Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Echo Przeszłości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Echo Przeszłości. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lipca 2017

Od Sivika do Aysala

 Spoglądałem z istnym smutkiem na padające po kolei ciała. W groty, które z impetem wbijały się w ich czaszki i torsy, uprzednio błyszcząc w świetle księżyca, odbijając każdy możliwy strumień srebrnego blasku. Dźwięk przebijanej skóry, czaszki, organów był obrzydliwy, podobnie jak głuche krzyki, które wydzierały się z ciał ostatkami sił. Zmarszczyłem brwi. Już dawno nie przyszło mi oglądać morderstw na ludziach, a te w wykonaniu Aysala zawsze były harmonijne, wręcz perfekcyjne. Mimo to, odrzucały mnie. Tak okrutnie mnie odrzucały, że dawniej nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy. Te chłodne, bezlitosne oczy zabójcy. Momentami bałem się, że zrobi o krok za daleko, że kolejną ofiarą będę ja, mimo, że nigdy to się nie zdarzyło. Westchnąłem cicho, widząc i słysząc powstające z ich ciał duchy. Łkające, wrzeszczące głośno, rozrywające bębenki uszu. Ściągnąłem brwi, próbując odpędzić je od siebie. Nie chciałem mieć do czynienia z kolejnymi czterema, już i tak zbyt wiele uczepiło się mojej dupy. Obserwowałem zmarnowane dusze, które nie wiedziały co tak właściwie się dzieje. Nie wierzono w życie po śmierci, sam nie wiem czemu. Moccobi były przecież doskonałym przykładem tego, że oów bycie po egzystencji jednak istniało. Podniosłem wzrok z ciał. Jeszcze ciepła, ba, wręcz gorąca krew wypływała z czoła, z nosa, ust, piersi. Wylatywała z rytm pulsu, który z czasem słabł, by ostatecznie całkowicie zaniknąć, wraz z ich żywotem. Czasem, gdy nie chciałem wiedzieć, że to krew, wpajałem sobie, że przychodzi mi obserwować wytrawne, czerwone wino. Wolałem wyobrażać sobie, że Aysal spożywa je, jak każdy szlachcic... że nie żywi się gorącą jeszcze juchą... Robił to dla pożywienia, doskonale o tym wiedziałem, mimo wszystko trudno było mi to zaakceptować. Cóż z tego, że sam zjadałem mięso. Picie osocza było... było po prostu bestialskie, nie ważne jak bardzo mówiłem sobie, że to normalne, bo przecież jest wampirem. Inną rasą. Innym bytem mającym własne potrzeby. Ja spijam herbatę, zabijając zioła, on farbę, zabijając ludzi.
 Rozjuszone, szczęśliwe ze swojego czynu oczy zawisły na mojej osobie. Ponownie westchnąłem, odpowiadając zawiedzionym spojrzeniem. Nie był pełen obrzydzenia jak za pierwszym razem, gdy przyszło mi to zobaczyć. Był spokojny, pełen akceptacji dla jego inności. Mimo to usta powiedziały co innego. Coś, czego potem bardzo, ale to bardzo żałowałem, bo ostatecznie mnie zdradziło. Zdradziło fakt, że ja, to ja, istota, z którą przyszło mu się spotykać te kilkadziesiąt lat temu. Czułem rosnącą gulę w gardle, powiększającą się z każdą sekundą. Jego mina rzedła, z pełnej pewności siebie przechodziła do niemałego przerażenia i zdziwienia, co z kolei wryło mnie w glebę. Nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś obserwować jego reakcję na taką sytuację. Że kiedykolwiek jeszcze będę go w ogóle obserwować. Nawet przy tym przeklętym polowaniu, którego szczerze nienawidziłem. Nie spodziewałem się nawet tego, że go spotkam, no chyba, że w marzeniach sennych, w których z kolei jego portret zaczynał mi się zacierać. Jakbym nie widział go od stuleci. Tymczasem, proszę bardzo. Stoi teraz kilka metrów ode mnie, powoli rozumiejąc co się dzieje, jak się dzieje, z kim się dzieje. Wrócił do rzeczywistości. Jego oczy zabłyszczały, jakby ze strachu, po czym jego głowa opadła bezwładnie, by wbić spojrzenie w glebę. Glebę pokrytą trawą i krwią.
 - Sivik... - Wyszeptał. Jego głos drżał, wróć, nie tyle co drżał, a wręcz się załamywał. Wstrząs przepłynął przez jego ciało. Nie lubiłem, gdy wpadał w ten stan. Gdy tracił pewność siebie i zdawał się być tak okrutnie zagubiony, we właściwie wszystkim. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Przecież gdybym wiedział, że to Ty... - Widziałem jak zaciska mocniej dłoń na łuku. Jak ciężko oddycha. jak trudno mu uwierzyć w to, co właśnie się dzieje. Jakie scenariusze odgrywały się w jego głowie? O czym wtedy myślał? Czy przemknęła mu świadomość, że prawie mnie zamordował dla zaspokojenia głodu? A może zaczął wspominać nasze wspólne przeżycia? Chwile pełne szczęścia, jak i te dramatyczne, przyzywające moje gorzkie łzy. Może wcale się nie zastanawiał, po prostu patrzył się to na mnie, to na glebę, doczekując się odpowiedzi, której koniec końców nie otrzymał. Nie byłem w stanie się wysłowić, wymyślić czegokolwiek, co by go w tej chwili zadowoliło. Byłem beznadziejny w tej kwestii. Tak mało oryginalny, tak mało impulsywny, kreatywny.
 - Jedz spokojnie, idę się przejść. - mruknąłem tylko i odwróciłem się do niego plecami. Sapnął, a może raczej warknął. Nienawidził, gdy uciekałem.
 Ale ja nie umiałem inaczej.

