Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złudne nadzieje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złudne nadzieje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2020

Od Zachariasa cd. Matriasena

 Zapalniczka leciała w stronę budynku w zwolnionym tempie i tak samo, niczym w filmie, wybuchnął gorący ogień, pożerający cały warsztat od fundamentów po dach. Wszystko się zapaliło, a razem z budynkiem zajęły się ptaki. Te, których od razu nie pochwycił ogień, zaczynały się dymić od iskierek, jakie wylądowały na ich piórach. Patrzyłem na to niczym zahipnotyzowany. Jednocześnie czułem zafascynowanie jego pomysłem, w którym bez żadnych problemów zniszczył wszystko, nad czym planował tak długie dni, w imię ratowania swoich ludzi, oraz niepokój, do czego mężczyzna może być zdolny, jeśli w sprawę wchodzi życie poddanych. Był nieobliczalny.
- Ruszajmy – do jego uszu dobiegł głos Matriasena. - Wy wracajcie do inkwizytorni i przekażcie, co się stało. Niech wyślą oddział i przeczeszą teren. Mają sprawdzić, czy ktoś przeżył i czy wszystkie ptaki zostały unieszkodliwione – zwrócił się do dwóch żołnierzy, którzy stali bacznie obok mnie. Jeden z nich spojrzał na mnie.
- A co z tobą panie?
- Trzeba jak najszybciej znaleźć źródło magii, inaczej może być tylko gorzej – wyjaśnił.
- Odmawiam pozostawienia cesarza samego bez obrony.
- Jeden wojownik starczy. Z moich obliczeń wynika, że wszyscy wrogowie zostali usunięci, a najbliższy obóz inkwizycji tylko kilka godzin drogi stąd. Poradzę sobie, wykonać rozkaz – żołnierze niechętnie się zgodzili. Posyłając mi jeszcze ostatnie groźne spojrzenie, odwrócili się i ruszyli na wschód, w kierunku swojego celu. Cesarz odwrócił się do mnie. - Znajdziemy obóz, tam zbierzemy oddział, potrzebny sprzęt i znajdziemy źródło  – oświadczył. - A więc w drogę! - powiedział to zbyt radosnym tonem jak na kogoś, kto właśnie zniszczył swój warsztat i wszystkie swoje plany.
Jesteśmy sami w środku lasu. Zero świadków, a miecz znajduje się przy moim boku. Wystarczyło go chwycić, zamachnąć się i odciąć mu głowę. Szybki ruch, który nie sprawi mu bólu. Nie będzie wiedział nawet, co się stało. Szybka śmierć na miejscu, a ja zdarzę uciec, nim ktokolwiek się dowie. Dlaczego tego nie robię? Bo cała sytuacja się zmieniła, a ja nie chce popełniać kolejnych błędów. Musiałem czekać i wszystko sprawdzić.
- Daleko ten obóz? - zapytałem, brzmiąc pewnie jak niesforny brzdąc wiecznie pytający „Daleko jeszcze?”
- Trochę… - cesarz spojrzał na niebo, rozumiejąc, o co mi chodziło. - ...dużo – dokończył. Robiło się już ciemno, a ja nie miałem konia, na którym dotarlibyśmy do Inkwizycji szybciej; chociaż może i dobrze? Czy na pewno oni są dobrym pomysłem? To tak, jakbym pomagał wrogowi.
- W nocy nic nie widać, lepiej rozpalmy ognisko i zaczekajmy do rana – zaproponowałem, ale mężczyzna pokręcił głową.
- Ta sprawa nie może czekać do rana – i jakby na potwierdzenie swych słów, przyspieszył. Westchnąłem tylko i nie chcąc (a raczej nie mając prawa) kłócić się z władcą, zaraz zrównałem z nim kroku. Nagle się zatrzymał. Przed nami płynęła rwąca rzeka. - Wcześniej jej tutaj nie było! - wręcz to wykrzyczał zdenerwowany. Zaczął się rozglądać i szukać szybkiego przejścia na drugą stronę, w tym czasie pozwoliłem sobie usiąść na zwalonym pniu. - Magia musiała zmienić teren lasu – zaczął mruczeć pod nosem. - W takim wypadku nie jestem pewien, jak daleko może być obóz. I czy jest on na swoim miejscu.
- Skoro ta magia jest taka przebiegła, to nawet jak tam dojdziemy, to może nas gdzieś przenieść – pomyślałem na głos. - Pójdę po chrust – sięgnąłem do torby. - Jako cesarz pewnie jadasz coś lepszego, ale nic więcej nie mam – podałem mu kawałek chleba, po czym poszedłem po drewno na ognisko.
<Matriasen?>

piątek, 6 listopada 2020

Od Matriasena do Zachariasa

To jest jedyne. - Cesarz nie zamierzał czekać na dalszy rozwój wypadków. Zaczął się miotać między stertami gruzu, wyciągając spod nich niezidentyfikowane przewody i łącząc w bezwładną plątaninę. - Teraz mamy większy problem. Jeśli posłańcy zakażą Stolicę, wszystko będzie stracone.- Zerwał ze ściany projekty, zamaszystym gestem i zmiął w kulę, następnie rzucił żołnierzowi. - Rozłóżcie podpałki pod tym, tym, tym, tamtym... - mówiąc, wskazywał kolejne sterty. - A ty wojowniku... - przykucnął przy stercie beczek. I szpikulcem z palca wybił dziurę w dnie jednej. Coś szarego zaczęło się sypać wyłomu. - Rozsyp to między podpałką. I rozłóż pozostałe beczki obok. 
  Inkwizytorzy bez słowa wykonywali polecenia, tylko Zacharias się nie ruszył, obserwując miotającego się Matriasena.
- Czekaj, czy ty chcesz wysadzić nas w powietrze? - Oparł się o beczkę, którą chłopak próbował właśnie dźwignąć. - Oszalałeś?
  Ich oczy się spotkały i ku zdziwieniu wojownika w oczach tego drobnego chłopaczka nie było ani krzty szaleństwa. Za to pełno lodowatej determinacji.
- Jeśli nie chcesz pomóc wojowniku, przynajmniej nie przeszkadzaj. - Wycedził zimno, próbując odepchnąć postawnego mężczyznę, co poskutkowało tylko odbiciem się od niego i gwałtownym bólem w plecach.
- Ja to wezmę, panie - wtrącił nadal trochę zdyszany posłaniec, wyciągając spod podróżnika beczkę, pod którą usypała się już spora kupka prochu. 
- Czekaj, nie skończyłem. - Zacharias, ku irytacji wojskowego, przytrzymał obiekt. - Ludzie zwykle umierają, gdy wysadzisz ich w powietrze!
- Gorszy los czeka ludzi, poddanych działaniu magi! - Matriasen podniósł głos. Inkwizytor odepchnął wojownika, zabierając beczkę. - Jeśli nie zareagujemy stanowczo, zaraz może być za późno.
  Jakby w odpowiedzi coś wbiło się w ścianę magazynu, odginając ją. 
- Czyli nic z tego co mówiłeś, nie było prawdą, tak? Zamiast poprowadzić świat w lepsze jutro, dasz się tutaj zabić?
- Panie, skończone - oznajmił jeden z inkwizytorów, odstawiając beczkę na ziemię. Cesarz zacisnął usta. Uderzenia z zewnątrz stawały się coraz częstsze i mocniejsze.
- Nie będzie jutra, jeśli nie zadziałamy dzisiaj - mruknął, ale już bez początkowego przekonania. Widać było, że jego umysł coś kalkuluje. Spojrzenie uciekało do różnych elementów.  - Dobrze. 
  Podbiegł do kolejnej sterty złomu, wyciągając z niej kolejne kable. Przepiął kilka instalacji i koniec podłączył do masywnej rury. Spojrzał na wojownika. 
- Przenieś to do ściany i trzymaj mocno. Pomóżcie mu. - Wojownik spojrzał pytająco. - Przebijemy ją.
  Mężczyzna nie miał dalszych obiekcji, a podczas gdy z żołnierzami próbował dźwignąć kawał metalu i ustawić w odpowiednim miejscu, Matriasen podpinał ostatnie  elementy.
- Gotowe. - Głos Zachariasa przebił się przez huk wyginanej stali. Cesarz podskoczył do zaworu i z wysiłkiem przekręcił go maksymalnie w prawo. Z trzymanej przez wojowników rury buchnął ogień, przepalając dziurę w metalu magazynu. Mężczyźni opuścili rurę, poszerzając otwór, a Matriasen zakręcił zawór ponownie.
  Czuła czwórka skoczyła w stronę wyjścia i wypadła w zimne powietrze po drugiej stronie magazynu. Stąd nie było widać ptaków, jednak nad dachem budynku przełaziły groteskowo wyglądające gałęzie. Cesarz zatrzymał się przy otworze, spoglądając na magicznego potwora, pożerającego jego dom nauki. I wyciągnął zapalniczkę. 
-  Jeśli mamy wygrać, nie możemy się zatrzymać - powiedział, patrząc na Zachariasa i cisnął zapalniczkę do wnętrza magazynu.
(Zacharias?)

