Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niespodziewany obrót wydarzeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niespodziewany obrót wydarzeń. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

Od Lexie do Madelyn

Rozumiem - odparła tamta. - Więc lepiej nie będę się naprzykrzać. 
- Lepiej nie wchodzić pod kopyta koniom, gdy trwają łowy - przyznała Lexie. - Życzę miłej podróży i owocnego handlu, panienko.
- Tobie również powodzenia w poszukiwaniu zaginionego rumaka. - Uśmiechnęła się przyjaźnie, opuszczając las. 
Tak, odnalezienie wierzchowca powinno być dla Lexie priorytetem. A potem samego księcia. I dopilnowanie, by na pewno nic mu się nie stało. Ruszyła w zarośla do miejsca, gdzie jego wysokość spadł ze swojego rumaka. Nie była łowcą, nie będzie łatwo podążać za śladami kopyt. Pamiętała za to mniej-więcej w jakim kierunku tamten się udał. Licząc na szczęście, zapuściła się głębiej w las, uważnie wypatrując gniadej sierści ogiera.

KONIEC WĄTKU

czwartek, 15 marca 2018

Od Lexie do Madelyn

  Gwardzistka zaprzeczyła ruchem głowy. Z policzka cienkim strumyczkiem ciekła jej krew, jednak zdawała się tego nie zauważać. Powolnym ruchem zarzuciła włócznie na ramię.
- Ale jesteś na moich ziemiach! – ignorując zakończenie wypowiedzi nie przestawał się gorączkować książę. Gdyby wciąż był na ziemi pewnie tupnąłby nogą. A gdyby Lexie miała się z kim założyć, pewnie nie dałaby swemu panu więcej, jak minutę, zanim wpadnie na pomysł, żeby kazać jej aresztować nieznajomą. Ta myśl nieco ją ocuciła. Szczególnie, że kot nieznajomej nie wyglądał na takiego, który chętnie daje się pojmać.
- Zgadza się i dlatego… - jednak gwardzistka nie dała jej dokończyć, odwracając uwagę młodzieńca od przybyszki.
- Wasza wysokość, jeśli zbyt długo tu zabawimy ominie cię całe polowanie – zauważyła, odwracając się bokiem do Madelyn i jej kota oraz bokiem do Floerina, by nie okazać zbytniego braku szacunku i mieć na oku potencjalne zagrożenie.
- Masz rację, nie mam czasu żeby marnować go na pospólstwo – powiedział dumnie książę, zadzierając nosa. Lexie w skrytości ducha marzyła o chwili, w której wróci do Mirajane. Księżniczka była sto razy bardziej znośna, niż jej młodszy brat. – Odeskortuj to dziecko do miasta. Nie chcę, żeby znów przeszkodziła MI w polowaniu.
- Oczywiście, wasza wysokość – strażniczka skłoniła się i pozostała zgięta, dopóki młodzieniec nie zniknął w buszu. Wtedy wyprostowała się i zwróciła do przybyszki. Oceniła ją spojrzeniem, po czym skłoniła się lekko, sztywno.
- Zapraszam ze mną, Madelyn z rodu Rosenthal – Lexie gestem wskazała kierunek, z którego jeszcze niedawno przybyła wraz z uczestnikami polowania. W gruncie rzeczy była zadowolona, że choć na chwilę pozbyła się towarzystwa irytującego księcia i to pod pozorem wykonywania jego własnych rozkazów.
  Dziewczynka podeszła do gwardzistki, a jej ryś podążał za nią, ze zjeżoną sierścią. Zamiast jednak wyminą strażniczkę i pójść we wskazanym przez nią kierunku, Madelyn zatrzymała się przed nią i sięgnęła do jej policzka, by zetrzeć krew. Lexie się nie poruszyła, nie do końca wiedząc, co powinna w tej sytuacji zrobić.
- Rany zrobione przez zwierzęta są szczególnie niebezpieczne – powiedziała miękkim, dobrym głosem zaklinaczki dzikich bestii. – Powinnaś to odkazić.
- Wezmę to pod uwagę – odpowiedziała szorstko gwardzistka. – A teraz naprawdę powinniśmy już iść.
  Zaklinaczka skinęła głową i ramię w ramię ruszyły powoli przez gęsty las.  Kot postępował za nimi, a Lexie czuła nieustającą wrogość i wzrok zwierzęcia na plecach. Pomyślała z niepokojem, że gdyby nie interwencja dziewczynki być może tej potyczki by nie przeżyła. 
  Madelyn była dość spięta, co strażniczka zauważyła z niejakim zdziwieniem. Nie wyglądała na nieśmiałą, gdy stawiała czoła księciu. A jednak teraz milczała, przez co na raz i Lexie zaczęła czuć się niezręcznie, przerwała więc milczenie:
- Co sprowadza panienkę do Leoatle z tak odległych stron jak Aranaya? – spytała, gdyż nic bardziej inteligentnego nie przychodziło jej do głowy.
- Jestem podróżnikiem – wyznała dziewczynka. – Poza tym byłam w mieście, żeby sprzedać dywany.
- Jesteś handlarką?
- Bardziej… tkaczką – odparła. No tak, handlarka miałaby ze sobą jakiś kram lub wózek z towarem, pomyślała gwardzistka. – Mogę poznać twoje imię?
- Lexie E’eian z Tehali – przedstawiła się dziewczyna. Prawdę mówiąc kompletnie jej z głowy wyleciała ta drobna uprzejmość. Zwykle gwardziści nie potrzebowali imion tak długo, jak długo właściwie wypełniali swoje obowiązki. 
- Także też jesteś z daleka – zauważyła podróżniczka, nie przestając się uśmiechać.
- To prawda – przyznała Lexie i zamilkła. 
  Zbliżali się już do skraju lasu. Mogły już ujrzeć zarysy pierwszych zabudowań. Było spokojnie, łowcy najwyraźniej byli już daleko, daleko w jego głębi. Strażniczka poczuła się prawie jak na spacerze po domowych lasach i nie była pewna, czy jest to dobre uczucie. Gdy wreszcie dotarły do granicy drzew, Lexie się zatrzymała i po raz pierwszy od spotkania z dziewczynką uśmiechnęła, choć nie był to tak czysty i piękny uśmiech jak Madelyn. Był raczej cierpki.
- Ufam, że dalszą drogę odnajdziesz sama – oznajmiła, poprawiając bezwiednie włócznię na ramieniu.
- Kiedy skończy się polowanie? – zapytała podróżniczka.
- Prawdopodobnie do zmierzchu – po sekundzie namysłu odpowiedziała gwardzistka. – Chyba, że wydarzy się coś niespodziewanego. Jak na przykład zaginięcie książęcego rumaka – ostatnie powiedziała już do siebie, znacznie ciszej i westchnęła. Wiedziała, że jeśli koń się nie odnajdzie wina zapewne spadnie na nią. Właściwie powinna chyba go poszukać, jednak wątpiła, by odnalezienie wierzchowca w tak dużym lesie było wogle możliwe.
(Madelyn?^^)

