Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

Od Naix'a do Madelyn, Rahelii

Czas był ostatnio dziwny. Inny. Niby każdy dzień płynął swobodnie, dryfując po tych samych torach co zwykł zmieniać minuty w godziny, a godziny w dni, ale tym razem coś się zmieniło. To czego zawsze brakowało, te kilka dodatkowych chwil, o które codziennie prosił Twój zmęczony organizm, teraz zamieniło się w cichą i spokojną bezmyślność. Brak celu, brak sensu i dużo, dużo czasu. Ile to już przesiedziałem w tej karczmie? Ile dni wegetowałem włócząc się wciąż po tych samych drogach czy patrząc przez okno na ludzi, którzy wciąż pospiesznie biegali od jednego obowiązku do drugiego, próbując zarobić na życie. Zdobyć grosz, który u mnie pojawia się za jednym sprawnym ruchem nadgarstka, przecinającym wątły sznur dzielący mnie od sakiewki jakiegoś biedaka. Tylko tyle. A starczało na to, by marnować kolejne dwa czy trzy tygodnie w tej zapyziałej tawernie.
- Ile to już minęło? - Mruknąłem sam do siebie, w umyśle próbując przywołać obraz poprzednich dni. W głowie jednak miałem pustkę. Wszystko zlewało się w jedną, bezsensowną plamę, doby mieszały ze sobą, a jedynym źródłem informacji mógł być karczmarz czy te starannie wypolerowane drewno w miejscu gdzie zazwyczaj opierałem dłonie. Na pozostałej części zdążył już zalęgnąć kurz. - Cóż, przynajmniej trochę pomogłem im w sprzątaniu. - Wysiliłem się na żart choć moje usta nawet nie drgnęły. I tak prawda jest taka, że nikt tu nawet nie myśli o myciu parapetów, a tym bardziej nikt się tym nie przejmuje. Zresztą... po co?
Aleś optymistyczny, chłopie. Usłyszałem własne myśli. Normalnie zbyłbym to wszystko zwykłym uśmiechem, wyrzucił w kąt wspomnienia, oderwał się od tego durnego okna i ruszył dalej. Przed siebie. Do kolejnego miasta, kolejnej krainy, kolejnej przygody póki, by mi to wszystko nie obrzydło i nie wychodziło uszami. Zdawałem sobie sprawę, że takie życie nie trwa wiecznie, a mój, ekhem, zawód trzeba będzie kiedyś zmienić, ale miałem jeszcze czas. Nic mnie nie trzymało, z nikim się nie związałem i nie miałem się o kogo bać. Mogłem narażać swoje życie bez końca, nie martwiąc się, że ucierpi na tym ktoś inny. Może za kilka lat do tego dojrzeję, może kiedyś zapragnę spoczynku, ale to wciąż odległe plany. Które zawsze może pokrzyżować jakiś miły loch czy stryczek. Choć znając życie to prędzej to drugie. - prychnąłem. Zdecydowanie nie miałem dziś humoru.
Dlatego, w ostatniej, desperackiej próbie, chwyciłem swoją torbę, rzuciłem tam kilka najpotrzebniejszych rzeczy, zarzuciłem płaszcz i wyszedłem. Zrobiłem to co powinienem zrobić dwa tygodnie temu. Miałem już dość tych czterech ścian, dość ględzenia do siebie, a przede wszystkim dość własnych myśli. W tym tempie prędzej sam się powieszę niż zrobi to ktoś inny.

* * *

Parłem przed siebie kolejne mile, mijałem kolejne miasta i miasteczka, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by w nich osiąść. Jakkolwiek głupio to nie brzmi - zwyczajnie nie miałem nastroju. Jedynym moim celem teraz było iść, a czas, który przeznaczałem na ten czynność, ograniczał się jedynie do krótkich przerw na różne dziwne zachcianki. Zamarzyło mi się zrobić podpłomyki z jagodami - kupiłem mąkę, polazłem do lasu i żarłem póki mi się nie znudziło. Innym razem postanowiłem zrobić sobie najlepszy szałas w moim życiu - siedziałem trzy dni w jednym miejscu i układałem patyki. I tego typu bzdury. Kiedy zaś nic innego nie przychodziło mi do głowy to przyłapywałem się na tym, że kolejną godzinę patrzę bezmyślnie w ognisko.
Czułem, że coś jest nie tak. Czułem jak z mojego umysłu wylatują kolejne wspomnienia, kolejne chwile, a ja nie potrafiłem tego powstrzymać. Ba, nie byłem w stanie powiedzieć ilu rzeczy już zapomniałem, ale odczuwałem to boleśnie. Kiedyś nawet spróbowałem w myślach przywołać obraz ojca i matki, doskonale mi przecież znany, ale przed sobą wciąż miałem gęstą mgłę. Wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, że coś tracę. Z każdym kolejnym dniem próbowałem przywoływać inne wspomnienia, intensywnie powtarzałem sobie co robiłem w przeciągu ostatnich dni, ale i to zawodziło. Wydawało mi się, że umieram.
W ostatnim panicznym odruchu postanowiłem osiąść w jakimś pobliskim mieście, wegetując większość czasu w tawernie czy udając się na długie spacery. Co szybko okazało się pomyłką.

* * *

Kurwa. To było jedyne co potrafiłem w tej chwili pomyśleć. Kurwa, kurwa, kurwaaa. Zrazu zniknął dobry nastrój i spokój ducha. Zniknęła miła atmosfera. Miałem waloną strzałę w ramieniu! A to coś sprawiało, że moje ramię pulsowało wokół bólem, którego nigdy w życiu nie doświadczyłem. Owszem, zdarzało mi się czasem zadrapać, spotkać z czyjąś pięścią, ale nie z drzewcem długości kilkudziesięciu centymetrów, który wchodzi w ciało jak nóż w masło!
Poczułem jak nogi się pode mną uginają. Przed upadkiem powstrzymała mnie prawdopodobnie tylko kobieta, która chwyciła gwałtownie moje ramiona. I wiecie co? To wcale nie pomogło. Syknąłem z bólu, starając się skupić na stojącej przede mną istocie, ale wydawało się to niewykonalne. Z trudem przychodziło mi stanie spokojnie, a myśli o wiele bardziej niż jej twarz zajmowała mi strzała. Rzuciłem też szybkie spojrzenie w jej kierunku, ale jedyne co udało mi się osiągnąć w ten sposób był posmak śniadania, który na chwile pojawił mi się w gardle. Krew teoretycznie blokował drzewiec, ale i tak czułem jak drobna jej strużka cieknie mi po ramieniu, a materiał zaczyna powoli przesiąkać. Zawróciło mi się w głowie. 
Z najwyższym trudem postanowiłem skupić się jednak na elfce bo, mimo wszystko, to przez nią tak skończyłem. Dlaczego? Czyżby była Łowcą, który w końcu mnie wytropił? Czy to tutaj właśnie miałem zginąć? Przełknąłem głośno ślinę, czując jak moje serce na chwilę zamarło, a potem znów ruszyło pędząc trzykrotnie szybciej niż zwykle. Jakby chciało wyrobić się za wszystkie lata, które zaraz stracę. Coś mnie jednak powstrzymywało. Jakaś część umysłu mówiła, że układanka jest niekompletna, że pewien fragment do niej nie pasuje. Przecież zabić mogła mnie tu, na miejscu. Byłoby mniej zachodu. Chyba, że liczy na to, że oszczędzę jej wysiłku ładnie wlokąc się do miasta i stawiając się na wezwanie straży. Myślę jednak, że nie obraziliby się na sam widok mojego łba. Zadziwiające, ale jest całkiem sporo wart jak na jego wygląd.Ledwo powstrzymałem prychnięcie. Balansuję na cienkiej granicy między życiem, a śmiercią, a mimo to jedyne co mi teraz przychodzi do głowy to gorzki humor wisielca. Może stąd wzięła się ta nazwa? Kolejna myśl pojawiła się tak szybko jak poprzednia. Tak, więc na zmianę z przeklinaniem własnego losu, strzały czy piekielnego bólu z ramienia wyśmiewałem właśnie swój los, nie będąc w stanie skupić myśli w nic konkretnego. Pobieżnie wertowałem gdzie mógłbym jakoś podpaść, gdzie popełniłem błąd, ale znowu spotkałem w umyśle zaporę nie pozwalającą mi zajrzeć głębiej. Zajrzeć dalej niż dwa tygodnie wstecz. Jedyną wskazówką były słowa elfki.
- Jaki kamień? - wycharkałem, łapiąc się na tym, że musiałem najpierw przełknąć ślinę, a głos i tak odmawiał posłuszeństwa i zdradzał mój strach i ból. - Ja nic nie mam, naprawdę! - dodałem, próbując odruchowo unieść ręce co jednak nie było dobrym pomysłem.
Ból powstrzymał mnie zaledwie pół sekundy potem. Jednak wraz z nim poczułem jak coś przedziera się przez świadomości mojego umysłu. Kamień. Coraz mocniej, intensywniej, jakby próbowało wyważyć drzwi. Kamień. O co chodzi z tym ustrojstwem? I wtedy, jak na zawołanie, z mgły, która utulała mój umysł pojawił się obraz kamienia, przyprószonego czarno-błękitnymi plamami. Jego ciepły dotyk. Uczucie tajemnicy z jaką się wiązał i jaką go pociągał. Musiał go mieć.
Z okropnym przeczuciem raz jeszcze spojrzał w stronę elfki. Jej twarz też była znajoma. Jej zapach. Poczuł jak to drugie szczególnie na niego działa, a przez moment miał wrażenie nawet, że poczuł podniecenie. W jego umyśle pojawiały się kolejne obrazy: karczma, krasnal, taniec, misiek, a na koniec łóżko. Przypomniał sobie też Finnicków.

- I co, Naix? Opowiadaj czemuż Cię tam wczoraj nie było! - rzucił Nick, zaraz, gdy chłopak usiadł przy stole. - Słyszeliśmy, że całkiem dobrze się tam bawiłeś. Karczmarz mówi nawet, że poderwałeś jakąś Długouchą.
- Nie gadaj bzdur! Wiesz, że tacy lubią koloryzować wszystko co widzieli bo całe ich życie ogranicza się do czterech ścian, które w dodatku trza często naprawiać.
- A po kija, by mu to było, Nick? Bajarzem żadnym nie jest, pieniędzy za to nie dostanie, a jak pyta się go o informacje to zawsze podaje konkretne. Chyba, że ktoś go przekupi, a wątpię, by chłopakowi chciało się w takie rzeczy bawić.
- No wiesz, za wyrwanie elfki? Oj, niejeden, by chciał taką wziąć gdzieś więcej niż we własnej wyobraźni. Długonogie piękności, o włosach delikatnych niczym jedwab i kształtach lepszych niż większość ludzi chodzących po ziemi. - Jego wzrok rozmarzył się na moment, by zaraz wrócić do normalności, gdy tamten uderzył pięścią w stół. - Ale, cholery jedne, strzegą swego dziewictwa jak dziewięcioletnia małolata. A niech, by je licho wzięło. Do tego dumne są jakoby w każdej z nich płynęła błękitna krew. Żadnej się namówić nie dało. - Spojrzał ciekawie na ich towarzysza. - No, opowiadaj, udało Ci się? Poszliście na górę? A przede wszystkim - jak było?
I Naix opowiedział.

Cholera. Przespałem się z nią. Pamiętam to. Przespałem się i ukradłem kamień, który nie mam pojęcia gdzie aktualnie jest, ani co z nim zrobiłem. Zginę tu jak nic.
- Słuchaj, przepraszam, ja nie wiem gdzie on jest. Naprawdę, słowo daję! - mówił szybko i energicznie bo od tego zależało jego życie. - Ja nic nie pamiętam! Mogę załatwić Ci jednak inny, kupić czy cokolwiek. Pieniądze też uzbieram. Albo go znajdę! Może został w karczmie, albo gdzięś w pobliżu. Błagam Cię. - Tylko zostaw mnie w spokoju.
Czuł się jak w pułapce. Teraz, wraz z pamięcią, wróciła do niego świadomość, że po raz pierwszy od dawien dawna nie ma możliwości skłamania, że to nic nie da. Elfka pewnie nie jest na niego wściekła tylko z tego powodu. Ona może mieć całkiem inny powód, od którego nie było powrotu. W ostatnim odruchu spojrzał jedynie błagalnie na Maddie. Może ona coś wymyśli.

