Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa kronika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa kronika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 marca 2018

Od Vanitasa do Juliette

Westchnąłem cicho, na powrót znajdując się na kanapie. Jakoś nie specjalnie miałem ochotę iść spać... Protesty mojego przeczucia, również krzyżowały wszelakie plany związane z tą czynnością. Błękitny księżyc, który tej nocy wzniósł się na niebo - nie może symbolizować niczego dobrego. Podparty o wyciągnięte, obie dłonie, dosłownie wyczekiwałem pierwszego, lepszego telefonu. Dam sobie rękę uciąć, jeśli dzisiaj rzeczywiście nie będę zmuszony zarwać nocki.
Przymknąłem oczy. W sumie, nie zważając na to... Powinienem mieć chwilę, by się przespać. Oparty o milutką poduszeczkę, odetchnąłem głośno. Doprawdy, nie minęła minuta od momentu mojego postanowienia, a już w kieszeni wyczułem znajome wibracje i znajomy dzwonek. Kiedyś, doprawdy zwariuję... O ile jeszcze jestem w miarę normalny. Dorwałem do siebie ów przedmiot, w momencie odbierając. Bez zbędnego gadanie, zostało mi podane miejsce przebywania wampirka. Jak zdążyłem dosłyszeć - młodej córki, jakiegoś krwiożerczego starca. Ach, dlaczego te pozornie inteligentne istoty, nigdy nie chcą przyjmować czyjejś pomocy... Szczególnie ze strony tak wspaniałego lekarza, który w mniej niż pięć minut, upora się z nawiedzającym ich ciała demonem. "Nie przemówisz nikomu do rozsądku" - mruknąłem do siebie w myślach, przechodząc do przedpokoju. Na powrót, powinienem być w przeciągu mniej niż godziny, więc obejdę się bez zbędnego zawracania głowy, zapewne śpiącej dziewczynie. Będąc już przy wyjściu, szybko zarzuciłem na siebie ciemny, workowaty płaszcz. Ruszyłem dosyć żwawym krokiem, w kierunku dobrze znanego placu. Podobno, właśnie na jego strefie, zmysły młodej kobiety zostały pochłonięte przez mrok. Na całe szczęście, miejsce zdarzenia nie znajdowało się zbyt daleko, więc w ciągu piętnastu minut byłem w okolicy wskazanego placu. Rzeczywiście, kobieta znajdowała się w opłakanym stanie... Niestety, w tym bardziej negatywnym znaczeniu. Oczy jasnowłosej, przypominały w tym momencie dwie, ciemne i puste w swej naturze dziury, ociekające obsydianową cieczą. Równie charakterystyczny, jeśli chodzi o tą formę, jest szeroki, równie szkarłatny uśmiech, wymalowany na twarzy ofiary. Dostrzegając nagły atak ze strony ciemnej postaci, momentalnie wtrąciłem się pomiędzy demona, a śmiertelnie przerażonego ojca. Mozolnie poruszająca się dziewczyna jakby oszołomiona, gwałtownie odskoczyła do tyłu. Platynowłosa praktycznie krztusiła się swym śmiechem.
- Proszę się nie martwić o córkę, nic jej nie będzie. - rzuciłem jedynie w stronę stojącego za mną mężczyzny, dobierając się po chwili do swej Księgi. Korzystając z nieudolności Szarlatana, któremu udało się przejąć władzę nad ciałem niewiasty, od razu wyciągnąłem przed siebie przedmiot. Kartki, jakby samoczynnie, pod wpływem niewidocznej mocy, przewróciły się i zatrzymały na jednej ze stron. Uśmiech mimowolnie wpłynął na mą twarz, gdy dane mi było ujrzeć to jedno, trafne nazwisko. Oślepiający jej istotę blask, w momencie wydobył się z głębi trzymanego przeze mnie przedmiotu. W takich przypadkach, dla pochłoniętych mrokiem i fałszywym imieniem... Rozwiązaniem jest oświecenie i przywrócenie prawdziwego nazwiska. Zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, jedna z dłoni dziewczyny, przybrała postać równie ciemnego ostrza, co jej ślepia. Nawet nie zorientowałem się, w którym dokładniej momencie zetknęło się ono z mą ręką, w której przytrzymywałem księgę. Syknąłem cicho z bólu, za wszelką cenę starając się utrzymać ją w dłoni.
- Shiro! Zgadza się, to imię idealnie odzwierciedla duszę istoty, o tak jasnych i zapewne przepięknych oczach... - oznajmiłem w pewnym momencie, nagle, robiąc kolejne kroki ku dziewczynie. Wyciągnąłem w momencie obie ręce w jej stronę, patrząc, jak szkarłatny cień, odchodzi wraz z powiększonym, wydostającym się z ciemnych stron blaskiem.
- M-Moje imi-ię... - wydukała, powracając do swego pierwotnego stanu, przy tym robiąc nieduże kroki w mym kierunku. Po chwili, pozwoliłem oprzeć się jej zapewne wyczerpanemu organizmowi, o moją osobę. - D-Dziękuję... - dodała również, swój dotychczas spuszczony wzrok, unosząc na przyglądającemu się całemu zdarzeniu ojca. Nie czekając na zbędne formalności z ich strony, praktycznie, udało mi się zniknąć tak szybko jak się pojawiłem. Robota niezbyt brudna, a tak wliczająca się w moje lekarskie statystyki! Co mnie interesuje fakt, że nikt ich nie sprawdza... Przynajmniej podsycam swe samowystarczalne ego.

