Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieproszony gość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieproszony gość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2020

Od Lexie do Mirajane

 Księżniczka wstała, pozostawiając gwardzistkę samą sobie i ruszyła do doktora. Lexie odprowadziła ją wzrokiem, po czym położyła się na swoim posłaniu. Zamierzała jak najefektywniej wykorzystać pozostawiony jej na odpoczynek czas. Gdzieś z drugiego końca pomieszczenia dobiegła ją rozmowa Mirajane i lekarza.
-  Choroby są różnorodne, bardzo różnorodne. Najpierw trzeba zbadać szczegółowo pacjenta, następnie na podstawie składowych choroby, jej objawów pojedynczych i całościowego obrazu należy rozpocząć eksperymenty z podobnymi recepturami i właściwymi im składnikami. Wyniki należy podawać pacjentom, w nie dużych ilościach, i obserwować ich reakcje. Wzmocnić działanie składników, które pomagały, zlikwidować te, które szkodziły. Czasem wielokrotnie trzeba przebudowywać całą strukturę leku, bo niektóre składniki niezbędne do uleczenia choroby nie współgrają ze sobą, albo też potrzebne jest coś mocniejszego o tym samym działaniu. Zwykłe zielarstwo może nie wystarczyć na wyleczenie nieznanej choroby. Zwykle potrzeba badań wielu medyków i alchemików, którzy łączą siły w poszukiwaniu leku, a i nie zawsze udaje się go znaleźć. Czasem choroba zbierze swoje żniwo i odejdzie. Czasem wraca, ale wtedy ludzki organizm jest już na nią bardziej gotowy i jest w stanie łatwiej ją zwalczyć z pomocą ogólnodostępnych leków. Wszystko zależy od choroby. - Mówiąc, Richard żywo gestykulował, ale tylko jedną ręką, a jego bystre oczy odpływały nieco, czego wrażenie potęgował tylko zielony kolor okularów na jego nosie. - Leczenie nowych, dziwnych chorób, jak to ujęłaś, nie jest prostą sprawą, a i jeśli weźmie się do tego niedoświadczony medyk to może bardziej zaszkodzić, niż pomóc. A mówimy o czymś konkretnym? Być może choroba nie jest tak dziwna, jak ci się wydaje? - Lekarz patrzył z wyczekiwaniem na rozmówczynie, po czym machnął ręką. - A zresztą, nie moja sprawa. Ah eliksir, eliksir namierzający? Nie, nie ma czegoś takiego głuptasie. - Klepnął lekko w głowę Mirajane, na co Lexie prawie podskoczyła, jednak karcące spojrzenie obojga rozmówców przykuło ją z powrotem do łóżka. - Ale są zaklęcia namierzające. Potrzebujesz tylko czegoś, co należało do namierzanej osoby, najlepiej części ciała. Serca, płuc... albo paznokci lub włosów, jeśli nie masz takowych pod ręką. - Mrugnął do niej. - To podstawowa magia. Jeśli masz choć śladowe predyspozycje magiczne to jestem w stanie cię jej nauczyć. Oo, nic nie mów. - Przyłożył palec do ust kobiety, która zrobiła się lekko czerwona na twarzy. - Widzę, że lekarstwo działa, jesteś znacznie cieplejsza. Tak, tak. Z zaklęciem namierzającym nie powinno być problemu. A co do twojego ostatniego pytania... - zawiesił się na chwilę, a Mirajane odetchnęła, mając chwilę czasu na przeanalizowanie jego wcześniejszych słów. - Coś pomyślę, jednak przysługa za przysługę. Będziesz mi coś winna, KRÓLOWO Leoatle. - Słowo "królowo" wymówił z przesadnym naciskiem. - Jeszcze nie wiem co, ale jak nadejdzie czas to się upomnę. Na pewno byłbym w stanie przygotować coś dla twojej wojowniczki, jakieś wspomagacze i stymulanty, jednak nie są one zbyt zdrowe. I łatwo się uzależnić. 
- Nie przeszkadza mi to - wtrąciła ze swojego miejsca na łóżku Lexie. Mimo usilnych starań nie mogła się skupić na zaśnięciu, gdy ta dwójka rozmawiała tuż obok. Czuła się niespokojna i obawiała, że zwłoka tylko im zaszkodzi. I to z jej winy. Ale bardzo się starała odgonić te myśli. - Znam kilka ziół, pomagających w odwyku, a i zdrowie mam raczej mocne.
- Tak mocne, że musiałem wpompować w ciebie trzy litry lekarstw, nim odzyskałaś świadomość. Ah, młody organizm. Tak łatwo zbiera się po tak ciężkich ranach. W każdym razie jest to dla was na pewno wyjście. Eliksiry leczące to prostsza sprawa. Chociaż nie będą uniwersalne. Zrobienie uniwersalnego wymaga składników, których nie mam tutaj, na wyspie. Ale byłbym na pewno w stanie zrobić coś na krwawienie, coś na infekcje, na pewno mogę wam też dać morfinę na ból.
(Mirajane? Wchodzimy w delikatne tematy xd)

wtorek, 20 października 2020

Od Mirajane do Lexie

 Rozumiałam wewnętrzne niezadowolenie Lexie. Gdzieś głęboko wiedziałam, że cierpi z powodu odrzucenia mojej miłości. No ale to nie moja wina... Tak wybrało moje serce i tego będę się trzymać. W porównaniu do innych zauroczeń, uczucie do Mer wydawało się być bardzo silne, potężne, zupełnie jak żadne inne. Podobało mi się to. Lubiłam to uczucie, jakie było w moim sercu, uczucie silnej miłości, uczucie, że jest ktoś na świecie z kim chciałabym spędzić resztę swojego życia. Mer. Idealne stworzenie świata. Nie ważne kim był pod spodem... Człowiekiem, potworem, orkiem, golemem, wróżką, wilkołakiem, czy wampirem. Mógł być nawet bestią. Miałam zamiar go kochać, ponad wszystko. Zależało mi, aby być z nim szczęśliwym. I do tego dążyłam. Aby Mer pokochał mnie, a potem razem założyć piękną rodzinę. Rodzina w której też znajduje się kochana Lexie. Ile ja bym dała, aby się ułożyło tak samo,  jak sobie wyobrażałam...

I wtedy właśnie, weszłam do sali, gdzie rozbiegał się ślubny marsz... Powoli kroczyłam w stronę ołtarza, a do mnie dołączyła Lexie. Ujęła moje ramię, prowadząc mnie powoli do przodu. Uśmiechnęłam się pod welonem, a moja biała, piękna, długa suknia kroczyła razem ze mną. Uśmiechałam się, trzymając błękitne kwiaty w dłoni, a moje spojrzenie było ulokowane w zbroi. Zbroi z którą miałam zamiar wziąć ślub. Miałam zamiar zostać jego żoną, kochać go i być zawsze obok...
Otrząsnęłam się po chwili i uśmiechnęłam się cała czerwona. Pogłaskałam jednak włosy Lexie i westchnęłam cicho.

- Pójdę porozmawiam z doktorem. Może coś z nim porobię, może uda się mu nam pomóc. Gdybyś mnie potrzebowała, daj mi proszę znać. - powiedziałam, a po chwili wstałam.
Ruszyłam lekkim krokiem do doktorka, jaki stał przy stole i coś kombinował. Wlewał różne substancje do dużej zlewki, widocznie znowu eksperymentował. Zawsze pragnęłam takiego wyposażenia w swoim laboratorium. Ile ja bym za to dała... Jednak problemem byli przewrażliwieni rodzice. Zdałam sobie sprawę, że teraz rodzice nie żyją. I naprawdę jestem sama i muszę sobie poradzić. To będzie ciężkie zadanie.
- Doktorze, mam kilka pytań. Jeżeli jest osoba zakażona, jakąś dziwną chorobą, na czym powinnam się skupić, aby wynaleźć lek? Nigdy o tym nie przeczytałam, ale czy jest eliksir, który pomoże kogoś namierzyć? No i oczywiście, czy użyczyłbyś nam swojej pomocy przy odzyskaniu Leoatle, na przykład zaopatrzył nas w eliksiry potrzebne do walki i wyleczenia ran... - powiedziała Lexie, wzdychając cicho.
(Lexie? ^^ <3)

Od Lexie do Mirajane

 To byłoby prostsze, gdyby Mirajane za każdym razem nie przyciągała jej do siebie. Przyjaźń... więc tak dokładnie księżniczka widziała ich relację. Zapewne w innej sytuacji cieszyłoby ją, że księżniczka darzy ją tak głębokim zaufaniem, by nazywać ją swoją przyjaciółką, jednak nie teraz, gdy jej zimne ciało wtulało się w usiłujące zachować chłód ciało Lexie, emitując jakieś wewnętrzne ciepło, jedyne ciepło, które mogło stopić zbroję dystansu Królewskiej Gwardzistki. Westchnęła lekko i odwróciła wzrok, przytulając mocno księżniczkę do siebie. Zaczerwieniła się jak burak, ale wytrzymała. Jej pani potrzebowała więcej ciepła. Ciepła i wsparcia przyjaciela. Nie będzie to proste. Wprost przeciwnie, bijące nerwowo serce gwardzistki sprawiało wrażenie, jakby zaraz miało uciec z jej piersi. Ale zrobi to. 
  Lexie postawiła już pierwszą stopę na tym kruchym lodzie. Pod spodem przelewała się czerwona krew, wypełniając to przeźroczyste serce czerwonym kolorem. Skrzypiało lekko, tworząc rysy pod stopami kobiety, jednak jeśli będzie stąpać dostatecznie ostrożnie, nie powinno się roztrzaskać. 
  Odwzajemniony uścisk dobiegł końca i gwardzistka poczuła się trochę lepiej, odsuwając się od swojej pani. Nie zdołała przybrać swobodniejszej pozy. Raczej długo nie będzie w stanie. Myśląc o tym, uświadomiła sobie, że praktycznie nigdy jej nie przybierała. Może z wyjątkiem czasu spędzanego z Mer. I dojście do tej myśli ją samą zaskoczyło. Milkliwy gwardzista był w końcu jak golem, jak nieożywiony byt, wykonujący polecenia. Był trochę do niej podobny. Gwardzistka poczuła ukłucie w piersi. Nie była nawet pewna, czy czuje żal, czy zazdrość. Był do niej podobny, ale to jego wybrała Mirajane. Może gdyby jego nie było, to ona miałaby szansę... ale teraz było już za późno. Teraz jego zniknięcie tylko pogrążało księżniczkę w coraz głębszej tęsknocie.
  Mirajane spoważniała. Czas na ckliwe wyznania i zapewnienia o lojalności się skończył. Należało przejść do konkretów. Ta rozmowa już i tak trwała dłużej, niż powinna, jeśli jeszcze dziś miały podjąć jakieś akcje. Decyzja księżniczki nie była dla gwardzistki dużym zaskoczeniem, mimo wszystko jednak nie pochwalała jej do końca. Postawienie sług na pierwszym miejscu, przed królestwem dla niej było nierozsądnym ruchem. Choć z drugiej strony może powinna zacząć myśleć o tym, jak o postawieniu misji ratowania króla na pierwszym miejscu? W końcu jeśli deklaracje Mirajane były szczere i miłość do Mer nie była kolejnym zauroczeniem, któremu poddała się księżniczka, to wartość jego życie zrównywała się z wartością życia... królowej. Tak, królowej. Gwardzistka skarciła samą siebie lekko w myślach. Będzie musiała przestawić się na nowy tor, w którym nie ma już do czynienia z księżniczką a królową.
- Wedle twej woli, pani. - Lexie skłoniła się lekko. Zamierzała kompletnie zaufać swojej władczyni. W końcu to ona i jej szczęście były tu najważniejsze. - Wrócę do odpoczywania. Będę gotowa za dwa dni do drogi.
  Gwardzistka z niejaką ulgą usiadła ponownie na posłaniu. Była w stanie ruszyć do akcji w każdej chwili, jednak mimo wszystko czuła tę grzeszną przyjemność, mogąc po prostu położyć się i nie zrobić zupełnie nic. Szczególnie że ostatnie dni były pełne wrażeń zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 
- Jeśli będziesz czegoś ode mnie potrzebowała pani, zapewne będę tutaj - oznajmiła poważnie, po czym wymusiła na sobie lekki uśmiech. - Jeśli chcesz coś jeszcze ze mną omówić, z przyjemnością to uczynię. W przeciwnym wypadku przespałabym się jeszcze trochę.
(Mirajane? Wiem, Lexie nie jest specjalnie rozmowna. Ale już i tak odskoczyłam z nią od początkowej małomówności XD)

poniedziałek, 19 października 2020

Od Mirajane do Lexie

 Nie chciałam pozwolić, aby dla Lexie stała się krzywda, kiedy wstała, więc próbowałam ją zatrzymać. Nie wiedziałam czemu, ale poczułam od niej... Chłód. Taki sam chłód jaki ja wydzielałam dla obcych pod wpływem klątwy. Zupełnie, jakby moja gwardzistka chciała się ode mnie oddalić. Ale ja... Ja nie chciałam na to pozwolić. Nie mogłam pozwolić, aby się odsunęła. Co z tego, że powinnyśmy być złączone tylko węzłem pracy. Bardzo mi na niej zależało, była dla mnie jak siostra, jak najbliższa osoba jaką kiedykolwiek miałam. Zauważyłam, że zachowuje się niczym na musztrze w zamku, a potem wykrzyczała te piękne słowa od których w moich oczach zajaśniały łzy. Wspaniała i wielka? Nie byłam wcale ani wspaniała, ani wielka. Byłam nikim, w końcu nie uratowałam mojego kraju, nie zrobiłam prawie nic...
- Lexie... Ale to nie jest prawda... Ja wcale nie... - powiedziałam, ocierając łzy. 
Popatrzyłam na nią. Była tak pewna tego co powiedziała, była z tego dumna i chciała wyznawać, że byłam taka, jak powiedziała. Ona zawsze myślała, że jestem cudowna, ale tak nie było. Narobiłam dużo bałaganu, więcej niż mogła sobie wyobrazić. Podeszłam do niej i złapałam jej dłonie, aby przestała salutować. Uśmiechnęłam się do niej, po czym po prostu przechyliłam głowę na bok.
- Dobrze wiesz, że jesteśmy na ty, dobrze wiesz, że jesteśmy blisko. Nie łączy nas praca, ale głębszy węzeł. Łączy nas przyjaźń, Lexie, łączy nas to, że oby dwie chcemy ochronić siebie nawzajem... I ja chcę ochronić też ciebie. - powiedziałam, kładąc dłoń na chitynie, jaka odstawała na jej skórze. - Jak się tym przejmujesz... Nie musisz. Dla mnie zawsze będziesz tą silną gwardzistką, która chroni mnie od złego i zawsze się mną opiekuje, bardziej niż ktokolwiek inny. Będziesz zawsze moją bohaterką... Moją i tylko moją. - dodałam, aby znowu ją objąć czule.
Moje ciało nadal wydawało się być nieco zimne, ale gdzieś z głębi, buchało z niego gorącem. Teraz moim celem było przeżyć dla Lexie oraz dla Mer. Dla nich. Potem odzyskać nasz zamek, nasze królestwo... Wtuliłam się mocniej w moją gwardzistkę i zamknęłam mocno oczy... Gdyby nie to, że kochałam kogoś innego... Na pewno pokochałabym ją...