Od Zachariasa do Matriasena

W milczeniu obserwowałem jego kręcenie się w kółko i starałem się zrozumieć sytuację. Osiemdziesiąt procent… czyli tyle miałem po matce, a reszta to ludzki ojciec. Ciekawe obliczenia, aczkolwiek dlaczego zaprzątałem sobie głowę czymś tak błahym? Moja misja wisi na włosku, przez moje roztrzepanie dowiedzą się, kim jestem – już nie chodziło o to, czy jestem następcą tronu czy ich wrogiem, ale to, że nie byłem człowiekiem, a jak wiadomo, magii w tym kraju się nie toleruje. Kiedy mężczyzna próbował wymyślić, co zrobić, ja patrzyłem na tajemnicze mikstury, jakie mi dał, jak one się nazywały? Latocyn? Faktocyn? Molocyt? Palozyt? Zamieszałem cieczą w naczyniu i się rozejrzałem po pomieszczeniu, w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym je wylać: niestety, zamiast znaleźć kwiatka, czy jakiekolwiek naczynie wypełnione wodą, co zobaczyłem? Jak jeden z żołnierzy ukrywa się w cieniu i nas obserwuje. Starając się nie łapać z nim kontaktu wzrokowego, wypiłem te cholerstwa z nadzieją, że nie zrobią mi żadnej krzywdy. Po co? Nie mogłem ryzykować, że mężczyzna doniesie nawet taki szczegół dowódcy, mogłem być przez to obserwowany dwadzieścia cztery godziny na dobę – a pod czujnym okiem chyba ciężko zabić cesarza? 
Czy ja naprawdę chciałem go zabić? Jeszcze raz spojrzałem na wynalazcę. Nie wyglądał na władcę państwa, nie przypominał tyrana opisywanego przez ojca, nie nadawał się na wojownika mordującego niewinnych ludzi. Czemu więc miałem go zabijać? 
- Dobra, wprowadzę twoją próbkę do czujnika i zaraz ich namierzymy – jego głos oraz igła trzymana w dłoni wyrwała mnie z namysłu. Momentalnie znienawidziłem siebie za brak rozumu, zamiast myśleć o aktualnej chwili, co zrobić, aby żadna z prawd się nie wydawała, to ja na nowo decydowałem, kogo chce mordować.
- Wydaje mi się, że twoja maszyna jest zepsuta – powiedziałem pierwsze, co mi wpadło do głowy. Chłopak zniżył dłoń i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. – Sam powiedziałeś, że osiemdziesiąt procent to dużo, przy czterdziestu są jakieś zmiany. Nie uważasz, że już powinno się coś zacząć dziać? Na przykład jakieś gałęzie z uszu, albo liście w nosie? Sam nie wiem. Chodzi mi konkretnie o to, że ty także oberwałeś, masz nawet poważniejsze obrażenia przez ich magię. Wydaje mi się, że maszyna połączyła wszystkie wyniki w jedno i przypadkiem wpisała go do moich - w jego oku coś błysnęło, a na twarzy pojawił się niezadowolony grymas.
- Może i masz rację – pokręcił palcem w górze, obrócił się na pięcie i zaraz podszedł do swojej maszyny. Zaczął coś klikać, przykręcać, a po chwili chwycił klucz i zaczął coś rozkręcać. Miałem chwilę, aby coś jeszcze wymyślić, tylko czy mogłem zrobić cokolwiek pod czujnym okiem wojownika, którego wynalazca dalej nie zauważył? Znowu się rozejrzałem po pomieszczeniu. Zniszczyć mu maszynę? Podmienić próbki? Takie rzeczy działy się tylko w książkach, tutaj jedynie mogłem mu wciskać kit o zepsutej maszynie. Potrzebowałem… cudu.
Nagle usłyszałem głośne rżenie konia, a po nim hałas na zewnątrz. Czyjeś krzyki i głośne poruszenie. Ktoś wpadł do środka.
- Co się dzieje?
- Kolejny atak. Zamieniają się w drzewa! – nie mogłem uwierzyć własnym uszom w te słowa. Momentalnie ruszyłem ku wyjściu, aby sprawdzić jego prawdomówność. Cesarz także chciał wyjść i to sprawdzić, ale został zatrzymany przez żołnierza. Zerknąłem na zewnątrz…
Niebo przesłoniły niebieskie ptaki, za które dałbym uciąć prawą rękę, że wyglądały jak piniaty na festynach! Atakowały żołnierzy, którzy się nie poddawali i próbowali je zabić, ale tym razem było ich więcej. Jedne padały i pojawiały się na ich miejsce drugie. Tym jednak razem nie korzystały z lodowych szpikulców, jak poprzednio, ale spod ich skrzydeł opadał pył, który po zetknięciu ze skórą… zamieniał ją w korę. Ludzie najpierw sztywnieli, a potem drewno rozrastało się po ich całym ciele. Kiedy ich twarze wyciągnięcie w niemym krzyku stały się kawałkiem drewna, zaczynali porastać liśćmi. 
- Zabierz stąd cesarza! – usłyszałem krzyk obok. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, jak dowódca opada na ziemię, a po chwili zamiast jego twarzy, widziałem bujną koronę liści. Nie mając zamiaru ryzykować życia, zostając tu jeszcze chwilę, zamknąłem drzwi i spojrzałem na wynalazcę i dwóch żołnierzy, którzy przy nim stali.
- Jest tu jakieś drugie wyjście?
<Matriasen?> 

niedziela, 1 listopada 2020

Od Matriasena do Zachariasa

 Wynalazca pobrał próbkę patykiem, następnie zanim wojownik nie odwrócił się do niego z powrotem wielką igłą pobrał krew z okolic zranienia.
- Ałć. - Powiedział bardziej z zaskoczenia, niż bólu mężczyzna. 
- Ma dziwny kolor. - Matriasen zamieszał dość ciemną cieczą wewnątrz igły. - Chyba oberwałeś gorzej, niż się spodziewałem. 
  Chłopak wyjął kapsułkę z próbką z urządzenia i wstawił do dziwacznie wyglądającej maszyny, na pierwszy rzut oka będącej zaledwie przedłużeniem otaczającego ją złomowiska. W sąsiednich komorach stały próbki inkwizytorów, a na koniec dołączyła do nich również próbka samego cesarza. Wynalazca sprawdził wystający z boku maszyny druk, zapełniony dziurkami, pokręcił głową, wyjął go, popisał ołówkiem, chwycił losowy projekt ze ściany projektów, zerwał i dziurkaczem przygotował nową matrycę, wzorując się na starej, wsunął do maszyny, przestawił kilka dźwigni, przekręcił kilka kurków, nacisnął pedał i ustawił będące tu i tam zegary, po czym rzucił szalone spojrzenie wojownikowi.
- Moja ulubiona część. Czerwony przycisk. - I z dziką satysfakcją wdusił go z całej sił. Maszyna zabuczała, zachrobotała i zatrzymała się. Chłopak zmarszczył brwi i zaczął obiegać ją z jednej strony na drugą, przestawiając przyrządy i ścierając kurz z niektórych części. Następnie podszedł do miejsca, w którym blacha była nieco wgnieciona i wziął zamach metalową pięścią. Brzdęknęła o metal, a dźwięk poniósł się po całym pomieszczeniu, rezonując z blachami. Maszyna ponownie zachrobotała, coś w środku kliknęło i z niektórych rur buchnęło nieco pary. - No. - skwitował z dumą Matiasen. 
  Wojownik podszedł trochę bliżej, patrząc jak jego krew znika w bebechach potwora z mieszaniną fascynacji i lęku.
- Nie martw się, wojowniku - powiedział cesarz pogodnie. - To nie jest jednym z tych piekielnych magicznych potworów, przy których największym twoim błędem jest pozwolić im zabrać fragment twojego ciała. Nie przeklnie cię, ani nie przejmie kontroli. Ot, cud techniki! Jedyna w swoim rodzaju Maszyna Do Badania Przypadłości Spowodowanych Przez Magię, w skrócie MDBPSPM, Módbips, jak go czasem nazywam. Zapytasz pewnie co z dwiema ostatnimi literami akronimu? Nic! Użycie jeszcze ich sprawiłoby, że imię Mudbipsa byłoby za długie. I niewymawialne. Ale pewnie nie interesują cię takie szczegóły. Lepiej opowiem ci, jak to działa. Zobacz sam! Tutaj wkładasz próbki, ważne, by grupować próbki różnego typu od różnych osób w sposób synchroniczny, by nie zostały pomieszane, gdyż mogłoby to sfałszować wyniki. Próbki wchodzą do aorty głównej, gdzie...
- Panie - zwrócił uwagę wynalazcy Vanton, wskazując na wysuwający się z maszyny podłużny papierek. - Wyniki.
- Ah, tak! - Cesarz podskoczył do kartonika i wyrwał go urządzeniu. Zaczął szybko przesuwać w palcach. - Czysty... czysty... czysty... czysty... - mruczał pod nosem, gdy nagle jego palce zatrzymały się na ostatnim rekordzie. - Komisarzu, ewakuuj inkwizytorów i Vantona - rozkazał, spoglądając na dowódcę inkwizytorów. Sprawa może być poważniejsza, niż mi się wydawało. 
- Ale panie... - zaczął Vanton, jednak silne ramię komisarza go zagarnęło. 
- Słyszałeś co powiedział cesarz? - spojrzał na niego twardo. Oficer zacisnął zęby i pozwolił się wyprowadzić.
  Prawdopodobnie umknęło to wzrokowi Matriasena, który właśnie zagarniał wojownika do wydzielonego metalowymi ściankami pomieszczenia, a nawet samemu wojownikowi, który nie był pewny, czy powinien się bronić przed tym niespodziewanym atakiem, czy na razie poddać woli wynalazcy, ale komisarz dał znać jednemu z inkwizytorów, by został i obserwował sytuację.
- Nie jest dobrze, nie jest dobrze. - Chłopak posadził towarzysza na krześle, wyposażonym w obręcze, które tamten uniknął, nie wkładając swojego ciała zbyt głęboko. Cesarz miotał się między buczącymi i parującymi urządzeniami. - Jest gorzej, niż myślałem. Najwyraźniej zarodniki musiały dostać się do twojej krwi, a może magia karnawałowych posłańców? W końcu oberwałeś na prawdę potężnym, akumulowanym atakiem. Co robić... poziom skażenia magią w twojej krwi osiąga niemal osiemdziesiąt trzy procent. Przy czterdziestu zaczynają się zdecydowane zmiany w organizmie i jeśli szybko się nie zdziała, staną się wkrótce nieodwracalne. Lacydozal, trzymaj i wypij. I popij glukorycytyną. Spowalnia działanie i niweluje moc magii. O i propazotal, odkaża krew. Zwykle wystarcza, ale przy takiej dawce... - Zatrzymał się gwałtownie, jakby coś w głowie obliczając, by równie gwałtownie wyrwać jakiejś maszynie jej obliczenia. Pokiwał do siebie głową, ruszając przy tym wargami. - Zlikwidowanie posłańców powinno pomóc. W siedzibie tego, kto sprowadził na nas las też na pewno będzie odtrutka. Skoro chcą nas zniszczyć żywym lasem zapewne mają coś, żeby nie rozniosło się u nich. Nie są tak głupi, by rzucać w nas coś takiego i nie mieć odtrutki. Tak. Tak! Musimy zebrać sprzęt! Ludzi! Maszyny! Albo nie, nie... zbyt duży ruch ich ostrzeże i uciekną. Trzeba ich znaleźć. Znaleźć, po cichu. Użyjemy czujek inkwizycyjnych do nawigacji. Weźmiemy czytniki linii magicznych. Próbka z twojego ciała powinna nas doprowadzić do tego maga. - Matriasen pokiwał głową do siebie.
(Zacharias? 🐱‍👤)

