Szczerze się ucieszyłam, gdy w tłumie dojrzałam w tłumie sylwetkę Ashley. No, tak po prawdzie, to najpierw zobaczyłam konia prowadzonego przez dziewczynę - karego rumaka widać było z daleka, ludzie zdawali się wręcz rozstępować, by zrobić miejsce potężnemu zwierzęciu, które dziarsko kroczyło przy boku swej towarzyszki, grzecznie dając się prowadzić za uzdę. Maki będzie miał sympatycznego towarzysza, rzadko kiedy podróżowaliśmy przecież z kimś innym.
- To gdzie? - zapytała w końcu Ashley, przypatrując mi się badawczo. Gdy dosiadła już swojego wierzchowca, musiałam zadzierać głowę w górę, by móc spojrzeć jej w oczy.
Przez chwilę nie odpowiadałam, usiłując odtworzyć w głowie możliwe trasy - później będę musiała jeszcze zajrzeć do szczegółowej mapy, którą za kilka miedziaków kupiłam od jednego z posłańców napotkanego wczoraj. Droga prowadziła póki co cały czas prosto, potem jednak rozwidlała się na trzy odnogi, z czego do gęstego lasu najbliżej było tej środkowej, zarazem i rzadko uczęszczanej. Posłaniec, gdy zauważył moje zainteresowanie ową trasą, odradzał ją, twierdząc, że właśnie jej używają rabusie i przemytnicy, w tym i ci handlujący niewolnikami. Z drugiej strony, nie widziało mi się podróżowanie tyle czasu na otwartym terenie. Hej, las to w końcu moje terytorium, w dodatku jeśli wejdę na drzewo, nie sięgnie mnie nikt.
Teraz jednak spojrzałam na zniecierpliwionego już lekko konia, który teraz już, gdy trzymał na swoim grzbiecie, wyraźnie rwał się do rozpoczęcia wędrówki.
- Przed siebie, co ty na to? - uśmiechnęłam się szeroko, podpierając się pod boki. Wzięłam głęboki wdech, po raz ostatni odwracając głowę, by spojrzeć na głośne miasto. Jeśli zaufać by tej mapie i podanej na niej informacjach, od następnej tego typu osady dzieliło nas parę dni drogi. Po drodze miniemy kilka małych wiosek - a raczej przejdziemy w pobliżu, rzadko kiedy zbaczałam z leśnej trasy, by uzupełnić zapasy we wsiach czy zanocować, co nie zmieniało faktu, że dobrze było wiedzieć, gdzie są, by w razie potrzeby do nich zajrzeć. Szczególnie jeśli zamierzałyśmy rzeczywiście pójść drogą, którą wcześniej postanowiłam obrać.
- Czemu by nie - uznała. - Pod warunkiem, że znasz drogę.
- Mam mapę, spokojnie.
~ Maddie ~ spróbował po raz kolejny otrzeźwić mnie Maki. ~ Trochę lasu będzie też, jeśli skręcimy w prawo...
- Wiem - odpowiedziałam cicho. - Ale przecież posłaniec mógł mieć nieaktualne informacje. Jeśli nawet on wiedział o zagrożeniach czyhających tam, tym bardziej zdaje sobie z nich sprawę okoliczny baron, powinien już dawno w takim wypadku wysłać jakichś swoich ludzi.
~ Ludzi z wyższych sfer to średnio może interesować ~ ostrzegł.
- Będzie dobrze! - stwierdziłam optymistycznie. - Poza tym, nie zamierzam cały czas trzymać się drogi. Możemy nieco zejść czasem, szczególnie jeśli znajdziemy po drodze jakąś rzeczkę.
Ryś w odpowiedzi tylko westchnął z rezygnacją - wyczułam w tym jednak jego niechętną zgodę. Podniosłam się zatem z kucek i zerknęłam przelotnie na Ashley.
- Jesteś gotowa? - zapytała.
- Jasne - skinęłam głową.
- A twój towarzysz? Nie przeciąży się? - utkwiła wzrok w drobnym zwierzaku, który niósł na plecach tkaniny większe od niego, a masą przewyższające go kilkukrotnie.
- W porządku, w porządku - dziarsko zarzuciłam własny dobytek na plecy, by pakunek wygodniej się niosło. - Inaczej w życiu bym mu na to nie pozwoliła.
Ashley ponagliła zatem konia, który ruszył drogą - pod jego kopytami tańczyły drobinki kurzu, a zwierzę wybijało regularny rytm. Bam - bam-bam - bam.
< Ashley? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stań wyżej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stań wyżej. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 października 2017
niedziela, 17 września 2017
Od Ashley do Madelyn
Nocowałam w jakiejś stodole, gdzie mogłam pozostawić przy sobie Ramzesa. Koń spał jakieś trzy metry ode mnie. Słoma wbijała mi się w ciało, ale musiałam to zignorować. Kiedy wstałam, mój towarzysz zajadał się sianem, a przez szpary między deskami przebijały się promienie światła. Wstałam i się rozciągnęłam, ziewając przeciągle.
- Ramzes, idziemy, póki właściciel nie zauważył gości w stodole - powiedziałam podchodząc do niego i wyciągając z mojego malutkiego woreczka uzdę, derkę, siodło i inne rzeczy potrzebne do osiodłania konia. Kiedy był gotowy, wyprowadziłam zwierze ze stodoły, jednak nieco późno. Po zrobieniu paru kroków, przed domek ma ganku zauważyłam mężczyznę, który zaczął do nas krzyczeć. Ruszył w naszym kierunku biegiem z bronią w dłoni. Był to tęgi staruszek, który ma na karku już wiele lat, ale fizycznie to trzymał się niczym młody byk. Stanęłam i obserwowałam jak biegnie w moim kierunku. Zatrzymał się parę kroków od nas.
- Kim wy jesteście i co robiliście w mojej stodole?! - zapytał rozgniewany. Pionki zabawnie się denerwują; ich twarze robią się czerwone, a czasem głosy tak piskliwe, że trudno uwierzyć w to, iż mogą one należeć do dorosłych mężczyzn. Ten jednak tylko stał się czerwony.
- Gospodarzu, tylko nocowaliśmy. Opuść broń, to nie jest potrzebne - powiedziałam spokojna.
- Obcy człowiek w mojej stodole! Pewno jesteś rabusiem, ale u mnie nic nie ukradniesz! - wymierzył w moją stronę lufę i miał już zamiar wystrzelić, ale gdy machnęłam ręką, jego broń się uniosła i wyrwała do góry. Zgięłam ją w pół telekinezą i rzuciłam gdzieś w bok. - O Boże... - szepnął przerażony. - To diablica! Czarownica! - uśmiechnęłam się delikatnie i wsiadłam na konia.
- Serdecznie dziękuje gospodarzu za nocleg i paszę dla konia - po tych słowach oddaliłam się w las. Zbliżało się południe.
Wpierw zawitałam na rynek, gdzie zakupiłam sobie dwie bułki. Przez snem zastanawiałam się nad propozycją dziewczyny. Podróżować z kim tak naiwnym i ufnym? Może być zabawnie. Udałam się do wschodniej bramy nieco spóźniona, przez tłum na rynku. Zsiadłam z konia i zaczęłam spokojnym tempem iść w kierunku umówionego miejsca. Byłam pewna, że tam czeka. Po wczorajszej rozmowie z nią stwierdziłam, że jest zbyt miła, aby kłamać i rzucać słowa na wiatr.
Zastałam ją tam, gdzie powinna być.
- Jednak przyszłaś - powiedziała wstając, na co skinęłam głową. Wskoczyłam na konia.
- Tak. Ruszamy? - dziewczyna skinęła głową także wstając. Uważnie mi się przyjrzała.
- A gdzie twój powóz? - zapytała.
- Na swoim miejscu - po tych słowach przeszłam przez bramę i chwilę czekałam na nią, aż się ruszy. Kiedy to zrobiła zapytałam: - To gdzie?
< Madelyn? >
- Ramzes, idziemy, póki właściciel nie zauważył gości w stodole - powiedziałam podchodząc do niego i wyciągając z mojego malutkiego woreczka uzdę, derkę, siodło i inne rzeczy potrzebne do osiodłania konia. Kiedy był gotowy, wyprowadziłam zwierze ze stodoły, jednak nieco późno. Po zrobieniu paru kroków, przed domek ma ganku zauważyłam mężczyznę, który zaczął do nas krzyczeć. Ruszył w naszym kierunku biegiem z bronią w dłoni. Był to tęgi staruszek, który ma na karku już wiele lat, ale fizycznie to trzymał się niczym młody byk. Stanęłam i obserwowałam jak biegnie w moim kierunku. Zatrzymał się parę kroków od nas.
- Kim wy jesteście i co robiliście w mojej stodole?! - zapytał rozgniewany. Pionki zabawnie się denerwują; ich twarze robią się czerwone, a czasem głosy tak piskliwe, że trudno uwierzyć w to, iż mogą one należeć do dorosłych mężczyzn. Ten jednak tylko stał się czerwony.
- Gospodarzu, tylko nocowaliśmy. Opuść broń, to nie jest potrzebne - powiedziałam spokojna.
- Obcy człowiek w mojej stodole! Pewno jesteś rabusiem, ale u mnie nic nie ukradniesz! - wymierzył w moją stronę lufę i miał już zamiar wystrzelić, ale gdy machnęłam ręką, jego broń się uniosła i wyrwała do góry. Zgięłam ją w pół telekinezą i rzuciłam gdzieś w bok. - O Boże... - szepnął przerażony. - To diablica! Czarownica! - uśmiechnęłam się delikatnie i wsiadłam na konia.
- Serdecznie dziękuje gospodarzu za nocleg i paszę dla konia - po tych słowach oddaliłam się w las. Zbliżało się południe.
Wpierw zawitałam na rynek, gdzie zakupiłam sobie dwie bułki. Przez snem zastanawiałam się nad propozycją dziewczyny. Podróżować z kim tak naiwnym i ufnym? Może być zabawnie. Udałam się do wschodniej bramy nieco spóźniona, przez tłum na rynku. Zsiadłam z konia i zaczęłam spokojnym tempem iść w kierunku umówionego miejsca. Byłam pewna, że tam czeka. Po wczorajszej rozmowie z nią stwierdziłam, że jest zbyt miła, aby kłamać i rzucać słowa na wiatr.
Zastałam ją tam, gdzie powinna być.
- Jednak przyszłaś - powiedziała wstając, na co skinęłam głową. Wskoczyłam na konia.
- Tak. Ruszamy? - dziewczyna skinęła głową także wstając. Uważnie mi się przyjrzała.
- A gdzie twój powóz? - zapytała.
- Na swoim miejscu - po tych słowach przeszłam przez bramę i chwilę czekałam na nią, aż się ruszy. Kiedy to zrobiła zapytałam: - To gdzie?
< Madelyn? >
piątek, 25 sierpnia 2017
Od Madelyn do Ashley
Nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu, słuchając nowo poznanej dziewczyny.
- Ja się dzielę ze światem każdego dnia! - rzuciła, rozkładając szeroko ręce, jakby zapraszała cały świat do zbiorowego tulenia. - Sprzedaję im wszystko, czego chcą i targuje się tak, że nikt się nie połamie co i jak, a kupi. Ale dzisiaj zamiast się dzielić ze światem, idę się przejść, bo sen mnie bierze.
Jakby na potwierdzenie swoich słów, ziewnęła szeroko, przecierając wierzchem dłoni oczy.
- Rzeczywiście, wyglądasz na zmęczoną - stwierdziłam, przyglądając się Ashley. - Też pewnie powoli będę uciekać, musimy jeszcze z Makim wyjść z miasta.
- Zamierzacie podróżować w nocy? - zmarszczyła brwi, wyraźnie zdziwiona.
- A skąd - żachnęłam się, rozbawiona. - Ale rzadko kiedy sypiamy w gospodach. Sprzedałam i kupiłam już wszystko, co musiałam, więc rano pójdę dalej, gdy tylko wstanie słońce i coś upolujemy.
- A gdzie zamierzacie wypocząć?
- Niedaleko jest las, wejdziemy na jakieś drzewo. Maki nie lubi spać w budynkach, ja też pewniej się czuję na łonie natury.
- Nie boicie się rabunku? W lasach nie trudno o spotkanie jakiegoś rzezimieszka.
- Hmm - mruknęłam, splatając dłonie na karku. - Czasem rzeczywiście spotykamy takich delikwentów, ale jakoś idzie albo się ukryć, walki zdarzają się bardzo rzadko - zaśmiałam się, unosząc palec w górę. - To aż smutne, jak rzadko ludzie patrzą na to, co jest ponad ich czołem, prawda? Za to doskonale wiedzą, co mają przy stopach. To smutne, jak bardzo ograniczamy nasze pole widzenia i możliwości. Tym bardziej, że większość nawet nie wie, ile przez to traci.
- Każdy żyje, jak umie - podsumowała Ashley.
- Możliwe - przyznałam z ociąganiem. W międzyczasie, Maki ziewnął szeroko i przeciągnął się, wstając. Wlepił we mnie pytające spojrzenie.
~ Musimy już iść ~ ponaglił mnie. Poklepałam lekko rysia po łebku.
-Już, już. Wybacz, Ashley, my już będziemy powoli uciekać, dziękuję za towarzystwo.
- Nawzajem.