Przepraszam cię Lexie... Ale naprawdę kocham Mer... I chcę z nim być, pomimo wszystko... Będziesz dla mnie bliska... Zawsze. Na zawsze.


Wierzyłam, że ona pomoże mi odnaleźć mojego ukochanego. Wtedy będziemy razem, nie pozwolę mojemu drugiemu gwardziście się od nas oddalić. Musiałam zacząć być liderem. Musieliśmy osiągnąć nareszcie coś więcej, niż latanie po królestwach. Trzeba było odzyskać Leoatle, ale wpierw, trzeba było odnaleźć mojego rycerza, abyśmy urośli w siłę.
- Lexie, jak wypoczniesz, wyruszymy na poszukiwanie Mer. Potem musimy spytać okoliczne miasta i królestwa, aby użyczyły nam pomocy w walce. Odzyskamy nasz dom. Potem ukoronuję się i zajmiemy się wszystkim od środka... - powiedziałam z powagą. - Musimy odzyskać Leoatle. Musimy odzyskać nasz dom, wywalczyć go i pojmać wszystkich zakażonych. Znajdę lek, aby ich wyleczyć z tego świństwa.
(Lexie? ^^) 

Od Lexie do Mirajane

Moja pani, taki czyn nie powinien zostać bez kary. - Lexie widziała gorzkie łzy Mirajane, gdy ją przytulała, czuła ciężar każdej z nich, spadającej na jej serce i pogrążającej je w smutku. - Jednak zdaję sobie sprawę, że nie wolno mi cię opuścić. Poniosę jego ciężar w moim sercu, razem z każdą wylaną przez ciebie łzą. Chciałam jedynie, byś wiedziała. Nie czułabym się dobrze, doświadczając twojej życzliwości i jednocześnie okłamując ciebie co do tej sprawy. Jeśli mam twoje wybaczenie, jeśli mimo tego zezwalasz mi dalej pełnić służbę u twego boku, nigdy więcej nie podniosę tego tematu. - Gwardzistka schyliła głowę i spuściła wzrok. Jej głos przycichł znacząco. - Dziękuję, wasza wysokość. 
  Lexie poczuła ulgę, gdy Mirajane zadeklarowała, że dalej ją wspiera. Nie miała czasu przygotować się na to wyznanie. Nie miała nawet czasu zastanawiać się nad jego konsekwencjami i co zrobi, jeśli jej pani ją znienawidzi. W gruncie rzeczy było to dość impulsywne. Po prostu stwierdziła, że powinna to wyłożyć przed nią, zanim księżniczka podejmie decyzje, co powinny zrobić dalej. W końcu tylko z pełnym obrazem sytuacji można właściwie obrać kierunek, w którym zamierza się podążać. A skoro nie miały i tak szansy na zdobycie pełnego obrazu trzeba było skupić się na tym, co miały. Choćby i były to niewielkie strzępki informacji. 
  Czy to można nazwać "poniesieniem przez emocje"? Myśl przeleciała przez głowę gwardzistki, obijając się o wszystkie możliwe kąty. Nie była to nieprzyjemna myśl. Była raczej... wyjątkowo zimna. Ostatnie dni obfitowały w emocje. Lexie nie sądziła nawet, że jest w stanie czuć tak wiele. Jak dotąd jedyną silniejszą emocją, którą nosiła ze sobą była miłość do Mirajane. Teraz cała ich gama sprawiała, że czuła się niezręcznie. 
  Księżniczka była blisko, znowu była tak blisko ciała strażniczki. Odsunęła ją delikatnie. Mirajane uż nie płakała, nie powinny być tak blisko. Za bardzo pobudzało to serce Lexie do szybszego bicia. Jeśli miała uczynić swoją panią szczęśliwą, musiała uczynić ponowny wysiłek zdystansowania się od niej. Włożenia swojej miłości w foremkę lojalności. Uśmiechnęła się, niespecjalnie pogodnie i z trudem wstała. Jasnowłosa próbowała ją powstrzymać, jednak gwardzistka dała jej znak, by zaczekała.
  W pierwszej chwili zrobiło jej się ciemno przed oczami, jednak opanowała słabość. Stanęła prosto, spuszczając obie dłonie wzdłuż tułowia i wyprężając grzbiet. Uderzyła stopami o siebie, nie wydając przy tym praktycznie żadnego dźwięku i uniosła prawą dłoń w salucie do czoła. Piżamia, rozczochrana fryzura i bandaże, do tego te paskudne, wystające z obojczyków kawałki chityny. To nie był imponujący widok, jednak tyle mogła jej dać.
- Niech żyje królowa Mirajane Melanie z rodu Reiss - wykrzyknęła gwałtownie donośnym, wojskowym głosem sprawiając, że krzątający się w drugim końcu pokoju medyk podskoczył zaskoczony - największa i najwspanialsza władczyni, która, by chronić swój lud, zaryzykowała swoim życiem i została pochłonięta przez lodową magię, by mimo tego i sił zła czyhających na jej życie powrócić i zaprowadzić ład w królestwie. Wiwat!
(Mirajane? Masz, odpowiednio duża porcia cringe'u xD)

niedziela, 11 października 2020

Od Mirajane do Lexie

 Widziałam, że Lexie nad czymś uciążliwie myślała. Pogłaskałam lekko jej włosy, w końcu, zależało mi, aby czuła, że ciągle, ale to ciągle czuła, że jestem obok i bardzo ją wspieram. Uśmiechnęłam się lekko, po czym przechyliłam głowę na bok, gdy nagle się lekko podniosła. Chciałam ją powstrzymać, ale moja gwardzistka odtrąciła moje dłonie. Przełknęłam nerwowo ślinę, czy to znaczyło, że wiedziała, że ją oszukałam? A może jest na mnie o coś zła? Lexie odtrącała moje dłonie tylko wtedy, kiedy była zła lub była bardzo poważna. Popatrzyłam na ponurą twarz mojej przyjaciółki, mojej rodziny, nieco zestresowałam się nawet, bo nie zawsze odczuwałam taki chłód od kogoś mi tak bliskiego.
- Lexie...?
- Zabiłam króla i królową. - nagle oznajmiła. - Zgodnie z prawem Leoatle coś takiego karane jest śmiercią.
Te zdanie uderzyło we mnie jak piorun. Wiedziałam, że mama i tata nie żyją, ale nie sądziłam, że to Lexie ich zabiła. Odsunęłam lekko od niej dłonie oraz spuściłam nisko wzrok. Nie wiedziałam co mam zrobić. Dłonie zaczęły mi drżeć, a oddech bardzo mi przyśpieszył. Zamknęłam mocno powieki, po czym zaczęłam płakać. Po prostu zalałam się bardzo mocno łzami, kładąc lodowate ręce na swojej twarzy. Krzyknęłam po chwili, a wokół mnie lekko rozlała się chłodna aura. Eliksir od doktora pomógł, moja klątwa nie wywoływała takiego zamieszania jak kiedyś, po prostu w całym pomieszczeniu zrobiło się zimno. Płakałam, krzyczałam, a spływające po moich policzkach łzy od razu zamarzały. Nie sądziłam, że te słowa tak mną wstrząsną. Poczułam jednak po chwili, jak Lexie mnie obejmuje i przytula do swojego ciała. Była zawsze taka ciepła. Wtuliłam swoją twarz w zagłębienie jej szyi, musiałam się wypłakać, aby powiedzieć coś sensownego...
Po około kilkunastu minutach, mój płacz się uspokoił, a wszelkie zimno w pomieszczeniu nieco się rozwiało poprzez otwarte okno. Było ciepło na zewnątrz, więc szybko zaczęło się tam ogrzewać. Lekko podniosłam głowę, odsuwając się nieznacząco od Lexie, tylko na tyle, aby móc spojrzeć jej w oczy. Pogłaskałam policzek mojej przyjaciółki, po czym położyłam dłoń na jej dłoni.
- Nigdy bym ciebie nie zabiła, ani nie ukarała karą śmierci... Taka prawda, że moja mama... To nie była już moja mama... Opętało ją, podobnie jak tatusia... Zabiłaś ich, fakt, ale to nie byli prawdziwi król i królowa. Stali się potworami. Teraz ja, jako pierwsza w kolei do tronu, obejmę władzę. W dość młodym wieku, ale dam radę. Pomożesz mi ty, zostaniesz moim doradcą, ale nadal będziesz moją gwardzistką. Bardzo mi zależy, aby mimo wszystko, ty i ja zawsze były razem. Jesteś dla mnie naprawdę bardzo bliska... I będę pielęgnowała twoje poświęcenie. Ukryję je. Powiadomię lud, iż król i królowa byli zabici przez łowcę potworów, który nie przedstawił się i był zamaskowany... - powiedziałam to bardzo cicho, wręcz powiedziałam to prosto w usta Lexie, aby lekarz jaki był w tym samym pomieszczeniu mnie nie słyszał.
Uśmiechnęłam się,  bardzo doceniałam poświęcenie mojej przyjaciółki. Rozumiałam, że zrobiła to w mojej ochronie i ochronie królestwa. Miałam zamiar ją usprawiedliwić... Nawet gdyby chciała zrobić to specjalnie... Nigdy nie dałabym jej zabić. Za bardzo mi na niej zależało.
(Lexie?)

Od Lexie do Mirajane

To nic takiego, wasza wysokość, tylko zwichnięcie - wymamrotała Lexie, jakby w odpowiedzi, jednocześnie zupełnie nie na temat. Zamrugała, czując, jak jasne światło pomieszczenia razi jej oczy. Mirajane była blisko, gładziła delikatnie jej włosy. I zdecydowanie wyglądała na dorosłą. Majaczenia gwardzistki powoli odpływały i mozolnie zaczynała przypominać sobie ostatnie wydarzenia. - Musimy dostać się do doktora, pani. - Poderwała się gwałtownie, jednak księżniczka delikatnie położyła ją z powrotem.
- Już u niego jesteśmy, Lexie - oznajmiła cicho, z lekkim uśmiechem. 
  Gwardzistce serce zabiło mocniej. Nie była jeszcze pewna, czy powinna czuć ulgę, czy powinna się bać, czy jej pani...
- Więc...? Jest w stanie cię wyleczyć, pani? - Spróbowała ponownie wstać i ponownie została powstrzymana.
- Jest w stanie spowolnić to, co się ze mną dzieje. Póki będę brała eliksir, będzie dobrze. - Spokojny ton księżniczki nieco uspokajał Lexie. - Ale ty musisz odpocząć. - Jej twarz przybrała poważny wyraz. - Lexie, obiecaj mi, proszę, że nigdy więcej nie zrobisz czegoś takiego. Ja... nie zniosłabym... to było straszne i...
- Pani - Gwardzistka chwyciła dłoń Mirajane, którą ta trzymała przy jej policzku - przysięgam. Przysięgam, że zawsze będę przy tobie. Dlatego nie próbuj mnie więcej odesłać. 
- Przysięgam. - Księżniczka ścisnęła lekko trzymaną dłoń. Po tym Lexie lekko się rozluźniła. 
- Pani, co dokładnie ci dolega? - zapytała cicho. Mirajane zawahała się. Widać nie chciała o tym mówić. - Pani?
- Klątwa magii lodu. Powoli zamarzam - wyjaśniła niechętnie. Gwardzistka skinęła głową nie specjalnie zdziwiona. - W normalnych warunkach... zamarzłabym w końcu na śmierć.
- Ale wystarczy eliksir?
- Tak.
  Lexie ponownie pokiwała głową i zamyśliła się. Jeśli regularne branie eliksiru uratuje jej panią, wszystko powinno być w porządku. Ludzie cierpią na różne dolegliwości i dość często muszą zażywać regularnie leki. I wygląda na to, że nie ma to związku z podpięciem do pierwotnego Źródła. Tym bardziej deeskaluje to problem. Kobieta poczuła ulgę. Nie była to kolosalna ulga, ale jednak ulga. Upewniwszy się co do najważniejszych spraw, przeniosła spojrzenie na swoje ciało. Była otulona ciepłym kocem, a na skórze czuła wiele warstw bandaży i jakieś lekkie szaty. Była nieco zmęczona, mimo wszystko nie wydawało jej się, by któraś z części jej ciała była uszkodzona. Najwyraźniej miała czucie we wszystkich kończynach. Nie odmroziła sobie niczego trwale. To dobrze. Sięgnęła dłonią do szyi i delikatnie powiodła nią w dół. Jej palce szybko natrafiły na chropowatą łuskę, a po chwili zatrzymały się na parze niewielkich, twardych wypustek w okolicy obojczyków.
- Dobrze, że dotarłyśmy na czas - mruknęła, jakby do siebie. Poziom magii musiał być naprawdę wysoki, skoro tak mocno ją odkształciło. Gwałtownie spojrzała na swoją panią, jakby z niepokojem. - Pani... czy... jak odpływałam... mam nadzieję, że nie powiedziałam nic niestosownego. - Lexie wodziła wzrokiem po twarzy księżniczki, próbując się na niej doszukać potwierdzenia lub zaprzeczenia. Właściwie myślała wtedy o tylu rzeczach, myślała o niej... i to ją najbardziej martwiło. Jeśli wymsknęło jej się, co czuje do Mirajane... Mirajane nie powinna tego wiedzieć. To mogłoby być dla księżniczki trudne, zważywszy na to, co ona sama wcześniej nieświadoma wyznała gwardzistce. Kobieta przełknęła nerwowo ślinę. Nieprzyjemny ucisk w żołądku wrócił. Wszystko działo się wtedy tak szybko, tak spontanicznie. Nie przemyślała dobrze potencjalnych konsekwencji. Wróć. Przemyślała je. Przemyślała w ułamku sekundy. Nie było lepszej opcji. 
- Trochę majaczyłaś - przyznała ostrożnie księżniczka i uśmiechnęła się lekko. - Nie jestem pewna czy podręcznik rycerza ma tyle formułek przysięgi lojalności, ile usłyszałam.
  Strażniczka poczuła kolosalną ulgę. Ponownie. Nic niezwykłego. Bredząc, faktycznie mogła wrócić do tego, co znane. I silnie skupione wokół jej pani. W końcu cały manewr wykonała jako gwardzista jej królewskiej mości, nie jako kochanka. Kochankowie nie zachowują się tak zimno. Właściwie to był głupi pomysł, że mogła spróbować wyznać jej miłość, będąc półprzytomna. Dobrze. Powoli, bardzo powoli, być może rzeczy zaczną się układać.
- A co "niestosownego" mogłabyś powiedzieć?
- Nie wiem, pani. - Lexie odwróciła wzrok, mając nadzieję, że się nie rumieni. - W każdym razie, pani powinnaś rozpocząć rozmowy z Podwodnym Królem. Jeśli zażyczysz sobie, bym odpoczywała, będę zmuszona powierzyć cię opiece Discorda i Podwodnej Gwardii, jednak wolałabym dotrzymać ci w nich towarzystwa. A nie powinniśmy zwlekać. Z każdym dniem, gdy przebywasz poza królestwem, poddani będą się bardziej niepokoić. Zapewne Podwodni przekazali Nadwodnym informację o tym, że przeżyłaś, jednak twoja przedłużająca się nieobecność będzie ją podkopywać. I nie wiadomo, co teraz dzieje się w królestwie. Jaki jest następny ruch naszego przeciwnika.
- Doktor rekomendował, byś odpoczęła dwa dni - zauważyła Mirajane. Lexie zacisnęła usta.
- Zrobię, co rozkażesz, pani - oznajmiła zwięźle. 
  Teraz z kolei zamyśliła się Mirajane. To prawda, że obie odkładały ten problem na później. W momencie, kiedy księżniczka umierała, skażona swoją magią, nie specjalnie był czas, by myśleć nad powrotem. Życie jej wysokości było priorytetem. Ale teraz, gdy ta kwestia została nieco odwleczona, rany sługi nie powinny być powodem do odwlekania działania. Była też kwestia Mer. Jeśli chciały go odzyskać, pozostawianie go w rękach wroga było niebezpieczne. W końcu ani Mirajane, ani Lexie nie wiedziały, czym dokładnie jest Mer i jak został przejęty przez wroga. Oraz jak odbije się to na nim samym. No i kwestia rodziny Mirajane. Kwestia gwardzistów z zamku. Kobiecie zrobiło się nagle słabo. Dopiero teraz do niej doszło, co właściwie oznaczało to wszystko. 
- Pani... - zaczęła Lexie, ponownie się podnosząc. Księżniczka chciała powstrzymać ją już po raz trzeci, jednak gwardzistka delikatnie odtrąciła jej dłonie. Usiadła na posłaniu. Nawet nie specjalnie odnotowała, gdzie dokładnie się znajduje. - Właściwie to powinnam błagać cię o wybaczenie. Doceniam twoją troskę o mnie i wsparcie, jednak... - Oczy Mirajane skupiły się na gwardzistce. Jej twarz przybrała ponury wyraz. 
- Lexie...
- Zabiłam króla i królową - oznajmiła wreszcie gwardzistka. - Zgodnie z prawem Leoatle coś takiego jest karane śmiercią. 
(Mirajane? Tak, doskonały moment, żeby poruszyć ten temat xD)