Ziewnąłem głośno, przechodząc przez drzwi wejściowe domu. Odrzuciłem szybko płaszczyk na wieszak, nadzwyczaj wyczerpany zbliżając się do oddalonej o kilkanaście metrów kuchenki. Ponownie zagotowałem wodę, szykując się do zaparzenia sobie kolejnej dawki kawy. Moje zachowanie można mylić jedynie z uzależnieniem, szczerze mówiąc...
Wzdrygnąłem się nieco, słysząc skrzyp schodów za sobą. Błyskawicznie zwróciłem się ku dziewczynie, która przebrana w nieco luźniejsze ubrania, powoli schodziła na dół. Przechyliłem pytająco głowę, oparty plecami o blat.
- Przykro mi, jeśli panienkę obudziłem. - wtrąciłem niemalże od razu, gdy jej stopa zetknęła się z równą podłogą.
- Nie spałam. Prysznic nazbyt mnie pobudził. - wyjaśniła krótko, robiąc przy tym kilka kroków w moją stronę. - A dlaczego ty nie śpisz? - dopytała, opierając się o jedną z framug przejścia.
- Praca, praca, praca... - westchnąłem, wzruszając z lekka ramionami. Przeskanowałem dziewczynę od góry do dołu, swym badawczym wzrokiem. Ciekawa umiejętność, dzięki której może "od tak" zmieniać swój ubiór... - No cóż, jak na faceta przystało, muszę dotrzymać panience towarzystwa! - dodałem, przytrzymując obie dłonie, w okolicy bioder.
- Chyba jest pan zmęczony... - usłyszałem po chwili z jej strony. Zaśmiałem się głośno, kątem oka spoglądając na swą mocno rozdartą rękawiczkę. Ach, bywały większe rany w moim wykonaniu... Coś takiego nie powinno sprawić problemów, w zdecydowanym zignorowaniu.
- Zapraszam, na wspólne nudzenie się w lepszym do tego celu miejscu... - machnąłem na nią z lekka dłonią, pozostawiając czajniczek samemu sobie i ruszając jako pierwszy, ku schodom. Po drodze zgarniając płaszczyk, wybyliśmy ostatecznie na górne piętro, gdzie w dobrze ukrytym na suficie miejscu, spostrzec można było wpasowane drzwiczki. W momencie otworzyłem je, tym samym, ukazując przed naszymi oczami, przejście na dach domu. Chodź drabinka liczyła sobie około dwudziestu schodków, w miarę szybko przedostaliśmy się prosto, do wybranego przeze mnie miejsca. Kątem oka obserwując, wpatrzoną w widoki dziewczynę, zarzuciłem na jej osobę swoją narzutę. Z widocznym uśmiechem, położyłem się na dachówce, ignorując możliwość przesiąknięcia swych ubrań brudem. I tak miały iść do prania... Raz się żyje!
- Może opowiem panience jakąś historyjkę na dobranoc? - podpytałem, przy tym w momencie ściągając ze swych dłoni, niezdatne do niczego rękawiczki. Odrzuciłem szmatki na bok, po czym przyjrzałem się dokładniej ręce. "Uporczywe stworzenia nie zgłaszają się na badania okresowe, a później lekarz musi cierpieć..." - powiedziałem do siebie w myślach, spoglądając ponownie na Yui. - Mogę posłużyć jako poduszka, jeśli sobie panienka tego życzy~
<Juliette? :3>

środa, 21 marca 2018

Od Juliette do Vanitasa

Szczerze mówiąc, nieco zaskoczyło mnie to pytanie.
- Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam... - przyznałam -chyba dzięki temu czuję się... wolna. Żyję według własnych schematów i nikt nie ma nic do gadania w tej kwestii oprócz mnie. - zdecydowałam, że w tym momencie należało przerwać. Nie lubiłam wspominać mojego dzieciństwa, a co dopiero o nim rozmawiać. Jeżeli miałabym dalej pociągnąć tą odpowiedź, mogłabym się zagalopować, do czego dopuścić nie chciałam.
Musiałam się pilnować zwłaszcza w nocy, kiedy to ludziom o wiele ciężej przychodzi zakładanie masek. Mnie także.
- Ciekawe... pogoń za wolnością, hm?
- Dokładnie - kąciki moich ust powędrowały ku górze.
Poczułam zmęczenie przejmujące kontrolę nad moim ciałem i mimowolnie ziewnęłam. Vanitas zaśmiał się cicho, po czym wstał i gdzieś poszedł, najprawdopodobniej przygotować dla mnie miejsce do spania. Miałam nadzieję, że pomieszczenie nie będzie zbyt małych rozmiarów, zważając na moją fobię.
Zdarzało mi się spać u różnych ludzi i w różnych miejscach, jednak dzisiaj czułam się bardziej nieswojo niż zwykle. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że przeczuwałam, że z osobą taką jak Vanitas mogłabym się szczerze i mocno zaprzyjaźnić.
Dźwignęłam się na nogach i podeszłam do sporych rozmiarów okna. Widok z niego rozciągał się na pobliski park, jednak niebo, gwiazdy i księżyc nie były zasłonięte przez drzewa. Westchnęłam cicho, uniosłam rękę i niewidoczną linią zaczęłam łączyć ze sobą gwiazdy, a łączenia te po chwili zaczęły przybierać postać gwiazdozbiorów. To samo niebo oglądałam z różnych miejsc na ziemi, a ono, niby identyczne, zawsze wyglądało inaczej.
Po dłuższej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok, następnie usłyszałam zbliżające się kroki.
- Jeżeli panienka chce, mogę ją zaprowadzić do sypialni - posłał w moją stronę ciepły uśmiech. Ja w odpowiedzi jedynie skinęłam głową, po czym ruszyłam za mężczyzną w stronę ciemnych, drewnianych schodów.
Poddasze było sporych rozmiarów, urządzone w podobny sposób jak dół. Widoczne były pewne różnice, takie jak rozmieszczenie pomieszczeń. Korytarz, o wiele szerszy niż ten, który widziałam po wejściu do domu, stanowił przejście do trzech innych pomieszczeń, znajdujących się za drzwiami.
- Pierwsze drzwi po lewej to panienki sypialnia, a tam - wskazał koniec korytarza - znajduje się łazienka - spojrzał na mnie i uśmiechnął się, jak zwykle z resztą.
- Dziękuję - odwzajemniłam gest. Chłopak otworzył przede mną drzwi i gestem ręki zaprosił do środka. Niepewnym krokiem weszłam do środka, uważnie się rozglądając.
Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że pokój należał do tych większych, dzięki czemu znacznie mi ulżyło. Posiadał także sporych rozmiarów okno, podobne do tego w salonie. O wiele lepiej widać było z niego nocne niebo, otóż znajdowało się wyżej. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Zostawię cię samą - wyszedł i zamknął za sobą drzwi, a po chwili usłyszałam, jak schodzi ze schodów. Odczekałam jeszcze moment, po czym szybkim krokiem przemieściłam się do łazienki, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Na stoliku przy prysznicu leżały świeże ręczniki.
Jednym zaklęciem pozbyłam się swoich ubrań, po czym weszłam pod gorący strumień wody. Zmrużyłam oczy, czując, jak woda spływa po moim ciele, pozostawiając po sobie przyjemne uczucie ciepła. Po dokładnym wyszorowaniu skóry i włosów wyszłam z kabiny owinięta ręcznikiem.
Stanęłam przed zaparowanym lustrem i przetarłam je wierzchem dłoni, by zobaczyć w nim swoje odbicie. Dzięki magii już po chwili miałam na sobie czarne leginsy i długą, luźną koszulę.
Po uchyleniu okna i posprzątaniu po sobie po cichu wróciłam do sypialni. Dzięki prysznicowi obudziłam się na tyle, że w tym momencie ani trochę nie chciało mi się spać. Zgasiłam więc światło, przysiadłam na parapecie i jak zahipnotyzowana wlepiłam wzrok w niebo. Czynność ta uspokajała mnie, sprawiała, że czułam się bezpieczniejsza, ale także zdarzało się, że zaczynała mnie po dłuższym czasie nudzić.
Teraz, zamiast wpatrując się w gwiazdy zaczęłam zastanawiać się, co takiego porabia Vanitas.

