Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złota Bransoleta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złota Bransoleta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

Od Mer do Cynthii

Mer sprowadził więźnia po schodach w dół, z jednej strony podtrzymując go, by nie upadł, z drugiej podtrzymując Mirajane - z tego samego powodu. Obie kobiety wyglądały nie najlepiej i gdyby nie silne ramię gwardzisty zapewne podróż do lochu nie byłaby możliwa. Zbroja otworzył pierwszą celę i wprowadził do niej Cynthię, odprowadzając ją do samej pryczy. Wyglądała na nieco nadąsaną, jednak nie próbowała się wyrywać. Widać lodowe kajdany były argumentem przesądzającym. Przynajmniej na razie.
- A teraz przyznaj się - rozkazała Mirajane - do bestialskiego aktu, którego dopuściłaś się względem niewinnego obywatela miasta.
- Tak, tak! Zgadza się, zrobiłam to - przyznała kobieta, skruszona. - Ale moja pani, mój ojciec jest chory i nie może pracować, matka umarła po urodzeniu mojej czwórki rodzeństwa. Żadne z nich nie ma jeszcze 10 lat, nie mogą pracować, a żeby ich wykarmić i uleczyć chorobę mojego ojca muszę sprzedawać moje ciało jakimś szemranym typom. - Cynthia pociągnęła nosem. - To był pierwszy raz, przysięgam! Nie wytrzymałam jego obleśnego dotyku. Ja... ja musiałam... Żeby nakarmić młodsze rodzeństwo i zdobyć pieniądze na lekarstwo dla ojca... błagam, błagam o wybaczenie! To na pewno nigdy więcej się nie powtórzy!
  Księżniczka patrzyła na więźniarkę, a jej spojrzenie nieco złagodniało. Sama uwięziona spuściła głowę i dłonią ocierała łzy. 
- Cóż, w takim razie... - zaczęła Mirajane, jednak przerwało jej nadejście strażnika miejskiego.
- Pani, pomyślałem, że będziesz chciała obejrzeć jej kartotekę. - Skłonił się nisko, podając grubą, wypchaną po brzegi papierami, teczkę. Księżniczka rozszerzyła oczy i wzięła ją od niego. Zaczęła przeglądać. Cynthia skamieniała ze spuszczoną głową. Zza palców obserwowała, jak twarz władczyni robi się coraz bardziej czerwona. 
- Toż to - zaczęła z oburzeniem Mirajane, jednak zamilkła. Rzuciła spojrzenie, pełne wyższości więźniarce. - Na mocy prawa, nadanego mi przez moją rodzinę skazuję cię na dożywocie w więzieniu. To obleśne, co tu jest napisane. Mer. Idziemy stąd.

KONIEC WĄTKU

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Od Mirajane do Mera i Cynthii