 - Nie mów mi, że teraz mnie tak zostawisz. - wrzasnął za nim. Czuł jak wściekły był, jak kipiał, jak miał serdecznie dosyć zachowania młodszego. Wiedział, że białowłosy miał ochotę go w tym momencie ukatrupić, zabić, wyssać do ostatniej kropli, następnie wskrzesić i znowu zabić. Nie wiedział, czy jest to możliwe, ale pewien był, że tego właśnie chce. Rozszarpać go na drobne kawałeczki bo zostawił go w tej niekomfortowej sytuacji, która pozostawiała wiele do życzenia. Można wręcz powiedzieć, że wyrzucił go na bardzo cienki lód i opuścił bez słowa. Chciał jakoś go przeprosić, zareagować, wytłumaczyć, lecz strach kłębił mu się w żyłach i nie wytrzeźwiał jeszcze z adrenaliny, która odbierała możliwość racjonalnego myślenia. Po prostu odszedł bez słowa, zaciskając palce na swoich przeciwnych ramionach. Sam nie wiedział co się stało i dlaczego tak się stało. Stchórzył jak najgorsza fretka. Uciekł z podkulonym ogonem. Wyszedł z uroczej, leśnej chatki, która była jedynym przytulnym i ciepłym miejscem pośród srogiej, cholernie chłodnej zimy. Była ostoją pośród śnieżnych zasp i burz, które szalały, huczały, bębniły w drewniane ściany i słabe okiennice. Ich "wczasy" na okres mrozu wydawały się do tego momentu, gdzie ich romantyczna atmosfera skończyła się fiaskiem. Robili to już kilka razy, na polach, w mieszkaniach, czy nawet jeziorze, ale teraz coś nieubłaganie odciągało go od miłosnego aktu. Jakieś omeny, duchy wrzeszczące o zaprzestanie karygodnych czynów. Ich głosy ciągle brzmiały w jego głowie. Brzęczały i skrzypiały, jakby nienaoliwione zawiasy. 
 Nawet nie zwrócił uwagę na zimno i fakt, że stał właśnie w zaspie, będąc ubrany jedynie w bieliznę. Jego stopy zatapiały się w białym puchu, śnieżynki uderzały w jego twarz, wpadały do oczu. Wiatr smagał nagą, czystą jeszcze od atramentu, klatkę piersiową, oraz o wiele krótsze niż teraz włosy. Zaciskał kurczowo palce na skórze, sapał gorącym oddechem w mroźne powietrze. Drżał i to cholernie mocno. Para buchała spomiędzy warg, nos napełniał się flegmą. 
 - Sivik...? Sivik, do kurwy nędzy co Ty robisz?! Wracaj tu, natychmiast! - Usłyszał nagle głos kochanka. Odwrócił się, by zobaczyć go opatulonego w gruby, brunatny koc. Tylko on wyróżniał go z tłumu latających płatków śniegu. Aysal był bowiem biały. Idealnie wpasowywał się w zimowy krajobraz, nawet jego błękitne oczy. Czasem Sivik określał go w głowie mieniem Księcia Lodu, bo cholernie go przypominał. Brakowało tylko diademu z długich sopli, który spocząłby na jego długich, platynowych włosach. Wyglądał pięknie, nawet gdy się martwił i był smutny. 
 Starszy jednym, silnym ruchem wciągnął Moccobiego do środka, zamknął drzwi i ukrył go pod materiałem, przytulając się przy okazji do zmarzniętej już piersi, która ciężko dychała. Pewnie chciał załkać w jego tors, ale nie mógł. Bolało to obu, świadomość, że Aysal nigdy nie będzie już w stanie robić tych ludzkich rzeczy. Nigdy nie zapłacze, nie zaśnie... Sivik chciał, by mógł zasnąć. Skryłby go wtedy w swoich ramionach i obserwował jego spokojną twarz. Odgarniał białe kosmyki za ucho, całował bez świadomości tego drugiego. Zachwycałby się nim. Oczywiście dalej mógł to robić, ale wydawało mu się to bardzo mało romantyczne i efektowne. Chciał po prostu zobaczyć go w stanie spoczynku, gdzie nic nie zakłóca jego duchowego spokoju. Zamiast tego wydawało się, że to właśnie Sivik śpi i płacze za obu, bo mimo wszystko żałośnie łkać w poduszkę mu się zdarzało. Ba! Potrzebował tego jak nikt inny, wiedział bowiem, jak słaby jest, a dodatkowo nocne zjawy, oraz zmory męczące go za dnia dodatkowo wysysały z niego energię. Tą fizyczną, jak i mentalną. 
 - Oszalałeś? To było niebezpieczne, idioto... jak mogłeś być aż tak nieodpowiedzialny. - szeptał Aysal i rozpoczął pocieranie dłońmi ramion wyższego. Przenosił dłonie na tors, plecy, czy nawet szyję. Wytwarzał tarcie, a co za tym idzie energię, która dawała ciepło. Chyba tak to działało. Nie mógł ogrzać go własnym organizmem, więc robił to za każdym razem, gdy młodszemu przyszło zmarznąć. Jego obraza i oburzenie odeszły tak szybko, jak się pojawiły, a zastąpiła je troska i chęć opieki nad wyższym, ale czasem zdającym się o wiele delikatniejszym, chłopakiem. Tymczasem w głowie Szamana krążyło tylko jedno słowo. Śnieżynka. Słowo, które tak idealnie oddawało każdy cal jego kochanka. Był chłodny, mały i uroczy. Gdy było go za dużo przynosił utrapienie i często ból, ale jeśli pojawiał się co jakiś czas, był czymś perfekcyjnym, wartym uwagi. Do tego wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, jak każdy płatek śniegu. No i przede wszystkim - wyglądał jak on. 
 - Mój mały, Lumipallo. - wyszeptał nisko brunet, wpatrując się z czułością w jego oczy. Białowłosy ściągnął brwi i na chwilę zaprzestał wszelkich czynności. 
 - Co? Zaczynasz bredzić od tego chłodu... - burknął.
 - Śnieżynka... Lumipallo, t-to... to Śnieżynka. Jesteś moją drobną Śnieżynką, dobrze? - Uśmiechnął się krzywo. Nigdy nie był romantyczny. Jego beznadziejność w tej kwestii była wręcz oszałamiająca i zapierająca dech w piersiach, bo nigdy nie umiał rzucić jakimś porywającym tekstem. Zamiast tego sklejał niezgrabnie słowa, no i wychodziło... wychodziło nawet uroczo. Wyraz twarzy Wampira za chwilę złagodniał, a on sam uśmiechnął się delikatnie, widząc niezdarnego partnera. 
 - Dobrze, ale wolałbym, żebyś skrócił to do zwykłego Lumi, zgadzasz się?
 - Zgadzam się, Lumi. - wyszeptał z radością i zaciągnął go do mocnego objęcia, z którego długo nie mógł się wyplątać. Gigant był czasem gorszy niż dziecko, do tego silniejszy, co czyniło sprawę jeszcze trudniejszą. 

