Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliźnięta z piekła rodem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bliźnięta z piekła rodem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

Od Lexie do Keyi

Była częścią umowy! - warknęła Lexie do eleganta. - Jeśli umrze, zrywam ją! Rozumiesz? 
- Zrywasz? - Ton mężczyzny miał w sobie zaskoczenie, albo raczej coś na kształt zaskoczenia. Może bardziej... niedowierzanie i... kpinę? - Dobrze. Wedle. Twoje. Woli. - Gwardzistka poczuła uderzenie czegoś ciężkiego w tył głowy i przed jej oczami pojawiła się ciemność.

  Wszystko ją bolało. Dosłownie każda część ciała. Podniosła się z twardej pryczy, na której musiała zostać położona, gdy była nieprzytomna. Pomieszczenie było niewielkie, ciemne kamienne cegły były dominującym motywem, obudowującym to ponure miejsce. Na jednej ze ścian było niewielkie okienko przy samym suficie, przez które wpadały szczątkowe ilości światła słonecznego, a po przeciwległej stronie pomieszczenia drogę zagradzały stalowe kraty. Do nieco zamglonej świadomości kobiety dobiegała z zewnątrz wrzawa ludzi i szczęk broni.
- Obudziłaś się, śpiąca królewno. - Rozległ się szczęk metalu trącego o metal i o kraty celi oparł się tamten mężczyzna. Lexie spojrzała na niego ponuro. - Nie spodziewałaś się chyba, że zerwanie kontraktu wiele zmieni w twojej sytuacji, co? Cóż, twoja strata. - Odbił się od krat i z uśmiechem patrzył na nią z góry zza nich. - Nie oszczędzi ci to walki, ale skoro nie chcesz iść na układ, żadnego układu nie będzie.
- Co? - Gwardzistka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
- Lepiej się przygotuj, walczysz tuż po zmroku. - Mężczyzna obrócił się i zupełnie stracił zainteresowanie Tha'xil. 

  Rozmasowanie zastanych mięśni w końcu nieco pomogło i kobieta mogła się poruszać w miarę normalnie - to znaczy normalnie, o ile normalnym było poruszanie się we wnętrzu niewielkiej, kwadratowej celi. Hałas z zewnątrz nie ustawał w ciągu dnia na specjalnie długo, festiwal musiał być naprawdę duży. A może był to zwykły tryb pracy tego miejsca? "Tego miejsca, czyli gdzie?" Lexie już chyba z dziesięć razy przeleciała w myślach wszystkie lokacje, w których taka arena mogłaby się znajdować. Nie pomagał fakt, że była nieprzytomna i nie miała pojęcia jak długo. Mimo wszystko obstawiała, że nie mogła zostać wywieziona daleko od terytorium Nalayan. W grę więc wchodziło Ucurum, Merkez i Wolne Krainy. Przy czym bardzo wątpiła, by tak duży i hałaśliwy przybytek mógł znajdować się w największym państwie Sayari. Do Ucurum musieliby przewieźć ją statkiem. I był to spory kawał drogi, ale przemawiał za tym fakt, że i tak byli już niemal w porcie morskim. No i w Ucurum nikt by się nie zmartwił czymś takim jak arena. Ewentualnie mogła być w Wolnych Krainach. Nigdy wcześniej tam nie była. Te rozległe, równinne tereny były dla niej wielką niewiadomą. Na pewno nie miały władcy, który jednoczyłby je  w jednolity naród, jednak z tego co słyszała utrzymywały się na licznych, niepodległych ośrodkach, zarządzanych przez różnorodne osobistości.  
  Światło, wpadające przez małe okienko zaczynało się robić przybierać czerwonawy odcień i kobieta czuła, że zostało jej nie wiele czasu. Z kimkolwiek miała się zmierzyć na pewno będzie to doświadczony wojownik, który zapewne położył już na arenie wielu wrogów. Ona nie była tak dobra. Walcząc ze zwyczajnymi przeciwnikami nieraz miała problem. Zacisnęła wargi i sięgnęła pod ubranie. Z niepokojem macała materiał, jednak jej palce natrafiły na znajomy, metalowy przedmiot. Odetchnęła, trzymając na nim palce. Niewielka broszka królewskiego gwardzisty zawsze podnosiła ją na duchu. Zacisnęła na niej mocno dłoń i zamknęła oczy, przywołują przed nie obraz Mirajane. Jej uśmiechnięte, ciepłe oblicze. 
- Pani, na pewno do ciebie wrócę - wyszeptała do siebie.
- Gotowa? - Jej chwilę zadumy przerwał nieznajomy głos i szczęk krat. W wejściu stał jakiś oprych, w towarzystwie dwóch innych, zamaskowanych, wyższych i bardziej barczystych. Lexie skinęła głową i pozwoliła zakuć się w kajdany. I tak nie miała szans na ucieczkę. Tylko by się nadwyrężyła przed walką.
  Zbiry zaprowadziły ją do sporego pomieszczenia, w którym przygotowane było różnorodne uzbrojenie, od prostych mieczy jednoręcznych po egzotyczną broń, która kształtem przypominała kolczaste węże. 
- Pakiet delux, wybierz co ci się podoba, Tha'xil. - Oprych uśmiechnął się, rozkuwając kobietę, a w świetle pochodni błysnęły jego złote zęby.
- Mogę dostać moją zbroję? - spytała z nadzieją, ale tamten pokręcił przecząco głową. Westchnęła i podeszła do dostępnych pancerzy. Była dość niska i większość była na nią za duża, jednak znalazła w miarę pasującą kolczugę, napierśnik, parę nagolenników, naramiennik i stalowe rękawice. Niestety żaden hełm nie pasował na jej głowę. Nie wyglądało to dobrze. Wzięła kilka sztyletów, które umieściła przy pasku i butach. Dobrała dwa sejmitary i wybrała niewielką tarczę, którą przewiesiła przez plecy. Na sam koniec wybrała jedną z dużych i ciężkich włóczni. Nie była najlepiej wyważona, ale była... była w porządku. Jeszcze raz sprawdziła swoje uzbrojenie, poprawiła paski. 
- Z kim walczę? - spytała cicho. 
  Oprych uśmiechnął się ponownie. Widać prezentowanie złotego uzębienia było czymś co szczególnie lubił.
- Gromgir Żelaznoręki - wyjaśnił. - To, czego dotknie, przemienia w metal. 
- Czym walczy?
- Głównie pięściami. - Oprych wzruszył ramionami, 
  Lexie skinęła głową i spojrzała w stronę masywnych wrót, zza których dobiegała wrzawa. Pozostawało czekać. 

  Wrota otworzyły się z hukiem przy akompaniamencie wrzasków i głośnego komentarza w jakimś niezrozumiałym dla gwardzistki języku. Spojrzała na oprychów i nie chcąc zostać wypchniętą na arenę ruszyła, siląc się na pewny krok.
  W pierwszej chwili oślepił ją blask, dawany przez masywne koksowniki, wiszące dookoła areny oraz nad nią, jednak gdy oczy przyzwyczaiły się do blasku rozpostarł się przed nią płaski, okrągły teren, pokryty piaskiem, otoczony wysokimi, ogrodzonymi murem trybunami. Gdzieś w oddali przyozdobiona barwnymi bannerami była bogato zdobiona przybudówka. Jednak Lexie nie miała czasu przyjrzeć się dokładnie. Przed nią, dokładnie po drugiej stronie areny stał solidnie zbudowany mężczyzna. Mógł być człowiekiem. Na prawdę dużym człowiekiem. Jego nagie mięśnie lśniły oliwką w blasku ognia, a stalowe ramię ciągnęło po piasku, ryjąc za nim wąwóz. 
- I to ma być ten champion? - Ryknął rubasznie. - Trochę mały, jak na championa!
  Jego oczy omiotły postać Lexie od góry do dołu i spoczęły na włóczni. Uśmiechnął się.
- To cię nie uratuje, dziecinko. 
  Z pozycji stojącej rozpoczął szarżę. Gwardzistka spięła mięśnie i obserwowała, jak zwalista sylwetka biegnie w jej stronę wiszące bezwładnie ramię wzbijało tuman pyłu za atakującym. Gdy był kilka metrów od Lexie, zatrzymał się gwałtownie, ryjąc butami w ziemię i zamachnął ramieniem, wykorzystując siłę pędu. Kobieta w ostatniej chwili odskoczyła, w tumanach kurzu i z całej siły dźgnęła przeciwnika w bok. Ostrze włóczni trafiło pod żebrami, jednak ześlizgnęło po skórze, jakby była zrobiona z metalu. Przeciwnik to wykorzystał, chwytając koniec broni i przyciągając ją do siebie. Gwardzistka, nie zdążywszy puścić, poleciała na ziemię, tuż pod stopy Gromgira, a gdy uniosła głowę w ostatniej chwili zdołała się odturlać przed kolejnym uderzeniem metalowego ramienia. Zrobiła przewrót, dobywając sejmitarów i jej spojrzenie padło na przeciwnika w momencie, w którym ten przełamywał jej włócznię na dwie połówki. Spojrzał na nią i z błyskiem w oczach odrzucił je w jej stronę. Gwardzistka skoczyła do przodu, z trudem je wymijając i ledwie zdołała przeskoczyć nad przeciągniętą gwałtownie po ziemi metalową dłonią. Wybiła się z ziemi, z całą skumulowaną siłą swojego krępego ciała i całym ciężarem wskoczyła na pierś przeciwnika, jednocześnie wbijając sejmitary w jego kark. A przynajmniej taki był plan, bo miecze złamały się na skórze gromgira przy kontakcie. Kobieta próbowała odbić się od niego i odskoczyć, jednak schwycił ją w połowie manewru za nogę i z dużą siłą uderzył o ziemię. Poczuła, jak całe powietrze opuszcza jej płuca i robi jej się ciemno przed oczami. A przez jej nogę przebiegło nieprzyjemne zimno. Spróbowała się podnieść, nie zdążyła. Ciężka noga Gromgira przygniotła ją do pyłu.
- Mam nadzieję, że pogodziłaś się ze swoimi bogami - szepnął, po czym chwycił ją za twarz i zacisnął. Lexie chwyciła za jego rękę, próbując oderwać ją od jej głowy - na próżno. Nie miała tyle siły co ten masywny mężczyzna. 
  Pod wpływem dotyku Gromgira z jej ciała zaczęły sypać się kryształowe odłamki, a łuska na plecach zareagowała gwałtownym bólem, rozciągającym się w stronę brzucha. Wbiła rękawicę w skórę mężczyzny. Ich ostre krawędzie, ku jej najwyższemu zdziwieniu, przebiły ją i po dłoni przeciwnika zaczęła spływać krew. Widząc to, mężczyzna warknął, uniósł gwardzistkę i cisnął ją przez pół areny. Poleciała jak szmaciana lalka, koziołkując w pyle. 
  Magia. Magia musi wspomagać jego skórę. Dotykając mnie sam ją sobie zablokował!
  Wszystko ją bolał. Z jej czoła leciała krew. Ale nie mogła się poddać. Nie walczyła w końcu tylko o swoje życie. Z trudem uniosła się, ściągając z dłoni rękawice. A on szarżował w jej kierunku. Tym razem był jednak gotowa na to, co zrobi. Gdy jego metalowe ramie wylądowało na ziemi koło niej, wskoczyła na nie i w dwóch susach znalazła się ponownie na jego ramionach. Gwałtownie chwyciła dłonią jego szyi i dała nura na plecy, by wbić się kolanami w jego kręgosłup. Drugą dłonią w powietrzu dobyła sztyletu i z całej siły wbiła go w kark przeciwnika. A potem on się odwinął, jednym ruchem ramienia zrzucając ją ze swoich pleców i poprawiając uderzeniem metalowej dłoni prosto w brzuch gwardzistki. Kobieta poczuła, jak robi się jej słabo. Przez chwilę chyba nawet straciła kontakt ze światem. A gdy go odzyskała, Gromgir zaciskał palce na jej szyi, trzymając ją z metr nad ziemią. Nie miała nawet siły, by próbować się wyrywać. Niósł ją powoli, a tłumy wrzeszczały z ekscytacji. 
  Po chwili rzucił ją na ziemię, rozkładając rękę w geście zwycięstwa. Krzyknął coś w tym dziwnym, nieznanym Lexie języku, a jego oczy utkwione były gdzieś ponad gwardzistką. 
  Umrę - uświadomiła sobie kobieta, leżąc u stóp wojownika. Poczuła wzbierającą w piersi panikę. Nie mogła się ruszyć, nie mogła uciekać, nie mogła walczyć. Umrze. Już nigdy nie zobaczy ponownie swojej pani. Nigdy nie usłyszy ponownie jej głosu, jej śmiechu. W oczach stanęły jej łzy bezsilności. Zacisnęła usta i z trudem uniosła się na kolana. Jeśli miała umrzeć, to przynajmniej powinna spróbować zachować choć resztki honoru. Pochyliła głowę i drżącą dłonią sięgnęła do miejsca, w którym ukrytą miała broszkę gwardii. Zamknęła oczy.
  Z ust komentatora padły ponownie jakieś słowa. Ryk tłumu...
  Gdzieś z końca areny rozległa się muzyka. Lexie zmroziła się krew w żyłach. Słyszała już tą muzykę. Słyszała ja tylko raz, ale raz wystarczył. Z początku cicha, po chwili przybrała na sile, a widzowie, jeden po drugim, cichli. Gwardzistka otworzyła oczy i z wysiłkiem spojrzała na wciąż stojącego przed nią przeciwnika. Stał, tempo wpatrując się w przestrzeń. Jego oczy... były puste. Zupełnie inne, niż przed chwilą. Kobieta wiedziała, że to jej szansa, że powinna uciec, jednak nie miała dość siły, by wstać.
  Jakaś dość niewyraźna, smukła sylwetka zeskoczyła z murów i podbiegła do niej. Te rude włosy, gwardzistka poznałaby je wszędzie. Chciała się sprzeciwić, chciała mu się wyrwać, gdy wsunął swoje ramię pod jej ramię, jednak olbrzymi ból skutecznie jej to uniemożliwił. Chłopak coś krzyczał, nie rozpoznawała słów. A wkrótce nie rozpoznawała już zupełnie niczego.