< Maddie? Rahelia? W końcu xD >

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Rahelii do Naixa i Maddie

Słońce wisiało na nieboskłonie już długi czas. Wiele godzin minęło od wschodu słońca, kilka nawet od południa. Ognista kula stała nad planetą, gdzie rozgrywały się setki różnych spektakli na sekundę, gdzie świat żył dla każdej istoty w inny sposób. Słońce było niby strażnik, który zawsze pilnował wschodu i zachodu. Wyznaczało czas, by ludzie, zwierzęta i wszelkie stwory mogły mieć chwilę na odpoczynek i moment na rozrywkę. Godzinę na łowy i minutę na gry. Jakby pilnowało porządku w każdym zakątku świata. Gdzie jednak było słońce, gdy doszło do tego jednego błędu? Tamtego wieczora... Czyżby strażnik nie stał na wiecznej warcie? Czyżby zamieniał się czasem z wysłannikiem nocy? Księżyc nie musiał pełnić tej samej funkcji. Mógł przecież żądać czegoś innego. Kto jednak umie zrozumieć język bogów? Kto czyta gwiazdy i kosmos? Wiedza tamtych ludzi nie jest przeznaczona dla wszystkich. 
Młoda elfka mogłaby ją uzyskać choć częściowo, gdyby tylko w młodości miała taką chęć. Gdyby chciała podejmować wysiłek i ryzyko przy podsłuchiwaniu starych uczonych, przesiadujących godzinami w wysokich wieżach bogatszych ludzi. Lub mogła chociaż rozmawiać z jednym z mędrców, który zamieszkiwał ambasadę jej ojca. Tylko po co? Nie interesowało jej to. Słońce wschodzi i zachodzi. Po co ta cała filozofia z jego intencjami? Tak się po prostu dzieje. A ona może dzięki temu spać. Oj tak. Sen ważna rzecz. Nie istotne, że prawie całą dobę. Przecież była teraz zmęczona. Ba! Wyczerpana! 
Kobieta burknęła słabo pod nosem. Głowa... Bolała ją straszliwie. Nigdy nie czuła czegoś takiego. Nawet dzwoniło jej w uszach. Jakby ktoś przytknął tuż przy jej głowie srebrne łyżeczki i zaczął je o siebie obijać. W gardle sucho jak na pustyni. Kiedy przełknęła ślinę czuła niemal ziarenka piasku, które utknęły w jej gardle. Paliło niczym ogień... 
Gdy Rahelia uchyliła w końcu napuchnięte powieki słońce od razu dało o sobie znać. Cichy syk rozległ się w pokoju. Zaraz za nim krótkie przekleństwo. Choć panna nie zwykła używać takich słów, teraz nie potrafiła znaleźć innych. Zamknęła oczy. Mózg ciągle uprzytamniał jej, jak bardzo patrzenie w światło boli. Czuła irytację. Na ten blask, na ból głowy, na pokój, w którym się znajdowała. Dosłownie na wszystko. 
Naciągnęła mocniej okrycie na swoje odsłonięte ciało. A potem znów się odkryła. Nie potrafiła zdecydować, czy jest jej za ciepło, czy zbyt zimno. W końcu poderwała się na posłaniu w zdenerwowaniu. Od razu mruknęła też na uczucie dyskomfortu, jakim było w tej chwili dziwne mrowienie u dołu brzucha. Wystawiła język, kiedy plując gdzieś w przestrzeń próbowała nieelegancko pozbyć się włosów z buzi. W końcu wyciągnęła je dłonią. Po nocy jej włosy przykleiły się do karku i twarzy, więc teraz musiała je okiełznać. Spora ich część, po tym jak uciekły z warkocza, sterczała teraz na wszystkie strony. Poprawiała je, kiedy dostrzegła na prześcieradle niewielkie plamy krwi. Jej krwi. Tego jednak nie wiedziała. A przynajmniej nie chciała. Po prostu zastygła w bezruchu, przyglądając się w osłupieniu pościeli. 
— Nie, nie, nie... — jęknęła pocierając skronie. Próbowała przemówić do własnych myśli — Nic się przecież nie działo. Nie mogło... 
Jakby na równoczesną odpowiedź na jej zdanie, uświadomiła sobie, że jest naga. Nigdy nie sypiała rozebrana. Co się działo? Sam fakt, że podczas upojenia alkoholem była w stanie zaprosić spotkanego tego samego wieczoru mężczyznę do pokoju, był dla niej zbyt nieprawdopodobny. Nie może być. Czemu mózg próbuje kpić sobie z niej w taki sposób? Nigdy nie był dla niej aż tak wredny, jak teraz.
— Przecież nie mogłam... To nie możliwe. — Szeptała rozgorączkowana.
Umysł podsyłał jej wspomnienia. Nie wszystkie. Widziała tańczących w karczmie ludzi. Pamiętała dotyk warg mężczyzny na swoich ustach. Moment, gdy razem upadli na łóżko... NIE. STOP!
— To jakieś spekulacje! — Krzyknęła sama do siebie. Ton głosu doskonale dawał jednak do zrozumienia, jak bardzo to wszystko nią wstrząsnęło.
Nawet, kiedy wszystko zdawało się podpowiadać jej do czego się posunęli, wypierała tą myśl ze swojego umysłu. Młodzieńca nie było w pokoju. Może to i lepiej. W przeciwnym razie teraz obserwowałby pewnie jak twarz elfki krzywi się od powstrzymywanych łez. A może nawet by nie patrzył. Może nie byłoby mu dane, przez wściekłość, która mogła ponieść osóbkę, w tym momencie przypominającą niemal maleńką dziewczynkę. Skuloną na posłaniu w powstrzymywanych spazmach smutku. Niedowierzania. Złości. Wściekłości chyba przede wszystkim na nią samą. Bo jak mogła dopuścić do czegoś takiego? Nigdy, z nikim nie posunęła się tak daleko. Nawet się nie całowała. Nie upijała się. Wczorajszy wieczór był jednym, wielkim pierwszym razem. Takim, jakiego nigdy nie chciałaby mieć wyrytego w pamięci. W całym swoim życiorysie nie chciałaby, żeby poprzednia noc została w nim zapisana. Przecież... pragnęła się kiedyś prawdziwie zakochać. 
— To musi być jakaś pomyłka. Może jestem na jakichś ziołach... — Mamrotała do siebie. 
Wszystko, byle tylko się usprawiedliwić. Wmówić sobie, że to tylko wymysł. Nawet zaczęło jej to wychodzić. To musiała być jakaś głupia myśl. Nie spotkała w końcu wczoraj żadnego czarującego chłopca, uczucia, jakie za nim wtedy kierowała musiały być wyrazem tęsknoty za bratem, krew na pościeli pochodzi z jakiejś rany na jej ciele, bo pewnie zacięła się omyłkowo nożem, kiedy była już po kilku trunkach. To wszystko było przecież takie proste do złożenia w całość! A jeszcze chwilę temu panienka tak się zamartwiała. 
Nimfetka wstała powolnie z materacu i kierując się po swoje rzeczy poczuła nawet jak delikatny ból, coś na wzór szczypania rozchodzi się po jej podbrzuszu. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale równocześnie był też jakiś wewnętrzny spokój. I kac. O tym nie zapominajmy. On znacząco tłumił wszelkie inne uczucia. Jakby był o nie zazdrosny i chciał na dłużej pozostać przy damie. 
Ciemnowłosa skierowała się do niewielkiej wnęki w pokoju. Tam znajdowała się bala z czystą, ale zimną wodą. Opłukała twarz, przemyła ciało i doprowadziła do porządku swoje włosy. Po kąpieli dziewczyna była już w zdecydowanie lepszej kondycji. Nawet ból głowy i irytacja jaka się z nim pojawiła, zdawała się ustępować, kiedy Rahelia suszyła swoje ciało ręcznikiem. Rozczesała włosy i wilgotne splotła w luźnego warkocza. Ubrała tunikę i spodnie, wysokie, skórzane buty o twardych podeszwach. Chwilę później była gotowa zejść piętro niżej, do tawerny. 
Już od rana dało się wyczuć osobliwą woń alkoholu. Po wczorajszym wieczorze dla łowczyni było to jednak zbyt wiele. Sam zapach wywoływał chęć zwrócenia treści żołądka. W głowie wręcz powtarzała sobie, że już nigdy jej usta nie zanurzą się w alkoholu. Nigdy więcej! Jeszcze znowu by się upiła i musiała znosić męki poranka. Bądź też popołudnia. 
Skierowała się do baru. Pracowała przy nim kobieta oraz mężczyzna. Jego żona rozlewała właśnie jakieś trunki do kufli. Karczmarz rozpromienił się na widok elfki. 
— Aha! — Zakrzyknął. W uśmiechu uwidocznił rząd nieco pożółkłych już zębów. — Pamiętam jak pięknie panienka tańczy. — Mruknął głębszym tonem, podpierając głowę o swoją rękę na barze i kontynuował niefrasobliwie. — Noc udana? Towarzysz wychodził kilka godzin temu. Ładnie wieczorem wyglądaliście.
Mężczyzna dalej paplał coś do niej, jakby dzielił się najcudowniejszymi plotkami w państwie. Mózg Rahelii zatrzymał się za to na wzmiankę o jej towarzyszu. Nie... Przecież to tylko przez upojenie wyobraziła sobie to wszystko. To musiały być ścinki pochodzące z jej snu. Cokolwiek! Cokolwiek, ale nie rzeczywistość. 
Teraz jednak próby przekonywania nie działały już na nią tak skutecznie. Gorzka rzeczywistość zaczęła docierać do mózgu i żaden, najsłodszy nawet słodycz nie byłby w stanie jej oddalić. A elfka wiele by dała, żeby mogło to tak działać. Nic z tego. Rzeczy nie dzieją się same, a o marzenia trzeba walczyć. Tylko jak?
Kobieta naprawdę poczuła się w tej chwili jak najbardziej żałosna istota, która mogła postanąć na zielonej trawie tego świata. W tym momencie myślała o sobie, jak o tej, która psuje ląd. Broczy każdy kraj, każde miasto i każdą wieś. Przełknęła jednak dręczące myśli i zdobyła się na wymuszony uśmiech.
— Ile jestem winna za nocleg, Panie? — Spytała złudnie pogodnym głosem.
— Oh. — Karczmarz wyprostował się, jakby właśnie przywrócono go do rzeczywistości. Uśmiechnął się po tym przyjaźnie i zerknął w swój zeszycik. — Za pokój dla dwóch osób i wczorajszy alkohol to jest... Osiemdziesiąt srebrnych monet. 
Tsk. Kobieta zacisnęła mocno wargi i zwinęła dłonie w pięści. To ją ubodło. Choć trzeba przyznać, że cena w porównaniu z innymi okolicznymi gospodami jest dość przystępna. 
— Nie będę za niego płacić... — Mruknęła zdenerwowana. 
Mężczyzna uniósł na nią zaskoczony wzrok. Potem rozległ się jego gromki śmiech, a wąsy zadrgały wesoło pod kościstym nosem. 
— Pokłóciliście się, pani? Spokojnie, dojdziecie przecież potem do porozumienia i wszystko będzie dobrze i radośnie jak owce na polnej łące! 
Wzdrygnęła się. Teraz też do niej dotarło, że osobnik przed nią, należy do wilkołaków. Stąd ten nie śmieszny dowcip, jaki często jest dla nich charakterystyczny. Hmm... "Porozumienie? Wszystko dobrze? Nie sądzę. Dla niego to napewno dobrze nie będzie...", pomyślała powtarzając w głowie słowa gospodarza. Westchnęła zdając sobie jednak sprawę, że i tak nie ma siły ani zbytniej ochoty na słowne bitwy. Odliczyła pieniądze, od razu więcej i zapłaciła zamawiając też posiłek. Miała siadać do jednego ze stołów, kiedy zdała sobie sprawę z lekkości jej sakwy przypiętej do biodra. Poklepała. Źrenice otworzyły się jej gwałtownie. Pusta. 
— Jak!? — Szepnęła pod nosem. — Cholera jasna, jak znowu gdzieś wypadł... — Szybkim krokiem dopadła do baru i skierowała słowa do pracującego przy nim mężczyzny. — Zapomniałam coś zabrać. Wracam na chwilę do pokoju. — Na brak sprzeciwu ze strony karczmarza, ruszyła w wybranym kierunku. 
Ledwo przekroczyła próg niewielkiego pokoiku, a poczuła się niepewnie. Dyskomfortowo. Wręcz nie chciała niczego dotykać. Jakby się bała. W końcu zacisnęła jednak pięści, wzięła głęboki oddech napełniając płuca powietrzem i zaczęła przeszukiwać pokój. Gorączkowo. Z każdym niepowodzeniem ręce drżały jej coraz mocniej. Patrzyła w szafkach i po stole. Pod łóżkiem, na podłodze. Nigdzie ani śladu. Właśnie wtedy, tuż przy drzwiach rzucił się jej w oczy metaliczny błysk. Podeszła do jego źródła. Zasłaniając słońce, Rahelia dostrzegła na podłodze sztylet. Schyliła się i chwyciła w dłoń, przyglądając nań uważnie. 
— Naix... — Warknęła pod nosem, uświadamiając sobie, że to zapewne on jest właścicielem ostrza. Przymocowała je do pasa. 
W końcu wyszła z pokoju i wróciła do karczmy. Już z daleka zdołała rozpoznać twarze wczorajszych kompanów. Zamierzała usiąść w oddaleniu kilku ław od nich, ale zaraz zawołał za nią pijaczny, radosny głos. 
— Rahe! 
Podniosła zaskoczony wzrok. Jakby dopiero go zobaczyła. Krasnolud machał do niej w zapraszającym geście. Westchnęła i przysiadła się do stołu w towarzystwie kilku różnych istot. Od razu woń alkoholu mocniej dała się kobiecie we znaki. Część piwa została nawet rozlana po blacie. A i od ogra świeżością nie pachniało. Pomiędzy tymi niewygodnymi sprawami, elfkę zastanawiało, czy towarzystwo pije ciągle od poprzedniego wieczoru. Jak potrafili utrzymać się jeszcze w swoich krzesłach? W końcu ona ciągle odczuwała skutki picia sprzed kilku godzin. 
Gdy tylko karczmarz przyniósł strawę, zabrała się za jedzenie. Tego było jej trzeba. Dobry posiłek o poran... popołudniu. Tylko kompania nie była zbyt sprzyjająca spokojnemu trawieniu. Przez większość czasu w obieg szły chłopskie, czy nietaktowne żarciki. 
Po pewnym czasie elfka zadała pytanie:
— Widzieliście dziś może panowie, naszego wczorajszego towarzysza? 
— Tego z którym... — czkął krasnolud — ...zniknęłaś — znów — ...wczoraj? 
Zacisnęła pięści i skinęła głową. 
— Och, piękny adonisie... — Westchnął spity całkowicie człowieczek, którego głowa leżała na stole, a wzrok wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. — Jakiż on był cudowny! Piękny, uroczy... Mógłbym całować te usta w nieskończoność! 
Nie wiedzieć czemu, taka wizja rozbawiła Rahelię. Zachichotała, wyobrażając sobie, jaka mogłaby być reakcja Naixa na coś takiego. Cóż... Musi go znaleźć. Znaleźć, złapać, upolować. Wszystko jedno. Najważniejsze, to odzyskać kamień. Potem mogłaby nawet oddać mężczyznę na łaskę tego pijaczka. Teraz przynajmniej już wiedziała, że nie należy zwlekać z raportem wykonanych działań i od razu po udanej misji kierować się do zleceniodawcy. Co za ból... A byłaby już pewnie na miejscu i odbierała swoją zapłatę. 
— Hehe... — Zacharczał przez śmiech ogr. — Nie. Nie widzieliśmy go. Gdyby tak było, już by tutaj z nami siedział. 
A szkoda, westchnęła w myślach dziewczyna. Gdyby tak było, już bym mu sprała manto. Nawet, jeśli nie jest winny zniknięcia kamienia, to ma inne rzeczy na sumieniu. 
Policzki aż zaróżowiły jej się od złości. 
— Wiecie może gdzie można go znaleźć? Gdzie pracuje? — Zadawała kolejne pytania. W odpowiedzi znowu dostała jednak negacje i kolejne wymysły pijaka, gdzie to mógłby pracować jego gołąbek. 
— Ale pewno nie trudni się w jakimś cięższym zawodzie. — Odezwał się znów ogr. — Takie to z niego chucherko przecie... 
— A czy ty przyjacielu nie uważasz czasem, że każdy jest stanowczo za chudy? — Spytał krasnolud. 
— A i owszem! Panienka Rahelia także winna jeść zdecydowanie więcej! Haniebne to tak wychudzać piękne, kobiece ciało! 
Elfka machnęła jedynie na zaczepkę dłonią, nie spodziewając się zupełnie dalszej deklaracji olbrzyma. Chwycił pewnie jej dłoń i wodnistymi oczami wodził po twarzy kobiety. 
— Ja bym mógł pilnować! 
Przez chwilę patrzyła zaskoczona. Czuła na sobie spojrzenia towarzystwa i rosnące napięcie, które zaraz rozładowała krótkim chichotem. 
— Nie, nie, nie trzeba! — Zaśmiała się uwalniając spod uścisku jego rąk. — Obiecuję dbać o siebie odpowiednio, żebyście nie musieli się martwić. 
Przyłożyła nawet dłoń do serca, w geście przyrzeczenia. Teatralnie pokazując, jak bardzo wstrząsnęły nią usłyszane słowa. 
Spędziła w tym towarzystwie jeszcze kilka kolejnych minut, nim w końcu udało jej się opuścić karczmę. Przed wejściem spotkała się z wyczekującym, potężnym niedźwiedziem brunatnym. Drobiazg czekał. Od kilku godzin siedział przed drzwiami, odstraszając przy tym wszystkich potencjalnych klientów karczmy. Był to prawdopodobnie największy powód, dla którego tawerna wydawała się dziś dosyć pusta. Misiek też był dość sporych rozmiarów, więc może rzeczywiście był to też jeden z największych powodów. Przynajmniej na ten dzień.
Ruszyli. W myślach Rahelia słuchała żali swojego skarbeczka, który to narzekał, na wystawienie go na pastwę komarów. Potem z kolei on musiał słuchać skarg swojej matki, dotyczących wydarzeń poprzedniej nocy i znów, teraz to misiek charczał na Naixa, złorzecząc. Oboje z elfką wiedzieli teraz, czego szukają. Jego. Wcale nie w miłej wizycie na ciepłą herbatkę. Bleh, za tą, elfka nawet nie specjalnie przepadała. Chciała tylko odzyskać zlecenie. No i... może odrobinkę pokiereszować twarz młodzieńca. W końcu mu się należało. 
Właśnie kiedy o tym myślała, na słupie dostrzegła dość podobną twarz do tej, której szukała. Zaciekawiona podeszła bliżej. Oj tak, to zdecydowanie była twarz Naixa. Tylko czemu... wyglądała jak kobieca? Elfka przymrużyła powieki, śledząc treść dużych, wytłuszczonych liter. Nagroda za złapanie Ducha Miasta... Tysiąc złotych monet. Przyprowadzić żywą. Złodziejka... Ha! Wszystko szybko ułożyło się w głowie Rahelii. Celem złodzieja od początku musiał być kamień. Od momentu, gdy zobaczył go poprzedniego wieczoru, w łapach tamtego krasnoluda. Jedyne, co ją zastanawiało to to, czemu nie zabrał kryształu wcześniej, tylko czekał do nocy... Teraz dla kobiety nie liczyła się nawet nagroda. Ona będzie jedynie wisienką na torcie, który sama sobie upiecze. 
Zerwała list ze słupa, zwinęła w rulon i razem z Drobiazgiem skierowała się w drogę powrotną do gospody. Nadzwyczaj szybko zdawała się męczyć. Może z powodu tego bólu brzucha. Może przez kac, który zapewne jeszcze gdzieś tam tkwił.  