piątek, 25 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Mimo sopli, widziałam przez nie rozmazaną sylwetkę mojej gwardzistki. Patrzyłam na to, jak przerzuca ubrania przez sople, a potem po prostu... Klęka. Klęka, a ja odczułam od razu co ona robiła. Dłuższą chwilę byłam w ogromnym szoku, nie ruszyłam się ani na milimetr. Patrzyłam się jak spetryfikowana w jeden punkt. Po chwili jednak wrzasnęłam, a sople rozbiły się niczym kryształowy żyrandol, a ja wyleciałam, łapiąc Lexie w moje ramiona. Mocno ujęłam jej policzki, błagałam ją, aby została. Błagałam, aby mnie nigdy nie opuściła. Powoli odczuwałam coraz większą samotność. Jak stracę Lexie, zapadnę w wąwóz rozpaczy i żalu, że dopuściłam do śmierci mojej gwardzistki. Hares nieco panikował, biegał w miejscu, uderzając końcówką ogona o ziemię i piszczał w przerażeniu.
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała po chwili Lexie. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do mnie.
Mówiła gdzieś w powietrze, nie kierowała do mnie twarzy. Byłam przerażona jak nigdy. Trzymałam blisko siebie Lexie, zupełnie jakby zaraz ktoś miał mi ją odebrać. Ucałowałam kilka razy jej policzki z nadzieją, że poczuje się lepiej. Myślałam, że wtedy spojrzy na mnie, że uśmiechnie się i powie, że jest już lepiej. Jednak tak się nie stało. Wyglądała na bardzo słabą, była blada, a jej wzrok... Wzrok wydawał się uciekać ciągle w innym kierunku, jakby nie miała władzy w swoim ciele. Co ja znowu narobiłam. To wszystko to była moja wina. Moja i mojej egoistycznej momentami natury. Zawsze każdego ranię... Szybko ubrałam ją w jej spodnie oraz buty, aby nie zamarzała.
- Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczęśliwą.
Słysząc te słowa, moje serce zabiło mocniej. W przerażeniu patrzyłam, jak chwilę potem wybełkotała kilka ostatnich słów. Zaczęła majaczyć, przez co wiedziałam, że nie jest z nią dobrze. Pocałowałam czule jej czoło, wtulając ją w siebie. Wstałam razem z Lexie, po czym usiadłam na grzbiet Haresa. Ułożyłam gwardzistkę tak, abym miała ją przed sobą, objęłam ją i dłońmi złapałam się futra Discorda. Zwierzę machnęło skrzydłami i wyleciało znowu do góry. Ja z kolei ułożyłam głowę strażniczki na swoim ramieniu. Delikatnie całowałam jej skroń, aby czuła, że jestem obok niej. W oddali powoli można było dojrzeć wieżę, w jakiej prawdopodobnie znajdował się lekarz. Odetchnęłam, kładąc policzek na głowie Lexie.
- Zaraz będziesz zdrowa, obiecuję ci to. - szepnęłam.
Lexie miała rację. Nie mogłam jej pokochać, tak, jak pokochałam Mera. Moje serce w całości należało do silnego rycerza, jaki był dla mnie bardzo, ale to bardzo bliski. To jednak nie sprawiało, że nie kochałam gwardzistki. Była dla mnie jak najbliższa siostra. Jak przyjaciółka, na którą zawsze mogłam liczyć. Żałowałam jednak, że nie mogłam odwzajemnić jej uczucia. Na pewno byłaby wtedy szczęśliwa, a wtedy... Wtedy by mogły być szczęśliwe we dwie... No ale przeznaczenie chciało inaczej. Pokochałam Mer. Obiecałam jednak sobie jedno. Będę dla niej zawsze najbliższą osobą. Zawsze będę obok niej i zawsze będę dawała jej to, czego potrzebuje. To był mój plan na przyszłość. 
Minęło kilka chwil, a Discord wylądował na ziemi przed wieżą. Rozejrzałam się lekko, biorąc Lexie na barana. Cóż, to było trudne, nie byłam przyzwyczajona do noszenia kogokolwiek. Jednak dla niej dam radę zrobić wszystko, nawet przenieść góry. Hares zmniejszył się nieco, a łebkiem podtrzymywał jedno z ud Lexie, pomagając mi ją nieść. Drzwi do wieży otworzyły się samoistnie, kiedy podeszłam w tamtym kierunku. Nieśmiało weszłam do środka i rozejrzałam się. Zaczęłam wchodzić po schodach z pomocą Discorda. Minęło kilka dłuższych chwil, a wtedy znalazłam się na górze wieży. Na samym czubku były drzwi, więc zapukałam, a po kilku sekundach otworzył nam mężczyzna w dość młodym jak na lekarza wieku. Miał blond włosy, a na jego ciele leżał biały kitel, który był rozpięty i ukazywał zieloną koszulę w paski. Na oczach miał okulary z zielonymi szkłami, które błysnęły, kiedy zdejmował je z twarzy.
- A kogo ja widzę. Księżniczka Mirajane? - powiedział.
- Zna mnie pan? - zapytałam zaskoczona. - Tak, w każdym razie. To ja. Potrzebuję pilnej pomocy. Moja gwardzistka... - zaczęłam, ale nie zdążyłam skończyć.
Doktor wciągnął nas do pokoju, biorąc Lexie na ręce. Położył ją na kozetce i obejrzał pod lupą, jaką miał w kieszeni białego, choć nieco poplamionego dziwnymi substancjami, kitla. Przyglądał się mojej strażniczce bardzo dokładnie, jakby badał każdy milimetr jej skóry. Potem odszedł od niej, biorąc ze szklanej gablotki fiolkę o niebiesko-fioletowym kolorze. Otworzył usta Lexie i wlał jej kilka kropel cieczy do ust. Wyrwał dwa liście z małej szklarenki na jego biurku i też wsadził jej to do ust. 
- Zaraz się obudzi. A ty panienko? Też nie wyglądasz najlepiej. - powiedział, biorąc swoją lupę. 
Zaczął mnie oglądać, podobnie jak oglądał wcześniej gwardzistkę. Rzeczywiście, najmniejszy fragment mojego ciała został przez niego dokładnie obejrzany. Podobnie jak wcześniej, wyjął kolejną fiolkę, tym razem błękitno-czarną, podając mi ją.
- Magia Lodu. Jednak już nie ta książkowa, a taka zaklęta głęboko w tobie, księżniczko. Powiem ci szczerze, jeszcze kilka tygodni bez leku, a zginęłabyś w ogromnych męczarniach. Wpierw wnętrze zamarza, potem zewnętrzne części, a na końcu, powoli przebijają cię od środka lodowe kolce. Zdarzało się też, że ciała pod klątwą Lodu wybuchały, no ale nie wiadomo co by się z panienką stało. To co ci dałem, hamuje rozwój klątwy, nie eliminuje jej. Dam ci przepis na eliksir. Dzięki temu będziesz mogła normalnie żyć, normalną ilość czasu, a śmierć nie będzie tak bolesna, moja pani. - powiedział.
Usiadł do biurka i zaczął pisać coś na pergaminach. Podejrzewam, że zapisywał mi cały przepis na eliksir. Podeszłam do mężczyzny.
- Czy moja gwardzistka przeżyje? - zapytałam.
- Oczywiście, że tak. Nie stało się nic złego. Potrzebuje odpoczynku. Pozostańcie tutaj dwa dni, a wszystko wróci do normy. - odpowiedział mi doktorek, wracając do zapisek.
Odetchnęłam, siadając obok Lexie. Złapałam jej dłoń i położyłam ją na swój policzek. Zamknęłam oczy, wpatrując się w zmęczoną twarz mojej strażniczki. Jedną ręką pogłaskałam jej policzek, a potem ucałowałam jej czoło.
- Wybacz mi  za wszystko Lexie... - szepnęłam do niej, głaszcząc bardzo delikatnie jej włosy. - Od teraz będę bardziej o ciebie dbała. Będę więcej myślała o tobie i o tym jak się czujesz. Nigdy więcej nie będę egoistką... - nadal mówiłam bardzo cicho.
Liczyłam, że zaraz się wybudzi po lekach, jakie podał jej blondwłosy mężczyzna.
(Lexie?)

środa, 23 września 2020

Od Lexie do Mirajane

Gwardzistka zatrzymała się tuż przed lodowymi kolcami. Tym razem nie miała swojej włóczni, a nawet jeśli by miała, prawdopodobnie nie wykrzesałaby z siebie dość siły, by je rozbić. Przez chwilę przeleciało jej przez myśl, że może powinna mimo wszystko spróbować. Że jeśli będzie uderzać dostatecznie długo, to w końcu się przebije. Ale obawiała się, że wtedy nie będzie mieć dość siły, by poprowadzić swoją panią dalej. Było jej zimno. Brak wierzchniego odzienia dopiero teraz tak naprawdę zaczynał dawać jej się we znaki. Kropelki krwi zamarzały na jej ciele. Lexie nie do końca rozumiała wszystko, co mówiła do niej księżniczka, mimo że bardzo starała się wyłapać nawiązania i zrozumieć, zanim się odezwie. Stan księżniczki, jej słowa... wszystko wskazywało na to, że jej wysokość sięgnęła po coś, po co nie powinien sięgać żaden śmiertelnik. Musiała zaczerpnąć ze Źródła. Tylko z jakiego? I czemu właśnie ona? Czemu jej pani, nawet jej pani miała zostać zniszczona przez magię. Gwardzistka zacisnęła mocniej zęby, mając nadzieję, że jej zniekształcony obraz przez kolce nie będzie dla księżniczki zbyt czytelny. W tej sytuacji... co powinna zrobić w tej sytuacji? Co powinien uczynić gwardzista jej królewskiej mości księżniczki... nie księżniczki, królowej Mirajane z rodu Reiss? Po krótkim namyśle Lexie zdjęła spodnie, potem buty i przerzuciła je na tyle ostrożnie, o ile to było możliwe przez sople. Ubrania upadły na śnieg, koło księżniczki z cichym pufięciem. Stopy gwardzistki zanurzone były po kostki w lodowatej masie, a zmęczony utratą krwi i wysiłkiem organizm szybko się wychładzał.
- Wedle woli, wasza wysokość. Nie będę ci już więcej zawadzać. - oznajmiła Lexie, klękając na jedno kolano przed klatką z sopli. Nie powiedziała nic więcej. Postawiła wszystko na tą jedną kartę. Reszta zależała od księżniczki. 
  Powoli przestawała czuć zimno w kończynach. Zaczynało jej się coraz gorzej oddychać. Jej świadomość powoli odpływała. Strażniczka zamarzała w samym środku tropikalnej puszczy. Jak przez mgłę usłyszała dźwięk tłuczonego lodu i niewyraźna, wątła postać dopadła do niej. 
- Nie, nie, nie, nie, nie - słowa przerywane szlochem były blisko. Niemal przy jej twarzy. A może przy jej twarzy? Nie mogła jednak skupić uwagi na głowie. Nie tak bardzo, jakby chciała. Nie czuła też dotyku, choć widziała, że dłonie księżniczki chwytają jej twarz w objęcia. - Co ty wyprawiasz? Nie zniosę twojej śmierci... Lexie... nie możesz umrzeć przeze mnie... miałaś iść... iść i mnie zostawić. Nie zostawać tutaj... miałaś nie cierpieć... nie mogę cię stracić, nie mogę!
- Przysięgłam ci wierność do śmierci, pani - głos gwardzistki był nieco niewyraźny, język jej się plątał. Czy dżungla ostatecznie pokonała śnieżne zaspy jej pani, czy tylko jej zaczynało robić się przyjemnie ciemno? - Więc muszę być posłuszna - mamrotała. - Nie mogę pójść za tobą, wbrew twojej woli. Ale jeśśśli umrę... przysięga przestanie mnie obowiązywać. I nie będę musiała cierpieć, będąc odizolowana od ciebie. Ciałem nie będę bezpieczna obok ciebie... zostanę z tobą w twoim sercu...
- Lexie, błagam - księżniczka próbowała hamować szloch. - Nie o to mi chodziło. Nie zasypiaj. Trzymaj się! - Oczy gwardzistki właśnie zaczynały się zamykać. - Mów do mnie, Lexie!
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do księżniczki. Mówiła gdzieś w przestrzeń, jakby kompletnie przestała zauważać jej obecność. - Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczęśliwą.
  Słowa jej wysokości przestały już nawet dochodzić do świadomości gwardzistki. Nie wiele do niej dochodziło. Jej mętne myśli kotłowały się gdzieś między obawą, że jej decyzja może jeszcze bardziej pogorszyć stan księżniczki i pewnością, że nie mogła tego zrobić inaczej. Słowa by do niej nie dotarły. Do jej wysokości nigdy nie docierały słowa. Nawet gdy była dzieckiem. Piękne, złote włosy w świetle dnia i wesoły śmiech, gdy popisywała się swoją mocą. W Lexie zawsze ten lód budził niepokój, jednak księżniczka wydawała się nad nim dobrze panować. Były w parku zamkowym, pełnym lazurowych sadzawek, które młoda Mirajane zamrażała według swojej woli. Tego dnia próbowała z jednej z nich wypiętrzyć lodową rzeźbę. Chciała zrobić ojcu niespodziankę na urodziny i postawić jego lodowy pomnik w ogrodzie. Była pewna, że to dobry pomysł. Nawet był całkiem niezły. Magiczny lód powinien wytrzymać dostatecznie długo, szczególnie że był ledwie początek wiosny. Spędziła dobrych kilka godzin na misternym stawianiu podobizny ojca. Wyszła nawet całkiem nieźle, choć nos był za duży. Gdy to zauważyła, chciała wspiąć się i go poprawić, mimo zdecydowanego sprzeciwu gwardzistki. Jak zawsze pewna siebie, pewna swojej mocy. Z gracją dostała się na barki ojca i zaczęła magią starannie formować niesforny element, gdy wychyliła się nieco za bardzo. Straciła równowagę i próbowała się chwycić któregoś z wystających elementów, jednak dłonie ześlizgnęły jej się po śliskiej, lodowej powierzchni. W ostatniej chwili Lexie zdołała ją pochwycić i nieco zamortyzować upadek, jednak zwichnęła sobie przy tym nadgarstek. Wtedy pierwszy raz widziała, jak Mirajane szlocha. Jej piękne oczęta, okolone złotą aureolą włosów i czerwonymi, nabrzmiałymi od łez polikami.
- To nic takiego, wasza wysokość, tylko zwichnięcie - wymamrotała Lexie, patrząc w zapłakaną twarz swojej pani. Leżała na czymś miękkim i ciepłym, a z jej ramion sypał się drobny, metaliczny proszek, gdy księżniczka dotykała jej ciała. 
(Mirajane?)