 Dalej spokojnie kierowałem się naprzód, mimo krzyków starszego, który z jednej strony chciał za mną iść, z drugiej natomiast nie miał zamiaru zostawiać swojego obiadu samego sobie. Wrzeszczał na mnie, gorzej niż kiedyś, jeszcze bardziej podirytowany moim dziecinnym zachowaniem i kolejną ucieczką. W moim życiu było ich zdecydowanie zbyt wiele, do tego w najbardziej nieodpowiednich momentach. On nie lubił, gdy odchodziłem bez słowa, ja nienawidziłem, gdy krzyczał jak nienormalny, Szczególnie, gdy wrzeszczał na mnie. Mimo tego ile siły w to wkładał, zawsze brzmiał tak bezradnie, jakby nie zostawało mu nic innego, jak rozdarcie gardła i naprężenia strun głosowych. Ostatecznie zamilkł, na co odetchnąłem z ulgą. Został przy posiłku, jednocześnie dając mi spokój i czas na przemyślenie tego wszystkiego. Całej tej beznadziejnej sytuacji, przy której mogłem tylko rozłożyć ręce i czekać na dalszy bieg wydarzeń. Prawdopodobnie obaj czuliśmy się tak samo źle, wolałem więc dać nam obu więcej przestrzeni w tym momencie.
 Niesamowite, poznał mnie po jednej kwestii, powiedzianej kiedyś, dawno temu, jednym zdaniu, które uleciało w eter i szybuje gdzieś tam, pomiędzy resztą naszych zapomnianych konwersacji na tematy ważne i ważniejsze, albo te nie mające żadnego znaczenia, jak na przykład kogo ostatnio przyłapano na zdradzie w sadzie. Utknęło to gdzieś w linijce między nocnymi rozmowami o gwiazdach i naszych historiach, kiedy to nie byłem w stanie zasnąć, a kłótnią o to, kiedy się poznaliśmy.
 Było już okrutnie ciemno. Jedyną rzeczą, jaka była w stanie naprowadzić mnie z powrotem, był blask ogniska, które tliło się gdzieś za tymi wszystkimi drzewami i chaszczami. Może przez to udało mi się wdepnąć prawie całą stopą w zimną wodę, która wypełniała jezioro, nad którym jakimś cudem właśnie się znalazłem. Mogłem jednak rzec, że szczęście mi sprzyjało, bowiem zamoczyłem tylko stopę, a nie wszystko, łącznie z twarzą, jak to wielokrotnie mi się zdarzało. Zbyt często chodziłem z głową w chmurach i widać jak to się kończyło.
 Kiedyś, kiedy byłem jeszcze odważniejszy, młodszy i co najważniejsze - przystojniejszy, zdarzało mi się w takie noce jak ta, pływać nago w jeziorze, takim jak to. Obawiam się jednak, że nie byłbym w stanie tego zrobić tego wieczora, czy kiedykolwiek później. Straciłem tę pewność siebie, która pozwalała mi na rzucenie się w morską toń podczas sztormu. Teraz byłem w stanie tylko przykucnąć na brzegu i obserwować pełnię księżyca, odbijającą się w falującej powierzchni. Srebrny spodek zawsze był niezwykle uspokajającą rzeczą. Magicznie wpływał na naszą psychikę, przyciągał przypływy, ale jednocześnie odbierał nam możliwość spokojnego spania. Nie wiem czemu, sprawiał, że było jaśniej? Czy może na serio posiadał jakieś mityczne i mistyczne zdolności. Przybywało też wtedy dusz, może był to znak, że mamy nad nimi czuwać, a nie spać jak ten ostatni leń? Oddać im cześć, bądź coś w ten deseń.
 Westchnąłem cicho. Noc była cicha i ciepła. Niezwykle przyjemna, nie licząc zapachu krwi, który jeszcze nie uleciał z moich nozdrzy. Nienawidziłem go i to szczerze. Wzbudzał u mnie odruch wymiotny, obrzydzał. Błagałem, by odór w końcu wywietrzał. Była to jedna z większych wad Aysala, bowiem potem śmierdział tą cieczą przez dobre kilka godzin, jednakże nigdy mu tego nie wytykałem i nawet wytrzymywałem jego pocałunki, którymi momentami obdarowywał mnie na tyle często, że miałem ochotę zrzygać się na jego buty. Dosłownie. Teraz starałem się skupić na liliach wodnych, wysokich trzcinach wokół zbiornika i wodzie. Wszystko to składało się w spójną, harmonijną mieszankę zapachów, będącą w stanie chociaż na chwilę wybić mi z głowy charakterystyczną woń świeżej juchy. Oczyszczona atmosfera uwolniła zszargany nerwami umysł, a oddalone huczenie sowy i strzykanie palonego drwa wprowadziły luz, którego tak bardzo teraz potrzebowałem. Zagarnąłem źdźbła trawy między palce, przeciągnąłem nimi. Czułem jak przecinają mi skórę, ale nie było to uciążliwe. W porównaniu do kłów Wampira w szyi, była to rzecz nad wyraz przyjemna i spokojna. Pod opuszki natknął mi się otoczak. Płaski, gładki. Perfekcyjny do puszczania kaczek. Zajęcia, które w swoim czasie było moją ulubioną czynnością. Umiałem godzinami siedzieć nad wodą szukając odpowiednich kamieni, by po chwili cisnąć nimi w powierzchnię i liczyć ile razy tym razem się odbiły. Pamiętam jak bardzo się cieszyłem, gdy dobiłem siódemki i jak bardzo przeklinałem się w myślach, gdy kamień od razu tonął, pozostawiając tylko rozchodzące się pierścienie. Było to swego rodzaju upokorzenie, nie mogę zaprzeczyć. Wyprostowałem się, naprężyłem i rzuciłem skałą. Piękne trzy, gładkie odbicia. Jaka była moja radość, gdy mimo upływu lat, znalazłem w tym zajęciu tę samą zabawę, co kiedyś. Czułem się, jakbym cofnął się w czasie do tych jakże szczęśliwych nocy, które spędzałem z podchmieloną grupką znajomych. Duża część z nich ma już swoje lata, bo powiedzmy sobie szczerze - lubowałem się w towarzystwie zwykłych ludzi. Co prawda można było z nimi spędzić o wiele mniej chwil, ale byli dogodnym towarzystwem, przy którym dobrze się bawiłem. Prawie tak dobrze, jak przy przebojowych Krasnoludach, które gotowe są podbić świat, oczywiście po spożyciu kilkuprocentowego napoju w ilościach przerażających.

 - I on wtedy do mnie takie "Kurwa stary co Ry tak właściwie odpierdalasz", a ja taki nabity w trupa odpowiadam mu... nie pamiętam co... hk... ale wiem, że było dobre. - Nolias wybuchnął gromkim śmiechem, podobnie po chwili poczyniła cała kompania. Głośny ryk w środku lasu przerywany czknięciami i beknięciami. W tym co mówili nie było tak właściwie nic śmiesznego, mimo to wszyscy rżeli jak dorodne ogiery. Byli już w stanie, który niektórymi pomiatał po parkiecie. Nie pamiętali ile bimbru, wina i piwska już wychlali, wiedzieli jedynie, że zabawa była przednia, a dzień następny pełen będzie wymiocin, bólu głowy i gorzkiego płaczu przerywanymi słowami "Czym się strułeś, tym się lecz". Jednak tym się nie przejmowali, jak to się mówi, żyj chwilą, a ta chwila była bardzo przyjemna i pragnęli, by trwała w nieskończoność. Śmiejący się wniebogłosy Sivik opadł w ramiona siedzącego obok Zevrana, czyli Elfa, będącego jednocześnie dobrym przyjacielem Moccobiego i prawdopodobnie jedynym wyjątkiem od reguły "Elfy są złe". Stwierdził, że lubi zapach rudowłosego, od którego zazwyczaj biła woń cynamonu. Przypominał mu zimowe wieczory, które spędzał w ciepłym domu. 
 Cóż, tego wieczoru wszyscy bawili się przednio, nie licząc Aysala, który siedział na pobliskim drzewie i oglądał wszystko z pewnej odległości. Zachowanie Sivika nieszczególnie mu się spodobało. Komu podobałby się widok swojego partnera, który przywala się do swojego przyjaciela? No właśnie.
 Dlatego nikt się nie dziwił, gdy dnia następnego nawrzeszczał na wyższego od siebie chłopaka i strzelił mu porządnego liścia. Za nieodpowiedzialność i za swego rodzaju zdradę. Po prostu buchał zazdrością. Odszedł od Sivika, a towarzyszyły mu przy tym gromkie śmiechy i oklaski dziabniętych jeszcze towarzyszy. 
 Był to początek końca. 