  Z trudem otworzyła oczy. Leżała na czymś miękkim, a obok wesoło trzeszczało ognisko. Spróbowała się podnieść, jednak ciężka rękawica ją powstrzymała. Znajoma, ciężka rękawica.
- ...er? - spytała słabo, jednak tamten przyłożył jej dłoń do ust. 
  Wzrok powoli jej się przystosowywał do mętnego światła i była w stanie dostrzec więcej szczegółów zbroi partnera. Była bardzo zniszczona, porysowana, wgnieciona i miejscami nawet podrdzewiała. Miejscami zeszła całkowicie, ukazując wewnętrzne warstwy ubrania, a nawet miejscami skórę. Skórę? Więc... jednak Mer miał skórę. Gwardzistka uświadomiła sobie, że nigdy nie widziała go w tak złym stanie. Chciała go wypytać, co się stało odkąd się rozdzielili. Jak ją odnalazł i... jak odbił ją z rąk bliźniaków? Ale i tak by nie odpowiedział. Mer rzadko odpowiadał na pytania. Jedyne co mogła zrobić to cieszyć się, że jest z nią i zdać na jego siłę.

KONIEC WĄTKU

środa, 23 września 2020

Od Keyi do Lexie

To nie miało tak wyglądać. Niewola powodowała we mnie wrzenie, nie mogłam uporządkować myśli.Statek, zapach prawdopodobnie morza i Ci ludzie tworzyli chaos w moim życiu. Jastrząb była cenna, nie miałam do tego żadnych wątpliwości, ale co im po takim tworze jak ja? Intuicja mówiła, że to nie skończy się dobrze. A ona rzadko mnie zawodziła. 
Poczułam mocny uścisk na związane ręce i jedynie mocno zacisnęłam zęby. Czułam jak dłonie oprawcy wędrują po mojej skórze, a z jego ust wydobywa się rechot. Szarpanie przynosiło jedynie ból, więc odpuściłam. Traciłam powoli wolę walki. 
- Nieźle na tobie zarobimy. - przystawił zamaskowaną twarz do mojego ucha. Odór jaki od niego dolatywał jeszcze bardziej uświadamiał mi w jakim położeniu jestem. Nie mogę zrobić nic. 
Nawet moja towarzyszka, która niewątpliwie była potężna została bez wyjścia, więc co ze mną? I choć ogarniał mnie egoizm, potrafiłam szybko zająć go obojętnością. Nigdy nie miałam wartości. 
Zanim wrócił Ptak minęła wieczność, tak mi się wydawało. Jej wyraz twarzy był poważny i skupiony. Kiedy znów stanęłyśmy przywiązane razem, poczułam jak ciężko oddycha. Szukałam odpowiednich słów, jednak to ona pierwsza się odezwała.
- Wypuszczą Cię. - poinformowała mnie, na co zmarszczyłam brwi. 
- Co musisz zrobić? - westchnęłam. - Poradzę sobie sama, nie rób nic wbrew swojej woli. Nie warto...
Spojrzałam jej w oczy i przygryzłam dolną wargę. Nawet podczas porwania czułam się ciężarem. 
- Podjęłam decyzję, po prostu czekaj. - odwróciła się. 
Odpuściłam, nie ciągnąc dalej niewygodnego tematu. Zamknęłam oczy, przeklinając pod nosem. Wsadzono nas ponownie do schowka i zamknięto, pozostawiając z niewygodnymi myślami. W międzyczasie wciąż próbowałam przedrzeć sznury, miałam na to całą noc.

- Wstawaj! - silna ręka uniosła mnie do góry, boleśnie ciągnąc za sobą. Było jeszcze ciemno, a wyrwana ze snu nie potrafiłam ocenić co się dzieje. 
Kiedy wyciągnęli nas na pokład, Jastrząb już tam stała. Miała na sobie czarną pelerynę, która skutecznie skrywała ładną buzię. Obok uśmiechał się nieznajomy, który nie miał na sobie maski. Jego chłodny wzrok zatrzymał się nade mną tylko przez chwilę. Skupiony był na mojej towarzyszce, patrzył w jej kierunku jakby widział wielki skarb. Kim tak na prawdę była? 
Mrok powoli się rozjaśniał, a my stanęliśmy. Założono mi maskę, tak, że nic nie widziałam i popchnięto naprzód, ignorując moje marudzenie. Nagłe pchnięcie było na tyle mocne, że padłam na ziemię. Poczułam w ustach ziemię, a już i tak obolałe ciało nie mogło samo się podnieść. Wtedy postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę, nie wiedziałam jeszcze, że doprowadzi mnie to do zagłady. 
Poluzowane wcześniej węzły puściły, a ja odzyskałam na moment wolność. Zmuszenie mięśni do ostatniego wysiłku nie było nawet aż takie ciężkie. Kiedy wstałam, miałam mało czasu. Od tej chwili liczył się każdy ruch. Zobaczyłam tylko wściekły wzrok Jastrzębia i ruszyłam na oprawcę. Dwóch wielkich ludzi mocno mnie złapało i choć zadałam im kilka mocnych ciosów, nie zdołałam ich powalić. Byłam zbyt osłabiona. Momentalnie oberwałam w twarz. Obraz pociemniał, a ból rozszedł się po całym ciele. W ustach rozszedł się smak własnej krwi i nie potrafiłam się nawet ruszyć. Nie mogłam nic zrobić, tylko przeszkadzałam. To nie miało sensu.
- Przestańcie. - krzyknęła moja towarzyszka, a ja jedyne co chciałam to ją przeprosić za bycie uciążliwym i najsłabszym ogniwem. To nigdy nie miało tak wyglądać. Życzyłam jej wygranej.
Nikt się tym nie przejął, kazali iść jej na przód, a ja zostałam z tyłu. Widziałam jak coś do niej mówią, ale nic nie słyszałam. Potem straciłam orientację, czułam jedynie złość, a następnie ciemność całkowicie przejęła moje ciało. Zamknęłam oczy, pozwalając na wieczny sen i przeklinając własne życie. W ostatnim momencie pragnęłam jedynie zemsty i siły.

Lexie? 

niedziela, 15 marca 2020

Od Lexie do Keyi

Gdy się nachylił Lexie owionął zapach jakiegoś egzotycznego kwiecia, ostro kontrastujący z smrodem wody i ryb. Wydawał się być zupełnie nie na miejscu na tej wioskowej barce. Jego słowa wzbudziły w Jastrzębiu złe przeczucia. Chciał negocjować, jednak jaką korzyść przyniosłyby mu negocjacje z kimś, kto już jest na jego łasce. I jeszcze ona. Gwardzistka spojrzała ukradkiem na Keyę. Mężczyzna nie chciał nic od niej. Nieco ją to zmartwiło. Jeśli jest dla nich bezużyteczna mogą zechcieć pozbyć się jej. Jeśli nie teraz to później. Jastrząb wolałaby zdecydowanie tego uniknąć. W końcu to z jej winy najemniczka tkwiła w tym wszystkim. Trzeba było stanowczo odmówić jej udziału w misji.
  Zapach kwiatów został z nimi jeszcze przez chwilę, gdy mężczyzna się oddalił. 
Łódź sunęła powoli, a na pokładzie ponownie pojawili się zamaskowani ludzie. Barbarzyńcy o zdeformowanych twarzach, skrzywdzeni przez świat? Brzmiało to prawdopodobnie, jednak by to potwierdzić musiałyby ściągnąć maskę z twarzy jednego z załogantów. A zdecydowanie nie były w pozycji, w której mogłyby choćby spróbować. Maszt uwierał w plecy, a ruchy liny, powodowane zapewne przez Keyę wcale nie sprawiały, że ich pozycja była wygodniejsza.
  Nikt najwyraźniej nie zamierzał odprowadzić ich z powrotem do ich "kajuty", nad czym gwardzistka trochę ubolewała. Mimo wszystko od niewygodnej pozycji zaczynało jej drętwieć całe ciało. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy w nozdrza Lexie uderzył znajomy zapach - zapach morza. Było jeszcze daleko, nie była w stanie go dojrzeć przez skrzynie, ustawione na pokładzie. Jednak była pewna, że je czuje. Jak daleko zamierzali je wywieźć? Czy zamierzali przenieść je na statek morski? Jeśli tak, to w grę wchodził praktycznie każdy region Sayari.
  Żagiel został zrzucony, o milimetry mijając głowy kobiet, i zabezpieczony. Pokład powoli pustoszał i coraz mniej zamaskowanych demonów kręciło się po jego powierzchni. Wkrótce pozostała tylko para postaci, sprawujących najwyraźniej nocną wachtę. Ruchy Keyi stały się nieco szybsze, najemniczka posłała zdeterminowane spojrzenie towarzyszce.
- Jeszcze chwila - mruknęła. Lexie poczuła, że serce bije jej mocniej. Mogły to zrobić. Mogły być w stanie uciec. I prawdopodobnie tej nocy była to jedyna okazja. Gdy już będą na statku skok za burtę nie będzie dopuszczalną opcją. 
  W ciszy nocy skrzypnęły drzwi i dwóch osiłków z wcześniej wychynęło spod pokładu i skierowało się w stronę kobiet, jednak tym razem jedyną, którą rozwiązali była Lexie. Przy okazji jeden z nich najwyraźniej zauważył, że więzy Keyi są poluzowane, bo spod maski dobiegł gardłowy, urywany rechot i sznury zostały mocniej zaciśnięte na jej nadgarstkach. Białowłosa syknęła i posłała mu pełne nienawiści spojrzenie. Najwyraźniej nie zrobiło to na nich wrażenia, bo bez słowa powlekli gwardzistkę w kierunku z którego przyszli. Kobieta z trudem próbowała iść o własnych siłach, jednak ich tępo było zbyt duże dla jej obolałego ciała. Niemal zniesiono ją po schodach, przeciągnięto przez długi korytarz i wrzucono do jasnego pomieszczenia, którego blask na chwilę oślepił gwardzistkę. Stanęła, nieco niepewnie czekając, aż wzrok przyzwyczai się do światła. Para osiłków zatrzymała się tuż obok niej, przybierając postawę niemej groźby. Lexie była pewna, że w tym stanie i bez broni nie będzie w stanie ich powalić.
  Powoli jej wzrok przywykł do niezwykłej jasności i była w stanie lepiej ocenić nowe pomieszczenie. Jak na barkę było dość obszerne i komfortowo urządzone. Ściany zostały obwieszone ciężkimi kotarami o szkarłatnym kolorze, zgrabnie okrywając pociemniałe od trudnych warunków deski statku. Podłoga została wyściełana wyglądającymi na kosztowne, ciemnymi dywanami, na których z prawej strony ustawiono stolik kawowy z jasnego drewna z pojedynczym fotelem,  z lewej chwiał się lekko obszerny, kremowy hamak, zaś na środku szerokie jasne biurko, którego ozdobę stanowił elegancki zestaw do pisania listów oraz osoba, w tym momencie dzierżąca pióro. Mężczyzna tym razem nie miał maski na twarzy i Lexie mogła z całą pewnością stwierdzić, że nie jest okaleczonym barbarzyńcą. Jego cera była jasna i gładka, może nawet troszeczkę zbyt jasna, jeśli by się nad tym zastanowić? Rysy raczej szlachetne, podkreślone przez kruczoczarne włosy, kontrastujące żywo z jasną skórą. Nie śpieszył się. Spokojnie nakreślił jeszcze kilka zawijastych liter, nim zwrócił swoją uwagę na przybyłą. Uśmiechnął się, co nadało jego twarzy drapieżnego wyrazu. Lexie przebiegły ciarki po plecach. Wyprostowała się nieco i bez wyrazu spojrzała w oczy przeciwnika, próbując dodać sobie otuchy odważną postawą.
- Wiele o tobie słyszałem - przyznał mężczyzna - od tych ludzi. Nie spodobałoby ci się zapewne, gdybyś wiedziała, co chcą z tobą zrobić.
  Gwardzistka uniosła brwi pytająco. To, że jej by się to nie spodobało, nie budziło żadnych wątpliwości. Pytanie brzmiało, co chcą z nią zrobić. Spróbowała sięgnąć myślami w stronę umysłu mężczyzny, jednak jak można było się spodziewać rozpierzchły się one w drodze.
 - Ale oto jestem ja. - Oparł się wygodniej na krześle. - Nie chcesz dowiedzieć się, co chcą z tobą zrobić? Załatwione. Chcesz pozbyć się rodzeństwa la Volpe? Nie ma sprawy. Chcesz, by twoja przyjaciółeczka przeżyła? Żaden problem.
- Ale? - przerwała mu Lexie nieufnie.
- Nie często widuje się Tha'xil poza ich ojczyzną. Nawet jeśli, nie chcą walczyć. - Zawiesił na chwilę głos. - A ty najwyraźniej jesteś wojownikiem.
- Jestem nim - przyznała, a w jej głowie zaczęły pojawiać się wszystkie możliwe zastosowania wojownika Tha'xil, a każde kolejne podobało jej się coraz mniej. - Co to ma do rzeczy?
- Zostań moim championem. - Na chwilę w pomieszczeniu zapadła cisza, w której Lexie starała się rozgryźć, jakiego championa rozmówca ma na myśli. Ten, najwyraźniej widząc brak zrozumienia westchnął. - Mogłem się spodziewać, że na wyspach o tym nie słyszeliście. Zwykle championem zostaje najpotężniejszy wojownik na arenie, który pokonał wielu wrogów. Ty zostaniesz nim, gdy pokonasz obecnego championa, którym szczyci się... pewna osoba. Osoba, z którą zakładu nie mogę przegrać. Co ty na to?
- Zabierzesz mnie od nich... - mężczyzna skinął głową - ...pozbędziesz rudzielców... - ponowne kiwnięcie - ...i uwolnisz Keyę? - kiwnięcie. - W zamian mam dla ciebie kogoś pokonać?
- Nie. Jeśli go pokonasz, uczynię dla ciebie to wszystko.
  Lexie się zawahała. Coś w słowach tego mężczyzny mówiło jej, że kimkolwiek jest tamten inny champion jest śmiertelnie niebezpieczny. Przeszło jej nawet przez myśl, że lepiej się zmierzyć z tym, co zrobią z nią ci barbarzyńcy, bo może nie być nic gorszego niż układanie się z tym mężczyzną. A jednak był to układ, coś stabilnego, coś co pozwoliłoby jej odzyskać grunt pod nogami.
- Zgoda. Zostanę twoim championem - odpowiedziała wreszcie, w duszy prosząc swoją panią o wybaczenie, ale najwyraźniej misja przeciągnie się bardziej, niż się spodziewała.
- Znakomicie. Przed świtem zabiorą cię stąd moi ludzie. Ciebie i twoją towarzyszkę. Będzie moim gwarantem twojego posłuszeństwa. Panowie, odprowadźcie ją na miejsce.
(Keya? Jak tam idzie szarpanie się z więzami?)