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Madelyn do Lexie

Leoatle jak zawsze zachwycało swoim pięknem. Udało mi się zawędrować tu już raz, jakieś dwa lata temu - do tej pory bez trudu mogłam odtworzyć widok słońca pląsającego wesoło po prędko przemykających falach, które jak białe rumaki z rozbryzgiem piany uderzały o piaszczysty brzeg - obraz ten od razu stawał mi przed oczami, gdy tylko je zamykałam, jakby ktoś namalował mi go na wewnętrznej stronie powiek. Nie mogłam się już doczekać, aż znowu tam zajrzę - nie tylko ze względu na piękno morza, ale te wszystkie... kolory. Całe miasto żyło barwami, jakby jego serce ciągle śpiewało pieśni pochwalne na swoją cześć. Jakby przed wiekami, gdy anioły malowały świat, upuściły kilka farb na Leoatle - tu nawet bure czy szare rzeczy zdawały się składać na tęczę tego wszystkiego. Istoty ze wszystkich stron świata przechadzały się tymi tłocznymi ulicami - wiedźmy na rynku targowały się o cenę dorszy z ludźmi, zazwyczaj wysuszonymi przez słońce, starszymi rybakami, a jakiś minstrel wyglądający na elfa zabawiał właśnie hałastrę pociesznie wyglądających dzieciaków. Żonglował równocześnie ośmioma kulami, a na głowie trzymał butelkę, która leciutko się chwiała przy każdym odbiciu następnej kolorowej piłeczki. Przystanęłam na chwilę, obserwując z ciekawością popisy mężczyzny. Maku prychnął za to, wyraźnie zniecierpliwiony.
~ Nie uwiniemy się z tym do zachodu słońca,jak będziesz przystawać przy wszystkim ~ uniósł przy tym łebek, mrużąc oczka - słońce porządnie dawało się we znaki.
- Ale to jest niesamowite! - odparłam z lekkim uśmiechem. - Zobacz, ja ledwo sobie radzę z dwoma!
~ Wystarczy, jak poradzisz sobie z dwoma tkaninami do sprzedania ~ w jego głos wkradł się wyraźnie kąśliwy ton.
- Jeszcze sekundka, zgoda? Będzie dobrze, tu wszystko rozchodzi się jak świeże bułeczki. A nie widziałam nikogo z tkaninami, więc na pewno będzie dobrze.
~ Co może znaczyć, że nie chcą tu ludzie ich kupować ~ skomentował sucho. ~ Albo w okolicy są jakieś zaufane tkaczki, które mieszkają tu na stałe.
- Ostatnio jak tu byliśmy, wszystko poszło świetnie - przewróciłam oczami, ale wycofałam się z tłumu, rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie na żonglującego młodzieńca, który nadal utrzymywał doskonałą równowagę.
***
Przeciągnęłam się szeroko, wydając z siebie przeciągłe, pełne zadowolenia ziewnięcie. Słońce dopiero co zaczęło zachodzić - tłumy ludzi, bynajmniej nieśpieszących się do domu, szybko sunęły przez ulice - każdy wiedział konkretnie, za czym się rozgląda, by nie przepaść w tym gwarze.
- Widzisz, jak szybko poszło? - uśmiechnęłam się do rysia, lekko skacząc po kamieniach, jakimi wyłożona była droga.
~ Akurat mamy czas na znalezienie noclegu ~ przytaknął.
- A i możemy to zostać dłuższy czas, biorąc pod uwagę zainteresowanie. Tamta kobieta powiedziała, że chętnie znalazłaby mi zajęcie na dłużej.
~ Nie wytrzymasz tu ~ uśmiechnął się.
- Hmm - przez dobrą chwilę milczałam. - Myślę, że nie miałabym nic przeciwko, byśmy tu zamieszkali na parę tygodni. Każdemu przyda się czasem trochę spokoju, a tu może wpaść sporo grosza. Potem może odwiedzimy dom?