piątek, 30 października 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Podczas całej jego paplaniny, poprawiał mi się humor. Tak jak wcześniej brałem go za wariata, jakiegoś bezdomnego, który najadł się nieodpowiednich grzybów w lesie, tak teraz podobała mi się jego emanująca pozytywnością aura, którą zobaczyłem dopiero wtedy, gdy, chociaż miał pokaleczone plecy, wymagające operacji, on dalej dążył do wypełnienia swoich celów, niosąc światu lepsze jutro – jak rozumiałem z jego relacji, aczkolwiek nie jestem pewien, czy te "lepsze jutro", mogłoby dotyczyć mnie. Poniekąd widziałem w nim małego siebie, kiedy po raz pierwszy dostałem miecz do ręki i myślałem /Zbawię świat! Zabije wszystkich złych ludzi i na reszcie zapanuje pokój!/, niestety po tylu latach dalej nie potrafiłem do tego doprowadzić i zacząłem tracić wcześniejszy entuzjazm. Dlatego teraz patrząc na niego, lekko się uśmiechnąłem i w duchu zaśmiałem z jego wizji – nieironicznie.
- Na pewno – powiedziałem, kiedy byłem pewny, że skończył. Rzucił na mnie przelotne spojrzenie, a z jego twarzy także nie znikał uśmiech. Po chwili zmieniliśmy nieco trasę konwoju. – Jak daleko do miasta? – zapytałem. Chciałem już znaleźć jakąś karczmę i coś zjeść.
- Nie cała mila na wschód – wskazał dłonią w bok. Zmarszczyłem lekko brwi.
- Więc czemu nie idziemy na wschód? – zapytałem spokojnie, czując na sobie spojrzenia żołnierzy. Wiedziałem, że jeśli zaraz się nie odsunę od ich cesarza, zasztyletują mnie „przypadkiem”.
- Nie możemy pójść do miasta. Wiem, że ci obiecałem pokazać drogę, ale wszyscy jesteśmy skażeni magią. Póki jej nie zbadam, nie możemy pozwolić, aby się rozszerzyła – powiedział szybko.
- Czy po tych badaniach będę wolny? – Matriasen pokiwał głową. W odpowiedzi się ukłoniłem, jak powinno się to zrobić dla władcy, po czym odwróciłem się i wróciłem na koniec. Pogłaskałem konia po pysku.

Na środku pola stał budynek o dość śmiesznej budowie; był połączeniem kilku metod. Drewniane belki podtrzymujące konstrukcje, gdzieniegdzie wsparte metalem, ściany głównie z kamieni oraz dach ze słomy. Wystarczyła mała iskierka, aby wszystko poszło z dymem. Przyglądałem się warsztatowi, nie będąc pewnym, czy powinienem tam wchodzić. Jeśli ktokolwiek odkryje moje kłamstwa i zrozumie, kim jestem, mogę nie mieć żadnego wyjścia, będę uziemiony i skazany prawdopodobnie na miejscu. 
Przez swoje rozmyślenia nie zauważyłem, kiedy przede mną pojawiły się drewniane drzwi. Nie mogąc już zawrócić, wszedłem do pomieszczenia, wypełnionego mrokiem i przeróżnymi zapachami od stali po papier i parę, zostawiając wcześniej wierzchowca przywiązanego do drzewa. Słysząc ciche „klik”, w pomieszczeniu pojawiło się słabe światło, a zaraz po nim kolejne dwa. W całym wnętrzu znajdowały się tylko trzy wiszące żarówki, które widocznie miały za sobą długi czas użytku. Pierwsze co rzucało się w oczy, kiedy ciemności zniknęły, był bałagan. Tak zwany – chlew. W pracowni górował metal, nie tylko na różnych meblach bądź podobnych przedmiotach, których nie potrafiłem określić, ale leżał on także na ziemi w częściach, albo przykręcony do siebie, tworząc dokończony w połowie projekt. Na drugim miejscu był papier, a raczej plany. Masa projektów wiszących na jednej, konkretnej ścianie. Zarys przyklejony do drugiego, kilka związanych ze sobą kawałkiem sznurka. Wszystkie przedstawiały jakieś maszyny i dla takiego amatora jak ja, były tylko kołami i kwadratami połączonymi trójkątami. Papiery leżały także na ziemi, niektóre zgniecione w małą kulkę, bo przedstawiały pomysł beznadziejny bądź nie do zrealizowania. Na stołach także był bałagan, ale prócz planów leżały jeszcze ołówki, pióra, linijki i nie wiadomo co jeszcze. Dwoma słowami: warsztat twórcy.
- Dobrze, zaraz od każdego z was pobiorę próbkę i zbadam, czy nie zostaliśmy w jakiś sposób oznaczeni – Matriasen zaczął wyjaśniać całą procedurę, która średnio do mnie docierała. Skupiałem się raczej na kartkach papieru, które przedstawiały maszyny. Nie wiedząc czemu, poczułem strach. Nie o siebie, a o innych ludzi z kraju. Jeśli mężczyźnie uda się stworzyć dzieła przedstawione na ścianie, podejrzewam, że nasze szanse się obniżą.
- Teraz ty – usłyszałem głos za plecami. Nim zdołałem zareagować, chłopak wyciągnął w moją stronę jakiś patyczek, którym pobrał próbkę, jaką pozostawiły po sobie magiczne ptaki. Stałem w miejscu, pozwalając mu robić to, co zamierzał, przy okazji czułem na sobie spojrzenia niektórych żołnierzy. Chciałem coś powiedzieć, ale zrezygnowałem, kiedy złapałem kontakt wzrokowy z dowódcą – i wtedy dotarło do mojego umysłu pewne pytanie: czy dzięki tym badaniom wykryje, że nie jestem w stu procentach człowiekiem?