Vanitas? :3

wtorek, 20 marca 2018

Od Vanitasa do Juliette

Westchnąłem cicho, nie potrafiąc odwrócić wzroku od tego przepięknego srebrnego globu. Przeczucie mnie nie myliło, właśnie tej nocy wschodził na niebo, przepiękny, połyskujący niebieskim kolorem, księżyc, którego blask jest tak bliski mojej osobie... A w zasadzie, poczwarze, która zrzuciła na mnie swe imię, Księgę oraz parę innych, cech charakterystycznych.
- Czyli ty również, uwielbiasz noc? - podpytałem, spostrzegając widoczne gołym okiem, zainteresowanie kierowane w stronę gwiazd, ze strony białowłosej dziewczyny. W ciszy odpowiedziało mi, jedynie jej delikatne skinięcie głową. Dobrze, że w naszym delektowaniu się nocnym niebem, nie mogło nic przeszkodzić... Jakby to mogło być, w przypadku przyglądania się dziennym przestworzom. Wtedy, ruch na ulicach jest o stokroć gorszy, szczególnie, w godzinach szczytu... Czując na sobie, z lekka omiatające moją osobę spojrzenie Yui, mimowolnie cały się spiąłem. Huh, racja, w końcu - bez mojego przecudownego płaszczyka, "na jaw" wychodzą pewne drobiazgi, dotychczas pod nim ukryte. Zaśmiałem się mimowolnie, również przenosząc spojrzenie na towarzyszkę i jej kota.
- Naprawdę, wyglądam aż tak dziwnie? - podpytałem, jakby nigdy nic, poprawiając przewiązaną pod szyją kokardę. Dziewczyna, jakby chcąc upewnić się, czy wzrok jej nie myli, ponownie zmierzyła swymi ciemnymi oczami moją postać.
- Jak broń mogłabym jeszcze zrozumieć, tak zastanawiam się, po co ci ta książka za plecami. - odpowiedziała najwidoczniej szczerze, ponieważ na ten moment jej usta nie spowił uśmiech. Racja, możliwe, że wtrąciłem się w jej rozmyślenia...
- Racja... Chyba jedynie dla wampirów, jest ona czymś oczywistym. - dorwałem szybko do siebie, przedmiot zainteresowań Yui. W zaledwie kilka sekund, dzięki mocniejszemu pociągnięciu, mogłem mieć w dłoniach, ten mechaniczny grymuar, z doczepionym, srebrnym łańcuchem, oprawiony w błękitną skórę, z czarnymi jak mrok stronicami. - Na całe szczęście, tylko ja mogę korzystać z jej mocy, nawet dla ciebie byłaby bezużyteczna. - wzruszyłem z lekka ramionami, przeglądając wtapiające się w otaczającą nas czerń, równie ciemne strony.
- Możliwe, że obiło mi się o ucho... - odparła, odwracając po chwili wzrok, w niewidoczny dla nikogo poza nią punkt. Zaśmiałem się cicho, pozwalając naszym osobom pokonać resztę drogi w całkowitej ciszy. Mimo, że mogło się tak wydawać, w panującym pomiędzy nami spokoju, nie było niczego niezręcznego... Zarówno ona, jak i ja akceptowaliśmy jej istnienie, a nawet, w swoim towarzystwie, potrzebowaliśmy jej. Nie chciałbym nazbyt szybko oceniać towarzyszącej mi osoby, lecz doprawdy, zaczynałem ją lubić. Czasami nawet serce zaczynało mi szybciej bić, gdy mogliśmy nawiązać kontakt wzrokowy... Ach, nigdy nie wyzbędę się swej słabości do przedstawicielek płci pięknej! Juliette, tak bardzo mnie intryguje swoją, gołym okiem widoczną tajemniczością... Co mnie może interesować jej zdanie, na temat mych dziwnych gdybań... Nie oczekuję od nikogo odwzajemniania tych mniejszych, czy większych sympatii. Równie, nie chcę z niczyjej strony, tak zwanej "miłości"! Wystarczy mi, własna świadomość...
Uśmiechnąłem się, tym razem sam, do siebie. Może było to związane z mymi myślami, lecz nie wykluczam wersji, powiązanej z dojściem do dobrze znanego mi miejsca. Szybko dorwałem do siebie kluczyki...
- Zapraszam panienkę do środka! - skłoniłem się z lekka, uchylając drzwi od mojego skromnego domku, przed czekającą dziewczyną. Po krótkim przemyśleniu tej kwestii, białowłosa spokojnie wkroczyła za próg budynku. W jej ślady poszedłem równie szybko. - Proszę się rozgościć i czuć jak u siebie. - oznajmiłem dodatkowo, prowadząc towarzyszkę do salonu. Kątem oka spostrzegłem, jak pupilek dziewczyny zeskakuje z jej ramienia i zaczyna swym węchem, dokładnie badać moje mieszkanie.
- Ładnie urządzone. - skomentowała, tym samym pochwalając mój uroczy domek.
- Dziękuję. - skinąłem z lekka głową, przysiadając się tuż obok Yui, która zajęła swe miejsce na całkiem dużej kanapie. - Później, przygotuję dla panienki sypialnię i ewentualnie łazienkę, jeśli będzie panienka chciała się umyć. - powiedziałem, na nowo bawiąc się przedmiotem, którego umieszczenie utrudniało odrobinę wygodne siedzenie.
- Jeśli już muszę, wystarczy mi równie dob- -
- Ci, ci, cii...~ - przerwałem jej szybko, pozwalając sobie przy tym na moment przyłożyć swój wskazujący palec do ust dziewczyny. Z uśmiechem, odsunąłem po chwili owiniętą w czarny materiał dłoń. - Przepraszam za moją śmiałość i ciekawość, lecz skąd ta decyzja dotycząca porzucenia stałego życia w jednym miejscu? Pomijając rzecz jasna zlecenia, musiało być coś jeszcze...
Juliette? ^^