Od Mirajane do Lexie

 Stałam pośród zielonej polany, okrytej kolorowymi kwiatami. Słońce kuliło się ku zachodowi, a ja stałam i patrzyłam w horyzont. Zamknęła lekko oczy. Ciepła, orzeźwiająca mnie bryza, muskała moje policzki oraz resztę twarzy, powodując, że blond kosmyki moich włosów, wpadały delikatnie do moich oczu. Uśmiechnęłam się mimo to. Zarumieniłam się dość mocno, odchylając lekko głowę do tyłu. Poczułam, jak spoczywa ona na czyimś silnym ramieniu. Ciepłe, męskie dłonie objęły mnie w pasie, przyciągając delikatnie do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i dotknęłam uzbrojonego przedramienia kogoś, kto sprawiał, że czułam się prawdziwie wolna. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam, że miałam lekko wypukły brzuch. No tak... W mojej wizji zawsze widziałam, że ja i Mer będziemy szczęśliwą rodziną. Wymarzyłam, że chciałam mieć z nim dzieci, chciałam żyć z nim z dala od królewskich luksusów, w miejscu, gdzie będziemy mieli dostatek, ale też spokój od obowiązków monarchy. Tak... Tak właśnie widziałam siebie. Widziałam też, że Lexie na zawsze pozostałaby z nami. Jako moja siostra i ciocia dzieci...
- Mer... - szepnęłam znowu, uśmiechając się lekko do siebie. - Teraz jest idealnie, prawda...?
Ostatnie co widziałam w moim świecie, była jasna twarz ukochanego, a potem czuły pocałunek, jaki sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Dziękuję ci Mer... Bądź przy mnie zawsze.

___

Po długiej chwili odmętnych myśli o przyszłym wspólnym może życiu z moim ukochanym, wybudziło mnie kapanie krwi. Słyszałam opadające raz co raz ciężkie, czerwone krople. Jedna z nich właśnie znowu uderzyła o coś. Przerażona się rozejrzałam. Byłam w dżungli, na Discordzie, a przede mną była Lexie, jaka była cała zakrwawiona. Odwróciłam słabo głowę, a tam ujrzałam goniącą nas wściekłą pumę. Bodajże to była puma. Mój wzrok nadal był zamglony, przez co niespecjalnie wiedziałam co się działo wokół mnie. Jęknęłam z bólu, czując ścisk w ciele. Moje oczy przewróciły się, zupełnie jakbym miała znowu zemdleć, jednak na szczęście to się nie stało i szybko ocknęłam się z tego dziwnego stanu. Objęłam mocno Lexie w przerażeniu, że zaraz spadnę. Zaczęłam nagle krzyczeć. Sama nie wiedziałam dlaczego wrzeszczałam, dlaczego moje ciało całe drżało, dlaczego czułam się, jakbym zaraz miała umrzeć. Zaczęłam płakać. Po prostu po moich bladych policzkach popłynęły łzy. Objęłam mocniej gwardzistkę, wtulając się w jej plecy.
- Lexie... Boję się. - szepnęłam niczym małe dziecko. - Nie chce umierać... Ja nie chcę. - powiedziałam głośniej, po czym zacisnęłam blade dłonie na jej talii.
Po chwili jednak Discord z całej siły uderzył ogonem w pumę, która w porównaniu do mojego pupila była o wiele mniejsza. Prawda była taka, że w czasie ich ucieczki, Hares powiększał się co chwilę, aby uratować ważne mu osoby. Nie powinien, ale wiedział, że musiał uratować właścicielkę jak tylko mógł. Kiedy drapieżnik padł oszołomiony na ziemię, białe stworzenie zwolniło, kładąc się, potrzebował chwilowo odpoczynku, aby jego energia z powrotem wróciła do ciała. Biały królikopodobny ciężko oddychał, ale po chwili jego oddech się uspokoił. Podniosłam się, lekko puszczając ciało ciężko dyszącej Lexie. Popatrzyłam na nią.
- Co się stało? Czy ja... Czy to ja ci zrobiłam? - powiedziałam w przerażeniu, dotykając jej ramion oraz nogi. - Czy to ja ciebie tak skrzywdziłam, znowu...? - dodałam jeszcze, czując jak trzęsą mi się ręce.
Zabrałam od niej dłonie i odsunęłam się po chwili. Cofałam się, patrząc na moje dłonie, aż wreszcie potknęłam się o korzeń i upadłam na ziemię, patrząc się nadal na narzędzia zbrodni, jakimi ostatniego czasu narobiłam wiele złego. Źrenice mi się zwężyły, ciało zadygotało w kolejnej partii przerażenia i strachu przed samą sobą. Z moich palców zaczęła wydobywać się magia, a pode mną zaczęła zamarzać lekko ziemia, trawa i pobliska kora drzewa. Rozejrzałam się, patrząc na to co znowu narobiłam. Po policzkach pociekło mi więcej łez.
- Nie, to nie możliwe. Ta magia... Miałam pomagać, a nie niszczyć... Lexie... Ja znowu niszczę, a nie naprawiam... - powiedziałam, patrząc na moją gwardzistkę.
Strażniczka popatrzyła na mnie, jednak po chwili zauważyłam, jak idzie w moją stronę. Jej wzrok zawsze był spokojny, wydawał się nawet lekko zmartwiony o mnie. Co jednak ja zrobiłam? W przerażeniu krzyknęłam, łapiąc się za głowę i skuliłam się. Wokół mnie powstały lodowe kolce, które odgrodziły mnie od gwardzistki. Cała drżałam, ciągle po moich policzkach płynęły łzy.
- Nie podchodź! Nie! Nie mogę ciebie krzywdzić! Przeze mnie ciągle cierpisz! Ciągle musisz mnie ratować! Ciągle patrzysz, jak ja niszczę swoje i twoje życie! Dlaczego ja się zgodziłam na to, aby ktokolwiek mnie pilnował! Powinnam odpowiedzieć za grzechy jakich się dopuściłam! Powinnam... Powinnam zapłacić życiem za cierpienie jakie sprawiłam tylu ludziom... Mama, tata... Rodzeństwo... To przeze mnie. to na pewno przeze mnie straciłam ich wszystkich. Nie mam nic. Mam tylko magię, której się boję. Którą sama przyjęłam do mojego ciała z nadzieją, że będę mogła naprawiać. A tak naprawdę? Tak naprawdę wszystko niszczę i ranię innych! Ty cierpisz! Discord cierpi... A Mer... Mer zniknął, znowu... Dlaczego go nie ma... Tak bardzo chcę, aby był obok mnie! - krzyknęłam, po czym zalałam się łzami.
Na niebie zebrały się szare, wręcz ciemnoszare chmury. Ułożyły się tak, aby ani kawałeczek słońca nie oblał lasu w jakim znajdowałam się ja i moja gwardzistka. Chwilę później, zaczął padać śnieg, a  ten chwilę potem przemienił się w wichurę śnieżną. Ja zalewałam się nadal płaczem, a wiatr wzmagał na sile, sople wokół mnie wydawały się zaostrzać, a szron pode mną i na drzewie wydawał się zmieniać w prawdziwy lód.
- Zniszczyłam życie wszystkich ludzi! To moja wina! - krzyknęłam.
Zaraz potem uciszyłam się. Wichura lekko ustąpiła, a lodowe sople znowu wydawały się być jak galareta. Uniosłam głowę do góry, patrząc na padający z nieba śnieg, na zabielające się korony drzew. Zamknęłam oczy, czując łzy w oczach. Wizja mnie i Mera, naszej rodziny zaczęła przeciekać mi przez palce. Przez to co robiłam, nigdy to się nie spełni.. Ból w moim sercu się ciągle wzmacniał.
- Sama dojdę do tego doktora. Lexie, nie musisz tu zostawać. Przeze mnie za wiele osób cierpiało i nie chcę abyś ty też zmarnowała sobie życie u mojego boku. Jestem śmiercią. Uosobieniem śmierci. Każdy kto jest obok mnie, cierpi, umiera... Nie pozwolę, aby tak bliska osoba jak ty również cierpiała... - szepnęłam, a potem uśmiechnęłam się sama do siebie. - Jestem jak ostatni płatek śniegu... Inny niż reszta, zawsze opadający na ziemię samotnie. A potem... Potem łączę się z tłumem, znikając pośród niego... A zaraz potem, kiedy opadnę, reszta zaczyna się topić. Zaczyna ginąc w ziemi pod postacią wody. - szepnęłam, po czym popatrzyłam na Lexie. - Tak mi na tobie zależy... Nie chcę ciebie nigdy utracić na zawsze. Zawsze będziesz w moim sercu. Tam będziesz bezpieczna jako myśl. Ciałem nigdy nie będziesz bezpieczna obok mnie... Wybacz mi, Lexie... Za bardzo się boję, aby pozwolić ci iść dalej. - dodałam.
(Lexie?)

