niedziela, 1 listopada 2020
Od Lexie do Mirajane
wtorek, 20 października 2020
Od Mirajane do Lexie
Rozumiałam wewnętrzne niezadowolenie Lexie. Gdzieś głęboko wiedziałam, że cierpi z powodu odrzucenia mojej miłości. No ale to nie moja wina... Tak wybrało moje serce i tego będę się trzymać. W porównaniu do innych zauroczeń, uczucie do Mer wydawało się być bardzo silne, potężne, zupełnie jak żadne inne. Podobało mi się to. Lubiłam to uczucie, jakie było w moim sercu, uczucie silnej miłości, uczucie, że jest ktoś na świecie z kim chciałabym spędzić resztę swojego życia. Mer. Idealne stworzenie świata. Nie ważne kim był pod spodem... Człowiekiem, potworem, orkiem, golemem, wróżką, wilkołakiem, czy wampirem. Mógł być nawet bestią. Miałam zamiar go kochać, ponad wszystko. Zależało mi, aby być z nim szczęśliwym. I do tego dążyłam. Aby Mer pokochał mnie, a potem razem założyć piękną rodzinę. Rodzina w której też znajduje się kochana Lexie. Ile ja bym dała, aby się ułożyło tak samo, jak sobie wyobrażałam...
I wtedy właśnie, weszłam do sali, gdzie rozbiegał się ślubny marsz... Powoli kroczyłam w stronę ołtarza, a do mnie dołączyła Lexie. Ujęła moje ramię, prowadząc mnie powoli do przodu. Uśmiechnęłam się pod welonem, a moja biała, piękna, długa suknia kroczyła razem ze mną. Uśmiechałam się, trzymając błękitne kwiaty w dłoni, a moje spojrzenie było ulokowane w zbroi. Zbroi z którą miałam zamiar wziąć ślub. Miałam zamiar zostać jego żoną, kochać go i być zawsze obok...
Otrząsnęłam się po chwili i uśmiechnęłam się cała czerwona. Pogłaskałam jednak włosy Lexie i westchnęłam cicho.
- Pójdę porozmawiam z doktorem. Może coś z nim porobię, może uda się mu nam pomóc. Gdybyś mnie potrzebowała, daj mi proszę znać. - powiedziałam, a po chwili wstałam.
Ruszyłam lekkim krokiem do doktorka, jaki stał przy stole i coś kombinował. Wlewał różne substancje do dużej zlewki, widocznie znowu eksperymentował. Zawsze pragnęłam takiego wyposażenia w swoim laboratorium. Ile ja bym za to dała... Jednak problemem byli przewrażliwieni rodzice. Zdałam sobie sprawę, że teraz rodzice nie żyją. I naprawdę jestem sama i muszę sobie poradzić. To będzie ciężkie zadanie.
- Doktorze, mam kilka pytań. Jeżeli jest osoba zakażona, jakąś dziwną chorobą, na czym powinnam się skupić, aby wynaleźć lek? Nigdy o tym nie przeczytałam, ale czy jest eliksir, który pomoże kogoś namierzyć? No i oczywiście, czy użyczyłbyś nam swojej pomocy przy odzyskaniu Leoatle, na przykład zaopatrzył nas w eliksiry potrzebne do walki i wyleczenia ran... - powiedziała Lexie, wzdychając cicho.
(Lexie? ^^ <3)
Od Lexie do Mirajane
poniedziałek, 19 października 2020
Od Mirajane do Lexie
Nie chciałam pozwolić, aby dla Lexie stała się krzywda, kiedy wstała, więc próbowałam ją zatrzymać. Nie wiedziałam czemu, ale poczułam od niej... Chłód. Taki sam chłód jaki ja wydzielałam dla obcych pod wpływem klątwy. Zupełnie, jakby moja gwardzistka chciała się ode mnie oddalić. Ale ja... Ja nie chciałam na to pozwolić. Nie mogłam pozwolić, aby się odsunęła. Co z tego, że powinnyśmy być złączone tylko węzłem pracy. Bardzo mi na niej zależało, była dla mnie jak siostra, jak najbliższa osoba jaką kiedykolwiek miałam. Zauważyłam, że zachowuje się niczym na musztrze w zamku, a potem wykrzyczała te piękne słowa od których w moich oczach zajaśniały łzy. Wspaniała i wielka? Nie byłam wcale ani wspaniała, ani wielka. Byłam nikim, w końcu nie uratowałam mojego kraju, nie zrobiłam prawie nic...
- Lexie... Ale to nie jest prawda... Ja wcale nie... - powiedziałam, ocierając łzy.
Popatrzyłam na nią. Była tak pewna tego co powiedziała, była z tego dumna i chciała wyznawać, że byłam taka, jak powiedziała. Ona zawsze myślała, że jestem cudowna, ale tak nie było. Narobiłam dużo bałaganu, więcej niż mogła sobie wyobrazić. Podeszłam do niej i złapałam jej dłonie, aby przestała salutować. Uśmiechnęłam się do niej, po czym po prostu przechyliłam głowę na bok.
- Dobrze wiesz, że jesteśmy na ty, dobrze wiesz, że jesteśmy blisko. Nie łączy nas praca, ale głębszy węzeł. Łączy nas przyjaźń, Lexie, łączy nas to, że oby dwie chcemy ochronić siebie nawzajem... I ja chcę ochronić też ciebie. - powiedziałam, kładąc dłoń na chitynie, jaka odstawała na jej skórze. - Jak się tym przejmujesz... Nie musisz. Dla mnie zawsze będziesz tą silną gwardzistką, która chroni mnie od złego i zawsze się mną opiekuje, bardziej niż ktokolwiek inny. Będziesz zawsze moją bohaterką... Moją i tylko moją. - dodałam, aby znowu ją objąć czule.