W miejscu, gdzie teraz przebywał jej gwardzista, pojawiła się sama księżniczka. Słyszała o kradzieżach, ale nie o takiej ze szczególnym okrucieństwem. Oburzona i wściekła, gotowa na ścięcie sprawcy, weszła na posterunek, rozglądając się. Część straży doprowadziła ją do miejsca, gdzie teraz działo się piekło. Minęła poobijaną ofiarę, jaka przywitała ją pokłonem, a ona stanęła po chwili z lewej strony Mera. Uśmiechnęła się lekko do zbroi i zdjęła kaptur, ujawniając piękne, złote włosy, błękitne oczęta, jakie buchały lodem. Po chwili spojrzenie zwróciła ku kobiecie.
- To ty okradłaś tamtego mężczyznę? - zapytała.
Gwardzista był w gotowości, gdyby nieznajoma stała się niebezpieczna, takie było jego zadanie, a ona bardzo to doceniała. Nadal była poważna, widocznie wściekła za wprowadzanie chaosu w jej państwie.
- Może. - powiedziała.
Widocznie dostrzegała fakt, że przed księżniczką nie ma co kłamać, gwardzista i tak by powiedział jej prawdę, a Mirajane jak najbardziej by mu uwierzyła. Poprawiła rękawy oraz płaszcz, po czym z pogardą zwróciła spojrzenie do dziewczyny.
- Zostaniesz zamknięta na posterunku do czasu wyjaśnienia sprawy z ofiarą. Szykuj się jednak na okropną karę. - warknęła. - Mer, mógłbyś? - zapytała.
Mężczyzna oczywiście, złapał ją za nadgarstki, a księżniczka wyjęła księgę. Wypowiedziała magiczne zaklęcie, kładąc dłonie na splecionych nadgarstkach kobiety.
Sit glacies catenae de manibus tuis, et tantum habet vim, ut libero eos.* - po tych słowach, ręce dziewczyny zostały zamknięte w ciasnej, lodowej powłoczce, nie do zbicia od środka i od zewnątrz.
To nie był zwykły lód, a magiczny. Dłonie blondynki od razu nieco zamarzły, a ona złapała się ramienia gwardzisty. Kiedy przestało się jej kręcić w głowie, zabrała dłoń i odetchnęła z trudem.
- Zaprowadź ją do lochu... Tam porozmawiamy. - powiedziała, idąc z Merem na dół.
Ciągle wyglądała na słabą, ale trzymała się albo ściany, albo od czasu do czasu ramienia swojego strażnika. Wypuściła powietrze z ust, widocznie osłabiona...

* łac. "Niechaj lód skuje twoje dłonie, a tylko ma moc je ponownie uwolni."
< Mer? Cynthia? >:3 >

sobota, 20 kwietnia 2019

Od Mer do Cynthii

  Gdy mężczyzna, wściekły i czerwony na twarzy, dopadł do rannej dziewczyny Mer ruszył w jego stronę. Zbroja skrzypiała cicho, jednak tłusta postać najwyraźniej nie zwracała na to zupełnie uwagi, zbyt zajęta swoją ofiarą.
- Ty. Suko. Ty. Wstrętna. Suko - cedził przez zaciśnięte zęby, coraz mocniej zaciskając dłonie na gardle miotającej się dziewczyny.
  Milcząca zbroja położyła mu dłoń na ramieniu, jednak niema groźba nie została nawet zauważona przez owego jegomościa.
- Proszę ją puścić. - Głos. Zabrzmiał, jakby z samego wnętrza mrocznej czeluści. 
- Co? - nabuzowana twarz odwróciła się w stronę hełmu, a oczy grubasa mogłyby ciskać piorunami. - Ta suk...
  Jego głos zmienił się w wycie bólu, gdy rękawica zbroi zacisnęła się na jego ramieniu, po czym jednym ruchem wyrwała jego rękę z barku. Od razu wypuścił rudowłosą, która upadła na ziemię kaszląc i z trudem łapiąc oddech. 
- Doniosę na ciebie twoim przełożonym! - zaryczał mężczyzna, trzymając się za zwisające bezwładnie ramię. - To karygodne! Straż miejska nie może zachowywać się w ten sposób! Jestem wysoko postawionym kupcem! Doniosę na ciebie! Wylądujesz na ulicy i będziesz żebrał o marne grosze! Zobaczysz!
  Podniósł się z kolan, mierząc wściekłym spojrzeniem zupełnie nieruchomego Mer. 
- Ta dziewczyna ogłuszyła mnie i okradła! A ty jej bronisz?! - W kącikach jego ust pojawiała się piana.
  Gwardzista pokręcił głową, po czym wskazał na niewielki stosik kosztowności wciąż leżący na stole.
- A dziewczyna zostanie ukarana - oznajmił tym samym ciężkim, odległym głosem. 
  Kupiec nieco stracił rozpęd. Wszelkie jego krzyki i groźby zdawały się odbijać od żelaznej zbroi. Zresztą widział swoje złoto. Ono do niego przemawiało. A skoro dziwka i tak miała zostać ukarana... Splunął i unosząc wysoko brodę zabrał zrabowany dobytek, po czym wyszedł do głównej części posterunku, gdzie najwyraźniej wyrażał swoje niezadowolenie strażnikom miejskim, zanim ci go wyprosili.
(Cynthia?)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Od Cynthii do Mer