- A właśnie! - przypomniałam sobie. - Mówiłaś coś o towarzystwie w podróży. Jeśli nadal jesteś zainteresowana, z chęcią bym się z tobą wybrała, zawsze raźniej.
~ Maddie, już późno ~ ryś spojrzał na mnie, mrużąc oczy.
- Wiem, Maki, wiem - mruknęłam. - W każdym razie... gdybyś chciała, będziemy czekać jakoś przed południem przy wschodniej bramie, muszę jeszcze załatwić parę spraw z rana, jak się pewnie okaże. Miłej nocy, śpij dobrze!
- Ty też, uważaj na siebie - skinęła głową.
Uśmiechnęłam się i wstałam, kierując swoje kroki do wyjścia z gospody. Przy drzwiach pomachałam jeszcze do dziewczyny, po czym włączyłam się w wieczorny tłumek zmierzający do sobie tylko wiadomych celów.
***
- Tu było miło - stwierdziłam do przyjaciela, przyciągając się. Zgodnie z obietnicą daną wczoraj Ashley, czekałam przy wschodniej bramie, oparta o murek. - Zawsze to ciekawie poznać kogoś nowego.
~ Jesteś stanowczo zbyt ufna ~ stwierdził poważnie Maki. ~ I skąd w ogóle wiesz, czy przyjdzie?
- Nie wiem - zgodziłam się, ignorując pierwszą część wypowiedzi rysia: często mi to powtarzał. - Jeszcze trochę zostało do południa, najwyżej zaraz wyruszymy. Ale co nam szkodzi poczekać. W drodze zawsze bezpieczniej, gdy ktoś nam towarzyszy.
~ Ja tu jestem ~ przypomniał. Roześmiałam się.
- No, przecież, mój obrońco - wtuliłam głowę w sierść zwierzaka. - Ale jesteś pewien, że udźwigniesz te wszystkie materiały?
Spojrzałam na bagaż, który właśnie do niego doczepiałam.
~ Nosiłem cięższe.
- Mimo wszystko, z twoją budową, wygląda to, jakby zaraz miało cię przygnieść do ziemi.
~ Taka uroda mojej rasy ~ podsumował.
- Też racja - przyznałam, wypatrując równocześnie w tłumie znajomej sylwetki.
< Ashley? >
- Ja się dzielę ze światem każdego dnia! - rzuciła, rozkładając szeroko ręce, jakby zapraszała cały świat do zbiorowego tulenia. - Sprzedaję im wszystko, czego chcą i targuje się tak, że nikt się nie połamie co i jak, a kupi. Ale dzisiaj zamiast się dzielić ze światem, idę się przejść, bo sen mnie bierze.
Jakby na potwierdzenie swoich słów, ziewnęła szeroko, przecierając wierzchem dłoni oczy.
- Rzeczywiście, wyglądasz na zmęczoną - stwierdziłam, przyglądając się Ashley. - Też pewnie powoli będę uciekać, musimy jeszcze z Makim wyjść z miasta.
- Zamierzacie podróżować w nocy? - zmarszczyła brwi, wyraźnie zdziwiona.
- A skąd - żachnęłam się, rozbawiona. - Ale rzadko kiedy sypiamy w gospodach. Sprzedałam i kupiłam już wszystko, co musiałam, więc rano pójdę dalej, gdy tylko wstanie słońce i coś upolujemy.
- A gdzie zamierzacie wypocząć?
- Niedaleko jest las, wejdziemy na jakieś drzewo. Maki nie lubi spać w budynkach, ja też pewniej się czuję na łonie natury.
- Nie boicie się rabunku? W lasach nie trudno o spotkanie jakiegoś rzezimieszka.
- Hmm - mruknęłam, splatając dłonie na karku. - Czasem rzeczywiście spotykamy takich delikwentów, ale jakoś idzie albo się ukryć, walki zdarzają się bardzo rzadko - zaśmiałam się, unosząc palec w górę. - To aż smutne, jak rzadko ludzie patrzą na to, co jest ponad ich czołem, prawda? Za to doskonale wiedzą, co mają przy stopach. To smutne, jak bardzo ograniczamy nasze pole widzenia i możliwości. Tym bardziej, że większość nawet nie wie, ile przez to traci.
- Każdy żyje, jak umie - podsumowała Ashley.
- Możliwe - przyznałam z ociąganiem. W międzyczasie, Maki ziewnął szeroko i przeciągnął się, wstając. Wlepił we mnie pytające spojrzenie.
~ Musimy już iść ~ ponaglił mnie. Poklepałam lekko rysia po łebku.
-Już, już. Wybacz, Ashley, my już będziemy powoli uciekać, dziękuję za towarzystwo.
- Nawzajem.
- A właśnie! - przypomniałam sobie. - Mówiłaś coś o towarzystwie w podróży. Jeśli nadal jesteś zainteresowana, z chęcią bym się z tobą wybrała, zawsze raźniej.
~ Maddie, już późno ~ ryś spojrzał na mnie, mrużąc oczy.
- Wiem, Maki, wiem - mruknęłam. - W każdym razie... gdybyś chciała, będziemy czekać jakoś przed południem przy wschodniej bramie, muszę jeszcze załatwić parę spraw z rana, jak się pewnie okaże. Miłej nocy, śpij dobrze!
- Ty też, uważaj na siebie - skinęła głową.
Uśmiechnęłam się i wstałam, kierując swoje kroki do wyjścia z gospody. Przy drzwiach pomachałam jeszcze do dziewczyny, po czym włączyłam się w wieczorny tłumek zmierzający do sobie tylko wiadomych celów.
***
- Tu było miło - stwierdziłam do przyjaciela, przyciągając się. Zgodnie z obietnicą daną wczoraj Ashley, czekałam przy wschodniej bramie, oparta o murek. - Zawsze to ciekawie poznać kogoś nowego.
~ Jesteś stanowczo zbyt ufna ~ stwierdził poważnie Maki. ~ I skąd w ogóle wiesz, czy przyjdzie?
- Nie wiem - zgodziłam się, ignorując pierwszą część wypowiedzi rysia: często mi to powtarzał. - Jeszcze trochę zostało do południa, najwyżej zaraz wyruszymy. Ale co nam szkodzi poczekać. W drodze zawsze bezpieczniej, gdy ktoś nam towarzyszy.
~ Ja tu jestem ~ przypomniał. Roześmiałam się.
- No, przecież, mój obrońco - wtuliłam głowę w sierść zwierzaka. - Ale jesteś pewien, że udźwigniesz te wszystkie materiały?
Spojrzałam na bagaż, który właśnie do niego doczepiałam.
~ Nosiłem cięższe.
- Mimo wszystko, z twoją budową, wygląda to, jakby zaraz miało cię przygnieść do ziemi.
~ Taka uroda mojej rasy ~ podsumował.
- Też racja - przyznałam, wypatrując równocześnie w tłumie znajomej sylwetki.
< Ashley? >
Od Ashley do Madelyn
Delikatnie się uśmiechnęłam.
- Możliwe - odparłam. - A ja takich okazji nie lubię przepuszczać - powiedziałam szczerze. Madelyn na prawdę była nieostrożna i dawała się zwieść miłym słowom i tym, że jeszcze nic sobie nie zrobiła. - Kiedyś trafi kosa na kamień - dodałam i wypiłam do końca piwo w mojego kufla, które odsunęłam od siebie na środek stołu. Zawsze tak robiłam kiedy kończyłam jeść, stoły i szklanki lądowały na środku stołu i tam pozostawały, póki jakiś pracownik tego nie zabrał. Oparłam się od drewniane krzesło i ziewnęłam szeroko.
- To twoje motto? - zapytała z ciekawością w głosie. Zaśmiałam się cicho i zamknęłam oczy. Poczułam się senna, a dopiero co wstałam.
- Też, ale wolę to: Zrób dziś coś, czego im się nie chce, a jutro będziesz mieć coś, czego oni pragną - przysunęłam się do stołu i splatając palce u rąk postawiłam łokcie na stole i oparłam brodę na dłoniach patrząc na dziewczynę, a raczej w jej złote oczy. Ta, zwykli ludzie nie mają złotych, a te wydają się aż świecić radością, którą chce się podzielić z innymi. Zabawna dziewczyna, może też umie podróżować między światami i wychowała się w takim pełnym radości, gdzie każdy jest za pan brat, nikt nie oszukuje, nie kłamie, wszyscy są życzliwi; w rzeczywistości taki świat nie istnieje. Zwiedziłam już z połowę wymiarów jak nie więcej i w każdym kryje się ciemna strona, zło, które tylko czyha, by zawładnąć światem. Po za tym by mi powiedziała, na pewno. Ale teraz jestem ciekawa po co władać całym światem? Przecież za dużo z tym roboty. Najpierw przekabać na swoją stronę większość, zniszcz mniejszość, znajdź tych zaufanych, których możesz wysłać na drugi koniec świata, aby pilnowali porządku, spisz nowe prawa, odwiedzaj miasta... aż w końcu wyląduj w swoim grobie po dwóch latach rządzenia, bo całe życie zajęło ci dojście do tego. Przecież to takie głupie, ponadto zniszcz swoich wrogów, tych, którzy walczą jeszcze o dobro i w tym czasie nie zostać otruty przez własnego kucharza.
- Też fajne - odparła z lekkim uśmiechem dokańczając swoją jedzenie.
- A ty się czymś kierujesz? - zapytałam lekko przechylając głowę w bok i otwierając oczy.
- Że życie nie polega tylko na tym, by cały czas biec przed siebie i dla siebie. Można też żyć w ten sposób, by czyjeś szczęście uważać za własne - odpowiedziała. Otworzyłam szerzej oczy i się uśmiechnęłam.
- Ja się dzielę ze światem każdego dnia! - odsunęłam się od stołu siadając prosto i rozkładając ręce niczym Bóg, który chce wszystkim przytulić uśmiechnęłam się szeroko. - Sprzedaję im wszystko, czego chcą i targuje się tak, że nikt się nie połamie co i jak, a kupi - dodałam. Madelyn się cicho zaśmiała, a ja upuściłam ręce, aby ludzie się już na mnie nie gapili. Potem wstałam się rozciągając. - Ale dzisiaj zamiast się dzielić ze światem, idę się przejść, bo sen mnie bierze - powiedziałam ponownie ziewając.
< Madelyn? Wybacz, że czekałaś, ale koniec wakacji i trzeba było skorzystać >
- Możliwe - odparłam. - A ja takich okazji nie lubię przepuszczać - powiedziałam szczerze. Madelyn na prawdę była nieostrożna i dawała się zwieść miłym słowom i tym, że jeszcze nic sobie nie zrobiła. - Kiedyś trafi kosa na kamień - dodałam i wypiłam do końca piwo w mojego kufla, które odsunęłam od siebie na środek stołu. Zawsze tak robiłam kiedy kończyłam jeść, stoły i szklanki lądowały na środku stołu i tam pozostawały, póki jakiś pracownik tego nie zabrał. Oparłam się od drewniane krzesło i ziewnęłam szeroko.
- To twoje motto? - zapytała z ciekawością w głosie. Zaśmiałam się cicho i zamknęłam oczy. Poczułam się senna, a dopiero co wstałam.
- Też, ale wolę to: Zrób dziś coś, czego im się nie chce, a jutro będziesz mieć coś, czego oni pragną - przysunęłam się do stołu i splatając palce u rąk postawiłam łokcie na stole i oparłam brodę na dłoniach patrząc na dziewczynę, a raczej w jej złote oczy. Ta, zwykli ludzie nie mają złotych, a te wydają się aż świecić radością, którą chce się podzielić z innymi. Zabawna dziewczyna, może też umie podróżować między światami i wychowała się w takim pełnym radości, gdzie każdy jest za pan brat, nikt nie oszukuje, nie kłamie, wszyscy są życzliwi; w rzeczywistości taki świat nie istnieje. Zwiedziłam już z połowę wymiarów jak nie więcej i w każdym kryje się ciemna strona, zło, które tylko czyha, by zawładnąć światem. Po za tym by mi powiedziała, na pewno. Ale teraz jestem ciekawa po co władać całym światem? Przecież za dużo z tym roboty. Najpierw przekabać na swoją stronę większość, zniszcz mniejszość, znajdź tych zaufanych, których możesz wysłać na drugi koniec świata, aby pilnowali porządku, spisz nowe prawa, odwiedzaj miasta... aż w końcu wyląduj w swoim grobie po dwóch latach rządzenia, bo całe życie zajęło ci dojście do tego. Przecież to takie głupie, ponadto zniszcz swoich wrogów, tych, którzy walczą jeszcze o dobro i w tym czasie nie zostać otruty przez własnego kucharza.
- Też fajne - odparła z lekkim uśmiechem dokańczając swoją jedzenie.
- A ty się czymś kierujesz? - zapytałam lekko przechylając głowę w bok i otwierając oczy.
- Że życie nie polega tylko na tym, by cały czas biec przed siebie i dla siebie. Można też żyć w ten sposób, by czyjeś szczęście uważać za własne - odpowiedziała. Otworzyłam szerzej oczy i się uśmiechnęłam.