 Kolejny pocisk w formie kamienia odbił się od powierzchni, pozostawiając po sobie tylko plusk i rozchodzące się okręgi. Robiłem to od dobrych kilku minut, czując się jakby wszystkie smutki nagle zniknęły, podobnie jak zmartwienia. Kto by pomyślał, że w zwykłych kaczkach można odnaleźć taką frajdę i spokój ducha. Prawdopodobnie nikt. Nagle w wodę poleciały dwa kamienie, mimo, że wyrzuciłem tylko jeden. Spojrzałem w bok, by dostrzec Aysala. Wpatrywał się w taflę, a jego oczy jak zawsze świeciły czystym znudzeniem.
 - Nie rozumiem co takiego w tym widzisz. - powiedział nagle, odwracając się przy tym do mnie. Wzruszyłem ramionami, by po chwili podeprzeć biodra dłońmi. Białowłosy dokładnie obserwował moją twarz. Jego ślepia mieniły się błękitem w trakcie nocy, co upodabniało go bardziej do Wilkołaka. Do tego wspaniale widział, więc mógł spokojnie mnie oglądać, gdy ja zazwyczaj widziałem jedynie czarne gówno. Tym razem jednak noc była jasna i mogłem napawać wzrok, tym pięknym widokiem. Po chwili jednak na nowo spojrzał na jezioro, pozostawiając mi do dyspozycji jedynie jego profil, na co bąknąłem pod nosem. Czułem od niego bijący niepokój i smutek. Razem z nim przybył również zapach wanilii pomieszanej z juchą, którego dopiero co się wyzbyłem. Tak właściwie nie miało to już większego znaczenia, ważne było tylko to, że stał teraz obok mnie, tak samo jak te dzieści lat temu. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? Skrzywdziłem Cię, prawie za...
 - Przestań, proszę. - przerwałem mu, gdy już miał wypowiedzieć to słowo. Nie chciałem go słyszeć. - Nic nie mówiłem, bo... uznałem, że tak będzie lepiej, no i stchórzyłem, jeśli mam być szczery. - kolejny raz użyłem mojego ulubionego ostatnimi czasy stwierdzenia. Strzeliłem palcami, by po chwili wraz z nim wbić wzrok w spokojną taflę jeziora. Uśmiechałem się delikatnie, aczkolwiek smutno, sam nie wiem czemu. Powinienem być raczej radosny, że mam go znowu przy sobie, że znowu widzę jego twarz. - No i niestety strzeliłem gafę... miałem nadzieję...
 - Że tak po prostu się rozejdziemy i znowu zapomnimy...? - Na te słowa skinąłem głową.
 - Przepraszam... - mruknąłem, sam nie będąc pewien, czy to dobrze dobrane zdanie do sytuacji.

< I'M DUN >

Od Aysala do Sivika

Ciepło płynące od rozpalonego ogniska nieprzyjemnie paliło moje plecy. Starłem wierzchem dłoni resztki czerwonej cieczy z ust, starając się za wszelką cenę nie rzucić na towarzysza. Tak naprawdę, to nawet mi się nie chciało. Ból, uczucie palenia w żołądku, który najwyraźniej nie miał zamiaru odejść zbyt bardzo mnie rozkojarzył. Do tego stopnia, że po zwróceniu tego całego gówna nie potrafiłem się na niczym skupić. Nawet cichy syk ze strony chłopaka wydawał mi się rzeczą tak odległą, że w życiu bym nie powiedział, iż siedzi on obok mnie. Po prostu jakoś się tak wyłączyłem, przestałem kontaktować, mimo tego że wiedziałem co się dzieję.
Przymknąłem lekko powieki, wpatrując się w krzaki naprzeciw siebie, które co jakiś czas kołysały się przez wiatr. Wtedy też kilka przekleństw doleciało do moich uszu, więc obróciłem lekko głowę za siebie, dostrzegając tylko cieknący od krwi nadgarstek. Westchnąłem cicho, mając wyjątkowo dzień dobroci dla innych i oderwałem kawałek i tak poszarpanej peleryny. Podparłem się ręką o ziemię i rzuciłem mu materiał, nie chcąc ani trochę zbliżać się do tego palącego się drewna. Za gorąco, fe.
Ten spojrzał na mnie zdziwiony, prawdopodobnie nie spodziewając się takiego obrotu wydarzeń.
- Nie wiem z jakiego powodu mi pomogłeś, dlaczego dałeś mi się pogryźć, ale mimo wszystko dziękuję. - mruknąłem, odwracając od niego wzrok i siadając prosto. Coś po prostu tutaj cholernie mi nie pasowało. Kto o zdrowych zmysłach zaryzykowałby własnym życiem, żeby ocalić kogoś, kto tylko na to zasłużył. Przecież to głupie. Jednak wiedział co zrobić, jakimś sposobem miał pojęcie, że go nie zaatakuję. Owszem, może i polowałem na niego wcześniej, ale czy nie lepiej czasami być dobrym dla innego człowieka i mu po prostu darować? W końcu uratował mi życie, nie ważne jak to wszystko obrzydliwe musiało być.

Stukot kopyt uderzających o utwardzoną ziemię, od dawna rozbrzmiewał mu w uszach. Wcześniej niesamowicie go to drażniło, ale za pomocą silnych ramion oplatających go z tyłu, kompletnie się wyłączył. 
Sam nie wiedział gdzie tak właściwie jechali. Po prostu udało im się niepostrzeżenie zgarnąć jakiegoś konia i na jego grzbiecie wędrować nie wiadomo gdzie. 
- Długo jeszcze? - białowłosy zapytał ciapkowatego ogiera, jakby liczył na to, że mu odpowie. Poklepał go więc tylko po szyi i odwrócił głowę w stronę swojego chłopaka, który w ciszy rozglądał się dookoła. Wykorzystując moment jego nieuwagi, wygiął się do tyłu i złączył ich usta w lekkim pocałunku. Brunet, gdy skupił się już na mniejszym, a ten nagle się odsunął, złapał jego twarz pomiędzy długie palce i znów przyciągnął do siebie. Obaj napawali się obecnością ust jednego na tych drugiego, w delikatnym złączeniu ust, które dla nich znaczyło więcej niż wiele.