Następnego dnia, po śniadaniu znów wyszła do miasta. Tym razem niedźwiedź nie szedł z nią. Dała mu wolną rękę, czy może łapę, żeby robił co chce. Po prostu miał wrócić pod karczmę na wieczór.  W tym czasie elfka planowała przeszukać okolicę. Każdy zakamarek. Nie ważne jak mały, czy jak bardzo zaśmierdły. Zamierzała go znaleźć. Znaleźć, a wtedy się z nim rozprawić. Należycie ukarać za przewinienia. Odzyskać klejnot, który był celem jej wizyty w Merkez. Kiedy będzie miała już jego, to, co stanie się ze złodziejaszkiem może przybrać... Po prostu charakter bliższy porachunkom prywatnym. 
Była w niej duża determinacja. Wielka siła do działania. Coś po prostu pchało ją do przodu. Złość. Cel. Nie miała zamiaru tolerować takich zachowań. Złodziei należy tępić. Ludzie tego pokroju są.... źli. Najzwyczajniej w świecie źli. To chyba nawet nie nadawało się do walki o coś lepszego. Nimfetka wiedziała, że niektórzy kradną jedynie dlatego, że bez tego nie daliby rady przeżyć, bo nie wszystkich stać też na zapłatę podatków dla wielmożów. Tyle, że co poniektórzy złodzieje, czerpali ze swojego fachu czystą rozrywkę, satysfakcję. Nie potrzebowali kradzionych rzeczy, robili tylko to, na co mieli ochotę. Brali co chcieli. Kiedy chcieli. Albo kierowali się samą chęcią zysku, choć złe postępowanie nie było dla nich konieczne. Zależało im po prostu na zarobku. 
Po godzinie, albo i dłużej, Rahelia czuła się już tak zrezygnowana jak chyba nigdy wcześniej. Przecież człowieka powinno być wytropić łatwiej, niż jakiś kryształ! Tyle, że Merkez było naprawdę duże. Miasto, w którym teraz przebywała tętniło życiem. Ludzi było pełno, aż wzrok za nimi wszystkimi nie nadążał. Ciężko było znaleźć to, czego się szukało. W tej kakofonii dźwięków i zapachów mózg się mącił i człowiek trzy razy zdążył zapomnieć, czemu właściwie wyszedł z domu. No bo po co? Słuchać krzyków chytrych przekupek na targu? Bo to tu, była teraz elfka. Miała przed sobą setki, jak nie tysiące najróżniejszych przedmiotów. Owoce i materiały, jakich nigdy wcześniej nie spotkała. Znane i sprawdzone zwierzęta. Wierzchowce gotowe od zaraz do jazdy. 
Będąc w środku tego zamieszania, zaledwie kilka kroków przed sobą dostrzegła znajomą czuprynę. Ciemne, rozwichrzone przez wiatr, jedwabne włosy, które z przodu sięgały uszu, z tyłu zaś były nieco dłuższe. Rozpoznała tą szczupłą, delikatną sylwetkę. Tunika, którą miał teraz na sobie, nie specjalnie nawet odciągała wzrok. Może taki właśnie był cel. Nie wiedząc czego szukasz, mniej czasu poświęcisz takiej osobie, podczas gdy szare persony, udające duchy, zdawać się będą największymi przestępcami. 
— Naix! — Głos Rahelii przepełnienia teraz wyczuwalna wściekłość. Takiego wrzasku pozazdrościć mógł jej niejeden sprzedawca. 
Część ludzi, w pierwszej chwili przestraszona, cofnęła się nawet kilka kroków do tyłu. Kobieta wykorzystała to, kierując się w stronę młodzieńca. Ten odwrócił się teraz i patrzył w jej stronę. Zdezorientowane spojrzenie wpatrywało się w jej ciskające gromami oczy. W jego zielonych zwierciadłach odmalowało się przerażenie, kiedy Rahelia była już tuż, tuż. Właśnie wtedy czmychnął. Rzucił się do biegu, szaleńczo przedzierając przez tłum. Łowczyni za nim. Nie było możliwości, żeby jej teraz uciekł. Nie po tym, jak już w końcu go znalazła. Chwyciła mężczyznę powyżej łokcia lewej ręki i skupiając się, naznaczyła młodzieńca. Właśnie w tamtym momencie Naix szarpnął i wyrywając się, umknął pośród tłumu. Choć dziewczyna natychmiastowo rzuciła się w pogoń, szybko stało się jasne, że uciekinier się po prostu... ulotnił. Choć ciemnowłosa pchała się przez ludzi, nigdzie nie mogła dostrzec swojego celu. Ba! Widziała tylko głowy tych olbrzymich krasnoludów i innych człekopodobnych. Aż znów w głowie pojawiła jej się krótka myśl, kto raczył zażartować z niej w taki sposób i uczynić jednym z najniższych przedstawicieli swojej rasy.
— A niech cię tylko dorwę! — Krzyczała za nim.
Kiedy gniew zaczął już z niej opadać, dotarł do niej rwący ból brzucha. Powstrzymała się przed stęknięciem i czując jak przez chwilę powietrze nie dociera do jej mózgu, zaczęła się uspokajać. Biegi za złodziejem byłyby teraz bezsensowne. A w końcu i tak go naznaczyła. Nie będzie miała problemu z wytropieniem go potem. Doskonale mogła wyczuć sygnał, z jego znaku. Dlatego bez większych zmartwień pod tym względem, ruszyła w drogę powrotną do karczmy.


