowiekiem, z którym można się nie zgadzać, rzuciłem żołędziem w stronę stworzenia, trafiając jednak w jedną z jego kończyn zamiast czaszkę, jak wcześniej planowałem.
Tak, jak się mogłem spodziewać, mój towarzysz nie był zbyt skłonny do odpowiadania czy w ogóle rozwijania swojej wypowiedzi. Nie chcąc przedłużać niepotrzebnie ciszy, wygrzebałem kolejny żołądź.
— Jak cię nazywają?
<Akroteastor?>

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Od Akroteastora do Kiirana

  Akroteastorowi było niewygodnie jak diabli, z nadal związanymi rękami, przewieszonemu przez koński grzbiet i szurającemu stopami o podłoże, gdyż niestety koń był zbyt niski, by zapewnić jego ciału nie stykanie się z podłożem więcej niż jednej połowie ciała. Za to młody awanturnik najwyraźniej cieszył się z upolowanej zdobyczy. Co bynajmniej nie sprawiało, że Morteo był bardziej skory do jakichkolwiek wyjaśnień.
- NAJSAMPIERW OPUŚĆ MNIE NA PODŁOŻE, AZALIŻ GRZBIET TEGO KONIA, CZYŻE SĄDZISZ, ŻE JEST WYGODNY? - stwór podskoczył nieco, gdy koń zaczepił kopytem o kamień.
- Zapewne nie, ale nie jesteś w dobrym położeniu do stawiania żądań - powiedział młodzieniec, nie odwracając się w stronę więźnia. - Więc nic mi nie powiesz?
- DARMO MOŻESZ MNIE PYTAĆ, ALBOWIEM ODMAWIAM WSPÓŁPRACY, PÓKIM W TAK NIEKOMFORTOWYCH WARUNKACH - oznajmił stanowczo Akroteastor, zginając niezgrabnie nogi w kolanach, by choć na chwilę dać wytchnienie ocierającym się o ziemie stopom.
- Jak sobie chcesz - awanturnik wzruszył ramionami. W końcu to nie on wisiał na końskim grzbiecie.
  Zresztą do obozu nie zostało już daleko i miał nadzieję wydusić coś ze stwora po dotarciu tam.