Od Juliette do Vanitasa

Oparłam się o pobliską ścianę, wlepiając wzrok w stojącego przede mną mężczyznę.
- Ciemność w żaden sposób nie sprawia mi problemu w transporcie na pewne ściśle określone odległości - kąciki moich ust drgnęły w złośliwym uśmieszku. Wprost przepadałam za drażnieniem się z innymi ludźmi, często wywiązywały się z tego ciekawe wydarzenia.
Westchnęłam cicho, mierząc wzrokiem mego towarzysza. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że chciał z grzeczności oddać mi swój workowaty płaszcz.
- Porozmawiajmy na zewnątrz - szepnęłam. Zdecydowałam się skorzystać z jego uprzejmości, i już po chwili moje ramiona otulone były ciepłym, ciemnym materiałem.
Opuściliśmy to jakże przytulne miejsce, wychodząc na spowitą ciemnością ulicę. Wydawać by się mogło, że całkowicie opustoszała, a jednak towarzystwa dotrzymywały nam pojawiające się jedna po drugiej gwiazdy.
- A więc słucham - skrzyżował ramiona na piersi, zatrzymując się zaraz przede mną.
- Zależy, co chcesz usłyszeć - wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się złośliwie.
- Co panienka ma do powiedzenia na temat mojej oferty, i czym zajmuje się zawodowo rzecz jasna.
- O ile kotek nie będzie sprawiał problemu, mogę się zgodzić na pana propozycję. Co do mojej pracy muszę ostrzec, że może to nieco skomplikować sytuację.
- Już i tak wystarczająco mnie panienka zaskakuje, proszę więc mówić. Propozycji nie odwołam, postaram się także nie komentować. - uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób, a jednocześnie przez cały czas wpatrywał się w moją drobną osobę.
- Jestem zielarką o bardzo ciekawym asortymencie - zaśmiałam się niewinnie - wszelkie odurzające i wywołujące halucynacje substancje to dla mnie nie problem. Ale to nie jedyny sposób na zarobek w moim wykonaniu. Zajmuję się także mordowaniem, ale nie byle jakim, otóż zabijam na zlecenie - szeroki uśmiech nie schodził mi z twarzy. Po minie mego towarzysza mogłam z łatwością wyczytać, że nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
- Faktycznie, tego się po panience nie spodziewałem.
Na jego słowa parsknęłam śmiechem.
- Dopóki nie znajduje się pan na mojej liście nie ma się czego obawiać. Zajmuję się głównie złymi ludźmi, a pan mi na takiego nie wygląda. Jak na razie - przechyliłam głowę, pozwalając włosom częściowo zasłonić moją twarz.
Spojrzałam w górę, wdychając ostre, zimne powietrze i jak zahipnotyzowana zaczęłam wpatrywać się w jasne, migoczące punkty.
- Piękna noc, nieprawdaż? - wyszeptałam nie odciągając wzroku od gwiazd. W dzieciństwie marzyłam o tym, by zamieszkać na jednej z nich, zapomnieć o wszystkich przykrościach, które spotkały mnie w życiu. Byłam przekonana, że nie jesteśmy sami w tym bezkresnym wszechświecie, że jest ktoś jeszcze. Ktoś, kto uratuje mnie przed całym światem, jeżeli tylko będę miała odwagę go o to poprosić.
Nigdy nie miałam.
- W pełni się z panienką zgadzam, lecz także zimna. Proszę za mną - jego melodyjny głos ściągnął mnie na ziemię. Byłam przekonana, że sprawdziłby się w roli piosenkarza. Nietrudno mi było wyobrazić go sobie z gitarą na kolanach, śpiewającego jakąś balladę z głębokim, lecz trudnym i niezrozumiałym dla większości przekazem.
- Oczywiście - odparłam pospiesznie. Gdy noc otulała ziemię łatwiej przychodziło mi tonięcie we własnych myślach, niekiedy także marzeniach.
Ruszyliśmy chodnikiem w milczeniu, które od czasu do czasu przerywało mruczenie Tenebris.

