Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dym i lustra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dym i lustra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Ivara do Akroteastora

Czekałem nad rzeką, dopóki Avalon i Liivei nie znikną mi z pola widzenia. Trochę to zajęło, jednak ostatecznie zostałem sam. Nie licząc Lyrii, która siedziała na kamieniu i spoglądała na mnie, przechylając łebek na bok. Z delikatnym uśmiechem pogłaskałem ją za uchem, szykując się mentalnie na wymuszenie przemiany. Robiłem to niezwykle rzadko, gdyż ta wersja transformacji miała niewielką szansę powodzenia, a w dodatku, powodowała nieopisane cierpienie. Ale nie było innej możliwości. Wrócenie do zajazdu i tam naćpanie się ziołami nie wchodziło w rachubę. Po nich czułem się całkowicie otępiały i pozbawiony kontroli nad własnym ciałem. A to nie jest za miłe przeżycie.
Musiałem zrównać się z Akroteastorem, aby jego zapach, czy raczej konia, nie uległ zatarciu. Czyli trzeba było działać szybko. Nie mówiłem tego już o wariacie, co postanowił sobie urządzić polowanie na czarownice. Ten ptak, którego wiedziałem nad lasem, również nie napawał mnie optymizmem. Wzdychając ciężko, klęknąłem na ściółce i zamknąłem oczy. Lisiczka pisnęła zaniepokojona i polizała mnie po policzku. Ostrożnym ruchem odsunąłem od siebie jej łebek.
- Idź do Akrusia. - Na dźwięk skomlenia białej księżniczki, odchyliłem głowę ku niebu. Czas zacząć się denerwować. - Nie pyskuj. Idź. Teraz. Bez dyskusji. -
Jednak stworzonko uparcie tkwiło w jednym miejscu jak słup soli. Cudownie.
Zadrżałem, czując drgawki oraz ból w okolicach paznokci, kiedy te zostały wypchane, a na ich miejscu pojawiły się pazury. To jednak nie wystarcza. Potrzebowałem mocniejszego impulsu. Dlatego chwyciłem się za nadgarstek. Przygryzłem wargę, zamknąłem oczy i gwałtownym ruchem wyłamałem staw. Mój głos, który w pewnym momencie zmienił się w ryk, rózniósł się echem po drzewostanie. Lyria zdawała się pojąć powagę sytuacji, gdyż zniknęła w cieniu skały, prawdopodobnie jako duch szukając Akroteastora. Nie mnie oceniać jej dziwnego zainteresowania Liivei. Może wie coś, czego ja nie wiem.
Mój oddech przyspieszył, poczułem adrenalinę, buzującą mi w żyłach. Temperatura się podniosła, co świadczyło o rozpoczęciu przemiany. Dla pewności, złamałem kilka swoich palców. Być może wyglądało to z boku na zwykły akt masochizmu, jednak w rzeczywistości to był jedyny sposób, poza gniewem, na wywołanie genów berserka - ból. Kiedy patrzyło się na to pod kątem regeneracji, jaka nastąpi przy "zamianie" ciał, to była niewielka cena.
Po dłuższej, ciągnącej się w nieskończoność chwili, byłem już na czterech łapach. Całkiem świadomy. Ale za to osłabiony i nieco zdezorientowany. Rzadko kiedy byłem w stanie pokonać instynkt, więc nie miałem pewności, jak sobą.. Hmm, sterować? Tak, to dobre określenie. Ale wystarczyło kilka prób i wiele upadków, abym pojął podstawy. W ten sposób, z nosem przy ziemi, mogłem wyruszyć w drogę, idąc po zapachu Avalona. Wybrałem ogiera, ponieważ koń zostawiał wyraźniejszą woń od tej Morteo, a w dodatku, znałem ją lepiej. Weźmy nawet pod uwagę długość znajomości - rumaka wychowywałem od źrebięcia, a Akrusia? Nawet nie mogę sobie wyobrazić jego jako dziecko. O nie, moja wyobraźnia znowu zapuszcza się w niepokojące rejony.
Kiedy zaczęło się ściemniać, przyspieszyłem swój bieg. Wolałem uniknąć spotkania z drapieżnikami, mimo, iż byłem od nich znacznie większy. W dodatku myśl o spotkaniu myśliwego z karczmy nie napawała optymizmem. Nie miałem jeszcze ochoty stać się czyimś trofeum nad paleniskiem czy dywanem w sypialni. Mam swoje standardy.
Mój nos wyłapał nową, ziemistą woń. Stopniowo zatrzymałem się, podniosłem łeb i rozejrzałem się. Spojrzenie padło na sarnę, skubiącą trawę. Oblizałem się odruchowo na myśl o przekąsce. Zacząłem więc swoje polowanie - nudny, mozolny proces skradania się, na przemian z pogonią. Ostatecznie udało mi się ubić bogu ducha winne stworzenie, część mięsa zjadając na miejscu. Pozostałą, nieco jednak nadjedzoną, zdobycz chwyciłem w zęby i potruchtałem dalej. Widząc wśród drzew ognisko, zmieniłem się z trudem w człowieka i przerzuciłem łanię na kark. Nogi bolały mnie po biegu, nie mówiąc o rękach czy plecach. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do metamorfozy kości.
Nareszcie znalazłem się w jasnej łunie ognia, tak przyjemnie grzejącego ciało. Akroteastor siedział na pniaku czy czymś podobnym, co poprawiło mi nieco nastrój. W końcu, mógł sobie odejść, biorąc cały mój dobytek. Na szczęście, jego ciekawość czy inną cecha osobowości, wzięła górę. Z uśmiechem rzuciłem mięso pod jego nogi. Morteo przerwał dłubanie w drewnie i zmierzył wzrokiem truchło.
- CÓŻ TO JEST? SKĄD TO POSIADŁEŚ? - Spytał, dotykając dłonią futerka, oceniając rany, krytycznie obserwując ślady po zębach. Opadłem obok niego, po wcześniejszym wyciągnięciu z torby nożyka. Od razu zacząłem oprawiać zwierzynę, aby przygotować z niej posiłek nad ogniem.
- Upolowałem po drodze. Co tam u ciebie? Jak podróż? -
Morteo chwilę się zastanawiał, spoglądając w dal.
- KOŃSKI GRZBIET NIE JEST MYM PREFEROWANYM SPOSOBEM PODRÓŻY. - Odparł szybko, nie zagłębiając się w szczegóły. Po pewnym czasie dotarło do mnie, dlaczego nie chciał się przyznać do prawdziwego powodu swojej opinii. No cóż, wchodzi na to,  że nawet giganty mogą mieć obicia w niezbyt urokliwych rejonach.
- Nie powiedziałeś mi, czym był ten ptak. Ten koleś z karczmy. - Nabiłem udziec na gruby patyk i zacząłem go opiekać. Ogień miło skwierczał, nadając nieco sielskiego klimatu. - Kim dokładnie jesteś? I co masz zamiar zrobić potem? -