Przyglądałem się mu w ciszy, patrząc jak nieumiejętnie obwiązuje nadgarstek czarnym materiałem. Miałem ochotę zlizać dalej cieknącą z rany krew, bo nie lubiłem marnować tego, z czego dalej mogłem skorzystać, ale mogło się to skończyć zbyt tragicznie, gdyż nie do końca potrafiłem panować jeszcze nad swoim instynktem. Do tego, miałem mu dać święty spokój.
Położyłem się po raz kolejny, skupiając swoje spojrzenie na granatowej kopule, spowitej świecącymi lekko gwiazdami. Gdzieniegdzie spod koron drzew można było dostrzec kawałki księżyca, który sam, na swój własny sposób oświetlał niektóre fragmenty ziemi. Westchnąłem pod nosem, nie przejmując się zbytnio panującą ciszą, przerywaną tylko skrzeczeniem ognia i tupotem kopyt konia, który od pewnego czasu grzecznie stał przy jednym z drzew. Jednak te dwa odgłosy, właściwie same w pewnym momencie zaniknęły w ciszy.

- Braciszku, ale opowiedz nam jakąś bajkę. - jęknęła dziewczynka, po raz kolejny ciągnąc swojego najstarszego brata za mały palec u lewej dłoni. Ich różnica wieku, była tak przerażająco duża, że białowłosy czasami miał jej dosyć. Czterolatka uwielbiała się z nim bawić i słuchać jego opowieści, które wyniósł z miasta, kiedy on najzwyczajniej w świecie był już na to za stary. Będąc dwudziesto-trzy latkiem jego ojciec zawalał go coraz większą dozą nauki, prawiąc mu ciche kazania, na temat tego, że obowiązkiem przyszłego króla jest wysokie wykształcenie.
Westchnął po raz kolejny na prośbę swojej siostry i po kolejnych błaganiach w końcu jej uległ. Zamknął grubą księgę, opowiadającą o dziejach Deste i powędrował z dziewczynką do jej pokoju.
- Ale tylko jedna, Asce. Po niej masz iść spać. Dzisiaj i tak wystarczająco przeholowałaś. - mruknął pod nosem, gdy zastanawiał się, co ciekawego działo się w mieście od ostatniego razu.
Blondynka skinęła radośnie głową, wlepiając swoje niebieskie oczy w brata i wskoczyła na swoje łóżko od razu przykrywając się pierzastą kołdrą.
- A Erneff? - zapytała w pewnym momencie, myśląc, że drugi brat dołączy do słuchania dziejów ich mieszkańców.
- Erneff wyrósł już z tych bajek, moja droga. - odpowiedział z czułym uśmiechem, widząc jak ta robi minę zbitego psa.
Ponaglił ją, żeby ułożyła się wygodnie w łóżku i wkrótce po tym rozpoczął swoją opowieść. Właściwie to mówił tylko, jak to pani Makfeyer w końcu uspokoiła się po stracie męża w wielkim pobojowisku, jakie jeszcze nie tak dawno rozpętał ich król, ale również to, jak Robbie, z ich sąsiedztwa, w końcu ustatkował się z dziewczyną, której bał się wyznać swoje uczucia od ośmiu ostatnich lat. Była też opowieść o przyjaciółce Aysala - Rosie, która urodziła dwóch przeuroczych chłopców, gdy ostatni raz ją widział.
Jak się spodziewał, jego siostra zasnęła przed końcem zdawania relacji z życia ich poddanych, dlatego drepcząc na palcach zgasił małą lampkę, która stała na stoliku obok łóżka i wyszedł z pokoju, nie domykając drzwi do końca. Nie spodziewał się jednak widoku własnego ojca, gdy tylko wejdzie do swojej własnej komnaty. Stanął więc jak wryty, na środku pokoju, patrząc przerażony, jak ten przegląda jego notatki.
- Powinieneś już zapomnieć o tej bandzie biedaków, którą przystało nam władać. - powiedział oschłym tonem, gdy tylko wyczuł, że jego syn wpatruje się w niego bezradnie. - Mam powtórzyć akcję sprzed tygodnia? - uniósł jedną brew.
Białowłosy, próbując zachować względny spokój przeszedł przez resztę pokoju i usiadł na swoim łożu, spuszczając wzrok na wypastowaną podłogę.
- Nie, ojcze. Zrozumiałem. - odpowiedział, próbując odpuścić wszczynanie kolejnych awantur.
- Nie powinieneś także zatruwać umysłów swojego rodzeństwa opowieściami stamtąd. - dodał.
Król uniósł się z krzesła przy biurku i nie mówiąc już nic, prócz "Śpij dobrze" po prostu wyszedł. Aysal z jękiem padł na łóżko, mając już dość tego wszystkiego, zważywszy na to, że tego było już za wiele. Ocierając łzy bezradności z policzków, podniósł się gwałtownie i ruszył powoli do drzwi. Rozglądnął się po korytarzu, czy aby na pewno nikogo nie ma, zgarnął swój płaszcz z kapturem i ruszył w stronę wyjścia. Nie widział w tym wszystkim innego rozwiązania, jak poradzenia sobie w ten sposób. Ruszy w las i znajdzie lepsze życie.
Tym właśnie sposobem, przy uniknięciu kilkunastu strażników stał właśnie przed ogromnym lasem, który wydawało się, że wręcz wołał go, by postawił stopę na jego terenie. Pomimo sporego wahania, w końcu przekroczył linię niewielkich drzew, wkraczając do ogromnej, leśnej krainy. Tego co ona skrywała, nie można było w stanie dostrzec od razu, dopiero jak wkroczyło się głębiej, Twoje spojrzenie automatycznie biegło do kolorowych, świecących w ciemności kwiatów, biegających radośnie zwierząt przy rzece, która jak się okazało też tutaj płynęła i świeciła dziwnym, fioletowym blaskiem. Rozejrzał się dookoła z otwartymi ustami, nie dowierzając co tutaj zobaczył, wyłączając się kompletnie na świat zewnętrzny.
Przeszywający ból w ramieniu. Chciał krzyknąć. Głośno. Jednak na jego ustach wylądowała ubrudzona krwią dłoń, skutecznie uniemożliwiająca jakikolwiek ruch warg. Przeniósł przerażone spojrzenie w bok, patrząc na swoje ramie, na którym znajdował się wyraźny znak zębów. Z każdą sekundą ból nasilał się coraz bardziej, jego ciało paliło, jakby ktoś specjalnie wzniecił ogień gdzieś w środku niego. Był tym tak pochłonięty, że nie zwrócił nawet uwagi na mężczyznę, który sprawił mu to całe cierpienie. Cierpienie, które będzie musiał znosić przez całe swoje niekończące się życie.

