Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna śmierć motyla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna śmierć motyla. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 marca 2019

Od Lexie & Mer do Takako

  Lexie słuchała w skupieniu. To, co mówiła zielarka wydawało się rozsądne i kobieta na prawdę chciała uwierzyć, że to może zadziałać. Lazy delikatnie ściskała jej dłoń, kończąc tłumaczyć.
- Zrozumiałaś wszystko? - zapytała.
- Tak, pani. - Gwardzistka pokiwała głową i wyswobodziła swoją dłoń z uścisku. - Pani, nie dasz rady tego zrobić. 
- Dlaczego tak sądzisz? - Białowłosa wyglądała na zdziwioną i zaniepokojoną. Jakby sama podejrzewała, że może nie być w stanie podołać temu zadaniu.
  Lexie wstała i poprawiła swoje ubranie. Było jej głupio, że straciła tyle czasu, pozwalając zielarce tłumaczyć sobie ten koncept. Jednak przez cały czas miała nadzieję. 
- Twoja magia nie wpłynie na mnie, pani - oznajmiła gwardzistka. - Za pozwoleniem, sprowadzę kogoś odpowiedniejszego.
- Zaczekaj, proszę. - Niewidoma również wstała. - Nie uważasz, że mimo wszystko warto spróbować? To może być nasza jedyna szansa...
- Pani, od urodzenia moje ciało negowało magię. Znacznie potężniejszą od twojej, pani. Ośmielę się wątpić, by tym razem miało być inaczej. A wolałabym, by jedyna nadzieja jej wysokości nie opadła przedwcześnie z sił. Także proszę mi wybaczyć, ale zamierzam teraz sprowadzić brata mojej pani. On będzie stosowną osobą. - Gwardzistka skłoniła się lekko i odmaszerowała szybkim krokiem, pozostawiając zielarkę swoim myślom.
  Żałowała, że nie mogła tego zrobić osobiście. Robiło jej się niedobrze na myśl, że ktoś będzie grzebał w głowie Mirajane. Nawet jeśli miał to być jej brat. Szybko przemierzyła zamek. Stopy same ją prowadziły tymi tak znajomymi korytarzami, aż do komnat Jacka Reiss, młodszego brata księżniczki. Gwardziści, stojący przed jego drzwiami zatrzymali jednak Lexie, nim ta zdążyła zapukać.
- Książę jest zajęty - powiedział jeden z nich, wymownie przewracając oczami. Tajemnicą poliszynela było, iż od jakiegoś czasu książę spotykał się z pewną nisko urodzoną kobietą. Mimo, że chłopak starannie ukrywał ten fakt, służba miała swoje sposoby, by dowiadywać się rzeczy, ukrywanych przez swoich panów. W innym razie nie byłaby prawdziwą służbą. 
  Książę najwyraźniej nie spodziewał się, by w całym zamieszaniu tajemniczej choroby ktoś zwrócił na niego uwagę. Cóż, miał pecha. Gwardzistka nie mogła odpuścić. Nie w takiej chwili.
- Od księcia być może zależy życie jej wysokości Mirajane. - oznajmiła stanowczo. - Muszę się z nim spotkać.
  Strażnicy spojrzeli po sobie. Mieli rozkaz nikogo nie wpuszczać. Z drugiej strony gdyby okazało się, że przez nich umarła następczyni tronu zapewne skończyłoby się to dla nich szubienicą. Nie warto było ryzykować. Kiwnęli sobie głowami i jeden z nich dał znak Lexie, że może próbować.
  Gwardzistka zapukała. W pomieszczeniu zapanowało nagłe ożywienie. Kobieta odczekała chwilę, by pozwolić ukochanej księcia znaleźć bezpieczną kryjówkę i pchnęła drzwi. Jack Reiss siedział przy biurku, najwyraźniej się ucząc. Brunetka wyprężyła się na baczność i zasalutowała.
- Panie, Królewska Zielarka potrzebuje twojej pomocy w ratowaniu jej wysokości Mirajane ze szponów choroby - wyrecytowała na jednym wydechu i zamilkła. Książę wstał gwałtownie i odwrócił się w stronę gwardzistki. Na jego twarzy widać było niepokój. 
- Myślałem, że kryzys został już zażegnany - odparł.
- Tak, panie - potwierdziła Lexie.
- Ale?
- Ale jej wysokość dalej się nie obudziła - dokończyła. Książę potrząsnął głową, jakby opędzając się od natrętnej myśli.
- Zaprowadź mnie do niej, szybko.

[...]Drzwi otworzyły się zamaszyście i zaaferowany książę Jack wpadł do pomieszczenia szpitalnego. Za nim weszła Lexie, zostając jednak przy drzwiach. Lazy siedziała nad księżniczką, kiwając się lekko. Prawdopodobnie odprawiała jakiś rytuał czy coś takiego.
- Co z nią? - zapytał książę, siadając przy zielarce.
(Takako? Wybacz, ale to jedyna rzecz, której Lexie nie mogła zrobić)