<Matriasen? Zostawiam ci interpretacje badań> 

poniedziałek, 19 października 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Vanton stał twardo, celując ostrzem floretu w gardło mężczyzny. Jego czujne oczy oficera świdrowały go przenikliwym spojrzeniem. Białowłosy budził w nim złe przeczucie, choć sam jeszcze nie wiedział, co dokładnie wywołuje w nim takie wrażenie. Gdzieś z tyłu głowy przemknęło mu nawet, że gdzieś już widział tego mężczyznę, jednak odrzucił ją szybko. Był po prostu podobny do jego pana, to wszystko.
- W porządku, Vantonie. - Matriasen chwycił się jedyną sprawną ręką końskiego łba, by utrzymać się w pionie. - Pomagał mi, a potem uratował mi życie. 
- Nie widzę na jego ciele ran, mój panie, podczas gdy twoje plecy będą wymagały długiej kuracji. Dla mnie nie wygląda to jak ratowanie życia. -  Oficer zmrużył lekko oczy.
  Matriasen uśmiechnął się i przerzucił nogę przez grzbiet konia, gwałtownie lecąc w stronę ziemi. Vanton zareagował błyskawicznie. Wypuścił broń i tuż przed samą ziemią schwycił cesarza, ratując przed upadkiem. 
- Powinieneś być ostrożniejszy. - Oficer pomógł Matriasenowi stanąć.
- Wiesz, wojownik pokazał mi dzisiaj coś bardzo interesującego. - Chłopak zupełnie się nie przejął tym, co wydarzyło się przed chwilą. - Drzewa emitują zarodniki, które poprzez układ oddechowy dostają się do organizmu nośnego i w reakcji na ciepło oraz płyny wewnątrz ciała zostają pobudzone do gwałtownego rozwoju i w mniej niż minutę wypuszczają solidne pnącza. Najwyraźniej wzrastają, aż do wyczerpania życiodajnych soków z ciała nosiciela, a następnie same rozpoczynają emisję zarodników, by powielić proces. - Im dłużej mówił, tym szybciej zaczynał mówić. - Prawdopodobnie ma to związek z efektem Franssesa Moirego, choć nie jest wykluczone, że ktokolwiek tworzył to szka...
  Vanton upewnił się, że cesarz stoi i zupełnie jawnie całkowicie ignorował słowotok władcy. Jego spojrzenie skupione było na Zachariasie. Ten opuścił już dłoń z miecza, ale nadal wyglądał na spiętego i gotowego do odparcia ataku. 
- Mogę ci odpowiedzieć na pytanie, jak cesarz się czuje... wojowniku. - Głos oficera był nieco zagłuszany naukowym paplaniem, jednak mimo to dobrze słyszalny. Jakby ten przywykł do podobnych sytuacji i dostosował swój tembr. - Jest szczęśliwy, że zbadał niebezpieczną anomalię i kurewsko wszystko go boli. A teraz skoro uzyskałeś odpowiedź na nurtujące cię pytanie, powinieneś opuścić konwój i udać się w swoją stronę.
- Nie może tego zrobić! - Przerwał mu gwałtownie cesarz i zachwiał się, próbując najwyraźniej wykonać jakiś bardziej zamaszysty gest. - Wojownik jest mi potrzebny do przeprowadzenia badań nad właściwościami zarodników oraz stanem ludzi, którzy zdołali opuścić las. Nie może odjechać, póki się nie upewnię, że nie zagnieździły się w nim żadne strzępki lasu i nie rozpocznie dendroapokalipsy w innej części państwa. I to dotyczy zarówno jego, ciebie jak i inkwizytorów. Przed wejściem do miasta musimy skierować się do warsztatu.
- Jesteś ciężko ranny, panie - zauważył, nieco zniecierpliwiony Vanton. - Jeśli nie zajmie się tobą chirurg, twój stan może się pogorszyć. 
- Zatem postanowione. - Cesarz uśmiechnął się do oficera. - Przekaż komisarzowi, że zmieniamy marszrutę. 
  Matriasen nie przybrał władczej postury, nie podniósł głosu i wyglądał dość żałośnie w swoim obecnym stanie, jednak mimo wszystko był cesarzem. Vanton zdawał sobie sprawę, że nie może mu się otwarcie sprzeciwiać. Przynajmniej nie w obecności obcego i inkwizycji. Z niechęcią skłonił się władcy i rzucił jeszcze raz lodowate spojrzenie wojownikowi. Mijając go, podniósł z ziemi floret i nieco bardziej zamaszystym ruchem niż musiał, wsunął go do wnętrza laski. 
  Cesarz stał z trudem, ale stał, opierając się plecami o bok konia. Był niższy od Zachariasa, patrzył więc na mężczyznę nieco z dołu. 
- Jak obiecałem, odprowadzę cię do miasta. To znaczy, może tego nie obiecałem, ale w domyśle miałem to na myśli, więc powinno wystarczyć. Twoja podróż będzie jednak trochę dłuższa, ale chyba wybaczysz mi wojowniku tę małą zwłokę. Byłeś tam ze mną najdłużej i najwięcej widziałeś. Będę potrzebował też z ciebie ściągnąć sygnaturę magiczną karnawałowych posłańców. Trafiły cię, widziałem to bardzo mętnie, ale widziałem na pewno. To była solidna dawka magii i prawdopodobnie będę w stanie przez sympatię namierzyć po niej ośrodek rozkazów. Jeśli go zakłócić pozostanie tylko pozbyć się coru anomalii, by zupełnie zneutralizować skutki. - Sposępniał nieco. - Nie. Nie zupełnie. Nie przywróci to życia zmarłym. - Ale gwałtownie na jego twarz powrócił uśmiech. - Ale już nie długo, wojowniku. Już wkrótce siła postępu i rozumu człowieka doprowadzi do zakończenia tego wszystkiego. Olbrzymie tryby machiny zwycięstwa znajdują się już w ruchu i gdy ostatnie zębatki wskoczą na swoje miejsca, nic już nie powstrzyma mocy technologii. Żaden karnawał, żaden festiwal nie dorówna mocą energii, którą wyprodukować może jedynie mechaniczna praca i mentalny wysiłek wirtuoza-wynalazcy!
(Oh dejm, 2 godziny spóźnienia xd Ale jest. Nie miałam pojęcia jak zareaguje Zacharias, zostawiam ci więc pełne pole do popisu.)

wtorek, 29 września 2020

Zacharias do Matriasen

W jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość, którą rozpoczęły te dziwne ptaki-piniaty, a potem doprawili ją wojownicy. Ledwo umknęliśmy z życiem, a oni chcieli nas oskarżyć o magię. Miałem ochotę chwycić miecz i ich wszystkim pozabijać. Nie wiedząc czemu, nowo przybyli posłuchali się spotkanego przeze mnie wynalazcy. Zdezorientowany przyglądałem się tylko, jak pomagają mu wstać, a kiedy jeden z nich dotknął mnie w ramię, zrzuciłem dłoń nieznajomego i spojrzałem na niego groźnym spojrzeniem. Jego wyraz twarzy wykazywał jedynie obojętność, nie obchodziło go, czy dam się opatrzeć, czy nie, po prostu miał wykonać zadanie. Dopiero wtedy poczułem piekący ból w ramieniu i postanowiłem zaufać na tę chwilę nieznajomym. Trzymając jedynie dłoń na trzonie miecza (dla własnego spokoju), pozwoliłem nieznajomemu spojrzeć na ranę. Sam byłem ciekaw, co pozostało po lodowych ostrzach. Miałem głęboką rysę na ramieniu, draśnięcie na nodze i siniak na klatce piersiowej – czyli nic ciekawego. Gorzej się miał drugi mężczyzna, on był w pewnym sensie moją tarczą. Ptaki były z tyłu, on siedział z tyłu, więc dostawał wszystkie ciosy; mogłem być jedynie wdzięczny losowi, że żył i wdzięczny jemu, bo inaczej ja bym leżał w kałuży krwi. Mną zajęli się szybko, ponieważ nie było zbytnio co oglądać, a nieznajomego wtaszczyli na konia, wpierw zatamowawszy krwawienie na plecach. Spojrzałem na niego. Miał zamknięte oczy, brudne od krwi ubranie, poszarzałe włosy od dymu i piachu oraz brudną twarz, na której gościł spokój. Wyglądał, jakby nic się nie stało. Jakby po prostu spał, a wszystko to było złym koszmarem.
- Jak się nazywasz? - usłyszałem obok głos. Odwróciłem głowę w kierunku nieco wyższego mężczyzny w pancerzu i płaszczu, który wyglądał, jakby został wyhaftowany z wymiocin jednorożca; zdecydowanie miał za dużo kolorów i wzorów.
- Mówią mi Zack – przedstawiłem się.
- Skąd jesteś? I co tu robisz? - kolejne pytania, jakbym był jakimś złodziejem albo innym bandytą. Nie denerwuj się, pamiętaj, to oni mają władzę, nie ty.
- Zwykłym wędrownym. Zmierzałem do Sharr – wyjaśniłem spokojnie, kątem oka widząc, jak ciemnoskóry wojownik ciągnie konia z rannym wynalazcą.
- W jakim celu? - spojrzałem na rozmówcę, mając go dość. Ciekawe jak cienki może być jego pancerz.
- Żadnym konkretnym. Zwykłe odwiedziny starych ziem – wmawiając mu, że urodziłem się w tym królestwie, zadawał kolejne pytania. Zastanawiałem się dlaczego. Byłem dla niego zwykłym obcym, prawdopodobnie brał mnie za jakiegoś parobka, którego spotkali przypadkiem podczas ataku wroga. Nie mieli czegoś ważniejszego na głowie, niż wypytywanie mnie o życie "osobiste"? - Rodzice podróżowali, więc ja też. Wszelkie problemy zgłaszać martwym – zakończyłem swą krótką powiastkę o mym "życiu", po czym odwróciłem się i podszedłem do swojego konia. Na moje szczęście nie był ranny, jedynie wystraszony i zdezorientowany. Chwyciłem lejce i go pogłaskałem.