- Ja się dzielę ze światem każdego dnia! - odsunęłam się od stołu siadając prosto i rozkładając ręce niczym Bóg, który chce wszystkim przytulić uśmiechnęłam się szeroko. - Sprzedaję im wszystko, czego chcą i targuje się tak, że nikt się nie połamie co i jak, a kupi - dodałam. Madelyn się cicho zaśmiała, a ja upuściłam ręce, aby ludzie się już na mnie nie gapili. Potem wstałam się rozciągając. - Ale dzisiaj zamiast się dzielić ze światem, idę się przejść, bo sen mnie bierze - powiedziałam ponownie ziewając.
< Madelyn? Wybacz, że czekałaś, ale koniec wakacji i trzeba było skorzystać >
czwartek, 3 sierpnia 2017
Od Madelyn do Ashley
Przechyliłam głowę, z ciekawością obserwując dziewczynę. W pewnym momencie, Maki poruszył się niespokojnie, ale uznałam, że po prostu coś mu się śni, a nie lubił, kiedy ktoś budził go z drzemki.
- Kiedy wyjeżdżasz? Przejadę się z tobą - stwierdziła w pewnym momencie Ashley, biorąc łyk piwa z nowego kufla. Cienka strużka napoju spłynęła po naczyniu, rozbryzgując się o blat stolika. Przez moment obserwowałam z ciekawością, jak kropelki cieczy spływają ku krawędzi, zanim dziewczyna nie wytarła ich mankietem niedbałym, szybkim ruchem ręki.
- Hm... - wydęłam wargi, z zakłopotaniem siorbiąc swój cydr. - To chyba raczej nie jest możliwe.
- Oho! - spojrzała na mnie z ciekawością, a ja odnotowałam po raz kolejny, że jej czarne tęczówki mają naprawdę ładny kolor. Przyjemnie błyszczały, odbijając blask z ogniska za moimi plecami. - Jednak jesteś samotniczką?
- Wprost przeciwnie, kocham towarzystwo! - zaprotestowałam żywo, machając energicznie drewnianą łyżką, której bruzdy dowodziły już, że swoje przeżyła. - Po prostu my i Maki podróżujemy zazwyczaj na piechotę. Wiesz, przez lasy, łąki. Chociaż jak na trakcie trafi się jakiś miły podróżny, to kawałek nas podwozi.
- A tkaniny? - zapytała, marszcząc brwi. - Bo chyba mi nie powiesz, że sama je targasz całą drogę.
- Punkt dla ciebie! - roześmiałam się, wzruszając chudymi, kościstymi ramionami. - Ledwo podnoszę taką jedną sztukę.
- Więc jak? Sprzedajesz je, wędrujesz, a potem w nowym miejscu robisz kolejne? - dziewczyna nie wyglądała na przekonaną i patrzyła na mnie ze ściągniętymi brwiami, obracając w palcach kufel piwa. Zawsze przechylała naczynie w drugą stronę akurat gdy ciecz dotykała jego krawędzi, nie pozwalając, by chociaż kropelka wylała się na posadzkę.
- No co ty, jak ja bym na życie zarabiała - pokręciłam głową. - Różnie, ale zazwyczaj wędruję z nimi. Rysie z gatunku, do którego należy Maki, mają w sobie magię elfów. Dzięki jakiemuś tam zaklęciu mogą przenosić naprawdę duże ciężary. A kruszynki niezłe, prawda?
Spojrzałam z czułością na przyjaciela, który smacznie sobie drzemał przy moich nogach. Łyżką wygrzebałam z potrawki kawałek mięsa i wzięłam go w dwa palce, zbliżając do pyszczka rysia. Nawet nie otwierając oczy, połknął szybko ów kawałek, pogrążając się znów w drzemce. Oparł swój bok o moją nogę, kładąc puszysty łebek tuż przy nodze stołu.
- I jesteś pewna, że możesz to ot tak mówić? Nawet jeśli nie ja, to naszej rozmowie może się ktoś przysłuchiwać, nie sądzisz?
- Nie dajmy się zwariować. Zresztą, gdybyś naprawdę chciała coś mi zrobić, mówiłabyś mi o tych zagrożeniach i tak dalej?
- To powszechna wiedza, znana wszystkim kupcom. Mogłabym chcieć uśpić twoją czujność na ten przykład.
- Wracamy do punktu wyjścia - zauważyłam, grzebiąc łyżką w potrawce, która zdążyła już prawie wystygnąć. Połknęłam zatem kolejną porcję, nie chcąc jeść całkowicie zimnego dania. - Dobrze będzie.
- Los ci może kiedyś dać nauczkę - ostrzegła.
- Odpukać w niemalowane! - na potwierdzenie swoich słów, zastukałam kilka razy w stolik. - A jak z tobą, nie martwisz się ani nic?
- Ja trzymam bardziej język za zębami - zauważyła.
- Kolejna celna uwaga - pokiwałam głową z rozbawioną miną. - Cóż, może i kiedyś wspomnę twoje słowa i powiem "Miałaś rację!", co?
< Ashley? >
- Kiedy wyjeżdżasz? Przejadę się z tobą - stwierdziła w pewnym momencie Ashley, biorąc łyk piwa z nowego kufla. Cienka strużka napoju spłynęła po naczyniu, rozbryzgując się o blat stolika. Przez moment obserwowałam z ciekawością, jak kropelki cieczy spływają ku krawędzi, zanim dziewczyna nie wytarła ich mankietem niedbałym, szybkim ruchem ręki.
- Hm... - wydęłam wargi, z zakłopotaniem siorbiąc swój cydr. - To chyba raczej nie jest możliwe.
- Oho! - spojrzała na mnie z ciekawością, a ja odnotowałam po raz kolejny, że jej czarne tęczówki mają naprawdę ładny kolor. Przyjemnie błyszczały, odbijając blask z ogniska za moimi plecami. - Jednak jesteś samotniczką?
- Wprost przeciwnie, kocham towarzystwo! - zaprotestowałam żywo, machając energicznie drewnianą łyżką, której bruzdy dowodziły już, że swoje przeżyła. - Po prostu my i Maki podróżujemy zazwyczaj na piechotę. Wiesz, przez lasy, łąki. Chociaż jak na trakcie trafi się jakiś miły podróżny, to kawałek nas podwozi.
- A tkaniny? - zapytała, marszcząc brwi. - Bo chyba mi nie powiesz, że sama je targasz całą drogę.
- Punkt dla ciebie! - roześmiałam się, wzruszając chudymi, kościstymi ramionami. - Ledwo podnoszę taką jedną sztukę.
- Więc jak? Sprzedajesz je, wędrujesz, a potem w nowym miejscu robisz kolejne? - dziewczyna nie wyglądała na przekonaną i patrzyła na mnie ze ściągniętymi brwiami, obracając w palcach kufel piwa. Zawsze przechylała naczynie w drugą stronę akurat gdy ciecz dotykała jego krawędzi, nie pozwalając, by chociaż kropelka wylała się na posadzkę.
- No co ty, jak ja bym na życie zarabiała - pokręciłam głową. - Różnie, ale zazwyczaj wędruję z nimi. Rysie z gatunku, do którego należy Maki, mają w sobie magię elfów. Dzięki jakiemuś tam zaklęciu mogą przenosić naprawdę duże ciężary. A kruszynki niezłe, prawda?
Spojrzałam z czułością na przyjaciela, który smacznie sobie drzemał przy moich nogach. Łyżką wygrzebałam z potrawki kawałek mięsa i wzięłam go w dwa palce, zbliżając do pyszczka rysia. Nawet nie otwierając oczy, połknął szybko ów kawałek, pogrążając się znów w drzemce. Oparł swój bok o moją nogę, kładąc puszysty łebek tuż przy nodze stołu.
- I jesteś pewna, że możesz to ot tak mówić? Nawet jeśli nie ja, to naszej rozmowie może się ktoś przysłuchiwać, nie sądzisz?
- Nie dajmy się zwariować. Zresztą, gdybyś naprawdę chciała coś mi zrobić, mówiłabyś mi o tych zagrożeniach i tak dalej?
- To powszechna wiedza, znana wszystkim kupcom. Mogłabym chcieć uśpić twoją czujność na ten przykład.
- Wracamy do punktu wyjścia - zauważyłam, grzebiąc łyżką w potrawce, która zdążyła już prawie wystygnąć. Połknęłam zatem kolejną porcję, nie chcąc jeść całkowicie zimnego dania. - Dobrze będzie.
- Los ci może kiedyś dać nauczkę - ostrzegła.
- Odpukać w niemalowane! - na potwierdzenie swoich słów, zastukałam kilka razy w stolik. - A jak z tobą, nie martwisz się ani nic?
- Ja trzymam bardziej język za zębami - zauważyła.
- Kolejna celna uwaga - pokiwałam głową z rozbawioną miną. - Cóż, może i kiedyś wspomnę twoje słowa i powiem "Miałaś rację!", co?
< Ashley? >
poniedziałek, 31 lipca 2017
Od Ashley do Madelyn
Dziewczyna dość zabawnie mówiła. Trochę bawiła mnie ta jej łatwowierność. Nawet tym, którym prześlicznie z oczek błyszczy, mogą okazać się największymi zdrajcami jaki nosił ten świat. Nawet największy kłamca może powiedzieć prawdę, aby zmylić przeciwnika, a tym bardziej kiedy mówi tak jak mi, że jego towarzysz wyczuwa kłamstwo. Do tego łatwo jest wcielić kłamstwo w prawdę i na odwrót. Wystarczy tylko trochę techniki i logicznego zamętu, a nie można się połapać, że coś nie gra. Kiedy stwierdziła, że mi z oczu dobrze patrzy, uśmiechnęłam się lekko w duszy. Czy demonowi może ładnie patrzeć z oczu? Czy one nie mają być przypadkiem straszne, a ich oczy przeszywać na wylot zimnem i wrogością? Może tak długo przebywam wśród ludzi, że nawet nie wiem kiedy moje oczy się do tego wszystkiego tak dobrze przystosowały?
Nagle Madelyn zadała za dużo pytań, przypominała mi w tej chwili zwykłego Pionka, który po prostu gada ze zwierzętami; ale czy tak nie jest? Nie słyszałam o Zaklinaczach, jak o jakiejś rasie podobnej do elfów, magów czy demonów. Raczej to Pionek z mocą, w krwi posiadającą magiczne strużkę pozwalającą jej na takie rzeczy.
- Powoli - powiedziałam odstawiając od ust napój. - Jestem handlarzem i wędruje tu i tam. Zatrzymuje się w miastach na jakiś czas nocując w karczmach - wytłumaczyłam. Dziewczyna wzięła kęs swojego jedzenia, a ja przyjrzałam się niskiej kobiecie siedzącej niedaleko nas. Miała zapłakane oczy, siedziała sama i zapijała smutki alkoholem.
- To tak jak ja - odpowiedziała moja towarzyszka po przełknięciu. - A co sprzedajesz?
- Wszystko - odparłam z lekkim uśmiechem i wypiłam do końca piwo. - Zaraz przyjdę - po tych słowach wstałam z naczyniem w dłoni i poszłam do blatu. Położyłam kufel i zamówiłam jeszcze jedną porcję alkoholu. Po zapłacie otyły mężczyzna wlał mi ów płyn i oddał naczynie. Wróciłam popijając do stolika, w którym Maddie zajadała się tym, co miała w talerzu. Usiadłam na swoim miejscu. - Sprzedaje wszystko co jest możliwe, co trafi mi się pod ręką - "nawet Pionki" przeszło mi przez myśl. Przypomniał mi się mały chłopczyk, bez rodziców, który chciał mnie okraść, ale nieudanie. Za pyskowanie i brak szacunku sprzedałam go na jakąś wieś jako pracownika za dobrą sumkę. Wtedy stwierdziłam, że handel ludźmi jest bardziej opłacalny niż cokolwiek innego. Tyle, że nielegalny, ale kto by w tych czasach to sprawdzał?
- Ja tylko tkaniny.
- Zauważyłam - powiedziałam.
- Czyli jeździsz jakimś wozem, prawda? - no tak, handlarze raczej powinni takowymi jeździć, aby przewozić swoje towary. Tyle, że możesz zostać napadnięty i okradziony ze wszystkiego, co posiadałeś. Mój mały woreczek był bardziej praktyczny.
- Można by tak powiedzieć - i w tej chwili jak to dziewczyna powiedziała, jej pupil mógłby wyczaić kłamstwo i jej o tym powiedzieć. Ale to nie było kłamstwo, mimo, iż ja sama nie posiadałam żadnego wozu. Nie odpowiadając dokładnie na jej pytanie nie mogłam skłamać, ponieważ czasem przejeżdżałam obok wozów. Jednocześnie bezsensu, zagmatwane, ale jakąś logikę to posiada. - Kiedy wyjeżdżasz? Przejadę się z tobą - zaproponowałam.
<Madelyn?>
Nagle Madelyn zadała za dużo pytań, przypominała mi w tej chwili zwykłego Pionka, który po prostu gada ze zwierzętami; ale czy tak nie jest? Nie słyszałam o Zaklinaczach, jak o jakiejś rasie podobnej do elfów, magów czy demonów. Raczej to Pionek z mocą, w krwi posiadającą magiczne strużkę pozwalającą jej na takie rzeczy.
- Powoli - powiedziałam odstawiając od ust napój. - Jestem handlarzem i wędruje tu i tam. Zatrzymuje się w miastach na jakiś czas nocując w karczmach - wytłumaczyłam. Dziewczyna wzięła kęs swojego jedzenia, a ja przyjrzałam się niskiej kobiecie siedzącej niedaleko nas. Miała zapłakane oczy, siedziała sama i zapijała smutki alkoholem.