środa, 27 lutego 2019

Od Takako do Lexie & Mer

Zaczęłam czytać zwój, niby klątwa została zdjęta, ludzie wrócili do życia nim dopadła ich choroba, jednak problem był inny. Księżniczka wciąż się nie obudziła. Podeszłam do niej. Usiadłam tuż obok niej, chwyciłam jej ciepłą dłoń.
- Dlaczego ona wciąż się nie obudziła? - usłyszałam pytanie od gwardzistki.
- Lexie, wyprowadź wszystkich ludzi. Masz czas, aby ich wyprowadzić do północy. Wtedy pełnia księżyca się pojawi, a ja będę potrzebować przestrzeni - uśmiechnęłam się do niej delikatnie. - Yuzu, Ryuu idźcie odpocząć!
- Ale... - uciszyłam dwójkę swoich towarzyszy.
- To rozkaz, nie chce was widzieć - usiadłam na ziemi tuż obok łoża księżniczki. Zaczęłam medytować, dzięki temu miałam zamiar poszukać rozwiązania. Gdy otworzyłam oczy, ludzie zniknęli, a ja zostałam sama wraz z księżniczką.
- Nikogo już nie ma, więc ja również odejdę - usłyszałam głos Lexie.
- Lexie zostań, będziesz mi potrzebna - uśmiechnęłam się do niej delikatnie.
- Ja, ale do czego? - chyba była zaskoczona.
- Przeniosę ciebie do snów księżniczki, tam pomożesz jej uporać się z koszmarem przez który nie może się obudzić. Ja będę wam pomagać, jednak ty znasz księżniczkę lepiej ode mnie i to ona posłucha ciebie bardziej niż mnie. - uśmiechnęłam się delikatniej do niej, a ona się zgodziła. Gwardzistka usiadła naprzeciw mnie. Chwyciłam jej dłoń oraz dłoń księżniczki. Jako, że nie zostało mi dużo siły, zrobiłam coś ryzykownego. Mianowicie musiałam poświęcić coś w zamian. Nie naraziłam na to nikogo innego prócz samej siebie. - Lexie, księżniczka znajduje się nieopodal. Jest w ogrodzie pełnym róż - wzięłam się w garść i zaczęłam podawać wskazówki gwardzistce.

<Lexie? Mer?>

niedziela, 24 lutego 2019

Od Lexie & Mer do Takako

- I... tyle? - wyrwało się gwardzistce, jednak szybko zamaskowała tą niezręczność krótkim pokłonem. - Zatem wracajmy, pani.
- Tak. Wracajmy.
  Czarnowłosy sługa Lazy przemienił się w panterę i dał dosiąść dziewczynie, zaś Lexie i Mer potrzebowali chwili, by odnaleźć swoje wierzchowce i zrównać się na nich z czekającym kotowatym. Cała czwórka była wyczerpana jednak mieli świadomość, że szybki powrót do zamku jest kwestią życia i śmierci dla wielu ludzi. W tym dla samej Mirajane.
- Wio - rozkazałą krótko gwardzistka i zadudniły podkowy na miękkim gruncie, a miękkie łapy pantery zaszeleściły lekko, gdy kotowaty ruszał. 
  W podróży nie mówili wiele. Zielarka nie wyglądała, jakby była w nastroju do wyjaśnień, a wycieńczeni wojownicy nie mieli ochoty na wdawanie się w czcze dyskusje. Wciąż jeszcze było coś do zrobienia. Nie mogli sobie jeszcze pozwolić na odpoczynek. Nie teraz. Miarowy tętent wprowadził Lexie w rodzaj monotonnego transu i nim się obejrzała byli już w Leoatle.
  Konie zostawili stajennym, nie pozwalając sobie na luksus przypilnowania, by ci zajęli się nimi jak należy. Za Lazy wbiegli do sali chorych, w której wciąż leżało wielu ludzi. Ku przerażeni Lexie brakowało tam jednak wielu znajomych twarzy.
  Zielarka rozwinęła szybko zwój. Gdy zaczęła odczytywać pierwsze sylaby w sali zaległa grobowa cisza. Medycy stali, wpatrzeni w dziewczynę jak w obraz, a ta czytała dalej. Wokół jej smukłej sylwetki pojawiały się symbole, tworząc pierścienie i poruszając się powoli w powietrzu. Jej warkocze uniosły się delikatnie w powietrze. Czytała coraz szybciej, a nieznanej natury echo niosło jej głos po całej sali, a potem na zewnątrz, na miasto. Padła ostatnia sylaba i tajemnicze symbole rozbłysły w gwałtownym wybuchu, a fala uderzeniowa przetoczyła się przez mury pomieszczenia. I wszystko się skończyło. Chorzy nagle się uspokoili, medycy wrócili do badań. Rozległy się pierwsze okrzyki radości. Żyją! Żyją!
(Takako? Co teraz? Kończymy kolejny wątek?)

niedziela, 17 lutego 2019

Od Takako do Lexie & Mer

Umowa ze Szamanem była zgodna jednak zapomniał wspomnieć o małym drobiazgu. Odczuwałam ból nawet gdy wygrywałam lub mój pionek został zbity, co prawda nie bolało to tak bardzo jak przegrywałam. Jednak gra o dziwo bardzo mnie interesowała. Była ciekawa, pełna wrażeń ale i też przyprawiała mnie o dreszcze. Gra która przywoływała tyle emocji na raz, była czymś niezwykłym.
- Szamanie jaką klątwa rzuciłeś na ludzi z tego królestwa? - zapytałam się nim wykonałam kolejny ruch. 
- Jest bardzo łatwa do rzucenia nawet złamanie jej nie jest trudne. Po prostu została zapomniana przez wielu ludzi, ja sam zapomniałem o niej. Przypomniałem sobie ją niedawno, gdy szukałem czegoś w mojej księdze klątw - wykonał swój ruch. Czas na przyjemności się skończył i trzeba było przyspieszyć. Nie mogłam pozwolić na to, aby coś się im przytrafiło. Zwłaszcza, że w obecnej chwili byłam wykończona przez co nie byłabym ich w stanie uleczyć od razu.
Na planszy pozostało osiem pionków dla każdego.  Postanowiłam zmienić odrobinę zasady, wziąć się w garść i postawić wszystko co mam.
- Ta gra jest naprawdę interesująca - powiedziałam zadowolona.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. Wreszcie znam ciebie lepiej niż ktokolwiek inny... - przerwałam mu na chwilę rozmowę.
- Jednak staję się coraz bardziej nudna - po usłyszeniu tego trochę go to zamurowało.
- Co masz na myśli? - oparłam się na stole swoje ręce i uśmiechnęłam się w jego stronę.
- Może przyspieszymy trochę tępo gry. Mamy osiem osiem pionków to co powiesz, aby ukończyć grę w cztery minuty?
- Czemu by nie. Ale moje zasady będą dwukrotnie gorsze dla twoich przyjaciół jednak dla ciebie sześciokrotnie. Chcę oszczędzić moją ulubienicę - zaśmiał się cicho pod nosem.
- No to zaczynajmy - uśmiechnęłam się, zaczęliśmy kontynuować naszą grę. On zbił moje dwa pionki, ja nie zbiłam żadnego po czym zbił moje kolejne do momentu w którym pozostał mi tylko jeden.
- Chyba przegrałaś? - liczył, że wygra, jednak się mylił. To był właśnie mój ból.
- Raczej ty - uśmiechnęłam się pod nosem, wzięłam do góry swój pionek i ruszyłam nim do przodu zbijając wszystkie jego pionki. - Miło się grało, ale czas już na mnie - wzięłam zwój, który leżał na stole. Otrzymałam to co chciałam po czym po protu skierowałam się w stronę wyjść. Nim jednak wyszłam położyłam dłoń na ramieniu Szamana.
- Dziękuję ci za wszystko - wyszeptałam mu na ucho. Przeszłam przez magiczne drzwi. Pojawiłam się koło moich towarzyszy, którzy byli zmęczeni.
- Musimy ruszać do zamku, najszybciej jak się da - powiedziałam. Yuzu podszedł do mnie, mocno mnie przytulił. Chciał już zadawać pytania tak jak zawsze to robił, ale powstrzymałam go przed tym, mówiąc mu, że życie ludzi w królestwie jest bardziej ważne.
- Zajmę się waszymi ranami, jak tylko wrócimy na zamek - uśmiechnęłam się delikatnie w ich stronę.