czwartek, 19 grudnia 2019

Od Keyi do Lexie

Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałyśmy się złapać. Mój umysł nie pojmował jeszcze w jak poważnej sytuacji się znalazłyśmy, ale ciało przesiąkło lękiem. Ciemność potęgowała strach i jednocześnie powodowała rośnięcie w środku wściekłości. Jak głupim trzeba być, żeby wpaść w tak idealnie zastawioną pułapkę.
Martwiło mnie teraz dosłownie wszystko. Tylko nie wiedziałam co jest gorsze. Nieznajomość oprawców czy kierunek wyprawy, a może to, że wciąż nie odzyskałyśmy cholernego artefaktu.
Co mi też przyszło do głowy, skłaniając do pomocy nieznajomej. Chociaż po całym tym wydarzeniu moje zaufanie do Jastrzębia znacznie wzrosło. Byłam skłonna powiedzieć, że cieszę się z jej towarzystwa. I było to prawdą.
Zapach niesamowicie drażnił mój nos i płuca. Mokre podłogi zdążyły nasączyć brudne ubranie, a węzeł mocno uwierał. Próby wyszarpania się z ucisku na nic się nie zdały, a jedynie powodowały większy ból. Również wcześniejsza rana, która nie zdążyła się zagoić - mocno mi przeszkadzała.
- To jesteśmy w dupie. - warknęłam bardziej zła na samą siebie, niż zastaną sytuację.
Nienawidziłam niewoli, zawsze źle mi się kojarzyła. Do tego to cholerne bujanie statku, wcale nie uspokajało mojej zranionej teraz duszy.
- Musimy obmyślić jakiś plan działania. - towarzyszka jakimś nieznanym mi sposobem wciąż była opanowana. - Jakikolwiek. Co pamiętasz z momentu łapania? Jakieś znaki szczególne?
Zamyśliłam się, patrząc na niewielki strumień światła wpadający zza moich pleców. Pozycja w jakiej teraz leżałam sprawiała we mnie poczucie całkowitego upokorzenia.
- Ich maski. - skupiłam myśli, wracając do tamtego dnia. - Kiedyś słyszałam o ludziach, którzy ukrywają twarz. Plotki mówiły, że to jakiś rodzaj barbarzyńców, skrzywdzonych przez resztę świata. Podobno mają zdeformowane twarze i przesiąknęli nienawiścią.
- Do kogo?
- Sama chciałabym wiedzieć. - westchnęłam, opanowując powoli gniew. - Może rudasy też do nich należą, a artefakt ma im pomóc?
Zasugerowałam, sama nie będąc pewna. W odpowiedzi usłyszałam tylko wydychane przez kobietę powietrze i ciche westchnienie. Nastała chwila ciszy, ale została przerwana dobiegającymi krzykami u naszych głów. Wyglądało na to, że rozpoczynamy naszą wyprawę w nieznane.
Słychać było szum fal i ich uderzenia o boki statku. Co jakiś czas ktoś coś krzyczał, ale nic co mogło się nam przydać. Słona woda była dosłownie wszędzie, a zapach ryb po kilku godzinach przestał tak mocno drażnić zmysły. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ale pozwalały jedynie określić, że jesteśmy w jakiejś ładowni. Nadal nie miałyśmy planu, ani poszlaki.
Nagle rozległy się ciężkie kroki, a zaraz potem ktoś gwałtownie uchylił drzwiczki, wpuszczając nieco światła. Był to gruby, niski mężczyzna. Jego twarz ozdabiała maska z nieznanymi mi symbolami. Wyglądały jak runy pomieszane z starożytnym pismem.
Kucnął wpychając dwa talerze, na których spoczywała oskubana ryba. Nasz widok wyraźnie go rozbawił, gdyż wybuchnął władczym śmiechem.
Podejrzewam, że wyglądałyśmy na prawdę żałośnie, ale wolałam o tym nie myśleć. Nie pozwolił nam zadać żadnego pytania, gdyż jak się pojawił tak szybko znikł. Pozostawiając jedynie marny posiłek, którego i tak nie miałam zamiaru tknąć. Jastrząb wydawał się za to spokojny, ale nie pozbawiony rozsądku - talerza nie tknęła.
- Wygląda na to, że spędzimy ze sobą więcej czasu niż zakładałam. - zaśmiałam się, poprawiając już niewygodną pozycję.
- Chyba, że jedziemy na egzekucję. - odgryzła się towarzyszka, na co szerzej się uśmiechnęłam.
- Ja jestem bezwartościowa. - wzruszyłam ramionami. - Wątpię, że zabiją kogoś o takich umiejętnościach. Jesteś bardzo cennym towarem.
Przedstawiłam prawdę, o której dziewczyna na pewno dobrze wiedziała. Moja śmierć niczego nie zmieni, jestem jedynie odpadkiem społeczeństwa. Za to jej życie może być warte więcej niż mi się wydaje. Tym bardziej, że wciąż nie odkryłam kim tak na prawdę jest i dla kogo pracuje. Nadal nie mogłam jej w pełni zaufać, pozostawało mi jedynie o tym nie myśleć.

Mijały dni, ale nie jestem w stanie powiedzieć ile. Nasze posiłki były tak ubogie, że nie zapewniały nam żadnych składników odżywczych. Czułam się przez to słabo, a do tego dochodził ból rany, która nie była w jakikolwiek sposób zabezpieczona. Morska woda skutecznie ją podrażniała, co powodowało jeszcze większy ból. Jastrząb nie dawał po sobie oznak zmęczenia, ale byłam pewna, że również cierpi. Nasze rozmowy stały się bardziej luźne, a jej towarzystwo okazało się wybawieniem. Chociaż nie wiem czy moja osoba ją nie irytowała, bo nie potrafiłam odczytać jej uczuć.
W pewnym momencie drzwi ponownie się otworzyły, ale nikt nie wniósł jedzenia.  Za to pojawiło się dwóch mięśniaków, którzy nie zdołaliby wpełznąć do środka. Oni również nosili maski.
- Wyłazić. - rzucił jeden, ukazując ostrze w swojej dłoni.
Obolała, ale wciąż wkurzona ostrożnie i powoli opuściłam ciasne pomieszczenie. Słyszałam za sobą kroki Ptaka, ale milczała jak grób.
Dwoje osiłków pociągnęło nas po schodach na główny pokład. Światło, które dostało się do mich oczu skutecznie pozbawiło mnie wzroku na dobrą dłuższą chwilę. Czułam brud zalegający na każdym skrawku mojego ciała, a włosy oblepione były jakąś mazią. Ogarnęło mnie potworne obrzydzenie. Spojrzałam na towarzyszkę, która wcale nie wyglądała lepiej. Po prostu lepiej milczała.
- Ej! Nie jestem drewnem i mnie boli. - syknęłam do mężczyzny, który pociągnął za moje mocno związane ręce.
Ruszyliśmy na sam środek, mijając załogę statku. Każdy bez wyjątku chował twarz za kawałkiem drewna, pięknie ozdobionego. Stanęliśmy na środku pokładu przed dwoma miskami. Następnie poczułam zimną wodę na ciele. Zostałyśmy "umyte", a raczej jedynie lekko obmyte.
Następnie przywiązali nas do głównego masztu i bez słowa odeszli. Przysięgam, że nie wiedziałam co to wszystko ma znaczyć. Nigdzie też nie dostrzegłam rudych głów, na nasze szczęście.
Statek był duży, ale nie ogromny. Jego stan wskazywał na długie lata służenia, pozostając przy tym dobrze konserwowanym. To wszystko wydawało mi się nie mieć rąk i nóg.
Kiedy ja zajmowałam się próbą wyswobodzenia, podszedł do nas wysoki, umięśniony mężczyzna. Jego maska była w kolorze czerwonym i nie posiadała żadnych ozdób. Zza niej wystawały nieco dłuższe, ale zadbane kruczoczarne włosy. Również jego strój był inny - schludny i gustowny.
- Wybaczcie za te zabiegi i ciemne pomieszczenie, ale to była konieczność. - po głosie dało się rozpoznać, że jest to mężczyzna w wieku około 25 lat. - Nie mogę zdradzić celu podróży, ale jak na razie nikt nie ma zamiaru Was zabijać. Szczególnie Ciebie.
Wskazał na Jastrzębia, która lekko drgnęła. Zza maski odbił się śmiech. Zrobił krok w przód, tak, że znalazł się niemal dokładnie przed ptakiem. Nachylając delikatnie głowę, ściszonym głosem do niej przemówił.
- Nie jestem jednym z nich. Może będę w stanie Ci pomóc po odpowiednich negocjacjach.
Oddalił się, spojrzał na mnie i odwrócił na pięcie odchodząc. Miałam wrażenie, że mówi o dziewczynie jak o swoim przedmiocie. Niestety nic z tego nie rozumiałam poza tym, że jestem bezużyteczna, a to nie wróżyło dobrze. Chociaż z drugiej strony może łatwiej się uwolnię. Jednak wiedziałam, że nie zostawię Ptaka samego. Zaczęłam ją lubić.


Lexie? Wybacz, że tak długo ;-;

czwartek, 15 sierpnia 2019

Od Lexie do Keyi

Lexie bez większego problemu uporała się z parą wyrostków, nacierających na nią. Długa włócznia dawała jej przewagę. Kątem oka zauważyła, że walczący u jej boku Mer wciąż jeszcze związany jest walką, skinęła mu więc tylko krótko głową, jakby z nadzieją, że zrozumie o co jej chodzi, i ruszyła biegiem w stronę rudzielców. Ich czupryny świeciły między drzewami i gwardzistka była pewna, że nie mogłaby ich pomylić z nikim innym. Poczuła na sobie uderzenie tej samej mocy, której doświadczyła już ostatnio, z tym że tym razem była o wiele potężniejsza. Opływający ją pył niczym pumeks ocierał jej skórę, zdzierając naskórek i miejscami upuszczając kropelki krwi.
Za sobą słyszała uderzenia stóp o twardą ziemię. Najwyraźniej Keya również skończyła walczyć i podążała za nią. Kobieta miała tylko nadzieję, że rana najemniczki nie poszerzy się od nagłego wysiłku.
Wtem z zarośli po prawej wypadła na nią kolejna grupa wyrostków w maskach. Zaskoczona Jastrząb chwyciła włócznię dwoma rękami, by zasłonić się przed atakującymi. Ból, spowodowany przez magię artefaktu zniknął, zastąpiony przez nagły atak młokosów. Lexie odepchnęła najbliższego, posyłając go w stronę jego towarzysza, a następnie zakręciła włócznią, próbując zyskać dystans. Usłyszała, że białowłosa zbliża się do niej od tyłu. Sparowała cios i odskoczyła, by dać sobie chwilę wytchnienia.
- Uważaj na artefakt – krzyknęła, przypłacając to nagłym bólem w ramieniu. Skupiła swoją uwagę na dalszej walce, gdy nagle wrogowie zostali dosłownie zmieceniu sprzed jej twarzy. Masywna zbroja wjechała w nich całym swoim ciężarem, roztrącając na boki i wymachując włócznią z zabójczą precyzją. Kobieta w ostatniej chwili odskoczyła, unikając potrącenia przez jednego z upadających młodzików i puściła się biegiem za Keyą, która zostawiła ją w tyle o dobrych kilkadziesiąt metrów. Mimo rany lata życia najemnika musiały nieźle ją zahartować, skoro wciąż była w stanie stać na nogach, mimo że Lexie zauważyła krwawy ślad na drodze przez nią przebytej. Gdy była tuż przed bliźniętami coś zaszeleściło i zaskrzypiało, a kobieta gwałtownie odskoczyła do tyłu upadając na zadek. Płat ziemi przed nią osunął się w dół, znikając z pola widzenia gwardzistki. Brunetka przystanęła koło dziewczyny i pomogła jej wstać.
- W porządku? – spytała, rzucając szybkie spojrzenie na jej ranę.
- Tak – odparła, a na jej twarzy był zacięty wyraz. Patrzyła na parę bliźniąt, które nic sobie nie robiąc z bliskości ścigających stały za dołem, najeżonym palami. – Nie zamierzacie zrobić tego co wychodzi wam najlepiej?
- Że niby uciec? – parsknęła dziewczynka. – Tak się składa, że nie ma takiej potrzeby.
- Wy za to powinnyście były to zrobić jak miałyście okazję – dopowiedział jej brat, uśmiechając się w stronę kobiet, a szczególnie… - Nie potrzebnie ponownie się kompromitowałaś, Keyu.
Strażniczka usłyszała szelest i instynktownie zasłoniła towarzyszkę swoim ciałem. Przełknęła ślinę spoglądając prosto w groty mierzących do nich kusz, trzymane przez dzieciaki w maskach, które właśnie ześlizgnęły się z drzew. Lexie przejechała wzrokiem po wykrzywionych demonicznych obliczach, szukając czegoś co mogłoby działać na ich korzyść. Nic. Zupełnie nic. A co gorsza, znowu nigdzie nie widziała Mer. Zapewne jego też pojmali.
- Poddajemy się – oznajmiła, wypuszczając włócznię z dłoni.
- To nie jest dobry pomysł – powiedziała cicho najemniczka, odsuwając się nieco od dziewczyny.
- A masz jakiś lepszy? – mruknęła Lexie, obserwując uważnie rudych młokosów.
Jedna z postaci podeszła z kuszą i podała gwardzistce linę.
- Zwiąż ją – rozkazała krótko, a jej głos spod maski, mimo że nieco piskliwy, brzmiał dziwnie złowrogo, przytłumiony przez grube drewno. Kobieta bez słowa owinęła dłonie towarzyszki najbardziej podstawowym węzłem, jaki mogła sobie wyobrazić. – Mocniej. – Rzuciła ukradkowe spojrzenie oprawcy i pociągnęła linę mocniej, aż Keya syknęła z bólu. Teraz mężczyzna zawiesił kuszę u paska i zaczął obwiązywać dłonie strażniczki. Jego ręce poruszały się szybko, a węzeł był solidny. Lexie nie była pewna czy kiedykolwiek w życiu widziała podobny splot. Zresztą nie dane jej było długo się na niego napatrzeć, bo ktoś od tyłu zarzucił jej worek na głowę. Nieco światła przebijało się przez gruby lniany materiał, jednak kobieta nie widziała poza tym zbyt wiele. Jej uszom dobiegała ożywiona krzątanina i miała tylko nadzieję, że nie planując w takim stanie wrzucić ich do najeżonego palami dołu. Koś pociągnął ją za związane ręce, ktoś pchnął i niepewnie stawiając kroki gwardzistka ruszyła w tylko oprawcom znanym kierunku. Jej uszom dobiegł strzęp przyciszonej rozmowy pomiędzy bliźniakami a kimś, kto mógł zapewne być szefem zamaskowanej bandy. Albo kimkolwiek. Gwardzistka skarciła się w duchu za wysnuwanie tak daleko idących przypuszczeń.
- …oni?...
- …o chcecie. Byle…śmy ich …nie spotkali…
- Ro…
- Tu nikogo nie ma! – rozległ się okrzyk, gdzieś le prawej strony Lexie. Nie brzmiał na przytłumiony, właściciel więc zapewne musiał już zdjąć swoją maskę. – Zbroja jest pusta! Co z tym zrobić?
- Ciszej – syknął ktoś, mijając związane dziewczyny. – Jeste…
- Ruszajcie się szybciej – rozkazał przytłumiony głos i Jastrząb poczuła ból w plecach, gdy uderzyło w nie coś ciężkiego. Przyśpieszyła nieco, niemal przy tym nie przewracając się o jakiś korzeń.
  Piesza podróż była dla obu kobiet niezwykle męcząca i wydawała się ciągnąć w nieskończoność, jednak na szczęście realnie nie trwała zbyt długo. Nim się ściemniło chlupot wody i zapach ryb powiedziały Lexie, że znalazły się w jakimś porcie, czy raczej osadzie rybackiej, jakich wiele było na tych terenach. Pozwolono im tutaj usiąść i odpocząć chwilę, strażniczka bała się jednak odzywać do towarzyszki nie wiedząc, gdzie stoi pilnujący ich młokos i na ile może sobie pozwolić.
- Wstawać – rozkazał ktoś krótko, końcem buta uderzając siedzącą kobietę w bok.
  Przeprowadzono je po nieco grząskim gruncie na skrzypiące deski. Dźwięk łodzi obijających się o siebie i bulgot. Keja. Potem kazano zrobić im długi krok i ciężkie buty Lexie wylądowały na chwiejnej powierzchni, zapewne pokładu łodzi rybackiej, gdyż zapach ryb wydał jej się jeszcze intensywniejszy, niż ledwie chwilę wcześniej. Po chwiejnej, skrzypiącej powierzchni zostały przeprowadzone do dusznego i ciemnego pomieszczenia. Ktoś pchnął je do przodu, brutalnie zdzierając im worki z głów i drzwi z cichym skrzypnięciem się zatrzasnęły.
  Jastrząb zamrugała, próbując odzyskać ostrość widzenia. Miejsce, w którym się znalazły było dość ciasne i niskie, nieco od niej wyższa Keya musiała lekko się skulić, by nie uderzać głową o strop. Na podłodze leżały beczki i skrzynie, trudno też było zlokalizować choćby kawałek suchej podłogi. Wszystko przesiąknięte było cuchnącą wodą i zapachem stęchłych ryb. Nieco brudnej cieczy chlupotało cicho, gdy łódź kołysała się na falach. W pomieszczeniu nie było żadnego okna. Ciemność rozpraszała jedynie odrobina światła, wpadająca przez szpary w deskach na suficie.
(Keya?)