W gospodzie kobieta spędziła czas do następnego dnia. Odpoczywała. Może nawet zostałaby na dłużej, gdyby nie świadomość, że Naix oddalał się od miasta. A przynajmniej był coraz dalej od tego miejsca. Niepokój panienki znacząco wzrósł, kiedy uświadomiła sobie, że sygnał z jej znaku, tak silny jeszcze kilka godzin temu, teraz wydawał się niemal nie istnieć. Jakby coś zagłuszało sygnał. "To byłoby niemożliwe", myślała elfka "przecież nigdy dotąd nic takiego się nie działo". Nikt nigdy nie potrafił przeciwstawić się sile Znaku Łowcy. Myślała, że jest to niemożliwe. Chyba, że złodziej... wszedł też w posiadanie jakiegoś potężnego talizmanu? Tylko, czy one byłyby w stanie mieć taką moc... nie wiedziała.
Wolała nie czekać dłużej. Jeśli rzeczywiście coś działało przeciwko niej, nie chciała spotkać momentu, kiedy sygnał przestanie całkowicie istnieć. Nie miała pojęcia, czy Znak też zostałby wtedy zerwany. A jeśli nie, musiałaby szukać złodzieja polegając jedynie na wyuczonych zdolnościach. To by zajęło zdecydowanie więcej czasu. A więź dalej by istniała i zapewne odczuwałaby zranienia swojej ofiary. "Niech no spróbuje coś sobie zrobić nim go dopadnę", myślała ponuro.  
Gospodę opuściła w blasku południowego słońca. Raziło, ale pomimo to, nie było zbyt ciepło. Zima była coraz bliżej. Drobiazg szedł obok. Poruszali się na północ. Przez wzgląd na morale Rahelii nie wędrowali zbyt szybko. Przerwy też zdarzały się dość często. Może zaczęło brać ją jakieś przeziębienie...
Kiedy dotarła do jednej z sąsiednich wiosek, zdecydowała się na zakup kilku ciepłych okryć i większego prowiantu na dalszą drogę. Praktycznie nie zbliżała się do Naixa. Ich odległość raczej wciąż się zwiększała, dlatego wiedziała już, że nie ma szansy załatwić tej sprawy zbyt blisko. Przymocowała tobołki do grzbietu swojego niedźwiedzia i część kolejnej trasy pokonała na jego grzbiecie. Robiła tak co jakiś czas. O ile z każdym dniem brzuch coraz mniej jej doskwierał, wzrastała w niej irytacja. Czuła dziwne anomalie ze swojego Znaku. Nie cały czas, ale zdarzało się, że nagle był w dwóch miejscach naraz, znikał całkowicie, albo naraz nasilał się okrutnie lub pulsował. Nabawiła się z tego powodu trwającej migreny, a nawet mdłości.
Podróż ciągle się opóźniała. Jedno z niewielkich miast, elfka musiała ominąć i poruszać się okrężną drogą. Wszystko przez zarazę, toczącą tamte tereny. Przynajmniej Naix przestał się przemieszczać. Następnego dnia, wędrując przez trakt łączący Merkez i Patriam, elfka spotkała na swojej drodze rozbójników. Aż w niej zapłonęło. Kiedy ich gromiła, tylko pogłębiły się wspomnienia o rzezimieszku, za którym wyruszyła. Złość szybko wyprowadziła ją z opresji. W Patriam na jej drodze stanęło małe dziecko. Chłopiec, ze swoim psem. Zwierzę było ranne. Bardzo poważnie. Wiadome było, że nie ma dla niego szans. Nimfetka nie potrafiła jednak zostawić ich samych. Od dziecka dowiedziała się, że jego towarzysz przepłoszył dzikie wilki, ratując go przy okazji. Jak widać sam czworonożny nie był w stanie wyjść z potyczki sam. Łowczyni skróciła jego cierpienia, za zgodą chłopca, a potem odprowadziła ludzkie dziecko, do kościoła w najbliższej wsi. Tam się z nim pożegnała i ruszyła dalej.
Choć sygnał wciąż stłumiony, wydawał się teraz Rahelii zdecydowanie silniejszy. Zbliżony do normy. Była blisko. Bardzo. Przedzierała się teraz przez las. Ostrożnie i cicho. Drobiazg w pewnym oddaleniu za nią. 
— W końcu cię dopadnę... — Mruknęła cicho pod nosem.
Zatrzymała się tuż przed wyjściem na jakąś polanę. Światło wschodzącego słońca rozświetlało ją delikatnie. Był tam. Dwie postacie. Naix i niziutka dziewczynka, z którą rozmawiał. Jednak łowczyni nie poświęcała jej teraz większej uwagi. Zaślepiona wściekłością, sięgnęła szybko po swój łuk. Nałożyła pewnie strzałę i dociągając mocno cięciwę, wymierzyła. Trzask. Wypuściła pocisk. W tym momencie, złodziejaszek zaczął się akurat odwracać w jej stronę. Świst strzału. Potem głośny syk. Grot przeszedł bokiem przez ramię mężczyzny i rozdarł przy tym płytko jego pierś. Syknęła. Boleśnie odczuła, jak na jej ramieniu skóra jest cięta. Tak samo jak pod obojczykami. Materiał jej stroju splamił się juchą. Zapomniała, że Naix został przez nią naznaczony. Widocznie mieli dość silną więź, skoro odczuła ból w takim stopniu. Cóż... przy znakowaniu bezpośrednim jest to dużo częstsze zjawisko.  
Kiedy tylko pierwszy szok, po bólu minął, elfka doskoczyła do ciemnowłosego. Czuła to samo cierpienie co on, ale wiedziona ślepą determinacją, chwyciła go za ramiona, zmuszając do pozostania na nogach. Kątem oka, zobaczyła niespokojne poruszenie postaci za nim. Znajoma twarz... Tak. Już kiedyś ją widziała. To szwaczka, u której zamówiła materiały na swoją nową pelerynę. Przez zaślepiony złością umysł panienki przebiegła myśl, że może i ją miał zamiar okraść. Wściekła się jeszcze bardziej.
Informacja o jej połączeniu z rzezimieszkiem znów się gdzieś zatarła, kiedy w odruchu mocno ścisnęła za jego ramię. Wciskała palce w ranę na jego ramieniu.
— Gdzie zabrałeś kamień! — Warknęła na niego z bólem. 
Starała się ignorować ból, ale oczy aż jej się zaszkliły. Czuła, jak robi jej się słabo, kiedy mgła stanęła jej przed oczami. Uparcie jednak ściskała, jeszcze nawet mocniej jego ramię.


<Naix, Maddie?>
  

środa, 21 marca 2018

Od Naix'a do Rahelii

Zaśmiałem się. Znów zdumiała mnie swoboda z jaką się przy niej zachowywałem. Byłem sobą. Tą najbliższą mi wersją siebie; tą bez udawania, sztucznych uśmiechów i interesowności. No dobra, zaczęło się od kamyka, ale to już dawno zeszło na drugi plan. W momencie jak wziąłem jej zdobycz do ręki, gdy już mogłem ją zaiwanić i zwiać - to wszystko straciło sens. Nie liczył się już kamień, w końcu kto, by się przejmował durną skałą, teraz liczyło się tylko jej spojrzenie i dotyk. Tę krótką chwilę czułem cudowny dreszcz, sunący po ręce w miarę jak elfka powoli przenosiła wzrok z mojej kończyny na twarz, by posłać mi kolejny uśmiech. Wtedy też dreszcz zapalił się we mnie wraz z przyjemnym ciepłem, które rozprzestrzeniło się po całym ciele, paląc również moje policzki. Dziwne uczucie. Miałem ochotę zacisnąć dłoń na kamieniu, podroczyć się chwilę z dziewczyną czy ukryć przedmiot, by móc chwilę dłużej czuć dotyk jej drobnych, delikatnych palców, próbujących odzyskać swoją własność. Przez moment być bliżej niej. Zamiast tego jednak pozwoliłem jej spokojnie wyjąć kamień z mojej dłoni, nie buntując się w żaden sposób. Bałem się, że prze to domyśli się kim jestem, że okrzyczy złodziejem i odejdzie. Zniknie jak wszyscy inni. Tylko, że oni się nie liczyli, znikanie było u nich naturalną koleją rzeczy, a po mnie zaczęło już spływać jak po kaczce. Znajdzie się inną pannę na jedną noc, innego kompana do piwa. Na dzień, tydzień, może miesiąc, ale raczej nie dłużej. Mój zawód wykluczał dłuższe znajomości. Nawet jeśli trafił się ktoś pozornie bliski, również z półświatka, to nasze drogi szybko się rozchodziły. Zmiana miasta, zlecenie setki stajen dalej czy jeden błąd prowadziły do rozstania. Tak było i nie zamierzałem nad tym płakać, nad takimi rzeczami się nie płacze. Trzeba się przyzwyczaić. Zaadoptować do nowego otoczenia i ludzi, zwyczajnie wtopić w tłum. Nawet jeśli kiedyś byłem gadułą i dalej często nachodzi mnie ochota na pogawędkę to nauczyłem się powierzać sekrety własnym myślom i w nich prowadzić rozmowy. Tak, takie rozmowy były nawet często ciekawsze od normalnych dialogów, naprawdę! Spróbujcie sobie kiedyś wmówić coś czego nie zrobiliście, że coś było słuszne, albo, że wcale tak nie myśleliście. To trochę jak rozmowa ze ścianą. A takiej to sztuka coś wyperswadować!
- Idziemy? - Głos Rahelii przerwał ciszę, która na chwilę między nami zapadła.
Nie była to jednak ta zła, niezręczna cisza. To była cisza, która nie przeszkadza, w której ludzie mogą tkwić, zwyczajnie ciesząc się z swojej obecności. Wsłuchując w spokojny oddech drugiej osoby i patrząc w jej oczy... Ugh, to są dziwne myśli. Delikatnie potrząsłem głową, chcąc wymazać z pamięci tę wizję, a na jej słowa reagując całkowicie szczerym uśmiechem:
- Za mną. Poprowadzę.

~~~~~~

- A ja jej na to... - Mężczyzna urwał opowieść, by zrobić stosowną przerwę na beknięcie. - Ja jej na to... Wszystko wszędzie wejdzie, a jak nie... To się popieści, popieści, aż się wszystko pięknie zmieści! - Wypowiedź zakończył gromkim uderzeniem w stół na co zaraz cała pobliska kampania, łącznie z przedmówcą, wybuchła śmiechem.
I ona też się śmiała. Śmiały się jej usta, śmiały się jej oczy, a czerwone od alkoholu policzki tylko dodawały jej uroku. Egzotyczne dla ludzi szpiczaste uszy również przykuwały wzrok, a zaraz po nich o uwagę walczyła śniada cera pięknie kontrastująca z hebanowymi włosami, splecionymi w zgrabny warkocz. Wszystko zaś po to, by spotęgował to blask żółtego światła latarni, który, jak to miał w swoim zwyczaju, czynił kolory żywszymi. Ona jednak tego nie potrzebowała. Była na tyle żywa, że nikt nawet nie próbował porównywać jej skóry do trupiobladej. W końcu... jak można mówić tak o kimś kto ma tyle energii? Jak można mówić tak o kimś kogo piegi ruszają się w rytm każdej wypowiedzi, zaśpiewki czy uśmiechu?
Wtedy jednak wszystkie te niuanse były dla mnie nieistotnymi szczegółami, które może i mój wzrok wychwytywał, ale nie raczył przekazać odpowiedniego sygnału do mózgu. Albo mózg po prostu je odrzucał, zbyt zajęty trawieniem kolejnych dawek alkoholu. Dla mnie ona była po prostu piękna. I pociągająca. Taak. Pragnąłem jej ciała, pragnąłem jej dotknąć, a moje spodnie mimowolnie się napięły, gdy się do mnie nachyliła. Kusił mnie nawet jej zapach, który choć mocno już przesiąknięty potem, dalej był jej. Była to kondensacja wszystkich naszych przygód i godzin spędzonych na powolnym, albo wcale nie tak powolnym, pochłanianiu kolejnych trunków. Nie pamiętam nawet kiedy postanowiła oddać mi kamień, nie wiem kiedy uznaliśmy, że wspólny pokój będzie najlepszym rozwiązaniem, ani nie wiem kiedy dołączyliśmy się do tego towarzystwa. Ba, nie miałem nawet pojęcia jak się nazywają, wszystko mieszało się w mojej głowie. Słyszałem jednostajny szum rozmów, przerywany od czasu do czasu kolejną salwą śmiechu, widziałem co i rusz dochodzące i odchodzące postacie, a cały horyzont wydawał się zwykłym kalejdoskopem barw i doznań. Przestał mi nawet przeszkadzać smród czy tłok. Nie sprawiało mi problemu siedzenie pomiędzy olbrzymem, który miał nie mniej jak osiem stóp, a ogrem, który za to musiał wonieć jak zdechły szczur. Rahelia też nie miała problemów, by tym razem w najlepsze paradować z krasnoludem po rękę i nie czynić mu wyrzutów za jego pobratymca, który wcześniej próbował ją okraść. Ktoś rozwalił kufel, ktoś wołał o następny, ktoś wszedł na stół, inny zarzucił rytm i rozpoczęła się kolejna seria tańców, porzucająca piękne ballady barda w myśl prostych, wiejskich melodii.
- Nasza kolej! - Poczułem jak czyjaś dłoń chwyta mnie za ramię i zaciąga mnie gdzieś gdzie zostało choć trochę miejsca.
Chwilę zajęło mi załapanie rytmu i złapanie równowagi, która pozwoliłaby mi na takie niuanse i piruety jakie wliczały się do tańca, ale właściciela tych szaro-niebieskich oczu poznałem od razu. Patrzyła na mnie. Patrzyła na mnie, wirowała, kręciła się niczym małe tornado, a ja, sam będąc pod wpływem, nie dostrzegałem nawet tych drobnych potknięć w rytmie. Zresztą... jakie to miało teraz znaczenie? W tej właśnie chwili dla mnie liczyła się tylko ona i jej dłonie, które zaciskała na moich. Krok, obrót, krok, ruch, szum, krok, obrót. I tak w kółko! Z trudem dotrzymałem do końca piosenki, która wszak kończyła się tylko wtedy, gdy tłum zdążył się nią doszczętnie znudzić, i szybkim ruchem przysunąłem ją do siebie, całując w usta. Czułem też, że uczepiłem się jej jakby nie liczył się cały świat, a ona wydawała się odwzajemniać to uczucie. Byliśmy tylko my. Czułem to. To, że ktoś szturchnął mnie w bark, to, że ktoś burknął jakieś przekleństwo, gdy przedzieraliśmy się do pokoju było niczym. Teraz tylko ona i ja. Nareszcie.