Dziwne światło, jakby z pochodni mignęło mi w krzakach od strony z której wcześniej przyjechaliśmy. Zerwałem się do równego siadu, nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu, którego nie słyszałem do tej pory. Coś zwyczajnie mi tu nie pasowało.
- Coś się stało? - mruknął mój towarzysz zmęczonym głosem, przenosząc wzrok na punkt, w który się wpatrywałem.
- Siedź cicho. - warknąłem na niego szeptem i wstałem na chwiejnych nogach.
Wtem do moich uszu doleciało szczeknięcie psa i odgłos biegnących w naszą stronę nóg. Przekląłem pod nosem, chcąc sięgnąć po swój łuk, nim zorientowałem się, że jego najzwyczajniej w świecie go nie ma. Brunet jakby wiedząc o czym myślę przełknął ślinę i wbił we mnie spojrzenie.
- Będziesz po niego wracał, a teraz schowaj się gdzieś. - burknąłem. Zerknąłem na konia, przywiązanego do drzewa, szukając na nim jakiejkolwiek broni, którą mógłbym w tym momencie użyć. Jednak nic takiego nie było. Wdrapałem się więc na pierwsze lepsze drzewo, wypatrując wyższego z wysokości, tym samym czekając aż grupka upartych ludzi do nas dotrze. Nie trwało to długo, zważywszy na to, że pies idealnie wytropił zapach któregoś z nas i idealnie potrafił wskazać drogę którą jechaliśmy. Niedługo po tym, czteroosobowa grupa mężczyzn stała przy nadal rozpalonym ognisku, rozglądając się dookoła. Wtedy spostrzegłem swoje kochane dziecko w rękach jednego z nich i kołczan strzał u drugiego. Warknąłem pod nosem po raz kolejny. Teraz jeszcze trzeba coś zrobić, żeby to odzyskać, a później wszystkich powybijać.
Przeskoczyłem po kilku gałęziach, w końcu znajdując się obok wyższego chłopaka, zaraz po bezszelestnym zeskoczeniu na ziemię.
- Masz jakiś sposób na odebranie im tego walonego łuku i wystrzelania, żeby badziewie nie robiło więcej problemów? - zapytałem sarkastycznie, wychylając się zza drzewa, sprawdzając czy najbliższe dwa metry wokół na sto procent są czyste.
Pokręcenie głową z jego strony.
Ugh, dobra, sam spróbuję coś wykombinować.
Wtem jak na zawołanie grupka rozdzieliła się na cztery strony i każdy z mężczyzn ruszył w zupełnie inną. Ten trzymający już teraz i łuk i strzały był najbliżej nas.
- Pomożesz mi i zaciągniesz trupy do ogniska, tym samym ocalisz siebie od nadstawiania mi nadgarstka po raz kolejny. - mruknąłem i poprawiłem kaptur na głowie. Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem powoli przed siebie tak, by nie wydawać żadnego dźwięku. Wiedziałem dobrze, że przez dłuższy czas nadal będę osłabiony przez ten cały wywar, ale w tym momencie wolałem nie ryzykować życiem naszej dwójki. Właściwie to tylko Moccobiego, za bezmyślne pomaganie mi.
Skradanie się pomiędzy drzewami nie bardzo mi odpowiadało, ale zwyczajnie nie miałem siły na włażenie po drzewach. Tak też przecież mogłem ich pozaskakiwać. W pewnym momencie miałem już dosyć stania prosto, ale dzięki mojemu dziennemu szczęściu znalazłem się obok rudego mężczyzny, który stał do mnie tyłem.
Jeden skok, nieumiejętne wbicie zębów w kark i wysączenie krwi w akompaniamencie głośnego krzyku. No cóż, teraz mam chociaż broń i jak się zlecą, to łatwiej będzie powybijać.
Kolejny odgłos biegu. Trzy osoby. Głuche krzyki.
Leniwie nachyliłem się nad ludzkim skwarkiem, wyrwałem mu z dłoni łuk i zdjąłem kołczan z pleców, zawieszając go sobie.
Wyjęcie strzały. Ustawienie jej na cięciwie. Swobodne puszczenie, gdy przed moimi oczami pojawiło się pierwsze ciało. Prosto pomiędzy oczy. Dwójka pozostałych mężczyzn zatrzymała się gwałtownie obok kolejnego martwego ciała i spojrzała na nie z przerażeniem. Uśmiechnąłem się na ten swój własny sposób i podszedłem do nich bliżej.
- Na co wam to wszystko było? Tak czy siak skończycie jak ta dwójka. - ciche mruknięcie z mojej strony. Kolejna strzała, tym razem w bok czaszki. Jak tak dalej pójdzie, to to targanie ciał wcale nie będzie potrzebne.
Ostatni żywy zacisnął mocno wargę, patrząc na mnie gniewnie, gdy wyciągałem jeszcze jedną strzałę. Widać było, że już się poddał.
Strzał w serce.
Opuściłem ręce wzdłuż ciała, zerkając za siebie na stojącego przy pierwszym ciele bruneta.
- Musiałeś to zrobić? - tym razem to on warknął sarkastycznie.

Odgłos upadającego ciała, tuż pod jego nogami, krew powoli rozlewała się po wcześniej zielonej trawie. Przełknął ślinę usatysfakcjonowany i spojrzał z radością na zdegustowanego chłopaka, opierającego się o drzewo. 
Nie powinien go zabierać ze sobą, przecież oczywistym było, że jeśli od razu nie ucieknie, to będzie patrzył na niego w zupełnie innym świetle. To chyba bolało w tym momencie najbardziej. Chciał mu pokazać co tak naprawdę w życiu robi, a tym samym jest możliwość, że zraził go do swojej osoby. Zagryzł więc wargę i podszedł do chłopaka powoli.
- Sivik, ja... Jeżeli w jakikolwiek sposób Cię to odrzuca... - zaczął, nie mogąc spleść żadnego sensownego zdania.
- Musiałeś to zrobić? - zapytał tylko niebieskooki, wlepiając w niższego swoje spojrzenie.

Przełknął ślinę, kiedy wszystko tak nagle do mnie przyszło. Przecież to nie mógł być on, prawda? Obiecałem mu przecież, że nigdy go nie skrzywdzę, a tymczasem byłem w stanie na niego polować, prawie, by go zabijając, gdyby nie te jego duchy. Spuściłem rozbiegane spojrzenie na ziemię, nie potrafiąc w żaden sposób poskładać myśli.
- Sivik. - mruknąłem pod nosem drżącym głosem. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Przecież gdybym wiedział, że to Ty...