< Akruś? >

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Akroteastora do Ivara

- A CO Z TOBĄ, IVARZE SZLACHETNY -  spytał stwór, niechętnie przyjmując wodze konia. Nie przepadał za podróżowaniem na zwierzęcym grzbiecie. A tym bardziej jeśli zwierzę było tak niskie, że jego palce niemal szurały po ziemi.
- Dogonię was, o to się nie martw - zapewnił chłopak.
- NIE MARTWIĘ SIĘ, JESTEM PEWIEN, ŻE PANTERY BIEGAJĄ Z OLBRZYMIĄ PRĘDKOŚCIĄ - mruknął z przekąsem Akroteastor, po czym bez dalszego narzekania dosiadł konia Ivara. Wierzchowiec prychnął i stanął dęba, jednak na uspakajające słowa swojego pana się uspokoił. - AŻ TAKĄ POSIADASZ WE MNIE UFNOŚĆ, IŻ POZOSTAWIASZ MI SWÓJ SPRZĘT? 
- Ufam, że nadal jesteś mną zainteresowany, Akrusiu - odpowiedział chłopak, uśmiechając się czarująco. 
  Coś zaszumiało w krzakach, przerywając towarzyszom rozmowę. Gwałtownie z zarośli wypadł ptak i z dzikim świergotem wzbił się w niebo. Uciekinierzy spojrzeli po sobie. Ptak nie stanowił zagrożenia, jednak przypomniał im, jak ważny jest pośpiech. Morteo spiął wodzę i bez słowa opuścił stojącego nad strumieniem Ivara. 
  Ogier truchtał równo, obijając wszystkie partie zadka Akroteastora, który próbował ignorować niewygodę i skupić się na ucieczce. W końcu dla nekromanty rycerz-zabójca wcale nie był największym problemem. Tak na prawdę góra zwłok w zajeździe mogła już ściągnąć do siebie ptaszysko, które przypadkiem przywołał. Gdy już Ivar przybędzie do obozowiska będzie musiał mu jakoś zasugerować wizytę w stolicy Sharr i być może jednej z tamtejszych bibliotek czy też w Domu Okultysty, czy jakkolwiek to się nazywało w tym kraju... a tak, w Świątyni Boga Greviusa, którego swoją drogą Morteo chciał odwiedzić przejazdem.
  Cóż wiele mówić o tej podnóży? Poza tym, że nasz bohater obtłukł się niemiłosiernie można ją zaliczyć raczej do przyjemnych. Ładna pogoda, łono natury, kilku ludzi na zniszczonych polach, a poza tym cisza i spokój. Gdy słońce zaczynało się chylić ku zachodowi na bezkresnych równinach tej ponurej krainy, Akroteastor znalazł całkiem dogodną polankę do rozbicia obozowiska. Najbliższa wioska była dość daleko, a i mniejsze gospodarstwa były z trudem dostrzegalne na horyzoncie - po tym, jak już wyszło się z dość głębokiego lasku. Wszędzie było sporo suchych gałązek i w pół godziny stwór nazbierał ich dość dużo, by starczyło na całą noc. Koń Ivara skubał sobie spokojnie trawę. Najwyraźniej przyzwyczaił się już do towarzystwa dziwnego zwierzęcia. Jednak samego Ivara nie było jeszcze nigdzie widać. Morteo zastanawiał się, co zrobi, jeśli chłopak do rana nie zjawi się w obozowisku. Rozsiadł się na zwalonym pieńku i przy pomocy prostego zaklęcia zaczął szlifować kawałek dość grubego patyka. Szybko doszedł do wniosku, że pewnie wziąłby konia i ruszył dalej. W końcu nie przybycie do wyznaczonego miejsca znaczyłoby pewnie, że nasz mały człowiek-pantera został brutalnie zamordowany przez jeden z dwóch koszmarów, ścigających teraz ich oboje. 
  To zabawne, ale myśl, że jego mały koszmar jest teraz też koszmarem kogoś innego bardzo podniosła Liiveia na duchu.
  Ivar jednak nie dał na siebie czekać do rana. Zaczynało się robić ciemno i na małej polance płonął już niewielki płomień, gdy jego postać pojawiła się w kręgu światła.
(Ivar? Trochę zastój, ale wracam z opokiem :P)

sobota, 24 marca 2018

Od Ivara do Akroteastora

Nie powiem, średnio rozumiałem całą tę sytuację, od momentu, kiedy łapa Morteo zacisnęła się na mojej ręce, przez szaloną ucieczkę w las, aż do tego momentu, kiedy zaczął bredzić coś o stoperze i kuchennych drzwiach. Potrzebowałem chociaż niewielkiej chwili, aby zebrać myśli. Aby się uspokoić. Wziąłem więc wodze Avalona i podprowadziłem go do rzeki. Kiedy koń pił, ja usiadłem na złotym piasku i zacząłem wpatrywać się przed siebie. Co teraz zrobimy? Nie możemy wrócić do gospody. Powinniśmy unikać głównych traktów, gdyż ten pseudorycerzyk może gdzieś tam być. Muszę doprowadzić swoją część umowy do końca.. Tak samo jak Akroteastor. Wzdychając ciężko, podciągnąłem kolana pod brodę i ukryłem między nimi twarz. Nasłuchiwałem, jak mój towarzysz oczyszcza dokładnie swoje cielsko, jak mamrocze coś o kolejnych stoperach czy sam bóg wie czym, jak drepcze w te i we wte, łamiąc gałązki. I doprowadzając mnie do białej gorączki.
Wziąłem głęboki wdech, a potem długo wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby. Nadal nie mogłem się opanować, w dodatku widmo przemiany, tym razem przez złość, zawisło nade mną jak niewypowiedziana klątwa.
Wtem usłyszałem piski. Wyprostowałem się więc, spoglądając w stronę, z której dochodziły - z lasu. Liivei zrobił to samo, jednak prawdopodobnie pchany instynktem samozachowawczym. Ja wiedziałem jednak, że to Lyria.
I nie myliłem się. Lisiczka przebiegła zgrabnie między drzewami, w pyszczku dzierżąc.. Sznurek. Taki zwykły. Prostej roboty, a w dodatku przecięty. Swe znalezisko zostawiła pod nogami Akroteastora, a następnie wróciła do mnie. Wziąłem w ramiona moją białą księżniczkę i wstałem.
- To chyba od twojego płaszcza, czyż nie? - Zapytałem Akrusia, który jedynie wykonał ten ruch, mający prawdopodobnie na celu imitację wzruszenia ramionami. Wyglądał ma zdenerwowanego, dlatego prawdopodobnie ograniczał się jedynie do gestów. Zmierzyłem po raz kolejny wzrokiem jego ciało. Mnie osobiście zainteresowało, wręcz przyciągało do siebie, gdyż jak dzieciak chciałem wszystkiego dotknąć. Zdawałem sobie sprawę, że raczej niewielu ludzi podzieli moje zdanie. Dlatego podszedłem do Avalona, na jego grzbiecie sadzając Lyrię. Następnie zacząłem szukać czegoś w jukach. Morteo przechylił czaszkę na bok, robiąc mały krok w naszą stronę. Koń otworzył szerzej oczy, tupnął i zaniepokoił się. Przeciągnąłem więc dłonią po jego boku.
- Shh, Avalon. Nie przejmuj się. Akroteastor nie gustuje w koniach. - Powiedziałem z lekkim przekąsem w głosie, gdyż nie miałem jako takiej pewności, co je gigant. Równie dobrze mógł żywić się roślinami, ludźmi, mięsem czy duszami, jak i energią kosmiczną czy słoneczną. Przy takich osobnikach wszystko wchodziło w rachubę. Morteo jedynie westchnął ostentacyjnie. Już miał się odezwać, kiedy wcisnąłem mu w dłoń.. Dłonie.. Łapy. Odnóża. Chwytaki? Ah, cokolwiek on tam miał, swój płaszcz.
- CÓŻ TO JEST, IVARZE? - Spytał, mierząc sceptycznie materiał. Kiedy go rozłożył, okazało się, że, jak przewidywałem, był na niego za mały. Cóż za niespodzianka.
- Płaszcz, zakryj sobie, co tam chcesz. Przepraszam, nie mam większego.-
- JAM NIE WYRAZIŁ NA TEN DAR ZGODY.. - Zaczął stwór, wyciągając ku mnie kończynę (gdyż to określenie jest najbardziej neutralne ze wszystkich) z płaszczem. Uśmiechając się lekko, pokręciłem głową.
- Jak nie po dobroci.. - Mruknąłem do siebie, biorąc się osobiście za odzianie Akroteastora. Musiałem to robić szybko, gdyż w przeciwnym przypadku, dałbym się złapać we wszystkie cztery łapy Morteo. Ostatecznie, po długiej walce, odsunąłem się, oceniając z pewnej odległości swoje dzieło. Ciemnozielona toga okrywała najbardziej taktyczne rejony mego towarzysza, niestety nieco unieruchamiając jedną z dolnych rąk. To jednak nie był aż taki problem. Bardziej zmartwiło mnie spojrzenie, godne seryjnego mordercy, wymierzone we mnie. Wzruszyłem więc ramionami i z powrotem dosiadłem Avalona.
- Powinniśmy się stąd zbierać, Akruś. Ten wariat z karczmy może zacząć nas szukać w dowolnym momencie, jak nie robi tego już teraz. -
- SŁUSZNE SPOSTRZEŻENIE. -
- Co do jazdy konno, będziemy się zmieniać. - Widząc, że gigant próbuje zabrać głos, ściągnąłem brwi i pokręciłem głową. - Żadnych "Ale". A teraz, chodźmy. - Oznajmiłem, spinając łydkami boki konia. Po kilku krokach, obróciłem się, aby spojrzeć, czy Morteo idzie. W końcu, nie musiał tego robić, lecz w tym momencie nasza umowa nie zostałaby wypełniona. A ja do tego nie mam zamiaru dopuścić - takie coś byłoby ujmą na książęcym honorze. Nawet jeśli nie mam teraz królestwa, nadal stosuję się do zasad wpojonych mi za dziecka. Jedną z nich była pomoc potrzebującym. Liivei jakoś dało się podciągnąć pod tę kategorię. Może nie był umierający, ranny, bezdomny, chory.. Jednak był głodny. Czyli się zaliczał. Chwilę się zastanawiałem, co mam zrobić, lecz ostatecznie zawróciłem, zsiadłem z konia i wcisnąłem wodze w ręce Akroteastora.
- Masz. - Mruknąłem pod nosem. - Ty pojedziesz pierwszy i poszukasz miejsca na obóz, dobra? -