<Lexie? Mer?> 

sobota, 19 stycznia 2019

Od Lexie & Mer do Takako

  Krzyk Lexie zwrócił uwagę walczących i w jednej chwili obaj zwierzęcy towarzysze zostawili Mer samego na placu boju i byli przy gwardzistce. Czarna pantera zmieniła się w człowieka i chwyciła dziewczynę za kołnierz, ciągnąc nieco do góry, a jego towarzysz niuchał dookoła i rozglądał się czujnie.
- Jak mogłaś pozwolić mu ją porwać? - spytał zimno, a jego krtań drżała gniewnie.
- Obwinianie mnie nam teraz nie pomoże - zauważyła dziewczyna spokojnie, kładąc swoją dłoń na dłoni mężczyzny i wykonując na niej dźwignie, co sprawiło, że czarnowłosy musiał ją puścić. - Jesteście w stanie w jakiś sposób określić jej lokalizację?
- Teleportacja nie zostawia ścieżki zapachowej. - Białowłosy skrzywił się, rezygnując z prób wywęszenia czegokolwiek. 
  Nagle, ku zaskoczeniu całej trójki ponownie pojawił się portal, tym razem jednak nikt się z niego nie wyłonił, za to jak na dłoni widać było dwie postaci, stojące w niewielkim pomieszczeniu. Najwyraźniej o czymś rozmawiały, jednak nic nie było słychać. Czarnowłosy sługa podskoczył do przejścia i zrobił krok, jakby chciał przez nie dostać się do swojej pani, jednak zwierciadło rozwiało jak dym z kominka, by po chwili powrócić na swoje miejsce, gdy mężczyzna się wycofał.
- Transmituje nam, co się dzieje - zauważył białowłosy, podchodząc bliżej i przyglądając się rozmawiającym postacią, które skierowały się ku stołowi z ustawionymi na nim szachami.
  Coś ciężko upadło u stóp Lexie i dziewczyna odwróciła się, by zobaczyć Mer, który został zepchnięty przez napierających przeciwników do samego wylotu jaskini. Mimo swoich umiejętności nie dawał rady tak wielu.
- Jesteście w stanie ustalić jej lokalizację? - spytała gwardzistka szybko, chcąc ustalić sytuację i wspomóc towarzysza. Obaj zmiennokształtni pokręcili głowami. 
- Mimo wszystko spróbujcie. - Lexie odwróciła się do nich plecami i zaszarżowała na najbliższego przeciwnika, unikając przy tym o milimetry włócznię Mer, który ciosem po okręgu rozgniótł właśnie czaszkę stwora. Gwardziści potrzebowali chwili, żeby zsynchronizować swoje ruchy i przestać wchodzić sobie w drogę, mimo tego w przeciągu kilkunastu sekund udało im się przepchnąć napierających przeciwników dalej w głąb jaskini.
(Takako? A co u ciebie?)

środa, 16 stycznia 2019

Od Takako do Lexie & Mer

Byłam pewna tego, że sobie poradzę podczas walki, wreszcie to nie pierwszy raz. Jednak podczas pogawędki z Lexie, zaskoczyło mnie odrobinę to, że Szaman schwycił mnie tak szybko i to w dodatku w tak bardzo łatwy sposób. Nie opierałam się i dałam się przenieść. Lexie chciała mnie chwycić jednak Szaman był szybszy od niej.
- Witam ciebie moja ukochana Neko! - poczułam jego dotyk na swojej buzi.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się wesoło.
- Wiem co ciebie sprowadza do mnie i mam na to lekarstwo, jednak nie dam tego za darmo... Nim zaczniemy negocjacje, przed twoimi towarzyszami pojawiło się lustro z którego będą mogli oglądać wszystko co się tutaj dzieje jednak nie będą nic słyszeć... - przerwałam mu.
- Więc zacznijmy negocjacje - uśmiechnęłam się ostatni raz tak wesoło, po czym stałam się poważna.
- Masz rację, czasu długo wam nie zostało. Co powiesz na grę w karty lub szachy. Jeżeli wygrasz dostaniesz to co będziesz chciała, jednak jeżeli przegrasz...
- Oddam ci się w twoje ręce i wreszcie będziesz mógł zrobić ze mną co tylko zechcesz... Zaczynajmy lepiej już grę - musiałam szybko działać.
- Podoba mi się twoje zaangażowanie. Usiądź sobie proszę, na stojąco nie wypada. Wiesz, że bardzo ciebie lubię, dlatego dam ci pewną ulgę. Za każdym razem gdy zrobisz dobry ruch, zniknie część upiorów które wysłałem, jednak jeżeli popełnisz błąd to przybędzie ich więcej - zasiadłam do stołu i przytaknęłam głową, że się zgadzam. - Co powiesz na szachy? - wyczułam jego podniecenie.
- Niech będzie, i tak nic nie widzę, więc może być - co prawda był to mały haczyk, gdyż mogłam przez pewien czas używać zaklęcia w którym widziałam mnie więcej zarys planszy oraz pionków. - Miłej gry - powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Chciałam przetestować Szamana, dlatego specjalnie popełniłam błąd. To że pojawiły się stwory było prawdą, jednak to, że ja będę czuła ból nie było o tym mowy. Mogłam się spodziewać tego po nim. Jego gry były zawsze takie ekscytujące i pełne wrażeń.