Dziękowałam opatrzności, że ciemna kurtyna odcinała mnie od tego całego bólu. Miałam nadzieję, że będzie trwało to jak najdłużej, no ale... Nie można mieć wszystkiego.
Jeszcze zdrętwiała i nieposiadająca kontroli nad własnymi członkami poczułam najpierw mrowienie, a następnie coraz szybciej narastające cierpienie, rwące mnie na kawałki. Walczyłam z tym, błagałam, by znów się osunąć, lecz każda sekunda coraz bardziej wyrywała mnie z obojętności.
Mój słuch zaczął wyłapywać szmery płynące z otoczenia. Było cicho...
Zanim mogłam otworzyć oczy minęło kilka minut. Czułam się strasznie... Moje myśli wciąż były przyćmione, nie byłam pewna, gdzie się znajduję. Bałam się..
Spięłam się, powoli zmuszając obolałe ciało do pracy. Pierwszym wyzwaniem było usiąść... Teraz wyjść.... Wyjść.
Kiedy jednak wykonałam już parę kroków w kierunku drzwi... Trochę mi się przypomniało. Szczególnie ta góra metalu... A pod nią?
Cóż, próba zdecydowanie nie była udana.. A nawet bolesna. Wylądowałam na dość już posiniaczonych częściach ciała...
Puszka się podniosła, jednakże zanim zorientowałam się, czy po to, by mnie rozdeptać, czy po coś innego, zza drzwi rozległy się niepokojące odgłosy, coraz bliższe, coraz głośniejsze...
Aż nagle drzwi od izby otworzył się, z hukiem uderzając o ścianę. A stanął w nich..
...Nie. Jak dużego pecha można mieć jednego dnia?
Mój ostatni, ekhm, klient-ofiara, czerwony na twarzy, prowizorycznie opatrzony... Widocznie wściekły.
Dopadł do mnie, jego ciężkie kroki dudniące na panelach. Jego tłusta, obrzydliwa łapa chwyciła mnie wpierw za włosy, boleśnie podrywając na kolana, a następnie zacisnęła się na mym gardle. Rozum kazał mi walczyć, o tlen, o powietrze, ale moje dłonie nie był nawet na tyle silne by się zacisnąć. Serce dudniło mi coraz głośniej, mój oprawca krzyczał coś, czego nawet nie słyszałam... A mi, z każdą chwilą pozbawioną dechu coraz bardziej ciemniało w oczach. Miałam wrażenie, że trwało to wieczność.
Zrozpaczonym wzrokiem szukałam pomocy...
< Puszeczko-Niespodzianko? :3 >
*I tak. Ja żyję*