~ Musielibyśmy przejść całe Merkez ~ zauważył.
- Mamy czas! Pierwszą noc spędźmy w lesie nieopodal, zgoda? Jutro rozejrzymy się za jakąś gospodą. Lubię morze, ale zaczynam już tęsknić za drzewami.
Ryś skinął lekko łebkiem i dumnym, sprężystym krokiem zaczął iść w stronę jednego z większych skupisk drzew w całym Leoatle - w tej krainie nie było, niestety, zbyt wielu lasów, które były dla nas czymś na kształt środowiska naturalnego, namiastki prawdziwego domu.
Spokój, cisza, zapach żywicy - gdy szłam dróżką wyścieloną liśćmi wymieszanymi z igłami, zdawało mi się, że nic nie może zburzyć tej magicznej, świętej wręcz chwili. Zachodzące słońce przemykało przez drzewa jak figlarne dziecko bawiące się w chowanego. Cały las zdawał się napawać swoim pięknem, składać samemu sobie ofiarę z ciszy. Tylko świergotanie ptaków udowadniało, że czas w ogóle płynie...
Dopóki nie postanowili wtrącić się ludzie. Od razu było wiadome, że to oni, nawet jeśli tętent kopyt i ujadanie psów prawie zagłuszało pokrzykiwania ludzi. Na całe szczęście, zdawali się podążać w inną stronę, niż my, co nie zmieniało faktu, iż słyszeliśmy ich coraz wyraźniej.
Polowanie, to oczywiste. Nie tylko dla mnie, ale i dla Maku, który nagle cały się spiął - niegdyś prawie padł ofiarą takich łowów i od tego czasu reagował agresywnie na każdą taką grupę.
- Maku, nie! - spróbowałam złapać przyjaciela, ale ten zręcznie mnie wyminął i ruszył do przodu, skacząc z przewalonego pnia na stertę liści.
- Nie! - krzyknęłam znowu, biegnąc za rysiem. Ten jednak znacznie mnie wyprzedzał, nawet gdy przybrałam formę łani, w jakiej mogłam dużo szybciej pokonywać dzielący nas dystans. Przyjaciel nigdy nie panował nad sobą w takich sytuacjach.
Odgłosy walki. Dobrze znane mi prychnięcie. Wskoczyłam znowu w postać człowieka, pokonując ostatnie zarośla, które jak na złość zdawały się mnie trzymać.
- Maku! Wracaj tutaj!
Tym razem zdawało się, że moje słowa dotarły do rysia - kłapnął szczękami tuż przed twarzą jakiejś kobiety i zszedł z jej klatki piersiowej, zajmując ponownie miejsce przy moich nogach.
Mężczyzna siedzący na potężnym koniu, odziany w dużo bogatsze szaty, niż większość mieszkańców Leotle, obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem. Coś w tym wzroku zmuszało mnie do pokorności, wyprostowałam jednak dumnie plecy i uniosłam głowę.
- Ty, to twoja bestia? – zakrzyknął, podnosząc głos znacznie bardziej, niż to konieczne. – Lepiej trzymaj ją na łańcuchu. Tu trwa polowanie!
- Proszę o wybaczenie, panie - skinęłam lekko głową. - Jak również i o ściszenie głosu. To las, nie festyn, należy uszanować jego pragnienie spokoju...
- Jak śmiesz mówić tak do księcia! - kobieta, którą zaatakował Maku, zwróciła się do mnie z wyraźną naganą.
- Z całym szacunkiem, na jaki mnie stać, jestem jednak wędrowcem, nie poddaną - ponownie skłoniłam lekko głowę, nie zamierzałam jednak korzyć się przed ludźmi, którzy do tego stopnia zakłócali ciszę lasu. - Madelyn z rodu Rosenthal, mieszkanka Aranayi. Czy Maku nic ci nie zrobił? Przepraszam za niego.