<Lexie? Mer?>

niedziela, 13 stycznia 2019

Od Lexie & Mer do Takako

  Lexie i Mer pochylili swoje włócznie, odpychając zielarkę do tyłu i stając pomiędzy Lazy i jej towarzyszami a zbliżającymi się ludźmi. Ciała tych ostatnich nie wyglądały jak nic, co dotychczas widziała gwardzistka. Były paskudnie zmutowane i powykrzywiane. Właściwie nazywanie ich "ludźmi" było sporym eufemizmem, gdyż ich człowieczeństwo zostało zaprzepaszczone już dawno, dawno temu. Stwór, którego dane jej było widzieć w zamku mógłby wśród nich uchodzić za przystojniaka.
  Gwardziści synchronicznie poprawili tarcze i przygotowali się do walki. Zielarka za ich plecami dobyła sztyletu, a jej towarzysze przybrali zwierzęcą formę i czarna pantera skoczyła na przód, powalając dwóch ludzi na raz. Mer skrzypnął i ruszył za nim, a Lexie wycofała się, zagradzając drogę zielarce, która również chciał przyłączyć się do walki. Biały lis zakręcił się niespokojnie i przybrał formę człowieka. Lazy dała mu jednak znak, żeby dołączył do walki na przedzie.
- Co robisz? - spytała spokojnie tamta, słysząc przed sobą szczęk pancerza gwardzistki.
- Osłaniam cię, pani - wyjaśniła brunetka, nie odwracając się. Bacznie kontrolowała sytuację z przodu na wypadek, gdyby zbliżające się istoty w jakiś sposób wyminęły śmiercionośne kły wielkiego kota lub zabójczą włócznię milczącego strażnika.
- Jestem równie dobra w walce jak obaj moi towarzysze, dam sobie radę - zapewniła z miłym uśmiechem.
- Z całym szacunkiem, pani, nie mogę ci pozwolić narażać swojego życia. - Lexie była już przyzwyczajona do tego typu zachowania. Księżniczka Mirajane za każdym jednym choćby najbardziej błahym razem robiła dokładnie to samo. I najwyraźniej uczyniła to o jeden raz za dużo, skoro dosięgła jej ta paskudna klątwa. 
- W cale ich nie ubywa! - krzyknął Ryu, wokół którego tańczyły czerwone płomienie. Rzeczywiście, wyglądało na to, że przeciwnicy pojawiali się znikąd, nieustannie wychodząc z jamy. Jakby byli tam skądś sprowadzani przemknęło gwardzistce przez myśl. Skoro tak.... Odwróciła się akurat w momencie, w którym z czarnego lustra, okolonego szarymi kłębami toksycznej magii wyłonił się kształt, na którego twarzy znajdowała się zwierzęca czaszka, zakończona pióropuszem, opadającym na plecy. Jego długie ręce chwyciły od tyłu zielarkę, która nie mogła przecież go dostrzec i pociągnęły.
- Nie! - Lexie skoczyła do przodu, celując dłońmi w portal, jednak szaman zniknął wraz ze swoją zakładniczką, zanim palce strażniczki zdążyły go dosięgnąć. A potem było już za późno. Gładka tafla rozsypała się w szary pył przy kontakcie ze skórą kobiety, pozostawiając po sobie jedynie ciemniejszy ślad na podłożu.
(Takako? :3 I cyk, porwana xd)

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Od Takako do Lexie & Mer

Postanowiłam wyruszyć, przygotowania nie zajęły mi długo. Podałam również szczegółową instrukcję lekarzy co mają robić. Wreszcie miałam zamiar uniknąć jakichkolwiek komplikacji jak i zmniejszyć liczbę zgonów. Co prawda miałam pewne obawy co do zabrania Mer i Lexie nie na wzgląd, że by nas spowalniali, ale może bardziej przydali by się tutaj niż mnie. Poza tym nie chciałam, aby coś się im stało. Jednak nie chcąc się sprzeciwiać, postanowiłam ich wziąć ze sobą.
- Yuzu musimy dotrzeć tam jak najszybciej, Ryuu czy mógłbyś użyć swoich mocy, aby dodać trochę prędkości koniom, proszę - powiedziałam szeptem do nich z uśmiechem na twarzy.
Nie przewidywałam niczego złego, zawsze myślałam pozytywnie, ale coś w głębi mnie mówiło, że wydarzy się coś niespodziewanego. Ruszyliśmy, gdy tylko ja usiadłam na Yuzu. Ryuu pilnował tyłów i pomagał koniom w razie jakichkolwiek przeszkód na drodze czy też przy użyciu magii pomagał im regenerować siły.
Temenia nie znajdowała się daleko, a dotarcie do szamana nie było trudne, gdyż każdy go znał. Mieszkał przy samej granicy, w pewnej jamie przy najbliższym lesie. Tuż koło jego drzwi do jamy rosły przeróżne kwiaty o kolorze czarnym. Dotarliśmy tam bez najmniejszych przeszkód co mnie zaskoczyło, zupełnie tak jakby wszyscy czekali na nasz przyjazd i chcieli się zmierzyć we większej grupie przeciwko nam. Stanęliśmy przed jamą. Każdy zszedł ze swojego pojazdu.
- Bądźcie ostrożni na kwiaty jak i na wasze otoczenie - powiedziałam trochę ciszej. - Przy okazji wypijcie to - podałam im dwie małe buteleczki.
- A co to jest? - zapytała się Lexie.
- Pomoże wam przezwyciężyć zapach kwitów jak i ich działanie na was. Nie bez powodu są one tutaj i to w dodatku czarne - uśmiechnęłam się delikatnie.
Wysunęłam się bardziej w przód. Stanęłam prosto przed wejściem od jamy. Pozostali byli za mną. Wywołanie Szamana nie było zbyt trudne.
- Szamanie, to ja Neko! - uniosłam tak wysoko głos jak tylko mogłam. Niestety dostałam brak odpowiedzi słownej, ale za to do okoła nas pojawili się ludzie chcący zmusić nasze odejście.