Moje ciało nadal wydawało się być nieco zimne, ale gdzieś z głębi, buchało z niego gorącem. Teraz moim celem było przeżyć dla Lexie oraz dla Mer. Dla nich. Potem odzyskać nasz zamek, nasze królestwo... Wtuliłam się mocniej w moją gwardzistkę i zamknęłam mocno oczy... Gdyby nie to, że kochałam kogoś innego... Na pewno pokochałabym ją...
Przepraszam cię Lexie... Ale naprawdę kocham Mer... I chcę z nim być, pomimo wszystko... Będziesz dla mnie bliska... Zawsze. Na zawsze.
Wierzyłam, że ona pomoże mi odnaleźć mojego ukochanego. Wtedy będziemy razem, nie pozwolę mojemu drugiemu gwardziście się od nas oddalić. Musiałam zacząć być liderem. Musieliśmy osiągnąć nareszcie coś więcej, niż latanie po królestwach. Trzeba było odzyskać Leoatle, ale wpierw, trzeba było odnaleźć mojego rycerza, abyśmy urośli w siłę.
- Lexie, jak wypoczniesz, wyruszymy na poszukiwanie Mer. Potem musimy spytać okoliczne miasta i królestwa, aby użyczyły nam pomocy w walce. Odzyskamy nasz dom. Potem ukoronuję się i zajmiemy się wszystkim od środka... - powiedziałam z powagą. - Musimy odzyskać Leoatle. Musimy odzyskać nasz dom, wywalczyć go i pojmać wszystkich zakażonych. Znajdę lek, aby ich wyleczyć z tego świństwa.
(Lexie? ^^)
Od Lexie do Mirajane
niedziela, 11 października 2020
Od Mirajane do Lexie
Widziałam, że Lexie nad czymś uciążliwie myślała. Pogłaskałam lekko jej włosy, w końcu, zależało mi, aby czuła, że ciągle, ale to ciągle czuła, że jestem obok i bardzo ją wspieram. Uśmiechnęłam się lekko, po czym przechyliłam głowę na bok, gdy nagle się lekko podniosła. Chciałam ją powstrzymać, ale moja gwardzistka odtrąciła moje dłonie. Przełknęłam nerwowo ślinę, czy to znaczyło, że wiedziała, że ją oszukałam? A może jest na mnie o coś zła? Lexie odtrącała moje dłonie tylko wtedy, kiedy była zła lub była bardzo poważna. Popatrzyłam na ponurą twarz mojej przyjaciółki, mojej rodziny, nieco zestresowałam się nawet, bo nie zawsze odczuwałam taki chłód od kogoś mi tak bliskiego.
- Lexie...?
- Zabiłam króla i królową. - nagle oznajmiła. - Zgodnie z prawem Leoatle coś takiego karane jest śmiercią.
Te zdanie uderzyło we mnie jak piorun. Wiedziałam, że mama i tata nie żyją, ale nie sądziłam, że to Lexie ich zabiła. Odsunęłam lekko od niej dłonie oraz spuściłam nisko wzrok. Nie wiedziałam co mam zrobić. Dłonie zaczęły mi drżeć, a oddech bardzo mi przyśpieszył. Zamknęłam mocno powieki, po czym zaczęłam płakać. Po prostu zalałam się bardzo mocno łzami, kładąc lodowate ręce na swojej twarzy. Krzyknęłam po chwili, a wokół mnie lekko rozlała się chłodna aura. Eliksir od doktora pomógł, moja klątwa nie wywoływała takiego zamieszania jak kiedyś, po prostu w całym pomieszczeniu zrobiło się zimno. Płakałam, krzyczałam, a spływające po moich policzkach łzy od razu zamarzały. Nie sądziłam, że te słowa tak mną wstrząsną. Poczułam jednak po chwili, jak Lexie mnie obejmuje i przytula do swojego ciała. Była zawsze taka ciepła. Wtuliłam swoją twarz w zagłębienie jej szyi, musiałam się wypłakać, aby powiedzieć coś sensownego...
Po około kilkunastu minutach, mój płacz się uspokoił, a wszelkie zimno w pomieszczeniu nieco się rozwiało poprzez otwarte okno. Było ciepło na zewnątrz, więc szybko zaczęło się tam ogrzewać. Lekko podniosłam głowę, odsuwając się nieznacząco od Lexie, tylko na tyle, aby móc spojrzeć jej w oczy. Pogłaskałam policzek mojej przyjaciółki, po czym położyłam dłoń na jej dłoni.
- Nigdy bym ciebie nie zabiła, ani nie ukarała karą śmierci... Taka prawda, że moja mama... To nie była już moja mama... Opętało ją, podobnie jak tatusia... Zabiłaś ich, fakt, ale to nie byli prawdziwi król i królowa. Stali się potworami. Teraz ja, jako pierwsza w kolei do tronu, obejmę władzę. W dość młodym wieku, ale dam radę. Pomożesz mi ty, zostaniesz moim doradcą, ale nadal będziesz moją gwardzistką. Bardzo mi zależy, aby mimo wszystko, ty i ja zawsze były razem. Jesteś dla mnie naprawdę bardzo bliska... I będę pielęgnowała twoje poświęcenie. Ukryję je. Powiadomię lud, iż król i królowa byli zabici przez łowcę potworów, który nie przedstawił się i był zamaskowany... - powiedziałam to bardzo cicho, wręcz powiedziałam to prosto w usta Lexie, aby lekarz jaki był w tym samym pomieszczeniu mnie nie słyszał.
Uśmiechnęłam się, bardzo doceniałam poświęcenie mojej przyjaciółki. Rozumiałam, że zrobiła to w mojej ochronie i ochronie królestwa. Miałam zamiar ją usprawiedliwić... Nawet gdyby chciała zrobić to specjalnie... Nigdy nie dałabym jej zabić. Za bardzo mi na niej zależało.
(Lexie?)
Od Lexie do Mirajane
- Już u niego jesteśmy, Lexie - oznajmiła cicho, z lekkim uśmiechem.
piątek, 25 września 2020
Od Mirajane do Lexie
- Życie bez mojej pani byłoby cierpieniem - wymamrotała po chwili Lexie. - Nie pozwolę, by moją panią spotkało to samo co Peikaeo. Magia nie odbierze mi kolejnej osoby, którą kocham. Nie ważne co się ze mną stanie, moja pani przeżyje. A potem znajdę Mer. - gwardzistka przestała zwracać się już nawet do mnie.