- To tak jak ja - odpowiedziała moja towarzyszka po przełknięciu. - A co sprzedajesz?
- Wszystko - odparłam z lekkim uśmiechem i wypiłam do końca piwo. - Zaraz przyjdę - po tych słowach wstałam z naczyniem w dłoni i poszłam do blatu. Położyłam kufel i zamówiłam jeszcze jedną porcję alkoholu. Po zapłacie otyły mężczyzna wlał mi ów płyn i oddał naczynie. Wróciłam popijając do stolika, w którym Maddie zajadała się tym, co miała w talerzu. Usiadłam na swoim miejscu. - Sprzedaje wszystko co jest możliwe, co trafi mi się pod ręką - "nawet Pionki" przeszło mi przez myśl. Przypomniał mi się mały chłopczyk, bez rodziców, który chciał mnie okraść, ale nieudanie. Za pyskowanie i brak szacunku sprzedałam go na jakąś wieś jako pracownika za dobrą sumkę. Wtedy stwierdziłam, że handel ludźmi jest bardziej opłacalny niż cokolwiek innego. Tyle, że nielegalny, ale kto by w tych czasach to sprawdzał?
- Ja tylko tkaniny.
- Zauważyłam - powiedziałam.
- Czyli jeździsz jakimś wozem, prawda? - no tak, handlarze raczej powinni takowymi jeździć, aby przewozić swoje towary. Tyle, że możesz zostać napadnięty i okradziony ze wszystkiego, co posiadałeś. Mój mały woreczek był bardziej praktyczny.
- Można by tak powiedzieć - i w tej chwili jak to dziewczyna powiedziała, jej pupil mógłby wyczaić kłamstwo i jej o tym powiedzieć. Ale to nie było kłamstwo, mimo, iż ja sama nie posiadałam żadnego wozu. Nie odpowiadając dokładnie na jej pytanie nie mogłam skłamać, ponieważ czasem przejeżdżałam obok wozów. Jednocześnie bezsensu, zagmatwane, ale jakąś logikę to posiada. - Kiedy wyjeżdżasz? Przejadę się z tobą - zaproponowałam.
<Madelyn?>
sobota, 29 lipca 2017
Od Madelyn do Ashley
Naprawdę ucieszyło mnie, że dziewczyna zgodziła się, bym z nią usiadła. Przez las wędrowałam z Makim kilka tygodni i brakowało mi człowieka, z którym mogłabym uciąć sobie beztroską pogawędkę.
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytała w pewnym momencie, przekrzywiając z zaciekawieniem głowę. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się, jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne?
~ Dobrze gada~ zauważył z respektem ryś, patrząc uważnie na naszą towarzyszkę.~ Mogłabyś czasem wziąć przykład i być trochę ostrożniejsza!
Z tymi słowami, ułożył się wygodnie przy moich nogach i zwinął w mały, puchaty kłębek. Poklepałam go w odpowiedzi tylko po łebku - podobnymi uwagami raczył mnie przy każdej możliwej okazji, ale i to właśnie w nim kochałam. Jakby przejął rolę mojego ojca, gdy opuściliśmy rodzinny dom.
- A wiesz, że chyba tak? - potaknęłam po chwili, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem. - Wiesz, na dobrą sprawę, ludzie po usłyszeniu tego, czasem proszą mnie o jakieś przysługi, a gdy jest się cały czas na szlaku, to każda moneta jest ważna, no nie?
- Co nie zmienia faktu, że lepiej być ostrożnym, prawda?
- Pewnie masz rację - przyznałam z ociąganiem. - Ale to nie jest tak, że trąbię każdemu, kim jestem. A ty wyglądasz na dobrą osobę. Chcesz mojej głowy, żeby ją sprzedać.
- Myślisz, że nawet jeśli, to bym się przyznała? - odpowiedziała pytaniem.
- Masz szczery wzrok, mi to wystarczy. Chociaż większość pewnie by się z tobą zgodziła. Maki zawsze w sumie mówi, że za dużo gadania przynosi więcej szkody, jak pożytku, ale przecież w życiu nie możemy otaczać się grubym murem, żeby tylko być bezpiecznym, co nie?
- Kolekcjonerzy i inne takie typy lubią słuchać - ostrzegła mnie.- Więc taki mur to rzecz przydatna.
- Ale wtedy nie dociera słońce- rozżaliłam się. - Zresztą, skoro tyle przeżyłam, to jest dobrze! Ludzie są w większości mili, a ja i Maki umiemy się obronić, gdy trzeba!
Na dowód swoich słów, uniosłam entuzjastycznie zaciśnięte pięści i wykonałam wymianę ciosów z wyimaginowanym przeciwnikiem.
- Świetnie poradziłabyś sobie nawet z najtwardszym zabójcą - skomentowała z uśmiechem Ashley.
- No nie? - zabrałam się znowu za potrawkę, energicznie połykając porcję: od dłuższego czasu nie miała w końcu niczego w ustach. - Poza tym, widać, kiedy komuś źle z oczu patrzy. Jest wtedy taki straszny i w ogóle!
- Niektórzy dobrze udają - odparła cicho dziewczyna.
- Wyobrażasz sobie mnie jako, na przykład, taką łowczynię głów? - zaśmiałam się, rozkładając szeroko ręce. - Oszuści są może i wszędzie, ale nie znajdziesz nikogo doskonałego ,a zwłaszcza kłamcy. Tym bardziej, że Maki ma do nich niezły zmysł.
Drzemiący ryś zamruczał cichutko, gdy wspomniałam jego imię, ale nie powiedział ani słowa.
- Tak w ogóle - zagaiłam znowu, uważnie przypatrując się dziewczynie. - To też może wędrujesz? Czym się zajmujesz? Sprzedajesz coś czy jak? A może mieszkasz tu i po prostu byłaś na przejażdżce?
< Ashley? >
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytała w pewnym momencie, przekrzywiając z zaciekawieniem głowę. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się, jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne?
~ Dobrze gada~ zauważył z respektem ryś, patrząc uważnie na naszą towarzyszkę.~ Mogłabyś czasem wziąć przykład i być trochę ostrożniejsza!
Z tymi słowami, ułożył się wygodnie przy moich nogach i zwinął w mały, puchaty kłębek. Poklepałam go w odpowiedzi tylko po łebku - podobnymi uwagami raczył mnie przy każdej możliwej okazji, ale i to właśnie w nim kochałam. Jakby przejął rolę mojego ojca, gdy opuściliśmy rodzinny dom.
- A wiesz, że chyba tak? - potaknęłam po chwili, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem. - Wiesz, na dobrą sprawę, ludzie po usłyszeniu tego, czasem proszą mnie o jakieś przysługi, a gdy jest się cały czas na szlaku, to każda moneta jest ważna, no nie?
- Co nie zmienia faktu, że lepiej być ostrożnym, prawda?
- Pewnie masz rację - przyznałam z ociąganiem. - Ale to nie jest tak, że trąbię każdemu, kim jestem. A ty wyglądasz na dobrą osobę. Chcesz mojej głowy, żeby ją sprzedać.
- Myślisz, że nawet jeśli, to bym się przyznała? - odpowiedziała pytaniem.
- Masz szczery wzrok, mi to wystarczy. Chociaż większość pewnie by się z tobą zgodziła. Maki zawsze w sumie mówi, że za dużo gadania przynosi więcej szkody, jak pożytku, ale przecież w życiu nie możemy otaczać się grubym murem, żeby tylko być bezpiecznym, co nie?
- Kolekcjonerzy i inne takie typy lubią słuchać - ostrzegła mnie.- Więc taki mur to rzecz przydatna.
- Ale wtedy nie dociera słońce- rozżaliłam się. - Zresztą, skoro tyle przeżyłam, to jest dobrze! Ludzie są w większości mili, a ja i Maki umiemy się obronić, gdy trzeba!
Na dowód swoich słów, uniosłam entuzjastycznie zaciśnięte pięści i wykonałam wymianę ciosów z wyimaginowanym przeciwnikiem.
- Świetnie poradziłabyś sobie nawet z najtwardszym zabójcą - skomentowała z uśmiechem Ashley.
- No nie? - zabrałam się znowu za potrawkę, energicznie połykając porcję: od dłuższego czasu nie miała w końcu niczego w ustach. - Poza tym, widać, kiedy komuś źle z oczu patrzy. Jest wtedy taki straszny i w ogóle!
- Niektórzy dobrze udają - odparła cicho dziewczyna.
- Wyobrażasz sobie mnie jako, na przykład, taką łowczynię głów? - zaśmiałam się, rozkładając szeroko ręce. - Oszuści są może i wszędzie, ale nie znajdziesz nikogo doskonałego ,a zwłaszcza kłamcy. Tym bardziej, że Maki ma do nich niezły zmysł.
Drzemiący ryś zamruczał cichutko, gdy wspomniałam jego imię, ale nie powiedział ani słowa.
- Tak w ogóle - zagaiłam znowu, uważnie przypatrując się dziewczynie. - To też może wędrujesz? Czym się zajmujesz? Sprzedajesz coś czy jak? A może mieszkasz tu i po prostu byłaś na przejażdżce?
< Ashley? >
środa, 26 lipca 2017
Od Ashley do Madelyn
Spokojnym tempem przemierzaliśmy cały rynek. Przyglądałam się Pionkom - tragarzom i przechodniom ulicznym, którzy chcieli coś kupić. Tak jak radziłam to wcześniejszej dziewczynie, większość ludzi stawała na jakimś podwyższeniu, a swoje towary ładnie reprezentowała w dłoniach, na wieszakach lub półkach, przekrzykując się nawzajem. Moją uwagę przykuły białe figurki aniołów, które ludzie bardzo lubili kupować. Zastanawiało mnie, dlaczego nie tworzą figurek demonów. Przecież są ładniejsze i ciekawsze, bo zamiast zwykłych piór, możemy mieć wszystko - rogi, ogony, kły, dodatkowa parę rąk, a jeśli ludzie tak bardzo lubią skrzydła, to nawet to. Ale w całym swoim życiu nie spotkałam owych figurek, nie licząc marnej podobizny diabła, który w ogóle tak nie wyglądał. Przechodząc obok sprzedawczyni własnoręcznie niewyrabianych garnków, moje uszy prawie krwawiły. Ta kobieta miała nie tylko głośny, ale i strasznie piskliwy głosik, od którego jak najszybciej chciałam uciec. Nabywcy latali za to od straganu do straganu, zahipnotyzowani nowymi przedmiotami lub krzykami sprzedawców. To wszystko można było porównać do chaosu, który był nawet poukładany. Tak, poukładany chaos nie brzmi najlogiczniej, ale tylko to pasowało do tego wszystkiego. Mimo, iż wszyscy biegali i krzyczeli, to jednak była tu jakaś harmonia. Chwilę pokrzyczał, chwilę proponował, potem sprzedał i znowu krzyczał. Chwilę stali, oglądali, kupowali i zamieniali się miejscami, aby zrobić to samo. Jestem pewna, że gdybym nie jechała na koniu, przejście przez całą długość targu nie byłaby możliwa. Większość na siebie wpadała, dlatego rodzice mocno musieli pilnować i trzymać swoje pociechy, aby któregoś nie zgubić. Dzięki mojemu ogierowi, Pionki schodziły nam z drogi, zapewne bojąc się o potrącenie i bliskie spotkanie z jego kopytami. "Cudny Ramzes, właśnie tak, krocz przed siebie dumnie i nie przepuszczaj nikogo.".
Zatrzymałam się przy karczmie nie za bardzo oddalonej od targu. W środku było pełno ludzi, ale to mnie nie zniechęciło. Zostawiłam konia na zewnątrz, wpierw przywiązując lejce do słupa przy korycie z wodą. Weszłam do środka, a większość oczy skierowała się w moją stronę. Pewnym krokiem ruszyłam przed siebie czując na sobie wzrok Pionków, ale nie koniecznie. Nie mam gwarancji, że w pobliżu nie znajdują się jacyś magowie, czarodzieje, elfy czy zmiennokształtni, skoro ja sama jestem demonem. A może ktoś tu był jeszcze z mojej rasy? Podeszłam do lasy, za którym stał otyły mężczyzna wycierający kieliszki.
- Są wolne pokoje? - zapytałam, na co ten pokręcił głową.
- Wszystko zajęte - poprosiłam o jednego drinka.
Po jego wypiciu ulotniłam się stąd. Musiałam znaleźć dla siebie i dla ogiera miejsce do spania. chyba, że znajdziemy miłego rolnika, u którego możemy się przespać w stodole. Szczerze? Nawet taka oferta by mnie zadowoliła. Ważne, żeby mieć dach nad głową i coś pod tyłkiem, aby całkowicie nie zdrętwiał, a siano było idealne. Ramzes w dalszym ciągu stał przy slupie i chyba drzemał, bo miał zamknięte oczy. Podeszłam do niego.
- Ramzes - wypowiedziałam jego imię, na co się ocknął. - Idziemy dalej, tu nie ma miejsc. Napiłeś się? - koń prychnął po czym zamoczył pysk w wodzie. Odwiązałam lejce i tym razem na niego nie wsiadając skierowałam się z nim w stronę następnym barów.