wtorek, 22 września 2020

Od Lexie do Mirajane

Gwardzistka zatrzymała się tuż przed lodowymi kolcami. Tym razem nie miała swojej włóczni, a nawet jeśli by miała, prawdopodobnie nie wykrzesałaby z siebie dość siły, by je rozbić. Przez chwilę przeleciało jej przez myśl, że może powinna mimo wszystko spróbować. Że jeśli będzie uderzać dostatecznie długo, to w końcu się przebije. Ale obawiała się, że wtedy nie będzie mieć dość siły, by poprowadzić swoją panią dalej. Było jej zimno. Brak wierzchniego odzienia dopiero teraz tak naprawdę zaczynał dawać jej się we znaki. Kropelki krwi zamarzały na jej ciele. Lexie nie do końca rozumiała wszystko, co mówiła do niej księżniczka, mimo że bardzo starała się wyłapać nawiązania i zrozumieć, zanim się odezwie. Stan księżniczki, jej słowa... wszystko wskazywało na to, że jej wysokość sięgnęła po coś, po co nie powinien sięgać żaden śmiertelnik. Musiała zaczerpnąć ze Źródła. Tylko z jakiego? I czemu właśnie ona? Czemu jej pani, nawet jej pani miała zostać zniszczona przez magię. Gwardzistka zacisnęła mocniej zęby, mając nadzieję, że jej zniekształcony obraz przez kolce nie będzie dla księżniczki zbyt czytelny. W tej sytuacji... co powinna zrobić w tej sytuacji? Co powinien uczynić gwardzista jej królewskiej mości księżniczki... nie księżniczki, królowej Mirajane z rodu Reiss? Po krótkim namyśle Lexie zdjęła spodnie, potem buty i przerzuciła je na tyle ostrożnie, o ile to było możliwe przez sople. Ubrania upadły na śnieg, koło księżniczki z cichym pufięciem. Stopy gwardzistki zanurzone były po kostki w lodowatej masie, a zmęczony utratą krwi i wysiłkiem organizm szybko się wychładzał.
- Wedle woli, wasza wysokość. Nie będę ci już więcej zawadzać. - oznajmiła Lexie, klękając na jedno kolano przed klatką z sopli. Nie powiedziała nic więcej. Postawiła wszystko na tą jedną kartę. Reszta zależała od księżniczki. 
  Powoli przestawała czuć zimno w kończynach. Zaczynało jej się coraz gorzej oddychać. Jej świadomość powoli odpływała. Strażniczka zamarzała w samym środku tropikalnej puszczy. Jak przez mgłę usłyszała dźwięk tłuczonego lodu i niewyraźna, wątła postać dopadła do niej. 
- Nie, nie, nie, nie, nie - słowa przerywane szlochem były blisko. Niemal przy jej twarzy. A może przy jej twarzy? Nie mogła jednak skupić uwagi na głowie. Nie tak bardzo, jakby chciała. Nie czuła też dotyku, choć widziała, że dłonie księżniczki chwytają jej twarz w objęcia. - Co ty wyprawiasz? Nie zniosę twojej śmierci... Lexie... nie możesz umrzeć przeze mnie... miałaś iść... iść i mnie zostawić. Nie zostawać tutaj... miałaś nie cierpieć... nie mogę cię stracić, nie mogę!
- Przysięgłam ci wierność do śmierci, pani - głos gwardzistki był nieco niewyraźny, język jej się plątał. Czy dżungla ostatecznie pokonała śnieżne zaspy jej pani, czy tylko jej zaczynało robić się przyjemnie ciemno? - Więc muszę być posłuszna - mamrotała. - Nie mogę pójść za tobą, wbrew twojej woli. Ale jeśśśli umrę... przysięga przestanie mnie obowiązywać. I nie będę musiała cierpieć, będąc odizolowana od ciebie. Ciałem nie będę bezpieczna obok ciebie... zostanę z tobą w twoim sercu...
- Lexie, błagam - księżniczka próbowała hamować szloch. - Nie o to mi chodziło. Nie zasypiaj. Trzymaj się! - Oczy gwardzistki właśnie zaczynały się zamykać. - Mów do mnie, Lexie!
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do księżniczki. Mówiła gdzieś w przestrzeń, jakby kompletnie przestała zauważać jej obecność. - Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczeliwa.
  Słowa jej wysokości przestały już nawet dochodzić do świadomości gwardzistki. Nie wiele do niej dochodziło. Jej mętne myśli kotłowały się gdzieś między obawą, że jej decyzja może jeszcze bardziej pogorszyć stan księżniczki i pewnością, że nie mogła tego zrobić inaczej. Słowa by do niej nie dotarły. Do jej wysokości nigdy nie docierały słowa. Nawet gdy była dzieckiem. Piękne, złote włosy w świetle dnia i wesoły śmiech, gdy popisywała się swoją mocą. W Lexie zawsze ten lód budził niepokój, jednak księżniczka wydawała się nad nim dobrze panować. Były w parku zamkowym, pełnym lazurowych sadzawek, które młoda Mirajane zamrażała według swojej woli. Tego dnia próbowała z jednej z nich wypiętrzyć lodową rzeźbę. Chciała zrobić ojcu niespodziankę na urodziny i postawić jego lodowy pomnik w ogrodzie. Była pewna, że to dobry pomysł. Nawet był całkiem niezły. Magiczny lód powinien wytrzymać dostatecznie długo, szczególnie że był ledwie początek wiosny. Spędziła dobrych kilka godzin na misternym stawianiu podobizny ojca. Wyszła nawet całkiem nieźle, choć nos był za duży. Gdy to zauważyła, chciała wspiąć się i go poprawić, mimo zdecydowanego sprzeciwu gwardzistki. Jak zawsze pewna siebie, pewna swojej mocy. Z gracją dostała się na barki ojca i zaczęła magią starannie formować niesforny element, gdy wychyliła się nieco za bardzo. Straciła równowagę i próbowała się chwycić któregoś z wystających elementów, jednak dłonie ześlizgnęły jej się po śliskiej, lodowej powierzchni. W ostatniej chwili Lexie zdołała ją pochwycić i nieco zamortyzować upadek, jednak zwichnęła sobie przy tym nadgarstek. Wtedy pierwszy raz widziała, jak Mirajane szlocha. Jej piękne oczęta, okolone złotą aureolą włosów i czerwonymi, nabrzmiałymi od łez polikami.
- To nic takiego, wasza wysokość, tylko zwichnięcie - wymamrotała Lexie, patrząc w zapłakaną twarz swojej pani. Leżała na czymś miękkim i ciepłym, a z jej ramion sypał się drobny, metaliczny proszek, gdy księżniczka dotykała jej ciała. 
(Mirajane?)

Od Mirajane do Lexie

Stałam pośród zielonej polany, okrytej kolorowymi kwiatami. Słońce kuliło się ku zachodowi, a ja stałam i patrzyłam w horyzont. Zamknęła lekko oczy. Ciepła, orzeźwiająca mnie bryza, muskała moje policzki oraz resztę twarzy, powodując, że blond kosmyki moich włosów, wpadały delikatnie do moich oczu. Uśmiechnęłam się mimo to. Zarumieniłam się dość mocno, odchylając lekko głowę do tyłu. Poczułam, jak spoczywa ona na czyimś silnym ramieniu. Ciepłe, męskie dłonie objęły mnie w pasie, przyciągając delikatnie do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i dotknęłam uzbrojonego przedramienia kogoś, kto sprawiał, że czułam się prawdziwie wolna. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam, że miałam lekko wypukły brzuch. No tak... W mojej wizji zawsze widziałam, że ja i Mer będziemy szczęśliwą rodziną. Wymarzyłam, że chciałam mieć z nim dzieci, chciałam żyć z nim z dala od królewskich luksusów, w miejscu, gdzie będziemy mieli dostatek, ale też spokój od obowiązków monarchy. Tak... Tak właśnie widziałam siebie. Widziałam też, że Lexie na zawsze pozostałaby z nami. Jako moja siostra i ciocia dzieci...
- Mer... - szepnęłam znowu, uśmiechając się lekko do siebie. - Teraz jest idealnie, prawda...?
Ostatnie co widziałam w moim świecie, była jasna twarz ukochanego, a potem czuły pocałunek, jaki sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Dziękuję ci Mer... Bądź przy mnie zawsze. 
___

Po długiej chwili z odmętów myśli o przyszłym wspólnym może życiu z moim ukochanym, wybudziło mnie kapanie krwi. Słyszałam opadające raz po raz ciężkie, czerwone krople. Jedna z nich właśnie znowu uderzyła o coś. Przerażona się rozejrzałam. Byłam w dżungli, na Discordzie, a przede mną była Lexie, jaka była cała zakrwawiona. Odwróciłam słabo głowę, a tam ujrzałam goniącą nas wściekłą pumę. Bodajże to była puma. Mój wzrok nadal był zamglony, przez co niespecjalnie wiedziałam, co się działo wokół mnie. Jęknęłam z bólu, czując ścisk w ciele. Moje oczy przewróciły się, zupełnie jakbym miała znowu zemdleć, jednak na szczęście to się nie stało i szybko ocknęłam się z tego dziwnego stanu. Objęłam mocno Lexie w przerażeniu, że zaraz spadnę. Zaczęłam nagle krzyczeć. Sama nie wiedziałam, dlaczego wrzeszczałam, dlaczego moje ciało całe drżało, dlaczego czułam się, jakbym zaraz miała umrzeć. Zaczęłam płakać. Po prostu po moich bladych policzkach popłynęły łzy. Objęłam mocniej gwardzistkę, wtulając się w jej plecy. 
- Lexie... Boję się. - szepnęłam niczym małe dziecko. - Nie chce umierać... Ja nie chcę. - powiedziałam głośniej, po czym zacisnęłam blade dłonie na jej talii.
Po chwili jednak Discord z całej siły uderzył ogonem w pumę, która w porównaniu do mojego pupila była o wiele mniejsza. Prawda była taka, że w czasie ich ucieczki, Hares powiększał się co chwilę, aby uratować ważne mu osoby. Nie powinien, ale wiedział, że musiał uratować właścicielkę, jak tylko mógł. Kiedy drapieżnik padł oszołomiony na ziemię, białe stworzenie zwolniło, kładąc się, potrzebował chwilowo odpoczynku, aby jego energia wróciła do ciała. Biały królikopodobny ciężko oddychał, ale po chwili jego oddech się uspokoił. Podniosłam się, lekko puszczając ciało ciężko dyszącej Lexie. Popatrzyłam na nią. 
- Co się stało? Czy ja... Czy to ja ci zrobiłam? - powiedziałam w przerażeniu, dotykając jej ramion oraz nogi. - Czy to ja ciebie tak skrzywdziłam, znowu...? - dodałam jeszcze, czując, jak trzęsą mi się ręce.
Zabrałam od niej dłonie i odsunęłam się po chwili. Cofałam się, patrząc na moje dłonie, aż wreszcie potknęłam się o korzeń i upadłam na ziemię, patrząc się nadal na narzędzia zbrodni, jakimi ostatniego czasu narobiłam wiele złego. Źrenice mi się zwężyły, ciało zadygotało w kolejnej partii przerażenia i strachu przed samą sobą. Z moich palców zaczęła wydobywać się magia, a pode mną zaczęła zamarzać lekko ziemia, trawa i pobliska kora drzewa. Rozejrzałam się, patrząc na to co znowu narobiłam. Po policzkach pociekło mi więcej łez. 
- Nie, to niemożliwe. Ta magia... Miałam pomagać, a nie niszczyć... Lexie... Ja znowu niszczę, a nie naprawiam... - powiedziałam, patrząc na moją gwardzistkę.
Strażniczka popatrzyła na mnie, jednak po chwili zauważyłam, jak idzie w moją stronę. Jej wzrok zawsze był spokojny, wydawał się nawet lekko zmartwiony o mnie. Co jednak ja zrobiłam? W przerażeniu krzyknęłam, łapiąc się za głowę i skuliłam się. Wokół mnie powstały lodowe kolce, które odgrodziły mnie od gwardzistki. Cała drżałam, ciągle po moich policzkach płynęły łzy.
- Nie podchodź! Nie! Nie mogę cię krzywdzić! Przeze mnie ciągle cierpisz! Ciągle musisz mnie ratować! Ciągle patrzysz, jak ja niszczę swoje i twoje życie! Dlaczego ja się zgodziłam na to, aby ktokolwiek mnie pilnował! Powinnam odpowiedzieć, za jakich grzechy się dopuściłam! Powinnam... Powinnam zapłacić życiem za cierpienie, jakie sprawiłam tylu ludziom... Mama, tata... Rodzeństwo... To przeze mnie. To na pewno przeze mnie straciłam ich wszystkich. Nie mam nic. Mam tylko magię, której się boję. Którą sama przyjęłam do mojego ciała z nadzieją, że będę mogła naprawiać. A tak naprawdę? Tak naprawdę wszystko niszczę i ranię innych! Ty cierpisz! Discord cierpi... A Mer... Mer zniknął, znowu... Dlaczego go nie ma... Tak bardzo chcę, aby był obok mnie! - krzyknęłam, po czym zalałam się łzami.
Na niebie zebrały się szare, wręcz ciemnoszare chmury. Ułożyły się tak, aby ani kawałeczek słońca nie oblał lasu, w jakim znajdowałam się ja i moja gwardzistka. Chwilę później, zaczął padać śnieg, a  ten chwilę potem przemienił się w wichurę śnieżną. Ja zalewałam się nadal płaczem, a wiatr wzmagał na sile, sople wokół mnie wydawały się zaostrzać, a szron pode mną i na drzewie wydawał się zmieniać w prawdziwy lód.
- Zniszczyłam życie wszystkich ludzi! To moja wina! - krzyknęłam.
Zaraz potem uciszyłam się. Wichura lekko ustąpiła, a lodowe sople znowu wydawały się być jak galareta. Uniosłam głowę do góry, patrząc na padający z nieba śnieg, na zabielające się korony drzew. Zamknęłam oczy, czując łzy w oczach. Wizja mnie i Mera, naszej rodziny zaczęła przeciekać mi przez palce. Przez to co robiłam, nigdy to się nie spełni... Ból w moim sercu się ciągle wzmacniał.
- Sama dojdę do tego doktora. Lexie, nie musisz tu zostawać. Przeze mnie za wiele osób cierpiało i nie chcę, abyś ty też zmarnowała sobie życie u mojego boku. Jestem śmiercią. Uosobieniem śmierci. Każdy, kto jest obok mnie, cierpi, umiera... Nie pozwolę, aby tak bliska osoba jak ty również cierpiała... - szepnęłam, a potem uśmiechnęłam się sama do siebie. - Jestem jak ostatni płatek śniegu... Inny niż reszta, zawsze opadający na ziemię samotnie. A potem... Potem łączę się z tłumem, znikając pośród niego... A zaraz, potem kiedy opadnę, reszta zaczyna się topić. Zaczyna, ginąc w ziemi pod postacią wody. - szepnęłam, po czym popatrzyłam na Lexie. - Tak mi na tobie zależy... Nie chcę cię nigdy utracić na zawsze. Zawsze będziesz w moim sercu. Tam będziesz bezpieczna jako myśl. Ciałem nigdy nie będziesz bezpieczna obok mnie... Wybacz mi, Lexie... Za bardzo się boję, aby pozwolić ci iść dalej. - dodałam.
(Lexie?)