wtorek, 25 czerwca 2019

Od Keyi do Lexie

Zimne dłonie błądziły po moim ciele, pozostawiając jedynie nieprzyjemny dreszcz. Próbowałam się wyrwać, ale okazałam się za słaba. Kiedy usiłowałam wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, pojawiał się jedynie ból. Ciemność ogarniała całe moje ciało, a oprawca pozwalał sobie na coraz więcej. 
Nagle zobaczyłam błysk, a w nim znaną mi dobrze twarz Jastrzębia. Walczyła z kimś, ale nosiła na sobie ciężkie łańcuchy. Wydawało mi się, że jej policzki okalają krwawe łzy, a ciało słabnie. Próbowałam podejść, wyrwać się z uścisku. Nie byłam w stanie się poruszyć. Co się dzieje?

Gwałtownie otworzyłam oczy i z trudnością łapałam powietrze. Próbowałam się unieść, ale ból skutecznie mi to uniemożliwił. Z moich ust wydobył się żałosny syk, a dłonie złapały za podbrzusze.
Wyczułam tam jakiś materiał i od razu na to zerknęłam.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie co ja tu robię i co się właściwie stało. Spojrzałam na ciemniejące niebo i zacisnęłam zęby. Czułam się mokra od potu i niesamowicie zmęczona. Klatka piersiowa szybko opadała i wstawała z trudem łapiąc każdy oddech.
- Jak się czujesz? – obok pojawiła się towarzyszka.
Ogarnęła mnie fala wstydu, przez którą nie mogłam spojrzeć na dziewczynę. Powinnam temu jakoś zapobiec.
- Kiepsko, ale do przeżycia. – wymamrotałam. – Bardzo spieprzyłam sprawę? Ile mnie ominęło?
Na ułamek sekundy pozwoliłam, aby nasze spojrzenia się spotkały i od razu tego pożałowałam.
W jej ślepiach dostrzegłam gniew i  rozczarowanie.
Z jakiegoś powodu bałam się, że się na mnie zawiodła. Było mi z tego powodu głupio. Dlaczego?
- Spałaś dwa dni. Bliźniaki uciekły. – jej głos nie zdradzał żadnych emocji. – Najlepiej będzie jeżeli jeszcze poleżysz. Rana wygląda brzydko.
Pokiwałam potwierdzająco głową i zamknęłam oczy.  Zastanawiało mnie gdzie są i co to dla nas oznacza. Musieli wiedzieć o naszych poszukiwaniach i zastawić pułapkę.
W takich momentach żałowałam, że nie posiadam jakiś cudownych mocy. Wydawało mi się, że tak byłoby łatwiej.
No i nie musiałam pchać się w tą podróż. Przysporzyło mi to jedynie problemów. Z drugiej strony będę mogła spotkać się z braciszkiem. Ciekawe jak mu się wiedzie.
Droga była wyboista i co chwilę kołysało nami na boki. Nie dałam rady usnąć, a ból z każdym takim wybrykiem narastał. Kiedy zdjęłam opatrunek ujrzałam głęboką ranę. Była jednak na tyle płytka, aby nie przebić narządów.
- Jesteśmy. – pierwszy raz odezwał się Mer, który powoził.
Podniosłam się na tyle ile dałam radę i rozglądnęłam. Wjechaliśmy do biednego miasta, które wyglądało tragicznie. Smród drażnił nos, a ludzie wydawali się dziwnie podejrzliwi. Oglądali nas i szeptali między sobą. Zauważyłam, że byli tutaj praktycznie starzy i niedołężni.
Stanęliśmy dopiero przez stajnią i małą karczmą obok. Wyszła do nas grubsza i starsza kobieta z połowicznie siwymi włosami.  Przez moment wydała mi się dziwnie znajoma.
- Potrzebujemy koni. – Jastrząb zabrał głos i krzywo na mnie spoglądnął. – Zatrzymamy się tu na chwilę.
Miałam zaprotestować i zapewnić, że dam radę jechać sama, ale jej wzrok pewnie mnie zatrzymał. Westchnęłam i przeklęłam przez zęby.
Do pokoju wniósł mnie Zbroja, który był zimny, a moje poszukiwania jego oczu się nie powiodły. Znaleźliśmy się teraz w jednym pokoju. Nawet dziewczyna wyglądała na zmęczoną, co wcale nie było czymś nienormalnym.
- Dziękuję. – powiedziałam, kiedy zostałyśmy same. – Czuję się już dobrze, więc jutro nadgonimy.
Kiedy nasze spojrzenia się ze sobą zetknęły, nieco się speszyłam. W przeciwieństwie do mnie jej kąciki ust lekko się uniosły i jedynie pokiwała delikatnie głową. W tym momencie dostrzegłam, że jest naprawdę piękną kobietą. No i chyba nie była już zła.
- Ciekawą masz tą moc. Wyglądało to bardzo ciekawie. – poprawiłam poduszkę, uważając na wciąż obolałe ciało.
- Być może. Wszystko ma swoje plusy i minusy.
Dziewczyna również się rozluźniła i przymknęła ślepia. Wyraźnie nad czymś myślała, więc postanowiłam więcej nie przeszkadzać. Kiedy ułożyłam się do spania, na nowo zawitał w mojej głowie obraz Jastrzębia skutego w ciężkie łańcuchy.

Obudził mnie świt. Ptak jeszcze spał, a Mer jak zwykle gdzieś znikł. Przez chwilę dziewczyna ciężko oddychała i nerwowo poruszała rękami, aby nagle otworzyć oczy. Patrzyła w sufit i próbowała zaczerpnąć powietrza, co za krótką chwilę jej się udało.
Nie zauważyła mojego tępego wpatrywania się w tą scenkę, więc udawałam, że wciąż śpię. Dopiero kiedy usłyszałam jak wstaje w z łoża, zrobiłam to samo. Robiłam to powoli i ostrożnie, zważając na zwiększony ból.
- Jak się spało? – spróbowałam zagadać.
- Mogło być lepiej. – wzruszyła ramionami, poprawiając włosy. – Jednakże nie ma na co narzekać.
Kłamała, dobrze to wiedziałam. Ale gdyby nie obraz z wcześniej, wcale bym tego nie widziała. Jej ukrywanie uczuć było niesamowite i przerażające.
- Złapmy ich jak najszybciej i skończmy tę zabawę.  – uśmiechnęłam się niepewnie.
Podeszłam do okna i oparłam dłonie o niemal rozpadający się drewniany parapet. Widok z okna nie zachwycał. Ukazywał bowiem jedynie dachy starych domów.
Po krótkiej wymianie zdań udałam się do łazienki, gdzie założyłam nowy opatrunek. Rana wyglądała jeszcze gorzej niż wieczorem i zaczęłam się poważnie martwić. Jednak nie miałam czasu bardziej się nią zająć. Bliźniaki wciąż miały artefakt.
Kiedy przyszedł czas zapłaty okazało się, że karczma jest pusta. Nigdzie nie było dosłownie żywej duszy. Zaraz potem okazało się, że całe miasto po prostu opustoszało.
Niektóre domy pozostawały otwarte i ukazywały przedmioty, które normalnie powinny zostać zabrane. Wyglądało to tak, jakby mieszkańcy nagle uciekli. Tyle, że w nocy nic specjalnego się nie działo. A właściwie była to zwyczajna noc.
- Nie podoba mi się to. Możemy już stąd jechać? – zapytałam, kiedy udało mi się wdrapać na konia.
Był wysoki, więc w tym momencie usadowienie się na nim było niezwykle ciężkie. Każdy krok konia powodował silniejszy ból. Z czasem udało mi się przyzwyczaić i ciało po prostu go ignorowało.
Podróż musiała odbywać się galopem, a tylko w razie konieczności zwalnialiśmy tempo. Moja kara klacz wyglądała na zmęczoną i było mi jej naprawdę szkoda. Nie mogłam niestety z tym faktem nic zrobić, jak jedynie liczyć, że szybko znajdziemy Rudych głupków.
W połowie dnia natknęliśmy się na kolejną opustoszałą wioskę. W środku było kilka osób, a raczej tylko ich ciała. Na własne oczy przekonałam się jak groźny jest ten przedmiot. Ta wiedza spowodowała u mnie również większe zainteresowanie artefaktem.
Ruszyliśmy dalej. Zbroja jak zwykle był prawie taki, jakby go nie było. Dziewczyna za to wyglądała na przejętą i głęboko nad czymś się zastanawiającą.
Wkroczyliśmy w las niezwykle wysokich drzew. Sięgały one niemal 30 metrów, a ich grube pnie zasłaniały większe obszary. Podłoże było piaszczyste i powodujące większe zmęczenie naszych koni. Z rozkazu Jastrzębia zrobiliśmy postój.
Było tutaj chłodniej i pozwoliło to na zyskanie sił. W między czasie zajęłam się swoją raną, która powoli zaczęła się zasklepiać. Opuchlizna nadal jednak nie schodziła, a ja liczyłam, że uda mi się obejść bez zakażenia.
Nagle usłyszałam dziwne uderzenie. Z każdą sekundą było głośniejsze . Mer niemal natychmiast powstał i chwycił za swoją broń. To samo zrobiła dziewczyna, która dzierżyła swoją piękną włócznię.
Tylko ja nie mogłam się wygramolić i zdołałam tylko chwycić swój mały sztylet.
Zza drzew pojawiło się pięciu wyrostków. Wyglądali na starszych, ale byli umięśnieni i na pewno nie mieli dobrych zamiarów. Ich twarze ukryte były za dziwnymi maskami, a ich broń składała się z dwóch ostrych mieczy.
Maski były na swój sposób straszne. Wyglądało to tak, jak jakaś zorganizowana grupa. Przez chwilę pomyślałam nawet, że zostali nasłani przez Rudzielców. Co wcale nie mogło zostać wykluczone.
Wszystko działo się szybko. Ptak dzielnie walczył z dwoma, Mer również. Tylko ja siłowałam się z pojedynczym. Musiało to wyglądać komicznie, a wskazywała na to jego rozbawiona mina.
Gdzieś w oddali zobaczyłam nasze ofiary, które skutecznie nas zwodziły. Dwie czerwone głowy stały i uważnie nas obserwowały.
Zauważyłam, że moja towarzyszka bardzo łatwo sobie poradziła i już biegła w ich stronę. Jej skóra wydzielała to samo co poprzednio i wyglądała teraz naprawdę groźnie. Zaraz potem i mi udało się pokonać przeciwnika i nie czekając pobiegłam za nią. Zauważyłam na swojej dłoni krew, która sączyła się teraz z niepogojonej rany.
- Teraz nam nie uciekniecie… - szepnęłam do siebie.