<Lexie? Mer?>

niedziela, 30 grudnia 2018

Od Lexie & Mer do Takako

  Lexie pierwsza poderwała się ze swojego posłania. Mimi polecenia zielarki nie mogła nawet przez chwilę odpocząć. Cały czas myślała o tej chorobie, nie mogąc oderwać się od wizji Mirajane, zamieniającej się w taką samą bestię, jaką Mer wyniósł z izby chorych. Teraz byłą zmęczona, jednak zwarta i gotowa do podróży. Drugi gwardzista pojawił się w drzwiach do pomieszczenia. Lexie zmarszczyła brwi. Nie widziała nawet kiedy wyszedł, a przecież skradanie się nie było mocną stroną jego osoby.
  Obaj strażnicy podeszli do dziewczyny. 
- Więc dokąd, pani? - Spytała Lexie.
- Do Temeni. - Słowa dziewczyny były niczym grom z jasnego nieba. Lexie spojrzała na Mer, jednak ten nie odwzajemnił gestu, jak to miał w zwyczaju. - To bardzo daleko.
- To prawda. I będziemy musieli się pośpieszyć, gdyż bez moich naparów długo nie wytrzymają - przyznała dziewczyna. - Nie wiem, czy dacie radę podróżować tak szybko, jak my. Wolałabym, byście zostali w zamku i zajęli się chorymi.
- Przykro mi, pani, muszę odmówić - oznajmiła stanowczo Lexie. - Jeśli masz rację, a wszystko na to wskazuje, nie możemy ryzykować niepowodzenia tej misji.
- Przygotujcie więc sobie najszybsze konie - zasugerowała Lazy.

[...] Pół godziny później cała piątka był gotowa do drogi. Przez chwilę Lexie rozważała zostawienie Mer w zamku, jednak ostatecznie uznała, że jego obecność może okazać się niezbędna, jeśli natkną się po drodze na bandytów. Lub gdy będzie trzeba rozprawić się z Szamanem.
  Dziewczyna nie wiedziała za wiele o Temeni, choć ta nazwa obiła jej się o uszy. W legendach jej ludu była przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako miejsce, w którym pradawna magia została zniszczona. Lexie poczuła zimne ciarki na plecach.
- Skoro jesteście gotowi to ruszamy - zarządziła zielarka, wsiadając na czarną panterę. Jej drugi towarzysz przybrał formę białego lisa, co, ku zdziwieniu Lexie, zwróciło uwagę Mer. Ruszyli powoli, jednak zaraz za miastem przyśpieszyli tępa i konie ledwo nadążały za drapieżnym kotem.
(Takako? Prowadź nas xd)

Od Takako do Mer & Lexie

Zamykające się drzwi wydały skrzypiący odznak, a domykając je dobrze, ogromny huk. Ryuu pomógł mi dojść do ciała.
- Czy mógłbyś użyczyć mi swoich oczu? - zapytałam cicho. Nie lubiłam prosić o to jego, ale obecna chwila tego wymagała.
- Tak - odpowiedział krótko. Moje oczy zostały przysłonięte jego ciepłą dłonią. Po chwili uzyskałam wzrok. Przepadałam całe ciało z dokładnością. Niby nic nie było, jednak znak motyla w tęczówce oka dała mi bardzo dobrą wskazówkę. Ten sam znak również był na sercu zmarłego człowieka. Chcąc już kończyć swoje badania, trup nagle ożył. Poruszał się swoim martwym ciałem, które było już zesztywniałe. Trup rzucił się na mnie, zadrapując mnie w rękę. Na szczęście Ryuu nie zauważył tego i od razu zabił go. Pobrudziłam się co prawda krwią, ale nie było tak źle. Przynajmniej krew zasłoniła moją ranę. Gdy wyszliśmy, Yuzu się zlękną. Wyszłam i skierowałam się do miejsca gdzie mogłam się umyć oraz przy okazji przebrać. Będąc już przebrana, opatrzyłam swoją ranę i schowałam ją pod rękawem. Mer przyszedł po mnie, aby mnie zaprowadzić do reszty.
- Wybrudziłeś się krwią co nie? - wzięłam mokrą szmatkę i wręczyłam rycerzowi w zbroi. - Gdy wytrzesz się dokładnie, wrócimy do reszty - uśmiechnęłam się w jego stronę, a przynajmniej miałam taką nadzieję. - Przepraszam, że przeze mnie pobrudziła się twoja zbroja... Poczekam na zewnątrz do czasu, aż skończysz - wyszła zza drzwi. Nie musiałam długo czekać na Mer, gdy doszedł do mnie, ruszyliśmy w ciszy do reszty.
- Musimy go znaleźć! - usłyszałam zdenerwowany głos Ryuu.
- Co masz na myśli? - zapytała się Lexie.
- Ma na myśli szamana, który rzucił klątwę na to królestwo. Ludzie którzy mają już dość swojego życia przegrywają przez co on może przejąć nad nimi kontrolę - wtrąciłam się w słowo.  Nie pozostało mi dużo czasu, więc musiałam się streszczać. W dodatku czułam jak moja rana się tylko zagłębia, a moje moce leczenia nic nie dawały. - Ryuu czy mógłbyś sprawdzić wszystkie osoby, które tutaj leżą wraz z Yuzu. Trzeba wszystkich oddzielić. Osoby mające znak motyla na tęczówkach niech będą po lewej stronie natomiast osoby bez znaku jednak z objawami po prawej stronie. Księżniczkę natomiast dajcie tutaj - wszyscy zabrali się do pracy, a ja usiadłam na podłodze. Wyjęłam ze swoje torby zioła z których miałam zamiar przygotować lek powstrzymujący klątwę. Zmieszałam wszystko razem po czym przesypałam do mniejszych miseczek metalowych i podpaliłam. Miły zapach rozpowszechnił się po całym pomieszczeniu.
- Dobrze się spisaliście, odpocznijcie w pomieszczeniu obok - wszyscy wykonali bardzo dobrą robotę. Musieli odpocząć, gdyż zmęczeni nie będą mi za bardzo przydatni. - Yuzu ty również dołącz do nich, nie chcę słyszeć żadnych ale - usiadłam pod ścianą tuż obok księżniczki. Wyjęłam swój flet i zaczęłam na nim grać delikatną melodię. Grając tak na flecie aury ludzie zmieniły swój kolor, przy okazji przypomniała mi się pewna osoba ze znakiem motyla. Grając na flecie przez dobre trzy godziny przestałam grać i zaczęłam ponownie przygotowywać miksturę, którą podpaliłam. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale dźwięki dzwonów pobliskiego kościoła oznajmiły poranek.
- Wiem już gdzie znajdziemy tego szamana - weszłam do pomieszczenia obok gdzie wszyscy odpoczywali.