< Koniec anonimowości Ha Ha! >

sobota, 15 lipca 2017

Od Sivika do Aysala

Uśmiechnąłem się, gdy poczułem parę miękkich, wilgotnych, a przede wszystkim ciepłych warg na moim czole. Nimfa budziła mnie w bardzo delikatny i przyjemny sposób. W środku dziękowałem duchom, że zesłały mi na drogę tak cudowną przyjaciółkę. Jej buzia jaśniała szczęściem, gdy mówiła te słowa-rytuały, codziennie rano od jakiegoś czasu.
- Wstawaj, Siv, śniadanie na stole. - ona wszystko szykowała. Czasem czułem się z tego powodu głupio, bo zrywała się prawie równo ze świtem, żeby wszystko ładnie oporządzić, tymczasem ja smacznie chrapałem. Przynajmniej potem odwdzięczałem się poprzez posprzątanie i ogarnięcie rzeczy potrzebujących dużo krzepy, z którymi Nimfa najzwyczajniej sobie nie radziła, ze względu na swoją drobną budowę ciała.
- Idź, idź, zaraz dołączę. - zamruczałem w pościel, zerkając na nią jednym okiem. Wolała, żebyśmy schodzili razem, sam nie wiem czemu. Boi się, że jeszcze się nie wykurowałem i zemdleję jej na schodach? Założyła ręce na piersi, nie za bardzo szczęśliwa z powodu moich słów, ale po chwili jakby sobie o czymś przypomniała i prychnęła śmiechem.
- Znowu śpisz nago? - Niezwykle kpiący ton głosu, nie pasuje do niej.
- Tak jest najwygodniej, do tego duchy nie mają ochoty na to patrzeć, więc uciekają. - nie mam pojęcia dlaczego, ale zaczęła się chichrać, więc i na moją twarz wkroczył delikatny uśmieszek. Lubiłem, gdy się uśmiechała. Lubiłem, gdy wszyscy się uśmiechali. Taki świat był o wiele lepszy.
Dziewczyna ewakuowała się z pokoju i gdy ostatnie co usłyszałem, to skrzypienie schodów, zwlokłem się leniwie z łóżka i skierowałem do krzesła po moje rzeczy. Wsunąłem szarawary na biodra i całkowicie zlewając górę, delikatnymi krokami, cicho zszedłem do salonu. Umiejętność rozkładania ciężaru w celu zmniejszenia potencjalnego hałasu to rzecz, za którą dziękuję z całego serca. Sprawdza się, gdy potrzebujesz przeżyć przechodząc obok jamy Mantikory, ale również gdy chcesz nastraszyć myjącą ręce znajomą.
Po wrzasku, długim opierniczu i dostaniu mokrą szmatą po pysku, usiedliśmy przy drewnianym stoliku. Ja nieźle rozbawiony, ona naburmuszona jak nigdy. Mimo wszystko, szybko jej to przeszło i zaczęła dopytywać się o to jak minęła mi noc. Była chyba jedyną kobietą jaką poznałem, która zamiast wiecznie się gniewać, na nowo gadała z Tobą po pięciu sekundach. Co tu dużo mówić, jest wspaniała. Padły oczywiste pytania. "Jak spałeś?", "Jak się czujesz?", "Czy coś cię jeszcze boli?". Na wszystkie cierpliwie odpowiadałem zgodnie z prawda. Po ranach nie było śladu, zaklęcia znajomej Wiedźmy znacząco poprawiły i przyspieszyły gojenie się. Blizn nawet nie było, a bandaże, zbędne już, leżały gdzieś w kącie pokoju.
- Porąbiesz mi drwa zanim wyjedziesz? - Spytała nagle. Zerknąłem na nią i skinąłem głową, wiedząc, że sama długo musiałaby się z tym męczyć. - Dziękuję, Siv. - uśmiechnęła się ponownie.

- Sam bym sobie z tym poradził. - bąknął białowłosy widząc młodszego, który właśnie przewalał ciężkie torby na wóz. Założył szczupłe, białe jak śnieg, dłonie na piersi i zerkał na niego z lekkim zdenerwowaniem. Ten jednak tylko się uśmiechał i poprawiał skórzane sakwy, by pomieścić ich więcej. - Słyszysz mnie Sivik? Zostaw to, nie mam dwóch lat, sam się zapakuję. - burczał niezadowolony i próbował przepchnąć większego od siebie Moccobiego. Ten widząc to złapał go za biodra i uniósł gładko, by usadowić na drewnianym wozie. Wampir wręcz kipiał z oburzenia, ale nic więcej nie mówił, bo czarnowłosy ustawił się między jego zwisającymi nogami i ucałował go delikatnie. Początkowo go odpychał, chcąc pokazać, że jest bardzo, ale to bardzo zły. Po chwili jednak odpuścił i zarzucił ręce na szerokie ramiona, wplątując palce jednej dłoni w krótkie, zaczesane do tyłu włosy. Miękkie, delikatne włosy.

- Sztywne gówno. - jęknąłem cicho, dotykając swoich kosmyków. Nie wiedziałem co się z nimi wydarzyło. Dlaczego z cudownego puchu zmieniły się w siano? Połamane, nieprzyjemne w dotyku, drażniące. Dlaczego moje ramiona opadły, nie byłem postawny jak kiedyś. Czy ja się starzeję? Fizycznie powinienem mieć dwadzieścia lat, tymczasem czuję się na te cholerne pięćdziesiąt. Zerknąłem w lustro i przemyłem twarz. - Powinieneś przejść na emeryturę, Sivik, jak tak dalej pójdzie skończysz w grobie w wieku dziewięćdziesięciu lat. - Mruknąłem sam do siebie, po czym sięgnąłem po koszulę. Rozwiązałem sznureczki przy kołnierzu i podwinąłem rękawy do łokci. Zszedłem po schodach i wyszedłem z uroczej chatki. Nih siedziała na ławeczce i czytała jakąś książkę. Jednak nie była jedyną osobą w okolicy. Ponownie to świerzbiące uczucie, ktoś na mnie patrzył. Rozglądnąłem się, by dostrzec Wampira po drugiej stronie jeziora. Wytropił mnie, czy trafił tu cudem? Prawdopodobnie się nie dowiem. Próbując zachować zimną krew podszedłem do Nimfy. Spojrzała na mnie.
- Już jedziesz? - Spytała nieco zawiedziona, na co odpowiedziałem skinieniem głowy. Wstała i przytuliła mnie, wspinając się na palce. Objąłem ją i przypilnowałem, by się nie odsunęła. - Sivik?
- Aysal tu jest. Nie zaatakuje Cię, ale dla pewności rozsyp mak i tojad - Na te słowa się spięła i mocniej do mnie przyległa. Drżała. Jest niezwykle strachliwa. Początkowo chciała powiedzieć coś w stylu "Co? Jak to?", lecz szybko zmieniła tor wypowiedzi na:
 - Tojad? To jest na wilkołaki... - Zaczęła gładzić mnie po karku. Niespokojnie, rozdygotaną dłonią.
- Wiem, ale zrób to, uwierz mi.
- Osiodłałam konia, uciekaj Sivik, błagam. - szeptała. Czuć było w jej głosie przerażenie. - Daj znak, gdy będziesz bezpieczny.
- Jestem bezpieczny, Nih. - powiedziałem twardo, odsuwając ją od siebie. Była blada jak ściana. Zmarszczyłem brwi, lecz nachyliłem się i ucałowałem jej wyjątkowo chłodny polik.
- Uważaj na siebie. - powtórzyła gdy dosiadłem już kasztanową klacz. Poklepała ją po boku, a ja dałem znak, by koń ruszył galopem.