Mówiła gdzieś w powietrze, nie kierowała do mnie twarzy. Byłam przerażona jak nigdy. Trzymałam blisko siebie Lexie, zupełnie jakby zaraz ktoś miał mi ją odebrać. Ucałowałam kilka razy jej policzki z nadzieją, że poczuje się lepiej. Myślałam, że wtedy spojrzy na mnie, że uśmiechnie się i powie, że jest już lepiej. Jednak tak się nie stało. Wyglądała na bardzo słabą, była blada, a jej wzrok... Wzrok wydawał się uciekać ciągle w innym kierunku, jakby nie miała władzy w swoim ciele. Co ja znowu narobiłam. To wszystko to była moja wina. Moja i mojej egoistycznej momentami natury. Zawsze każdego ranię... Szybko ubrałam ją w jej spodnie oraz buty, aby nie zamarzała.
- Ona go kocha. Kocha tak, jak nigdy nie będzie kochała mnie. Nieważne. Nie jestem nawet warta jej miłości. Usunę się w cień, będę przy niej i dopilnuje, by magia jej nie zniszczyła. Będzie szczęśliwa z tym, z kim chce być szczęśliwą.
Słysząc te słowa, moje serce zabiło mocniej. W przerażeniu patrzyłam, jak chwilę potem wybełkotała kilka ostatnich słów. Zaczęła majaczyć, przez co wiedziałam, że nie jest z nią dobrze. Pocałowałam czule jej czoło, wtulając ją w siebie. Wstałam razem z Lexie, po czym usiadłam na grzbiet Haresa. Ułożyłam gwardzistkę tak, abym miała ją przed sobą, objęłam ją i dłońmi złapałam się futra Discorda. Zwierzę machnęło skrzydłami i wyleciało znowu do góry. Ja z kolei ułożyłam głowę strażniczki na swoim ramieniu. Delikatnie całowałam jej skroń, aby czuła, że jestem obok niej. W oddali powoli można było dojrzeć wieżę, w jakiej prawdopodobnie znajdował się lekarz. Odetchnęłam, kładąc policzek na głowie Lexie.
- Zaraz będziesz zdrowa, obiecuję ci to. - szepnęłam.
Lexie miała rację. Nie mogłam jej pokochać, tak, jak pokochałam Mera. Moje serce w całości należało do silnego rycerza, jaki był dla mnie bardzo, ale to bardzo bliski. To jednak nie sprawiało, że nie kochałam gwardzistki. Była dla mnie jak najbliższa siostra. Jak przyjaciółka, na którą zawsze mogłam liczyć. Żałowałam jednak, że nie mogłam odwzajemnić jej uczucia. Na pewno byłaby wtedy szczęśliwa, a wtedy... Wtedy by mogły być szczęśliwe we dwie... No ale przeznaczenie chciało inaczej. Pokochałam Mer. Obiecałam jednak sobie jedno. Będę dla niej zawsze najbliższą osobą. Zawsze będę obok niej i zawsze będę dawała jej to, czego potrzebuje. To był mój plan na przyszłość.
Minęło kilka chwil, a Discord wylądował na ziemi przed wieżą. Rozejrzałam się lekko, biorąc Lexie na barana. Cóż, to było trudne, nie byłam przyzwyczajona do noszenia kogokolwiek. Jednak dla niej dam radę zrobić wszystko, nawet przenieść góry. Hares zmniejszył się nieco, a łebkiem podtrzymywał jedno z ud Lexie, pomagając mi ją nieść. Drzwi do wieży otworzyły się samoistnie, kiedy podeszłam w tamtym kierunku. Nieśmiało weszłam do środka i rozejrzałam się. Zaczęłam wchodzić po schodach z pomocą Discorda. Minęło kilka dłuższych chwil, a wtedy znalazłam się na górze wieży. Na samym czubku były drzwi, więc zapukałam, a po kilku sekundach otworzył nam mężczyzna w dość młodym jak na lekarza wieku. Miał blond włosy, a na jego ciele leżał biały kitel, który był rozpięty i ukazywał zieloną koszulę w paski. Na oczach miał okulary z zielonymi szkłami, które błysnęły, kiedy zdejmował je z twarzy.
- A kogo ja widzę. Księżniczka Mirajane? - powiedział.
- Zna mnie pan? - zapytałam zaskoczona. - Tak, w każdym razie. To ja. Potrzebuję pilnej pomocy. Moja gwardzistka... - zaczęłam, ale nie zdążyłam skończyć.
Doktor wciągnął nas do pokoju, biorąc Lexie na ręce. Położył ją na kozetce i obejrzał pod lupą, jaką miał w kieszeni białego, choć nieco poplamionego dziwnymi substancjami, kitla. Przyglądał się mojej strażniczce bardzo dokładnie, jakby badał każdy milimetr jej skóry. Potem odszedł od niej, biorąc ze szklanej gablotki fiolkę o niebiesko-fioletowym kolorze. Otworzył usta Lexie i wlał jej kilka kropel cieczy do ust. Wyrwał dwa liście z małej szklarenki na jego biurku i też wsadził jej to do ust.
- Zaraz się obudzi. A ty panienko? Też nie wyglądasz najlepiej. - powiedział, biorąc swoją lupę.
Zaczął mnie oglądać, podobnie jak oglądał wcześniej gwardzistkę. Rzeczywiście, najmniejszy fragment mojego ciała został przez niego dokładnie obejrzany. Podobnie jak wcześniej, wyjął kolejną fiolkę, tym razem błękitno-czarną, podając mi ją.