<Mer? Lexie?> c:

Od Mer & Lexie do Takako

- Lexie nie potrzebuję ciebie teraz więc idź do swojej pani - powiedziała Lazy, spinając swoje włosy w kucyk. Gwardzistka bez słowa ukłoniła się i podeszła do łoża Mirajane. Jej zwykle piękne oblicze krzywiło się w grymasach cierpienia. Dziewczyna uklękła i chwyciła ją za rękę. Jej skórę natychmiast przyprószył szary pył neutralizowanej magii. Zamknęła oczy czując nieprzyjemne mrowienie na pograniczu skóry i narośli.
  Tymczasem zielarka wzięła się ostro do roboty, rozstawiając wszystkich po kątach. Mer został postawiony przed drzwiami, specjalnie przygotowanej dla lekarki sali, w której miała przebadać ciało. Obok niego stanęła czarna pantera, która gwałtownie przemieniła się w wysokiego, czarnowłosego mężczyznę. To był pierwszy raz, gdy postawny strażnik zwrócił na coś uwagę bez opóźnienia, trwającego dobrych kilka minut. Jego hełm obrócił się powoli i poruszył, jakby dokładnie przyglądał się zmiennokształtnemu. Nie uszło to oczywiście uwadze Ryu. Czarnowłosy również omiótł zbroję wzrokiem od góry do dołu, potem spojrzał w mrok, panujący za przyłbicą.
- Coś nie tak? - spytał. Mer przez chwilę nie odpowiadał, po czym z głębi jego zbroi rozległ się głęboki, dudniący głos.
- Jesteś zmiennokształtnym - powiedział i zamilkł. Czarnowłosy uniósł pytająco brew, jednak tak drobne sugestie nigdy nie docierały do zapuszkowanego gwardzisty. Westchnął i przewrócił oczyma.
- To coś złego? - dopytywał.
- Nie. - Mer obrócił głowę i zastygł w sztywnej pozie zbroi, powieszonej na stojaku w zamkowym hallu.
  Ryu jeszcze przez chwilę patrzył na milkliwego strażnika, gdy nagle otworzyły się drzwi, przy których stali i ze środka wyłoniła się białowłosa dziewczyna oraz towarzyszący jej chłopak. Na jej poważnej twarzy nie było widać śladów łez, jednak jej oczy były wilgotne. Na jej ubraniu widać było również krew. Czarnowłosy strażnik rzucił pytające spojrzenie Yuzu, a ten dał mu znak, by wszedł i sam się przekonał. Ryu ruszył z miejsca, a za nim pomaszerował Mer. Obaj znaleźli się w pomieszczeniu w tym samym momencie i w tym samym momencie ujrzeli... to. Zwłoki, leżące na podłodze nie wyglądały na człowieka, którym były jeszcze przed chwilą. Całe ciało wyglądało na zniekształcone, jakby w połowie przemiany w coś innego. Wszędzie była krew. Najwyraźniej zielarka i jej sługa wdali się w pojedynek ze stworzeniem. Przez ciężkie kamienne ściany nie dobył się żaden dźwięk. 
- Niedobrze - mruknął do siebie Ryu.
  Mer podszedł do zwłok i uniósł je w górę sprawiając, że krew polała się po jego nienagannie wypolerowanej zbroi. Zarzucił je sobie na ramię i wyszedł, kierując swoje kroki do przystosowanego pomieszczenia na spalarnię zwłok tuż obok sali szpitalnej.
(Takako?)