~~~~~~

Rano, a właściwie wcale nie tak rano bo słońce dobudziło mnie dopiero koło południa, nie było nijak przyjemne. Było wręcz straszliwie źle. Pierwsze co poczułem po pobudce był bowiem cholerny ból głowy, suchość w ustach i podirytowanie, które często towarzyszy mi przy kacu. Cholernie mocnym kacu.
- Co tu się działo? - wycharkałem z moich niezdolnych do pracy ust, wciąż lekko nieprzytomnie rozglądając się po pokoju.
Ni w ząb nic nie pamiętałem. Tym bardziej zdziwił mnie, więc widok pięknej, nagiej kobiety leżącej koło mnie w łóżku. Sam też byłem nagi. A pościel nie wyglądała wcale na taką co miała za sobą spokojną noc, prędzej jakby walczyło na niej stado bardzo głodnych niedźwiedzi. Czekaj, niedźwiedzi? Mój wzrok szybko wrócił do twarzy kobiety, a wspomnienia dzielnie walczyły z moim nietomnym umysłem, by ujrzeć światło dzienne.
- Misiek. - powtórzyłem bezmyślnie.
Cholera. Wtedy to do mnie powróciło. Wieczór. Bardzo duży i zły misiek oraz bardzo piękna i godna elfka. Którą właśnie przeleciałem. Potem karczma. Pijaństwo. Pociąganie. Noc? Do czegoś doszło? Nie doszło? Sądząc po stanie pokoju to jednak nie było tu wcale tak spokojnie, ale wciąż łudziłem się, że to nic poważnego. Niemal mimowolnie przyjrzałem się twarzy elfki, zdecydowanie mniej pociągającej niż zeszłej nocy, a potem mimo chodem skierowałem wzrok na moje ubrania. Nie chciałem, by wzięła to na serio. Nie pamiętałem żadnych szczegółów, nie pamiętałem co jej naobiecywałem, a byłem w stanie to zrobić po pijaku, a nie chciałem mieć na głowie zakochanej kobiety. Nie. Większość moich relacji z nimi opierała się na krótkiej, namiętnej nocy gdzie oboje spełnialiśmy swoją potrzebę kontaktu seksualnego, a potem rozchodziliśmy się w zgodzie. I nie było opcji, by coś takiego się odbyło bez wyraźnego znaku z drugiej strony, że to nie jest nic poważnego. Tylko przyjemność. Nieważne czy drugie chce zatopić smutki, pozbyć się żalu za partnerem, wprowadzić swego ukochanego w zakłopotanie - liczył się sam cel. Sama potrzeba. Była krótka gadka gdzie oboje odgrywaliśmy piękny teatrzyk, a potem wystarczył nam mały kącik i godzinka czasu. Czasem powtarzaliśmy to kilka razy. Taka cicha umowa. Jednak zawsze starałem się unikać dłuższych relacji, bojąc się, że to w przerodzi się w coś głębszego. Zresztą... bałem się zakochać. Bałem się, że nie będę wiedział co robić, że narażę drugą osobę przez to co robię. Że ją stracę, albo skończę jak jakiś rycerz z durnych ballad bardów. I choć ludzie uważali to często za najpiękniejszą rzecz na świecie to ja zwyczajnie bałem się, że to sknocę.
Dlatego też chwyciłem płaszcz, w którym zapomniany leżał cały powód tej wczorajszej historii, i wyszedłem.

< Rah? :3 >

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Rahelii do Naixa

Chłodne powietrze owiewało figury trójki postaci. Dwójka człekokształtnych i towarzyszący im niedźwiedź. Potężna bestia. Stwór trzymał się blisko kobiety i obserwował swoim paciorkowatym spojrzeniem dość niskiego mężczyznę. Gdyby spojrzeć uważnie na niedźwiedzia, może dałoby się wyczytać z jego pyska cichą drwinę, na widok prawie porównywalnego wzrostu jego towarzyszki ze stojącym naprzeciw chłopcem. Nikt się jednak nie przyglądał. Nikt więc nie widział. Może tak powinno pozostać. Zwierzak ziewnął leniwie, kiedy dwójka toczyła ze sobą rozmowę w tej dziwnej, ludzkiej mowie.
— Nie sprawia mi to problemu. — Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. — Możesz mówić mi po imieniu. No i... z chęcią się przejdę.
Ciemnowłosa przyglądała się przez moment Naixowi. Ujął jej wzrok. Pomimo niepozornej budowy i delikatnej twarzy, która bardziej przywodziła na myśl kobiecą niż męską, zainteresował ją w inny sposób, niż robili to pozostali. Było w nim coś... sama nie wiedziała. Nie potrafiła tego określić, a tym bardziej nazwać. Do rozpoznania jego płci przyczynił się dla niej najbardziej głos towarzysza, oraz krótkie, brązowe włosy, których raczej nie spotyka się u kobiet wolnego stanu. Ścięte włosy u dziewcząt świadczyły raczej dość często, o zniewoleniu, dlatego tą myśl szybciutko odrzuciła z umysłu. Osobnik przed nią z pewnością kierował się własną wolą i był przedstawicielem płci przeciwnej.
Obserwowała go swoim zainteresowanym spojrzeniem, kiedy zaczął prowadzić ją w jakimś kierunku. Ta strona Merkez wciąż nie była jej praktycznie wcale znana, dlatego też szła w towarzystwie młodzieńca bez większego oporu. W razie czego powinna znaleźć drogę ucieczki. Ta świadomość schodziła na drugi plan, kiedy tylko jej wzrok kierował się na Naixa. Ścisnęła mocniej kamień w swojej dłoni. Niewysoki chłopak zaciekawił ją już w momencie, kiedy tylko się zbliżył. Wystarczyło jej usłyszeć jego głos. 
Przemierzali uliczki skąpane w coraz słabszym świetle zachodzącego słońca. Blask dawały jedynie uliczne latarnie, zawieszone na słupach kilka metrów nad ziemią. W otoczeniu słychać było ciche rozmowy, codzienne odgłosy wieczornego życia. Rehelia ich nie odróżniała. Może po prostu nie zwracała uwagi. Lub też skupiała się na czymś zupełnie innym. W jej umyśle istniał teraz tylko dźwięk kroków na kamiennej uliczce. Ich kroków. Jej i Naixa. Zaczynając odpowiadać na pytanie młodzieńca, przestała nawet zwracać większą uwagę na swojego ukochanego niedźwiadka. A temu nie podobało się to za bardzo, skoro co rusz poszturchiwał dłoń młodej panny. 
— O co poszło..? — Elfka zaczęła temat cichym szeptem. Przyciągającym uwagę. — Nie mam nic do krasnali. Przynajmniej do momentu, kiedy nie wejdą mi w paradę. — Mruknęła przypominając sobie ponownie całe zajście w tawernie. — A jeszcze bardziej nie lubię, kiedy ktoś próbuje przywłaszczać sobie rzeczy, które do niego nie należą. Zresztą... Kamień nie jest nawet mój. Tylko dostarczam.
Wyciągnęła kryształ przed swoją twarzą i przyjrzała mu się. Westchnęła. Zdała sobie sprawę, że z dziwnych powodów mówi przy tym chłopcu stanowczo zbyt wiele. Nie szuka wymówek, uchyla przed nim swoją osobę i fach, nawet jeśli tylko odrobinkę. Ale żeby mówić o swoich zleceniach!? Nie powinna. Może alkohol wciąż jednak krążył po jej umyśle? Choć teraz czuła się już zdecydowanie trzeźwa. A stan, mącący jej w głowie nie był pijackim odurzeniem. 
Spojrzała ponownie na swojego rozmówcę. Patrzył. Uporczywym wzrokiem wpatrywał się w kryształ. Nie wzbudziło to w Rahelii ani krzty podejrzeń. Zamiast je odkryć, uśmiechnęła się zawadiacko. Pociągnęła go lekko za ramię, przez co przystanęli w miejscu. Na twarzy młodzieńca przez ułamek sekundy odmalowało się zaskoczenie. Elfka chwyciła jego prawą dłoń i skierowała jej wnętrze ku górze. Położyła na niej kamień i przytrzymała ukryty pod swoimi palcami. Kiedy delikatnie je odsłoniła, oboje mogli zobaczyć, jak barwa z fioletowej zmienia się na błękitno-czarną, gdzieniegdzie naznaczoną fiołkowymi plamkami. 
— Jedyne co mi o nim wiadomo — kontynuowała unosząc nieznacznie brew na kolejną zmianę barw w kamieniu — to to, że kryształ przybiera róży kolor w zależności od tego, kto go trzyma. Ale to się wcześniej nie działo. 
Ściągnęła swoją dłoń z przedmiotu i przypatrywała się, jak teraz przepełniają go wirujące we wnętrzu błękity i czernie. Krawędzie zabłysły dodatkowo od światła pobliskiej latarni. 
— A może po prostu nie zauważyłam... Pierwszy raz dopiero teraz. W karczmie. Musiałam wymyślić coś, żeby krasnolud odpuścił, a jedynym co przyszło mi do głowy była historyjka o magii, która określa zamiary człowieka. — Westchnęła wzruszając ramionami. — Nie mam pojęcia czy to to. Prawdopodobnie nie. Nie spotykałam się z tego rodzaju barwami po użyciu takiego pokroju czaru...
Niewysoka kobieta poczuła, jak na nowo świat zaczyna powolnie wirować przed jej oczami. Czyżby jednak nadużycie napojów wyskokowych ponownie próbowało dotrzeć do jej mózgu? Prawdopodobne. Usilnie próbowała sobie jednak wmówić, że tak nie jest. Niemożliwe. Jeszcze przed sekundą czuła się przecież dobrze. Mogła być po prostu zmęczona. Niewiarygodnie bardzo zmęczona, oj tak. Miała nawet wrażenie, że jej własne ciało zaczęło kiwać się na przemian to w przód, to w tył, kiedy ostrożnie zabierała z rąk towarzysza tajemniczy kamień.
— Idziemy?
Młodzieniec skinął głową z uśmiechem. A jednak chyba był też przy tym zamyślony.
— Za mną. — Odpowiedział zerkając na nią. — Poprowadzę.
Panienka odwzajemniła uśmiech i zrównała z nim krok. Okazało się, że świat, który jeszcze chwilę temu tańczył w głowie młodej oberka, teraz już się uspokoił. Wystarczyło przejść kilka kroków, by świeże powietrze oczyściło umysł na nowo.
Kilka kolejnych minut trójka krążyła po ciemniejącym mieście. Elfka z dość sporym entuzjazmem odpowiadała na większość pytań złodziejaszka, zwłaszcza, kiedy były one niegroźnymi, prostymi pytaniami. Lub takimi w tamtej chwili się zdawały. Była w końcu dość rozkojarzona. Pięknem miasta i... urokami towarzyszącego jej młodzieńca. Tak, oba przykuwały jej uwagę. Ciężko stwierdzić, co bardziej. Pewnie dlatego Drobiazg czując się ignorowany, znacząco zmarkotniał. A tym bardziej wzrosła jego irytacja, kiedy przed tawerną nimfetka kazała mu nie wchodzić do środka. Jakaż obraza majestatu! Matka zostawia swoje dziecko za drzwiami! A przecież mieli spędzić noc razem! Z gardła miśka wydobyło się ciche, przeciągłe wycie, kiedy oddalał się od dwójki ludzko-podobnych. Jednak pozostawał w pobliżu, tak, jak nakazała mu Rahelia. Zapewne przeklinał w myślach Naixa, z którego to pewnie powodu musiał teraz sterczeć przed drzwiami i pałętać się po niewielkich skwerach.
Na jego opiekunce zdawało się to jednak nie wywierać takiego wrażenia. Kiedy znalazła się wewnątrz gospody, od razu upewniła się, co do możliwości noclegu i okupiła dla siebie jedną noc. Nie zapomniała przy tym poskarżyć się Naixowi, jak nieroztropnie zapłaciła z góry, za nocleg w poprzedniej karczmie. 