Od Lexie do Mirajane

Trzymanie jej dłoni nie pomagało. Mirajane zamarzała. Powoli, ale cały czas. Bez sekundy przerwy. Lexie zaczynała czuć narastającą panikę. Hares otulił je swoim ciepłym futerkiem, odgrodził od świata zewnętrznego skrzydłem. Ale to nie pomoże. Pył sypiący się z Lexie wąskim ciurkiem opadał na ziemię pod nimi, tworząc niewielkie piramidki. Nie, tak jej nie ogrzeje. Gwardzistka przełknęła ślinę. Nie powinna tego robić. To mogło nie pomóc. I było rażącym naruszeniem etykiety. Naprawdę nie powinna tego robić. Ale nie mogła pozwolić księżniczce umrzeć. Nie. Nie po tym wszystkim. Nie tutaj. Zaczęła powoli rozwiązywać sukienkę Mirajane, jednak widząc, jak szybko postępuje zlodowacenie, przyspieszyła. Potem szybko zrzuciła swoje ubranie i całym ciałem przytuliła swoją panią do piersi. Poczuła, jak lodowate zimno zaczęło promieniować na jej ciało, niemal zamrażając ją od środka. Drobny pył zamienił się w metalowe odłamki, a ból w plecach stał bardziej intensywny i zaczął rozprzestrzeniać się w górę, w stronę karku i obojczyka kobiety oraz prawego ramienia. Lexie poczuła, jak krople krwi pływają po jej ciele, ale tylko mocniej przytuliła swoją panią, zamykając przy tym oczy i próbując nie myśleć o tym, jak niestosowna jest ta sytuacja. Częściowo nawet skupienie się na bólu było lepszą alternatywą. 
  Chłód ciała Mirajane nieco osłabł, dziewczyna poruszyła się lekko. Gwardzistka otworzyła oczy. Jej pani nie była już tak zamrożona, wydawało się wręcz, że postępy zamarzania nieco się cofnęły. Uśmiechała się nawet lekko, jakby miała jakiś przyjemny sen. Niespodziewanie dla gwardzistki wyciągnęła do niej swoje dłonie. Lexie nie zdążyła zaryzykować. Jej zmysły zbytnio zostały przyćmione przez ból, wstyd i ulgę. Delikatne palce spoczęły na policzkach gwardzistki i przyciągnęły lekko jej twarz do ust księżniczki. Krótki pocałunek wprawił kobietę w zupełne osłupienie. Serce Lexie zabiło szybciej. Nigdy w życiu nie czuła się tak przerażona. I szczęśliwa. I zdezorientowana. Ale szczęśliwa. Miała ochotę na raz płakać, śmiać się, krzyczeć ze szczęścia i zaszyć w najdalszym kącie dżungli w samotności. Mirajane opadła lekko na jej ramiona. Oddychała spokojnie. 
- Mer... - wydobyło się z jej ust, a serce gwardzistki się zatrzymało. Ale przecież... tak. Już wcześniej sobie to uświadomiła. Ten niespodziewany pocałunek nie powinien niczego zmieniać. Księżniczka nawet nie była zapewne świadoma, kogo całuje. Pewnie myślała... myślała, że Mer jest tutaj. Lexie poczuła wilgoć na policzkach. Było to dla niej nowe doświadczenie. Musiała się pogodzić. Musiała się pogodzić na nowo, że jej pani nigdy nie zaakceptuje jej miłości. Przecież zawsze to wiedziała, jednak czemu w tym momencie to musiało tak mocno zaboleć?
  Siedziały obie, zupełnie nagie, wtulone w siebie, a Discord otaczał je swoim własnym ciepłem. Prawdopodobnie był jedynym, co utrzymywało jeszcze Lexie przy życiu. Gdyby nie on samo zimno ciała księżniczki pewnie by ją zamroziło. Gwardzistka nie dbała o swoje życie. A przynajmniej już nie. Było jej zupełnie wszystko jedno, czy przeżyje tak długo, jak długo jej pani żyła. Kurczowo uchwyciła się tego uczucia, spychając samą siebie w najdalsze części umysłu. Tak naprawdę nie była tu istotna. Jej wysokość lubiła mówić do niej pięknymi słowami, porównywać ją do rodziny, jednak nie powinna sobie z tego powodu zbyt wiele wyobrażać. Dystans. Etykieta. Ostatnio tak wiele się działo i Lexie prawie zapomniała, czemu te rzeczy były tak istotne. 
- Wasza wysokość - zaczęła cicho, nie była nawet pewna, czy jej pani ją słyszy. Może i lepiej, że jest nieprzytomna. - Wygląda na to, że zdołam utrzymać waszą wysokość tylko, jeśli nasze ciała będą w bezpośrednim kontakcie. Zaraz ubiorę się oraz waszą wysokość, jak bardzo to będzie możliwe i wezmę waszą wysokość na plecy. 
  Księżniczka dalej pogrążona była w twardym śnie. Lexie ostrożnie położyła ją na haresie, by wdziać ponownie dolną część munduru, a następnie ubrać swoją panią w halkę i narzucić na jej plecy swoją własną kurtę. Mimo wszystko ta była cieplejsza od sukni jej wysokości. Strażniczka wybrała też kilka szmat i przetarła ciało z krwi, żeby przynajmniej częściowo pozbyć się jej z pleców, o które chciała oprzeć jej wysokość. Resztę sprzętu gwardzistka zarzuciła na królika, a sama ostrożnie założyła sobie ciało swojej pani na plecy, niezdarnie zaplatając jej ręce na swojej szyi i nogi w pasie. Ośrodki odpływu mocy przemieściły się na ręce i nogi gwardzistki, kilka stróżek zaczęło nawet sypać się z jej twarzy. Poszerzająca się ciemna plama łuski powoli jęła oplatać gardło gwardzistki w miejscu styku z dłońmi księżniczki. Pod skórą Lexie zaczęły się też pojawiać niewyraźne zarysy większych łusek, jakby powoli szykując się do przerżnięcia przez skórę.
  Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, strażniczka ruszyła w las przed sobą, starając się utrzymać dziarskie tempo. Discord szedł tuż obok, przybierając większość sporego drapieżnika i brzęcząc lekko sprzętem. Jej wysokość byłą dość lekka, jednak jej delikatne, zimne ciało raz po raz zsuwało się z barków gwardzistki, która czuła, że z każdą opuszczającą jej ciało kroplą krwi maleje ich szansa na dotarcie do celu. Ale nie mogła się poddać. Nie ważne, ile będzie musiała za to zapłacić. Doniesie swoją panią do tego przeklętego maga, a potem zmusi go do udzielenia im pomocy.
  A krew kapała w pylisty grunt, zostawiając za przybyszami szlak czerwieni. 
  W pewnym momencie hares zaczął intensywniej węszyć w powietrzu i dziwnie ni to warczeć, ni to szczekać. Coś przebiegło w krzakach. Lexie poprawiła ciało jej wysokości na plecach i spróbowała dobyć jedną ręką włóczni. Ale nie była w stanie. Jeśli to będzie jeden z kotowatych drapieżników tych lasów sytuacja mogła wyglądać nie za ciekawie. Szybka ocena sytuacji i strażniczka zdecydowała się na jedyny sensowny ruch. Zrzuciła cały sprzęt, jaki miała na Discordzie i wskoczyła na jego grzbiet.
- Na przód - zarządziła. Królikowi nie trzeba było tego specjalnie powtarzać. Z zarośli wyskoczyła puma, jednak hares wyrwał do przodu, umykając spod jej pazurów. Gwardzistka jedną dłonią chwyciła się mocno jego futra, by drugą przytrzymywać ciało swojej pani. Kolejna mocniejsza fala zimna i rany na rękach oraz nogach gwardzistki, powodowane przez żelazne odłamki jeszcze się poszerzyły. Lexie zrobiło się ciemno przed oczami. Białe futro Discorda powoli przybierało kolor czerwieni. A zapach krwi tylko pobudzał drapieżnika.
(Mirajane?)

poniedziałek, 21 września 2020

Od Mirajane do Lexie

 Odleciałam ponownie w krainę, gdzie moje marzenia oraz wszelkie wydarzenia sklejały się w jedno, tworząc niesamowitą arkadię. Przepiękne miejsce, gdzie magia była bezpieczna, a cała moja rodzina żyła, obok miałam gwardzistów, których pokochałam całym sercem. Ja i Lexie w czasie lotu chyba oddałyśmy się swoim myślom... Ostatnia świadoma rzecz jaką zrobiłam, było uśmiechnięcie się i uściśnięcie dłoni mojej najdroższej strażniczki. A potem... Potem świat stał się taki, jaki chciałam, aby się stał. Moja głowa opadła na ramię uzbrojonej, a ja z uśmiechem odpłynęłam w krainę czarów. Ta utopia w jakiej się znalazłam, sprawiała, że chciałam dalej żyć. Że chciałam prowadzić więcej eksperymentów z magią, wzmacniać moją siłę. Gdy nagle poczułam lekki wstrząs, kraina zaczęła... Się kruszyć. Stanęłam nagle pośrodku niczego, a jedyne co słyszałam to szum śniegu oraz ciche pękanie lodu. Gdy ruszyłam nogą, ziemia pode mną się rozpadła, a ja zaczęłam spadać. Spadać w głąb ciemności. Zrobiło mi się zimno, całe moje ciało zaszroniło się, a ja w przerażeniu zaczęłam dygotać zębami. Nie wiedziałam, że poza moim umysłem, Lexie potrzebowała mojej pomocy. Mimo to... Po chwili zawiesiłam się w powietrzu, czując jakby wielka, gruba lina mnie tam złapała, łamiąc moje kości kręgowe. Poruszyłam jednak palcami, a wtedy wydobyła się z nich moja magia. Zaczęła mnie oplatać, a kiedy otworzyłam znowu oczy, stałam na śnieżnej pustyni, wiatr smagał moje policzki, a ja? Ja stałam bezruchu. Moje nogi były przyklejone przez lód do ziemi, byłam nienaturalnie wygięta, dłonie wisiały tragicznie w powietrzu, a moja twarz...? Moja twarz była zakrwawiona, przez to, że wystawały z niej potężne sople lodu. Nie dałam rady się wybudzić... Nie wiedziałam w ogóle co się dzieje. Dlaczego ja... Czułam się tak martwa...?

___

Discord z ogromnym trudem starał utrzymać się w powietrzu. Jednak bardzo opornie mu to szło. Po chwili jednak, złapał się ogonem drzewa, dzięki czemu opadł wreszcie na ziemię, pośród gęstwiny drzew. Położył się, aby Lexie spokojnie mogła zdjąć księżniczkę z jego pleców. Nie mogła dalej podróżować... Jej ciało znowu było lodowate, całe zaszronione, a oczy...? A jej oczy były otwarte, jednak pokryte podobnie jak ciało szronem. Mirajane leżała prawie, że bez ducha, choć wydawała się żyć. Wydawało się, że znowu jej duch został zamknięty głęboko w lodowej pokrywie. Hares nie wiedząc zbytnio co innego może zrobić, otulił gwardzistkę oraz swoją właścicielkę swoim dużym, ciepłym ogonem i położył się. Uniósł jedno skrzydło i zakrył nimi obie kobiety. Wiedział, że tylko Lexie mogła pomóc w tej chwili jego pani. Całkowicie jej zaufał. Ciało blondwłosej piękności leżało martwe. Jej blade, ale pełne usta były uchylone, a co bardzo długi odstęp czasu, wypadał z nich mały dymek pełny śniegowych płatków. Na skórze kobiety zaczęły pojawiać się pierwsze lody... Jeżeli nic nie zrobią... Zamarznie.

___

Nadal wisiałam w powietrzu, w ogromnej, pustej gęstwinie niczego. Nie dałam rady mówić, nie dałam rady się ruszyć i nie dałam rady się odezwać ani słowem. Zupełnie jakby ktoś wyrwał mi język z ust, a nerwy oraz mięśnie z ciała. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć. Patrzeć na ciągle opadającą wichurę śnieżną, na białą pustynię, na zacienione niebo, bez śladu słońca. Po prostu stałam. Zdałam sobie sprawę, że to musiało być moje serce. Puste serce, samotne i bez kogokolwiek, kto umiałby mnie wyzwolić z tego okropnego miejsca. Po mym zlodowaciałym i poranionym policzku spłynęła łza, jaka jednak po chwili zamarzła, zostawiając kryształ na mej twarzy. Kiedy tak stałam, zdałam sobie sprawę, że byłam zamknięta we własnej duszy, przez własne zaklęcia, którymi chciałam przysporzyć się ku pomocy społeczeństwu. Nie wyszło jednak tak, jak chciałam, aby wyszło.
Po chwili, lód u moich stóp zaczął rosnąć i przerodził się w wielką, lodową wieżę, na której czubku, między kratami, byłam uwięziona ja. Moja dusza.
Wydawało mi się, że mijały godziny, dnie, tygodnie... A tak naprawdę, minęło kilka minut. Ten stan się nie zmieniał, nadal stałam pośród niczego. Mój słuch jednak wyostrzył się, słyszałam kroki na białej pustyni. Dwie osoby, idące w moją stronę. Dwie osoby, jakie mogą wyzwolić mnie z tego okropnego miejsca. Już chciałam wyjść. Miałam dość tego miejsca, chciałam być wolna. Chciałam nadal być księżniczką, chciałam znowu być obok mojej pary gwardzistów. Poczułam, jak wieża zaczyna pokrywać się kolcami. Nie chciała pozwolić, aby ktoś mnie uwolnił z tego więzienia. Zaczęłam bezgłośnie krzyczeć. Bezgłośnie błagać o pomoc. Jedynie to mogłam... Moja magia przejęła nade mną kontrolę. Jednak co ja mogłam począć, tylko dzięki magii byłam wyjątkowa. Nagle poczułam.
Poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nagłe ciepło. Ktoś objął mnie od tyłu, obdarzając mnie niesamowitym uczuciem spełnienia, ciepła i miłości. Zamknęłam oczy, a moje dłonie poruszyły się. Zaraz potem u moich stóp lód zaczął topnieć, a razem z nim wieża, która zniknęła zaraz potem. Zza ciemnych chmur wyszło słońce, a ja mogłam czuć i mówić.
- Kto...? - szepnęłam.
Kiedy się odwróciłam, ujrzałam Mera. Tak, myśl o tym mężczyźnie wyzwalała moje wszelkie uczucia. Każdą lodową kajdanę mógł zerwać on. Każdą kłódkę na moim sercu mógł otworzyć tylko on. Bo ma klucz. Klucz do mojego ciała, duszy i serca. Uśmiechnęłam się lekko, zdejmując hełm z jego głowy. Jego twarz była blada, ale tak jasna, że nie ujrzałam jego lica. Nie obchodziło mnie to jednak. Ujęłam jego policzki, składając na jego ustach delikatny, ale czuły pocałunek... Tego moje serce pragnęło. Pragnęło, aby Mer zawsze był obok.

___

Tymczasem poza umysłem księżniczki działo się coś innego. Mirajane, w całkowitej nieświadomości, ujęła policzki Lexie, składając na jej ustach pocałunek. Nadal była zimna, nadal była zaszroniona, nadal wydawało się, że jej oczy pokrywała warstwa śniegu. Jednak coś się zmieniło. Jej serce zaczynało z powrotem normalnie bić. Gładkie dłonie księżniczki czule pogłaskały policzki gwardzistki, a po chwili blondwłosa opadła w ramiona Lexie, spokojnie oddychając.
- Mer... - to wydobyło się z jej ust, wraz z małą parką pełną płatków śniegu i szronu...