piątek, 28 grudnia 2018

Od Takako do Lexie & Mer

Wiedziałam, że na zaufanie będę musiała popracować, ale teraz mnie nie to nie obchodziło. Miałam ważniejsze sprawy do załatwienia. Wjeżdżając do miasta poczułam coś, ale gdy tylko weszłam do chorych osób wiedziałam, byłam prawie że na sto procent pewna, że epidemię wywołał ktoś.
- Maski nie będą potrzebne - powiedziałam do nich, oddając swoją maskę w ręce Yuzu. - Ta choroba nie jest zaraźliwa - dodałam. - Yuzu, Ryuu czy moglibyście pójść po te rośliny - nie musiałam wymawiać nazwy rośliny, a oni już wiedzieli o co mi chodzi. - Lexie, czy mogłabym zobaczyć twoją panienkę? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy.
Może jeszcze nie wiedziałam co jest przyczyną epidemii, ale byłam dobrej myśli. Zawsze sobie powtarzałam, że bycie optymistką przynosi tylko dobro. Dziewczyna bez słów zaprowadziła mnie do jej mości. Otaczająca ją aura była inna od pozostałych ludzi. Ona walczyła. Starała się jak tylko mogła walcząc o życie. Uśmiechnęłam się na ten widok.
- Dlaczego się uśmiechasz? - usłyszałam głos Lexie. - Co jest tak śmiesznego w niej? - zapewne gwardzistka mnie źle zrozumiała, ale nie miałam nic złego na myśli. Chcąc już jej wytłumaczyć moi towarzysze wrócili.
- Mamy te rośliny - usłyszałam głos Ryuu.
- Dziękuję - wzięłam rośliny i oddaliłam się od nich. Będąc mniej więcej na środku, gdzie było odrobinę więcej miejsca wzięłam rośliny, położyłam je na ziemi.
- Ryuu podpal liście, a gdy będą już odpowiednio rozpalone użyj wiatru i rozmieć cały dym po tym pomieszczeniu - nie musiałam długo czekać, gdyż chłopak wykonał polecenie wręcz od razu.
- Masz zamiar wszystkich spalić? - usłyszałam pytanie od jednych z lekarzy. Nie odpowiedziałam, gdyż potrzebowałam się skupić, aby użyć swoich mocy leczniczych.
- Ona ma zamiar oczyścić to pomieszczenie od czarnej aury, która tu zapanowała. To jest jeden z powodów waszej epidemii. Szukaliście pomocy przy pomocy książek, a nie przy pomocy serca tak jak to właśnie ona to teraz robi. Nasza panienka chce wpierw poprawić samopoczucie ducha chorych osób. Gdy oni zaczną wierzyć tak ich stan się polepszy na tyle, aby zdobyć chociaż odrobinę czasu więcej - po zakończeniu swojego "rytuału" leczenia, podeszłam do Yuzu, który obecnie dotrzymywał towarzystwa Lexie, Mer oraz lekarzowi.
- Skoro uzyskałam więcej czasu, to mogę zacząć od początku - uśmiechnęłam się w ich stronę. - Lexie nie potrzebuję ciebie teraz więc idź do swojej pani - chwyciłam swoje włosy i spięłam je w kucyka. - Przygotujcie mi salę w której będę mogła przebadać ciało - lekarze zrobili to o co poprosiłam. Gdy wszystko było już gotowe, wzięłam swoją torbę i nim weszłam, odwróciłam się na pięcie. - Mer, Ryuu czy moglibyście przypilnować, aby nikt mi nie przeszkodził, proszę. Yuzu ty wejdziesz ze mną. Za jakieś dwadzieścia minut powinnam wrócić. - skoro przydzieliłam wszystkich do pracy, weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz.

<Lexie? Mer?>

Od Lexie i Mer do Takako

  - Wasza wysokość, z całym szacunkiem, jednak nie powinnam opuszczać boku mej pani w tym trudnym okresie. Moja obecność sprawia jej wyraźną ulgę. Nie mogę pozwolić...
- Zamilknij! - Królowa uniosła dłoń, jakby chciała uderzyć gwardzistkę, jednak się rozmyśliła. -  Mirajane jest moją córką. Doskonale wiem, co czujesz, jednak nawet twoja moc nie pomoże, jeśli nie znajdziemy lekarstwa na tę chorobę. Ona umrze, Lexie.
- Więc umrę razem z nią - powiedziała gorzko dziewczyna, spuszczając wzrok. - Proszę o wybaczenie, pani. Zrobię to, o co prosisz.
- Dziękuję.

[...]Oczy gwardzistki powiodły za białowłosą zielarką, której wejście do sali tronowej wypadło nader efektownie. Jej smukła, jasna postać jechała na grzbiecie postawnej, czarnej pantery, a nieco za nimi podążał białowłosy mężczyzna, o pięknej twarzy i świecących złotem oczach. Dziewczyna zsiadła z swego wierzchowca i ukłoniła się. Jej głos był równie łagodny, jak jej postawa. Jednak to jeszcze o niczym nie świadczyło. Lexie czuła nieufność, wobec tej świeżo przybyłej zielarki, której pochodzenie było właściwie nieznane. Gwardzistka zebrała o niej tyle informacji, ile tylko się dało, jednak nie było ich zbyt wiele. Oprócz tego, że cieszyła się raczej dobrą reputacją jako uzdrowiciel niepokój wzbudzało jej przywiązanie do pary dzikich zmiennokształtnych oraz jej brak wzroku. Mówiono również, że tak samo jak leczyć, jest w stanie sprowadzić śmierć. Brunetka nieco nerwowo zacisnęła i wyprostowała palce.
  Nie uszło jej uwadze, że jeden ze sług tej dziewczyny dotknął królowej, zakazując jej dotykać swojej pani. Rzecz jasna Lexie postąpiłaby tak samo, jednak ona miałaby do tego pełne prawo, jako że służy rodzinie królewskiej, nie tylko podrzędnej zielarce.
  Wreszcie kroki przybyłej skierowały się do gwardzistów.
- Jestem Lazy, miło mi was poznać, no i dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa - powiedziała uprzejmie, a jej ślepe oczy wpatrywały się gdzieś w punkt za plecami strażników.
- To dla nas zaszczyt, pani - powiedziała Lexie, kłaniając się sztywno. Kątem oka spojrzała na Mer. Postawna zbroja nie poruszyła się nawet o cal. - Nazywam się Lexie, a mój towarzysz to Mer. Jesteśmy do twojej dyspozycji.
  Zbroja cicho zgrzytnęła i milczący strażnik również skłonił swoją głowę. Brunetka miała ochotę przewrócić oczami i pochwalić go za refleks, jednak opanowała ją i wyprostowała się, by napotkać na łagodne, niewidzące spojrzenie Lazy. Jednak oczy jej sługi nie wyglądały na tak przychylnie nastawione gwardzistom. Złotooki uważnie śledził poczynania gwardzistki, a gdy niespodziewanie poruszył się Mer, zmarszczył brwi. Zielarka pokiwała głową.
- Prowadź, proszę.
  Lexie obróciła się na pięcie i przeszła przez drzwi, które dotąd miała za plecami. Mer odsunął się nieco, przepuszczając przybyszy i ruszył na tyle, zamykając pochód. Gwardzistka prowadziła gości krętymi korytarzami zamku, aż znaleźli się na dużej hali, w której przebywało zamkniętych kilkanaścioro chorych. Medycy w maskach, podobnych do ptasich uwijali się przy cierpiących, jednak żaden z nich nie wyglądał, jakby miał pojęcie, co się właściwie dzieje. Zauważając ich przybycie, jeden z dziwacznie ubranych uzdrowicieli podbiegł do nich i z przerażeniem wcisnął Lazy  i jej słudze maski, podobne do swojej.
- Proszę to ubrać, niebezpiecznie jest chodzić bez maski - powiedział nerwowo, po czym rzucił Lexie przerażone spojrzenie i przełknął ślinę. - Robimy co możemy, robimy co możemy gwardzistko. Stan jej wysokości jest stabilny.  
(Takako? Nie miej za złe podejrzliwości Lexie, ostatnio żyje w ciągłym strachu o swoją panią.)