(...) - Teraz ci wygodniej? - zapytał młodzieniec, przywiązanego do drzewa Morteo, odpinając siodło z konia. Akroteastor już otwierał szczękę, żeby poskarżyć się na nierówność podłoża, gdy jego silnie rozwinięty instynkt samozachowawczy zainterweniował, więc pokiwał tylko głową. - Świetnie! Możesz zatem odpowiedzieć na moje pytania.
  Awanturnik położył siodło pod drzewem, na przeciwko stwora i usiadł, plecami opierając się o nie. Zaplótł ramiona na piersi i czekał.
- NIE UZYSKASZ ODE MNIE ŻADNYCH ODPOWIEDZI NA NURTUJĄCE CIĘ ZAGADNIENIA, DOPÓKI JESTEM ZWIĄZANY - powiedział stwór.
- Patrz, ściągnij takiego z końskiego grzbietu a będzie żądał, żeby go rozwiązać. - Chłopak pokręcił z politowaniem głową. - Jaką mam gwarancję, że znowu nie uciekniesz wasza wiejąca ucieczkowość?
- MOJE SŁOWO - odparł Morteo. Młodzieniec spojrzał na niego powątpiewająco.
- Nie jestem pewien czy jest cokolwiek warte. Równie dobrze możemy zrobić na odwrót. Najpierw odpowiesz na moje pytania, a potem zastanowię się nad uwalnianiem ciebie. Oczywiście, są też bardziej nieprzyjemne opcje. - To mówiąc sugestywnie poruszył głową w kierunku buławy. Fakt przewiezienia jej cały ten kawał przez chłopaka niepokoił Liiveia, a wiedząc do czego miała służyć zaczęła wzbudzać w nim niepokój.
- MOJA OSOBA SKŁONNA JEST PRZYCHYLIĆ SIĘ TWOJEJ PROPOZYCJI - odpowiedział ostrożnie, nie chcąc zobowiązać się do zbyt wielkiego wysiłku.
- Świetnie. Wróćmy więc do mojego pierwszego pytania. Dlaczego mnie okłamałeś?
- GDYŻ TWOJA OSOBA UTRUDNIAŁA MI RYCHŁĄ EWAKUACJĘ I CHCIAŁEM JEJ JAK NAJSZYBCIEJ SIĘ POZBYĆ - oznajmił Morteo, wzruszając lekko ramionami, czego od razu pożałował, bo sznur boleśnie potarł jego skórę.
- No taaak. I drugie, czym była ta istota? - dopytywał rzeczowo.
- DEMONEM.
  Awanturnik przez chwilę czekał na kontynuację, jednak Akroteastor nie kwapił się do rozwinięcia tego opisu.
- Jakim demonem, skąd się tam wziął? - zachęcił go do zagłębienia się w szczegóły młodzieniec.
- BETZTAMEREM, DEMONEM ŚREDNIEJ KLASY WYŻSZEJ, ELEMORIARIS DETRO, CZWARTEGO KRĘGU PIEKIELNEGO - powiedział niechętnie stwór. - ZOSTAŁŻE ON PRZYZWANY RYTUAŁEM, KTÓRY ODPRAWIONY BYŁ PRZEZ GRUPĘ KULTYSTÓW.
- To ciekawe, bo interes miał właśnie do ciebie - zauważył chłopak, uśmiechając się.
- MOJA OSOBA BRAŁA W TYM UDZIAŁ - przyznał jeszcze bardziej niechętnie Morteo, a widząc spojrzenie młodzieńca, dodał: - PRZEWODNICZYŁA RYTUAŁOWI.
(Kiiran? XD)

czwartek, 13 grudnia 2018

Od Kiirana do Akroteastora