Tym razem trafiłam dobrze. Zarezerwowałam pokój na jedna noc, oraz boks do jutra. Po odpowiedniej zapłacie wróciłam do konia, którego zostawiłam tak jak wcześniej (niestety tutaj nie było koryta z piciem dla koni) i zabrałam go do nowego miejsca. Stajnia była cała, nie wyglądała na rozwalającą się, a w środku znajdowały się już trzy konie. Ramzes był czwarty. Zaprowadziłam go do wolnego boksu dając mu trochę siana i dużo wody.
- Wieczorem jeszcze przyjdę - poklepałam go dając mu kostkę cukru i wracając do karczmy. Tam zamówiłam piwo i usiadłam z dala od wszystkich ludzi, czyli w kącie. Nie sądziłam, że kolejna osoba, która tu wejdzie, przysiądzie się do mnie. Chciałam odmówić, ale zauważyłam, że była to ta Zaklinaczka Zwierząt czy jakoś tak. Skinęłam głową, a... Madelyn usiadła na przeciwko mnie.
Czyli jednak można mówić wszystkich, kim się jest, tak? Chociaż... nie rozumiem. Dlaczego powiedziała mi to? Nie znała mnie, równie dobrze mogłabym być łowcą, który by ją zabił dla swojej kolekcji. Gdybym ja chodziła po mieście i rozgłaszała, że jestem demonem, przysyłali by do miasta nie wiadomo ile egzorcystów - tyle, że to były przesądy.
Złożyłam palce w spluwę i skierowałam nią w kierunku dziewczyny. Spojrzałam zdziwiona, kiedy wydała z siebie odgłos strzelania "puf".
- Co ty robisz? - zapytałam po przełknięciu swojej potrawki. Wzięłam do rąk kufel piwa i się napiłam.
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytałam ciekawa, ale nie dałam jej czasu do odpowiedzi. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne? - teraz zamilkłam czekając na jej odpowiedź. Po części czułam się, jakbym była czymś na wzór doradcy z radami.
<Madelyn?>
Zatrzymałam się przy karczmie nie za bardzo oddalonej od targu. W środku było pełno ludzi, ale to mnie nie zniechęciło. Zostawiłam konia na zewnątrz, wpierw przywiązując lejce do słupa przy korycie z wodą. Weszłam do środka, a większość oczy skierowała się w moją stronę. Pewnym krokiem ruszyłam przed siebie czując na sobie wzrok Pionków, ale nie koniecznie. Nie mam gwarancji, że w pobliżu nie znajdują się jacyś magowie, czarodzieje, elfy czy zmiennokształtni, skoro ja sama jestem demonem. A może ktoś tu był jeszcze z mojej rasy? Podeszłam do lasy, za którym stał otyły mężczyzna wycierający kieliszki.
- Są wolne pokoje? - zapytałam, na co ten pokręcił głową.
- Wszystko zajęte - poprosiłam o jednego drinka.
Po jego wypiciu ulotniłam się stąd. Musiałam znaleźć dla siebie i dla ogiera miejsce do spania. chyba, że znajdziemy miłego rolnika, u którego możemy się przespać w stodole. Szczerze? Nawet taka oferta by mnie zadowoliła. Ważne, żeby mieć dach nad głową i coś pod tyłkiem, aby całkowicie nie zdrętwiał, a siano było idealne. Ramzes w dalszym ciągu stał przy slupie i chyba drzemał, bo miał zamknięte oczy. Podeszłam do niego.
- Ramzes - wypowiedziałam jego imię, na co się ocknął. - Idziemy dalej, tu nie ma miejsc. Napiłeś się? - koń prychnął po czym zamoczył pysk w wodzie. Odwiązałam lejce i tym razem na niego nie wsiadając skierowałam się z nim w stronę następnym barów.
Tym razem trafiłam dobrze. Zarezerwowałam pokój na jedna noc, oraz boks do jutra. Po odpowiedniej zapłacie wróciłam do konia, którego zostawiłam tak jak wcześniej (niestety tutaj nie było koryta z piciem dla koni) i zabrałam go do nowego miejsca. Stajnia była cała, nie wyglądała na rozwalającą się, a w środku znajdowały się już trzy konie. Ramzes był czwarty. Zaprowadziłam go do wolnego boksu dając mu trochę siana i dużo wody.
- Wieczorem jeszcze przyjdę - poklepałam go dając mu kostkę cukru i wracając do karczmy. Tam zamówiłam piwo i usiadłam z dala od wszystkich ludzi, czyli w kącie. Nie sądziłam, że kolejna osoba, która tu wejdzie, przysiądzie się do mnie. Chciałam odmówić, ale zauważyłam, że była to ta Zaklinaczka Zwierząt czy jakoś tak. Skinęłam głową, a... Madelyn usiadła na przeciwko mnie.
Czyli jednak można mówić wszystkich, kim się jest, tak? Chociaż... nie rozumiem. Dlaczego powiedziała mi to? Nie znała mnie, równie dobrze mogłabym być łowcą, który by ją zabił dla swojej kolekcji. Gdybym ja chodziła po mieście i rozgłaszała, że jestem demonem, przysyłali by do miasta nie wiadomo ile egzorcystów - tyle, że to były przesądy.
Złożyłam palce w spluwę i skierowałam nią w kierunku dziewczyny. Spojrzałam zdziwiona, kiedy wydała z siebie odgłos strzelania "puf".
- Co ty robisz? - zapytałam po przełknięciu swojej potrawki. Wzięłam do rąk kufel piwa i się napiłam.
- Zawsze tak spokojnie mówisz, kim jesteś? - zapytałam ciekawa, ale nie dałam jej czasu do odpowiedzi. - Jako człowiek mogłabym cię wydać komuś. Jako łowca zabić, aby sprzedać. Jako kolekcjoner zabić, aby powiększyć swoje zasoby, a jako naukowiec, porwać cię i dowiedzieć się jakim cudem rozmawiasz ze zwierzętami. Nie sądzisz, że takie gadanie jest zbyt ryzykowne? - teraz zamilkłam czekając na jej odpowiedź. Po części czułam się, jakbym była czymś na wzór doradcy z radami.
<Madelyn?>
sobota, 22 lipca 2017
Od Madelyn do Ashley
Uśmiechnęłam się lekko, słysząc radę dziewczyny.
- Wiem. - potwierdziłam, zaplatając dłonie za plecami. - Zazwyczaj rzeczywiście tak robię, ale dzisiaj trochę za późno przyszłam. I tak została mi już tylko jedna, więc mam nadzieję szybko ją sprzedać i wrócić. Ktoś w końcu na pewno się znajdzie, trzeba myśleć pozytywnie!
- Cóż, życzę powodzenia. - odparła dźwięcznym, miłym dla ucha głosem, po czym ujęła lejce, gładząc drugą ręką muskularną szyję karego konia, który to wydał z siebie pełne zadowolenia parsknięcie.
~ Nieco w prawo, w prawo! ~ usłyszałam: ton wesoły, nieco wydłużający sylaby. Z całą pewnością musiał należeć do dosiadanego przez nieznajomą wierzchowca.
- Już się robi. - przejechałam dłońmi ze wskazanym przez niego miejscu.
~ O, dziękuję!~ Mruknął z wyraźnym zadowoleniem.
- Nie ma za co!
W tej chwili dostrzegłam, że dziewczyna, najwyraźniej nieco skonsternowana, patrzy to na mnie, to na tłum ludzi, jakby usiłując wychwycić, z kim przeprowadziłam rozmowę.
- Jestem Zaklinaczką. - wyjaśniłam zatem. - Jakbyś kiedykolwiek miała jakiś problem ze zwierzętami, mogę pomóc. Ogółem, to miło mi, Maddie jestem. A to jest Maki, mój przyjaciel, ryś elfi.
~ Opiekun, konkretniej rzecz ujmując. ~ przypomniał mi, a ja przewróciłam oczami, klepiąc go po delikatnie łebku.
- Tak, tak, zrozumiałam!
- Ashley. - przedstawiła się natomiast dziewczyna, najwyraźniej powstrzymując śmiech i wyciągając w moją stronę rękę, którą to natychmiast uścisnęłam. Jak na niewiastę o tak delikatnej aparycji, miała zaskakująco pewny chwyt. - A on to Ramzes.
~ Miło mi. ~ wtrącił ogier, potrząsając lśniącą grzywą.
~ Nam też. ~ odparł Maki, zadzierając pyszczek w górę, by ujrzeć nowego znajomego w całej okazałości. Mojej uwadze nie uszedł grymas niezadowolenia, jaki przewinął się przez pyszczek rysia. Nawet jeśli takie sytuacje zdarzały się bardzo często, nienawidził, kiedy musiał rozmawiać z nowo poznanym wyższym od niego.
- Będziemy się powoli zbierać, trzeba coś zjeść.
- Jasne. - kiwnęłam głową. - Ja, jak tylko uporam się z tą tkaniną, pewnie też poszukam czegoś na ząb. Szerokiej drogi!
- Pomyślnych łowów!
~ Do zobaczenia!
Pomachałam im ręką i obserwowałam, dopóki nie zniknęli za jednym z wyższych budynków - gildią kupiecką, o ile dobrze kojarzyłam.
- Szukamy dalej. - stwierdziłam, bezradnie patrząc na rysia, a ten tylko miauknął ponaglająco. Ruszyłam więc za nim, co jakiś czas pytając ludzi, czy nie chcieliby kupić owej nieszczęsnej tkaniny. Jak na złość, wszyscy jednak mieli podobną opinię, co Ashley- za jasna.
- Jak tak dalej pójdzie... - jęknęłam, wyciągając bukłak i biorąc łyk letniej wody o posmaku skóry. - To chyba przerzucę się tylko na czarne tkaniny!
Maki nie odpowiedział, drzemiąc w cieniu drzewa. Skwar był niemiłosierny, a słońce właśnie wzeszło w najwyższy punkt. Tłumy jakby natomiast wyległy na ulicę, więc oprócz skwaru, towarzyszył też zapach spoconych ciał, mokrej sierści i rozgrzanego bruku.
~ Następnym razem idziemy do Anthrakas. ~ zarządził ryś. Uśmiechnęłam się, słysząc marudny ton jego wypowiedzi. Nie znosił upałów, a górzysta kraina, o której tak często wspominał, słynęła raczej z chłodnych dni.
- Chciałabym za niedługo odwiedzić dom. - stwierdziłam, opierając kark o cegły. Lada chwila mieliśmy wrócić do szukania kupca na tkaninę bo gdy słońce zmieni pozycję, nasza mała kryjówka przestanie być już tak przyjemnie zacieniona. Dlatego zmobilizowałam wszystkie siły i wstałam, trącając lekko żebro rysia.
- Wstajemy! Mam przeczucie, że zaraz znajdziemy kogoś, kto kupi naszą tkaninę!
~ Jeść. ~ mruknął, ale posłusznie wstał i zaczął dreptać obok mnie, co jakiś czas dzieląc się swoimi spostrzeżeniami o mijanych budynkach i ludziach.
O cudzie, po kilku minutach rzeczywiście pojawił się nabywca - wysoka kobieta o oczach w kolorze soczystej trawy i ujmującym głosie. Jej sukni trzymała się zgraja maleńkich dzieciaczków - najmłodsze, niesione na rękach nieznajomej, mogło mieć około dwóch lat, zaś najstarsze, z zaciekawieniem przyglądające się Makiemu, liczyło sobie zapewne niecałe dziesięć wiosen.
- Zrobię z niej sukienkę i może jakieś falbanki, mam pasujący materiał. - postanowiła, wręczając mi kilka monet.
- Miło mi to słyszeć, życzę powodzenia. Tymczasem, będę się zbierać. - skinęłam głową na pożegnanie i ruszyłam w stronę najbliższego miejsca, gdzie można było wziąć coś na ząb - tawerny "Pod zębem smoka". Kiedy ruszyłam w stronę mężczyzny, by poprosić o jedzenie - jak się okazało, podawali dzisiaj potrawkę z kurczaka, a do tego cydr - dostrzegłam siedzącą w kącie Ashley. Kiedy więc dostałam talerz z daniem, ruszyłam w stronę jej stolika.
- Witam ponownie. - uśmiechnęłam się. - Mogę się może dosiąść?
< Ashley? >
- Wiem. - potwierdziłam, zaplatając dłonie za plecami. - Zazwyczaj rzeczywiście tak robię, ale dzisiaj trochę za późno przyszłam. I tak została mi już tylko jedna, więc mam nadzieję szybko ją sprzedać i wrócić. Ktoś w końcu na pewno się znajdzie, trzeba myśleć pozytywnie!
- Cóż, życzę powodzenia. - odparła dźwięcznym, miłym dla ucha głosem, po czym ujęła lejce, gładząc drugą ręką muskularną szyję karego konia, który to wydał z siebie pełne zadowolenia parsknięcie.
~ Nieco w prawo, w prawo! ~ usłyszałam: ton wesoły, nieco wydłużający sylaby. Z całą pewnością musiał należeć do dosiadanego przez nieznajomą wierzchowca.
- Już się robi. - przejechałam dłońmi ze wskazanym przez niego miejscu.
~ O, dziękuję!~ Mruknął z wyraźnym zadowoleniem.
- Nie ma za co!
W tej chwili dostrzegłam, że dziewczyna, najwyraźniej nieco skonsternowana, patrzy to na mnie, to na tłum ludzi, jakby usiłując wychwycić, z kim przeprowadziłam rozmowę.