Wylądowałem na szarym końcu kolumny wojskowej. Wynalazca w dalszym ciągu leżał na koniu, otoczony przez straż. W głowie pojawiały się złe myśli – ptaki zaraz wrócą i to z większym asortymentem, prowadzą mnie do miasta, aby mnie ściąć, bo nie uwierzyli w moją historyjkę, mężczyzna umrze, a mnie oskarżą o jego śmierć, jeśli okażę się kimś ważnym. Zdecydowanie za dużo myślałem, za dużo analizowałem i wymyślałem. Wyobraźnia to mój wróg, zaśmiałem się w duszy, po czym wbiłem wzrok w ziemię. Moje myśli powędrowały ku ptakom – wynalazca oskarżył o ich przybycie Khayr. Dlaczego? Dobrze znałem plany bitew, wszystkie strategie, w tym używane bronie i techniki, i nigdzie nie pojawiała się wzmianka o czymś podobnym. Czyżby mój ojciec...
Moje myśli przerwało głośnie kaszlnięcie i nagłe poruszenie wśród żołnierzy. Nieprzytomny się obudził i podali mu wody. Nie zatrzymaliśmy się, kontynuowaliśmy drogę do miasta – z jednej strony cieszyłem się, że wreszcie wyjdę z tego lasu, z drugiej jednak nie podobała mi sie eskorta wojowników. Po kilku następnych minutach szyk się rozszedł, każdy podszedł do swojego ulubionego towarzysza, powstały grupki i teraz przypominaliśmy bardziej zwykłych wędrownych niż wojsko. Korzystając z sytuacji, przyspieszyłem trochę, póki nie znalazłem się przy koniu z rannym. Miał już otwarte oczy, spojrzał na mnie.
- Nieźle oberwałeś, jak się czujesz? - w tym samym momencie usłyszałem charakterystyczny dźwięk miecza, wyciąganego z pochwy. Spojrzałem na niskiego wojownika, który mierzył do mnie z broni, instynktownie moja dłoń także spoczęła na głowicy.
- Odsuń się od cesarza – w tym momencie chłopak na koniu sie podniósł.
Kogo? Cesarza? To był chyba żart. Spotykam brudnego mężczyznę w jakichś szmatach, który zachowuje się, jakby wziął jakąś używkę, a oni mi mówią, że to "cesarz"? To słowo ani trochę do niego nie pasowało, a mnie wprowadziło w takie oszołomienie, że nawet nie wyciągałem miecza, tylko gapiłem się na żołnierza jak na kompletnego idiotę. Mogłem to wziąć za żart, chciałem to wziąć za żart, ale to by wyjaśniło całe to zamieszanie, to szczegółowe wypytywanie się, kim jestem, ta opieka i ciągła ochrona mężczyzny. Spójrz, los podał ci go na talerzu, a ty nie skorzystałeś z okazji.
Tak naprawdę nie było żadnej okazji.

<Matriasen?>

sobota, 12 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Ziemia z szaleńczą prędkością umykała spod końskich kopyt. Matriasen oplótł rękami w pasie wojownika i mocno przytulił się do jego pleców, próbując nie wypaść z siodła. Wokół świstały lodowe odłamki, raz za razem rozbijając się na pobliskich drzewach lub ocierając o ciało chłopaka. Wiatr. Ciepło ciała wojownika. Nagły ból w plecach. Koń skręcił gwałtownie, wymijając ścianę z drzew, które przemieściły się, by zagrodzić mu drogę, a Matriasenem szarpnęło na bok. Mimo to nie zwolnił uścisku. Przed oczami zaczynało robić mu się ciemno, ale wiedział, że nie może zwolnić uścisku. Jeśli to zrobi – umrze. Kolejne uderzenie w plecy. Cesarz czuł jednocześnie gorąco wypływającej krwi i lodowate zimno tkwiącego w ciele sopla. Czuł, że zaczyna tracić panowanie nad organiczną kończyną. Potężnym wysiłkiem woli spróbował chwycić ją mechaniczną, jednak ta nie reagowała. Być może został uszkodzony system rozluźniający palce…? W mętnej mieszaninie bólu, strachu, podniecenia i wściekłości przez głowę cesarza zaczęły przesuwać się wzory, opisujące parametry protezy, kolejne schematy i obliczenia. Chłopak skupił się na tych myślach. Odpływająca powoli świadomość oparła się na znanych, powtarzalnych schematach. Ale nie pomogło to na długo. Matriasen czuł, że uścisk jego dłoni się rozluźnia. Nie mógł już nic na to poradzić. Jego ciało było słabe. Zawsze było słabe. Chłopak poczuł jeszcze, że wojownik próbuje przytrzymać jego rękę, jednak nie mógł trzymać jej cały czas, jeśli sam chciał utrzymać się na galopującym wierzchowcu. Koń ponownie skręcił gwałtownie. Białowłosym zarzuciło jak szmatą, jednak twardy uścisk wojownika zdołał go przytrzymać. Kolejny skręt. Jeszcze jeden. Wyszli chyba na prostą. Może to już blisko skraju? Gwałtownie zwierz wygiął swoje ciało w skoku. Najwyraźniej dotarli do jakiegoś wąwozu? Dłoń Matriasena ześlizgnęła się z pasa wojownika. Palce tego drugiego musnęły czubki jego palców, nie zdążywszy jednak powstrzymać upadku. Bezwładne nagle ciało chłopaka pociągnęło za sobą protezę, rozdzierając strój jeźdźca i poleciało w dół. Przed oczami cesarza pojawiły się ptaki. Cała piątka. Zawisły w miejscu nad nim, przez chwilę wyglądały, jakby się zastanawiały co robić. Ale było to tylko mylne wrażenie. Cały czas machały w końcu skrzydłąmi, a pył pod nimi powoli formował się w coś większego.
Zginę tutaj - przeleciało jeszcze przez myśl wynalazcy. Zupełnie bez emocji, bez strachu czy niepokoju. Nie mógł nic z tym zrobić, nie było więc powodu do zmartwień. Uderzył twardo o pylistą ziemię brzegu wąwozu. Gdzieś kawałek dalej zarżał koń i dźwięk kopyt rozbrzmiał tuż przy głowie chłopaka. Wojownik ponownie skakał przez wąwóz. Jego rozwiane, białe włosy i piękne, złote oczy wydały się w tamtym momencie Matriasenowi tak bliskie i znajome. Jakby znów był przy nim jego brat. Wojownik miechem rozgonił ptaki, jednak tworzony przez nie duży odłamek lodu stracił oparcie w momencie, gdy zdzielił jednego mieczem. Bryła lodu uderzyła mężczyznę w pierś, strącając z konia, tuż obok wynalazcy. Wojownik upadł z jękiem, jednak błyskawicznie się podniósł. Spojrzał na leżącego. Oczy chłopaka były mętne, a ziemia wokół niego nasiąknięta krwią.
- Trzymaj się – mruknął, stając naprzeciw trzem pozostałym przy życiu wrogom, które właśnie pikowały w jego kierunku.
  W tym momencie rozległ się wystrzał. Jedno z błękitnych stworzeni wydało z siebie żałosny skrzek, a pozostałe rozproszyły się gwałtownie. Nie pomogło im to. Padły kolejne strzały i wokół wąwozu pojawił się niewielki, ciężkozbrojny, konny oddział.
- To już wszystkie, komisarzu! - krzyknął jeden z mężczyzn, trzymających pistolet kapiszonowy. Z lufy wciąż unosił się dym.
- Dobrze. - Do wąwozu zbliżył się postawny mężczyzna w lekkim pancerzu wspomaganym, przykrytym barwnym płaszczem, wyglądającym jakby był zszywany przez wiele krawcowych, z których każda miała nieco inny pomysł na efekt końcowy. Przy bokach konia wisiały dwa dziwaczne, ząbkowane ostrza, jednak poza nimi nie było widać u mężczyzny broni. - Aresztujcie czarowników i po sprawie. 
  Wojownik spiął wszystkie mięśnie, a otaczający go inkwizytorzy zareagowali błyskawicznie, dobywając spod płaszczy pistoletów.
- Ani drgnij chłopcze albo z miejsca rozerwiemy cię na strzępy. - Dowódca badawczo patrzył w twarz młodzieńca. Białe włosy albinosa i złoto w jego oczach coś mu przypominały, jednak nie był w stanie przypomnieć sobie, co dokładnie.
- Zgłupieliście? - jęknął półprzytomny Matriasen, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych. W oczach komisarza pojawił się błysk zaskoczenia. - Opuś... cić... broń. - wydukał, dużym wysiłkiem woli chłopak.
- Opuścić! - rozkazał gwałtownie komisarz. - Seref! Na co czekacie! Pomóc rannym! - warknął do najbliższego podkomendnego.
(Zacharias? Zostawiam cię w tym niezręcznym momencie :P)