< Akruś? :p >

piątek, 23 marca 2018

Od Akroteastora do Ivara

- PRIMO, TEN… GOŁĄB, JAKOŻEŚ TO OKREŚLIŁ, TO NIE TWOJA SPRAWA – uciął Akroteastor, mimo że wiedział, że prędzej czy później będzie musiał wyjaśnić ten temat, jeśli zgodzi sią na propozycję młodzieńca. – SECONDO, TWOJA PROPOZYCJA BRZMI NIEZWYKLE ZACHĘCAJĄCO, JEDNAKŻE ZASTANAWIA MNIE JEJ SZCZODROŚĆ.
- Szczodrość? Ja uważam to za równowartościową wymianę – odparł Ivar.
- CZYŻBY? – gdyby Morteo miał brwi zapewne by je podniósł, zamiast tego uniósł czaszkę nieco w górę, wprawiając kaptur w ruch.
- No daj spokój, po co miałbym cię teraz oszukiwać? 
  Akroteastor pomyślał chwilę i pokiwał głową.
- JAK DALEKO IDĄCE BADANIA MASZ NA MYŚLI? – zapytał, przelotnie pomyślawszy o krojeniu chłopaka żywcem na kawałki.
- Takie, które nie będą wymagały wbijania noża w moje ciało, bardzo je cenię. – Morteo ponownie pokiwał głową. Właściwie nie spodziewał się innej odpowiedzi.
- DOBRZE. CHCĘ GWARANCJI, ŻE DOTRZYMASZ SWOJEJ CZĘŚCI UMOWY – zamilkł na chwilę i odpowiedział: - SŁOWO HONORU WYSTARCZY.
- Słowo honoru – Ivar z poważną miną wykonał nieokreślony gest w okolicy serca. Stwór spojrzał w kierunku drzwi, za którymi jakiś czas temu zniknął rycerz z Merkez. Nie chciał go za bardzo prowokować do rasistowskich docinków swoim wyglądem. Szczególnie, że był rycerzem. A każdy dobrze wie, że gdyby rycerz rozpowiedział, że jakiś potwór wymordował ludzi w zajeździe to nawet, gdyby potwór miał niezbite dowody na niewinność, lud i tak posłucha rycerza. Ładna buźka, zbroja i mieczyk to połowa sukcesu w życiu. Drugą połową jest szczęście, dzięki któremu nie giniesz w głupiej bitwie o nie swoje sprawy i dożywasz późnej i szczęśliwej starości.
  Ivar wstał i przeciągnął się, po czym cichym krokiem pantery zaczął skradać do Akroteastora. Jedno stąpnięcie na fałszywą deseczkę i cichy skrzyp wyrwał stwora z niepochamowanego potoku myśli. Cofnął się, by przeniknąć przez ścianę i stanąć koło miejsca, w którym Ivar przed chwilą siedział.
- NIE ZAKRADAJ SIĘ WAŚĆ, GDY MYŚLĘ – powiedział, zsuwając kaptur z czaszki, a następnie rozsznurowując supeł na szyi. Na chwilę odłożył płaszcz na ladę i położył swoje dolne ramiona na biodrach, a górne założył na piersi. Ciemne ciernie powoli przesuwały się po jego ciele bez najlżejszego dźwięku. 
- Łoł, niezły asortyment – skwitował chłopak, podchodząc bliżej i wyciągając dłoń w kierunku żeber stwora.
- NIE DOTYKAJ – warknął Morteo, cofając się o krok i wpatrując złowrogo z góry w Ivara. 
- Chciałem tylko lepiej im się przyjrzeć – wyjaśnił jawnie nieszczerze chłopak.
- DOŚĆ PRZYGLĄDANIA SIĘ. – Stwór sięgnął po swój płaszcz i po chwili znów wyglądał jak nieco garbaty wieszak na płaszcze. W tym samym momencie rycerz z Merkez powrócił, swoimi krokami zwracając uwagę obu rozmawiających. Trzymał w ręku jakiś amulet, przypominający wyglądem klepsydrę, gładząc go bezwiednie. – OHO, CZAS SIĘ DEWENEE –  mruknął do siebie Akroteastor i gwałtownie chwycił Ivara za rękę. Kontakt z ludzkim ciałem sprawił, że przebiegł go dreszcz po plecach, jednak nie mógł nic na to poradzić.
- He… - zaczął młodzieniec, gdy stwór pociągnął go do przejścia. W tym samym momencie rycerz z Merkez przypomniał sobie o ich obecności. Przez moment na jego twarzy wymalowała się wyraźna troska, a wręcz: obawa.
  Już rozmawiając z tym dziwakiem wcześniej Morteo odniósł wrażenie, że jest niebezpieczny. I zbyt inteligentny. A przynajmniej zbyt szybko wyciąga wnioski, jak na zwykłego człowieka. 
  W chwili, w której przypadkowi towarzysze znikali w powietrzu świsnął sztylet o ostrzu w kształcie liścia właściwy zabójcom, nie rycerzom.
  Akroteastor i Ivar znaleźli się na zewnątrz zajazdu, materializując się za karym koniem. Zdziwione zwierzę zarżało, a Morteo zaczął rozwiązywać sznur przymocowany do słupka.
- Czekaj – powstrzymał go Ivar. – Akruś, jest nas dwóch na jednego, zresztą nie damy rady daleko ujechać na jednym koniu.
- DLATEGO TYLKO TY BĘDZIESZ JECHAŁ – odparł poddenerwowany stwór. Nie chciał dłużej zwlekać i obawiał się, że marnowanie czasu na tłumaczenie Ivarowi wszystkiego dokładnie doprowadzi ich do śmierci. Drzwi zajazdu otworzyły się z hukiem.
  Chłopak okazał się bystrzejszy, niż Morteo przewidywał. Bez dalszych obiekcji wskoczył na wierzchowca i pogalopował w stronę lasu. Akroteastor rozciął szarpnięciem rzemień u szyi, który tak pieczołowicie przed chwilą wiązał, i pognał na sześciu łapach za nim. Coś srebrnego otarło się o jego żebra i wbiło w trawę koło niego, jednak stwór nie przystanął, by się upewnić, że był to nóż. Szybko dogonił jeźdźca i w pewnym oddaleniu biegł równolegle do Ivara aż do momentu, w którym dotarli nad szeroką rzekę. Chłopak zatrzymał konia i zeskoczył z siodła.
  Akroteastor stanął na tylnych nogach i wyczesał nieco liści z futra, zanim zdecydował się wyjść z zarośli. Żałował utraty płaszcza, niemniej sytuacja to usprawiedliwiała.
- Więc? Dlaczego uciekliśmy? – zapytał Ivar, zakładając ramiona na piersi.
- NIECHYBNIE ODNALAZŁ CO ZAGUBIŁ.- Morteo westchnął, jedna z jego dłoni bezwiednie poprawiła wijące się ciernie, które nie mogły złapać zaczepu powyżej ostatniego żebra. – TO WYGLĄDAŁO NA STOPER JAKIEGOŚ RODZAJU. ZAISTE, BYŁEM TEALE, ŻE TE ISTOTY LUDZKIE NIE MOGŁY UMIERAĆ TAK SPOKOJNIE. ZWYKLE ŻADNE ISTOTY NIE UMIERAJĄ SPOKOJNIE. NAWET W OBLICZU PEWNEJ ŚMIERCI SZUKAJĄ DRZWI KUCHENNYCH.
(Ivar? Emm... tak)