Tak między bogami a prawdą, byłem już gotowy po prostu uśmiechnąć się szelmowsko, rzucić jakiś skromny komentarz, a następnie podążyć za strażnikami do ich zarządcy i odebrać pieniądze, które tak bardzo by mi się przydały. Pojawiła się tu jednak pewna kwestia, która nie pozwoliła mi tym mężczyznom zabrać mago—nie—maga ktokolwiek wie gdzie i zrobić niewiadome rzeczy. Słyszałem kiedyś o kobiecej solidarności. Męska pewnie też istnieje, lecz jakoś tej nie było mi dane ujrzeć w akcji. Ta pierwsza natomiast pozostawiła na moim ciele kilka znamion w postaci bolesnych siniaków i łatki zboczeńca, kiedy to prawie wszystkie wioskowe kobiety postanowiły mnie stamtąd wypędzić, gdy to córka kowala postanowiła głośno oznajmić, żem nie chłopak, a bebok. Nie wspominam tamtego wieczoru zbyt pozytywnie, lecz sama idea osób z jednej grupy, pomagającej jednostce, spodobała mi się na tyle, że postanowiłem podobną zasadę wprowadzić w swoim życiu. A nazywała się ona demoniczną solidarnością.
Idea, oczywiście, była niezwykle szlachetna w swym zamyśle, ale niestety, nigdy nie mogłem się do niej zastosować. I w tym momencie, niczym grom z jasnego nieba, spada na mnie okazja do nabycia doświadczenia, mówiąc szczerze, której nie mógłbym odrzucić.
— Proszę go zostawić — Podszedłem do strażników, zdobywając się przy tym na jak najbardziej męski, ale też poważny ton — Sam go doprowadzę do do zarządcy. Chcę się upewnić, że otrzymam nagrodę. Ja już kiedyś zostałem oszukany przez wam podobnych.
— Obawiam się, paniczku, że to nie będzie możliwe — Drugi strażnik podszedł do mnie, a dziwny uścisk z tyłu głowy stał się jeszcze silniejszy. Zerknąłem na broń w jego ręce. Czyżby ona była powodem tego, że tajemniczy mag czy co to jest nie mógł uciec? Mówiąc szczerze, sam miałem wrażenie, iż moje zdolności są ograniczone, co zdało się potwierdzać moje obserwacje. Byłem więc zmuszony do użycia swojej siły fizycznej. Przeanalizowałem szybko (zdecydowanie za szybko) sytuację, po czym, wiedząc, że w ten sposób sprawię, iż nie będę dłużej mile widziany w tym regionie, kopnąłem gwardzistę, wkładając w to tyle siły, ile miałem w sobie. Strażnik może nie padł jak długi na ziemię, ale przynajmniej zdekoncentrowałem go na tyle, aby opleść ogonem trzon buławy, a później wyrwać obiekt z uścisku mężczyzny. Odrzuciłem broń w pobliskie krzaki, a następnie przywołałem z pamięci proste zaklęcie odpychające, którego użyłem do odepchnięcia drugiego osobnika, który teraz odsunął się od tchórza, aby pomóc swojemu towarzyszowi. Dobyłem po raz kolejny swojego sztyletu i przyszykowałem się do długiej, lecz na pewno ciekawej walki.