środa, 9 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Patrzyłem na niego z lekkim zdziwieniem. No świr, dobry, ale świr. Pyłek opadł na ziemię oraz na moje włosy, szybko go strzepnąłem, wyobrażając sobie, jak na mojej głowie wyrastają liście. Spojrzałem jeszcze raz do góry, na miejsce, w którym zobaczyłem ptaka. Czy on na prawdę mógł pochodzić z Khayru? Jakim cudem nic o tym nie wiem? Cóż... może i piniaty, które rozstawia się dzieciom do zabawy są dość podobne do tego zwierzęcia, to jednak jakoś trudno mi uwierzyć w to dziwne powiązanie. Wolałem sobie wmawiać, że mężczyzna gada brednie, usłyszał coś od jakiegoś pijaczka i to powtarza, albo sam sobie wmówił głupoty – najgorsze jest jednak to, że zazwyczaj kiedy wydaje nam się, że coś jest niemożliwe, bo nie bierzemy tej osoby na poważnie, wychodzi na odwrót. 
- Żebyś tylko zdążył przed zakończeniem wojny – powiedziałem bardziej do siebie, chociaż on to i tak usłyszał, posłał mi urażone spojrzenie. - W każdym razie, jak chcesz znaleźć źródło zasilania tej anomalii? - zapytałem spokojnie, podchodząc do Saevi'ego i odwiązując go od drzewa. Koń prychnął i szturchnął mnie w ramię. Już dawno powinniśmy znaleźć dla niego stajnię, dobrze o tym wiedział. Poklepałem go po szyi.
- To jest dobre pytanie – obrócił się wokół własnej osi. - Zazwyczaj źródło emanuje najsilniej, a drgania geomagiczne są najszybsze. Moje urządzenie przyprowadziło nas tutaj, czyli w tym miejscu jest źródło, albo gdzieś w okolicy – wyjaśnił. W tym czasie między koronami drzew coś przelatywało i poruszało liśćmi. Pyłek cały czas się rozsypywał w powietrzu, raz delikatnie, raz mocniej. Coś nimi musiało potrząsać, a podczas naszej krótkiej rozmowy, to coś pojawiło się kilka razy. - Gdybyśmy sprawdzili każde drzewa, albo przyjrzeli się uważniej liściom... - mówił dalej i chociaż go słuchałem, to również przyglądałem się koronom drzew. W górze coś się czaiło, tego byłem pewien. Czułem, widziałem, nawet mój koń zdenerwowany podrygiwał łbem na boki, dając mi znać, że chce stąd iść. Nie byłem pewny, czy wynalazca także o tym wiedział, ponownie go pochłonęły słowa, stawianie hipotez i wyobrażenia spełniania niemożliwego.
W pewnym momencie chciałem do niego krzyknąć, zwrócić na siebie jego uwagę, ale uderzył mnie jeden fakt; nie znałem jego imienia. Niestety nie było już czasu o nie pytać. Podszedłem po prostu do niego i szturchnąłem go w ramię. Spojrzał na mnie, wracając do rzeczywistości.
- Spójrz – wskazałem palcem na drzewa. - Zdaje mi się, ale czy one...
- Się poruszają – wyszeptał z cichą ekscytacją i jednocześnie zdenerwowaniem w głosie. Pnie rzeczywiście się poruszały, nie w naszą stronę, one się zagęszczały i zaczynały tworzyć nieduży okrąg, w którego centrum byliśmy my. Opadł na nas spory promień słońca. Zadarłem głowę do góry, gałęzie na moment uchyliły nad nami część czystego nieba. Instynktownie zarzuciłem kaptur na głowę, podobnie jak nieznajomy obok mnie. Milczeliśmy, obserwując dziwne zachowanie natury. Nagle coś przysłoniło cały nieboskłon; były to niebieskie ptaki o długich ogonach i skrzydłach, wielkością dorównującym krukom, było ich z cztery. Oboje się wzdrygnęliśmy, domyślając się, co nas czeka.
- Masz jakieś ustrojstwo na nie? - mocniej zacisnąłem dłoń na lejcach konia, aby mi nie uciekł. Gdy chłopak pokręcił głową, niebieskie ptaki przypuściły atak. Z ich piór wylatywał magiczny pył, który zamieniał się w ostre, lodowe szpikulce. Bez zastanowienia odwróciliśmy się i zaczęliśmy uciekać. W biegu wskoczyłem na konia, po czym złapałem nieznajomego za rękę i pociągnąłem go do siebie.
- Wskakuj – odpychając się nogami od ziemi, udało mu się wylądować na zadzie konia. Trzymałem go mocno, aby nie spadł i kiedy już poprawił się na siodle na tyle, aby nie spaść ze zwierzęcia, wyskoczyliśmy z kręgu drzew, przez niewielką dziurę między nimi. W tym samym czasie pociski nie ustawały, a jeden z nich drasnął mnie w ramię.

<Matriasen? Akcja!>

Od Matriasena do Zachariasa

Co? - Do Matriasena, jakby z opóźnieniem doszły ostatnie słowa rozmówcy. Spojrzał na szlachetne zwierzę i mało brakowało, a ponownie spadłby z drzewa. Błyskawicznie wycelował protezę w ptaka, przytrzymując drugą ręką, a zębami z całej siły wyrywając zawleczkę. Huknęło i ptak rozleciał się w błękitny puch. Chłopak odetchnął i spojrzał na Zachariasa.
- To wiele wyjaśnia. - Zerwał jeszcze kilka próbek liści i schował w skrytce w protezie, po czym zeskoczył z drzewa. Pod konarem, na którym siedział ptak były jeszcze resztki stworzenia. 
- Tak? - Wojownik zeskoczył koło niego. Wyglądał na nieco oszołomionego wystrzałem, którego był świadkiem. A i tak trzymał się dobrze. W większości ludzi, którzy pierwszy raz słyszeli broń prochową, ten dźwięk budził panikę.
- Karnawałowy posłaniec. Używają ich w Khayr do obserwacji i przenoszenia magii. Z jakiegoś powodu ich pióra doskonale absorbują magię i machając, są w stanie strzepywać ją w docelowym punkcie. - Wynalazca bardzo ostrożnie pobrał próbkę piór, po czym z poważną miną odwrócił się do rozmówcy. - Wojowniku, musimy wydostać się z tego lasu i jakoś to powstrzymać. - Zacisnął usta w cienką wargę. - Zwykła anomalia magiczna zwykle się wypala po jakimś czasie, jest do opanowania. Ale jeśli jest zasilana... ten las pochłonie miasto. Jego resztę właściwie. - Coś jakby go tknęło. Podszedł do drzewa i wbił się palcami w jego korę, zrywając najbardziej zewnętrzną warstwę. Między jego palcami, tylko czterema, co mógł zauważyć Zacharias, pociekła czerwona ciecz. - Jeśli mają tego więcej, mogą przemienić nas wszystkich w las. Komu wogle mogłaby przydać się tak wypaczona ziemia? Już same te pustkowia są bezwartościowe, a obarczone zmutowaną roślinnością będą jeszcze gorszym celem. Co właściwie chcą na tym zyskać? 
- Jesteś pewien, że to należy do Khayr? - zapytał wojownik, przyglądając się cieknącej z drzewa krwi. 
- To nie byłby pierwszy raz. - Matriasen spojrzał poważnie na tamtego. - Ty wojowniku walczysz mieczem, ale walcząc mieczem, przeżynasz się przez setki przeciwników, jednocześnie tracąc setki sojuszników. Pole bitwy sprowadza tylko śmierć obu stronom. Podstawą taktyki jest, że jeśli pokrzyżujesz plany wroga, nim ten zaatakuje - wygrasz. 
  Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na spływającą mu między palcami protezy krew. W końcu się od niej oderwał i uśmiechnął.
- Ale jest sposób, jest sposób, by temu wszystkiemu zaradzić. Popchnę technologię do przodu. Siła postępu jest nie do zatrzymania. Tylko rozumem, tylko intelektem wojna może zostać zakończona. Żadna magia, czy inne sztuczki nie pokonają ludzkiego rozumu. Żadna! I ja, sam tego dopilnuję. Choćbym miał sam siebie złożyć w ofierze na ołtarzu nauki, choćbym miał przewrócić pojęcie moralności i całe państwo obrócić do góry nogami! - Po swoich ostatnich słowach uderzył protezą w drzewo. Zatrzęsło się, a liście zachwiały. Teraz nawet gołym okiem dało się dostrzec, że cały czas emitują pył.
(Zacharias? Matriasen trochę się pobudził xd)

niedziela, 6 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Przyglądałem się protezie z obojętną miną, chociaż w myślach podziwiałem jego robotę. Świr, ale jaki utalentowany, wcześniej słyszałem o technologii Sharru, ale nigdy nie widziałem jej na własne oczy, a jeśli już, były to proste kończyny czy pojedyncze dyski wsadzone w ludzkie ciało, aby jakoś podtrzymywały korpus, a to było zrobione bardzo dokładnie, z wieloma szczegółami. Krótko mówiąc: byłem pod wrażeniem.
Odsunąłem się kawałek do tyłu, zdejmując dłoń z miecza i uważnie przyglądając się jego poczynaniom. Z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy, mężczyzna zaczął się wspinać po drzewie z udziałem swojej liny. Kiedy już znalazł się na górze i mógł przyjrzeć się liściu, wyglądał na bardzo zaskoczonego, po chwili znowu się uśmiechnął zainteresowany.
- Możesz tutaj wejść? - zapytał. Na moment mnie zamurowało. Wałęsam się z nieznajomym po lesie, a teraz na jego prośbę mam wpiąć się po drzewie, aby obejrzeć liść. To brzmiało tak niedorzecznie. Pamiętaj, ten las to iluzja, może będzie ciekawie, wmawiałem sobie w myślach, po czym bez słowa przywiązałem konia do pierwszego, lepszego konaru i zaraz zacząłem wchodzić na drzewo. Zrobiłem to szybko i bez problemu, jak za młodych czasów, kiedy dla zabawy skakało się po drzewach i próbowano udawać małpę. - Spójrz – znowu się odezwał, kiedy zjawiłem się obok niego. Kucnąłem na gałęzi, trzymając się jedną ręką tej wyższej, aby nie stracić równowagi i nie wylądować na ziemi. Spojrzałem na trzymany przez niego listek, który zaczął pocierać kciukiem. Po chwili z małej, ciemnozielonej roślinki zaczął ulatywać jasnożółty pyłek, co ciekawsze, leciał on do góry. Nie ukryłem zdziwienia. - Te drzewa muszą być źródłem magii, która zmieniła tutejsze otoczenie – wywnioskował. W ciszy podniosłem głowę i zerwałem liść, który przypominał ten, trzymany przez obcego. Potarłem go palcami, zareagował to samo. Pyłek uniósł się do góry i przypadkiem wciągnąłem go do nosa. Kiedy kichnąłem, z mojego nosa wyleciał jasnozielony glut, który wylądował na niższej gałęzi. Skrzywiłem się, a zaraz zaskoczyłem, ponieważ po chwili z mojego smarka wyrosła gałązka pełna zielonych liści.
- To było obrzydliwe – stwierdziłem, podnosząc się i rozglądając po miejscu. Las jak las, zero jakichkolwiek śladów magii czy iluzji; przynajmniej dla mojego amatorskiego oka. Kiedy spojrzałem z powrotem na nieznajomego, zobaczyłem, że wychyla się w stronę świeżo wyrośniętej gałązki. Obserwowałem, jak próbuje do niej dosięgnąć i zastanawiałem się, czy gdyby to zostało w moim nosie, czy tam wyrosłoby drzewo. Przeszły mnie ciarki po plecach, a wtedy chłopak na tyle mocno wychylił się do boku, że zaczął spadać z gałęzi. Nogi mu się obróciły i w ostatniej chwili złapałem go za ubranie. Pociągnąłem do siebie i kiedy byłem pewny, że stabilnie siedzi, puściłem go. - Co zamierzasz teraz zrobić? - przerwałem ciszę, znowu rozglądając się po miejscu. Z tej perspektywy widziałem więcej, niż z dołu. Zadarłem głowę do góry i na moment zmarszczyłem brwi. - Ten ptak od początku tu siedział? - wskazałem na jasnobieskie zwierzę, z długim ogonkiem, który rozmiarów dosięgał do kruka. Przyglądał nam się w ciszy.