(Lexie? :3)

środa, 16 września 2020

Od Lexie do Mirajane

Musimy zaryzykować, moja pani - powiedziała Lexie, również bez przekonania patrząc na liście tropikalnych drzew. - Na szczęście możemy przelecieć nad tą dżunglą. 
  Gwardzistka była naprawdę zadowolona z faktu, że Hares wyzdrowiał na tyle, by móc je nieść na swoim grzbiecie. Podróż lądowa po tym dzikim lądzie wydawała się najgorszym, co mogłoby spotkać kobiety w tej sytuacji. Lexie co prawdę nie wiedziała wiele o Ucurum Taxti i jego faunie, jednak jeśli choć w niewielkim stopniu przypominała tą, jaką można było znaleźć na Ucurum, sytuacja nie prezentowała się zbyt dobrze. 
  Pył z ramion gwardzistki sypał się jednostajnie na grzbiet królika, a Lexie zaczynała powoli odczuwać tępy ból pleców. Jak wiele magi przez nią przeszło, odkąd dotarła ponownie do swojej pani? Jak mocne jest wypaczenie, któremu ulegała Mirajane? Gwardzistka bezwiednie ścisnęła trochę mocniej dłoń księżniczki, jednak szybko się opanowała, gdy tamta odwróciła do niej głowę z pytającą miną.
- Przepraszam, pani - mruknęła tylko, uciekając wzrokiem od jej oczu w stronę lasu pod nimi. Mirajane się uśmiechnęła lekko i gwardzistka poczuła mocniejszy uścisk na swojej dłoni. Jakby księżniczka chciała jej pokazać, że ją wspiera. Lexie nigdy nie miała wątpliwości, że tak właśnie jest. Dobrze pamiętała, jakby to było ledwie wczoraj, jak została przydzielona na służbę Mirajane Melanie z rodu Reiss. Była wtedy bardzo zdenerwowana. Spośród gwardzistów, którzy mieli w ceremonii ślubować swoją wierność wkraczającej właśnie w dorosłość, szesnastoletniej księżniczce, ona była najmłodsza. Nie była też rycerzem. Zdecydowanie wyróżniała się spośród dobrze zbudowanych rycerzy, zarówno swoim wiekiem, jak i płcią. I jeszcze ta szpetna łuska na jej ramieniu... Obawiała się, że księżniczka nie zechce mieć jako swojego gwardzisty kogoś takiego jak ona. A z tego, co mówili wszyscy, jej wysokość była bardzo rozkapryszona i jedna jej decyzja mogła z łatwością przekreślić wszystkie wysiłki dziewczyny.
  Rozpoczęcie było huczne, w paradnych zbrojach wprowadzono ich do pięknie udekorowanej sali tronowej. Po obu jej stronach stali heroldowie z trąbami. Lexie mijała ich, czując, że nogi ma jak z waty, a przed nią podest, na którym ustawiono tron, stawał się coraz większy. Rodzina królewska zasiadała na nim, patrząc z góry na zbliżających się wojowników. Kobieta nie była w pierwszym rzędzie, widok przysłaniały jej nieco sylwetki pozostałych, co było nieco pocieszające. Gdy dotarli do schodów przed tronem, uklękli na jedno kolano. Król wstał, coś mówił, jednak Lexie byłą zbyt zestresowana, by dobrze rozróżniać słowa. Potem ze swojego tronu wstała księżniczka. Zeszła po schodach w ich kierunku. Każdy po kolei wychodził na przód i klękał bezpośrednio przed nią, by wygłosić przysięgę wierności. Gdy przyszła kolej na nią, gwardzistka na miękkich nogach podniosła się ze swojego miejsca i czując wzrok wszystkich na sobie podeszła do nastoletniej księżniczki. Lexie pamiętała dobrze pierwsze wrażenie, jakie Mirajane na niej wywarła. Zarozumiała, władcza, może nawet złośliwa? Zdenerwowana, klękając u stóp księżniczki trochę zbyt, szybko zgięła kolana i słabo przypięta brosza upadła u stóp dziewczyny. Przerażenie ją sparaliżowało i nie była w stanie wykonać żadnego ruchu, by ukryć wpadkę. Widząc to, księżniczka zrobiła coś, czego przyszła gwardzistka najmniej by się po niej spodziewała. Soją stopą zakryła broszkę i przyciągnęła do siebie. Lexie przełknęła ślinę i zdołała wydobyć z siebie słowa przysięgi, a potem wrócić na swoje miejsce. Po całej ceremonii gwardzistka została zatrzymana przez Mirajane, zanim zdążyła wrócić do swoich komnat.
- Ty musisz być Lexie, słyszałam o tobie. 
  Świeżo upieczona gwardzistka przełknęła ślinę i nie do końca wiedząc, co powinna zrobić, uklękła ponownie przed swoją panią.
- Wstań, to będzie dość niewygodne, jeśli mój gwardzista będzie klękał za każdym razem, gdy mnie zobaczy. - Zamilkła na chwilę, a dziewczyna podniosła się z ziemi, unikając jednak wzroku swojej pani. - Gdy ojciec mówił, że przydzieli mi gwardzistkę, która będzie w stanie kontrolować moje moce, myślałam, że będziesz bardziej... jak przyzwoitka - oznajmiła bezpośrednio. - Ale wygląda na to, że się myliłam. - Z niewielkiej torebeczki wyciągnęła broszkę i zbliżyła się do Lexie. - Uważaj na to, następnym razem mogę nie być w stanie tak łatwo tego ukryć.
- Dziękuję, pani - mruknęła cicho gwardzistka.
- Nie stresuj się tak, Lexie. Tak samo jak ty jesteś tutaj, by mnie wspierać, jako gwardzista, ja jestem tutaj by wspierać cię, jako twoja księżniczka.
  Kobietę z rozmyślań wyrwał gwałtowny powiew wiatru i pisk haresa. Gwałtowny, rozpaczliwy manewr, jaki wykonał stwór, zmusił obie kobiety do przylgnięcia do jego grzbietu i pochyleniu się nad nim. A tymczasem królik starał się w silnym wietrze odzyskać stabilność lotu.
- Pani! Wycofaj go! - krzyknęła Lexie widząc, że Discord nie jest w stanie przezwyciężyć mocy wiatru.
(Mirajane? Teraz ja zarzuciłam anegdotką xd)

wtorek, 15 września 2020

Od Mirajane do Lexie

 Wiedziałam od samego początku, że Lexie bardziej będzie przejmowała się moim stanem, niż czymkolwiek innym. To w niej doceniałam i uwielbiałam. Zawsze była dla mnie rodziną, zawsze się mną opiekowała jak starsza siostra. Zawsze mogłam na nią liczyć, jak na nikogo innego na ziemi... Dlatego obiecałam sobie, że będę ją chroniła tak samo, jak ona chroni mnie. Kiedy trzymała moją dłoń, czułam się bezpieczna. Zawsze odczuwałam, że Lexie chroniła mnie jak jajko, jak porcelanową lalkę, której najmniejsza ryska może zaszkodzić. Z jednej strony to było dość upierdliwe... Ale z drugiej... Tak właśnie okazuje mi swoje oddanie. 
Zaczęliśmy rozmawiać o Merze, o tym co może się z nim dziać... Tak się bałam, że wizja mojej gwardzistki może się spełnić. Że mój rycerz może nie żyć. Że już nigdy nie zobaczę tej dziwnie uspokajającej mnie zbroi, tego chroniącego mnie ciała. Potrząsnęłam głową na tą myśl, nawet nie chciałam tego mieć w głowie. On. Musiał. Żyć. Musiał być przy mnie i Lexie. Jesteśmy rodziną. Razem. 
Kiedy brązowowłosa wspomniała o szaleńcu-lekarzu, z początku niezbyt dobrze przyjęłam informację, że ma mnie leczyć. Ba. Nawet nie chciałam do niego płynąć. Nie czułam się... Chora. Choć wiedziałam, że coś się we mnie złego dzieje, często tego nawet nie odczuwałam, przez co chętnie wykonywałam kolejne to eksperymenty i ćwiczyłam kolejne zaklęcia. Ah, magia. Szczególnie ta magia, którą ja się posługiwałam sprawiała, że czułam się dopełniona, czułam się kimś ważnym, bo mogłam osiągnąć coś, czego mało księżniczek osiągnęło. Mogłam być lepsza. Mogłam być zapisana w kartach historii, jako ktoś, kto wynalazł coś naprawdę cudownego. To były marzenia, ale wierzyłam, że się spełnią.
Gdy Lexie kazała otworzyć mi buzię, nieco się zdziwiłam. Zabrzmiało to dziwnie, ale czy ja powinnam się tym martwić? Nie. Oczywiście że nie. Musiałam zaufać dla gwardzistki, która powiedziała, że dzięki temu będę mogła oddychać pod wodą. Już miałam mówić o mojej bańce, kiedy ta przypomniała mi o tym, że w momencie, kiedy będzie mnie trzymała, ja nie będę mogła użyć mocy... Ile razy mnie zaskoczyła tym. Kilka razy uratowała jednak moje życie, kiedy magia wymknęła się poza moją kontrolę. Wtedy gdy otworzyłam buzię i Lexie była blisko mnie, zdałam sobie sprawę, że chyba po raz pierwszy widziałam lekki rumieniec na jej policzkach. Nie wiedziałam czym mogło to być spowodowane, ale uznałam, że po prostu się krępowała robiąc to. W końcu, nieco grzebała mi w buzi, co mogło być nieco peszące. Mnie też to zawstydziło, dlatego na moich bladych policzkach wstąpił również pudroworóżowy rumieniec. 
Przytuliłam się do Lexie, a po chwili tryton złapał dłoń gwardzistki i ruszyliśmy w ogromnej prędkości. Poczułam, jak nieco mi się zatykają uszy z powodu ciśnienia, nie powiem, nawet nieco się wystraszyłam, przez co mocniej złapałam moją przyjaciółkę, przylegając do niej swoim ciałem. Dziewczyna również mnie mocniej przycisnęła do siebie. Poczułam, jak dolnej części mojego ubioru trzyma się nikt inny, jak mój słodki Discord... Zwierzak trzymał się mocno pazurkami i udawało mu się. Widocznie wiedział, że da radę nam pomóc.
Po dłuższej chwili znaleźliśmy się blisko brzegu... Już spod wody czułam unoszącą się nad wyspą dziwną, gęstą i ciężką aurę. Wręcz przytłaczającą, pełną... W sumie nawet nie wiedziałam czego. Wypłynęliśmy na powietrze, a wtedy wyjęłam z mojego gardła urządzenie. Schowałam je do torby, wiedząc, że przyda się nam jeszcze. Przyznam, wyjmowanie tego sprawiło, że czułam ogromny dyskomfort, wręcz obrzydzenie. Westchnęłam po chwili, trzymając się ramienia Lexie.
- Cóż, dalej was nie mogę zaprowadzić. Tutaj musicie sobie poradzić same, panienki. Wiem, że wokół wyspy jest jakieś wejście, ale nie mam pojęcia jakie. - powiedział tryton, po czym ukłonił się do nas. - Jak będę znowu potrzebny, proszę, oto muszla, którą będziecie mogły wezwać mnie lub jakiegoś innego trytona. - po tych słowach, zniknął w głębinie.
Rozejrzałam się dokładnie, a po chwili przede mną wyskoczył z wody Discord, piszcząc zadowolony i machając ogonem. W oka mgnieniu wyleciał z oceanu, powiększając się i patrząc na nas obie. Uśmiechnęłam się lekko. Haresy wyjątkowo szybko goiły rany, a mój maluch szczególnie szybko, mały mistrz chaosu. Z pomocą Lexie weszłam na zwierzę, a potem pomogłam jej wejść na grzbiet pupila. Białowłosa hybryda po chwili ruszyła niezbyt szybko w kierunku miejsca, gdzie będziemy mogli bezpiecznie wylądować. Przeczuwałam, że ochrona wyspy może nie przyjąć nas miło, ale o tym się przekonamy, jak wylądujemy. Popatrzyłam na Lexie.
- Wiesz, nie powiem... To miejsce jest dziwne. Chyba... Chyba nawet nieco się boję tam wejść. Ta aura jest tutaj taka ciężka, dziwna... Jest bardzo gęsta... Nie wiem dlaczego. - powiedziałam, po czym mruknęłam. - Mam nadzieję, że nic złego się nie wydarzy... - dodałam.
(Lexie?)

Od Lexie do Mirajane

Moja pani, najpierw powinniśmy uratować ciebie - oznajmiła zdecydowanie Lexie, nie wstając i nie puszczając jej dłoni. - Mi nic się nie stało, a Mer... - zacięła się na chwilę. - Pani, Mer... - Lexie nie chciała tego mówić. - Powinnyśmy na razie uznać, że jest martwy.
- Nie... - Księżniczka zacisnęła dłonie na uszach. - Nie chcę tego słuchać... Mer nie umarł... Nie mógł... Lexie... proszę... nigdy nie mogłabym sobie wybaczyć, jeśli...
  Gwardzistka wpatrywała się w swoją panią przez chwilę nieruchomo. Stan Mirajane był naprawdę kiepski, a mimo to martwiła się przede wszystkim o swojego gwardzistę. Lexie wiedziała, że jej pani ma słabość do przystojnych mężczyzn i pozwala się im adorować z dużą przyjemnością, jednak aż do teraz przez myśl by jej nie przeszło, że księżniczka może żywić jakieś uczucie do swojego strażnika. Kobieta poczuła ukłucie, gdzieś w prawej piersi. Położyła drugą dłoń na dłoni Mirajane, po czym przyciągnęła jej lodowate palce do swojego czoła.
- Przysięgam pani, że zrobię wszystko, by go uratować - oznajmiła oficjalnie, po czym uniosła wzrok na oszronioną twarz swojej pani. - Ale najpierw priorytetem jest twoje życie. Jeśli nie powstrzymamy... tego... nawet jeśli go uratuję, nigdy więcej go nie ujrzysz. Jego życie przestanie mieć wartość. Tak samo, jak moje. 
- Im dłużej zwlekamy...
- W tym gorszym stanie jesteś, pani - przerwała jej stanowczo Lexie. Nie lubiła tego robić. Nie chciała się sprzeciwiać woli księżniczki, jednak w tej sytuacji był to jedyny sposób, by utrzymać ją przy życiu. Wszystko inne musiało zejść na dalszy plan. - I jeśli będzie trzeba, pani, wbrew twojej woli zaniosę cię, choćby na koniec świata.
  Mirajane milczała, jakby zamyślona. 
- Pani, na wyspie niedaleko żyje pewien szaleniec - zaczęła gwardzistka powoli, spoglądając badawczo na twarz swojej pani. - Jest lekarzem. Ponoć niezwykle dobrym. Być może on będzie w stanie cię uleczyć.
- Im szybciej to zrobimy, tym szybciej uratujemy Mera - powiedziała Mirajane, patrząc gdzieś poza gwardzistką.
- Tak, pani. Przysięgłam, że to zrobimy.
  Lexie nie chciała puszczać dłoni swojej pani. Wiedziała, że wtedy ta znowu zacznie zamarzać. Ale nie mogła przygotować się do drogi, cały czas ją trzymając. Zacisnęła zęby i wstała. 
- Proszę pani, wytrzymaj jeszcze tę chwilę - szepnęła, po czym wypuściła jej dłoń. Lodowa warstwa na ciele księżniczki zaczęła błyskawicznie narastać. Lexie błyskawicznie oderwała od tego wzrok. Nie mogła o tym myśleć, jeśli chciała ją uratować. Wzdrygnęła się i wcisnęła sobie do gardła urządzenie do oddychania pod wodą, po czym wróciła do słonej wody. Chwyciła stanowczo młodego syrena za ramię, wpatrując się intensywnie w jego oczy i licząc, że i tym razem telepatia zadziała w wystarczającym stopniu.
- Zawołam kogoś, by was odholował. Będziecie musieli przebić się przez niemal całą wyspę, aż do północnego jej krańca, na którym stoi zamek Richarda. - Syren uśmiechnął się pokrzepiająco do gwardzistki i wypłynął z pomieszczenia. Lexie wróciła błyskawicznie do boku swojej pani. Nawet nie trudząc się, by wyjąć urządzenie z gardła, uklękła przy niej, chwytając jej dłoń. Lodowacenie ciała ponownie zwolniło. Strażniczka czekała. Po dłuższej chwili wilgotna dłoń pojawiła się na jej ramieniu. Kobieta wstała i spojrzała na kanciastą, rekinią twarz trytona. Tamten bez słowa podał jej drugie urządzenie do łapania oddechu. Gwardzistka zaczerpnęła oddechu pod wodą, po czym pochyliła się nad Mirajane.
~ Pani, otwórz usta ~ poprosiła, używając całego potencjału telepatycznego, jaki posiadała. Na twarzy księżniczki pojawił się zdziwiony wyraz. Nic dziwnego, nigdy jej nie powiedziała, że to umie. ~ Będziesz musiała użyć urządzenia, filtrującego tlen z wody. Nie będziesz w stanie utrzymywać bańki, gdy ja będę przy tobie. 
  Księżniczka skinęła głową i rozchyliła wargi. Lexie pochyliła się jeszcze bardziej. Przez myśl jej przeleciało, że nigdy nie była tak blisko swoją twarzą twarzy swojej pani. Policzki jej lekko poczerwieniały i skarciła siebie w myślach. Tak delikatnie jak tylko mogła umieściła urządzenie w gardle Mirajane, a ta zaczęła się dusić. Błyskawicznie poderwała ją na ręce i wyskoczyła z powietrznej bańki. Tryton wyciągnął do niej dłoń. Gwardzistka mocniej przytuliła do swojego ciała księżniczkę, po czym chwyciła błoniastą kończynę stwora. Ten nie wahał się ani chwili. Pociągnął swoje pasażerki przez najbliższy wylot z pomieszczenia prosto w otwarte wody oceanu. Prędkość, z jaką je ciągnął uderzyła Lexie, jednak ona tylko zacisnęła zęby i przytuliła mocniej do siebie Mirajane. 
(Mirajane?)