- Jestem Zaklinaczką. - wyjaśniłam zatem. - Jakbyś kiedykolwiek miała jakiś problem ze zwierzętami, mogę pomóc. Ogółem, to miło mi, Maddie jestem. A to jest Maki, mój przyjaciel, ryś elfi.
~ Opiekun, konkretniej rzecz ujmując. ~ przypomniał mi, a ja przewróciłam oczami, klepiąc go po delikatnie łebku.
- Tak, tak, zrozumiałam!
- Ashley. - przedstawiła się natomiast dziewczyna, najwyraźniej powstrzymując śmiech i wyciągając w moją stronę rękę, którą to natychmiast uścisnęłam. Jak na niewiastę o tak delikatnej aparycji, miała zaskakująco pewny chwyt. - A on to Ramzes.
~ Miło mi. ~ wtrącił ogier, potrząsając lśniącą grzywą.
~ Nam też. ~ odparł Maki, zadzierając pyszczek w górę, by ujrzeć nowego znajomego w całej okazałości. Mojej uwadze nie uszedł grymas niezadowolenia, jaki przewinął się przez pyszczek rysia. Nawet jeśli takie sytuacje zdarzały się bardzo często, nienawidził, kiedy musiał rozmawiać z nowo poznanym wyższym od niego.
- Będziemy się powoli zbierać, trzeba coś zjeść.
- Jasne. - kiwnęłam głową. - Ja, jak tylko uporam się z tą tkaniną, pewnie też poszukam czegoś na ząb. Szerokiej drogi!
- Pomyślnych łowów!
~ Do zobaczenia!
Pomachałam im ręką i obserwowałam, dopóki nie zniknęli za jednym z wyższych budynków - gildią kupiecką, o ile dobrze kojarzyłam.
- Szukamy dalej. - stwierdziłam, bezradnie patrząc na rysia, a ten tylko miauknął ponaglająco. Ruszyłam więc za nim, co jakiś czas pytając ludzi, czy nie chcieliby kupić owej nieszczęsnej tkaniny. Jak na złość, wszyscy jednak mieli podobną opinię, co Ashley- za jasna.
- Jak tak dalej pójdzie... - jęknęłam, wyciągając bukłak i biorąc łyk letniej wody o posmaku skóry. - To chyba przerzucę się tylko na czarne tkaniny!
Maki nie odpowiedział, drzemiąc w cieniu drzewa. Skwar był niemiłosierny, a słońce właśnie wzeszło w najwyższy punkt. Tłumy jakby natomiast wyległy na ulicę, więc oprócz skwaru, towarzyszył też zapach spoconych ciał, mokrej sierści i rozgrzanego bruku.
~ Następnym razem idziemy do Anthrakas. ~ zarządził ryś. Uśmiechnęłam się, słysząc marudny ton jego wypowiedzi. Nie znosił upałów, a górzysta kraina, o której tak często wspominał, słynęła raczej z chłodnych dni.
- Chciałabym za niedługo odwiedzić dom. - stwierdziłam, opierając kark o cegły. Lada chwila mieliśmy wrócić do szukania kupca na tkaninę bo gdy słońce zmieni pozycję, nasza mała kryjówka przestanie być już tak przyjemnie zacieniona. Dlatego zmobilizowałam wszystkie siły i wstałam, trącając lekko żebro rysia.
- Wstajemy! Mam przeczucie, że zaraz znajdziemy kogoś, kto kupi naszą tkaninę!
~ Jeść. ~ mruknął, ale posłusznie wstał i zaczął dreptać obok mnie, co jakiś czas dzieląc się swoimi spostrzeżeniami o mijanych budynkach i ludziach.
O cudzie, po kilku minutach rzeczywiście pojawił się nabywca - wysoka kobieta o oczach w kolorze soczystej trawy i ujmującym głosie. Jej sukni trzymała się zgraja maleńkich dzieciaczków - najmłodsze, niesione na rękach nieznajomej, mogło mieć około dwóch lat, zaś najstarsze, z zaciekawieniem przyglądające się Makiemu, liczyło sobie zapewne niecałe dziesięć wiosen.
- Zrobię z niej sukienkę i może jakieś falbanki, mam pasujący materiał. - postanowiła, wręczając mi kilka monet.
- Miło mi to słyszeć, życzę powodzenia. Tymczasem, będę się zbierać. - skinęłam głową na pożegnanie i ruszyłam w stronę najbliższego miejsca, gdzie można było wziąć coś na ząb - tawerny "Pod zębem smoka". Kiedy ruszyłam w stronę mężczyzny, by poprosić o jedzenie - jak się okazało, podawali dzisiaj potrawkę z kurczaka, a do tego cydr - dostrzegłam siedzącą w kącie Ashley. Kiedy więc dostałam talerz z daniem, ruszyłam w stronę jej stolika.
- Witam ponownie. - uśmiechnęłam się. - Mogę się może dosiąść?
< Ashley? >
piątek, 21 lipca 2017
Od Ashley do Madelyn
Nie mógł się poruszyć. Jego ciało było sparaliżowane, jak zawsze z resztą kiedy to robił. Znajdował się w jakimś lesie. Burym i cichym, który przyprawiał o ciarki. Stał, gdyż nie mógł nic zrobić. Nagle obraz zaczął się samoistnie przemieszczać. Obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i znalazł się przed jakimś wielkim budynkiem wykonanym z kamienia. Znajdował się na polanie, która była otoczona lasem, w którym niedawno się znajdował. Czucie powróciło do niego. Przechylił się w przód, tym samym prawie wpadając na olbrzymie, drewniane drzwi. Budynek był w większości okryty winoroślami. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Kiedy jednak chciał dotknąć klamki, drzwi same się otworzyły. Coś go ciągnęło do środka. Stanął, a przed sobą miał trzy drogi. Dwie prowadzące przy ścianach po jego obydwóch stronach, zaś ostatnia prowadziła na wprost. Z niewiadomych przyczyn, wybrał środkową drogę. Z każdym krokiem, zaczął czuć się jakoś dziwnie. Do jego nozdrzy dostał się odór zgnilizny, jakby coś zaczęło się rozkładać. Poczuł zimne powiewy, chociaż, że znajdywał się w środku zamkniętego pomieszczenia. Również światło zaczęło bladnąć. W końcu było ciemno jak w grobowcu. Korytarz był długi i bardzo ciemny. Zakręciło mu się w głowie, przez co upadł na ziemię, przytrzymując się tym samym za czaszkę. O mało co nie wyrwał sobie włosów. Obraz wokół niego rozmazał się, przez co zamknął oczy. Kiedy je otworzył, znajdował się przed jakimiś drzwiami, które wydawały się oświetlone, choć takie nie były. Z trudem wstał i rozejrzał się za siebie. „Przecież... Przed chwilą był tu korytarz, wiec...” ponownie odwrócił się w stronę drzwi, dokańczając myśl „Jak?”. Po obejrzeniu się raz jeszcze dostrzegł, że te drzwi były inne od pozostałych. Były zadbane. Reszta albo miała jakieś dziury lub po prostu wyglądały mało estetycznie, jakby były przesiąknięte pleśnią. A te drzwi... były pomalowane na bordowo, zaś klamka była czarna i o wiele dłuższa od reszty. Niepewnie chwycił za nią. Kiedy popchnął drzwi, oślepił go blask, przez co był zmuszony zasłonić oczy ręką. Kiedy już się do tego przyzwyczaił, w środku ujrzał jakąś grupkę. Patrzyli się na niego. Jedni zza szafek, foteli, inni po prostu oderwali się od rzeczy, które obecnie robili. Wtedy podbiegła w jego stronę szarowłosą dziewczynka. Nic nie robiła, tylko stała i patrzyła się na niego swoimi dużymi, zielonymi oczkami. Nagle, na całej jej twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech. Wyciągnęła w jego stronę swoją rączkę.
- Zaopiekujesz się nami? - powiedziała to, przekręcając tym samym swoją głowę.
Kiedy zdjął z niej wzrok i spojrzał się na pozostałe dzieci, ujrzał na ich twarzach ten sam uśmiech co u niej. Jego palce zaczęły drgać ze zdenerwowania. Kiedy chciał się wycofać, ta sama dziewczynka powieliła swą wypowiedź
- Zaopiekujesz się nami?
Przełknął z trudem gulę w gardle. Dzieci skryte we wnętrzu pokoju zaczęły powtarzać jej wypowiedź, lecz brzmiało to jak rozkaz. Cofnął się o krok, a gdy chciał się odwrócić w stronę korytarza, na swej drodze ujrzał srebrnowłosą. Wskazywała na niego palcem, a z jej oczu zaczęła wypływać jakaś dziwna ciecz.
- Zaopiekujesz się nami? - zbliżyła się do niego.
Widząc jego niezdecydowanie, zrobiła srogą minę po czym wrzuciła go do pokoju. Pod wpływem upadku, zamknął oczy, kiedy jednak je otworzył, zobaczył zamknięte drzwi. Czym prędzej wstał i podbiegł do nich, próbując je otworzyć. Naciskał, szarpał, ciągnął - wszystko na nic. Zamarł, gdy tylko poczuł zimny powiew na swym karku. Powoli odwrócił głowę w stronę środka pokoju, jednakże... nikogo tam nie było? Pokój był zniszczony, ciemny. Jakby ktoś tu wpadł, splądrował wszystko i wyszedł. Puścił klamkę i podszedł do krzesełka, które jako jedyne było nienaruszone. Oświetlało je nikłe światło. Wahając się trochę, zaczął do niego podchodzić. Kiedy był na tyle blisko, by usiąść, wyciągnął rękę w stronę tejże rzeczy. Wtedy usłyszał szmer za sobą i zanim zdążył się odwrócić, został popchnięty na krzesło, które wydawało się go uwięzić. W miejscu gdzie stał, pojawiła się ta sama dziesięciolatka, co przedtem.
- Pobawisz się z nami?
Chciał się podnieść, lecz to jej się nie spodobało. Zaczęła wydobywać z siebie szaleńcze krzyki, przez co był zmuszony zatkać uszy, jak i przystać na jej propozycję. Kiedy się zgodził, uspokoiła się, a z cienia zaczęły wychodzić pozostałe dzieci. Było ich łącznie ośmiorgo. Stanęły w półkole przed nim i zaczęły coś szeptać. Wtedy zza ich plecy zaczęli wyrastać jacyś ludzie. Jeden po drugim padali na ziemię, to poprzez odstrzał, to przez dźgnięcie w ciało jakiegoś ostrza. Każde ginęło osobno, w inny sposób. Kazały mu na to patrzyć bo gdy tylko zamykał oczy lub odwracał wzrok, one wszystko powtarzały. Zaczął krzyczeć. Chciał się uwolnić. Tak mocno się szarpał, że... się uwolnił? Był na czworakach, podpierając się o podłogę. Dyszał mocno i głośno. Nagle z ciemności przed nim, zaczęła wypływać jakaś ciecz. Jak poparzony, zaczął się oddalać, lecz wtedy wpadł na coś. Spojrzał się w górę, gdzie opadła kropla tej samej cieczy. Nade nim stała ta sama dziewczyna, a z jej oczu ponownie zaczęła spływać ta ciecz, lecz nie tylko stąd. Zaczęło jej to wypływać z nosa, uszu, jak i ust. Patrzyła się na niego jak gdyby nigdy nic i uśmiechała się.
- Zaopiekujesz się nami?
Wtedy otoczyły go pozostałe dzieci, z których również zaczęła spływać ta tajemnicza ciecz. Choć wyglądało to na krew, wcale nią nie było. Odczuwał to. Wtedy dzieci, zaczęły zamykać go w coraz to ciaśniejszym okręgu. Otwarł na tyle szeroko oczy, jak bardzo mógł. Nagle dziewczyna, przy której leżałem, powiedziała zapłakana.
- Zapłacisz nam za ich winy!
- Zaopiekujesz się nami? - powiedziała to, przekręcając tym samym swoją głowę.
Kiedy zdjął z niej wzrok i spojrzał się na pozostałe dzieci, ujrzał na ich twarzach ten sam uśmiech co u niej. Jego palce zaczęły drgać ze zdenerwowania. Kiedy chciał się wycofać, ta sama dziewczynka powieliła swą wypowiedź
- Zaopiekujesz się nami?
Przełknął z trudem gulę w gardle. Dzieci skryte we wnętrzu pokoju zaczęły powtarzać jej wypowiedź, lecz brzmiało to jak rozkaz. Cofnął się o krok, a gdy chciał się odwrócić w stronę korytarza, na swej drodze ujrzał srebrnowłosą. Wskazywała na niego palcem, a z jej oczu zaczęła wypływać jakaś dziwna ciecz.
- Zaopiekujesz się nami? - zbliżyła się do niego.