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Takako do Mer & Lexie

Kierowałam się obecnie w stronę krainy Leoatle. Z opowieści słyszałam iż jest to bardzo piękny kraj pokryty zielenią. Można tam zobaczyć przepiękne zwierzęta, ludzie są mili, a osiedlenie się na tamtejszych ziemiach nie jest czymś trudnym. Niby świat jak z bajki mógł się wydawać przez słyszane opowieści z ust osób które spotkałam podczas podróży do tamtejszego miasta. Byłam w tamtym miejscu gdy miałam trzy lata jednak jak dla mnie było wszystko rozmazane gdyż nic już prawie nie pamiętałam. Szłam obecnie leśną drogą na grzbiecie Yuzu. Ryuu poszedł w przód, aby zbadać teren czy też kogoś nie ma w pobliżu. Yuzu pod postacią zwierzęcia niósł mnie. Mało kiedy się zdarza, że jestem na jego grzbiecie jednak potrzebowałam odrobiny odpoczynku. Kierowałam się obecnie do Leoatle będąc odrobinę zaniepokojona. List jaki dostałam od samego króla i królowej mnie zaniepokoił. Niby nic nie zrobiłam, ale miałam się pokazać natychmiastowo u nich.
- Tako-chan, droga przed nami jest czysta. Nikogo nie ma - ze zamyślenia wyrwał mnie mój drugi towarzysz Ryuu.
- Widziałeś już może mury do stolicy? - zapytałam cicho, lecz z uśmiechem na twarzy. Nie chciałam, aby ktoś zobaczył, że jestem zaniepokojona.
- Tak, za jakieś dwadzieścia minut powinniśmy dotrzeć o ile ten czarny grubas się ruszy - zaśmiał się co nie spodobało się Yuzu.
- Taka-chan, trzymaj się mnie mocno. Dotrzemy w pięć minut. A ty lisie uważaj, abyś dotrzymał nam kroku - objęłam szyję czarnej pantery, której futro wtuliło się we mnie. Nie za bardzo chciałam się wtrącać w ich męczące sprzeczki tak więc po porostu zrobiłam to o co mnie poprosili. Tak jak czarnowłosy towarzyszy obiecał tak też się stało. Przeszliśmy przez bramy miasta bez żadnego problemu. Skierowałam się wprost do zamku tam gdzie oczekiwał mnie para królewska.
- A więc to ty jesteś tą znaną zielarką królewską - usłyszałam głos mężczyzny. Zeszłam z Yuzu.
- Jestem Lazy, miło mi. To jest natomiast Yuzu oraz Ryuu. Moi towarzysze - uśmiechnęłam się, ukłoniłam, po prostu przywitałam się tak jak mnie nauczono, aby robi to przy szlachcie i osobom na wyższym szczeblu niż ja.
- Proszę pomóż nam - usłyszałam jak jakaś kobieta jest coraz bliżej mnie. Gdy była już wystarczająco blisko, chwyciła mnie za rękę. - Jeżeli nam nie pomożesz to nie wiem już kogo mamy prosić o pomoc - teraz to już kompletnie nie wiedziałam po co zostałam wezwana.
- Czyli nie przeskrobałam niczego? - zapytałam się tak dla pewności.
- Nie, czemu? - zdziwiła się kobieta trzymająca za mą dłoń. Zapewne była to królowa.
- Bo list który otrzymałam na to wskazywał - odpowiedziałam.
- Zapewne ktoś się pomylił, wybacz - Yuzu podszedł do kobiety i oddali jej dłoń od mojej.
- Wybacz mi panienka, jednak wolę, aby nikt jej nie dotykał - powiedział spokojnie. Kobieta zapewne spojrzała się na niego bojaźliwym wzrokiem.
- A więc o co chodzi? - zapytałam się delikatnie.
- Jakaś choroba dotknęła nasz lud, a nikt nie potrafi sobie z tym poradzić, więc może mogłabyś nam pomóc - powiedział mężczyzna, zbliżając się do mnie.
- Czy moglibyście mnie zaprowadzić do tych osób? - zapytałam z uśmiechem na twarzy. - Postaram się jak najszybciej coś zaradzić - dodałam, chcąc podnieść ich na duchu.
- Zaprowadzą ciebie do chorych osób moje zaufane osoby są to Lexie oraz Mer. Będą towarzyszyć tobie przez cały czas - nie miałam nic przeciwko.
- Dziękuję waszej wysokości - uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę dwóch osób, które miały mnie zaprowadzić do chorych osób. - Jestem Lazy, miło mi was poznać no i dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa - miałam tylko nadzieję, że byłam skierowana w odpowiednią stronę do nich.

<Mer? Lexie?> ^^