— A więc — Obejrzałem się przez ramię na nadal związanego ... maga? Sam nie byłem już pewny, którego przerzuciłem przez grzbiet Mirki — Skoro ci pomogłem, za cenę całkiem niezłej nagrody za twoją głowę, może mi powiesz, dlaczego mnie okłamałeś? I co to było za stworzenie?
Stopniowo kierowałem się do obozu, aby tam przeprowadzić dokładniejsze przesłuchanie. Wolałem nie uwalniać tego dziwnego stworzenia, które chyba śmiało mogłem określić mianem demona, dopóki nie miałem pewności, że nie ucieknie. Prewencyjnie wziąłem ze sobą buławę. Może się przydać, gdyby mój nowy towarzysz postanowił nie przyjąć moich warunków. Albo jeśli po prostu okaże się mniej rozmowny, niż to sobie wyobrażałem.

<Akroteastor?>

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Akroteastora do Kiirana

  Morteo próbował się wyplątać ze swojej szaty, ciągniętej z uporem przez psa, nie zrzucając jej, jednak gdy jego bezsensowną szarpaninę przerwał ludzki głos... postanowił zrezygnować. Zrzucił płaszcz, obnażając nagie ciało humanoida o nadprogramowej liczbie ramion, wystających żebrach, pierzastym płaszczu, wilkołaczych nogach oraz podejrzenie wyglądających, różanych cierniach, sunących po ciele. Jego okolona burzą włosów czaszka spojrzała ponuro na awanturnika, który desperacko usiłował uprzykrzyć mu dzień.
- NIE JESTEM TAKIEGOŻ ZDANIA - powiedział, prostując się do swojego prawdziwego rozmiaru, i strzepując z ramion niewidzialny pył. - CÓŻE JEST MOJĄ SPRAWĄ, POZOSTAJE MOJĄ SPRAWĄ.
- Posłuchaj, magiczna ekscelencjo - mężczyzna ruszył w kierunku stwora zdecydowanym krokiem. - Może i twoja sprawa jest twoja sprawą, ale w momencie, w którym olbrzymi tygrysojaszczur z piekła rodem atakuje miasto to przestaje być tylko twoją sprawą, a staje się sprawą bezpieczeństwa publicznego. I za przeproszeniem waszej tchórzliwej ekscelencji, nie możesz pozwalać bestii pustoszyć miasta!
- CHŁOPCZE, JESTEŚ ZA MŁODY O HERUN WIOSEN, AŻEBY PRAWIĆ MI MORAŁY - oznajmił Akroteastor, wpatrując się nieruchomo w młodzieńca. - JEŻELI DOŻYJESZ WIOSEN PIĘĆDZIESIĘCIU POROZMAWIAMY O WŁAŚCIWEJ POSTAWIE WOBEC KREATURY, EKSTERMINUJĄCEJ MIASTO. CO RACZEJ ZDAJE MI SIĘ BYĆ WĄTPLIWYM.
- Może. Może masz rację - przyznał tamten. - Co jednak nie oznacza, że można zrzucać swoje problemy na innych.
- JEŻELIŚ RZEKŁ WSZYSTKO, COŚ MIAŁ DO POWIEDZENIA W TYM KARZUSIE, BĘDĘ SIĘ JUŻ ZBIERAŁ - oznajmił Morteo, odwracając się na pięcie... i natykając prosto na włócznię strażnika miejskiego.
- Tu jesteś, potworze - syknął tamten.
  Liivei uniósł wszystkie swoje ręce do góry.
- CÓŻ RZEC, TU JA... - nie do kończył zdania, tylko odskoczył desperacko w bok, chcąc przedostać się przez portal jak najdalej, jednak ku swojemu zdziwieniu opadł na ziemię dokładnie tam, gdzie każdy niemagiczny śmiertelnik by upadł. Ostry koniec włóczni został skierowany prosto w jego czaszkę. Morteo przełknął ślinę. Dopiero teraz poczuł, że z jakiegoś powodu jego magia pozostaje nieaktywna i jedyne, na czym mógłby polegać były jego kły i pazury... niezbyt skuteczne, gdy ktoś akurat mierzy w jeden z twoich słabych punktów bronią, przystosowaną do takich sytuacji.
- Nie ruszaj się - syknął strażnik.
- ANI BYM ŚMIAŁ - mruknął Akroteastor, na końcu którego pola widzenia pojawiły się dwie postacie - AWANTURNIKA, KTÓREGO WROBIŁ W POKONYWANIE DEMONA I EWIDENTNIE DRUGIEGO STRAŻNIKA, KTÓRY JEDNAK ZAMIAST DZIERŻYĆ WŁÓCZNI TRZYMAŁ BUŁAWĘ, OTOCZONĄ EWIDENTNIE MAGICZNĄ AURĄ.
  Morteo poczuł kopnięcie w bok i został obrócony na brzuch, po czym poczuł, jak kolano gwardzisty wbija mu się w plecy, a ręce są wykręcane do tyłu.
- Masz dodatkową parę kajdan? - zapytał niewidoczny dla Liiveia gwardzista swego towarzysza.
- Mam trochę sznura - oznajmił tamten, a po chwili Morteo poczuł drapiący splot na swoich nadgarstkach. - Twoje zasługi młodzieńcze muszą zostać wynagrodzone. - Drugi strażnik najwyraźniej stracił zainteresowanie jeńcem i skupił się na awanturniku. - Dzięki tobie udało się pojmać niebezpiecznego, piekielnego sługę, który chciał sprowadzić na świat wieczną ciemność.
  Akroteastor przewrócił oczyma. W tamtej chwili zyskał pewność, że drugi strażnik jest tak na prawdę kapłanem, a właściwie czymś w rodzaju kapelana gwardii. Ludzie tego typu zawsze go irytowali swoim zadufaniem w moc swoich bogów, czystość, nienawiść do ciemnych wymiarów i zamknięte umysły. Już sam fakt, że służyli bogom, którzy zawsze tak skutecznie swoją mocą i chwałą zagłuszają bogów zagłady napawał serce Morteo, choć nigdy w życiu by się do tego nie przyznał, zazdrością.
(Kiiran? XD)