niedziela, 11 marca 2018

Od Mer do Cynthii

  Mer przyglądał się swojemu dziełu w milczeniu. Szef nie wyglądał zgrabnie, jednak spełniał swoje przeznaczenie, utrzymując wargi rany przy sobie. Wrócił do zwijania kawałka płótna, by przyłożyć go do rany i szczelnie przywiązać. Dopiero, gdy skończył zauważył, że pacjentka jest nieprzytomna, co swoją drogą zapewne było powodem, dla którego z takim stoickim spokojem znosiła wysiłki rycerza. Może to i lepiej.
  Skończywszy, rycerz zastygł w niemym bezruchu nie wiedząc, co powinien teraz uczynić. Zorientowawszy się, że stanie nie ma sensu, Mer usiadł na krześle i nieruchomo wpatrzył się w dziewczynę. W jego głowie mogło się kotłować tysiące myśli… równie dobre mogło tam nie być ani jednej. Ważniejsze jest to, że wreszcie wstał i po cichu wyszedł z pomieszczenia swojej pacjentki. Strażnicy znów grali w kości. Tym razem nawet nie oderwali oczu od małych sześcianów, gdy żelazna zbroja podeszła do ich stolika i stanęła tuż za plecami ich kapitana.
- Czegoś jeszcze potrzebujesz? – zapytał cicho mężczyzna, nie odwracając się do Mer. – Udzieliłem ci już niezbędnej pomocy.
- Ktoś został okradziony – powiedział metalicznym głosem gwardzista.
  Kapitan powoli odwrócił się na krześle i omiótł zbroję z góry do dołu. W jego spojrzeniu nieufność mieszała się z niepewnością, co tym razem ten dziwny stwór może od niego chcieć.
- Co z tej racji? – zapytał. Wcale nie podobało mu się, dokąd ta rozmowa zmierzała.
- Zajmij się nim.
- Słuchaj, pilnujemy porządku, ale nie wtrącamy się w nie swoje sprawy – kapitan zrobił znudzoną minę, jednak jego postawa zdawała się nie robić na zbroi najmniejszego wrażenia. – Jeśli ktoś włóczył się po nocy z kasą to jego wina, że został okradziony.
- Leży nieprzytomny w Kurzej – oznajmiła niezrażona zbroja i nieznacznie obróciła się w stronę młokosa, który starannie próbował nie patrzeć na intruza na posterunku. Mer uniósł palec do góry i wskazał na młodzika – On.
  Kapitan westchnął.
- Marco, słyszałeś? Zajmij się tamtym jegomościem z Kurzej… - Chłopak wstał, zasalutował z nieco przesadną gorliwością i nie patrząc na gwardzistę, wyszedł w ciemną noc. – Zadowolony? – Dowódca posterunku uniósł brwi. Rycerz nie odpowiedział tylko odwrócił się i zniknął w pokoju rannej dziewczyny.
- Dziwak… - mruknął kapitan, a drugi gwardzista parsknął krótkim śmiechem.
***
  Dziewczyna ocknęła się w kilka godzin później. Mer, nieruchomo oparty o ścianę, obserwował jak powoli się podnosi, krzywiąc się z bólu i zmierza w kierunku drzwi. Na chwilę się zatrzymała, mijając go. Przez chwilę wyglądała, jakby się nad czymś usilnie zastanawiała i nagle jej ręka wystrzeliła w kierunku przyłbicy gwardzisty. W tym samym momencie ręka rycerza wystrzeliła do góry i chwyciła za nadgarstek dziewczynę, nim ta zdążyła dosięgnąć swojego celu. Zdziwiona niedawna pacjentka wyrwała się do tyłu i upadła na panele. Mer podniósł się by pomóc jej wstać, a tymczasem z głównej izby wartowni dobiegł odgłos otwieranych drzwi i czyjeś głosy.
(Cynthia?)