Vanitas? ^.^

Od Vanitasa do Juliette

Podparłem swą głowę o wcześniej wyciągniętą dłoń, przy tym bawiąc się łyżeczką umieszczoną w kubku. Chyba najprościej byłoby jej to powiedzieć prosto z mostu... Chociaż, w moim wykonaniu, na ten moment nie będzie to możliwe. Wyszczerzyłem się sam do siebie, zwracając swą całą uwagę, z powrotem na dziewczynę.
- No wiesz... Również nie powinienem się tym chwalić, w tak przystępnej kawiarence... - odparłem, po chwili wsadzając sobie do ust niewielką, namoczoną w kawie łyżeczkę. - A na kogo ci wyglądam? - dopytałem, mrużąc z lekka oczy.
- Na księdza. Albo członka jakiejś porypanej sekty. - fuknęła niemalże od razu, przy tym wymownie się uśmiechając. Mruknąłem cicho coś niezrozumiałego, wielce obrażony, dodatkowo prychając pod nosem.
- Non! - zaprotestowałem we włoskim języku, odkładając łyżeczkę na drobny talerzyk, z równie niewielkimi pozostałościami po cieście. - Jestem lekarzem, specjalizującym się w wampirach, Milady! - wypaliłem z dzikim entuzjazmem. 
- A już miałam prosić o rozgrzeszenie... - wymruczała, - z tego co dane mi było, przez ostatnie kilkanaście minut zauważyć -, podobnie jak ja, uwielbiając słownie dokuczać osobom trzecim. - Lecz nie śmiałabym się kpić, z... - zakasłała sztucznie. - samozwańczych... - powtórzyła czynność. -...lekarzy! - dokończyła, jakby nigdy nic, spokojnie popijając kawą.
- Pomyśleć, że jest z panienki tak urokliwa, drobna i pozornie bezbronna kobieta... - westchnąłem głośno, nieco kierując ku neutralnemu wyrazowi twarzy, kąciki swych ust. - A jednak... Strasznie pyskata, nie myląc tego ze szczerością! - dokończyłem, podobnie jak ona, zachwycając się cieczą. 
- Chyba jedynie dziecko, mogłoby wyobrazić sobie kogoś podobnego do Pana w roli lekarza... Szczególnie specjalizującego się w tak krwiożerczych stworzeniach. - powiedziała, wygodnie układając swe ręce na stoliczku. 
- Gdyby tak spojrzeć... Chyba nie zalicza się panienka do grupy "młodych dorosłych"? - dogryzłem, rozbawiony, przechylając przy tym pytająco swą głowę. 
- Myślę, że pan również ledwo się do niej zalicza. - odparła niemalże od razu, "atak" z mojej strony, widocznie chętniej wkręcając się w rozmowę. 
Jak najbardziej, jestem zadowolony z takiego rozwoju wydarzeń. W tym "przepięknym" świecie, nie zdążyłem jeszcze spotkać tak zarówno pewnej siebie, jak i uroczej, przedstawicielki płci pięknej. Nie potrafię ukryć swego zdumienia jej osobą. Wyróżnia się, swym - przynajmniej na ten moment, bo kobiety miewają różne humorki -, specyficznym poczuciem humoru, który wśród "dam" nie powinien za żadne grzechy istnieć. W całkiem spokojnej ciszy dopiliśmy zamówione napoje, przy tym delektując się przepięknym widokiem zachodu słońca, dosłownie bijącym na nas zza szyby. Jakoś nigdy nie przywiązywałem szczególnej uwagi do tej gwiazdy. O stokroć mocniej, uwielbiam księżyc. Szczególnie ten błękitny, pojawiający się okazjonalnie na nocnym niebie. Gdy tylko kubek zarówno mój, jak i dziewczyny był pusty, pozwoliłem sobie, kulturalnie - jak na mężczyznę przystało -, za całość zapłacić. Po niespełna minucie, mogłem znaleźć się na powrót przy białowłosej, stojącej przy wejściu do kawiarni. Skanując dokładnie niższą osóbkę, swymi niebieskawymi oczami, ponownie me usta spowił delikatny, nieco cieplejszy uśmiech.
- Panience musi być naprawdę gorąco, w tej samej bluzie. - skomentowałem, przyglądając odzieniu dziewczyny, nieco niezdatnemu do opadającej po zachodzie słońca temperatury. Przy tym, poprawiłem owijające me dłonie rękawiczki.
- I tak miałam już się zbier- - nie zdążyła dokończyć, gdy w mgnieniu oka moja osoba znalazła się mniej niż pół metra prze nią. 
- Niby dokąd? - westchnąłem, zrzucając z ramion swój płaszczowy-worek. Zachęcającym gestem, wystawiłem odzienie w jej stronę. - O tej porze ciężko spotkać jakikolwiek powóz... Większość ludzi, zwyczajnie boi się jeździć w ciemnościach. - wzruszyłem z lekka ramionami. - W specjalnej, darmowej ofercie mogę pani użyczyć noclegu w mej skromnej posiadłości!
<Juliette? :3>