niedziela, 18 marca 2018

Od Naix'a do Rahelii

Karczma z każdą chwilą była coraz głośniejsza i coraz tłoczniejsza. Z każdym gościem traciła też resztki cennego tlenu zyskując w zamian na aromacie. Bardzo osobliwym aromacie. Przychodzili ludzie, krasnoludy, elfy, niziołki i rasy, których nazw nawet nie próbowałem zgadywać, ale wszystkich łączyło jedno - chybotliwy krok i mowa oraz niesamowity odór potu. Nawet to coś co wyglądało jak osobliwe połączenie ryby, ptaka i człowieka wydawało się wpasowywać w tłum. Choć... może to było tylko złudzenie? Nie wyglądało na coś co ma prawo istnieć. Przecież... to musiałoby mieć skrzela i płuca, udusiłoby się.
- Może za dużo wypiłem? - mruknąłem do siebie, czego nikt tak czy siak nie zauważył w powszechnym zgiełku, ale mój napoczęty kufel mówił, że wcale wiele nie upiłem.
Miód dalej lśnił złociście w naczyniu, a mój mózg był na tyle przytomny, by uśmiechnąć się na widok kolegi po fachu, który zręcznie pozbawił kogoś majątku, gdy ten siłował się z olbrzymem. Następnie zaś mrugnął znacząco i krasnolud, od dłuższej chwili wyciskający wszelkie poty, by wielkoluda pokonać, zyskał nagle znaczącą przewagę, a potem wygrał, natychmiast znikając mi z oczu za tłumem wiwatujących kompanów. Ciekaw jestem kiedy dostrzeże swój błąd i ile piw będzie winien karczmarzowi. Bo widać, że już teraz nie jest specjalnie trzeźwy, a rzekłbym nawet, że jest raczej wczorajszy. A może nawet przedwczorajszy? Tak się w ogóle mówi? Nieważne.
W każdym razie byłbym bogaczem jakbym dostawał pieniądze za każde zauważone oszustwo czy krętactwo. Jakby ludzie nie chcieli tego widzieć, albo udawali, że żyją w idealnym świecie, w którym ten chłopak wcale nie podbiera ze stołu pieniędzy, o które założyła się kolejna dwójka. A karczmarz wcale nie wmawia pijanemu człowiekowi, a może jakiejś pochodnej elfa, nie wiem, ma dość szpiczaste uszy, wyższej ceny za piwo. Wcale, a wcale. Przecież Ci upici ludzie są na tyle naiwni, że mógłbym im próbować sprzedawać powietrze! Ej, to jest plan!
Zanim jednak zdążyłem wdrążyć go w życie to na scenę wkroczył kolejny aktor, a właściwie bardzo urodziwa aktorka. Elfka, na którą wcześniej zwróciłem uwagę bo jaki normalny, pełen godności szpiczastouchy chodzi do karczmy, właśnie postanowiła uraczyć nas swoją obecnością. Widać też, że sporo wypiła, i sądząc po zachowaniu, nie robiła tego raczej za często. Teraz jednak dzielnie, nie zważając na przeszłość, rwała się do tańca, śpiewu i towarzystwa. Ba, nawet mnie gorąco zapraszała choć odmówiłem, głównie ze względu na współczucie, które mimowolnie odczuwałem, gdy wyobrażałem się jak będzie się czuć rano. Oj, mi też się to czasem zdarzało i nigdy nie było przyjemne. Ble. Dalej pamiętam smak tego... nie, nie, ble, ble, ble. Nigdy więcej.
- Oddaj. - ponure warknięcie znów wdarło się do mojej głowy, przerywając wspominki.
Niemal przez skórę czułem jak atmosfera w karczmie zmienia i co przytomniejsze osoby odsuwają się na bezpieczną odległość. Niemal natychmiast dostrzegłem też jego przyczynę. Drobny kamyczek, najwyraźniej należący wcześniej do elfki, teraz znajdował się pod potężnym buciorem kransnoluda, naprawdę, jakim cudem oni mają takie stopy przy takim wzroście? Wracając jednak... kamyk był w obcych łapkach, a obce łapki wcale nie chciały go oddać.
Zanim jednak zdążyłem interweniować, pchany chyba tylko i wyłącznie chęcią odegrania księcia na białym koniu bo rozwagi to tu za grosz nie było, to kobieta wykazała się równie wielką chęcią odzyskania zabawki co krasnolud zdobycia jej. I jakimś cudem wyparła przez to alkohol ze krwi, odzyskując przy tym cały zdrowy rozsądek.
- Krasnoluda elfickie skarby najmniej powinny interesować. - charknęła.
No tak, uwielbiam te konflikty rasowe. Połowa nie wie skąd się wzięła, połowa sobie coś wmawia, ale żaden żadnego nie lubi. A znając życie to pewnie po prostu krasnolud smarkał raz przez palce, w obecności elfa, co uraziło jego godność, doprowadziło do konfliktu rodzin, a rodzinki ściągnęły znajomych druhów i od tego momentu zaczęli się ciukać. Tyle z poważnych spraw i sporów.
Niższy osobnik zaśmiał się jednak w odpowiedzi na słowa elfki, a ja poczułem, że tylko sprowokowała go do walki. Odruchowo wychyliłem do końca kufel, obawiając nie tylko o jego zawartość, ale również durnych pomysłów, które nawiedzały moją głowę. Może to przez fakt, że mnie zaintrygowała, może przez to, że rzadko spotyka się w karczmie kobiety, a tym bardziej urodziwe Szpiczaste Uszy, ale coś pchało mnie, by interweniować. Pomiędzy wkurzonego krasnoluda i upitą elfkę. Naprawdę, co ja robię ze swoim życiem? W ostatnim przypływie rozsądku powstrzymałem się od sięgania po sztylet i stwierdziłem, że poczekam póki sytuacja nie będzie krytyczna.
I tym razem się nie zawiodłem bo panienka naprawdę odkryła magiczny sposób na myślenie w czasie upojenia alkoholowego, a tym samym wykiwała krasnoluda co skomentowałem lekkim uśmiechem. Trza powiedzieć, że kobiety potrafią załatwiać takie sprawy z gracją. Znaczy... potrafiłyby, gdyby miały przed sobą kogoś innego niż upitego brodacza. Bo ten nie chciał być dłużny i runął na przeciwnika, przygniatając go do ziemi. Szanse były marne, przynajmniej ze strony elfki. Chwyciłem, więc swój sztylet pod płaszczem, nie wyciągając go jeszcze, ale wyraźnie kierując się w ich kierunku. Nikt inny nie kwapił się zresztą, by im pomóc.
- Z drogi. - warknąłem, przeciskając się przez tłum i mimowolnie czując jak moje serce przyspiesza.
Nie miałem pojęcia co robię i dlaczego to robię, bo wszystko to kłóciło się z moją złodziejską naturą, ale dzielnie torowałem sobie drogę i gotowy byłem już łapać krasnoluda za fraki, gdy los ponownie przestrzegł mnie przed moją głupotą, odpychając od walczących. Mój mózg jednak dalej mówił, że coś jest nie tak, a ja dopiero po chwili zrozumiałem, że staranowało mnie coś dużego i... włochatego? Spojrzałem za tajemniczym osobnikiem i nie bez zdziwienia ujrzałem po środku karczmy wielkiego... niedźwiedzia. Odruchowo cofnąłem się o kilka kroków, wraz z całym towarzystwem, a moje serce rozpoczęło kolejny, szaleńczy pościg z samym sobą. Jakby wcześniej już nie waliło jak głupie.
Sama kobieta jednak nie wykazywała żadnych oznak strachu, czy chociażby zdenerwowania, a jedynie zbezczeszyła miśka za uratowanie jej życia. Tak po prostu. Ja rozumiem, że ludzie mogą mieć pieski, kotki, świnki, konie, ale... niedźwiedzia? Naprawdę? Żeby było ciekawiej to strach sparaliżował mnie też na wiele dłużej niż sądziłem; zawsze w końcu musiałem sobie ze strachem radzić i być gotowym reagować, nieważne jak bardzo przerażający byli przeciwnicy. A ten włochacz sprawił, że nie mogłem się poruszyć póki razem z elfką dumnie nie opuścili tawerny.
Dopiero wtedy odzyskałem zdolność ruchu, a przekleństwo, zwane od zawsze ciekawością, pchnęło mnie ku wyjściu, za nimi. W pośpiechu rozliczyłem się z karczmarzem, zostawiając mu nawet nieco więcej niż powinienem, by nie czekać na jego powolne wydawanie reszty, i ruszyłem zaraz za elfką. Za istotką, która w każdej chwili fascynowała mnie coraz bardziej, nie mówiąc już o jej kamyczku.
- Czekaj! - zawołałem za nią, niemal natychmiast gryząc się w język.
Czego ja właściwie od niej chcę? Cześć, w sumie mnie zaciekawiłaś, więc chętnie się z Tobą powłóczę bo nie mam co robić? Ewentualnie: w sumie chyba za dużo wypiłem, podobnie jak Ty, więc jakoś tak wyszło. Nawet to drugie chyba lepiej pasuje, nieważne jak głupio to brzmi. Ja się chyba starzeję, przecież z takimi pomysłami to ja za dwa dni na stryczku wyląduję.
- Wiesz, widziałem całe zajście w karczmie... - powiedziałem szybko, chcąc przerwać tą głupią ciszę, gdy elfka i jej nadzwyczaj wielki i kosmaty towarzysz spoglądali na mnie. - Chciałem się jedynie upewnić czy wszystko w porządku. Chciałem też jakoś zareagować, ale ubiegł mnie Twój druh. - Ruchem głowy wskazałem niedźwiedzia, wspomagając całą wypowiedz gęstą gestykulacją.
- Nic nie szkodzi - machnęła ręką z lekceważeniem i obdarzyła mnie zaciekawionym spojrzeniem. - Drobiazg zawsze zrobi wszystko, żeby uratować mnie z opresji. Tak, łobuzie? - poczochrała nieswornie pysk niedźwiedzia.
Ponownie uderzyło mnie to jak niefrasobliwie zachowywała się przy swoim towarzyszu, gdy ja, nawet teraz, czułem w jego kierunku lęk. Taki, którego nie dało się stłumić; wciąż biło mi serce, a ja czułem, że jeśli miałbym używać rąk w jakimś delikatnym celu to niechybnie, by mi zadrżały. To, że teraz były spokojne to zawdzięczałem chyba tylko mojej sile woli.
- Och, gdzie moje maniery! Tsa, durny Naix zawsze zapomni się przedstawić. - Możliwie naturalnie chciałem powrócić do dialogu, który urwał się na czas moich rozmyślań na temat niedźwiedzia. Posłałem w jej kierunku również lekko zawadiacki uśmiech, jakim swego czasu się szczyciłem. - Jak już wspomniałem... Naix jestem, a panienkę jak zwą?
- Rahelia Berquise.
- Do mnie mów po prostu Naix, bez niczego. - uśmiechnąłem się smutno, oszukując przy tym nieco dziewczynę co prawda, by zaraz zbyć wszystko machnięciem ręki. - Ale nieważne, kto by się tak przejmował nazwiskami. Mogę Ci mówić po imieniu, prawda? Może przeszlibyśmy się razem do jakiejś przyjemniejszej karczmy? Muszę przyznać, że wycieczki do "Pod Świńskim Ryjem" są równie nieprzyjemne co nazwa. Chyba jednak sama się już o tym przekonałaś... o co właściwie poszło z tym krasnoludem?
Nie powiem, na równi z kobietą interesował mnie też jej kamyczek bo co jak co, ale ludzie rzadko tak się przywiązywali do zwykłych skałek. Jeśli zaś był to przedmiot magiczny... to za takie faktycznie można było dostać ładne sumki i nie dziwię się, że brodacz chciał go przejąć. Ja sam chętnie, bym go przygarnął...
Cóż, Finnicki mi chyba wybaczą krótki spacerek z urodziwą elfką.