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Ivara do Akroteastora

Obudziłem się z ziołowego transu, po tym jak ten zapuszkowany idiota strzelił we mnie z procy. Straciłem na dłuższą chwilę przytomność, w czasie której wróciłem do dawnego kształtu. Byłem obolały jak po pewnym wieczorze, gdy uznałem, że walka na pięści z niedźwiedziem to wspaniały pomysł. Aż wstyd się przyznać, iż byłem wtedy upity jak nigdy. Uchyliłem powieki, leżąc na drewnianej podłodze. Samozwańczy poszukiwacz przygód stanął nade mną i już szykować się, aby obrócić mnie nogą na plecy, kiedy poderwałem się i uderzyłem go pięścią w szczękę. Zakręciło mi się w głowie przez nagły ruch, jednak szybko opanowałem się. Akroteastor zrobił krok wstecz, jakby bezwiednym odruchem poprawiając kaptur, a następnie wyprostował się. Chociaż nie wiem, czy przyjęcie takiej postury przez stwora jest możliwe. Jak pamiętałem przez mgłę, ciało Morteo w nikłym stopniu przypominało ludzkie, więc jaką mam pewność, że poddaje się takim zasadom?
Nie powiem, ten gigant zainteresował mnie. Nim jednak mógłbym spytać go o możliwą zgodę na obserwację, musiałem pozbyć się tego rycerza czy innego żołdaka. Jednym ze sposobów było po prostu wyrzucenie go przez okno na zewnątrz. Postanowiłem jednak spróbować swoich sił w charyzmie. Jak będzie trzeba, użyję mięśni.
- Skoro już wszyscy żyjemy.. - Zacząłem, starannie akcentując sylaby i spoglądając na przybysza. Zdawało mi się, że Akruś wydał z siebie odgłos między śmiechem a prychnięciem. Postanowiłem go na chwilę zignorować, chcąc się skupić na swoim celu. - Może porozmawiamy? -
- Nie mam o czym rozmawiać z bestiami. - Odparł rycerz i zacisnął dłoń na tym, co zostało z miecza. Nie wątpiłem, że nawet takim kawałkiem będzie próbował walczyć. Prawie jednocześnie westchneliśmy z Morteo.
- NIE JESTEŚMY BESTIAMI. BYNAJMNIEJ, NIE WSZYSCY.-
- Akruś dobrze gada. Wracając, wiem, co możesz sobie myśleć. - Ku zdziwieniu rycerza, wskoczyłem na stół i wskazałem dłonią na zwłoki. Lisiczka w tym czasie wróciła do łaszenia się do Akroteastora. Gigant po kilku próbach odpędzenia zwierzaka zaklęciami, zrezygnował, pozwalając ciekawskiemu stworzonku na spóźniony taniec powitalny. Ja w tym czasie kontynuowałem swoją przemowę motywacyjną, wypinając dumnie pierś.
- Myślisz zapewne, że jesteśmy krwiożerczymi potworami, myślących tylko o mordzie na niewinnych! -
Szybkie spojrzenie rycerza na Akroteastora, sugerujące nieprawdziwość moich słów. Dłuższe spojrzenie Morteo na przybysza, znaczące jedno "Jeszcze słowo, a zobaczysz prawdziwego potwora". Widząc możliwą walkę, zeskoczyłem między nich i objąłem ramieniem. Aby sięgnąć do giganta, musiałem stanąć na palcach, a i tak ledwo sięgnąłem do jego karku.
- Nic bardziej mylnego! Jesteśmy tacy, jak wy! -
- Ludzie nie mają czterech rąk. - Warknąłem mężczyzna, wskazując "mieczem" na ciało Liivei. Stwór okrył się szczelniej płaszczem.
- LUDZIE NIE ŻYJĄ PRZEZ KILKA WIEKÓW. -
- Shh, nie kłócić mi się tutaj. - Wziąłem głębszy wdech. Ta przemowa będzie najtrudniejsza ze wszystkich. - Gdybyśmy tylko porzucili swoje uprzedzenia, moglibyśmy pić, bawić, kochać się! -
Morteo zaczął coś mamrotać pod nosem o niemożliwości kochania. Gadanie! Każdy może kochać! Chociaż, w jego przypadku...
- Te ciała mówią co innego.- Rycerz wzniósł oczy ku sufitowi. Próbował się wyrwać, lecz mój uścisk był zbyt zbyt silny.
- KIEDY TU PRZYBYŁEM, LUDZIE JUŻ NIE ŻYLI. - Oznajmił nagle stwór, przejmując dowodzenie nad dyskusją. Wzdłuż kręgosłupa czy co on tam miał, przeszedł dreszcz ni to obrzydzenia, ni to zimna. Czyżby nie lubił dotyku? Obserwowałem, jak odpycha jakimś czarem moje ramię i ponownie pochyla się nad zwłokami jednego z gości. W jego ruchach był specyficzny profesjonalizm, jakby z truchłami miał do czynienia codziennie, od dłuższego czasu.
- KTOŚ MUSIAŁ ICH ZAMORDOWAĆ NOŻEM BĄDŹ INNYM OSTRYM NARZĘDZIEM, ALBOWIEM RANY WSKAZUJĄ.. -
- Mam oczy, geniuszu. - Rycerz z warknięciem podszedł do Morteo i zaczął z nim długą dyskusję o możliwościach śmierci tej grupy. Całkowicie zignorowany i niepotrzebny, wyjrzałem przez okno. Obserwując linię drzew na zewnątrz, zobaczyłem w pewnym momencie czarny kształt.
- Avalon! - Krzyknąłem, wybiegając na zewnątrz. Pognałem za śladami kopyt, ostatecznie trafiając na mojego ukochanego karosza. Oprócz kilku ran, powstałych po bieganiu w krzakach, nic mu się nie stało. Rzuciłem się na szyję ogiera, napawając się chwilą radości. Przynajmniej jego udało mi się uratować.
Po długim powitaniu, dosiadłem wierzchowca, spiąłem jego boki i wróciłem do karczmy. Prewencyjnie przywiązałem konia do słupa, aby ponownie nie uciekł, po czym wróciłem do środka. Tym razem Morteo był sam.
- Gdzie ten samozwańczy rycerz? - Pomogłem Akrusiowi przenieść zwłoki w jedno miejsce. Stwór dopiero po wykonaniu zadania, poinformował mnie, że przybysz znajduje się po drugiej stronie budynku. Czyli nas nie usłyszy.
- Mam do ciebie kilka pytań. - Zacząłem, po czym usiadłem na brzegu baru. Morteo stanął pod ścianą, w bezpiecznej odległości, przez co nie mogłem mu wejść na plecy. A miałem taką ochotę na wymacanie mu czaszki.
- Po pierwsze, czy wiesz coś o tym gołębiu w wersji gigant, co przelatywał wczoraj nad okolicą? -
Liivei znieruchomiał, co znaczyło, że wiem, o czym mówię. Może to jego sprawka?
- A po drugie.. Czy jak dam ci się zbadać, pozwolisz mi zobaczyć, jak naprawdę wyglądasz? -