Od Cynthii do Mer

Czułam się coraz gorzej, przeklinając ten dzień, to miejsce, i wszystkie istoty żywe i przedmioty w okolicy. Szlag by to...
Wciąż poirytowana, ale i bez sił leżałam teraz nieruchomo, uparcie wpatrując się w sufit. Słyszałam, że ta wielka kupa żelastwa krząta się po pomieszczeniu, grzebiąc i wyciągając coś. Postanowiłam ignorować to tak długo jak mogłam, ale nie było to łatwe...
Co chwila zerkałam w bok, upewniając się, że to coś nagle nie stanie nade mną z jakimś tasakiem czy czymś podobnym. Już samo to, jak bezczelnie podniósł moje ubrania, które były dość boleśnie przyklejone do rany, i jeszcze przy okazji prawie mnie rozebrał skazywało go, przynajmniej według mnie, na wieczne potępienie. Phi.
Odpuściłam udawanie, że nie patrzę, skoro i tak najwyraźniej mało go to obchodziło. Wodziłam za nim wzrokiem, zbierając te resztki sił, by w razie czego nie poddać się bez walki. Tak łatwo nie ma.
Hmm, uzbierał prymitywne przybory do szycia. Nie spodziewałam się niczego bardziej luksusowego, ale... Trochę mocnego trunku by nie zaszkodziło. Żeby sobie łyknąć, a przede wszystkim zdezynfekować ranę. Kto wie, gdzie była wcześniej ta igła... Ale nie wypada mi marudzić.
Kolejną falę mdłości i słabości powstrzymałam, biorąc głęboki oddech i zaciskając na moment powieki. Gdy mój mózg przestał wirować, nie wiem ile to trwało, znów otworzyłam oczy. Puszka właśnie nalewał wodę do miski...
He, skąd ta woda? Czyżbym odleciała aż na tyle, że zdążył przynieść? Wcześniej jakoś nie usłyszałam, żeby była gdzieś woda.
Obserwowałam go znów, oddychając cicho. Oblizałam wargi, całkowicie wyschnięte. Nieprzyjemne uczucie.
Kilka chwil później Puszka chwycił igłę i nić.... Aż zachciało mi się śmiać. Czy on ma zamiar nawlec tą maleńką igłę, nie zdejmując rękawic? Przecież nie może być aż tak....
....Wróć. Może. Próbuje to zrobić. W rękawicach. No błagam.
Stał na tyle blisko. bym mogła wyciągnąć dłoń i złapać za przybory.
- Daj mi to, Puszko - syknęłam. O dziwo, nie było sprzeciwu...
Pokrwawioną, trzęsącą się dłonią udało mi się wreszcie przeciągnąć nitkę przez oczko, ale mnie to wyczerpało. I ja chciałam tak uciekać?
Igła została mi zabrana, więc opuściłam dłonie, ściskając nimi koszulę na piersiach, by nie podniosła się za bardzo.
Znów przymknęłam powieki. Totalnie wisiało mi już, co ze mną zrobi, bo fale słabości pojawiały się coraz częściej i były coraz mocniejsze. Czułam jeszcze, jak igła co chwila przebija moją skórę, a po tym to obrzydliwe uczucie nici przesuwającej się w tkankach, bleh. Nawet się jeszcze dziwiłam, że Puszka daje rady w rękawicach.... A może je zdjął.....
Tego już nie rozkminiłam. Błoga ciemność wreszcie sie ulitowała.
< Puszko? Od dziś to twoje nowe imię~ >