- Magia Lodu. Jednak już nie ta książkowa, a taka zaklęta głęboko w tobie, księżniczko. Powiem ci szczerze, jeszcze kilka tygodni bez leku, a zginęłabyś w ogromnych męczarniach. Wpierw wnętrze zamarza, potem zewnętrzne części, a na końcu, powoli przebijają cię od środka lodowe kolce. Zdarzało się też, że ciała pod klątwą Lodu wybuchały, no ale nie wiadomo co by się z panienką stało. To co ci dałem, hamuje rozwój klątwy, nie eliminuje jej. Dam ci przepis na eliksir. Dzięki temu będziesz mogła normalnie żyć, normalną ilość czasu, a śmierć nie będzie tak bolesna, moja pani. - powiedział.
Usiadł do biurka i zaczął pisać coś na pergaminach. Podejrzewam, że zapisywał mi cały przepis na eliksir. Podeszłam do mężczyzny.
- Czy moja gwardzistka przeżyje? - zapytałam.
- Oczywiście, że tak. Nie stało się nic złego. Potrzebuje odpoczynku. Pozostańcie tutaj dwa dni, a wszystko wróci do normy. - odpowiedział mi doktorek, wracając do zapisek.
Odetchnęłam, siadając obok Lexie. Złapałam jej dłoń i położyłam ją na swój policzek. Zamknęłam oczy, wpatrując się w zmęczoną twarz mojej strażniczki. Jedną ręką pogłaskałam jej policzek, a potem ucałowałam jej czoło.
- Wybacz mi za wszystko Lexie... - szepnęłam do niej, głaszcząc bardzo delikatnie jej włosy. - Od teraz będę bardziej o ciebie dbała. Będę więcej myślała o tobie i o tym jak się czujesz. Nigdy więcej nie będę egoistką... - nadal mówiłam bardzo cicho.
Liczyłam, że zaraz się wybudzi po lekach, jakie podał jej blondwłosy mężczyzna.
(Lexie?)
środa, 23 września 2020
Od Lexie do Mirajane
Od Mirajane do Lexie
Stałam pośród zielonej polany, okrytej kolorowymi kwiatami. Słońce kuliło się ku zachodowi, a ja stałam i patrzyłam w horyzont. Zamknęła lekko oczy. Ciepła, orzeźwiająca mnie bryza, muskała moje policzki oraz resztę twarzy, powodując, że blond kosmyki moich włosów, wpadały delikatnie do moich oczu. Uśmiechnęłam się mimo to. Zarumieniłam się dość mocno, odchylając lekko głowę do tyłu. Poczułam, jak spoczywa ona na czyimś silnym ramieniu. Ciepłe, męskie dłonie objęły mnie w pasie, przyciągając delikatnie do siebie. Uśmiechnęłam się lekko i dotknęłam uzbrojonego przedramienia kogoś, kto sprawiał, że czułam się prawdziwie wolna. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam, że miałam lekko wypukły brzuch. No tak... W mojej wizji zawsze widziałam, że ja i Mer będziemy szczęśliwą rodziną. Wymarzyłam, że chciałam mieć z nim dzieci, chciałam żyć z nim z dala od królewskich luksusów, w miejscu, gdzie będziemy mieli dostatek, ale też spokój od obowiązków monarchy. Tak... Tak właśnie widziałam siebie. Widziałam też, że Lexie na zawsze pozostałaby z nami. Jako moja siostra i ciocia dzieci...
- Mer... - szepnęłam znowu, uśmiechając się lekko do siebie. - Teraz jest idealnie, prawda...?
Ostatnie co widziałam w moim świecie, była jasna twarz ukochanego, a potem czuły pocałunek, jaki sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Dziękuję ci Mer... Bądź przy mnie zawsze.
___
Po długiej chwili odmętnych myśli o przyszłym wspólnym może życiu z moim ukochanym, wybudziło mnie kapanie krwi. Słyszałam opadające raz co raz ciężkie, czerwone krople. Jedna z nich właśnie znowu uderzyła o coś. Przerażona się rozejrzałam. Byłam w dżungli, na Discordzie, a przede mną była Lexie, jaka była cała zakrwawiona. Odwróciłam słabo głowę, a tam ujrzałam goniącą nas wściekłą pumę. Bodajże to była puma. Mój wzrok nadal był zamglony, przez co niespecjalnie wiedziałam co się działo wokół mnie. Jęknęłam z bólu, czując ścisk w ciele. Moje oczy przewróciły się, zupełnie jakbym miała znowu zemdleć, jednak na szczęście to się nie stało i szybko ocknęłam się z tego dziwnego stanu. Objęłam mocno Lexie w przerażeniu, że zaraz spadnę. Zaczęłam nagle krzyczeć. Sama nie wiedziałam dlaczego wrzeszczałam, dlaczego moje ciało całe drżało, dlaczego czułam się, jakbym zaraz miała umrzeć. Zaczęłam płakać. Po prostu po moich bladych policzkach popłynęły łzy. Objęłam mocniej gwardzistkę, wtulając się w jej plecy.
- Lexie... Boję się. - szepnęłam niczym małe dziecko. - Nie chce umierać... Ja nie chcę. - powiedziałam głośniej, po czym zacisnęłam blade dłonie na jej talii.
Po chwili jednak Discord z całej siły uderzył ogonem w pumę, która w porównaniu do mojego pupila była o wiele mniejsza. Prawda była taka, że w czasie ich ucieczki, Hares powiększał się co chwilę, aby uratować ważne mu osoby. Nie powinien, ale wiedział, że musiał uratować właścicielkę jak tylko mógł. Kiedy drapieżnik padł oszołomiony na ziemię, białe stworzenie zwolniło, kładąc się, potrzebował chwilowo odpoczynku, aby jego energia z powrotem wróciła do ciała. Biały królikopodobny ciężko oddychał, ale po chwili jego oddech się uspokoił. Podniosłam się, lekko puszczając ciało ciężko dyszącej Lexie. Popatrzyłam na nią.
- Co się stało? Czy ja... Czy to ja ci zrobiłam? - powiedziałam w przerażeniu, dotykając jej ramion oraz nogi. - Czy to ja ciebie tak skrzywdziłam, znowu...? - dodałam jeszcze, czując jak trzęsą mi się ręce.