czwartek, 29 listopada 2018

Od Kiirana do Akroteastora

A coś mi mówiło, że nie powinienem ufać tak w zupełności temu tajemniczemu jegomościowi. Cóż, instynkt samozachowawczy, w moim przypadku, rzadko kiedy się odzywał, a i za grosz było we mnie jakiegokolwiek pomyślunku, jak mi to już kiedyś mówiono. I teraz właśnie przekonywałem się na swojej skórze, że nie każdy jest tak odważny, aby ponieść konsekwencje swych czynów, mając na myśli oczywiście maga, który teraz odchodził, czy raczej uciekał jak zaszczute zwierzę. Może były to słowa na wyrost, lecz tak to wyglądało. Przynajmniej z mojej strony.
Obróciłem sztylet w ręku, jakbym ważył go i oceniał przydatność w starciu z tak potężnym przeciwnikiem, po czym pochyliłem się nieco, unosząc przy tym w zawadiackim grymasie kącik ust. Byłem gotowy podjąć wyzwanie rzucone mi przez los, nawet jeśli groziło to pewnie poważnymi obrażeniami. Ale hej, raz się żyje, a na coś trzeba w końcu umrzeć!
— Jeszcze cię dorwę, wasza ekscelencjo! 
— krzyknąłem przez ramię do rozrzedzającej się stopniowo chmury dymu, czując, że mag jeszcze nie uciekł zbyt daleko, więc na pewno mnie usłyszał. Niech wie, że tak łatwo mu nie odpuszczę. A jeśli nasze drogi się skrzyżują, będzie musiał odpowiedzieć na kilka, jak nie kilkanaście pytań. Jakoś nie łyknąłem tej gadki o nie byciu odpowiedzialnym za ... to coś. Coś w tym osobniku nie pasowało mi do ogólnego obrazu podróżującego czarodzieja, o ile takowy w ogóle istnieje. Było w nim bowiem coś, co mógłbym śmiało nazwać mianem drapieżnego, nie mówiąc o tym, że był wysoki jak cholera, a ja to już miałem jakąś tendencję do patrzenia z dystansem na osoby wyższe ode mnie.
Stworzenie zbliżyło się dość szybko. Nawet bardzo szybko. Do tego stopnia, że udało mi się zrobić przewrót w bok w chwili, gdy już czułem w nozdrzach jej paskudny zapach. Przekląłem pod nosem swoje nieogarnięcie, podniosłem się i ponownie przybrałem pozycję obronną. Stworzenie jednak ... Zdało się nie zwrócić na mnie uwagi. Mówiąc szczerze, poczułem się urażony takim jej zachowaniem, więc wyprostowałem się i spojrzałem na sylwetkę bestii, kierującej się wzdłuż drogi. Niewiele myśląc, podbiegłem do Mirki, która skryła się cieniu drzew, po czym uderzyłem w jej boki. Klacz wydała z siebie przerażony kwik, jednak wyrwała się do przodu. Nie wiem, czy była po prostu odważna, czy tak mi ufała, ale zdawała się nie protestować za bardzo, kiedy nakierowałem ją na stworzenie przed nami. Gdy się zbliżyliśmy, chwyciłem wodze w jedną rękę. Skupiłem się na swoim zadaniu, wzrok utkwiłem w odsłoniętym ścięgnie. Jeszcze chwila, tylko trochę..
— To za twoją ignorancję! — krzyknąłem na jednym wydechu, gdy ostrze zagłębiło się w ciele bestii. Ta ryknęła ponownie, po czym, ku mojemu zaskoczeniu, odskoczyła w zupełnie inną stronę, wyraźnie jednak kulejąc. Zawróciłem konia, gotowy zaatakować ponownie, lecz zobaczyłem jedynie tlące się pole w miejscu, gdzie istota wcześniej się znajdowała. Czy ona się teleportowała? Użyła jakieś magii? Przeniosła się do swojego wymiaru?
Poklepałem Mirkę po szyi, uśmiechając się do niej słabo. Spisała się dzisiaj świetnie. Zasługuje chyba na dodatkowe jabłko, gdy wrócimy do obozu. Najpierw musimy jednak rozwiązać jeszcze jedną sprawę. Zagwizdałem ile sił w płucach. Gdy usłyszałem szczekanie Czuwacza, spokojnie zakłusowałem w stronę źródła odgłosu, aby ostatecznie znaleźć psa, ciągnącego tajemniczego maga za szaty. Uciekł całkiem daleko, ale pies zdaje się skutecznie go powstrzymał.
— Chyba powinienem dostać jakieś wyjaśnienia, nie uważa pan?