< Rah? To jest meh, bardzo meh :c >

niedziela, 18 lutego 2018

Od Rahelii do Naix'a

Pora była coraz późniejsza, wychylonych kielichów coraz więcej. Młoda elfka kończyła właśnie piąty, a może czwarty już zamówiony trunek. Cała tawerna zdawała trząść się w posadach, a ludzie wirować wraz z nią. Za każdym razem gdy ktoś uchylał drzwi wejściowe, do środka wpadało mroźne powietrze zwiastujące nadejście chłodniejszych dni. A im zimniej będzie, tym więcej ludzi zacznie odwiedzać tawerny i różnego typu zajazdy. Będzie bardziej tłoczno, to z pewnością. A im więcej ludzi tym więcej rabunków... To oznaczałoby łatwy zarobek. Stosunkowo prosto złapać niedoświadczonego rzezimieszka, który pierwszych ofiar szuka w gwarnych karczmach, opływających często stęchlizną i wonią piwa. 
Adrenalina buzowała w żyłach elfki. Nie siedziała już na swoim miejscu. Nie podsłuchiwała rozmowy z sąsiedniego stolika. Zdążyła nawet zapomnieć z jakiej winy ktoś chciał pozbawić kogoś innego przyrodzenia. Krążyła wśród tłumu, zaczepiała zadziornie klientele, wymieniała się drobnymi plotkami z państw. Śmiała się z nie śmiesznych żartów, wykonała nawet kilka tańców z różnymi ludźmi. Cóż... Pchało ją do rzeczy, których nie powtórzyłaby w tym miejscu na trzeźwo. Pewnie nawet i prywatnie by ich nie zrobiła. Ba! Śmiała się wcześniej z ludzi, których ponosiło do tego stopnia. A teraz sama zdążyła wykonać też ze dwa niezbyt grzeczne tańce, całowała się z kilkoma mężczyznami... Przeczyła własnym ideałom. 
Nagle tawerna okazywała się niezwykle dużym miejscem. Niczym wielki świat, który należałoby zwiedzić w całości. Drewniane deski skrzypiały nieustannie, jednak w gwarze nie dało się tego słyszeć. Elfka nieumyślnie zbliżała się do miejsca, od którego zaczęła się jej wędrówka. Stół z kilku osobową kompanią wciąż trzymał na sobie przebity sztyletem list gończy, za jakimś łotrem. To jednak nie istotne. W pobliżu powstawała właśnie sprzeczka. 
Nimfetka uderzyła w kogoś, kto właśnie wstawał od jednej z ław. Upadła na jakiś stolik. W pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na biały błysk. Bardziej zdawał się ją uprzytomnić dźwięk toczącego się po podłodze kamiennego przedmiotu. Jakby cały alkohol nagle opuścił jej organizm... 
Błyskawicznie sprawdziła swoje kieszenie. Nie. Sakwa również nie. Pusta. Spojrzała za swoją zgubą. Znalazła ją pod stopą rosłego krasnoluda. Kobieta patrzyła uważnie. Miała wrażenie, jakby cały świat nagle zwolnił, kiedy mężczyzna podnosił kamień. Jej ostatnie zlecenie właśnie miało zawisnąć na włosku. W tym momencie praca, która wydawała się być skończona już kilka dni temu, teraz zdawała się niemal rozpoczynać od nowa. Dziewka stanęła do pionu zauważając łakome spojrzenie krasnoluda na błyskotce. 
- Oddaj. - Warknęła ponuro. 
Towarzystwo co najmniej kilku bliżej znajdujących się osób zdawało się uciszyć. Patrzyli na rozgrywającą się scenę. Zawsze to jakaś dodatkowa rozrywka do obejrzenia. Niby takie akcje były równie normalne co wschody i zachody słońca, jednak widownia wciąż chętnie obserwowała. Często spotkać się też można było z obstawianiem zakładów na zwycięzcę sporu. Człekokształtni zdawali miłować się w hazardzie.
Krasnolud zmierzył Rahelie spojrzeniem. Oceniającym. W jego spojrzeniu z łatwością można było dojrzeć drwinę. W swoim umyśle już był zwycięzcą. Z pewnością kpił sobie w myślach z najniższej elfki jaką kiedykolwiek widział. Ten fakt tylko bardziej ją zirytował. Równie mocno, co nie ustające wirowanie w głowie spowodowane podchmieleniem. Tylko dzięki determinacji stała jeszcze na nogach i mierzyła się w bitwie na spojrzenia z krasnoludem. Rozproszyła się nieco widząc, jak trzymany w zaciśniętej pięści mężczyzny kamień zmienia swoją barwę. Biały kryształ ciemniał. Jakby dziwny szron osadzał się w nim od wewnątrz. W ciągu kilku sekund był niemal czarny.
— Zadziwiające skarby nosi panienka ze sobą. — Zaśmiał się szyderczo. — Długo zapewne musiałaś sobie na niego pracować — przybrał groźniejszy ton — a może po prostu zabrałaś czyjąś własność?
— Krasnoluda elfickie skarby najmniej powinny interesować - charknęła na niego.
Brodacz zaśmiał się na jej odpowiedź. Kiedy uniósł swoje barczyste ramiona i przyjrzał się kamieniowi zastygł na moment.
— Przeklęłaś go, wiedźmo? — Zauważył, że kryształ zmienił swoją barwę.
— To prosty czar. — Bąknęła elfka. Przymrużyła oczy by wyraźniej widzieć swojego napastnika. — Wielu go wykorzystuje. —  Uśmiechnęła się pod nosem z zadowolenia. Brnęła dalej w tą gierkę. Miała tylko nadzieję, że wymyślona na prędko historyjka okaże się wiarygodna. — Kamień zmienia barwę zależnie od zamiarów osoby, która go trzyma. Czarny nie świadczy o niczym dobrym...
— Jak śmiesz!? — Kobieta miała wrażenie, że z gardła krasnoluda zaraz zacznie się wręcz toczyć piana. — Twierdzisz, że jestem nieuczciwy!? 
— Tego nie powiedziałam. — Mruknęła elfka, próbując ustać na nogach. — Ale kamień mówi sam za siebie. Skąd mamy mieć pewność, czy nie jesteś złodziejem, a może nawet i mordercą!? — By dodać napięcia zaczęła zwracać również się w imieniu otaczających ją osób. 
Gdy spojrzała po ich twarzach dostrzegła różne emocje. Niektóre wyrażały aprobatę dla jej słów, inne wykrzywione były w strachu, kolejne jeszcze wypełniało zdziwienie. Byli i tacy, których sprawa kompletnie nie interesowała i póki skłócona dwójka zanadto się do nich nie zbliżała, ignorowali ich. 
Krasnolud zwrócił ponownie na siebie uwagę, wydając potężny ryk ze swojego gardła. 
— Zapłacisz mi za to, ladacznico! — Warknął czerwony na twarzy. 
Poczuła strach. Teraz uświadomiła sobie, że przecież jej przeciwnikiem jest krasnolud. Potężny krasnolud. Do tego znajdowali się w zamkniętej przestrzeni. No i przede wszystkim nie da rady obronić się w tym miejscu przy użyciu łuku. Zwłaszcza, że wypita w nadwyżce ilość miodu mąciła teraz w jej głowie. Szanse były bardzo marne. 
Krasnolud szarżował już na nią. Pomimo wszystko kobieta przyjęła obronną postawę. Nie wytrzymała siły uderzenia i zgięła się w pół. Razem z brodatym krasnoludem runęła na podłogę. Zaczęli się szamotać. Gdy elfka znalazła się przyciśnięta do podłogi, walcząc o oddech i próbując zdjąć ręce napastnika z szyi, ktoś rzucił się nagle na złodziejaszka. Przez szumiący umysł dziewczyny przedarł się zwierzęcy ryk. A za nim krzyki przerażenia. Krasnolud siłą został odrzucony od nimfetki i dopiero wtedy zauważyła ona niedźwiedzia. 
— Skarbie! — krzyknęła podbiegając do czworonoga i próbując odepchnąć go od powalonego brodacza — Miałeś zostać w pokoju! Wyjdź stąd! — Ostatnie słowa nacechowane zostały jeszcze większą siłą. 
Niedźwiedź wydał z siebie dźwięk podobny do wycia i z ociąganiem zaczął kierować się ku wyjściu. Ludzie w szoku ustępowali mu drogi. A może w strachu, kto wie. Rahelia wyciągnęła z bezwładnej na ten moment dłoni krasnoluda kryształ. Z zaskoczeniem stwierdziła, iż zaczął przybierać powolnie barwę fioletu. Kiedy uniosła spojrzenie dostrzegła na sobie ciskający gromami wzrok karczmarza. Skierowała się ku wyjściu. Raczej nie będzie już zbyt mile widziana w tym miejscu. 


Naix? 

(Jeśli jej zachowanie się nie zgadza, to zwalam na wypite przez nią trunki... i moje przeziębienie)