Od Mer do Cynthii

Mer maszerował równym, jednostajnym krokiem, prawie nie czując ciężaru na ramieniu. A już tym bardziej ignorując z zaskakującą wprawą ciosy i słowa, niesionej przez siebie dziewczyny. Posterunek, na który się kierował był już blisko. Dziewczyna na ramieniu zbroi uspokoiła się podejrzanie, jednak i to zdawało się nie robić na maszerującym wrażenia.
  Wreszcie osiągnęli swój cel – niewielki posterunek straży. Mer otworzył drzwi i skrzypiąc zbroją wmaszerował do środka. Grający dotąd w kości strażnicy gwałtownie poderwali się ze swoich miejsc i porwali za halabardy, widząc nieznajomego, który wtargnął na ich posterunek.
- Stać! Co ty sobie wyobrażasz?! – warknął jeden z nich. Rzuć broń i… kobietę i ręce do góry.
  W odpowiedzi masywna włócznia została odstawiona, jednak ruda nadal spoczywała na ramieniu zbroi. W ciszy, jakby straciła już wszystkie siły. Przez blaszany łeb Mer chyba przeszło, że trzeba się pośpieszyć, bo gwałtowny ruch, jakim sięgnął do paska spowodował nerwowe uniesienie halabard w jego kierunku przez strażników. Nie robiąc sobie nic z groźby, żelazna rękawica wydobyła z sakiewki nieco pogiętą odznakę i pokazała strażnikom. Jeden z nich, prawdopodobnie kapitan, opuścił włócznię i wziął ją od niego, żeby się lepiej przyjrzeć.
- Ona krwawi – zahuczał głos z wnętrza zbroi, przyprawiając o ciarki wszystkich, przebywających w pomieszczeniu. Kapitan bez słowa wskazał Mer drzwi do sąsiedniej izby. Gwardzista chwycił swoją broń i udał się w kierunku drzwi.
- Kapitanie, naprawdę powinniśmy mu pozwolić tu być? – zapytał nieco zdenerwowany młokos za plecami zbroi.
- Gwardia królewska – mruknął dowódca – zostaw go, niech robi co chce. Nie chcemy tu kłopotów z pałacem.
  Mer spojrzał krzywo-nieruchomo na nędzne, brudne łóżko, po czym położył na nim dziewczynę.
- Wreszcie… - powiedziała słabo, próbując się zerwać. Okno było otwarte i najwyraźniej w nim widziała swoją szansę wyplątania się z tej niewygodnej sytuacji, jednak nie była tu potrzebna nawet pomoc Mer. Przez niepotrzebną szamotaninę w drodze straciła dużo krwi i teraz nie miała siły nawet się podnieść. 
  A zresztą okno nie pozostało otwarte dużo dłużej. Z cichym szczękiem rycerz zasunął żelazny skobel i założył kłódkę, bardzo przewidująco. Podszedł do dziewczyny i usiadł na jej posłaniu. Nie zdejmując masywnej rękawicy ponownie uniósł jej koszulkę do góry, zdzierając przy okazji robiący się powoli, niezdrowo wygalający strup. Ruda nawet nie syknęła, co tylko dobrze jej zwiastowało na nadchodzą nadchodzącą operację. Rana była dość rozległa, jednak Mer nie mógł ocenić jej głębokości, bo wszystko szczelnie zalepiała skorupa brudnej krwi.  Zanim przystąpi do robienia czegokolwiek trzeba będzie ją obmyć. Wstał i podszedł do szafki w rogu pokoju, by wyciągnąć z niej igłę, nić, miskę oraz kilka czystych szmat. Po chwili cały arsenał leżał na stole, a masywny rycerz zbierał się do przyniesienia wody.
(Cynthia?)

Od Cynthii do Mer

O nie.
Nie. Nie. Nie. Ja się nie zgadzam.
Poirytowałam się. Bardzo nawet. Aż wkurzyłam.
- Słuchaj, puszko! Ja nie potrzebuje pomocy! Sama sobie poradzę! - próbowałam się wyrwać, ale okuta stalą dłoń trzymająca mnie za ramię była zbyt silna...
To wielkie to, ignorując moje protesty, zarzuciło mnie sobie na ramię i zawróciło na pięcie, kierując się gdzieś.
- Moja zdobycz! - jęknęłam głośno, patrząc na oddalające się z każdym krokiem błyskotki. Bezradnie wyciągnęłam dłoń, jakby próbując ich dotknąć, mimo że wiedziałam, że ich nie dosięgnę.
Przekleństwo. A mogło być tak dobrze!
Ta przeklęta istota, facet bodajże, zdawała się ignorować wszystko tutaj. Kopałam go, okładałam pięściami...
Oj, będą później siniaki od tej jego przeklętej zbroi.
- Puść mnie albo cię ugryzę! - zagroziłam poważnie, rozglądając się za jakim miejscem, gdzie mogłabym wbić zęby jak pies. Ale....
- ‎...Może i nie ugryzę. - mruknęłam, zawiedzona. Żadnego otwarcia, dziury, czy czegokolwiek.
To wogóle jest coś żywego, czy tylko pieprzona, chodząca zbroja?
Kombinowałam na wszystkie możliwe sposoby. Tłukłam w niego, wrzeszczałam i wyzywałam, ale powoli traciłam siły, razem z krwią.
Hmmm, a może...
Okeey, czas poudawać trupa~
Zamarłam w bezruchu, zwieszając się z jego ramienia...
A przynajmniej próbowałam, bo nie mogłam powstrzymać wiercenia się... Było mi zbyt niewygodnie i zbyt się wściekłam.
Zatrzymał się. Czyżby działało...?
Zadowolona z siebie wzięłam głębszy oddech przez usta, szykując się do ucieczki...
...i zaciągnęłam włosy. Zaczęłam kasłać i pluć, próbując pozbyć się kłaków z gęby.
Czyli poległam.
Nagle zakręciło mi się w głowie. Z jękiem przycisnęłam dłonie do ust.
< Chodząca kupo złomu? Uważaj, bo jeszcze obrzyga ci plecy >

poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Mer do Cynthii

  Szczęknął charakterystycznie metal zbroi nieznajomego i masywna postać rycerza pochyliła się w kierunku leżącej dziewczyny, wyciągając do niej dłoń i chcąc pomóc jej wstać. Raptownie zastygła w połowie ruchu, jakby za późno zauważając czerwony kwiat krwi, wykwitły na ciele ognistowłosej. Mógł go też zastanowić fakt, że trzymała się za podejrzanie wybrzuszający się brzuch. Mógł, była taka możliwość, jednak nie wyglądało, że zrozumiał, co to oznacza aż do momentu, w którym jego odziana w rękawicę dłoń opadła ku koszuli.
  Jego działania nie pozostały bez odzewu ze strony leżącej. Dziewczyna odtoczyła się, wyraźnie próbując chronić brzuch, co jednak prawdopodobnie nie na wiele jej pomogło. Zerwała się na nogi, jednak szybki upływ krwi ją osłabił i zachwiała się. Mer spojrzał na nią pustym, upiornym w mroku uliczki, spojrzeniem szparek w hełmie. 
- Dogadajmy się, złociutki - zaproponowała dziewczyna, szybko obierając strategię obronną, przeciwko nieoczekiwanemu przybyszowi. Wyglądało na to, że zbroja gwardzisty przywiodła jej na myśl wizję śmierdzącego stęchlizną lochu, a zważywszy na kiepski stan chciała wykpić się niskim kosztem lub przynajmniej kupić sobie kilka sekund wytchnienia czczą gadką. Oparła się zalotnie o kant budynku, by wspomóc się w utrzymaniu równowagi i uśmiechnęła do gwardzisty. - Udasz, że nic nie widziałeś, a ja udam, że zgubiłam kilka błyskotek. Umowa?
  Zbroja szczęknęła cicho, gdy Mer nadspodziewanie szybko zbliżył się do czerwonowłosej. Znacznie nad nią górował, co mogło przyprawić o prawdziwe ciarki na plecach nie jednego kozaka. Chwycił ją za ramię, nim zdążyła rzucić się do biegu. Pochylił się i ponownie sięgnął do jej koszuli. 
  Rozległ się głuchy brzdęk, gdy ta niepozorna dziewczyna z dużą mocą uderzyła kawałkiem deski w jego hełm. Na powierzchni metalu pojawiło się delikatne wgniecenie, jednak palce rycerza wreszcie dosięgły swego celu. Spod ubrania dziewczyny posypało się złoto, skąpane w krwi. Jednak gwardzista nie zwrócił na nie uwagi. Chociaż nie, nie całkiem. Jego wzrok skupił się na złotej bransolecie, utkwionej w ciele na kilka centymetrów.
- Trzeba zabezpieczyć - mruknął, grobowym głosem ożywionej zbroi.
(Cynthia? Mało wojowniczo, ale straciłaś dużo krwi :P Mam nadzieję, że jest w miarę i że będzie lepiej już niebawem.)