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Juliette do Vanitasa

Szczerze mówiąc, zaintrygował mnie ten jakże dziwny przedstawiciel płci męskiej. Nie spuszczał mnie z oka, czekając na odpowiedź.
- Chętnie - spojrzałam na siedzący na moim ramieniu czarny kłębek - ale nie wiem, czy przekona pan moją towarzyszkę, a ostrzegam, że oprócz wrodzonej złośliwości jest także bardzo uparta - zaśmiałam się niewinnie.
Vanitas, widocznie zaskoczony takim obrotem wydarzeń, począł uśmiechać się nerwowo i rozglądać w poszukiwaniu... sama nie wiem czego.
- Proszę tutaj zaczekać - wstał i ruszył w jakimś konkretnym kierunku. Po chwili dostrzegłam, jak wchodzi do sklepu spożywczego.
- No proszę, ktoś cię będzie próbował przekupywać - zaśmiałam się drapiąc czarne kocisko za uchem.
Obserwowałam, jak chłopak wyszedł ze sklepu z kartonikiem mleka.
Przygryzłam policzek, starając się nie wybuchnąć śmiechem, otóż ta sytuacja była wprost... przekomiczna.
- I co panienka o tym myśli? - zwrócił się do mnie.
- Myślę, że może pan spróbować, ale czy się panu uda... - wzruszyłam ramionami, czemu towarzyszyło teatralne westchnięcie.
Tenebris zeskoczyła z mojego ramienia, usiadła dumnie na chodniku i wlepiła ślepia w przyniesiony przez błękitnookiego dar. Ten ukucnął przy niej, szeroko otworzył kartonik z mlekiem i delikatnie przysunął w jej stronę.
Kocisko wyciągnęło szyję, obwąchało napój dokładnie, po czym wysunęło język i zaczęło pić.
- Wydaje mi się, że się zgadza - zmarszczyłam brwi, udając głębokie zamyślenie.
Gdy czarna skończyła, oblizała pyszczek i wróciła na swoje poprzednie miejsce, czyli moje ramię.
- Oficjalnie przystajemy na pana propozycję - kąciki moich ust uniosły się w lekkim uśmiechu.
Razem z chłopakiem ruszyłam w stronę najbliższej kawiarni. Niepewna, czy wpuszczą mnie do środka ze zwierzęciem, schowałam Ti do wewnętrznej kieszeni bluzy. Gdy tylko drzwi otworzyły się, przywitał nas intensywny, aromatyczny zapach kawy. Zaciągnęłam się nim głęboko, długo trzymając powietrze w płucach.
- Co dla ciebie? - zapytał, podchodząc do kasy.
- Niech będzie Mocha - odparłam, jeszcze chwilę wpatrując się w wiszące na ścianie menu.
Zajęliśmy miejsce przy stoliku pod oknem, z którego rozciągał się dobry widok na ulicę. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że słońce coraz bardziej zniża się ku horyzontowi, zwiastując nadejście wieczoru.
Kelnerka przyniosła nasze zamówienie, omiotła nas krótkim spojrzeniem po czym oddaliła się.
Podniosłam szklankę z napojem i upiłam łyk, po czym odłożyłam ją z powrotem na stolik.
- Więc gdzie się panienka wybierała? - zapytał. Spojrzałam na jego szklankę: była już do połowy opróżniona.
- Do pobliskiego miasta, potem do następnego. Nie mam stałego miejsca zamieszkania i podróżuję.
- Na gapę? - zaśmiał się pod nosem.
- Owszem. Wychodzi taniej - wzruszyłam ramionami - a tak na przyszłość, proszę nazywać mnie po prostu Yui - na moich ustach pojawił się delikatny uśmieszek.
- Dobrze. W takim razie, Yui, czym się zajmujesz?
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, aby mnie o to pytać - ściszyłam głos - krótko mówiąc, nie chciałabym rozmawiać o tym w kawiarni. Nie wiem, czy w ogóle chciałabym rozmawiać na temat mojej pracy.
- Rozumiem - znowu uśmiech. Szczerze mówiąc zaczęłam już przyzwyczajać się do tego, że ten człowiek praktycznie cały czas się uśmiechał.
- A ty czym się zajmujesz? - oparłam się o siedzenie fotela, zakładając nogę na nogę.

< Vanitas? >

niedziela, 18 marca 2018

Od Vanitasa do Juliette

Wciąż krocząc niedużym chodniczkiem, westchnąłem cicho, przy tym z lekka przymykając oczy. Gdyby tak spojrzeć z trzeciej osoby, może i pozbawiłem panienkę wozu, lecz przy tym - moim zdaniem -, uchroniłem jej osobę przed niemiłą konfrontacją z osobą prowadzącą, czy nawet ze zwyczajnymi, chropowatymi kamieniami, porozsiewanymi po całej powierzchni drogi dla pojazdów. Nie sądzę, by udało jej się "od tak" wskoczyć, bez najmniejszego potknięcia. Chociaż nie była to zbyt długa konfrontacja, oficjalnie stwierdzam, iż z chęcią poświęciłbym odrobinę więcej czasu, na denerwowaniu tej uroczej przedstawicielki płci pięknej, jaką jest Juliette. Może i nie będzie mi dane jej już nigdy spotkać, lecz podświadomie przynajmniej mam nadzieję, na powtórzenie naszej wymiany zdań. Tak poniekąd bywa w moim przypadku, gdy chęć rozmowy pojawia się po początkowej ocenie wyglądu i reakcji na mój uśmiech... Który ponownie wpłynął na moje usta. W pewnym sensie zaciekawiony, rzuciłem przelotne spojrzenie w kierunku ludzi, idących po drugiej stronie ulicy. Myślałem, że krew mnie zaleje, gdy spostrzegłem te charakterystyczne szaty i twarze osób, przez które de facto wybrałem się na spacerek. Zbladłem od razu, odruchowo wycofując się, zaczynając iść w przeciwnym do aktualnego kierunku. Nie minęła minuta, a znalazłem się na powrót przy siedzącej na schodkach dziewczynie, która swym widocznie niedowierzającym wzrokiem wpatrywała się w moją osobę.
- Mogę się dosiąść? - zadałem szybkie pytanie, przy tym nerwowo się rozglądając. Z początku ze strony Juliette oraz jej kota otrzymałem jedynie krótki pomruk nienawiści, by po chwili zastąpiło je delikatne wzruszenie ramionami. - Jakże to miłe ze strony panienki! - dodałem z uśmiechem, przysiadając na skalnych schodkach, przy tym starając się jak najlepiej ukryć swą twarz w płaszczu. Spojrzałem kątem oka na białowłosą, która beznamiętnie wpatrywała się w dal, najpewniej wyczekując kolejnego, darmowego transportu. No tak, mogłem się spodziewać takiego ruchu ze strony osoby, która najwidoczniej uwielbia podróże na gapę. Szczerze mówiąc, równie mocno zainteresował mnie zwierzak, dumnie spoczywający na ramieniu dziewczyny. Cały czas czułem na sobie jego mordercze spojrzenie, które chyba chciało przeszyć na wylot moją osobę.
- Jak się wabi sierściuszek? - podpytałem, z wymownym, złośliwym uśmieszkiem na ustach. Kot jedynie najeżył bardziej sierść, ukazując przy tym swe bialutkie ząbki. Chyba miał świadomość, co oznaczał użyty przeze mnie rzeczownik.
- Tenebris, poza tym, nie lubi pana. - fuknęła w odpowiedzi właścicielka zwierzaka, przy tym delikatnie się uśmiechając.
Wyciągnąłem swoją owitą w rękawiczkę dłoń, prosto w kierunku niewielkiego stworzenia, mruczącego na mnie ostrzegawczo. Zanim się obejrzałem, kociak wbił swoje ząbki w dosyć gruby materiał. Mimo niezbyt silnego bólu, gwałtownie odsunąłem rękę, chcąc ochronić swoje odzienie.
- Sam tego chciałeś... - prychnęła białowłosa, chyba rozbawiona moją i kocią konfrontacją. - Ostrzegałam wcześniej. - dodała, spoglądając na mnie kątem oka. Rzeczywiście, wspominała coś o tożsamości swojego małego towarzysza...
- Jeśli właścicielka jest podobnie zadziorna jak pupilek, czekam tylko, aż pokaże ona pazurki. - odparłem z wymownym uśmiechem, podpierając się za plecami rękoma.
- Nudzi się panu? - podpytała, ziewając cicho. Z początku w odpowiedzi, jedynie wzruszyłem ramionami.
- Nic z tych rzeczy! Po prostu... Pomyślałem sobie, że skoro odebrałem panience pojazd, w akcie pokuty zaproszę panienkę na herbatkę, czy kawę, ewentualnie jakieś smaczne ciastko... - zaśmiałem się pod nosem, czekając na reakcję dziewczyny.
<Juliette? Spokojnie, damy radę ^^>