< Akroteastor? >

Od Akroteastora do Ivara

  Gwałtowna zmiana zachowania chłopaka zaniepokoiła Akroteastora do tego stopnia, że poczuł wprost narkotyzujące zainteresowanie jego osobą. Gdy Ivar Szlachetny wypadł do głównego pomieszczenia, potykając się raz po raz o różne obiekty, Morteo podążył za nim. Z zainteresowaniem patrzył, jak ludzka skorupa młodzieńca rozciąga się i przeobraża pod samymi drzwiami. Kości zmieniały swoje ustawienie, skóra zarastała futrem, grzbiet rozciągał się i ten dość niski, jak na standardy nekromanty, chłopak przybierał postać masywnego, śnieżnobiałego kota. Morteo, żeby móc się lepiej przyjrzeć, ściągnął kaptur, jednak profilaktycznie nie zbliżał się do zwierzęcia.
  Śnieżna pantera, bo najwyraźniej tym stał się Ivar Szlachetny, zaryczała głośno, jednak nie było w tym ryku wściekłości. Kot rzucił się na drzwi, łapami próbując nacisnąć klamkę, jednak te niestety otwierały się do wewnątrz i jego wysiłki nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Lisiczka podbiegła do niego, popiskując cicho, co spotkało się tylko z groźnym warknięciem ze strony pantery, która ostatecznie zrezygnowała z dobijania się do drzwi. Ivar, bo ten kot nadal nim w gruncie rzeczy był, odwrócił się powoli w stronę Akroteastora, a jego oczy przyglądały mu się z dołu z czystą nienawiścią. Zwierzęta nie są jak ludzie. Nie nienawidzą, a w każdym razie nie w ten sam sposób i nie bez powodu. Morteo dobrze to wiedział, bo przecież był członkiem wilczej watahy. Jednak całe jestestwo tej pantery skupiało się na nienawiści. Nieokreślonej nienawiści, która w braku lepszego punktu oparcia kierowała się ku nekromancie.
  Akroteastor cofnął się instynktownie pod wpływem tej emocji, aż do najbliższego stolika, o który oparł się udami. Wiedział, że z tego miejsca nie jest w stanie się przenieść. Musiał dotrzeć do jednego z boków pomieszczenia, by w jakimś załomie utworzyć przejście. Bieg nie wchodził w grę.  Żaden gwałtowny ruch nie wchodził w grę. Nawet odwrócenie wzroku nie wchodziło w grę! Powoli, nie spuszczając wzroku z pantery, Morteo rozpiął płaszcz i pozwolił, by ten opadł na ziemię, ukazując w pełnej klasie wątłe ciało stwora. Powoli przykucnął i oparł swoje dwie pary rąk na ziemi, jego nogi rozłożyły się wygodniej i teraz wyglądało, jakby w pomieszczeniu znajdowały się tylko zwierzęta, które najwyraźniej dopuściły się masakry na miejscowej ludności.
  Z gardła Ivara dobiegł gardłowy pomruk, pantera ugięła łapy, a jej ogon poruszać się jak wąż to w prawo to w lewo. Akroteastor wydał z siebie głuchy warkot, potęgowany przez puste przestrzenie w gołej czaszce. Stanął na sztywnych łapach i pochylił kark do przodu, by spoglądać przeciwnikowi prosto w oczy.
  Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta sytuacja, choć można przewidzieć, że nie obyłoby by się bez szarpania futra kłami, gdyby drzwi nie zaskrzypiały i nie otworzyły się powoli na oścież. Odziany w podróżny płaszcz mężczyzna z mieczem wyciągniętym przed siebie jednym spojrzeniem ocenił pobojowisko, znajdujące się wewnątrz karczmy oraz parę bestii, stojących w samym środku tego wszystkiego.
  Otwarcie drzwi i pojawienie się nowej postaci najwyraźniej zdenerwowało panterę, bo błyskawicznie okręciła się w miejscu i rzuciła na przybysza, powalając go. Akroteastor szybko wstał i otrzepał dłonie. W głębi duszy poczuł się zażenowany, że człowiek widział go na sześciu łapach, a z drugiej cieszył się, że problem niejako rozwiązał się sam. 
  Tymczasem przybysz walczył o życie z olbrzymimi kłami Ivara, który bez problemu przegryzł jego miecz i teraz próbował rozharatać mu gardło.
- Ej ty, bestio! - krzyknął człowiek, który najwyraźniej pragnął nie umrzeć tego dnia. - Zrób coś!
  Tonący chwyta się brzytwy. Umierający zawiera pakt z diabłem. Morteo wzruszył ramionami i naprędce spreparował zaklęcie odrzutu, które w sekundę poszybowało w stronę pantery. Ta jednak, jakby wyczuła zbliżające się zagrożenie, bo nagle wypuściła swoją ofiarę i wskoczyła na stół. Zaryczała i rzuciła się na Akroteastora. Kolejny odrzut jednak trafił prosto w lecącego kota i rzucił nim o ścianę. Ivar szybko zebrał się z ziemi i penie ponowiłby swój atak, gdyby wędrowiec nie wystrzelił do niego z procy. Kulka trafiła w skroń stworzenia i pantera padła jak martwa.
  Morteo spojrzał na przybysza, którego walka z panterą rozdziała z części szat. Miał na sobie zbroję. Dość nietypową w tych warunkach, bo przypominającą te, jakie nosili rycerze w Merkez. Wiele, wiele jardów od tego miejsca.
- NALEŻĄ MI SIĘ PRZEPROSINY - zauważył nekromanta, przypominając sobie słowa rycerza. - NIE JESTEM BESTIĄ.
- Nie? A wyglądasz - odciął przybysz i podszedł do leżącej pantery. Nie, nie pantery. Akroteastor zorientował się, że nieprzytomny Ivar znów był człowiekiem. Stwór podszedł bliżej i ze zdziwieniem odkrył, że młodzieniec otwiera oczy...
(Ivar? :3)