<Matriasen?>

piątek, 4 września 2020

Od Matriasena do Zachariasa

Spójrz na to, o, o tam. Nie widzisz? - Matriasen aż zatarł ręce z podniecenia. 
- Może bym widział, jakbym wiedział co. - Wojownik wpatrywał się w gałęzie, jednak najwyraźniej znalezisko albinosa nie wydawało mu się tak oczywiste.
- Ten liść, jest nieco inaczej ukształtowany, niż reszta. - Wynalazca wodził palcem w powietrzu, jakby coś rysować. - Jest też ciemniejszy. - Przesunął się nieco, by spojrzeć na ten konkretny okaz pod innym kątem. - Wygląda na starszy.  - Zbliżył się do drzewa i oparł o jego pień, zadzierając głowę w górę. - Jak się dobrze przyjrzysz... O! Teraz! - Pstryknął palcami. - W ten sposób nie poruszają się liście. - Rozejrzał się gwałtownie, jakby czegoś szukając. Potem spojrzał na swoje ręce. - Mógłbyś podać mi pomocną dłoń? - spytał, a przygodny towarzysz wzruszył ramionami i podszedł bliżej. 
- Jak?
- Potrzymaj. - To mówiąc Matriasen wyciągnął do niego swoje prawe ramię. Tamten spojrzał na niego dziwnie. 
- Rękę?
  Wynalazca uśmiechnął się tajemniczo i powoli, niemal teatralnie zaczął unosić rękaw, ujawniając kolejne metalowe elementy ramienia. Dojechał tak aż do samego korpusu. Wojownik głośniej wypuścił powietrze. Zapewne słyszał wcześniej o wyczynach technologicznych Sharru, jednak prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widział tak solidnej i skomplikowanej protezy. No, może jako wojownik natknął się na pozostałości tej technologii na jednym z pól bitew między Sharr a Khayr, jednak jedynym, na co mógł trafić były protezy wojenne czy części wspomaganych pancerzy. A ta proteza była unikalna. Zrobiona z najlepszych materiałów, doskonale obudowana, masywna, ale nie na tyle, by rzucać się w oczy pod szerokimi rękawami chłopskiego ubrania. 
  Matriasen sięgnął do ramienia i wykonał kilka machinacji przy nim, po czym rozległ się syk rozprężanego powietrza i proteza osunęła się prosto w ręce wojownika. Zadowolony wynalazca drugą, wciąż funkcjonalną, ręką sięgnął za pasek i wyciągnął kilka narzędzi.
- Przechyl nieco na prawo - rozkazał.
- To twoja robota? - wojownik przechylił rękę, a wynalazca z zapałem zaczął majstrować przy kończynie.
- Jedno z pierwszych dzieł - przyznał pogodnie Matriasen. - Proteza ręki. Ostateczne rozwiązanie problemu utraty kończyn. Czy to na wojnie, czy na roli, utrata kończyn zwykle oznacza wykluczenie z pracy, a w efekcie i śmierć. Dzięki protezom będę w stanie pomóc ludziom, którzy utracili części swojego ciała podczas ciężkiej pracy dla dobra Cesarstwa. Nowe ręce, nowe nogi. Pomyśl, czy to nie wspaniała wizja? Wyobraź sobie ojca rodziny, jej żywiciela. Któregoś dnia szopa się zawaliła i przygniotła mu nogę. Zmiażdżona. Nic nie można zrobić, trzeba amputować. Rodzina nie jest w stanie żywić ojca, ba, nie jest w stanie wyżywić się sama. I wtedy pojawia się proteza. Ojciec zyskuje nową nogę. Nawet lepszą, niż oryginalna. W ciągu kilku dni wraca do pracy. - Klik! Zgrzytnęło kilka zamków i kilka modułów poluzowało się widocznie. - A dodatkowo protezy mogą posiadać więcej funkcjonalności. Coś ci pokarzę.
  Matriasen przymocował ponownie kończynę do ramienia, wycelował ją w gałąź. Puf! Z protezy wydostał się obłok pary i wystrzelił hak na sznurze. Wojownik gwałtownie się odsunął, a jego dłoń powędrowała w stronę miecza.  Kotwiczka z cichym trzaskiem wbiła się w drzewo, a wynalazca z zadowoleniem wskazał na to towarzyszowi. 
- Moduł wspinaczkowy! Niezłe, nie? Miałem go wykorzystać, by dostać się z powrotem do domu, ale teraz okazja jest znacznie lepsza. Zobaczmy, co też z tymi listkami jest nie tak?
(Zacharias? Spoko, ja też nie mam jeszcze wyczucia^^)

czwartek, 3 września 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Mężczyzna był wyjątkowo rozgadany. Przypominał małego chłopca o bardzo wybujałej wyobraźni, który jest żądny przygód i który, niczym skończony idiota, skoczy w ogień, jeśli za jego ścianą znajduje się coś ciekawego. Odmówiłbym, chciałem odmówić i pójść swoją drogą. Niestety nie znałem tych terenów, a jeśli przybysz twierdzi, że normalnie w tym miejscu powinny stać domki, a nie leśne formacje, musiałem mu w pewnym stopniu zaufać, bo inaczej nie wyszedłbym z tej iluzji. Do stracenia jedyne co miałem, to czas, a mój czas nie jest wyjątkowo cenny, przynajmniej tak sądziłem.
- Zgoda – odpowiedziałem spokojnie. - Pod warunkiem, że potem zaprowadzisz mnie prosto do miasta – zażądałem. Mężczyzna szybko się zgodził, nie stanowiło to dla niego większego problemu, więc bez dłuższego ociągania się, ruszyliśmy we wskazanym przez niego kierunku. Nieznajomy bez przeszkód dotrzymywał kroku mojemu koniowi, więc postanowiłem z niego nie schodzić. - Skąd wiesz, że w tamtym kierunku znajdziesz źródło anomalii? - zapytałem, gdy zdałem sobie sprawę, że idziemy ku niewiadomej, tylko dlatego, że ktoś taki jak on, stwierdził sobie, że tamten kierunek jest najlepszy.
- Widzisz to? - wyciągnął przed siebie jakieś metalowe pudełeczko. Jedynie pokiwałem głową, czego z resztą nie zobaczył, ponieważ był wpatrzony w swój przedmiot. - Wskazuje on unipolacje magiczno-geostatyczne – zaczął tłumaczyć, jak działa ów przedmiot. Mówił bardzo szczegółowo, używając naukowego słownictwa, a ja, jako zwykły wojownik i rzekomy następca tronu, kompletnie nie rozumiałem jego dokładnych tłumaczeń. Nie będąc jednak pierwszym lepszym chłopem, który nawet czytać nie potrafi, zrozumiałem, że to dziwne pudełeczko wyczuwało zmiany w terenie, wolałem to sobie przetłumaczyć, że odczuwało magię. To brzmiało najprościej. Koniec końców mężczyzna jeszcze raz włączył przedmiot, które wydało z siebie kilka zgrzytów, a następnie mała, cienka igiełka wskazała kierunek przed nami. Potem mężczyzna schował przedmiot pod ubranie i szeroko się uśmiechnął. - Wspaniały wynalazek – podsumował całość, a ja jedynie przytaknąłem cichym mruknięciem. W tej chwili mogłem zgadywać, że nie był świrem, a wynalazcą; z drugiej strony każdy, kto kombinuje z niemożliwymi rzeczami, szukając nieodkrytych sposobów, jest wariatem.

Las się ciągnął w nieskończoność i wszystkie rośliny wyglądały tak samo. Nic się nie zmieniało. Rozglądałem się po terenie w nadziei, że znajdę coś ciekawego, godnego uwagi, ale zamiast tego widziałem tylko korę, gałęzie i liście. Mężczyzna co jakiś czas podziwiał jakąś roślinę, zaczynając o niej opowiadać, na co ja tylko kiwałem głową. Chciałem tylko dojść do jakiejkolwiek wioski i zjeść porządny posiłek, a zamiast tego tułałem się po lesie z obcym człowiekiem. Kiedy moje oczy dostrzegły drzewo, które rosło w trzy strony, zatrzymałem konia. 
- Krążymy ciągle w kółko – zauważyłem. Tę cholerną roślinę widzę już czwarty raz. - Nieznajomy wyciągnął metalowe pudełeczko z ubrania i je włączył. Igiełka zaczęła krążyć wokół własnej osi. Albinos przypatrywał jej się z zaciekawieniem.
- Tutaj musi być źródło anomalii – stwierdził i zamknął przyrząd, znowu je chowając. Zaczął rozglądać się po okolicy.
- Czego konkretnie szukasz? - zapytałem, schodząc z konia. Trzymając lejce w dłoni, obserwowałem jego ruchy. Stukał w drzewa, pociągał za gałęzie, przesuwał kamyki. I niech mi tu ktoś powie, że nie mam do czynienia z wariatem, westchnąłem w myślach.
- Może jest tu ukryte przejście? Albo jakaś bariera, za którą iluzja zniknie? A może... - zaczął wymieniać. Podrapałem się po głowie, po czym nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem chodzić po tym miejscu w kółko i szukać czegoś, co może okazać się kluczowe w tej sprawie. Przyglądając się drzewom, zauważyłem jedną, dziwną rzecz.
- Liście się poruszają, ale wiatru nie ma – zmarszczyłem brwi. Po tych słowach nieznajomy także spojrzał na drzewa i nagle wskazał na coś ręką. 