Lexie?


czwartek, 13 czerwca 2019

Od Lexie do Keyi

Lexie rzuciła się w kierunku koni, jednak było już za późno. Rodzeństwo pełnym galopem oddalało się gościńcem, pozostawiając za sobą jedynie chmarę kurzu. Gwardzistka zacisnęła zęby i odwróciła się do powozu. Jej spojrzenie padło na oddalającego się ukradkiem woźnicę oraz wykrwawiającą się powoli Keyę. Nigdzie nie było też Mer.
- Wracaj tu - warknęła do wymykającego się mężczyzny, który słysząc, że został zauważony rzucił się biegiem w kierunku lasu. Gwardzistka zrobiła zamach i cisnęła w niego włócznią, która z cichym plaśnięciem wbiła się w jego lewą nogę sprawiając, że upadł z jękiem.
  Lexie postanowiła zająć się nim później tymczasem podeszła do leżącej towarzyszki. Rana nie wyglądała dobrze. Była głęboka, prawdopodobnie nóż przeszedł na wylot, a wypływająca z niej krew zanieczyszczona była jakąś ciemną cieczą. Prawdopodobnie trucizną. Gwardzistka podeszła do powozu i odszukała bagaże bliźniąt. Nie byli w stanie wziąć ze sobą za wiele i na całe szczęście sporo ubrań zostało w powozie. Lexie wybrała trochę lepszego materiału i podarła go w pasy, którymi następnie zatamowała krwawienie w boku Keyi.
- Możesz wstać? - spytała gwardzistka, nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi. Najemniczka wyglądała na półprzytomną. Utrata krwi, ból, a prawdopodobnie również trucizna zrobiły już swoje.
  Tak ostrożnie, jak była w stanie strażniczka uniosła towarzyszkę i ułożyła ją w powozie, przykrywając następnie kocem. Chwilowo było to wszystko, co była w stanie dla niej zrobić, zwróciła się więc do woźnicy, który zdążył już dojść do skraju gościńca i przewrócić o wystający korzeń. Właśnie desperacko próbował wstać, wspierając się na włóczni gwardzistki. Przy czym zarówno zraniona noga, jak i jego tusza nie pomagały mu w tym zadaniu.
  Lexie przez chwilę przyglądała się jego wysiłkom z założonymi rękoma, po czym podeszła do niego od tyłu i chwyciła za kołnierz, z trudem pomagając mu stanąć na nogach. Mężczyzna spróbował zamachnąć się na nią włócznią, jednak z łatwością mu ją odebrała, przez co niemal nie wylądował na ziemi ponownie.
- Lepiej dla ciebie będzie współpracować - powiedziała cicho, przysuwając mu grot broni do gardła. Grubas pokiwał głową energicznie i pozwolił się pociągnąć z powrotem w stronę wozu.
  Mer dalej nigdzie nie było, co przelotnie odnotowała podświadomość kobiety. To musiało jednak poczekać. Zbroja kiedyś się znajdzie. Zapewne. Oby.
  Gwardzistka posadziła rannego na podłodze wozu. Mężczyzna stęknął i rozsiadł się z ulgą na drewnianym podłożu. Spojrzał ponuro na swoją oprawczynię.
- Gdzie i w jakim celu - zapytała Lexie, powtarzając wcześniejsze pytanie Keyi.
- Co? - grubas zrobił głupią minę.
- Wieźliście to. - Kobieta przewróciła oczyma.
- Do stolicy Nelayan. Tam mieli to od nas odebrać - odparł niechętnie woźnica.
- Kto?
- Nie wiem - mruknął. - Nie przedstawili się.
- I przyjąłeś ofertę z niepewnego źródła? - Gwardzistka skrzywiła się.
 - Grozili mojej żonie i córce! Musiałem to zrobić, inaczej by je skrzywdzili. - Lexie zrobiła sceptyczną minę i ze znudzeniem przerzuciła włócznię z jednej ręki do drugiej, zwracając uwagę mężczyzny na jej ruch. - Poza tym oferowali duże pieniądze...
  Dziewczyna rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie, po czym westchnęła.
- Zabandażuję ci nogę i nie chcę cię już więcej widzieć. Zrozumiałeś? - oznajmiła, obchodząc wóz i stawiając przy nim włócznię. Od strony mężczyzny usłyszała ciche ni to potwierdzenie, ni to stęknięcie. Wzięła nieco szmat, którymi wcześniej opatrywała Keyę. Rzuciła też dziewczynie przelotne spojrzenie. Nie wyglądała najlepiej. Była blada, poza policzkami, na których pojawiły się już czerwone wypieki. Niedobrze.
  Wróciła do woźnicy i z wprawą zatamowała krwotok. Wręczyła bez słowa mężczyźnie kilka czystych szmat i wskazała gościniec. Ten stęknął i stanął na nogach, po czym chwiejnie ruszył traktem, oglądając się raz po raz za siebie. Chyba bał się otrzymać kolejną włócznię w plecy.
  Za plecami gwardzistki rozległ się chrzęst zbroi. Lexie odwróciła się z dłońmi założonymi na pięści,
- Więc? - spytała, unosząc brew. - Gdzie byłeś?
  Mer nie odpowiedział. Stał nieruchomo, trzymając za uzdę konia. Jak sobie po sekundzie uświadomiła Lexie - konia bliźniaków.
- Złapałeś ich? - Cisza. - Nie, nie ma ich tutaj. - Cisza. - Masz tylko ich konia. - Cisza. - Gdzie oni są? - Cisza. - Mer. - Cisza. Gwardzistka westchnęła. - Zignorowałeś rozkaz. Powiesz mi wreszcie co się dzieje?
- Musimy się śpieszyć - oznajmił pusto. Kobieta zmarszczyła brwi. Miał rację, co nie zmieniało faktu, że oczekiwała odpowiedzi na swoje pytania.
- Dobrze. Zaprzęgnij konia. Powozisz. - Skinięcie głową i ruch w stronę powozu. - Jedziemy... - Lexie zawahała się - do najbliższego miasta. Zamieszkałego.
  Przez chwilę obserwowała jak zaprzęga konia, po czym  wskoczyła do wozu zobaczyć, jak czuje się Keya. Szmaty na jej ramieniu przemokły, a jej twarz była całkiem czerwona. Nie wyglądało to dobrze. Lexie szybko zmieniła opatrunek, po czym odnalazła bukłak z wodą i zmoczyła w niej kilka pasów tkaniny, by ułożyć je na czole dziewczyny, na karku oraz na nadgarstkach i w kostce. Zaczęła też przegrzebywać torby w poszukiwaniu jakichś ziół. Mogła co prawdę spróbować coś znaleźć w lesie, jednak nie znała zupełnie miejscowej flory, miała więc nadzieję, że w porzuconych bagażach będzie coś przydatnego.
(Kaya?)

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Od Keyi do Lexie

Długo dywagowałam nad możliwościami, które pojawią się wraz z magicznym artefaktem w moich rękach. O ile w ogóle się pojawią.
Podczas kiedy ruszyłam, aby zająć miejsce, obmyślałam dokładnie swoje działanie. Jak powinnam to rozegrać? Z początku wydawało się to łatwe, ale wcale takie nie było. Nie wiedziałam, czy osoby te umieją się nim posługiwać i mnie nie zauważą.
Niepewności dodawał mi milczący Mer, który usilnie zachowywał ignorowanie moich prób zagadania. Skoro jednak Jastrząb mu ufa i zaleciła zadanie, na pewno je wypełni. Za te kilka tygodni spędzonych razem potrafiłam stwierdzić, że był jej oddany. Jakkolwiek to rozumieć.
Po nieco dłuższym czasie siedziałam wśród zarośli, czekając na właściwy moment. Słyszałam bicie własnego serca, a każdy dźwięk zdawał się nasilać. Zimny wiatr próbował zwrócić uwagę i zapobiec oddalaniu się moich myśli.
Wciąż się zastanawiałam czy powinnam oddawać artefakt obcym. Co, jeśli Król wykorzysta go do niecnych planów, albo – co gorsza – sam Jastrząb go przejmie? Nie wyglądał na taką, ale przecież każde uczucie i emocje da się zakryć. Na samą myśl o tym czułam dziwny niepokój. Czyżby jej umiejętność tak bardzo mnie przestraszyła?
Powiew mroźnego powietrza ponownie we mnie uderzył i spowodował zniknięcie niepokojących myśli. Najpierw muszę zdobyć przedmiot. Tylko jak?
Stukot kopyt pojawił się w oddali, a zaraz obok mnie. Ruszyli dalej, skręcając tam, gdzie udał się Ptak. W tym czasie i ja wyszłam zza roślin i pobiegłam za nimi. Wciąż trzymałam się blisko kłączy. Nie zauważyli mnie, a niedługo potem pojawiła się moja towarzyszka.
Z oddali wyglądała na jeszcze groźniejszą. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zauważyłam krzątanie się dwóch młodych z tyłu powozu. Wyglądali na iście przerażonych.
Powóz stał w miejscu, kontrolowany przez Jastrzębia. Woźnica zbyt zajęty nerwową rozmową, nie zauważył, kiedy prześlizgnęłam się bokiem pod wóz. Słyszałam ciche szepty chłopców i skrzypienie drewna pod ich stopami.
Powoli przesuwałam się naprzód, aż dotarłam do końca desek. Wyciągnęłam podręczny sztylet i małe lusterko, które pozwoliło mi na bezinwazyjne spojrzenie, co robią młodzi.
Wtedy w ręce jednego z nich ujrzałam to, co poszukujemy. Pomimo że nigdy go nie widziałam, byłam pewna, że to właśnie ten artefakt. Biła od niego dziwna aura, która spowodowała u mnie nieprzyjemny dreszcz. Jednak jego wygląd był… zwyczajny. Całkowicie odbiegał od moich wyobrażeń.
Kawałek drewna, pokryty nieznanymi mi symbolami i runami. Na końcu lśnił jakiś kamień jakby wciśnięty w drąg.
Reszta to były jedynie minuty. Wskoczyłam na powóz i ściągnęłam jednego z chłopców. Jego nieprzytomne ciało uderzyło mocno o ziemię, powodując zwrócenie uwagi woźnego. Zdążyłam jedynie zrobić unik, kiedy drugi młodzieniec zaczął wymachiwać ręką, w której spoczywał magiczny przedmiot.
Z dziwnej oddali dobiegł mnie krzyk towarzyszki, ale był całkowicie niezrozumiały. Ku mojemu zdziwieniu i uldze, chłopak nic mi nie zrobił. Wyglądało na to, że nie ma kontroli nad artefaktem.
Szybko udało mi się go unieruchomić i zwalić z powozu, po wcześniejszym zabraniu przedmiotu.
Rozglądnęłam się i zobaczyłam, że dziewczyna trzyma grubego mężczyznę przed sobą w pozycji, która pozwalała je na kontrolowaniu jego ruchów. Jej włócznia spoczywała na jego gardle, ale pozwoliła mu zostać przytomnym. Widziałam, jak porusza ustami, a je skóra wciąż pokryta była dziwnym pyłkiem.
Ruszyłam przed siebie, aby ustalić co teraz. Z pewnością nie oddam tak niebezpiecznego przedmiotu w jej ręce. Nie bez wcześniejszego upewnienia się, że nie wykorzysta go ona lub jej władca do złych celów. Trzymając go jednak w rękach, wcale nie miałam ochoty go oddawać. Czułam dziwne podniecenie i chęć wypróbowania przedmiotu.
- Co chciałeś z nim zrobić? – warknęła dziewczyna.
- Ja tylko miałem go przewieźć w odpowiednie miejsce. Nie miałem wyjścia, zmusili mnie!
Jego ton głosu wyrażał strach i gotowość powiedzenia każdego szczegółu. Uniosłam brwi, kiedy zobaczyłam jak Jastrząb, nieco poluźnia uścisk.
- Gdzie i w jakim celu? – wtrąciłam się, kiedy znalazłam się obok.
Dziewczyna wyglądał na niewzruszoną, ale gniewną. Nie widziałam też nigdzie Mer, a nagle jej wzrok sięgnął gdzieś daleko.
W jednej sekundzie zobaczyłam, jak wyskakuje do przodu, a w drugiej poczułam niesamowity ból lewej części brzucha. Nagle przed oczami zrobiło mi się ciemniej, a z rąk ktoś wyrwał artefakt.
Zanim bezwiednie upadłam, zdążyłam zobaczyć dwa konie prowadzone przez rudowłosych. W rękach rdzawogłowej spoczywał teraz tak ważny kij.
Kolana zabolały pod wpływem upadku, a dłoń automatycznie powędrowała do ranionego miejsca. Powiodłam jedynie wzrokiem za oddalającymi się, czując w ustach gorycz.