Widząc jego niezdecydowanie, zrobiła srogą minę po czym wrzuciła go do pokoju. Pod wpływem upadku, zamknął oczy, kiedy jednak je otworzył, zobaczył zamknięte drzwi. Czym prędzej wstał i podbiegł do nich, próbując je otworzyć. Naciskał, szarpał, ciągnął - wszystko na nic. Zamarł, gdy tylko poczuł zimny powiew na swym karku. Powoli odwrócił głowę w stronę środka pokoju, jednakże... nikogo tam nie było? Pokój był zniszczony, ciemny. Jakby ktoś tu wpadł, splądrował wszystko i wyszedł. Puścił klamkę i podszedł do krzesełka, które jako jedyne było nienaruszone. Oświetlało je nikłe światło. Wahając się trochę, zaczął do niego podchodzić. Kiedy był na tyle blisko, by usiąść, wyciągnął rękę w stronę tejże rzeczy. Wtedy usłyszał szmer za sobą i zanim zdążył się odwrócić, został popchnięty na krzesło, które wydawało się go uwięzić. W miejscu gdzie stał, pojawiła się ta sama dziesięciolatka, co przedtem.
- Pobawisz się z nami?
Chciał się podnieść, lecz to jej się nie spodobało. Zaczęła wydobywać z siebie szaleńcze krzyki, przez co był zmuszony zatkać uszy, jak i przystać na jej propozycję. Kiedy się zgodził, uspokoiła się, a z cienia zaczęły wychodzić pozostałe dzieci. Było ich łącznie ośmiorgo. Stanęły w półkole przed nim i zaczęły coś szeptać. Wtedy zza ich plecy zaczęli wyrastać jacyś ludzie. Jeden po drugim padali na ziemię, to poprzez odstrzał, to przez dźgnięcie w ciało jakiegoś ostrza. Każde ginęło osobno, w inny sposób. Kazały mu na to patrzyć bo gdy tylko zamykał oczy lub odwracał wzrok, one wszystko powtarzały. Zaczął krzyczeć. Chciał się uwolnić. Tak mocno się szarpał, że... się uwolnił? Był na czworakach, podpierając się o podłogę. Dyszał mocno i głośno. Nagle z ciemności przed nim, zaczęła wypływać jakaś ciecz. Jak poparzony, zaczął się oddalać, lecz wtedy wpadł na coś. Spojrzał się w górę, gdzie opadła kropla tej samej cieczy. Nade nim stała ta sama dziewczyna, a z jej oczu ponownie zaczęła spływać ta ciecz, lecz nie tylko stąd. Zaczęło jej to wypływać z nosa, uszu, jak i ust. Patrzyła się na niego jak gdyby nigdy nic i uśmiechała się.
- Zaopiekujesz się nami?
Wtedy otoczyły go pozostałe dzieci, z których również zaczęła spływać ta tajemnicza ciecz. Choć wyglądało to na krew, wcale nią nie było. Odczuwał to. Wtedy dzieci, zaczęły zamykać go w coraz to ciaśniejszym okręgu. Otwarł na tyle szeroko oczy, jak bardzo mógł. Nagle dziewczyna, przy której leżałem, powiedziała zapłakana.
- Zapłacisz nam za ich winy!
* * *
- Wiesz co Ramzes? Książki z wymiaru Zdziczenia są cudne. Nie znalazłam stamtąd jeszcze ani jednego ze szczęśliwym zakończeniem. Podobają mi się. - przyznałam, zamykając książkę z czarną okładką i chowając ją do zmniejszającego woreczka. Kiedyś sprzedam, bynajmniej mam taki zamiar. Zeskoczyłam z belki i podeszłam do konia. Miałam dzisiaj wolne, nie miałam ochoty się targować, tym bardziej, że nieco za długo spałam i wszystkie dobre miejsca zostały zajęte, a chodzenie w te i we w te nie było nudne. Wolę stać w miejscu i drzeć się, aby wszystkich przekrzyczeć, bo jednak na targu to za cicho nigdy nie jest.
Chwyciłam lejce konia i wskakując na niego wyszliśmy z boksu kierując się na miasto. Trzeba by coś zjeść, prawda? Karczma, w której dzisiaj spałam nie miała zbyt dobrego jedzenia, dlatego musiałam wybrać się w miasto, a raczej na targ. Miałam zamiar kupić sobie coś dobrego, ale kiedy tylko tam się znalazłam poczułam się jak w domu. Ten hałas, każdy siebie przekrzykuje, każdemu chodzi tylko o pieniądze, albo tanio kupiony towar... cudnie. Co ciekawsze, ludzi mi ustępowali, pewnie dlatego, że nikt nie chciał zostać zgniecione przez konia, mojego czarnego ogiera. Stanęłam i zeskoczyłam z konia, kiedy zauważyłam stragan z warzywami. Kupiłam dwie marchewki, jedna dla mnie, a druga dla Ramzesa.
- Witam. - usłyszałam zza pleców. - Chciałbyś może kupić tkaninę? - odwróciłam się i zobaczyłam... dziecko? Zaraz... niektórzy ludzie tak wyglądają, jak ona. Była taka drobna... Mniejsza ode mnie i taka urocza... Wyglądała jak dobry duszek; z tym dobrym to już mniej cudnie.
- A jaką? - same słowo tkaniny mnie zainteresowało, bo miałam nadzieję na coś lekkiego i przewiewnego, aby uszyć sobie nową bluzkę, ale przedmiot okazał się zbyt jasny. - Nie lubię takich kolorów. Kupuje tylko czarne, do ubrań. - podałam dla konia połowę swojej marchewki, której nie zjadłam. Nie miałam już na nią ochoty, była dziwna w smaku.
- Szyjesz ubrania? - pokiwała głową i poklepałam konia do szyi.
- Wiesz co możesz zrobić, aby szybciej sprzedać? Stanąć na jakimś wyższym podeście, wywiesić na czymś dywan i krzyczeć, tak jak oni wszyscy. Zaczepianie pojedynczej osoby chyba mało Ci da. - stwierdziłam wskakując na konia.
Chwyciłam lejce konia i wskakując na niego wyszliśmy z boksu kierując się na miasto. Trzeba by coś zjeść, prawda? Karczma, w której dzisiaj spałam nie miała zbyt dobrego jedzenia, dlatego musiałam wybrać się w miasto, a raczej na targ. Miałam zamiar kupić sobie coś dobrego, ale kiedy tylko tam się znalazłam poczułam się jak w domu. Ten hałas, każdy siebie przekrzykuje, każdemu chodzi tylko o pieniądze, albo tanio kupiony towar... cudnie. Co ciekawsze, ludzi mi ustępowali, pewnie dlatego, że nikt nie chciał zostać zgniecione przez konia, mojego czarnego ogiera. Stanęłam i zeskoczyłam z konia, kiedy zauważyłam stragan z warzywami. Kupiłam dwie marchewki, jedna dla mnie, a druga dla Ramzesa.
- Witam. - usłyszałam zza pleców. - Chciałbyś może kupić tkaninę? - odwróciłam się i zobaczyłam... dziecko? Zaraz... niektórzy ludzie tak wyglądają, jak ona. Była taka drobna... Mniejsza ode mnie i taka urocza... Wyglądała jak dobry duszek; z tym dobrym to już mniej cudnie.
- A jaką? - same słowo tkaniny mnie zainteresowało, bo miałam nadzieję na coś lekkiego i przewiewnego, aby uszyć sobie nową bluzkę, ale przedmiot okazał się zbyt jasny. - Nie lubię takich kolorów. Kupuje tylko czarne, do ubrań. - podałam dla konia połowę swojej marchewki, której nie zjadłam. Nie miałam już na nią ochoty, była dziwna w smaku.
- Szyjesz ubrania? - pokiwała głową i poklepałam konia do szyi.
- Wiesz co możesz zrobić, aby szybciej sprzedać? Stanąć na jakimś wyższym podeście, wywiesić na czymś dywan i krzyczeć, tak jak oni wszyscy. Zaczepianie pojedynczej osoby chyba mało Ci da. - stwierdziłam wskakując na konia.
< Madelyn? >
środa, 19 lipca 2017
Od Madelyn
Ciemne pomieszczenie. Bure, chropowate ściany, szczelnie przylegające do siebie i podtrzymujące walący się sufit, z którego po każdym kolejnym wstrząsie leciały drobinki... czerwone, lepkie niczym pajęczyna. Nie wiedziałam co to jest. Nie chciałam wiedzieć. Z góry co chwilę dochodziły mnie jakieś krzyki, ochrypłe, przypominające raczej te zwierzęce - jakby wrona nauczyła się mówić i błagała o litość. Wszystko to przeplatane było śmiechem - mrożącym krew w żyłach, głośnym i przerażającym. Tego z całą pewnością nie dało się zaliczyć do przyjaznego chichotu, jakie często towarzyszą spotkaniom w grupach przyjaciół - ten przypominał raczej ropusi rechot. Tak mógłby się śmiać tylko diabeł, który porwał do czeluści piekieł jakąś dziewiczą duszyczkę bez skazy. Przeszedł mnie dreszcz strachu, biegnący od karku do ostatniego kręgu. Ciemności panujące w mojej celi mnie przerażały, ale jeszcze mniej chciałam ujrzeć wąską strużkę światła, z której wyłania się demon. A byłam pewna, że zaraz wejdzie. Muszę coś zrobić. Cokolwiek.
Spróbowałam wstać, by schronić się w jakimś odległym kącie. Ciężki, metalowy łańcuch obcierał mi kostki, a ręce spętane miałam grubym, szorstkim sznurem, który trzeszczał złowrogo przy każdym ruchu nadgarstkami. Zmuszając drżące, obolałe nogi do wstania, zmobilizowałam całą siłę woli, jaka we mnie pozostała. Szorując okowami po zimnej, mokrej od skapującej z sufitu cieczy, zmusiłam się do wykonania kroku. Potem drugiego. Trzeciego. Przystanęłam, by zaczerpnąć oddech i uspokoić kołatanie serca. Powietrze było tu stęchłe i pachnące pleśnią. Jakże brakowało mi teraz woni świeżych, polnych kwiatów, ich barwnych płatków czy też kielichów ze słodkim nektarem! A już najbardziej doskwierała mi nieobecność Maku - odkąd obudziłam się w tym lochu, nigdzie nie widziałam rysia. Supeł strachu gdzieś w okolicach żołądka boleśnie się skręcił. Czy wszystko z nim w porządku?
Głęboki wdech. Przede wszystkim muszę znaleźć wyjście. Podparłam ciężar ciała o ścianę, czując jej chropowatą powierzchnię przez cienki materiał jakiejś szmaty, niedbale zarzuconej na moje ciało. Dokuczliwe zimno kąsało odsłoniętą skórę niczym lodowe ostrza, rzucane niedbale przez jakiegoś złośliwego chochlika. Niedbałym ruchem ręki wygładziłam podartą suknię, by choć trochę obronić się przed chłodem. Marna pomoc, ale, jak to zawsze powtarzał dziadzio po nieudanym grzybobraniu, lepszy rydz niż nic.
Mocniej oparłam ciało o ścianę, przyciskając czoło do nieprzyjemnej powierzchni. Opuszczały mnie siły, jakby wysysane przez samą aurę celi, a ja odnosiłam wrażenie, że każdy włos na głowie ciąży mi niczym ołowiany odważnik. Chciałam na chwilę przymknąć powieki, by odpłynąć w słodki świat snów, ale wiedziałam, że wtedy już nie wstanę. Dlatego podjęłam marsz, z ręką ciągle ciasno przyciśniętą do ściany. Każdy kolejny krok odczuwałam coraz boleśniej, a każda komórka mojego ciała protestowała przeciwko wykonaniu następnego ruchu. Marzyłam tylko o tym, by wyciągniętymi palcami dotknąć prostopadłej ściany... czegokolwiek. Miałam wrażenie, że zmierzam przez bezkres piekielnej doliny. Świadomość, że w każdej chwili cela rozświetlić się może błyskiem światła, będącym wyrokiem śmierci, dodawała mi animuszu. Nie przepadałam za mrokiem, ale niczego w tym momencie tak bardzo się nie bałam, jak ujrzenia wykrzywionej w szaleńczym uśmiechu twarzy oprawcy więźnia z wyższego piętra.
Wzięłam kolejny oddech, świszczący od nadludzkiego wysiłku. Cały ciężar ciała opierałam o ścianę, by nie upaść - o własnych siłach nie ruszyłabym się ani o milimetr. Biodro co chwilę boleśnie uderzało o twardą powierzchnię, z każdą chwilą coraz dotkliwej odczuwałam te zderzenia. Zaciskając zęby, byleby tylko nie krzyknąć, położyłam głowę na swojej podpórce, by choć na chwilę przymknąć oczy...
I wtedy ściana zaczęła się przechylać. Spanikowana, nie zdążyłam nawet złapać równowagi - upadłam razem z nią, a głuchy odgłos tąpnięcia wstrząsnął fasadami budynku, jakby olbrzym postawił krok w błocie, kopiąc piłkę, która stanowiła owe więzienie. Moja klaustrofobia dała o sobie znać, a ja w tym momencie bardzo cieszyłam się, że kiszki marsza mi grały. Zacisnęłam mocno powieki, oczekując najgorszego - przy tej prędkości, prędzej czy później zginę, czy to od uderzenia w głowę, czy też samego zmęczenia.
- Miau~! - coś pociągnęło mnie mocno za ucho. Wyciągnęłam rękę, by odegnać napastnika, ale moja ręka natrafiła tylko na aksamitne futro, pod którym kryły się dobrze znane mi mięśnie, wznoszące się i opadające w rytm regularnego oddechu.
- Maki. - mruknęłam cicho, nie do końca rozbudzona.