Zabrałam od niej dłonie i odsunęłam się po chwili. Cofałam się, patrząc na moje dłonie, aż wreszcie potknęłam się o korzeń i upadłam na ziemię, patrząc się nadal na narzędzia zbrodni, jakimi ostatniego czasu narobiłam wiele złego. Źrenice mi się zwężyły, ciało zadygotało w kolejnej partii przerażenia i strachu przed samą sobą. Z moich palców zaczęła wydobywać się magia, a pode mną zaczęła zamarzać lekko ziemia, trawa i pobliska kora drzewa. Rozejrzałam się, patrząc na to co znowu narobiłam. Po policzkach pociekło mi więcej łez.
- Nie, to nie możliwe. Ta magia... Miałam pomagać, a nie niszczyć... Lexie... Ja znowu niszczę, a nie naprawiam... - powiedziałam, patrząc na moją gwardzistkę.
Strażniczka popatrzyła na mnie, jednak po chwili zauważyłam, jak idzie w moją stronę. Jej wzrok zawsze był spokojny, wydawał się nawet lekko zmartwiony o mnie. Co jednak ja zrobiłam? W przerażeniu krzyknęłam, łapiąc się za głowę i skuliłam się. Wokół mnie powstały lodowe kolce, które odgrodziły mnie od gwardzistki. Cała drżałam, ciągle po moich policzkach płynęły łzy.
- Nie podchodź! Nie! Nie mogę ciebie krzywdzić! Przeze mnie ciągle cierpisz! Ciągle musisz mnie ratować! Ciągle patrzysz, jak ja niszczę swoje i twoje życie! Dlaczego ja się zgodziłam na to, aby ktokolwiek mnie pilnował! Powinnam odpowiedzieć za grzechy jakich się dopuściłam! Powinnam... Powinnam zapłacić życiem za cierpienie jakie sprawiłam tylu ludziom... Mama, tata... Rodzeństwo... To przeze mnie. to na pewno przeze mnie straciłam ich wszystkich. Nie mam nic. Mam tylko magię, której się boję. Którą sama przyjęłam do mojego ciała z nadzieją, że będę mogła naprawiać. A tak naprawdę? Tak naprawdę wszystko niszczę i ranię innych! Ty cierpisz! Discord cierpi... A Mer... Mer zniknął, znowu... Dlaczego go nie ma... Tak bardzo chcę, aby był obok mnie! - krzyknęłam, po czym zalałam się łzami.
Na niebie zebrały się szare, wręcz ciemnoszare chmury. Ułożyły się tak, aby ani kawałeczek słońca nie oblał lasu w jakim znajdowałam się ja i moja gwardzistka. Chwilę później, zaczął padać śnieg, a ten chwilę potem przemienił się w wichurę śnieżną. Ja zalewałam się nadal płaczem, a wiatr wzmagał na sile, sople wokół mnie wydawały się zaostrzać, a szron pode mną i na drzewie wydawał się zmieniać w prawdziwy lód.
- Zniszczyłam życie wszystkich ludzi! To moja wina! - krzyknęłam.
Zaraz potem uciszyłam się. Wichura lekko ustąpiła, a lodowe sople znowu wydawały się być jak galareta. Uniosłam głowę do góry, patrząc na padający z nieba śnieg, na zabielające się korony drzew. Zamknęłam oczy, czując łzy w oczach. Wizja mnie i Mera, naszej rodziny zaczęła przeciekać mi przez palce. Przez to co robiłam, nigdy to się nie spełni.. Ból w moim sercu się ciągle wzmacniał.
- Sama dojdę do tego doktora. Lexie, nie musisz tu zostawać. Przeze mnie za wiele osób cierpiało i nie chcę abyś ty też zmarnowała sobie życie u mojego boku. Jestem śmiercią. Uosobieniem śmierci. Każdy kto jest obok mnie, cierpi, umiera... Nie pozwolę, aby tak bliska osoba jak ty również cierpiała... - szepnęłam, a potem uśmiechnęłam się sama do siebie. - Jestem jak ostatni płatek śniegu... Inny niż reszta, zawsze opadający na ziemię samotnie. A potem... Potem łączę się z tłumem, znikając pośród niego... A zaraz potem, kiedy opadnę, reszta zaczyna się topić. Zaczyna ginąc w ziemi pod postacią wody. - szepnęłam, po czym popatrzyłam na Lexie. - Tak mi na tobie zależy... Nie chcę ciebie nigdy utracić na zawsze. Zawsze będziesz w moim sercu. Tam będziesz bezpieczna jako myśl. Ciałem nigdy nie będziesz bezpieczna obok mnie... Wybacz mi, Lexie... Za bardzo się boję, aby pozwolić ci iść dalej. - dodałam.
(Lexie?)