<Lexie? Wybacz, teraz o ty musiałaś znów czekać :< >

niedziela, 26 maja 2019

Od Lexie do Keyi

- Na razie ruszymy za nimi - mruknęła Lexie, przywiązując konia do drzewa. Spojrzała na Mer i zmarszczyła brwi patrząc na jego masywną, płytową zbroję. - Trzymaj się z tyłu - rozkazała i dała znak Keyi, by ta ruszyła za nią.
  Gwardzistka wiedziała, że wreszcie dogoni złodziei, jednak miała nadzieję sam akt przechwycenia pozostawić najemnikowi. Liczyła, że precyzyjna i szybka akcja zaoszczędzi jej problemu, najwyraźniej jednak nie miał być jej dany ten luksu. Obecność podążającej za nią w ciszy najemniczki dawał jakąś nadzieję, jednak plan w głowie dziewczyny układał się bardzo mozolnie. Przeciwników była trójka, dwoje dzieci i jeden dorosły - raczej otyły. Tylko oni posiadają artefakt, co daje im znaczną przewagę. Jeśli skupiliby jego moc na gwardzistce zapewne nic by się jej nie stało, jednak nie byłaby w stanie walczyć, przyjmując na siebie taką ilość magii. Z drugiej strony ktokolwiek się pojawi w zasięgu może stać się celem potencjalnego ataku wysysającego duszę.  
  A jednak trzeba będzie zaryzykować. Gwardzistka spojrzała na białowłosą, potem rzuciła spojrzenie podążającemu nieco w oddali Mer i znów wróciła spojrzeniem do najemniczki. Strażnik wiedział, na co się pisze wyruszając z nią. Zresztą mieli swoje zobowiązania wobec króla. Keya nie.
  Lexie zwolniła nieco kroku, by Zbroja mógł je dogonić.
- Odwrócę ich uwagę - mruknęła, po czym zwróciła się do najemniczki. - Ty, ukradnij przedmiot.  Jeśli poczujesz, że możesz stać się celem - wycofaj się. Mer, osłaniaj ją. 
  Nie zareagował. Nie miał w zwyczaju reagować. Brak reakcji był najlepszym potwierdzeniem, jakie mógł dać. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę na jakie ryzyko zostanie wystawiony gwardzistka była pewna, że to zrobi.
- To nie brzmi jak najlepszy plan - zauważyła Keya, na co Jastrząb tylko wzruszyła ramionami. Nie był najlepszy. Nie był jednak też skomplikowany, a jak wiadomo im bardziej skomplikowany plan, tym więcej rzeczy może nie wyjść. Zresztą Lexie przywykła, że pracując z Mer dogaduje się bez słów. Już i tak konieczność przedstawienia sprawy najemniczce była dla niej uciążliwa.
- Poczekaj na odpowiedni moment - powiedziała tylko i skręciła w bok, jednoczęsnie przyspieszając kroku. Musiała przegonić ścigany powóz, by zmusić go do zatrzymania się. Przeszła w bieg, gdy zdołała oddalić się dostatecznie od celu. Z tego co wiedziała gościniec przez dłuższy czas miał jeszcze prowadzić prosto, powinno więc być sporo miejsc odpowiednich na zasadzkę. Jakoś po godzinie, gdy była już dość daleko skierowała się ponownie w stronę drogi i skryła się na jej skraju, za masywnym dębem. Gdy zamknęła oczy była w stanie dosłyszeć odległy stukot furgonu, jednak był dość daleko, by nie mogła go jeszcze ujrzeć. Czekała. A stukot robił się coraz głośniejszy i głośniejszy. Wkrótce była w stanie już dojrzeć zarysy sylwetek mężczyzny, siedzącego na koźle oraz pary mniejszych postaci w powozie za nim. Nie rozmawiali. Koń miarowo uderzał kopytami o ziemię. Gwardzistka poprawiła kaptur na głowie i opierając się na włóczni, niczym na lasce, wyszła na środek traktu.
  Powóz zbliżał się do niej powoli, a woźnica zaczął wykazywać objawy zdenerwowania. Obrócił się do postaci z tyłu i najwyraźniej coś do nich szeptał, bo i one pochyliły się do niego. Bystre oczy gwardzistki zauważyły, że kiwają głowami, a ich główki obracają się w jej stronę. Stała jednak niewzruszenie.
- Hola, podróżniku! - krzyknął woźnica. - Zejdź na bok, nie chcemy cię przejechać!
  Lexie nie odpowiedziała, a powóz przyspieszył nieco tempa. 
- Podróżniku, głuchyś czy co? Zejdź z drogi! - powtórzył swój okrzyk mężczyzna, popędzając konia do truchtu, a widząc że ponownie nie ma rezultatu strzelił z bata. Koń zarżał i rzucił się galopem w stronę gwardzistki.
  Ta w ostatniej chwili odsunęła się, chwytając przy tym uzdę i korzystając z energii pędu konia z dużą siłą usadziła go na zadzie tak, że belki mocujące go do powozu zaskrzypiały.
- A gdzie tak śpieszno, szanownym podróżnym? - zapytała uprzejmie, trzymając łypiącego na nią białkami konia za uzdę. 
- Nigdzie specjalnie - mężczyzna na koźle uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Drogi są niebezpieczne, obawialiśmy się, że może pan być zbójem. Iiii byłbym bardzo wdzięczny, gdyby pozwolił nam pan jechać dalej.
  W wozie za nim jedna z postaci sięgnęła po coś dyskretnie do torby.
- To prawda - powiedziała lakonicznie Lexie, dalej trzymając konia. - Choć nie wyglądacie na cenny łup.
- Bo nie jesteśmy - mężczyzna rozłożył ręce. - Ja i moje dzieci wracamy do domu od naszej ciotki. Mamy ze sobą tylko rzeczy na podróż, nic więcej, przysięgam!
  I wtedy rozległ się dźwięk zasysanego powietrza. Lexie poczuła mrowienie na swoim ciele, gdy z jej skóry zaczął się sypać drobny metaliczny pył o ostrych krawędziach, robiąc cienkie rowki w skórze.
(Kaya? Wiem, dobrze mi idzie... wybacz, że tyle to trwało...)

niedziela, 5 maja 2019

Od Keyi do Lexie

Zmrużyłam oczy, dokładnie zapamiętując opis przedmiotu. Zdarzyło mi się mieć do czynienia z magicznymi rzeczami, ale ten był wyjątkowo potężny. Rozumiałam teraz w pełni, dlaczego nie chcieli, aby dostał się w nieodpowiednie ręce. Jednocześnie znaczyło to, że mamy jeszcze mniej czasu.
Przeszedł mnie dreszcz przerażenia, ale i niezwykłej ekscytacji. Przez moment wyobraziłam sobie, że to ja mam w posiadaniu taki przedmiot. Szybko jednak się opamiętałam i przypomniałam obrzydzenie do magii.
- To ciekawe i odrażające. – wykrzywiłam się. – Teraz lepiej rozumiem skąd ten pośpiech.
Jastrząb przytaknął skinieniem głowy. Jej wyraz twarzy zdradzał zaniepokojenie. Spięła konia, nie czekając na nas i pozostawiając nieznacznie w tyle.
Kiedy wiatr mocniej zawiał, odsłonił nieznaczna część pleców Ptaka. Dostrzegłam tam cos błękitnego, które było wręcz wrośnięte w jej skórę. Tworzyło to łuski, ale wyglądały one pięknie. Ta dziewczyna jest dla mnie wielką zagadką. Ile dziwactw jeszcze skrywa?
Droga była już coraz mniej zaśnieżona, a my poza granicami Anthrakas. Zimno, nadal trzymało i nie pozwalało na wytchnienie.
Kiedy przeszliśmy do stępa, pozwoliłam sobie na zbliżenie się do ciemnowłosej.
- Jak myślisz, dla kogo pracują? – zaczęłam.
- Na pewno dla kogoś, kto nie ma dobrych zamiarów. – westchnęła zniecierpliwiona. – Musimy odzyskać to, zanim narobią więcej szkód. Tyle niewinnych żyć już zostało unicestwionych…
Przytaknęłam jej. Ona naprawdę się tym przejmowała. Zawsze byłam zdziwiona, skąd biorą się tak empatyczne stworzenia.
- To przypomina mi moc mojej matki. – rzuciłam mimochodem. – Potrafiła kontrolować zmarłe dusze. Chociaż niezbyt dobrze to pamiętam.
Jastrząb wypuścił powietrze i spojrzał się w moją stronę. Wyglądała, jakby dokładnie mnie ilustrowała.
- Przestało padać. Przyspieszamy? – zapytałam, zmieniając temat.
- Im szybciej to odbierzemy, tym lepiej. – odpowiedziała.
Wydawało mi się, że na jej usta wpłynął niemal niewidoczny uśmiech.

Kiedy zaczęło się ściemniać, znów powróciliśmy do wolnej jazdy. Konie wyraźnie sapały i wykazywały zmęczenie. Poklepałam mojego wierzchowca jakby w geście przeprosin.
- Muszę przyznać, że…
- Cicho! – Ptak nie dał mi dokończyć.
Nagle się zatrzymała i wskazałam geesem dłoni, abyśmy zamilkli. Albo raczej ja, bo Mer od początku nie miał z tym problemu.
W oddali dało się zobaczyć małą pomarańczową plamkę, z której unosił się dym. Wokół siedziało może z czterech ludzi, a jeszcze dalej dało się zauważyć kilka pasących się dalej koni.
- Myślisz, że to oni? – zapytałam cicho.
- Czuję magię, więc niewykluczone. – zacisnęła pięść i zmrużyła groźnie oczy.
Uśmiechnęłam się zadziornie i spojrzałam na wciąż niewzruszonego Zbroję. Sama złapałam za broń, która spoczywała teraz w mojej prawej dłoni. Długie i lekkie ostrze przecięło powietrze, gotowe do działania.
- Mogę pojechać do nich pierwsza i zobaczyć czy to na pewno bliźniaki. Spróbuję odwrócić ich uwagę.
- Rudy cię rozpozna. – przypomniała mi.
Przytaknęłam jej i wzruszyłam ramionami.
- No dobra, chciałam tylko trochę się pobawić. Wizja odessania mojej niezwykle cennej duszy, faktycznie mnie nie przekonuje.
Zaśmiałam się rozczarowana. Kiedy już miałam proponować kilka kolejnych możliwości, okazało się, że grupka się rusza i jadą dalej. Posłałam kobiecie znaczące spojrzenie, wyczekując, co ona ma teraz do powiedzenia i jaki plan uważa za najlepszy.

Lexie? Najmocniejsze przeprosiny się należą ;-;. Plus moja wena to jakaś tragedia >.<  >

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Lexie do Keyi

  Padające z nieba białe płatki śniegu znacząco ograniczały podróżnym widoczność, a konie zaczynały się ślizgać na niepewnym gruncie, przez co musieli podróżować wolniej, niżby Lexie chciała. Niepokoili ją też tamci bandyci, którzy zrezygnowali tak łatwo. Co prawda gwardia Leoatle była znana ze swoich umiejętności nawet poza terytorium tego kraju, jednak nie sądziła, by wzbudzała aż taki postrach. Mer milczał. Raptownie dziewczynie przypomniała się rozmowa z Keyą poprzedniego dnia.
- Mer, skąd wiedziałeś, dokąd kierują się bliźniaki - spytała cicho. Zamknięta przyłbica obróciła się powoli w jej kierunku. 
- Zabójca mi przekazał - oznajmił i z zamilkł, przy czym owo zamilknięcie było jak wyraźna kropka w wypowiedzi Zbroi. 
- Rozumiem. - Lexie nie dała po sobie poznać, jak bardzo zmartwiły ją słowa towarzysza. Rzuciła przelotne spojrzenie Keyi. Nie była pewna, co wtedy miała znaczyć uwaga tamtej. Być może słyszała w swojej gildii raport zabójcy, albo nawet znała go osobiście.
  Podróżowali raczej w ciszy. Śnieżyca, która rozpętała się wkrótce po spotkaniu z bandytami znacząco się nasiliła i wkrótce musieli szukać schronienia w stojącej na polu stodole. Pachniało wilgocią, a przez szczeliny w poszyciu dostawał się śnieg i mróz, jednak z braku alternatywy to musiało wystarczyć. Nie mogli nawet rozpalić ogniska, gdyż w tych warunkach nie dałoby się zdobyć drewna, a słoma paliła się zbyt szybko. Zresztą gwardziści Leoatle nie mogliby sobie pozwolić na tak rażące naruszenie prawa w obcym kraju.
  Oporządziwszy konia Lexie usiadła na stogu siania i oparła się o ścianę. Nie zadała sobie nawet trudu ściągnięcia zbroi. Mimo wszystko twardy metal zatrzymywał ciepło wewnątrz. Keya również umościła sobie miejsce na sianie zaś Mer bez zbędnych ceregieli usiadł na ziemi, opierając się na swojej włóczni i znieruchomiał, jakby był tylko kukłą.
- Obawiam się, że nie zdołamy dogonić bliźniaków ponownie - powiedziała ponuro Lexie, wpatrując się w przestrzeń.
- Śnieżyca działa też na naszą korzyść. W takich warunkach oni też nie mogą podróżować - odparła Kaya. Gwardzistka kiwnęła głową na znak zgody, jednak nie mimo wszystko nie czuła się z tym lepiej. - Możemy przynajmniej nieco wypocząć.
- Albo zamarznąć - mruknęła Jastrząb. - Założyliśmy, że kierują się do stolicy, jednak nie możemy nawet być tego pewni.
- Po drodze będzie można wywiedzieć się, czy ktoś ich nie widział - zauważyła panna Snow i Lexie ponownie się z nią zgodziła. Gwardzistka zaczynała już odczuwać zmęczenie podróżą. W końcu ścigali rudzielca już od jakiegoś czasu.
- Zajmij się tym - rozkazała brunetka krótko i zamilkła. Spróbowała dotknąć swoją świadomością umysłu Keyi, jednak połączenie urwało się w połowie. Westchnęła. - A teraz spróbuj się przespać.
  Teraz z kolei dziewczyna pokiwała głową i oparła się wygodniej o ścianę. Zamknęła oczy. Chwilę potem zrobiła to Lexie, jednak nie mogła zasnąć. Było zbyt zimno, a jej umysł błądził gdzieś pomiędzy świadomością a jej brakiem, przeskakując ze stodoły do Leoatle, do Tehali i z powrotem. W pewnej chwili poczuła, jak ktoś szturcha ją w ramię i zobaczyła nad sobą hełm Mer. Gdy tylko gwardzista zauważył, że jego towarzyszka jest przytomna odstąpił i poszedł przygotować konie do drogi. Snow wciąż jeszcze spała. Widać Zbroja nie zadał sobie trudu obudzenia jej, zrobiła to więc sama Lexie. Kilka naście minut później już ponownie byli w drodze.
  O dziwo tym razem to gwardzistka zagaiła rozmowę:
- Zostały nam może dwa dni podróży - zaczęła. - Zanim ich spotkamy, co wiesz o chłopaku.
- Jak już mówiłam: niewiele... - Keya westchnęła. - On i ja...
- Zaczekaj. - Lexie zatrzymała konia i uniosła dłoń zaciśniętą w pięść do góry, nakazując milczenie. Jej wzrok skupiony był na niewielkiej wsi przed nimi. A właściwie na tym, co z niej pozostało. Jej towarzyszka podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem.
- Coś nie tak? - spytała.
- Wdawało mi się, że coś słyszę - odparła gwardzistka, nie spuszczając wzroku z zabudowań. - Coś jest nie tak z tą wsią.
  Białowłosa również zaczęła przypatrywać się domom.
- Nie widzę dymu - odparła ze zdziwieniem, a brunetka przytaknęła. Gwardzistka rzuciła Mer szybkie spojrzenie, którego ten nie odwzajemnił, ponownie zostawiając cały ciężar sytuacji na barkach dziewczyny.
- Jedziemy w dobrą stronę... - powiedziała cicho Lexie. - Omińmy ją przez pola.
- Dlaczego?
  Gwardzistka spięła konia i sprowadziła go z traktu na zaśnieżone pola.
- Jak już mówiłam, chodzi o magiczny przedmiot - wyjaśniła, gdy Keya ponownie zrównała się z nią.  Mówiła powoli, jakby ważąc każde słowo. - Artefakt, który akumuluje energię istot żywych, pozostawiając same... powłoki. Sama energia staje się potem zdatna do użycia przez jakiegoś potężnego maga. W tym miasteczku... zapewne są żywi, jednak nie ma w nich ducha.
(Keya?)