sobota, 17 marca 2018

Od Ivara do Akroteastora

Ten Akruś, bo jego prawdziwe imię było zbyt trudne do zapamiętania (czy raczej byłem zbyt leniwy, aby je zapamiętać), wydawał się być podejrzany. Snuł się po kątach, jakby planował co najmniej przejęcie władzy nad światem. I był wysoki. Każdy, kto jest ode mnie wyższy jest podejrzany. To nie dlatego, że zaniżają mi samoocenę. To przez to, że nie można im spojrzeć w oczy. Tylko dlatego.
- Tak, nadal tu jestem. - odparłem, wchodząc do kuchni razem z lisiczką. Ta niezwykle dumnie kroczyła za mną, wyraźnie obrażona takim brakiem uczuć ze strony Akroteastora. Czyli dzisiaj weszła w tryb lisiej księżniczki. Szkoda, że zbyt bardzo ją lubię, gdyż w tym przypadku najchętniej zamknąłbym ją w jakimś pudle. Chociaż, znając życie, wyjdzie z niego jako duch. Byłem skazany na jej obecność i wahania nastroju. Zabawne. Gdyby całkowicie padło mi na mózg, mógłbym wziąć ją za żonę. Ha! Ciekawe, jakby wyglądały nasze dzieci! I... Noc poślubna...
Zacząłem chichotać jak byle dzieciak, który po raz pierwszy widzi nagą niewiastę podczas kąpieli. Nie mogłem się opanować. Stwór przechylił na bok głowo - czaszkę, wpatrując się we mnie z mieszaniną zdziwienia oraz zażenowania. Wtem do mojej jakże pustej łepetyny przyszedł pomysł, za który powinienem smażyć się w Piekle.
- Ah, Akruś... Tak w ogóle, wolisz chłopców czy dziewczynki? - Wydymając wargi jak byle dziewoja spod latarni, położyłem dłonie na blacie kuchennym i spojrzałem filuternie na giganta.
- CÓŻ TO ZA PYTANIA? - odparł, przesuwając się nieznacznie ku drzwiom. Zagrodziłem mu jednak drogę swoim ciałem. Lyria zaczęła cicho popiskiwać, prawdopodobnie chcąc zatrzymać tę powoli rozpędzającą się karuzelę nędzy i rozpaczy nad poziomem mojego rozwoju emocjonalnego. Byłem jednak święcie przekonany, że informacja o orientacji Akrusia kiedyś może się przydać. Na przykład do szantażu.
Nie odpowiedziałem na pytanie towarzysza, tylko zacząłem się do niego zbliżać, udając, że chcę go pocałować. Już byłem kilka kroków od Morteo, kiedy zobaczyłem pęczek ziół, dyndający nad jego głową. Ostry zapach uderzył w mój nos, szybko wyciągając z wnętrza mej duszy bestię. Zataczając się, wyszedłem do głównej części karczmy, po drodze wyrywając spory kawałek drewna ze ściany. Stwór wykonał kilka kroków, unikając biegającej jak oszalałej Lyrii, prawdopodobnie aby upewnić się, że niczego nie zadepczę. To było jednak trudne. Kilkukrotnie opadałem na blat, raz nawet potknąłem się o ciało barmana, lądując w kałuży jego krwi. W ciemnej tafli ujrzałem swoją twarz i płonące błękitem oczy. Wiedziałem, że przemiana jest coraz bliżej, a jeśli zrobię to tutaj, być może zaatakuję Akroteastora. A ten prawdopodobnie umie się bronić, więc skończy się to obrażeniami po mojej stronie.
Szarpany konwulsjami, czując, jak kości zmieniają kształt, a skóra zmienia się w futro, zacząłem się czołgać go wyjściu, aby móc bezpiecznie uciec w las. Nie przewidziałem jednak faktu, że ciężkie wrota do wolności są zamknięte. Chciałem krzyknąć do stwora, aby je otworzył, lecz jedyne, co wydostało się z mojego gardła, był zwierzęcy ryk.

< Akrusiu? Troszkę nie opisałam twojej reakcji, ale tutaj raczej trudno było się wczuć.. >

piątek, 16 marca 2018

Od Akroteastora do Ivara

 -  PRAWDĘ RZEKŁSZY KAŻDE TO ZAGADNIENIE NURTUJE RÓWNIEŻ MOJĄ OSOBĘ – odpowiedział Akroteastor prostując się i kierując czaszkę na przybysza, po czym wyciągnął dłoń spod płaszcza i z niesmakiem uczynił nią w powietrzu symbol tarczy, odpychając delikatnie lisiczkę od swoich nóg. – KIM JESTEŚMY, DOKĄD ZMIERZAMY – zrobił nieokreślony gest ręką - EM TELONI DITTO, MÓGŁBYM ZAPYTAĆ O TO SAMO.
  Poprawił kaptur, który obsunął się nieco podczas gwałtownego ruchu i spojrzał w kierunku baru. Truchła były świeże co mogło oznaczać, że zajazd nie został jeszcze ograbiony przez bandytów, a zatem powinny być w spiżarni jeszcze jakieś zapasy. 
- Jestem Ivar Szlachetny z rodu Tindunn – powiedział dumnie, w jego ruchach faktycznie było coś szlachetnego, a jednocześnie chłopięca zadziorność. Hmm, cóż,  takie zachowanie zwykle wskazywało na tylko jeden typ człowieka. Ten dzieciak z pewnością był z bogatej rodziny. – Czy teraz odpowiesz mi na moje pytania?
- MIANO ME AKROTEASTOR MEAGALITE POEMIKA NOSTRUE TOTNEOMON LIIVEI – Morteo zamilkł, nie mając najwyraźniej zamiaru odpowiadać na pozostałe pytania. Podszedł do innych zwłok. Kobiecie, na oko 20-letniej, poderżnięto gardło wprawnym ruchem. Nie żeby to specjalnie interesowało Akroteastora, jednak bezwiednie zaczął rozważać tożsamość i motywy mordercy. Przez jego palce przepłynęła stróżka energii i po chwili rany zmarłego zaświeciły delikatnym, turkusowym blaskiem. Tak naprawdę płonęła tylko jedna rana – ta na szyi. Nie było żadnych śladów walki, nie było otarć, zadrapań, innych ran. To była czysta robota. Jakby kobieta była nieprzytomna lub zamrożona, gdy ją zabijano. Jedyną dynamiczną postacią na scenie była barmanka, leżąca na podłodze.
  Deski zaskrzypiały cicho i Ivar Szlachetny zbliżył się ostrożnie do wędrowca i przystając kilka kroków od zmarłej wpatrzył się w jej twarz, zaciskając zęby. Akroteastor spojrzał na niego z ukosa. Widział już kilkakrotnie taki wyraz i instynkt podpowiadał mu, że zwiastuje kłopoty. To byłby dobry moment do ulotnienia się, gdyby brzuch nie przypomniał mu o swojej przerażającej pustości.
- MŁODZIEŃCZE – zaczął, odwracając się przodem chłopaka - TEN, KTO TO UCZYNIŁ ZAPEWNE NIE USZEDŁ DALEKO. WYRUSZAJĄC NATYCHMIAST MASZ SZANSĘ DOPAŚĆ GO W DRODZE.
  Skrycie liczył na to, że w ten sposób pozbędzie się Ivara, jednak chłopak najwyraźniej nie zamierzał tak łatwo dać się spławić.
- Nie wiem nawet, w którą stronę pojechał – zauważył, a Morteo przyznał mu w myślach rację. Westchnął i bez słowa ruszył w jego kierunku. Wszystkie mięśnie Ivara spięły się, co nie umknęło uwadze Akroteastora. Jednak nekromanta wierzył w swój instynkt, który teraz milczał, najwyraźniej pozwalając mu na nieco zuchwałości. Stwór minął rozmówcę i skierował się za ladę bez najmniejszego słowa wyjaśnienia. Nie obejrzał się za siebie na stojącego przy zwłokach chłopaka. 
  Niewiele uwagi poświęcił martwemu barmanowi i wszedł do kuchni. Była pusta i względnie czyta, jak na tak obskurne miejsce. W kominku wciąż wisiał kocioł, zapewne z gulaszem, a na piecu, na metalowej blasze leżało kilka zimnych steków. Nekromanta nie wahał się ani chwili. Przystosowane dla człowieka kawałki mięsa były dla jego czaszki na jeden kęs, jednak skutecznie zapychały pusty żołądek. Po chwili odnalazł również spiżarnię, zawaloną kilkoma beczkami piwa, trunku którym Morteo szczerze gardził, oraz niewielką liczbą serów, suszących się wędlin oraz podgniłych warzyw. Akroteastor odpiął od pasa sakiewkę i używając prostego zaklęcia uniósł lepiej wyglądające zapasy do jej środka. Gdy to robił, w drzwiach spiżarni stanął chłopak z wcześniej. Widocznie jemu też znudziły się już oględziny trupów.
- IVARZE SZLACHETNY, WAŚĆMOŚĆ WCIĄŻ TUTAJ? – Rzucił za siebie nekromanta, zawiązując sakiewkę i przytraczając sobie do pasa. Odwrócił się bokiem do chłopaka i spojrzał z ukosa na jego całkiem przystojną twarz, po czym przeszedł przez przeście między półkami, by znaleźć się w bezpieczniejszym położeniu. W kuchni, koło kominka z gulaszem (który swoją drogą wyglądał na zlewki z całego tygodnia).
(Ivarze? Nie wiem kompletnie jak pisać lisiczką, więc trochę ją zaniedbałam, ale mam nadzieję, że wkrótce się do niej przyzwyczaję ;) )