Od Juliette do Vanitasa

Przyjrzałam się uważniej memu "wybawcy". Nie był ode mnie o wiele starszy, być może był w tym samym wieku, ale za to na pewno był wyższy. Burza granatowych, wyjątkowo asymetrycznych włosów swobodnie podskakiwała na wietrze, błękitne oczy wpatrywały się we mnie, a na ustach wymalowany był delikatny uśmieszek.
Co do reszty... no cóż, postanowiłam zostawić to bez komentarza, otóż na pewno nie miałam do czynienia z kimś normalnym.
Mężczyzna na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie pozbawił mnie środka transportu. Nie pędziłam w kierunku wozu bez celu, otóż chciałam jak zwykle z resztą wskoczyć na jego tył i przejechać nim do kolejnego miasta.
- Dokładnie, wielkie dzięki za uratowanie życia - wypaliłam, świdrując go wzrokiem.
- Doprawdy, nie rozumiem, czym spowodowany był ten pośpiech - uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Sugeruję szanowny panie, że usiłowałam załatwić sobie środek transportu - odparłam z przekąsem, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Tenebris syknęła niezadowolona, gdy wyciągnęłam ją z wewnętrznej kieszeni bluzy i odstawiłam jej leniwy tyłeczek na chodniku.
- Dalej idziesz sama. Nie będę nosiła cię w kieszeni do końca swojego nędznego życia - powiedziałam stanowczo.
Na następny wóz będę musiała trochę zaczekać, a do głowy nie przychodziło mi nic innego. Zrezygnowana usiadłam na schodach i oparłam łokcie na kolanach, wybijając wzrok w drogę przede mną. Zrzuciłam z głowy kaptur, uwalniając włosy i pozwalając im żyć własnym życiem. Nim się zorientowałam, Tenebris siedziała już na moim ramieniu.
Na dźwięk zbliżających się kroków rozejrzałam się szybko. Niebieskowłosy bohater właśnie wracał ze spaceru, i na początku wcale nie zawracał sobie mną głowy. Odezwał się dopiero w momencie, gdy dzieliły nas niecałe dwa mery.
- Och, panienka wciąż tutaj? - znowu się uśmiechnął. Przez głowę przemknęła mi myśl, czy czasem od tego uśmiechania nie boli go twarz.
- Jak widać. Proszę mówić mi Juliette - wstałam, stając z mężczyzną twarzą w twarz.
- W takim razie ja jestem Vanitas - wyciągnął dłoń w moim kierunku, którą po chwili zastanowienia uścisnęłam.
Czarna kotka siedząca na moim ramieniu obnażyła zęby i najeżyła sierść.
- Jak widzę niezbyt towarzyskie zwierzę?
- Ani trochę. Prawie w tym samym stopniu, co ja - kąciki moich ust uniosły się w lekkim uśmiechu. Mocniejszy podmuch wiatru sprawił, że śnieżnobiałe włosy zakryły mi praktycznie całą twarz. Niesfornie usiłowałam odgarnąć je do tyłu, jednak mój pupil nie ułatwiał mi tego zadania.
- W takim razie do zobaczenia! - roześmiał się głośno i odszedł, znikając za kolejnym zakrętem.

< Vanitas? Wybacz, że takie byle jakie. Usprawiedliwiam się półroczną przerwą i obiecuję poprawę >