wtorek, 22 września 2020
Od Lexie do Mirajane
Od Mirajane do Lexie
Od Lexie do Mirajane
poniedziałek, 21 września 2020
Od Mirajane do Lexie
Odleciałam ponownie w krainę, gdzie moje marzenia oraz wszelkie wydarzenia sklejały się w jedno, tworząc niesamowitą arkadię. Przepiękne miejsce, gdzie magia była bezpieczna, a cała moja rodzina żyła, obok miałam gwardzistów, których pokochałam całym sercem. Ja i Lexie w czasie lotu chyba oddałyśmy się swoim myślom... Ostatnia świadoma rzecz jaką zrobiłam, było uśmiechnięcie się i uściśnięcie dłoni mojej najdroższej strażniczki. A potem... Potem świat stał się taki, jaki chciałam, aby się stał. Moja głowa opadła na ramię uzbrojonej, a ja z uśmiechem odpłynęłam w krainę czarów. Ta utopia w jakiej się znalazłam, sprawiała, że chciałam dalej żyć. Że chciałam prowadzić więcej eksperymentów z magią, wzmacniać moją siłę. Gdy nagle poczułam lekki wstrząs, kraina zaczęła... Się kruszyć. Stanęłam nagle pośrodku niczego, a jedyne co słyszałam to szum śniegu oraz ciche pękanie lodu. Gdy ruszyłam nogą, ziemia pode mną się rozpadła, a ja zaczęłam spadać. Spadać w głąb ciemności. Zrobiło mi się zimno, całe moje ciało zaszroniło się, a ja w przerażeniu zaczęłam dygotać zębami. Nie wiedziałam, że poza moim umysłem, Lexie potrzebowała mojej pomocy. Mimo to... Po chwili zawiesiłam się w powietrzu, czując jakby wielka, gruba lina mnie tam złapała, łamiąc moje kości kręgowe. Poruszyłam jednak palcami, a wtedy wydobyła się z nich moja magia. Zaczęła mnie oplatać, a kiedy otworzyłam znowu oczy, stałam na śnieżnej pustyni, wiatr smagał moje policzki, a ja? Ja stałam bezruchu. Moje nogi były przyklejone przez lód do ziemi, byłam nienaturalnie wygięta, dłonie wisiały tragicznie w powietrzu, a moja twarz...? Moja twarz była zakrwawiona, przez to, że wystawały z niej potężne sople lodu. Nie dałam rady się wybudzić... Nie wiedziałam w ogóle co się dzieje. Dlaczego ja... Czułam się tak martwa...?
___
Discord z ogromnym trudem starał utrzymać się w powietrzu. Jednak bardzo opornie mu to szło. Po chwili jednak, złapał się ogonem drzewa, dzięki czemu opadł wreszcie na ziemię, pośród gęstwiny drzew. Położył się, aby Lexie spokojnie mogła zdjąć księżniczkę z jego pleców. Nie mogła dalej podróżować... Jej ciało znowu było lodowate, całe zaszronione, a oczy...? A jej oczy były otwarte, jednak pokryte podobnie jak ciało szronem. Mirajane leżała prawie, że bez ducha, choć wydawała się żyć. Wydawało się, że znowu jej duch został zamknięty głęboko w lodowej pokrywie. Hares nie wiedząc zbytnio co innego może zrobić, otulił gwardzistkę oraz swoją właścicielkę swoim dużym, ciepłym ogonem i położył się. Uniósł jedno skrzydło i zakrył nimi obie kobiety. Wiedział, że tylko Lexie mogła pomóc w tej chwili jego pani. Całkowicie jej zaufał. Ciało blondwłosej piękności leżało martwe. Jej blade, ale pełne usta były uchylone, a co bardzo długi odstęp czasu, wypadał z nich mały dymek pełny śniegowych płatków. Na skórze kobiety zaczęły pojawiać się pierwsze lody... Jeżeli nic nie zrobią... Zamarznie.
___
Nadal wisiałam w powietrzu, w ogromnej, pustej gęstwinie niczego. Nie dałam rady mówić, nie dałam rady się ruszyć i nie dałam rady się odezwać ani słowem. Zupełnie jakby ktoś wyrwał mi język z ust, a nerwy oraz mięśnie z ciała. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć. Patrzeć na ciągle opadającą wichurę śnieżną, na białą pustynię, na zacienione niebo, bez śladu słońca. Po prostu stałam. Zdałam sobie sprawę, że to musiało być moje serce. Puste serce, samotne i bez kogokolwiek, kto umiałby mnie wyzwolić z tego okropnego miejsca. Po mym zlodowaciałym i poranionym policzku spłynęła łza, jaka jednak po chwili zamarzła, zostawiając kryształ na mej twarzy. Kiedy tak stałam, zdałam sobie sprawę, że byłam zamknięta we własnej duszy, przez własne zaklęcia, którymi chciałam przysporzyć się ku pomocy społeczeństwu. Nie wyszło jednak tak, jak chciałam, aby wyszło.
Po chwili, lód u moich stóp zaczął rosnąć i przerodził się w wielką, lodową wieżę, na której czubku, między kratami, byłam uwięziona ja. Moja dusza.
Wydawało mi się, że mijały godziny, dnie, tygodnie... A tak naprawdę, minęło kilka minut. Ten stan się nie zmieniał, nadal stałam pośród niczego. Mój słuch jednak wyostrzył się, słyszałam kroki na białej pustyni. Dwie osoby, idące w moją stronę. Dwie osoby, jakie mogą wyzwolić mnie z tego okropnego miejsca. Już chciałam wyjść. Miałam dość tego miejsca, chciałam być wolna. Chciałam nadal być księżniczką, chciałam znowu być obok mojej pary gwardzistów. Poczułam, jak wieża zaczyna pokrywać się kolcami. Nie chciała pozwolić, aby ktoś mnie uwolnił z tego więzienia. Zaczęłam bezgłośnie krzyczeć. Bezgłośnie błagać o pomoc. Jedynie to mogłam... Moja magia przejęła nade mną kontrolę. Jednak co ja mogłam począć, tylko dzięki magii byłam wyjątkowa. Nagle poczułam.
Poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nagłe ciepło. Ktoś objął mnie od tyłu, obdarzając mnie niesamowitym uczuciem spełnienia, ciepła i miłości. Zamknęłam oczy, a moje dłonie poruszyły się. Zaraz potem u moich stóp lód zaczął topnieć, a razem z nim wieża, która zniknęła zaraz potem. Zza ciemnych chmur wyszło słońce, a ja mogłam czuć i mówić.
- Kto...? - szepnęłam.
Kiedy się odwróciłam, ujrzałam Mera. Tak, myśl o tym mężczyźnie wyzwalała moje wszelkie uczucia. Każdą lodową kajdanę mógł zerwać on. Każdą kłódkę na moim sercu mógł otworzyć tylko on. Bo ma klucz. Klucz do mojego ciała, duszy i serca. Uśmiechnęłam się lekko, zdejmując hełm z jego głowy. Jego twarz była blada, ale tak jasna, że nie ujrzałam jego lica. Nie obchodziło mnie to jednak. Ujęłam jego policzki, składając na jego ustach delikatny, ale czuły pocałunek... Tego moje serce pragnęło. Pragnęło, aby Mer zawsze był obok.