<Akroteastor?>

niedziela, 18 listopada 2018

Od Akroteastora do Kiirana


  Tego poranka Akroteastor obudził się z uczuciem, że coś się spierniczy. I owszem, wiele rzeczy tego dnia poszło nie tak, jak to sobie zaplanował, jednak ta była najgorsza z nich wszystkich. Już prawie opuścił miasto. Nikt go nie zatrzymywał, bo przecież wszyscy w panice starali się z niego uciec, jednak już na samych obrzeżach, gdy już niemal problem zniknął mu z oczu musiał się pojawić on. Liivei stał, lustrując wzrokiem przystojnego młodzieńca, okolonego mroczną aurą, którego postawa i słownictwo przywiodło stworowi na myśl bardzo kłopotliwy typ człowieka.  Taki, który nie daje się tak łatwo spławić kilkoma półsłówkami. Mimo to Akroteastor zadecydował spróbować.
- NIEBYŁŻEM I DEFINITYWNIE NIE JEST MOIM PRAGNIENIEM WIDZENIE TEGO, CO SPOWODOWAŁO TENŻ RUMOR – powiedział, naciągając mocniej kaptur na czaszkę i próbując wyminąć młodzieńca, który jednak zastąpił mu drogę.
- Za przeproszeniem waszej ekscelencji, jednak jeśli jest to magiczna bestia zapewne masz lepsze kwalifikacje do pokonania jej ode mnie. Proszę pójść ze mną i przekonać się, co to za stwór. – Przystojna twarz chłopaka coraz bardziej nie podobała się Liiveiowi.
- MOJA OSOBA NIE POSIADA CZASU, NA TAKIE JOELTE – machnął lekceważąco ręką, jednocześnie czując, że jeśli nie oddali się z tego miejsca natychmiast to wszelkie opory staną się daremne, bo nie będzie w stanie dalej wmawiać nieznajomemu, że nie ma z tym nic wspólnego. – PROSZĘ USTĄPIĆ, PRAGNĘ PRZEJŚĆ.
Młodzieniec pokręcił głową. Od strony miasta, niespodziewanie blisko rozległ się kolejny ryk i Akroteastor odwrócił nieco głowę w tamtym kierunku, co sprawiło nieznaczny ruch kaptura i odsłonięcie rogów.
- Natychmiast – powiedział z naciskiem, wyjmując jedną z rąk spod szaty.
W tym momencie ziemia zaczęła drżeć, przewracając obu nie spodziewających się tego rozmówców i spory kawał muru z hukiem wylądował w fosie. Liivei gwałtownie poderwał się na nogi o odwrócił w kierunku wyłomu, prze który doskonale widać było olbrzymią postać o masywnych nogach jaszczura, zakończonych ostrymi szponami oraz jakby przesadnie umięśnionych, tygrysich łapach, których paski jednak układały się w znacznie bardziej złożony wzór, niż na ciele tego króla jungli. Jego głowa również ewidentnie była tygrysia, jeśli nie liczyć trzech par masywnych rogów ją okalających oraz faktu, że zamiast pary oczu posiadała ich aż troje. I teraz one wszystkie wpatrzone były w Akroteastora.
- TYY! – zaryczał demon, opadając na cztery łapy i powoli zbliżając się tym charakterystycznym chodem kota, zbliżającego się do sparaliżowanej strachem myszy.
  Morteo cofnął się, niemal przewracając ponownie i tamtego młodzieńca, któremu również udało się już podnieść z gruntu. Przelotnie spojrzał na niego zauważając, że ten zdążył już dobyć krótki sztylet z pochwy, umieszczonej przy pasie.
- TY NĘDZNIKU! POKRAKO! – Słowa tygrysa przeradzały się w coraz cichszy i groźniejszy warkot.
- Ale paskudztwo – skomentował przystojniak, stając pomiędzy Akroteastorem a demonem. – Wasza eks-lencja jest pewien, że nie wie, o co chodzi?
- NAJWYRAŹNIEJ TENŻE POTWÓR MA DO CIEBIE JAKIŚ ROMANS – oznajmił Liivei, który zdążył już zrobić kolejny krok do tyłu, wydobyć z woreczka przy pasku trochę kulek dymnych  i zacząć rozgrzewać je w palcach. – KIMŻ BYM BYŁ, GDYBYM WTRĄCIŁ SIĘ W PRYWATNE PORACHUNKI GENTELMANÓW?
- Co? – chłopak rzucił spojrzenie w stronę maga akurat by ujrzeć chmurę dymu.
W tym samym momencie demon zaszarżował w jego kierunku.
<Kii?>