środa, 14 marca 2018

Od Ivara do Akroteastora

Sam już nie wiem ile podróżowałem. Tydzień? Miesiąc? Rok? Czas mijał zbyt szybko, wręcz uciekał przez palce, jak piasek. Nie wiem, jak długo będzie dane mi jeszcze żyć, patrząc pod pryzmatem ilości nagród, jakie za moją głowę obiecano przyznać. Ludzie niczym hieny rzucają się na każdy łatwy łup. Część mnie dumnie twierdziła, że na pewno uda mi się pokonać część z nich w bezpośrednim starciu. Ta rozsądniejsza jednak strona dobitnie uświadomiła mnie, iż każdy ma swoje granice, a nawet najlepiej wyszkolony wojownik nie da rady całemu oddziałowi łowców. Jedyną rozsądną decyzją w tym momencie zdawała się być ucieczka w tereny, gdzie nikt się raczej nie zapuszcza, o ile jest o zdrowych zmysłach bądź ma chociaż krzty inteligencji. Skromnie przyznając, brakowało mi obu tych rzeczy. Ogarnąłem spojrzeniem szerokie równiny Temeni. Cała ta kraina napawała mnie irracjonalnym niepokojem, jakby coś czaiło się w każdym zacienionym zakamarku, gotowe, aby zaatakować. Czy może to był tylko wymysł mojego zmęczonego umysłu?
Zaśmiałem się pod nosem i obróciłem się w siodle, sięgając do Lyrii. Lisiczka spała na zadzie konia, swój pyszczek chowając pod puchatym ogonem. Kiedy jednak zanurzyłem palce w jej futerku, od razu rozbudziła się i zaczęła piszczeć, szczerząc te swoje małe, a za razem ostre jak igiełki ząbki. Chwilę się z nią drażniłem, udając, że chcę złapać Lyrię za ucho. Tego nienawidziła chyba bardziej od błota. Avalon niespodziewanie zatrzymał się, uderzając kopytami o ubity trakt. Wyprostowałem się, a następnie poklepałem ogiera po boku.
- No już, już. - Powiedziałem spokojnym tonem do wyraźnie wystraszonego rumaka, którego uszy były położne po sobie, a oczy szeroko otworzone. Rozejrzałem się wokół, szukając spojrzeniem czegoś, co mogło tak przerazić konia. Pewnie jakiś drapieżnik znajdował się w okolicy bądź wiatr poruszył zaroślami. Jednak niepokój udzielił się również lisicy, która usiadła na zadzie i podniosła łeb ku niebu. Zrobiłem to samo, przysłaniając oczy dłonią. Dzięki temu zobaczyłem w całej okazałości to C O Ś. Ni to ptak, ni to smok. Spora bestia przeleciała nad nami, zwiastując światu swoje przybycie głośnym skrzekiem. Avalon stanął dęba, nogami młócąc w powietrzu. Jeszcze tak spanikowanego konia nie widziałem w swoim życiu. Próbowałem go opanować, lecz ostatecznie ja oraz Lyria zostaliśmy zrzuceni. Nim poderwałem się z drogi, ogier znikał już za pagórkiem. Nie miałem szansy na dogonienie go, nawet, jakbym się przemienił. Myślę również, że widok dużego kota raczej nie nasunie roślinożercy zbyt dobrych skojarzeń. Nie chciałem zostawiać Avalona samego w dziczy, z drugiej jednak strony nie miałem siły na poszukiwania. Ruszyłem przed siebie, słuchając "narzekań" lisiczki na to, że musi iść na swoich małych łapkach.
- Tak, też wolałbym jechać, księżniczko. - Mruknąłem z irytacją, co skończyło się jedynie kolejną falą pisków i skomleń. Kiedy stopniowo zmierzchało, naszym oczom ukazał się siwy dym, snujący się po niebie niczym wąż. Zebrałem się w sobie i przyspieszyłem, ostatecznie docierając do przydrożnej karczmy. Po przekroczeniu progu, wziąłem Lyrię na ręce, aby nie została rozdeptana przez pijanych "gości" i oparłem się o szynkwas. Barmanka obdarzyła mnie szerokim uśmiechem.
- Witam w karczmie "Pod Szarą Górą". - Powiedziała, nawet nie dając po sobie poznać, jak bardzo nie chce tu pracować. Mimo, iż oczy kłamały, jej ciało wskazywało na zdenerwowanie. Nie miałem ochoty na dalszą analizę, marzyłem jedynie o jakimś miejscu do spania.
- Macie wolne pokoje? - Zapytałem, przerywając dziewczynie słowotok. Kilka chwil oraz niezadowolonych spojrzeń bywalców karczmy później, barmanka skinęła głową.
- Tak, mamy jedno łóżko, ale w pokoju z innym gościem. -
- Niech będzie. - Odparłem, a następnie zapłaciłem z góry za nocleg i skierowałem się na piętro. Po odszukaniu właściwego pomieszczenia, rzuciłem się na stary, wyświechtany materac, wtulając policzek w kawałek materiału, co służył za poduszkę. Na naszym dworze było więcej wygód, lecz nie nauczono mnie wybrzydzać. W końcu, inni nie mają w ogóle dachu nad głową, czyż nie?
Zasnąłem momentalnie z Lyrią między moimi nogami. Prawdopodobnie spałbym tak do rana, gdyby nie mój współlokator. Gruby pijus wtoczył się do środka, ze stolika zrzucając pseudowazon. Prawdopodobnie był to stary kufel, lecz znajdujące się w środku dwa wyschnięte kwiaty miały być dekoracją. Uchyliłem wtedy powieki, obserwując ukradkiem mężczyznę. To był błąd. Fałdy ciała pozbawione jakiejkolwiek przepaski będą śniły mi się po nocach. Pijus przysiadł wpierw na łóżku, które zatrzeszczało niebezpiecznie, a następnie przeniósł na mnie spojrzenie. Szczerbaty uśmiech mógł znaczyć tylko jedno - jak nie będę uważał, będę mieć w nocy nieproszonego gościa, prawdopodobnie bez wyrażania na to zgody. Odczekałem więc, aż niebezpieczny towarzysz uśnie, po czym wstałem bezszelestnie, wziąłem miecz i otworzyłem brudne okno. Skinąłem dłonią na lisiczkę, która przeciągnęła się leniwie jak kot, lecz wskoczyła na moje barki. Siedząc na drewnianym parapecie, odepchnąłem się i gładko opadłem na dół, amortyzując w wyuczony sposób siłę lądowania.
Wspólnie z Lyrią, jak za dawnych czasów, poszliśmy na przygodę, czy raczej ekspedycję ratowniczą. Musiałem uratować Avalona, nim wszelkie drapieżniki wyjdą na żer. Wtedy z mojego ogiera zostanie jedynie siodło, jeśli będzie miał szczęście. Wyczuliłem swoje zwierzęce instynkty, klucząc od jednego punktu orientacyjnego do drugiego. Kilkukrotnie znalazłem nawet ślady kopyt, lecz nie miałem pewności, czy należą akurat do celu naszych poszukiwań, a zapach już dawno został zastąpiony przez inne. Lyria próbowała pomóc jak tylko mogła, lecz jej wsparcie ograniczyło się do zapamiętania trasy do karczmy. Szukaliśmy przez całą noc, kilkukrotnie niemal stając się posiłkiem dla watahy wilków czy czegoś takiego. Próbowałem nie tracić wiary w odnalezienie Avalona, jednak w głębi duszy wiedziałem, że z każdą minutą szansa na znalezienie konia całego maleje. W głowie ponownie pojawiła mi się myśl o piasku. Znowu tracę czyjeś życie, próbując wyłapać każdą jego cząstkę, zamiast skupić się na całości.
- Wracajmy, Zefirku. - Wyszeptałem cicho do lisicy, podążając za nią do budynku. Kiedy tam wróciliśmy, nastał świt. Wdrapałem się więc po ścianie do swojego pokoju, z ulgą zauważając, że pijusa już nie ma. Przez zapach alkoholu przebiła się metaliczna woń krwi. Zaniepokoiło mnie to, próbując jednak podejść do sprawy na spokojnie. Może ktoś przyniósł dzika i teraz jest oprawiany w głównej sali?
Postanowiłem to sprawdzić, mimo, iż coś mi mówiło, że lepiej zostać na piętrze. Zszedłem więc po schodach, uważnie stawiając kroki. Wpierw wyjrzałem zza rogu. Moim oczom ukazała się rzeź. Goście byli martwi, miła barmanka również. W dodatku jakiś wychudzony gigant pochylał się nad jednym z nich. Próbując opanować drżenie głosu, wyprostowałem się i położyłem dłoń na mieczu.
- Kim jesteś? - Spytałem, skupiając na sobie uwagę.. Człowieka? Istoty? Bytu? Był przerażający. Nie tylko ze względu na to, że był ogromny, prawie dwukrotnie większy ode mnie, lecz również dlatego, że wydawało mi się, że zobaczyłem jego? Jej? rogi. Lisiczka minęła mnie i z podniesionym ogonkiem podbiegła do nieznajomego. Myślałem, że ta mała wredotka chce pogryźć jego kostki, jak to ma w zwyczaju. Jednak duszek zaczął się łasić do giganta. A za razem potencjalnego mordercy. Na nic się zdały prośby czy groźby - Lyria witała istotę jak dawnego przyjaciela. Nie zostało mi nic innego, jak oprzeć się o ścianę, aby wyglądać na rozluźnionego i unikać kontaktu wzrokowego ze stworem.
- Ponawiam pytanie. Kim jesteś? Co tu robisz? Dlaczego wszyscy nie żyją? -
Gigant chwilę się zastanawiał, a odpowiedź, którą otrzymałem, wzbudziła we mnie jeszcze większy niepokój.