środa, 9 września 2020

Od Mirajane do Lexie

Po tej podróży czułam ogromne wyczerpanie. W głębi mojego ciała czułam gorąc, ale moje ciało zamarzało w pełni. Nie rozumiałam dlaczego, a raczej... Rozumiałam, ale nie chciałam przyswoić tych informacji do mnie. Całkowicie bałam się o moje życie. Co jak co, pragnęłam zobaczyć, że Mer i Lexie żyją. W mojej głowie słyszałam tylko to, że mam ich ratować. Ale dlaczego. Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś z moich pozostałych bliskich jest w zagrożeniu. To Mer? Czy Lexie...? Co jak tamte stwory dogoniły jej gwardzistkę? Co jak jej przyjaciółce mogło się coś stać...
Poczułam jak ktoś mnie kładzie mnie w dziwnym miejscu, ale czułam, że mogę być tam bezpieczna... Ciągle jednak obawiałam się o bliskich. Dlaczego nie mogłam się obudzić i im pomóc?! Chcę się obudzić! Chcę się zaopiekować moją rodziną! Chcę, aby byli już obok mnie! Mój Mer i Lexie!
---
- Mer! Popatrz! Mam wianek od jakiejś dziewczynki z miasta! - krzyknęłam. - Lexie! - dodałam.
Uśmiechnęłam się słodko, biegnąc do moich najbliższych. Widziałam, jak Mer ma na sobie swoją tradycyjną zbroję, a Lexie była ubrana w mundur. Zarumieniłam się lekko, po czym kiedy przybiegłam do nich, zaśmiałam się.
- Cóż, jak mam być szczera, nauczyłam się od niej co nieco, dzięki czemu mam wianek dla każdego. - powiedziałam, po czym podeszłam do mojej gwardzistki.
Założyłam na jej głowę kwiatki, przytulając ją lekko. Kiedy już uśmiechnęłam się do niej i obdarzyłam ją uczuciem, zbliżyłam się do Mera. Od razu poczułam rumieńce na policzkach... Westchnęłam cicho, wkładając wianek na jego głowę z uśmiechem.
- Bardzo ci pasuje... - szepnęłam, a potem zauważyłam jedno...
Mer ukłonił się do mnie, ujął mą dłoń i uchylił lekko swój hełm, całując moją dłoń w geście podziękowania. Zarumieniłam się jeszcze mocniej, a potem odwróciłam głowę. W głowie przeleciało mi tyle myśli... Szczególnie ta, że chciałam ujrzeć jego twarz i chciałam pocałować jego policzek w geście podziękowania. Nie odzywał się, ale mimo to, zawsze czułam się przy nim bezpieczna... Odsunęliśmy się od siebie, a potem usiedliśmy razem na polanie w pobliżu miasta... Było tam pięknie, było tam dużo kwiatów... Przez ten czas zrobiłam jeszcze jeden wianek, który Mer zabrał z moich dłoni i założył mi go na głowę... To była przepiękna chwila.
---
Właśnie, kiedy patrzyłam w hełm Mera, obudziłam się... Otworzyłam lekko oczy, rozglądając się. Ciężko odetchnęłam.
- Lexie... Mer... G-Gdzie jesteście... - szepnęłam.
- Jestem tutaj, księżniczko. - powiedziała nagle moja gwardzistka.
Wolno obróciłam głowę w jej stronę, patrząc na nią nieco zamglonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się bardzo słabo, ściskając bezsilnie jej dłoń. Westchnęłam, aby po chwili spróbować się podnieść. Lexie jednak mnie położyła z powrotem.
- Musisz odpoczywać... - powiedziała.
Zimno nadal było dość... uporczywe. Czułam się tak, jakbym nie miała mojego ciała. Chłód, naprawdę ogromny chłód... Nie wiedziałam w sumie co to miało znaczyć. Przyglądałam się dokładnie mojej gwardzistce, czy jest z nią wszystko w porządku... Bardzo się bałam, czy nikt jej nie skrzywdził. Gdyby tak było, sama bym zabiła tego lub tą, którzy ją skrzywdzili. To byłoby... Jasne, że nikt by nie przeżył. Zrobiłabym wszystko, aby moja rodzina żyłą w spokoju. Westchnęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się do gwardzistki.
- Dziękuję, że tutaj jesteś... Wiesz może, co się dzieje z Merem? Bardzo się o niego martwię. - powiedziałam.
- Niestety, ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka.
Zmartwiłam się... Ale wiedziałam, skąd ona może wiedzieć... Popatrzyłam na miejsce, gdzie leżałam, była to muszla, tak sądziłam przynajmniej. Zauważyłam mojego pupila, który wiernie przy mnie leżał. Zagryzłam lekko wargę, patrząc po chwili na Lexie.
- Dziękuję, że jesteś... - dodałam. - Powinnyśmy porozmawiać z tymi syrenami w pobliżu... Pomogą tobie i mnie... A potem też Merowi... Chcę, aby tutaj wrócił... Chcę, aby był już z nami... Z jego rodziną... - szepnęłam, zamykając oczy. - Uratujmy go, proszę... - dodałam.
(Lexie?)

piątek, 20 marca 2020

Od Lexie do Mirajane

Dziwaczne istoty płynęły coraz szybciej. Najwyraźniej ich ciała przystosowane były do takiego sposobu poruszania się znacznie lepiej od Lexie, która z trudem utrzymywała dystans. Ląd za jej plecami oddalał się coraz bardziej, a rozpościerający przed nią ocean wyglądał ponuro i groźnie. Gwardzistka starała się nie dopuścić do siebie myśli, że jeśli nawet zdoła uciec przez ćmoludźmi zapewne w końcu utonie w tej toni lub zostanie pożarta przez jednego z morskich potworów. Przed oczami przywołała obraz Mirajane. On zawsze dodawał jej sił. Zawsze, nawet w najgorszych sytuacjach myśl, że ma dla kogo walczyć była dla niej największą motywacją. Ona gdzieś tam była, być może nawet już dotarła do podmorskiego pałacu, być może ratunek jest już w drodze...!
  A jednak może było spokojne i jedynym dźwiękiem, jaki słyszała Lexie był narastający chlupot od strony pościgu. Ile tak właściwie już płynie? Myśli kobiety zaczynał się robić mętne. Nie czuła już prawie mięśni, a piekące od soli oczy mimowolnie jej się zamykały. Ale pościg nie ustawał. Stwory jakby zupełnie nie odczuwały tych samych trudów co gwardzistka. Czym one u diabła były? Gwałtownie Lexie poczuła, jak coś chwyta ją za kostkę. Kopnęła na oślep i odwróciła się w wodzie, by stanąć twarzą w twarz w wykrzywioną zwierzęcą furią jadaczką ćmy. Uderzyła i odepchnęła się od niej, jednak ta chwila, gdy została zatrzymana wystarczyła reszcie gromady, by zgromadzić się wokół niej. Kobieta wyjęła nóż. Wyglądał żałośnie mizernie w jej dłoni. Dłonio-odnóża chwyciły ją od tyłu. Wyrywała się, kopiąc i tnąc, co chwila podtapiana znikając pod wodą, by wynurzyć się, gwałtownie łapiąc oddech. Nie miała szans, przeciwnik był zbyt liczny. Jedyne co mogła, to walczyć do ostatniego tchu... 
  Jakby z oddali do uszu gwardzistki dobiegł dźwięk rogu. Gwałtownie przeciwnik, z którym się właśnie szamotała zapiszczał przenikliwie i znieruchomiał. Potem następny. Jak przez mgłę Lexie zobaczyła humanoida o rybiej twarzy. Wyciągał zakończone pazurami palce w jej stronę. Próbowała się bronić, jednak nie miała dostatecznie dużo siły. Ktoś uderzył ją w tył głowy. Zrobiło się zupełnie ciemno.

  Zimne podmuchy wiatru raz po raz smagały twarz Lexie, która z trudem otworzyła zlepione kryształkami soli oczy. Nad sobą widziała liście palmy, osłaniające ją od słońca. Podniosła się powoli z miękkiego piasku plaży, rozglądając wokół. Przed sobą miała turkusową lagunę, ograniczoną przez skaliste ściany, mknące gdzieś ku górze, za sobą zaś prawdziwą junglę, podobną do tych na kartach ksiąg o dalekich krainach. Otrzepała się z piasku i spróbowała sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. Ćmoludzie... ryboludzie... ciemność... plaża. 
  Coś chlupnęło od strony laguny, zwracając uwagę gwardzistki. Do połowy zanurzona w wodzie kanciasta głowa bulgotała o podwójnej powiece wpatrywała się w nią nieruchomo. Gwardzistka w swojej karierze miała szansę już kilka razy widzieć trytona, jednak ich rybie twarze nie wydawały się przez to ani trochę ładniejsze. Podeszłą do niego u przyklękła na piasku przed nim, pochylając się ostrożnie w stronę wody.
- Mirajane do was dotarła? Czy jest bezpieczna? - Lexie niemal wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź. Tryton pokiwał głową. Kobieta odetchnęła. Skoro księżniczka byłą bezpieczna wszystko będzie w porządku.
  Tryton wyciągnął coś z sakwy i wystawił ponad powierzchnią wody do gwardzistki. Lexie przyjęła niewielki przedmiot i obejrzała go zaciekawiona. Stwór zrobił gest, jakby wsadzał sobie coś do gardła. Kobieta przełknęła ślinę. To nie brzmiało jak dobry pomysł. Potem spojrzała na lagunę. Ale dla niej nie było innego sposobu na zejście pod wodę. Bardzo żałowała, że nie miała swojego sprzętu, który zapewne spłonął z całym zamkiem. Zacisnęła pięści i zrobiła, jak tryton radził. I gwałtownie zaczęła się dusić. W naturalnym odruchu próbowała wyciągnąć urządzenie, jednak stwór był szybszy. Wyciągnął ręce i wciągnął gwardzistkę pod wodę. Przez chwilę wyrywała się, nim zrozumiała, że może oddychać swobodnie, a tryton przemawia do niej głębokim, nieco dudniącym głosem.
- Spokojnie, tylko spokojnie, możesz oddychać, ale tylko pod wodą. Twoja pani jest w złym stanie. Nasi medycy nie znają się na ludziach. Będziemy potrzebować twojej pomocy.
  Lexie spróbowała wydać z gardła dźwięk, jednak nie była w stanie, więc tylko pokiwała głową.
- Chwyć mnie za ramiona, najszybciej będzie, jeśli cię będę holować. - Gwardzistka przytaknęła, wypełniając jego prośbę. Tryton upewnił się, że chwyt jest mocny, po czym z dużą prędkością zanurkował w głąb laguny. 
  Kobieta poczuła, jak ciśnienie gwałtownie ściska jej czaszkę, a woda wlewa się wszystkimi możliwymi otworami w nieprzyjemny sposób. Zacisnęła zęby i skupiła się na wyłaniających się z ciemności kształtach pałacu. Tryton przeholował gwardzistkę do jednego z wejść, potem przez kilka sal i zwolnił dopiero przed bogato zdobionym łukiem.
- Jest w środku - oznajmił, a Lexie pokiwała głową i wykonała coś na kształt ukłonu, mając nadzieję, że wyrażał wdzięczność. Przepłynęła przez drzwi. Pomieszczenie było dość obszerne, a na jego środku, na czymś, co wyglądało jak kolosalna muszla leżała nieruchomo Mierajane. Hares leżał obok, wtulony w jej ramię. Oboje znajdowali się w niewielkim bąblu powietrza, utrzymywanym chyba głównie przez sklepienie muszli, choć Lexie była przekonana, że jego pojawienie się było dziełem księżniczki.
  Poza nią była tam jeszcze dwójka syren, czuwająca przy pacjentce oraz ciężkozbrojny tryton. Kobieta podeszła do tych pierwszych, którzy na jej widok podnieśli głowy. Jeden z nich był jasnozielony i wyglądał na młodego, zaś drugi barwy ciemnego lapisu, a część jego płetw była postrzępiona. Jego oczy zachodziły nieco mgłą i to do niego gwardzistka postanowiła się zwrócić.
- Jak ona się czuje, panie? 
- Oddycha ciężko, jest gorąca, bardzo gorąca. - cichym, powolnym głosem odparł syren. - A jednocześnie jej ciało zamarza. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie jestem w stanie nic zrobić.
  Lexie przygryzła wargę. Otworzyła usta. Zamknęła je. Wyciągnęła telepatyczną mackę do starego syrena. Nie zareagował. Za to młody jego towarzysz drgnął i spojrzał zaskoczony na gwardzistkę.
- Ktoś inny, kto mógłby jej pomóc? Może ten szaleniec z Ucurum Taxi? - zaproponował, za co został zdzielony przez starszego płetwą w łeb.
- To zbyt niebezpieczne, w tym stanie nie zdołają nawet do niego dotrzeć. - Syren rzucił spojrzenie na Lexie i nieco nerwowo wypuścił kilka baniek powietrza z skrzeli. - Co? Chcesz to zrobić? To wielkie ryzyko i dla ciebie i dla pacjentki.
  Kobieta jednak wyglądała na zdecydowaną. Podeszła do skraju bańki i powoli przeniknęła przez niego, wstrzymując oddech. Ostrożnie wydobyła urządzenie z gardła, wypluwając przy okazji nieco wody. Uklękła przy muszli Mirajane i chwyciła ją za dłoń. Była lodowata. Od razu poczuła, jak magia okrywająca księżniczkę przepływa przez nią i sypie się w drobnym pyle na ziemię. Księżniczka powoli otworzyła oczy.
(Mirajane?)