Od Kiirana do Akroteastora

Wyruszając na samotną podróż mego życia zdawałem sobie sprawę, że nie zawsze będzie ona tak ekscytująca i obfita w przygody, jak sobie to czasami w nocy wyobrażałem. Nie sądziłem jednak, że przez większość czasu będę musiał jedynie krążyć od jednego królestwa do drugiego, szukając jakiegokolwiek źródła zarobku, aby tylko mieć co do ust włożyć czy gdzieś odpocząć. Na szczęście, sprawę posiłku mogłem zazwyczaj załatwić poprzez wyruszenie na polowanie, ale ta druga była już kwestią sporną. Na tym etapie, byłem już tak obolały, że przy samym przewróceniu się z boku na bok czułem już na skórze, jak drobne kamyki czy grudy twardej ziemi układają się pod sztywnym materiałem, jaki służył mi za posłanie. Powinienem zaopatrzyć się u kupca w coś, co nie będzie skutkować na starość prawie zupełnym unieruchomieniem zmęczonych stawów, jednak pieniądze jakoś tak się mnie nie trzymały. Nie wiem dlaczego. Przecież dbałem o nie, wydawałem tylko na najpotrzebniejsze rzeczy ... To znaczy, tak, za część swoich zarobków próbowałem zaspokoić wieczny głód na cukier, ale to zupełnie inna historia.
Wzdychając cicho, usiadłem i rozciągnąłem się. Nad obozowiskiem powoli wznosiło się słońce. Wiedziałem, że nie zasnę po raz kolejny, chociaż nadal miałem wrażenie, jakby organizm domagał się jeszcze przynajmniej dwóch — trzech godzin snu, aby wypocząć zupełnie. Postanowiłem więc rozpalić ponownie ognisko i upiec ostatni kawałek wczorajszego królika, jakiego przy pomocy Czuwacza udało mi się upolować. Na myśl o towarzyszu, podniosłem wzrok i zagwizdałem cicho. Pies poderwał się z trawy, po czym podbiegł do ogniska, poruszając ogonem na przywitanie. Z uśmiechem poczochrałem zwierzaka za uchem, a następnie oderwałem kawałek upieczonego mięsa, który momentalnie zniknął we wnętrzu głodnego psa.
— Dzisiaj zapolujemy znowu — obiecałem mu, chwilę później wybuchając cichym śmiechem. Chyba naprawdę za długo podróżowałem samotnie, że zacząłem rozmawiać ze zwierzętami. Na szczęście, w planach miałem zahaczenie o pobliskie miasto, aby uzupełnić zapasy. Może nawet uda mi się znaleźć jakiegoś maga, co by mi pokazał jeszcze jakieś sztuczki?