< Lexie? >

piątek, 2 marca 2018

Od Lexie do Madelyn

  Ujadanie psów rozdarło jak błyskawice ciszę lasu. Zaraz za nimi w zielony busz wtargnął tętent kopyt i wesołe rozmowy mężczyzn o wcześniejszych polowaniach. Wyjątkowe poruszenie wywołał również fakt, że na wyprawie jest również para synów królewskich. Król Reiss po raz pierwszy wziął swoje latorośle na łowy, mimo że obaj chłopcy mieli już po 19 lat. Lexie trzymała się blisko młodszego z bliźniaków, o bardziej wybuchowym charakterze, żeby w razie potrzeby móc interweniować. Zwykle zajmowała się ochroną ich starszej siostry, jednak tym razem na polecenie króla musiała zostawić swoją panią. I może dobrze się stało, że Mirajane nie lubi polowań. Kontrolowanie jej bohaterskich zapędów mogło okazać się trudne w sytuacji, w której książę Floeran również wpadłby na jakiś głupi pomysł.
- Rhydian złapał trop, miłościwy panie! – krzyknął jeden z psiarzy i nagonka ruszyła.
  Koń gwardzistki galopował tuż za wierzchowcem księcia i już po chwili w zielonej głuszy kobieta nie widziała nikogo, poza młodzieńcem. Jazgot psów dobitnie mówił im, w którym kierunku zmierzać, nie było więc potrzeby kontakty wzrokowego.
  Wtem z przodu wywiązało się zamieszanie, podniosły się krzyki. Floeran słysząc to spoił konia ostrogami i wychylił się, usiłując coś dostrzec. W tym momencie masywna gałąź zwaliła go z konia, który pogalopował dalej bez jeźdźca. Gdyby nie błyskawiczna reakcja Lexie to byłoby księcia ostatnie polowanie. Kobieta osadziła swojego ogiera w miejscu i zeskoczyła z siodła, by pomóc swemu panu wstać. Młodzieniec jednak podniósł się sam, patrząc z nieskrywaną wyższością na gwardzistkę i wymamrotał coś o niedorzeczności drzewa liściastego w borze sosnowym.
  W istocie las, w którym rozgrywało się polowanie był lasem mieszanym, czego jednak strażniczka zdecydowała się nie zauważać. Zaoferowała księciu swojego wierzchowca z fachowym, lodowatym wyrazem twarzy, gdy z zarośli wypadł na nich jakiś pomarańczowy kształt. Lexie, działając tylko na wpół świadomie, zasłoniła Floerana swoim ciałem, jednocześnie płynnie zrzucając włócznie z ramienia i zataczając nim półokrąg, dążący na spotkanie kształtu. Kotowaty został uderzony w bok i na chwilę wywrócony. Ryś prychnął i ponownie rzucił się na gwardzistkę.
- Nie! – krzyknął ktoś, kto dopiero teraz pojawił się na scenie.
  Lexie zasłoniła się włócznią przed pazurami i kłami lecącej bestii, po czym obie postacie – ludzka i kocia, potoczyły się splecione w morderczym pojedynku o życie.
- Maku! Wracaj tutaj!
  Szczęka kotowatego jeszcze raz kłapnęła tuż przed twarzą strażniczki i ciężar na jej piersi ustąpił. Kobieta zebrała się z ziemi.
- Ty, to twoja bestia? – zapytał dumnie książę. – Lepiej trzymaj ją na łańcuchu. Tu trwa polowanie!
(Madie? Nietypowy początek, a w każdym razie bez bezpośredniego wpadania na siebie, jak to zwykle bywa XD)