___
Tymczasem poza umysłem księżniczki działo się coś innego. Mirajane, w całkowitej nieświadomości, ujęła policzki Lexie, składając na jej ustach pocałunek. Nadal była zimna, nadal była zaszroniona, nadal wydawało się, że jej oczy pokrywała warstwa śniegu. Jednak coś się zmieniło. Jej serce zaczynało z powrotem normalnie bić. Gładkie dłonie księżniczki czule pogłaskały policzki gwardzistki, a po chwili blondwłosa opadła w ramiona Lexie, spokojnie oddychając.
- Mer... - to wydobyło się z jej ust, wraz z małą parką pełną płatków śniegu i szronu...
(Lexie? :3)
środa, 16 września 2020
Od Lexie do Mirajane
wtorek, 15 września 2020
Od Mirajane do Lexie
Wiedziałam od samego początku, że Lexie bardziej będzie przejmowała się moim stanem, niż czymkolwiek innym. To w niej doceniałam i uwielbiałam. Zawsze była dla mnie rodziną, zawsze się mną opiekowała jak starsza siostra. Zawsze mogłam na nią liczyć, jak na nikogo innego na ziemi... Dlatego obiecałam sobie, że będę ją chroniła tak samo, jak ona chroni mnie. Kiedy trzymała moją dłoń, czułam się bezpieczna. Zawsze odczuwałam, że Lexie chroniła mnie jak jajko, jak porcelanową lalkę, której najmniejsza ryska może zaszkodzić. Z jednej strony to było dość upierdliwe... Ale z drugiej... Tak właśnie okazuje mi swoje oddanie.
Zaczęliśmy rozmawiać o Merze, o tym co może się z nim dziać... Tak się bałam, że wizja mojej gwardzistki może się spełnić. Że mój rycerz może nie żyć. Że już nigdy nie zobaczę tej dziwnie uspokajającej mnie zbroi, tego chroniącego mnie ciała. Potrząsnęłam głową na tą myśl, nawet nie chciałam tego mieć w głowie. On. Musiał. Żyć. Musiał być przy mnie i Lexie. Jesteśmy rodziną. Razem.
Kiedy brązowowłosa wspomniała o szaleńcu-lekarzu, z początku niezbyt dobrze przyjęłam informację, że ma mnie leczyć. Ba. Nawet nie chciałam do niego płynąć. Nie czułam się... Chora. Choć wiedziałam, że coś się we mnie złego dzieje, często tego nawet nie odczuwałam, przez co chętnie wykonywałam kolejne to eksperymenty i ćwiczyłam kolejne zaklęcia. Ah, magia. Szczególnie ta magia, którą ja się posługiwałam sprawiała, że czułam się dopełniona, czułam się kimś ważnym, bo mogłam osiągnąć coś, czego mało księżniczek osiągnęło. Mogłam być lepsza. Mogłam być zapisana w kartach historii, jako ktoś, kto wynalazł coś naprawdę cudownego. To były marzenia, ale wierzyłam, że się spełnią.
Gdy Lexie kazała otworzyć mi buzię, nieco się zdziwiłam. Zabrzmiało to dziwnie, ale czy ja powinnam się tym martwić? Nie. Oczywiście że nie. Musiałam zaufać dla gwardzistki, która powiedziała, że dzięki temu będę mogła oddychać pod wodą. Już miałam mówić o mojej bańce, kiedy ta przypomniała mi o tym, że w momencie, kiedy będzie mnie trzymała, ja nie będę mogła użyć mocy... Ile razy mnie zaskoczyła tym. Kilka razy uratowała jednak moje życie, kiedy magia wymknęła się poza moją kontrolę. Wtedy gdy otworzyłam buzię i Lexie była blisko mnie, zdałam sobie sprawę, że chyba po raz pierwszy widziałam lekki rumieniec na jej policzkach. Nie wiedziałam czym mogło to być spowodowane, ale uznałam, że po prostu się krępowała robiąc to. W końcu, nieco grzebała mi w buzi, co mogło być nieco peszące. Mnie też to zawstydziło, dlatego na moich bladych policzkach wstąpił również pudroworóżowy rumieniec.
Przytuliłam się do Lexie, a po chwili tryton złapał dłoń gwardzistki i ruszyliśmy w ogromnej prędkości. Poczułam, jak nieco mi się zatykają uszy z powodu ciśnienia, nie powiem, nawet nieco się wystraszyłam, przez co mocniej złapałam moją przyjaciółkę, przylegając do niej swoim ciałem. Dziewczyna również mnie mocniej przycisnęła do siebie. Poczułam, jak dolnej części mojego ubioru trzyma się nikt inny, jak mój słodki Discord... Zwierzak trzymał się mocno pazurkami i udawało mu się. Widocznie wiedział, że da radę nam pomóc.
Po dłuższej chwili znaleźliśmy się blisko brzegu... Już spod wody czułam unoszącą się nad wyspą dziwną, gęstą i ciężką aurę. Wręcz przytłaczającą, pełną... W sumie nawet nie wiedziałam czego. Wypłynęliśmy na powietrze, a wtedy wyjęłam z mojego gardła urządzenie. Schowałam je do torby, wiedząc, że przyda się nam jeszcze. Przyznam, wyjmowanie tego sprawiło, że czułam ogromny dyskomfort, wręcz obrzydzenie. Westchnęłam po chwili, trzymając się ramienia Lexie.
- Cóż, dalej was nie mogę zaprowadzić. Tutaj musicie sobie poradzić same, panienki. Wiem, że wokół wyspy jest jakieś wejście, ale nie mam pojęcia jakie. - powiedział tryton, po czym ukłonił się do nas. - Jak będę znowu potrzebny, proszę, oto muszla, którą będziecie mogły wezwać mnie lub jakiegoś innego trytona. - po tych słowach, zniknął w głębinie.