***

Kiedy tylko wkroczyłem na główną drogę, poczułem, że coś jest nie do końca w porządku. Zupełnie jakbym posiadał jakiś szósty zmysł nastawiony na wyczuwanie niebezpieczeństwa, który działał tylko wtedy, gdy sam tego chciał. Czyli rzadko. Zdecydowanie za rzadko.
Ściągnąłem wodze Mirki, zmuszając klacz do zatrzymania się. Czuwacz podniósł uszy, kiedy dojrzał zaniepokojenie na mojej twarzy. Z niepewnością spoglądałem na zakręt, z którego będę widział już miasto. Tylko kilka kroków, nic na pewno się nie wydarzy. Bo co złego może mnie spotkać tak blisko od...?
— Cholera! — Szybko się schyliłem i zakryłem głowę dłońmi, słysząc ryk, jaki rozniósł się echem po okolicy. Poczułem, jak klacz pode mną spina się, gotowa do ucieczki. Objąłem ją więc za szyję, licząc, że w ten sposób się opanuje. Na szczęście, tym razem udało mi się utrzymać na grzbiecie wierzchowca, przez co szybko mogłem zmusić go do ruszenia. Poddenerwowany pies podążał za nami w bezpiecznej odległości, nie chcąc samemu stawiać czoła możliwemu zagrożeniu. Był więc pod tym względem inteligentniejszy ode mnie. Ale, z drugiej strony, nie musiał też wykarmić samego siebie i dwóch innych istot za stawki prawie głodowe.
Tak, jak się spodziewałem, nie udało mi się dostrzec źródła odgłosu, ale na widok siwych snopów dymu, wirujących nad dachami miasta, domyśliłem się, że musiało tu dojść do czegoś strasznego. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. W końcu! Wyrwę się z tej całej rutyny, przeżyję prawdziwą przygodę, zostanę znanym bohaterem, może nawet będę mógł zamieszkać w Merkez! Zupełnie jakby los postanowił się w końcu do mnie uśmiechnąć!
Skierowałem się w stronę murów, aby ocenić uszkodzenia spowodowane przez tajemniczego potwora. Planowałem zbadać dokładnie wszystkie zniszczone budynki, lecz kiedy zobaczyłem grupę mieszkańców, uciekających w stronę lasu, podjechałem do nich.
— Nie bójcie się już, obywatele! — oznajmiłem najbardziej męskim głosem, na jaki potrafiłem się zdobyć. Mężczyzna zatrzymał się i przysłonił nieco sobą dwie kobiety oraz niemowlę na rękach jednej z nich. Wzniosłem dłonie, aby pokazać, że nie mam w nich broni.
— Spokojnie, nie skrzywdzę was. Chciałbym tylko wiedzieć, co się tam stało? Dlaczego miasto płonie?
— To było ogromne, paniczku — wyrzuciła z siebie jednym tchem matka, przyciskając dziecko do piersi — Wielkie jak tamta góra, panie bracie, a kie to zębiska miało! 
— Ale co to było? — spytałem nieco szorstko, chcąc zdobyć od świadków jak najwięcej informacji. Po chwili słuchania opisu bestii, zmierzyłem jeszcze raz wzrokiem rodzinę, wiedząc, że nie powiedzą mi nic więcej ponad to, co już mi podali, po czym rozejrzałem się w poszukiwaniu kogoś bardziej kompetentnego. Spojrzenie moje padło na postać, pospiesznie oddalającą się od miasta. Wyglądała jak mag czy inny czarodziej, co dawało nadzieję na rozmowę na nieco wyższym poziomie. Zakłusowałem w jej stronę, zabierając głos dopiero w momencie, gdy miałem pewność, że postać mnie usłyszy.
— Przepraszam bardzo, wasza magiczna ekscelencjo! — zawołałem, po czym zatrzymałem się przed domniemanym magiem i zeskoczyłem z grzbietu Mirki. — Czy była wasza ekscelencja świadkiem tego ... wszystkiego?

<Akroteastor?>