Od Vanitasa do Ktosia

Rozchyliłem z lekka, dotychczas przymknięte powieki. Pomyśleć, że ostatnio tak łatwo daję się ponieść tej przyjemnej czynności, jaką jest drzemka. Sam do końca nie wiem, czy mój organizm naprawdę domaga się snu, czy jednak, samoczynnie uśpić mnie zdoła chwilowe położenie się na kanapie. Westchnąłem cicho, przecierając swoje na powrót przymykające się oczy, wierzchem owiniętej w czarny materiał dłoni. Po niedługiej chwili, mimo przyciągającego do siebie ciepełka leżanki, zdołałem jakoś o własnych siłach - podnieść się na równe nogi. Rozciągając się, w drodze do znajdującej się kilka metrów dalej kuchni, przy okazji poprawiłem owijającą me biodra kokardę. Co mnie natchnęło, by swój codzienny wygląd opierać właśnie na takich dziwactwach? - szczerze, sam nie wiem. Wymysł mojego najwidoczniej niezbyt zdrowego umysłu, zwyczajnie wymagał tego. Z delikatnym grymasem na twarzy, zająłem się przygotowywaniem kawy. Przysiadłem na blacie, czekając, aż postawiony na gazie czajnik zacznie wydawać z siebie dosyć charakterystyczne piski. Dosyć znużony przymusem wyczekiwania, dorwałem do swoich rąk, umieszczoną w kaburze Księgę, która dodatkowo przyczepiona łańcuchem do mojego paska, wydała z siebie cichy szmer. Poświęciłem kolejne kilka minut, na wyczytywaniu w myślach losowych, znalezionych na pierwszej stronie nazwisk. Żadnego z tych ludzi nie było i zapewne nie będzie mi dane poznać. Przynajmniej tak podejrzewam... Bo jeśli któreś z nich okaże się nosicielem klątwy, będę zmuszony przez własne sumienie odnaleźć ów wampira. Wywróciłem z lekka oczami, zeskakując z dotychczas zajmowanej powierzchni, prosto na znajdujące się niżej płytki. Odkładając przedmiot w swe prawowite miejsce, zająłem się kontynuacją przygotowania naparu. Wcześniej przygotowany, zapełniony ciemnymi drobinkami kubek, zapełniłem niemalże w całości gorącą wodą. W nieco lepszym humorze niż dotychczas, przepełniłem swe drogi oddechowe przyjemnym aromatem, który zdążył roznieść się w całym pomieszczeniu. Niezdatne do opisania uczucie, które samoczynnie potrafi wywołać na moich ustach szeroki uśmiech... Nieco unosząc kąciki ust, ująłem kubek w dłoń, by zasmakować ukochanej cieczy. Jeszcze lepszy efekt, niż po samym zadowalaniu się zapachem rozcieńczonych, czarnych ziarenek. Uwielbiam właśnie takie, nieco rutynowe popołudnia. Chociaż jestem zdolny przygotowywać kawę, nawet kilka razy dziennie, każda spędzona przy niej chwila zdaje się być bardziej magiczna od poprzedniej. Ignorując wysoką temperaturę cieczy, opróżniłem praktycznie całą zawartość kubka w zaledwie cztery, spędzone w tej samej pozycji minuty. Biorąc się za ostatni, niewielki łyk, jakby momentalnie, zostałem zmuszony przerwać czynność, przez dosyć głośne pukanie do drzwi wejściowych, oddalonych o kilkanaście metrów. Zmrużyłem oczy, wpatrzony w źródło dźwięku. Nie winienem miewać dzisiaj listonosza, tym bardziej gości. Szybko obtarłem usta dłonią, sprawdzając przy tym swoje ewentualne narzędzia obrony. Upewniony, że wszystko jest na swoim miejscu, zbliżyłem się do wciąż wydającego charakterystyczne odgłosy, źródła dźwięku. Przekręcając zamek, po chwili rozchyliłem z lekka drzwi. Osoby, które w tamtej chwili ujrzałem, od razu przeskanowałem swym badawczym wzrokiem w poszukiwaniu ewentualnych broni. Aktualnie, stali przede mną dwaj mężczyźni, ubrani w czarne, sięgające samej ziemi alby...
- Czy ma pan chwilę, by porozmawiać o Bogu? - zaczął jeden z nich, wpatrując się w moją osobę, swym nad wyraz przesłodzonym spojrzeniem. Jakby automatycznie zrobiłem niewielki krok, w głąb swego mieszkania. Ta przerażająca mimika twarzy, ciepły wzrok... Jakim prawem, księża, czyli tak traumatyczne dla mnie osoby, muszą mnie nawiedzać nawet we własnych czterech kątach?! Wymusiłem na sobie sztuczny uśmieszek. Wbiłem palce nieco mocniej w drzwi, przy tym drugą z dłoni zamieniając w pięść. Najchętniej, zarówno jednego, jak i drugiego wcisnąłbym jakimkolwiek, sposobem do grobu.
- Będę miał z nim samym sporo do gadania, gdy w końcu umrę i zabiorę was ze sobą do grobu. - fuknąłem, szybko zamykając za sobą drewniany przedmiot. Nie chcąc już dłużej konfrontować się z dwójką, błyskawicznie przekręciłem niedużą gałkę w drzwiach. Skoro mam zamiar, to popołudnie spędzić na świeżym powietrzu, zmuszony będę wyjść oknem. W mgnieniu oka dorwałem do siebie, zawisający na jednym z haków płaszcz, by równie szybko odziać w niego swe ramiona. Upewniony, o pełni swojego codziennego wyposażenia, podbiegłem do okna, by w ułamku kilku kolejnych sekund, znaleźć się stopami na parapecie. Przez stworzone samemu sobie przejście, przeszedłem równie sprawnie. Minutę później, już dane mi było kroczyć przez dosyć zarośnięty chodnik. Przekleństwo... Nikt nie potrafi zadbać o to pseudo osiedle, na terenie którego dane mi jest mieszkać. W spokoju i panującej wokół ciszy, dane mi było pokonać kolejne kilkaset metrów. Lubiłem takie najzwyczajniejsze, dotleniające spacerki w trakcie całkiem ładnego dnia. Pozwalały mi się przynajmniej w pewnym stopniu odprężyć i pobudzić organizm do życia... Co chyba w moim przypadku, jest naprawdę przydatne. Również ludzie, których dane mi jest spotkać w jego trakcie, są całkiem interesujący. Najprostszym przykładem, może być sytuacja sprzed dwóch dni, podczas której wraz z jakąś starszą kobietą, dokarmiałem wygłodniałe gołębie suchym chlebem. Tym razem, mojej spostrzegawczej osobie, rzuciła się w oczy drobna, widocznie śpiesząca się dokądś, zakapturzona istota. Z łatwością, po budowie ciała mogłem domyślić się, iż jest to przedstawicielka płci pięknej. Śledząc wzrokiem, jak ta, najwidoczniej nie chcąc mieć do czynienia z żadną egzystencją człekopodobną, w pośpiechu decyduje się o zmianie chodnika - po prostu nie potrafiłem nie zareagować. Rozpędzony powóz konny, który w tym momencie był oddalony od niej zaledwie o trzy metry, mówił sam za siebie. Podbiegłem szybko do dziewczyny, by w ułamku sekundy pozwolić sobie przyciągnąć jej drobną egzystencję do siebie. Trzymając dłoń niedoszłej ofiary, nie widząc innego wyjścia przytrzymałem ją, tuż przy swoim torsie. Gdy powóz, za którym dosłownie się kurzyło, odjechał w tym samym tempie, uwolniłem przedstawicielkę płci pięknej ze swych objęć. Przeskanowałem jej osobę od góry do dołu.
- Jeśli jest panienka inteligentną istotą, sądzę, że zostanie rozważone przez panienki umysł, delikatne zwolnienie tempa. - odparłem, z lekka się uśmiechając. - Garstka ludzi zdołałaby kogokolwiek uratować w takiej konfrontacji.
<Milady?>