Rozejrzałam się dokładnie, a po chwili przede mną wyskoczył z wody Discord, piszcząc zadowolony i machając ogonem. W oka mgnieniu wyleciał z oceanu, powiększając się i patrząc na nas obie. Uśmiechnęłam się lekko. Haresy wyjątkowo szybko goiły rany, a mój maluch szczególnie szybko, mały mistrz chaosu. Z pomocą Lexie weszłam na zwierzę, a potem pomogłam jej wejść na grzbiet pupila. Białowłosa hybryda po chwili ruszyła niezbyt szybko w kierunku miejsca, gdzie będziemy mogli bezpiecznie wylądować. Przeczuwałam, że ochrona wyspy może nie przyjąć nas miło, ale o tym się przekonamy, jak wylądujemy. Popatrzyłam na Lexie.
- Wiesz, nie powiem... To miejsce jest dziwne. Chyba... Chyba nawet nieco się boję tam wejść. Ta aura jest tutaj taka ciężka, dziwna... Jest bardzo gęsta... Nie wiem dlaczego. - powiedziałam, po czym mruknęłam. - Mam nadzieję, że nic złego się nie wydarzy... - dodałam.
(Lexie?)
Od Lexie do Mirajane
środa, 9 września 2020
Od Mirajane do Lexie
Poczułam jak ktoś mnie kładzie mnie w dziwnym miejscu, ale czułam, że mogę być tam bezpieczna... Ciągle jednak obawiałam się o bliskich. Dlaczego nie mogłam się obudzić i im pomóc?! Chcę się obudzić! Chcę się zaopiekować moją rodziną! Chcę, aby byli już obok mnie! Mój Mer i Lexie!
---
- Mer! Popatrz! Mam wianek od jakiejś dziewczynki z miasta! - krzyknęłam. - Lexie! - dodałam.
Uśmiechnęłam się słodko, biegnąc do moich najbliższych. Widziałam, jak Mer ma na sobie swoją tradycyjną zbroję, a Lexie była ubrana w mundur. Zarumieniłam się lekko, po czym kiedy przybiegłam do nich, zaśmiałam się.
- Cóż, jak mam być szczera, nauczyłam się od niej co nieco, dzięki czemu mam wianek dla każdego. - powiedziałam, po czym podeszłam do mojej gwardzistki.
Założyłam na jej głowę kwiatki, przytulając ją lekko. Kiedy już uśmiechnęłam się do niej i obdarzyłam ją uczuciem, zbliżyłam się do Mera. Od razu poczułam rumieńce na policzkach... Westchnęłam cicho, wkładając wianek na jego głowę z uśmiechem.
- Bardzo ci pasuje... - szepnęłam, a potem zauważyłam jedno...
Mer ukłonił się do mnie, ujął mą dłoń i uchylił lekko swój hełm, całując moją dłoń w geście podziękowania. Zarumieniłam się jeszcze mocniej, a potem odwróciłam głowę. W głowie przeleciało mi tyle myśli... Szczególnie ta, że chciałam ujrzeć jego twarz i chciałam pocałować jego policzek w geście podziękowania. Nie odzywał się, ale mimo to, zawsze czułam się przy nim bezpieczna... Odsunęliśmy się od siebie, a potem usiedliśmy razem na polanie w pobliżu miasta... Było tam pięknie, było tam dużo kwiatów... Przez ten czas zrobiłam jeszcze jeden wianek, który Mer zabrał z moich dłoni i założył mi go na głowę... To była przepiękna chwila.
---
Właśnie, kiedy patrzyłam w hełm Mera, obudziłam się... Otworzyłam lekko oczy, rozglądając się. Ciężko odetchnęłam.
- Lexie... Mer... G-Gdzie jesteście... - szepnęłam.
- Jestem tutaj, księżniczko. - powiedziała nagle moja gwardzistka.
Wolno obróciłam głowę w jej stronę, patrząc na nią nieco zamglonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się bardzo słabo, ściskając bezsilnie jej dłoń. Westchnęłam, aby po chwili spróbować się podnieść. Lexie jednak mnie położyła z powrotem.
- Musisz odpoczywać... - powiedziała.
Zimno nadal było dość... uporczywe. Czułam się tak, jakbym nie miała mojego ciała. Chłód, naprawdę ogromny chłód... Nie wiedziałam w sumie co to miało znaczyć. Przyglądałam się dokładnie mojej gwardzistce, czy jest z nią wszystko w porządku... Bardzo się bałam, czy nikt jej nie skrzywdził. Gdyby tak było, sama bym zabiła tego lub tą, którzy ją skrzywdzili. To byłoby... Jasne, że nikt by nie przeżył. Zrobiłabym wszystko, aby moja rodzina żyłą w spokoju. Westchnęłam cicho, a potem uśmiechnęłam się do gwardzistki.
- Dziękuję, że tutaj jesteś... Wiesz może, co się dzieje z Merem? Bardzo się o niego martwię. - powiedziałam.
- Niestety, ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka.
Zmartwiłam się... Ale wiedziałam, skąd ona może wiedzieć... Popatrzyłam na miejsce, gdzie leżałam, była to muszla, tak sądziłam przynajmniej. Zauważyłam mojego pupila, który wiernie przy mnie leżał. Zagryzłam lekko wargę, patrząc po chwili na Lexie.
- Dziękuję, że jesteś... - dodałam. - Powinnyśmy porozmawiać z tymi syrenami w pobliżu... Pomogą tobie i mnie... A potem też Merowi... Chcę, aby tutaj wrócił... Chcę, aby był już z nami... Z jego rodziną... - szepnęłam, zamykając oczy. - Uratujmy go, proszę... - dodałam.
(Lexie?)
piątek, 20 marca 2020
Od Lexie do Mirajane
- Spokojnie, tylko spokojnie, możesz oddychać, ale tylko pod wodą. Twoja pani jest w złym stanie. Nasi medycy nie znają się na ludziach. Będziemy potrzebować twojej pomocy.