niedziela, 16 grudnia 2018

Od Keyi do Lexie

Czułam jak kolor mojej twarzy gwałtownie się zmienia, a wnętrze zaczęło wrzeć. Złość doprowadzała mnie w tej chwili do szału. Zastanawiałam się jakim cudem to właśnie mi musiała przypaść ta widowiskowa klęska. Ku mojej uciesze, najwyraźniej nie wiedzieli, że byłam odpowiedzialna za to zadanie.
Powaga z jaką opowiadał Ptak wskazywała na to, że jest to naprawdę ważna sytuacja.
- Rozumiem. – starałam się nie pokazywać, że ogarnął mnie wstyd.  – To ja się zbieram do spania. Dobranoc.
Wstałam, chcąc jak najszybciej opuścić pomieszczenie i nieco odpocząć.
- Pamiętaj, że ruszamy zaraz jak pojawi się słońce. - Dobiegł mnie głos dziewczyny, powodując, że się zatrzymałam.
Spojrzałam w jej stronę, mrużąc oczy.
- Jasne! – uśmiechnęłam się, opuszczając pokój.
Kiedy tylko weszłam do dzisiejszej sypialni, odetchnęłam. Wreszcie mogłam spokojnie usiąść i pomyśleć. Nasza współpraca zapowiadała dość korzystne warunki. Dowiedziałam się również czegoś o towarzyszach. Mer wydawał mi się niegroźny i nie specjalnie się nim przejmowałam.  Za to dziewczyna sprawiała wrażenie niebezpiecznej. Umiejętność jej była niesamowicie niebezpieczna i znaczyła, że poradzi sobie z każdym rodzajem czarów. Z drugiej strony dla mnie była to dobra wiadomość. Jako człowiek nie posiadałam takich zdolności, co znaczyło, że mi nic nie będzie mogła zrobić. Przynajmniej pod względem magicznym i o ile nie ma jeszcze innych zdolności. W każdym razie była niebezpieczna.
Potwierdziła również moje przypuszczenia odnośnie ich posad. Z pewnością służy potężnemu władcy. Wprowadzało to we mnie ciekawość i być może zazdrość? Tak, na pewno i to uczucie gdzieś się we mnie zagnieździło.
Opadłam na łóżko i zamknęłam oczy, szybko zapominając o wszystkim czym muszę się przejmować. Zasnęłam.
W nocy męczyły mnie koszmary. Nie byłam w dobrej formie, a podróż miała być długa i jeszcze bardziej wyczerpująca.
Do stajni udałam się jeszcze przed czasem, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. Śniła mi się dziwna postać, która wydawała mi się znajoma. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć skąd i co tak właściwe oznacza. Martwiły mnie tylko chmury, które nadciągały znad gór. Oznaczały deszcz lub śnieg.
- Nie spodziewałam się, że przyjdziesz pierwsza. – Jastrząb pojawił się nagle i nawet nieco mnie przestraszył.
Kolejna cecha – umie się zakradać.
- Witaj. – posłałam jej zmęczone spojrzenie, wyciągając z boksu powierzonego ogiera. – Przyznam, że nieczęsto mi się to zdarza.
Pogłaskałam ciepłe chrapy zwierzęcia, wypuszczając powietrze, które szybko zamieniło się w biały dym. Nie oczekując na dalszą rozmowę osiodłałam konia i zwinnie go dosiadłam.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, uciekając przed goniącymi nas chmurami. Miałam wrażenie, że brunetka jest dzisiaj niepokojąco zadumana. Oczywiście nie pytałam o co chodzi, co przychodziło mi z trudnością. Miałam wiele pytań, na które chciałabym od niej usłyszeć odpowiedź.
Jednak najbardziej zastanawiało mnie komu służy. Jeśli to ktoś naprawdę wysoko urodzony, na pewno jest bogaty. A to z kolei sprawia, że mam ochotę nieco wkupić się w jej łaski i dobyć majątku. Co pewnie i tak nie jest możliwe. Kradzież nie jest moją mocną stroną.
- Uwaga! – krzyk Ptaka spowodował, że gwałtownie wróciłam do rzeczywistości.
Przed nami wyrosła spora grupka osób, które nie miały dobrych zamiarów. Zatrzymaliśmy konie, a towarzysze dobrali swojej broni. Nie zostaliśmy jednak zaatakowani. Przez chwilę panowała cisza, jakby każdy oczekiwał na to co się ma wydarzyć.
Miałam właśnie rozpocząć  negocjacje, kiedy przeciwnicy zawrócili.
- To było… dziwne. – zmarszczyłam brwi.
Wyglądali na przestraszonych. Zgadywałam, że to na pewno nie ja wywołałam takie wrażenie. Czyżby Jastrząb był kimś więcej niż jedynie zwykłą gwardzistką? A może to jej kolejna zdolność? Przez reztę czasu na pewno nie da mi to spokoju.
- Musimy być ostrożni.  – schowała włócznię i pognała konia.
Dołączyłam do jej boku. Jechaliśmy teraz spokojnym, ale stanowczym galopem chcąc nadrobić jak najwięcej trasy.
- Macie jakiś plan? Odnośnie bliźniaków.
Została nam już jedynie połowa drogi, więc do był dobry moment na poznanie zamiarów gwardzistów. Chociaż tak właściwie, było to głupie pytanie.
- Oczywiście. – odebrałam to niemal jako skarcenie. – Zadamy im kilka pytań, odbierzemy co nasze i pozbędziemy się kłopotu.
Bo przecież nie może być to nic prostszego.
-  Zaczyna padać… - zauważyłam, spoglądając na niebo.
Delikatne płatki śniegu zaczęły otaczać przestrzeń wokół nas, a wiatr całkowicie ustał. W mojej głowie natychmiast został przywołany obraz matki, która kołysała mnie na kolanach oglądając śnieżycę. Wtedy też przypomniałam sobie coś bardzo istotnego. Zabójca mojej rodzicielki miał uderzająco podobną urodę do Krezy.
Zacisnęłam mocniej dłonie na skórzanych wodzy, marszcząc niespokojnie brwi.

<Lexie? :> Nie przepraszaj ^^ Coś niestety o tym wiem, więc luzik ;) >

sobota, 15 grudnia 2018

Od Lexie do Keyi

  Przez chwilę Lexie nie była pewna, co powinna z tym zrobić. Misja była ściśle tajna i jakaś laska spod ciemnej gwiazdy nie powinna wogle o niej wiedzieć. Może należało ja od razu uciszyć? Jakby słysząc te słowa Mer poruszył się powoli, obracając w stronę i podnosząc lekko Keyi.
- Stój - zatrzymała go dziewczyna. Cóż, nawet jeśli pan Zbroja nie miał w stosunku do towarzyszki podróży żadnych złych intencji, to ten manewr powinien wywrzeć na dziewczynie wrażenie. Choć gwardzistka nie do końca była pewna jakie. Metal szczęknął i Mer usiadł. Lexie westchnęła. - Skoro i tak wiesz nic na to nie poradzimy.
  Rozejrzała się czujnie, jednak w pomieszczeniu nie było nikogo, poza nimi. 
- Mer - Lexie machnęła dłonią w kierunku drzwi, a gwardzista ze zgrzytem płyt wstał i udał się w ich kierunku. Po chwili zaskrzypiało i zbroja zniknęła ze drzwiami. - Teraz nikt nie będzie nam przeszkadzał. - Dziewczyna wbiła nieruchomo wzrok w białowłosą. - Usiądź, proszę.
  To mówiąc wskazała na miejsce, z którego właśnie ewakuowała się zbroja.
- Mer? - Panna Snow bez wahania skorzystała z zaproszenia i usadowiła się wygodnie na krześle. - Nie Zbroja?
  Lexie machnęła ręką.
- Co jeszcze o nich wiesz? - dopytywała.
- Nie wiele - przyznała Keya niechętnie, wzruszając ramionami. - Do niedawna nie wiedziałam nawet, że są bliźniętami.
  Gwardzistka pokiwała głową i po namyśle odpowiedziała.
- My również... sądziliśmy, że jest tylko ona.
- No proszę, a ja myślałam, że to chłopak jest jedynakiem - skomentowała dziewczyna. - Mogę ci o nim nieco opowiedzieć, jeśli w zamian dasz mi informacje o dziewczynie. Dla nas obu będzie najwygodniej, jeśli nieco sobie zaufamy.
  Jastrząb sposępniała. Nie podobało jej się to. Nie lubiła pracować z dużą ilością ludzi i dlatego właśnie wybrała tylko Mer. Jednak z przykrością musiała przyznać, że jego stalowa osoba nie była w stanie spełnić wszystkich wymagań, jak na przykład nie rzucania się w oczy choć przez chwilę.
- Zgoda - odparła wreszcie. - Pamiętaj tylko, że jeśli spróbujesz nas zdradzić lub któreś z nas dostrzeże w tobie choć cień nielojalności, zginiesz.
- Oh, nie myśl, że tylko ty się tym martwisz. - zaznaczyła Keya. - Mój szef nie byłby raczej zadowolony, że rozmawiam o sprawach zawodowych z kimś obcym.
  Lexie pokiwała głową i przeszła wreszcie do sedna.
- Kreza, bliźniaczka twojego przyjaciela ukradła pewien... przedmiot ze skarbca w Leoatle...
- O! Więc stamtąd pochodzicie - ucieszyła się białowłosa. - Nie mogłaś od razu zaspokoić mojej ciekawości?
- Nie pochodzę stamtąd - zaprzeczyła. - Wróćmy do sedna problemu.
- Kontynuuj. - Dziewczyna pokiwała głową.
- Przedmiot o magicznych. Wysłano mnie i Mer, byśmy go odzyskali. Jako gwardziści zwykle nie zajmujemy się takimi sprawami, jednak jestem prawdopodobnie jedyną osobą z różnych przyczyn zdolną do wykonania takiego zadania. Między innymi dlatego, że pochłaniam magię. - Lexie westchnęła myśląc o tym, że przez to felerne przekleństwo musiała zostawić swoją panią samą na zamku z jej głupimi pomysłami. - Gdy wreszcie zdołaliśmy ich wytropić najęliśmy miejscowego zabójcę, żeby pozbył się dziewczyny i figuranta z nią jadącego, jednak skrytobójca poniósł klęskę i oba bliźniaki zbiegły. Jedyne co dobrego z tego przyszło to to, że zabójca wiedział dokąd się udają i nad ranem przekazano nam tą informację, tak jak było omówione.
  Gwardzistka obserwowała twarz dziewczyny, która w pewnym momencie nieco poczerwieniała.
- Jesteś pewna, że informacja o kierunku pochodziła od zabójcy? - zapytała niby mimochodem. 
  Lexie spojrzała w stronę drzwi. Otworzyła usta, zamknęła je znowu je otworzyła i odpowiedziała:
- Nie. Ale przekazał mi ją Mer, więc jest prawdziwa. 
(Keya? Przepraszam, że <znowu> tak dług czekałaś. Nie spodziewałam się, że tak mnie przygniotą obowiązki szkolne ;-;)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Od Keyi do Lexie

Było niezręcznie. Wiedziałam, że nie mogę oczekiwać na pełne zaufanie, ale nie sądziłam, że będzie to tak wyglądać. Nie zostałam nawet obdarowana imionami towarzyszy. Nie wolno mi było również narzekać. Sam fakt, że jeszcze nie przebiła mi krtani o czymś świadczył.
Kiedy brunetka spięła konia, pozostałam nieco w tyle. Jej towarzysz w ogóle się nie odzywał. Przynajmniej nie do mnie. Droga przed nami była prosta i łatwo było ją pokonać.
Dopiero kiedy przebiliśmy połowę drogi planowej, konie dostały upragniony odpoczynek. Z ich pysków sączyła się biała piana, a oddechy miały niespokojne.
- W sumie to dawno nie opuszczałam tych terenów. – skwitowałam, podziwiając krajobraz. – Krąży legenda, że w tych lasach żyje jakiś demoniczny stwór. Ciekawe czy to prawda.
Wyciągnęłam nogi ze strzemion, prostując je następnie, aby nieco odpoczęły. Powoli zaczynałam odczuwać skutki twardego siodła.
- Zawsze możesz sama to sprawdzić. – rzuciła młoda kobieta, wzruszając niedbale ramionami.
Nie patrzyła na mnie, a przed siebie, ale nawet z daleka dało się dostrzec wyjątkowe oczy. Kiedy podjechałam nieco bliżej, a Jastrząb zwrócił głowę w moją stronę dokładnie się im przyjrzałam.
Nie miały źrenic, a ich kolor emanował dziwną energią. Z jakiegoś powodu wywołał u mnie nieprzyjemny dreszcz. Być może to dlatego, że pozostawałam jedynie bezbronnym magii człowiekiem. A to właśnie narzędzie wzroku Ptaka mówił, że posiada w sobie magię.
Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe przyspieszenie. Zbroja wciąż milczał, a ja coraz bardziej miałam wrażenie, że to tylko pusta materia kierowana przez dziewczynę. Może miała jakaś moc kontrolowania rzeczy, czy coś w tym stylu. Pozostawałam w ciągłej gotowości do… no właśnie nie do końca wiedziałam do czego. Ucieczka na pewno wychodziła z możliwości do wyboru, a walka z istotą magiczną zawsze była niesamowicie dla mnie trudna.
W końcu po długiej jeździe, zobaczyłam wioskę. Konie nareszcie zaznały odpoczynku w stajni, a nasza trójka skierowała się po nowe.
Siodłając nową klacz, Jastrząb znów przeglądał narysowaną przeze mnie mapę.
- Robi się ciemno. – pierwszy raz od naszego spotkania znów usłyszałam jego głos.
- Już myślałam, że nie mówisz! – zaśmiałam się.
Zostałam jednak skarcona przez ostry wzrok Jastrzębia. Wzruszyłam jedynie ramionami, wsiadając na siwą szkapę. Nic więcej od Zbroi nie usłyszałam. Od Ptaka zresztą również nie. Nie byli zbyt skorzy do rozmów. Każde moje zagadnienie kończyło na krótkiej odpowiedzi lub milczeniu.
Nie miałam im tego za złe. Byłam jedynie obcą i „brudną” wieśniaczką, która nagle pojawiła się u ich boków.
Kiedy nastała całkowita ciemność dojechaliśmy do kolejnej wioski. Było tutaj mało ludzi, a wszyscy wyglądali na zbyt ostrożnych.
- Zatrzymajmy się w tej karczmie. – zaproponowałam, ziewając.
- Nie mamy czasu. – dziewczyna oddała stajennemu konia, patrząc teraz na mnie.
- Nie ma księżyca, a droga jest niebezpieczna. To nie jest dobry pomysł, żeby jechać dalej.
Widziałam zastanowienie malujące się na jej twarzy. W końcu cmoknęła i pokiwała kłową, zgadzając się ze mną.
- Ruszymy o świcie. – brzmiało to jak rozkaz.
W karczmie nie było nikogo prócz nas. Dostaliśmy osobne pokoje i ciepły posiłek. Dobrze było zjeść coś innego niż marną owsiankę, którą z reguły dostawałam. Dostaliśmy nawet możliwość umycia się, z czego naturalnie skorzystałam. Oczywiście moja sakiewka z zarobionymi monetami nieco przez to ucierpiała.
Kiedy byłam na schodach, mimochodem doszła mnie rozmowa Jastrzębia z Zbroją. Nie chciałam podsłuchiwać, więc zamierzałam się wycofać. Rozmowa jednak dotyczyła najwyraźniej kogoś kogo znam.
- Myślę, że są zbyt głupi, aby planować coś takiego. – mówiła ściszonym głosem.
- Zrobimy tak jak ustaliłaś. – przytaknął jej Zbroja.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to właśnie misja z bliźniakami przypadła właśnie mi.
Ostatnią wypowiedź raczej kierowała do siebie, ale mi jasno potwierdziła o co chodzi. Jeżeli zakładając, że to ta sama para rodzeństwa, na którą już wcześniej miałam okazję wpaść.
- Rozmawiacie może o takiej rudej panience i jej niedorobionym rudym braciszku?
Bez skrępowania podeszłam do siedzących naprzeciw siebie. Ptak zmarszczył brwi i obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Jej oczy dodatkowo go potęgowały. Wykręciłam usta w obronnym uśmiechu.
- Głucha nie jestem. – wzruszyłam ramionami, nie czując się z tym źle. Co usłyszę będzie moje.
- Co o nich wiesz? – o dziwo mówiła spokojnym tonem i pozbyła się groźnego wyrazu twarzy.
- Miałam okazję pracować z tym idiotą. – westchnęłam.
Na samo wspomnienie jego gęby robiło mi się niedobrze. Dałam się oszukać w tak głupi sposób.
- Z chęcią odrąbię mu parę kończyn. – dodałam, zaciskając pięść.