<Matriasen?>

piątek, 21 sierpnia 2020

Od Matriasena do Zachariasa

To zależy. - Matriasen rozejrzał się po nietypowej i raczej niespotykanej w tych stronach formacji leśnej. - A pytanie jest na tyle ciekawe, że tego miejsca nie było tu jeszcze dwa dni temu. Miasto owszem, znajdowało się na końcu tego traktu, ale w nijaki sposób traktu nie okalały drzewa. - Białowłosy podszedł do najbliższej rośliny i popukał w nią. Dźwięk był stłumiony i naukowiec powiedziałby, że raczej naturalny dla drzewa. Choć nie mógł mieć pewności. Nie widział drzewa od... nie pamiętał, kiedy ostatnio widział drzewo. 
- Na końcu tego traktu? Tyle chciałem wiedzieć - odparł jeździec i ruszył powolnym stępem dalej trasą, którą szedł do tej pory.
  Matriasen ruszył za nim, z łatwością doganiając konia. 
- Wróciłbym do sformułowania "Miasto znajdowało się na końcu tego traktu.". Otóż tak, to niezaprzeczalna prawda, jak również to, że odkąd jestem w lesie nie natrafiłem na jego koniec, nie zależnie którym traktem się udawałem. - Jeździec gwałtownie się zatrzymał i spojrzał na chłopaka z góry. - Z moich obserwacji wynika, że mamy do czynienia z rzadką anomalią magiczną, zapewne mającą swoje źródło w Temeni, która powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni i traingulację nieliniową oktagonalnego wymiaru, przez co fraktale kwantowe przenikają się z matrycą biegu wydarzeń i... o, a to ciekawe. - Zamilkł, gdy podróżnicy stanęli na rozwidleniu traktów. - W tym mniej więcej miejscu powinniśmy już dochodzić do pierwszych zamieszkałych domów. I z tego co pamiętam nie było tu żadnych rozwidleń. 
- Takie rzeczy często się tutaj zdarzają? - spytał wędrowiec, patrząc na rozchodzące się drogi.
- Nie - zaprzeczył z uśmiechem Matriasen, wyjmując z szat niewielkie metalowe pudełko. - Czyż to nie jest ekscytujące? Magia nie powinna wogle być w stanie zamanifestować się na tych wyjałowionych ziemiach. To, że jakimś sposobem jej się udało zapewne oznacza jedną z kilku możliwości. Albo wypalone żyły magiczne powoli się regenerują, albo potężny mag natrafił na jakieś pozostałości Świątyń Źródła, albo anomalia została stworzona gdzie indziej i przeniesiona tutaj, albo ktoś przyniósł potężny artefakt i przy jego użyciu pobudził żyzność gleby. Albo wydarzyło się coś pomiędzy lub zupełnie innego! - Urządzenie piknęło cicho. - O! W tę stronę. 
- W tę stronę co? - podróżnik wyglądał na nieco przytłoczonego ciągłą paplaniną wynalazcy. 
- W tę stronę znajduje się źródło - odparł pogodnie Matiasen. - Jesteś wojownikiem, prawda? Jeśli chcesz dostać się do miasta to twoje wojownikowanie może być potrzebne na miejscu. Zabierzesz się ze mną?

Mniej więcej w tym samym czasie, przed lasem.
[...]Vanton stał przed nienaturalną formacją roślinną, przyglądając się jej ponuro.
- Więc próby spalenia tego nie odniosło skutku? - spytał stojącego koło niego komisarza Inkwizycji, którego pancerz wspomagany tracił nieco powagi w złożeniu z kolorowym płaszczem, właściwym jego urzędowi. Ale tylko nieco. Ten pokręcił przecząco głową. 
- Ogień wogle nie chwyta drewna. To na pewno sprawka magii. - odparł kwaśno. - Moi ludzie są gotowi do wejścia. Czekamy tylko na rozkaz z pałacu.
  Doradca kiwnął głową. Posłaniec powinien przybyć lada chwila. Sam w końcu rozkazał go wysłać, co nie stanowiło większego problemu skoro cesarz pracował nad swoim kolejnym projektem w hangarze. Matriasen nie mógł się dowiedzieć o lesie. Za bardzo by go to zainteresowało. Sprawa musiała zostać załatwiona możliwie szybko i możliwie cicho. 
  Rozległ się tętent kopyt i odziana w ciemny strój postać pojawiła się w polu widzenia zgromadzonych. 
- Oto i twoje rozkazy - powiedział Vanton, uśmiechając się lekko. Komisarz spojrzał na niego bez słowa, po czym ruszył odebrać wiadomość. Chwilę później niewielki, ale doskonale wyposażony oddział Inkwizycyjny w zwartej formacji zanurzył się w las.
(Zacharias? Wybacz, że tyle to trwało, ale teraz wracam do życia i będę już odpisywać regularnie :3)

poniedziałek, 6 lipca 2020

Od Zachariasa do Matriasena

Przyjrzałem się broni, była świeżo naostrzona, prawie jak nowo kupiona. Wsadziłem ją do pochwy i zapłaciłem mężczyźnie za naprawę miecza. Poprawiłem torbę na ramieniu i wsiadłem na konia, który stał obok mnie. Siwy ogier cicho prychnął i ruszył w stronę zamku. Długo myślałem nad podróżą do Sharr. Miałem dość tego miasta, tego udawanego spokoju i sztucznej radości, jaką się promował. To wszystko było kłamstwo, chociaż ludzie się uśmiechali, nie byli szczęśliwi. Gdzieś tam za rogiem ginęli synowie i mężowie, a córki i matki były porywane i gnębione, wtedy już nawet śmierć wydawała się błogosławieństwem. Pogrążony w myślach, dotarłem do stajni, gdzie kazałem nakarmić i wyczyścić konia, a sam ruszyłem do ojca. Miałem zamiar mu osobiście przekazać informację o mojej planowanej od dłuższego czasu podróży, niestety, jak na niego przystało, siedział w sali balowej i świętował ze swymi dworzanami „udany tydzień”. Słysząc tę informację od jego konkubiny, która właśnie się tam wybierała, poprosiłem ją, aby sama przekazała tę wieść ojcu, ale dopiero po zakończeniu uczty, aby mu do głowy nie przyszło posyłać kogoś za mną. „Jakby mu na tym zależało”, pomyślałem. Kobieta się zgodziła i zgrabnie kręcąc biodrami, ruszyła w kierunku swojego ukochanego. Zacząłem się zastanawiać, czy kiedyś spłodzi mu syna, któremu odda władzę. Chociaż miałem nadzieję, wątpiłem, że będzie chciał ją oddać mi. Nie spełniałem jego oczekiwań, względem „alkoholu, przyjęć i kobiet”.
Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, po czym wróciłem do koniuszego i odebrałem swojego świeżo wyczyszczonego ogiera. Dałem chłopakowi monetę i pożegnałem się z tymi, których spotkałem po drodze. Ci, którzy powinni wiedzieć o moim odejściu, dowiadywali się w tym momencie lub dowiedzą się później. Ci, którzy nie musieli, ale których szanowałem, wiedzieli to od tygodnia. Wciąż w głowie miałem słowa kowala, który stwierdził, że wezmą mnie za tchórza, uciekiniera i zdrajcę. Nie obchodziło mnie to. Gdybym powiedział, wysłaliby za mną wojsko, a ja chciałem to odegrać pokojowo, a nie niszcząc każdą napotkaną wioskę i zabijając jej mieszkańców. Nie, to potem, jeśli mój plan się nie uda.
Droga do drugiego królestwa była długa. Odziany w zwykły czarny płaszcz i pozbawiony królewskich znaków, podszyłem się pod zwykłego wędrowca, dzięki czemu znalazłem nocleg i pożywienie w napotkanych karczmach i wioskach. 
Będąc już na terenie Sharr i przejeżdżając przez las, prawie kogoś stratowałem. Saevi stanął dęba i zaczął wymachiwać kopytami, przez moment myślałem, że zobaczył węża, ale kiedy się odsunął i uspokoił, zobaczyłem zwykłego mężczyznę. Prawdopodobnie jakiś chłop z pobliskiej wioski.
- Życie ci niemiłe? - zapytałem dość ostro. - Kim jesteś? - spojrzałem na człowieka, odzianego w brudne i porwane ubrania. Uśmiech na twarzy wcale nie pasował do tego wizerunku.
- Tym, kto przeniesie świat w lepszą przyszłość – powiedział z zapałem. Popatrzyłem na niego jak na wariata, nie oczekując takiej odpowiedzi. „Może się czegoś nawdychał?”. Mimo wszystko ta odpowiedź była tak absurdalna, że ściągnąłem dłoń z miecza, biorąc go za zwykłego wariata, albo w najgorszym wypadku, za narkomana.
- Jak uważasz. Jesteś stąd? Staram się znaleźć drogę do miasta.

<Matriasen?>