sobota, 30 grudnia 2017

Od Cynthi

Ale tu cieeeemno.... Idealnie~
Nie wiedziałam, w jakim miejscu aktualnie byłam, ale widziałam dużo potencjalnych celów, obwieszonych błyskotkami, aż proszących się, by zabrać od nich ten ciężar, jakim było ich bogactwo. A ja jestem taaaaka dobra, że chętnie ich uwolnię~
Znalazłam kogoś, kto wyglądał idealnie...
Taki tłusty, bogaty koleś. Wpół wyłysiały, a jak mu się łeb świeci... Bleh. Obrzydliwe
Ale, aaaale... Ten pierścień na jego palcu, widzę go z daleka... Za sam ten pierścień dostanę sporą sumkę.
A więc trzeba brać się do roboty..
Szybko ruszyłam przed siebie, biegnąc bocznymi uliczkami, by go wyprzedzić.
Gdy już znalazłam się na jego drodze rozpięłam trochę koszule, zmierzwiłam włosy i czekałam.
Jak on powoli idzie.... Wieczność tu spędzę!
Nie no, przyszedł. Już z daleka zawiesił na mnie wzrok... Dobry znak~
- Miły panie, masz może ochotę na miłą chwilę? - rzuciłam słodko, zastępując mu drogę. Widziałam, że obejrzał mnie od stóp do głów, a a jego wargi wpłynął obleśny uśmiech.
Nie musiałam długo go przekonywać. Bardziej niż chętnie ruszył za mną do ciemnego zaułka, a ja niezauważenie wyciągnęłam kij, który miałam schowany pod ubraniem.
Jeszcze kawałek, kilka kroków.... Z daleka od ciekawskiego wzroku nocnych wędrowców..
Kilkanaście sekund później, po uderzeniu tak mocnym, że aż zabolała mnie ręka, tłuścioch leżał na ziemii, zdany całkowicie na moją łaskę.
Zabrałam mu całą biżuterię i wszystkie wartościowe przedmioty. Sporo ich było...
Zabrakło mi kieszeni, by to zapakować. Po chwili namysłu wcisnęłam koszulę w spodnie i powrzucałam wszystko za dekolt. Tak się udało.

Zadowolona ruszyłam na poszukiwanie jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym jak najszybciej to wszystko sprzedać. Nie znałam jeszcze okolicy, więc po prostu kręciłam się, nie znajdując właściwie niczego. Starałam się omijać wszystkie żywe istoty na swojej drodze, jednocześnie nie gubiąc zdobyczy. Niektóre, jak się okazało, miały ostre krawędzie, więc musiałam bardzo uważać, by nie powbijały mi się w brzuch. A mogłam założyć coś pod spód...
Spieszyłam się. Chciałam już się tego pozbyć, wrócić do swojej prowizorycznej "sypialni" i odpocząć.
Szybko skręciłam, z małej uliczki wychodząc na większą, ale... To był błąd. Większą ulica, to więcej ludzi.
Wpadłam na kogoś. Na tyle nieszczęśliwie, by poczuć, jak coś ostrego kaleczy mi skórę. No świetnie.
Od impetu uderzenia straciłam równowagę. Syknęłam, próbując znaleźć oparcie, ale kamień czy inny śmieć, na którym postawiłam stopę, potoczył się w bok. Runęłam na ziemię, na plecy.
Może i jestem głupia i uparta, ale nie puściłam swojego "brzucha" wypchanego przedmiotami. Nie chciałam, by się rozsypały.
Przy okazji dowiedziałam się, że trudno będzie mi wyprać tą koszulę. Bród na plecach, i mokra, deifinitywnie krwista plama która już przesiąkała na zewnątrz to zło, eh.
Skupiłam swoją uwagę na osobie, na którą wpadł. W ciemności nie widziałam kto czy co to, w każdym razie, to nade mną sterczało...
Miałam złe przeczucia, oj złe. Gorsze nawet niż pranie, które mnie czekało.

< Ktosiu? >