<Lexie? : } >

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Lexie do Keyi

  Lexie spojrzała na Mer, chcąc zasięgnąć rady gwardzisty, jednak zrezygnowała. Wątpiła, by ten był w stanie w jakikolwiek sposób czytać ludzkie intencje czy przewidywać dokąd zmierzają ich poczynania. Zmierzyła pannę Snow badawczym spojrzeniem. Jej smukła sylwetka, silnie zarysowany biust oraz szaty, które tylko podkreślały obie te cechy sprawiały, że wyglądała bardzo atrakcyjnie. A przez to groźnie, choć akurat w drużynie, zebranej przez gwardzistkę te ewidentne atuty raczej nie powinny sprawiać zbytniego problemu. Szczególnie zważywszy na to, jak bardzo zakutym łbem była jedyna, prawdopodobnie męska jednostka grupy. Mózg Lexie przeskoczył z zagrożeń na możliwości.
- Jak dobrze znasz teren? - spytała, nie opuszczając jednak włóczni. 
- Dość dobrze, by doprowadzić was bezpiecznie do Nelayan - odparła śmiało Keya, nie opuszczając dłoni. - Jeśli przestaniesz celować w moje gardło będziemy mogły przegadać szczegóły, jeśli chcesz.
  Lexie przez chwilę milczała, wpatrując się w białowłosą. Wreszcie westchnęła i uniosła grot włóczni do góry, uwalniając pannę Snow od presji możliwości poderżnięcia gardła.
- Podróżujemy szybko - oznajmiła. - Wymień konia i ruszamy.
- Świetnie - zgodziła się dziewczyna i zeskoczyła z siodła swojego wierzchowca.
  Odeszła w kierunku stadniny, z której przed chwilą korzystali gwardziści i zniknęła im z oczu. Mer nie odezwał się słowem. Nie zgłosił żadnych pretensji czy wątpliwości. I Lexie była mu za to wdzięczna. W końcu to był jeden z licznych powodów, dla których nalegała, by to właśnie ten gwardzista jej towarzyszył. Szczególnie, że zadanie zostało jej powierzone przez samego króla.
  Nigdy nie sądziła, że będzie musiała opuścić swoją panią i udać się tak daleko od Leoatle. To zdecydowanie nie jest coś, co normalni członkowie gwardii książęcej robią. Jednak ona była jedyną osoba, która mogła się tym zająć.
  Koń przestąpił nerwowo z nogi na nogę, chcąc już ruszać w drogę, gdy Keya wyprowadziła swojego nowego wierzchowca z budynku. Wkrótce cała trójka szła stępa gościńcem, wśród spokojnego, górskiego krajobrazu Anthrakas. Upewniwszy się, że nowy koń Mer jest w stanie unieść ciężar jego zbroi i by nowa towarzyszka trzymała się niezbyt daleko, jednak na przedzie wyprawy, Lexie podtruchtała do boku jej wierzchowca, wyjmując z juków papier oraz trochę naostrzonego węgla i podając to Keyi. 
- Po co mi to dajesz? - zapytała białowłosa, przyjmując materiały.
- Naszkicuj mapę terenu oraz trasę, którą będziemy się przemieszczać. Zamieść na niej wszystkie wioski, w których będzie możliwa wymiana koni. Kierujemy się do miasta granicznego Kostroi. - wyjaśniła rzeczowo gwardzistka.
- To będzie sporo roboty... kawał drogi przed nami - westchnęła Snow, patrząc na żółtawy papier. - A ja nie jestem mistrzem rysunku. 
- Nie musi być piękny - Lexie wzruszyła lekko ramionami, a Keya pokiwała głową i zaczęła skrobać węglem po materiale.
  Po chwili ciszy wyżywająca się artystycznie dziewczyna podjęła próbę nawiązania rozmowy z mrukliwą gwardzistką.
- Nie będziesz się dopytywała, kogo szukam w Nelayan? - spytała, nie przestając bazgrać.
- To twoja sprawa - mruknęła gwardzistka.
- Wiem, że moja... a właśnie, nie zdradziliście nawet swoich imion - zauważyła. - Skoro już podróżujemy razem dobrze by było, bym wiedziała, jak się do was zwracać.
- Masz rację - przytaknęła Lexie. - Ja jestem Jastrząb, a tamten to Zbroja. 
- Nie o to mi dokładnie chodziło... 
- Tak będzie najlepiej. 
  Przez chwilę jechały w milczeniu. Wreszcie...
- Skończyłam. - Snow oddała papier Jastrzębiowi, która przyjęła go i uważnie obejrzała. Pokiwała głową. 
- Zgadza się. Zrobimy postój w wiosce za trzecim lasem. - Złożyła nowo powstałą mapę i wsunęła ją do juków. - Czas zwiększyć tempo. 
<Keya? Izi, po takim czasie braku odpowiedzi ja też bym się zdziwiła, że jest do mnie opo ;) >

sobota, 1 grudnia 2018

Od Keyi do Lexie

Siedząca obok dziewczyna odeszła bez słowa, pozostawiając w mojej głowie mały mętlik. Mój wzrok wędrował wraz z oddalającą się postacią. Miasto, które nazwy dawno nie słyszałam właśnie powróciło do moje głowy. Jeśli dobrze zapamiętała, być może tam znajduję się mój brat.
Nie miałam wątpliwości, że młoda kobieta umie walczyć, a może nawet zabijać. Wydedukowałam, że albo jest kiś w rodzaju rycerza, albo zwykłym najemnikiem, co wydawało mi się bardziej prawdopodobne. Dopiero kiedy pojawił się ktoś jeszcze potwierdziło to moją pierwszą myśl. Nie mogłam uwierzyć, że ludzie z własnej woli bronią wysoko rodzonych dupków. Również jej ciało wykazywało na wysoką sprawność fizyczną. Tylko własny język zbytnio oszczędzała.
Zastanawiało mnie co właściwie tutaj robią i co miała znaczyć ich wcześniejsza rozmowa, która zresztą była niezwykłe skąpa w słowa. To jeszcze bardziej podsycało moją ciekawość i wzbudzało zainteresowanie.
Upiłam ostatni łyk piwa i odrzuciłam na trawę kufel. Pawie nie czułam we krwi alkoholu. Jedyny efekt jaki zyskała to przyjemne rozgrzanie organizmu. Wieczory były teraz szczególnie zimne, a tym bardziej w miejscu, w którym się znajdowała.
Przeciągnęłam zastane ciało i potarłam dłonie, aby nieco przywrócić im krążenie. Kiedy tylko obie postacie zniknęły z moich oczu, ruszyłam szybko do stajni na zapleczu. Mieli tutaj przeciętne konie, ale dla mnie i one były odpowiednie. Oczywiście nie miałam pieniędzy na zapłatę, ale jako, że było już całkowicie ciemno mogłam przystąpić do kradzieży. Było to trudniejsze niż się spodziewałam i prawie mnie złapali, jednak ostatecznie udało mi się uprowadzić silnego wałacha. Był nieco narowisty i niespokojny, ale po dawce spokojnego podejścia stał się łatwiejszy w obejściu. Na tyle, abym czuła się z nim bezpieczna. Jedynym zmartwieniem pozostał fakt, że będą mnie szukali.
- Wrócisz cały i zdrowy, obiecuję. – szepnęłam, klepiąc gniadosza po szyi.
Ślady znalazłam szybko i bez problemu. Przystąpiłam więc do śledzenia. Zanim je jednak dogoniłam minęła noc i nastał poranek, a dosiadany przeze mnie koń zaczął dawać oznaki zmęczenia, a przecież nie chciałam go zajechać. Martwiłam się, że spadnie deszcz i zmyje ślady, uniemożliwiając mi dalszą jazdę. Tym bardziej, że górzysty tere podczas ulew był niezwykle niebezpieczny.
Chwilę po moich rozmyślaniach zauważałam w oddali dwóch jeźdźców, którzy wyjeżdżali z domostwa. Kiedy nieco się zbliżyłam, byłam już pewna, że to te same osoby.
Miałam dwie możliwości. Mogłam nadal pozostać w oddali udając samotną podróżną, albo podjechać bliżej i liczyć, że pozwolą mi jechać ze sobą. Co do drugiej opcji nie byłam w pełni przekonana. Nie wątpiłam, że są uzbrojone, a może i nawet zakują mnie w jakieś kajdany oddając w niewolę. Pierwsza pcja wcale nie była lepsza. Raczej musiałyby być głupie, żeby się nie zorientować, że nie mam przy sobie niczego i z akurat podążam tam gdzie one. A nie wyglądały na osoby, którym brak inteligencji. Szczególnie moja rozmówczyni. Z jakiegoś powodu mnie intrygowała.
Spięłam mocniej konia i ruszyłam ku podróżnym licząc, że jednak nie zostanę złapana. A na moim wyczerpanym obecnie wierzchowcu daleko bym nie uciekła.
- O proszę, znów się spotykamy! –krzyknęłam, kiedy niemal się z nim zrównałam.
Klacz jednej z dziewczyn groźnie zastrzegła uszami , odstraszając mojego rumaka.
- Ah – westchnęła brązowowłosa, nawet na mnie nie parząc. – Czegoś ode mnie potrzebujesz?
Zachowywała uprzejmy ton, do którego nie byłam przekonana.
- Jako, że zauważyłam, że nie jesteście stąd pozwoliłam sobie sądzić, że potrzebujecie przewodnika.
Nie uwierzyła.
- Kim jesteś i czego chcesz? – w mgnieniu oka wyciągnęła z boku długą i piękną włócznię, która spoczęła na moim gardle. – Nie mam czasu na głupie gierki.
Uniosłam ręce w geście obronnym, ukazując uległość.
- Zapewniam, że nikim ważnym. Nazywam się Keya Snowy, co pewnie nic i tak Ci nie mówi. Jedziecie do Nelayan, prawda? – nie uzyskałam odpowiedzi. – Chciałabym jedynie, abyście mnie tam zaprowadziły. Zapewniam, że jestem przydatna. Szukam kogoś, kto może tam przebywać.
Mój głos przybrał poważy ton, a barwi ukazywały oczekiwanie. W każdym jednak momencie pozostawałam w gotowości do ucieczki.

<Lexie? ^^ Wybacz, że tak długo ;-; >

poniedziałek, 19 listopada 2018

Od Lexie do Keyi

- Tak - powiedziała wreszcie dziewczyna, przesuwając się nawet nieco, żeby zrobić miejsce przybyszce. Ta usiadła i upiła spory łyk z trzymanego w dłoni kufla.
  Niebo nad strzechami domów zabarwiało się powoli pastelowymi kolorami świtu. Wciąż było dość chłodno, jednak Lexie była wdzięczna za ten chłód. Jej powieki zaczynały się już coraz bardziej kleić od całonocnego czuwania, mimo niepokoju, który drażnił jej duszę.
- Jednak nie ma to jak grzane piwo o zimnym poranku - skomentowała z zadowoleniem przybyszka, upijając kolejny łyk. Jej policzki były czerwone, jednak gwardzistka szybko doszła do wniosku, że raczej z zimna, niż upojenia alkoholem. - Ty nie pijesz?
  Szatynka pokręciła głową. Była na służbie, a zresztą nigdy nie szanowała tych, którzy spędzali swój wolny czas na piciu. Jakby spędzanie go na myśleniu o pracy i ćwiczeniach było zdrowsze.
- Nie wyglądasz na miejscową - zauważyła, jakby od niechcenia, biorąc kolejnego łyka.
  Lexie kiwnęła głową na znak zgody i rzuciła zmęczone spojrzenie rozmówczyni. Zdecydowanie nie miała ochoty na rozmowę z kimkolwiek.
- Choć trudno mi stwierdzić skąd jesteś. Masz raczej nietypową urodę i ciężko mi ją powiązać z konkretnym rejonem. Może pochodzisz z wysp? W głębi lądu raczej rzadko widuje się przybyszy z wysp. A może gdzieś z Merkez? Różni się tam zdarzają... - dziewczyna zamyśliła się, jednak myśli najwyraźniej nie były miejscem, w którym chciała pozostawać zbyt długo, bo wróciła do teoretyzowania na temat pochodzenia Lexie.
  Nie zdążyła jednak dojść do niczego konkretnego, bo jej wywód przerwało przybycie postawnej i milczącej zbroi. Na jej widok dziewczyna zamilkła, a gwardzistka jakby nieco oprzytomniała. Przez chwilę z ciemnego wnętrza hełmu nie dobiegał żaden dźwięk, jednak wreszcie zbroja przemówiła.
- Wyjechali. - Głęboki głos Mer nie miał kompletnie żadnego wyrazu. Jak zawsze brzmiał, jakby pochodził zza grobu.
  Lexie opadły ramiona. Westchnęła.
- Dokąd?
- Nelayan.
  E'eian rzuciła spojrzenie wciąż pijącej swoje piwo dziewczynie. Wyglądała na podchmieloną, jednak gwardzistka odnosiła wrażenie, że nie jest nawet w połowie tak upita, na ile wygląda.
- Omówmy sprawę Rudzielca gdzie indziej - zasugerowała cicho swojemu partnerowi w tej kłopotliwej misji
<Keya? Podejmiesz trop? XD>