< Akroteastorze? >

niedziela, 11 marca 2018

Od Akroteastora

  Akroteastor wypadł z hukiem ze swojej niewielkiej chatki, położonej na jednym z kawałków płaskiej ziemi w Temeni. W ślad za nim z domku wypadł olbrzymi cień, przypominający kruka i rzucił się na okultystę z krzykiem. Morteo odtoczył się na bok, o milimetry unikając pazurów demona i staczając się w przepaść. Część jego duszy, która była prawdziwym filozofem w tej chwili powiedziałaby, że nie może już się stoczyć głębiej, jednak ta część duszy nie miała na szczęście czasu, by dojść do głosu, bo zadziałał najdoskonalszy z doskonałych instynktów. Instynkt maga. Akroteastor narysował w powietrzu drzwi i już po chwili zastygł nieruchomo, skryty w głębokiej trawie, kilka metrów od przepaści. Zobaczył jeszcze, jak cień demona nurkuje za krawędź zielonej wysepki. Wiedział, że trzeba się śpieszyć. Na wszystkich kończynach, nie trudząc się na przybranie bardziej finezyjnej, dwukończynowej pozycji, pognał z powrotem do swoje chatki. Świece leżały poprzewracane na deskach i chyba tylko cud sprawił, że nie zapaliły domku. Wonne zioła walały się po całej podłodze, a wszystko, co było schowane w szafkach, było na ziemi. Okultysta dopadł do „Almanachu Demonologii” i wyszukał tam imię demona, którego przyzywał. Mały… nie! Niegroźny… nie! Potulny… nie! Humano… nie! Nie! NIE! Nic się nie zgadzało. Akroteastor potarł imię opuszką palca i wyszła na jaw potworna omyłka. Na imieniu „Orto” osiadł niewielki paproch, czyniąc z niego „Qrto”. A każdy doświadczony przywoływacz wie, jak dużą wagę mają imiona. A już tym bardziej drobne pomyłki przy ich wzywaniu.
  Wtem na karku Morteo poczuł zimne ciarki. Błyskawicznie odskoczył na bok, tworząc na poczekaniu skrót za chatkę dokładnie w momencie, w którym olbrzymi dziób wdarł się do środka i zaczął wściekle kłapać, demolując już i tak zniszczone mieszkanie. To był znak, że czas już na jakiś czas opuścić Temeni. W swoich księgach Akroteastor nie przypominał sobie, by kiedykolwiek trafił na imię „Qrto” co oznaczało, że wiedzy na ten temat musi poszukać gdzie indziej. O ile jakakolwiek wiedza istniała. Skryty w trawie i prawie niewidoczny Morteo doczołgał się do krawędzi wysepki i tym razem świadomie dał nurka w wąwóz, pamiętając, by skrócić sobie drogę lotu do minimum.
  Upadek jednak mimo wszystko był bolesny, jednak stwór nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo u góry ponownie rozległ się krzyk ptaka. Widać demon nie był zadowolony z fakty, że jego ofiara mu umknęła. Okultysta pognał wąwozem, co chwila skracając sobie drogę i chowając w załomach skalnych, by upewnić się, że demon jeszcze nie wpadł na jego trop. Bo był pewien, że ten będzie go ścigać. 

  Biedne osady i wyniszczone latami nieurodzaju i wojny pola. Od trzech dni samotny wędrowiec nie widział nic innego, a jego brzuch był równie pusty, jak otaczający go równinny krajobraz. Tutejsi ludzie byli bardzo nieufni wobec obcych i gdy przechodził przez wioskę, wszyscy zamykali się w swoich domach. Z drugiej strony – nic dziwnego. Akroteastor, mimo że zdołał już zdobyć na kilku bandytach, którzy go napadli, sporych rozmiarów płaszcz, do ukrycia swojej inności, dość rzucał się w oczy. Przez wszystkim jego wzrost i wyłaniające się raz po raz spod kaptura  końcówki rogów musiały budzić niepokój, nie mówiąc już o tym, że czasem, gdy wiatr był bardzo mocny, dało się ujrzeć spod kaptura całą czaszkę.
  Dopiero czwartego dnia Morteo dotarł do większego, choć równie upiornie pustego, miasteczka, gdzie znajdował się przydrożny zajazd. Po śnie na gołej ziemi mag wprost marzył o twardym łóżku i zawszonym kocu, jakie można znaleźć w takich przybytkach. Uchylił powoli drzwi i wszedł do środka. I znieruchomiał. Przy stolikach leżeli martwi goście, za barem martwy barman, a barmanka wyglądała, jakby próbowała uciec do piwnicy, gdy dopadła ją śmierć. Akroteastor podszedł do pierwszego-lepszego truchła i zbadał jego rany. Odetchnął z ulgą, gdy się okazało, że zostały zadane przez nóż, nie zaś jak się spodziewał, pazury czy dziób.
  Wtem usłyszał kroki i na schodach, prowadzących na drugie piętro ktoś się pojawił.
(Ktosiu?)