środa, 29 listopada 2017

Od Naix'a do Rahelii

Mój umysł był atakowany przez miliony bodźców. Mimo, że nie był to pierwszy raz jak odwiedzałem rynek, ba, nie był to nawet drugi mój wypad, a ja wciąż nie potrafiłem powstrzymać lekkiego grymasu twarzy, gdy docierały do mnie te wszystkie doznania. Zaduch, smród, hałas. Niekończący się korowód postaci kradnących cenny tlen, pozostawiając w zamian tylko osobliwy zapach potu. Nieopodal jeden z krasnoludów właśnie zwracał swój ostatni posiłek w pobliskim kącie, a nieco dalej można było zobaczyć handlarza wymachującego, umówmy się, nie pierwszej świeżości rybą. Nie odmawiając sobie, jak każdy sprzedawca, przyjemności darcia japy w poszukiwaniu potencjalnych kupców:
- Królikokrety? Żabojeże? Panie, tutaj znajdziesz wszystko, a nawet więcej! Zapraszam, zapraszam!
- Jedwab, wełna? A może tkaniny z Nehiru? Zapewniam, że lepszych w okolicy nie znajdziecie!
- Talizman na szczęście? Mądrość? Władzę? A może chcesz, panie, pozbyć się wroga? Talizmany, amulety, klątwy - wszystkiego bez liku! A wszystko za psie pieniądze!
Cóż, nie żebym nie wierzył temu ostatniemu czy coś, ale odradzam omijania tego stanowiska. Nie, nie, próbowałem nic takiego! No dobra, może kiedyś... Ale wtedy byłem głupi i naiwny! Teraz, jeśli szukałbym czegoś w podobnym stylu, szukałbym zdecydowanie bardziej dyskretniejszych sprzedawców. Tych, którzy stali niby z boku, a jednak wciąż blisko, tych, którzy odziani byli w płaszcza od czasu do czasu migając umowny znak czy ukazując spod peleryny jakiś symbol czy immunitet. Oj, uwierz mi, oni to dopiero mają cuda! Albo potrafią Cię skutecznie do tych cudów doprowadzić.
Dzisiaj jednak nic chodziło mi o nic takiego. Nie szukałem tutaj żadnego posiłku, nie szukałem zwierzęcia, ani nie próbowałem ruszyć za kolejną kuszącą tajemnicą. Zamiast tego minąłem po kolei każdy stragan, kiwając głową do jednego czy dwóch znajomych, a od czasu do czasu rzucając też dyskretne spojrzenia w kierunku środka placu. Dopiero, gdy udało mi się niemal w całości ujrzeć zdobiącą go fontannę przystanąłem na chwilę co spotkało się z dezaprobatą pozostałych ludzi, którzy stać wcale nie chcieli. Na moje nieszczęście oberwałem kilka razy z bara póki nie usunąłem się lekko w bok, a pozostali nie skorygowali ponownie swojej trasy, klnąc na mnie pod nosem. Tutaj nie było miejsca na postoje, tu trza iść albo zginiesz. Przecież każda chwila jest na wagę złota, a oni nie mogą się zatrzymać, pfy. Co Ty sobie myślisz?
Tutaj każdy się spieszy, każdy przepycha, a nieliczna straż od czasu do czasu rzuca okiem na całe towarzystwo. Ot, zwyczajny rynek w zwyczajny dzień.
- Idealnie. - mruknąłem, opierając się o pobliską ścianę i lekko uśmiechając.
Nie wypocząłem jednak długo bo wystarczył mi ledwie krótki czas, by ponownie przyjrzeć się tłumowi, który rzadko kiedy ktoś dbał o czyjąś, czy nawet swoją, przestrzeń osobistą, a niespodziewanie ponurą monotonię przerwał jakiś gwar i ruch. Ktoś wyraźnie i niestrudzenie przedzierał się przez tłum, nie kryjąc się w żaden sposób swoją obecnością.
- Ej, Finn, czyś Ty mnie właśnie śmiał obrazić? - przez hałas przedzierał się właśnie iście wyzywający głos.
- Skądże, Nick! - odkrzyknął długowłosy blondyn, którego czupryna właśnie wyłoniła się z tłumu, gdy wskoczył on na fontannę usadowioną w centrum placu. - Przecież jesteś moim najwierniejszych kompanem! Aż do śmierci! - mężczyzna gwałtownie gestykulował, by nagle opuścić ręce i ramiona, przybierając do tego iście poważną minę. - Nie możesz mi jednak zabronić życzyć śmierci komuś innemu.
- Finnie, Finnie, mój kochany druhu... - Drugi, mniejszy mężczyzna, również wszedł na fontannę, a jego głos przybrał ton podejrzanie miły. - Nie bronię Ci życzyć komuś śmierci. Ja, bym Ci nigdy niczego nie bronił przecież! - Jego słowa dalej brzmiały jak miód na uszy, ale słychać było zbliżającą się kulminację i w końcu ona nadeszła, a mężczyzna uniósł się gniewem. - Ale przed chwilą życzyłeś tej śmierci mi! - Nawet stąd dało się słyszeć wymierzony w przeciwnika policzek.
- Śmiałeś podnieść na mnie rękę, Finnicku?
- A i owszem, Finnicku Drugi.
- Zatem stań i walcz jak mężczyzna, Ty który odważyłeś się mnie obrazić! Nie śmiesz nazywać się Finnickiem! - Rozległ się szczęk wyciąganej w pochwy stali, a wkrótce potem dołączył się do niego drugi.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Finnicki, czy też Nick i Finn jak na siebie wołali, nie należeli do cechu błaznów czy komediantów, ale niejednego potrafili ubawić. No, a przynajmniej zająć czymś towarzystwo. Stąd też wyszła moja prośba do nich, by zjawili się na jarmarku i co nieco porozrabiali, gdy ja uzupełnię swoje zapasy.
Dlatego też, nie przysłuchując się dalszym pogróżkom słownym, bezszelestnie zanurzyłem się w tłum i rozejrzałem za odpowiednim celem. Patrzyłem zarówno po ubiorze jak i po rękach gdzie lśniły wdzięcznie pierścienie; sygnety rodowe, pamiątki rodzinne czy drobne podarunki od ukochanego. Zazwyczaj doskonale sprawdzała się tu zasada, że im ich więcej tym bogatszy ich właściciel, a i ja nie zamierzałem rezygnować z tego przekonania. Szybko znalazłem odpowiednio wyposażaną rękę i odpowiednio też zmniejszyłem ciężar z jakim musiał sobie radzić ten człowieczek. W końcu nie można pozwalać, by inni się przemęczali, prawda? Zwłaszcza, gdy chodzi o taką ciężką sakiewkę...
- Teraz tylko dajcie mi czas, by się ulotnić. - szepnąłem bezszelestnie, kierując moje myśli do chłopaków, którzy kończyli właśnie swoją walkę i szykowali się na ckliwy powrót do niegasnącej przyjaźni.
Długo też nie trwało nim moja ofiara zorientowała się o niespodziewanych brakach w jej majątku osobistym, a równie krótko zajęło jej rozgłoszenie tego po całym placu, ale ja właśnie opuszczałem rynek, a i moi kompani kierowali się w swoją stronę.
- Do zobaczenia wieczorem. - mruknąłem w ich stronę i z uśmiechem skierowałem się do pobliskiej tawerny gdzie mieliśmy się spotkać. W razie jakiś problemów nie udali się na miejsce bezpośrednio dlatego czeka mnie co najmniej kilka godzin samotnego popijania piwa w samotności. Ciekaw jestem czy znajdzie się dziś jakiś chętny do towarzystwa.

~~~~~~

Otworzyłem drzwi tawerny, a ludzie zachowywali się równie klasycznie jak zawsze. Podchmielone towarzystwo dalej darło się swoje, jak oni zwykli to nazywać, pieśni, wyzwiska czy gorące zapewnienia, szemrane towarzystwo przycichło na chwilę, uważnie lustrując mnie wzrokiem, a zagubiona reszta spoglądała na mnie tępo, szukając we mnie kompana. Ja jednak, nie zdejmując z głowy kaptura, skierowałem się w stronę lady, skutecznie ignorując spojrzenia innych i dając im tym samym do zrozumienia, że nie mam ochoty na rozmowy. Zamiast tego pochwyciłem tylko moje piwo i udałem się do kąta, nieopodal elfki, której widok nieco mnie zaskoczył.
Elfy, zwłaszcza pełnej krwi, z tego co wiem to rzadko ukazują się w tak hucznych miejscach, a tym rzadziej samotnie. Uniosłem lekko brew.
- Może i nie będzie tak nudno.

< Rah? No idea >.< >

czwartek, 2 listopada 2017

Od Rahelii do Naix'a

Błyszczało. Promienie słońca odbijały się od lekko falującej tafli wody, wypełniającej niewielkie koryto. Powolnie, kropla po kropli skapywała do niego z ulicznej studzienki. Każdy mieszczanin mógł napełnić tu swoją miarkę, misę czy wiadro. Takie było przeznaczenie tej wody. Jej źródło wiło się gdzieś pod miastem, bijąc wprost ze zbiornika, do którego wpływała też górska woda. Była orzeźwiająca. Czarnowłosa elfka poznała jej smak kilka dni temu i od razu wiedziała, że go pokochała. Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tego rodzaju wodą, a przecież w wielu miejscach już była.
Kobieta strząsnęła mokre dłonie, które jeszcze chwilę temu złożone w łódeczkę posłużyły jej do picia. Wytarła ręce w skórzane spodnie, co zaraz uznała za nierozsądne. Chłód natychmiastowo przeniknął przez ubranie. Temperatura z każdym dniem coraz bardziej spadała, deszcze nawiedzały krainę coraz częściej. Nadchodziły zimne dni. Już niedługo pewnie będzie można zaobserwować rozpalone, uliczne paleniska, ludzi tłoczących się jak najbliżej źródła ciepła i ponure stęki na temat pogody.
— Chodź Skarbie. — Kobieta zwróciła się z uczuciem do siedzącego obok dorosłego niedźwiedzia brunatnego, po czym ruszyła jedną z szerszych, brukowanych uliczek.
W mieście panował tłok. W końcu to stolica. Zjeżdżali się tu ludzie z całego państwa. Handlarzom nie mogło zabraknąć w tym miejscu klienteli, a i zarobki mieli większe, dzięki rozwijającej się turystyce. W Merkez najłatwiej było dostać ekskluzywne i egzotyczne produkty, co jeszcze bardziej zachęcało ludzi do wizyty w mieście. Szczególnie częstym widokiem byli mężczyźni, kupujący swoim lubym najrozmaitsze akcesoria, złote wsuwki, rubinową biżuterię, egzotyczne zwierzątka. Rahelia chłonęła wszystkie te widoki i zapachy, łączyła najróżniejsze doznania płynące z serca państwa. Polubiła to miejsce, choć ciągle toczyła spory pomiędzy sobą samą. Przywiązywanie się do tego wszystkiego nie miało najmniejszego sensu i rozsądek nakazywał trzymać się od tego z daleka, jednak serce wciąż biło mocno z każdym przebytym krokiem. Roztaczało ekscytację i uniesienie po całym ciele należącym do elfki.
Dwa dni temu przechodziła już tą ulicą, jednak ciągle spoglądała z zainteresowaniem na architekturę, na ludność, która ciągle gdzieś się spieszyła. Sposób, w jaki dekorowane były tutejsze budynki, małe kawiarenki i herbaciarnie kuszące swoimi aromatami. Dystyngowane panny o wysoko uniesionych głowach, z misternie upiętymi włosami i pudrowanymi polikami. Dostojni panowie, wiernie stojący u boków swoich pań, eksponujący swoją szarmancję i uroki. Bliżej rynku i targu pojawiało się również wiele atrakcji. Łatwo można było znaleźć szulerów, proponujących grę w Piotrusia czy Znajdź Królową. Toczone były walki psów i zakłady. Zawody na najsilniejszego człowieka. Najlepszego strzelca. Rozrywki wylewały się z tego miejsca.
Kobietę jednak te atrakcje aż tak nie interesowały. Mijała się z podobnymi rzeczami już kilkukrotnie, podczas swoich podróży. Ze dwa razy próbowała nawet hazardu, co za tym ostatnim mocno się na niej odbiło, przez co obraziła się już na zakłady pieniężne. Niedoświadczona płotka przegrała wtedy cały swój mieszek złota i została praktycznie z niczym. Teraz jednak interesowała ją inna majętność. Tutejsi władcy. W końcu królewski ród Krallów zamieszkiwał właśnie Merkez. Elfkę niewiarygodnie wręcz ciekawiło, w jaki sposób owa rodzina zachowuje się pośród swojego ludu. Wychodzą chociaż ze swojego zamku? Pokręciła głową. Na pewno to robią. Oni muszą przecież jeździć na różne polityczne spotkania i kontrolować kraj. A przynajmniej linia męska. Jak było z kobietami? Pozostawały zamknięte tak jak ona, kiedy jeszcze znajdowała się w domu rodzinnym? A może wręcz przeciwnie. Może zwiedzały świat, bawiły się na uroczystych balach. Ciemnowłosa wiedziała przecież jak wyglądało to od jej strony, kiedy ciągle posiadała jeszcze swój wysoki status, ale może nie wszędzie było tak samo. Nawet jeśli wciąż było to to samo państwo. W każdym mieście, w każdej rodzinie panować mogły inne reguły. Tylko czy najważniejsze persony kraju mogły pozwolić sobie na wolność i bezkarną zabawę..? Nie wiedziała. Choć często miała styczność z wysoko urodzonymi ludźmi, nigdy nie miała okazji na spotkanie z rodem władców. Ród Krallów był dla niej zakrytą kartą. Taką, której nigdy nie będzie dane jej odsłonić. 
Wczoraj kobiecie udało się w końcu wypełnić zlecenie, które dostała, jednak chciała spędzić tu jeszcze czas, nim wyruszy w drogę powrotną. Odnajdywanie przedmiotów zdecydowanie nie było jej ulubionym zajęciem. Zdecydowanie łatwiej wytropić coś, co żyje. Nawet jeśli się rusza i ucieka. Rzeczy martwe zwyczajnie leżą i czekają setkami lat, aż ktoś je zauważy... Poza tym, sama także często gubiła swoje rzeczy i choć sama była ich właścicielką, czasami nigdy ich nie odnajdywała.
Dziś z samego rana opuściła miejsce, w którym spędziła ostatnie sześć nocy. Tylko tyle opłaciła, bo początkowo nie zamierzała zostawać tu dłużej, ani też więcej czasu poświęcać na takie zlecenie. Kryształowy kamień zostanie zwrócony właścicielowi, za kilka dni. Panienka nie rozmyślała nad nim zbyt wiele. Nie w jej interesie była wiedza jak cenny może on być. Być może to sentymentalna pamiątka, ważna karta przetargowa lub magiczny przedmiot. Nawet jeśli była ciekawa przeznaczenia przedmiotu, nie należała do niej ta wiedza. 
Ponieważ wcześniej wynajęty przez nią pokój został już przez kogoś zajęty, postanowiła się przenieść. Do innej części miasta. Dzięki temu pozna jeszcze więcej.

Pewnym krokiem przekroczyła próg miejskiej tawerny. Drobiazg u jej boku. Spelunka posiadała swój mały tłumik stałych klientów i zapewne kilkoro przechodnych, tak jak Rahelia. Nimfetka pokonała spokojnie całą drogę aż do baru, gdzie spotkała się z zaskoczonym spojrzeniem, opasłego karczmarza, o długim, nie strzyżonym wąsie. Wszyscy obserwowali ją spod swoich kufli wypełnionych miodem i innego rodzaju alkoholem. W końcu co to za dziwna dziewka, która przychodzi do takiego miejsca, u boku mając dodatkowo niedźwiedzia? Obca. Mogąca być zagrożeniem.
— Pokój na trzy doby. — Zwróciła się do mężczyzny, używając swojego formalnego tonu.
Sprzedawca popatrzył wymownie na ciemnego stwora ocierającego się o udo kobiety.
— Zwierząt nie przyjmujemy. — Kwaśny odór wydobywający się z jego ust dotarł do nozdrzy dziewczyny, na co się skrzywiła.
— Dopłacę. — Zniżyła głos do szeptu. Nie chciała ponownie zostawiać swojego wychowanka na pastwę wielkich, leśnych much.
Wyjęła z wnętrza swojej tuniki mieszek złota i upuściła na stół. Monety znajdujące się wewnątrz zabrzęczały radośnie, a oczy karczmarza zabłysły mocniej od złota. Usłyszała jak ciężko przełyka ślinę, przez swoją grubą, obrośniętą skórą szyję. Pochwycił woreczek i skinął energicznie głową, dając znak, by spotkali się za tawerną. Tam gospodarz poprowadził ją do pokoju wraz z jej misiem. Poruszali się przejściem dla personelu, by nikt nie zauważył kroczącego z nimi drapieżnika. Ledwo kobieta przekroczyła próg swojej tymczasowej komnaty, a mężczyzna już zniknął, biegnąc na powrót do swojej gospody.

Wieczorem elfka zeszła na dół. Niedźwiedź musiał zostać w pokoju. W gospodzie zdecydowanie przybyło więcej ludzi, niż jeszcze w południe. Większość ław była pozajmowana, a ludzie głośno ze sobą rozmawiali. Tropicielka podeszła do baru, gdzie tym razem prócz karczmarza, pracowała także kobieta. Obfity biust podskakiwał jej przy każdym ruchu, a rumiane policzki wabiły podchmielonych już mężczyzn po więcej piwa. Kobieta zamówiła dla siebie ciepły posiłek i kufel miodu.
Po chwili siedziała już przy jednym z wolnych stołów i posilała się potrawką z królika. W trakcie jedzenia, jej uwagę przykuła rozmowa toczona przy sąsiednim stoliku.
— Zobaczycie, jak go złapią to nie tylko rąk ale i głowy go pozbawią! — Zaśmiał się jakiś mężczyzna.
— Ja to bym go przed tym jeszcze jajek pozbawił! — Ryknął inny, przebijając sztyletem jakiś papier. Dopiero po chwili Rahelia uświadomiła sobie, że jest to list gończy. Była jednak zbyt daleko, by dostrzec wyrysowaną na nim twarz, oraz co najważniejsze, możliwą nagrodę. — Wczoraj okradł moją kuźnię, a jeszcze szczyl mignął mi przed oczami jak odcina czyjąś pełną sakwę!
Kobieta tak się zasłuchała, że nawet nie spostrzegła, kiedy zamówiła drugi kufel miodu i powolnie go sączyła.
— Zgłosiłeś to żołnierzom?
— A oczywiście! Łajdaki! Myśleli, że zmyślam, żeby tylko dostać złoto!
W głowie powoli zaczynało jej huczeć, jednak wciąż uparcie starała się cokolwiek po kryjomu dosłyszeć. Ile mogłaby dostać za czarną plamę, która oszpeca obraz stolicy? 

Naxiu? :3