Wolno otworzyłam oczy, mrużąc je od razu, gdy tylko natrafiłam na mocne, oślepiające światło słońca. Potarłam ciężkie powieki i wymacałam bukłak z wodą, leżący nieopodal. Wciąż w stanie półsnu, wzięłam długi łyk, jakbym nie piła od tygodni, a kilka kropel wylałam na wierzch dłoni, by potrzeć twarz.
Rozejrzałam się uważnie po otaczającym mnie terenie. Las, konkretniej rzecz ujmując - jego skraj. Zatrzymaliśmy się tu z Makim, by odpocząć po wyczerpującej podróży, wystawieni przez cały dzień na prażące, bezlitosne promienie. Teraz ochraniały nas drzewa - przyjemny chłód panujący tu ostudził skórę i dodał sił do dalszej wędrówki. Dzisiaj powinniśmy dotrzeć do miasteczka, gdzie miałam nadzieję sprzedać kilka tkanin. Usiadłam wygodnie, opierając plecy o pień buku - nogi swobodnie zwisały mi z konaru drzewa. Gdy tak patrzyłam na ziejącą pode mną kilkumetrową przepaść, miałam nieprzyjemne wrażenie, że takiej przestrzeni brakowało mi tak niedawno... tylko kiedy? Energicznym ruchem potarłam potylicę, by jakoś otrzeźwić umysł. Pewnie miałam jakiś sen. Ale czego dotyczył, nie miałam już pojęcia. Zachowałam z niego tylko nieprzyjemne wrażenie, że muszę uciekać. Schować się w cieniu jak mysz uciekająca przed polującym nań spasłym kotem. Ostatnimi czasy takie wizje zdarzały mi się coraz częściej, ale pamiętałam z nich bardzo niewiele - jakiś strzępek ubrania, pojedynczą scenę czy też jakieś wrażenie, zazwyczaj mało przyjemne, jak dzisiaj.
- Makiś, idziemy. - zarządziłam, nawiązując kontakt wzrokowy z rysiem. Stworzenie przewróciło oczami po czym zgrabnie zeszło z pnia jakby była to zwykła, niska skała. Ja natomiast zeskoczyłam z konaru, trzymając się go jednak rękami - gdy reszta ciała kołysała się już swobodnie, zeskoczyłam miękko na ziemię, lądując na zgiętych kolanach. Przyjaciel spojrzał zaś na mnie drwiąco, jakby pokazując, co myśli o moim tempie.
- Chciałaś wyruszyć rano, czyż nie? - zapytał, pokazując rząd białych kiełków. Uśmiechnęłam się przepraszająco po czym wyjęłam z dziupli obok nasze rzeczy.
- Wybacz. - odparłam. - Ale przypominam, że ostatnio to Ty zaspałeś!
- Nie pamiętam niczego takiego. - usłyszałam w odpowiedzi, po czym Maki ruszył do przodu, nie oglądając się w moją stronę. Ruszyłam za nim, a po zaledwie dwóch sekundach oboje przystosowaliśmy swoje tempo do drugiego. Cieszyła mnie świadomość, jak dobrze znaliśmy się nawzajem.
Gwar miasta, stukot kopyt, wybijających regularny rytm na ubitej drodze, rozmowy, przekrzykiwania, brzdęk monet - wszystko, co składało się każde tego typu miejsce. Razem z Makim przemierzaliśmy rynek szybkim krokiem, a ryś co chwilę ocierał się o moją nogę. Rozumiałam to doskonale. Na tak tłumnych uliczkach bardzo łatwo było o rozdzielenie się, a do tego żadne z nas nie zamierzało dopuścić. Co jakiś czas przystawaliśmy, by zapytać sprzedawców o chęć zakupienia tkanin. Większość odpowiadała na to odmownym kręceniem głowy i zmarszczonym nosem, inni próbowali kupić je za półdarmo, ale zdarzali się i tacy, którzy brali kilka, dając w zamian jakiś towar lub sakiewkę monet. Ba, handel szedł mi o tyle dobrze, że szukałam już nabywcy na ostatnią tkaninę - delikatną, kwiecistą, na miodowym materiale. Zazwyczaj nie przepadałam za zagadywaniem do ludzi - wolałam raczej rozstawić się na jakimś wolnym skrawku ziemi i czekać na potencjalnych klientów - ale dzisiaj przybyłam zdecydowanie zbyt późno, by takowe miejsce znaleźć.
- Witam. - zagadałam w końcu do jakiegoś przechodnia, który lustrował towar przy jakimś stoisku. - Chciałbyś może kupić tkaninę?
< Ktoś? >
Spróbowałam wstać, by schronić się w jakimś odległym kącie. Ciężki, metalowy łańcuch obcierał mi kostki, a ręce spętane miałam grubym, szorstkim sznurem, który trzeszczał złowrogo przy każdym ruchu nadgarstkami. Zmuszając drżące, obolałe nogi do wstania, zmobilizowałam całą siłę woli, jaka we mnie pozostała. Szorując okowami po zimnej, mokrej od skapującej z sufitu cieczy, zmusiłam się do wykonania kroku. Potem drugiego. Trzeciego. Przystanęłam, by zaczerpnąć oddech i uspokoić kołatanie serca. Powietrze było tu stęchłe i pachnące pleśnią. Jakże brakowało mi teraz woni świeżych, polnych kwiatów, ich barwnych płatków czy też kielichów ze słodkim nektarem! A już najbardziej doskwierała mi nieobecność Maku - odkąd obudziłam się w tym lochu, nigdzie nie widziałam rysia. Supeł strachu gdzieś w okolicach żołądka boleśnie się skręcił. Czy wszystko z nim w porządku?
Głęboki wdech. Przede wszystkim muszę znaleźć wyjście. Podparłam ciężar ciała o ścianę, czując jej chropowatą powierzchnię przez cienki materiał jakiejś szmaty, niedbale zarzuconej na moje ciało. Dokuczliwe zimno kąsało odsłoniętą skórę niczym lodowe ostrza, rzucane niedbale przez jakiegoś złośliwego chochlika. Niedbałym ruchem ręki wygładziłam podartą suknię, by choć trochę obronić się przed chłodem. Marna pomoc, ale, jak to zawsze powtarzał dziadzio po nieudanym grzybobraniu, lepszy rydz niż nic.
Mocniej oparłam ciało o ścianę, przyciskając czoło do nieprzyjemnej powierzchni. Opuszczały mnie siły, jakby wysysane przez samą aurę celi, a ja odnosiłam wrażenie, że każdy włos na głowie ciąży mi niczym ołowiany odważnik. Chciałam na chwilę przymknąć powieki, by odpłynąć w słodki świat snów, ale wiedziałam, że wtedy już nie wstanę. Dlatego podjęłam marsz, z ręką ciągle ciasno przyciśniętą do ściany. Każdy kolejny krok odczuwałam coraz boleśniej, a każda komórka mojego ciała protestowała przeciwko wykonaniu następnego ruchu. Marzyłam tylko o tym, by wyciągniętymi palcami dotknąć prostopadłej ściany... czegokolwiek. Miałam wrażenie, że zmierzam przez bezkres piekielnej doliny. Świadomość, że w każdej chwili cela rozświetlić się może błyskiem światła, będącym wyrokiem śmierci, dodawała mi animuszu. Nie przepadałam za mrokiem, ale niczego w tym momencie tak bardzo się nie bałam, jak ujrzenia wykrzywionej w szaleńczym uśmiechu twarzy oprawcy więźnia z wyższego piętra.
Wzięłam kolejny oddech, świszczący od nadludzkiego wysiłku. Cały ciężar ciała opierałam o ścianę, by nie upaść - o własnych siłach nie ruszyłabym się ani o milimetr. Biodro co chwilę boleśnie uderzało o twardą powierzchnię, z każdą chwilą coraz dotkliwej odczuwałam te zderzenia. Zaciskając zęby, byleby tylko nie krzyknąć, położyłam głowę na swojej podpórce, by choć na chwilę przymknąć oczy...
I wtedy ściana zaczęła się przechylać. Spanikowana, nie zdążyłam nawet złapać równowagi - upadłam razem z nią, a głuchy odgłos tąpnięcia wstrząsnął fasadami budynku, jakby olbrzym postawił krok w błocie, kopiąc piłkę, która stanowiła owe więzienie. Moja klaustrofobia dała o sobie znać, a ja w tym momencie bardzo cieszyłam się, że kiszki marsza mi grały. Zacisnęłam mocno powieki, oczekując najgorszego - przy tej prędkości, prędzej czy później zginę, czy to od uderzenia w głowę, czy też samego zmęczenia.
* * *
- Miau~! - coś pociągnęło mnie mocno za ucho. Wyciągnęłam rękę, by odegnać napastnika, ale moja ręka natrafiła tylko na aksamitne futro, pod którym kryły się dobrze znane mi mięśnie, wznoszące się i opadające w rytm regularnego oddechu.
- Maki. - mruknęłam cicho, nie do końca rozbudzona.
Wolno otworzyłam oczy, mrużąc je od razu, gdy tylko natrafiłam na mocne, oślepiające światło słońca. Potarłam ciężkie powieki i wymacałam bukłak z wodą, leżący nieopodal. Wciąż w stanie półsnu, wzięłam długi łyk, jakbym nie piła od tygodni, a kilka kropel wylałam na wierzch dłoni, by potrzeć twarz.
Rozejrzałam się uważnie po otaczającym mnie terenie. Las, konkretniej rzecz ujmując - jego skraj. Zatrzymaliśmy się tu z Makim, by odpocząć po wyczerpującej podróży, wystawieni przez cały dzień na prażące, bezlitosne promienie. Teraz ochraniały nas drzewa - przyjemny chłód panujący tu ostudził skórę i dodał sił do dalszej wędrówki. Dzisiaj powinniśmy dotrzeć do miasteczka, gdzie miałam nadzieję sprzedać kilka tkanin. Usiadłam wygodnie, opierając plecy o pień buku - nogi swobodnie zwisały mi z konaru drzewa. Gdy tak patrzyłam na ziejącą pode mną kilkumetrową przepaść, miałam nieprzyjemne wrażenie, że takiej przestrzeni brakowało mi tak niedawno... tylko kiedy? Energicznym ruchem potarłam potylicę, by jakoś otrzeźwić umysł. Pewnie miałam jakiś sen. Ale czego dotyczył, nie miałam już pojęcia. Zachowałam z niego tylko nieprzyjemne wrażenie, że muszę uciekać. Schować się w cieniu jak mysz uciekająca przed polującym nań spasłym kotem. Ostatnimi czasy takie wizje zdarzały mi się coraz częściej, ale pamiętałam z nich bardzo niewiele - jakiś strzępek ubrania, pojedynczą scenę czy też jakieś wrażenie, zazwyczaj mało przyjemne, jak dzisiaj.
- Makiś, idziemy. - zarządziłam, nawiązując kontakt wzrokowy z rysiem. Stworzenie przewróciło oczami po czym zgrabnie zeszło z pnia jakby była to zwykła, niska skała. Ja natomiast zeskoczyłam z konaru, trzymając się go jednak rękami - gdy reszta ciała kołysała się już swobodnie, zeskoczyłam miękko na ziemię, lądując na zgiętych kolanach. Przyjaciel spojrzał zaś na mnie drwiąco, jakby pokazując, co myśli o moim tempie.
- Chciałaś wyruszyć rano, czyż nie? - zapytał, pokazując rząd białych kiełków. Uśmiechnęłam się przepraszająco po czym wyjęłam z dziupli obok nasze rzeczy.
- Wybacz. - odparłam. - Ale przypominam, że ostatnio to Ty zaspałeś!
- Nie pamiętam niczego takiego. - usłyszałam w odpowiedzi, po czym Maki ruszył do przodu, nie oglądając się w moją stronę. Ruszyłam za nim, a po zaledwie dwóch sekundach oboje przystosowaliśmy swoje tempo do drugiego. Cieszyła mnie świadomość, jak dobrze znaliśmy się nawzajem.
* * *
Gwar miasta, stukot kopyt, wybijających regularny rytm na ubitej drodze, rozmowy, przekrzykiwania, brzdęk monet - wszystko, co składało się każde tego typu miejsce. Razem z Makim przemierzaliśmy rynek szybkim krokiem, a ryś co chwilę ocierał się o moją nogę. Rozumiałam to doskonale. Na tak tłumnych uliczkach bardzo łatwo było o rozdzielenie się, a do tego żadne z nas nie zamierzało dopuścić. Co jakiś czas przystawaliśmy, by zapytać sprzedawców o chęć zakupienia tkanin. Większość odpowiadała na to odmownym kręceniem głowy i zmarszczonym nosem, inni próbowali kupić je za półdarmo, ale zdarzali się i tacy, którzy brali kilka, dając w zamian jakiś towar lub sakiewkę monet. Ba, handel szedł mi o tyle dobrze, że szukałam już nabywcy na ostatnią tkaninę - delikatną, kwiecistą, na miodowym materiale. Zazwyczaj nie przepadałam za zagadywaniem do ludzi - wolałam raczej rozstawić się na jakimś wolnym skrawku ziemi i czekać na potencjalnych klientów - ale dzisiaj przybyłam zdecydowanie zbyt późno, by takowe miejsce znaleźć.
- Witam. - zagadałam w końcu do jakiegoś przechodnia, który lustrował towar przy jakimś stoisku. - Chciałbyś może kupić tkaninę?
< Ktoś? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)