- Nie ważne jak szybko będzie uciekał, dogonię go. - powiedział nagle, wpatrując się w księżyc, który odbijał się od pulsującej tafli jeziora. Jego oczy wręcz świeciły nocą. Błyszczały błękitną poświatą. Były piękne, zawsze to powtarzał. - A następnie wyssę do ostatniej kropli. Nie przeżyje. - szeptał niby sam do siebie, niby do niego. Zaszyte usta zadrżały delikatnie. Ich posiadacz momentami bał się znajomego. To była jedna z tych chwil. Żałował, że go tu wyciągnął. - Ale wiesz co, Sivik? - Dodał nagle, a Moccobi mruknął ciche "Hmm?" z pytającym wyrazem twarzy. Wampir w końcu spojrzał na niego, jego twarz była chłodna, jak zawsze. Bez wyrazu, kamienna. Nie dało się odczytać z niej emocji. Był bezduszną, samolubną istotą do za... - Ciebie nigdy nie skrzywdzę. Nie ważne jak bardzo bym tego chciał. Zaklinam się, nigdy Cię nie zabiję - Przerwał Moccobiemu monolog wewnętrzny. Młodszy uśmiechnął się na te słowa i sam nie wiedział czemu, ale poczuł jak rumieniec oblewa jego twarz. Był młody, naiwny, szybko się zakochiwał, a takie słowa, do tego padające z ust obiektu westchnień, wręcz wzburzyły sztorm na morzu jego uczuć i emocji. Czuł te znajome motyle w brzuchu. Czuł jak rośnie w oczach.
Nawet nie pamiętał dokładnie momentu, w którym się położyli, by poobserwować gwiazdy. Kiedy nachylił się nad białowłosym. Powiedział coś, ale słyszał te słowa jak przez grube szkło. Nie pamiętał ich. Pamiętał jednak adrenalinę, gdy pocałował chłodne, martwe usta. Pamiętał dłoń na karku. Pamiętał ciemność, ciało obijające się o ciało, ciche jęki i zapach potu wymieszanego z aromatem traw, kwiatów i jeziora.

Odstawiłem konia w stajni, poklepałem go po szyi i wyszedłem z pomieszczenia. Miasto. Potężna metropolia pełna krętaczy, kurtyzan i żebraków. Żyć, nie umierać. Miałem nadzieję, że uda mi się zgubić tutaj Aysala. Czułem jego obecność przez cały czas drogi, podążał za mną jak duch z tą jego piekielną Wampirzą szybkością. Nie polował na mnie, jedynie mnie śledził. Czekał może na odpowiedni moment? Prawdopodobnie się nie dowiem, jednak idzie mi to na rękę. Mam więcej chwil życia do wykorzystania, hurra.
Wizyta w Karczmie Pod Srebrnym Kotłem brzmiała miło. Czysta, przyjemna. Nocleg w niej wydawał się dobrym wyjściem po całym dniu podróżowania na narwanej klaczy.

- Wampir! Złapaliśmy wampira! - Wrzeszczeli mijający mnie mieszczanie. Zmarszczyłem brwi. - Przygotować stos! - Tym razem je uniosłem. Wiedziałem, że nadnaturalne stworzenia wzbudzają w ludziach przerażenie, ale Wampiry i Wilkołaki przebijały sufit. Ludzie dostawali białej gorączki, gdy tylko usłyszeli hasło "żywy trup" czy "krwiopijca". Szaleńcy.
Mimowolnie podreptałem luźnym krokiem za biedakami, którzy lecieli na łeb na szyję, byle zobaczyć atrakcje. miesiąca. Kilka osób gromadziło się przy małej chatce, by po chwili odejść ze znudzeniem. Gdy większość już się odsunęła, zaglądnąłem przez małe okno.
Na drewnianej podłodze leżał nie kto inny jak Aysal. Otoczony cytrynami, czosnkiem, srebrnymi krzyżami, do tego zamknięty w okręgu usypanym z maku.
Ludzie są powaleni i to tak oficjalnie. Do tego nad nim stało z czterech osiłków [w znaczeniu biednych mieszczan oczywiście], którzy widłami szturchali leżącego biedaka, który wyglądał... no bardziej martwo niż zazwyczaj.
Westchnąłem cicho, po czym na dosłownie chwilę przekazałem gardło duszy umęczonego wilka. Tak, o dziwo zwierzęta też posiadają ducha, który jest o wiele milszy niż ten ludzki. Ku mojej uciesze, chociaż raz poszedł mi na rękę i po chwili wyłem jak rasowy psowaty, by zaraz zacząć się drzeć, że, uwaga, "Po mieście lata wilkołak". Oczywiście grupa tych skończonych idiotów wybiegła z chatki jak na zawołanie, zostawiając wampira całkowicie samego.
Powoli wszedłem do domku. Wampir wręcz skręcał się z bólu, piszczał, jęczał. Zmarszczyłem brwi, czując ukłucie gdzieś w środku. Podszedłem do stworzenia, które kiedyś tak mi bliskie, teraz próbowało mnie zabić.
- Co oni ci zrobili, biedaku... - wyszeptałem kucając przy nim. Zastosowali wszelkie możliwe znane im sposoby na Wampira. Aysal chyba pierwszy raz w "życiu" się pocił. Spojrzał na mnie, ledwo otwierając błękitne ślepka. Błyszczało w nich cierpienie i prośba o pomoc. Odgarnąłem to całe gówno, które uwalili wokół niego i otrzepałem dłonie. Zbliżyłem się nieco, na co otrzymałem ostrzeżenie w postaci zasyczenia i wystawienia kłów. Jednak skrzywił się i jęknął, chwytając przy tym za brzuch. Westchnąłem cicho i usadowiłem się tuż przy nim. Wciągnąłem go na swoje ręce, by zaciągnąć kaptur na jego wykrzywioną w bólu twarz i unieść go jak księżniczkę. - Chodź, kochanie, już dobrze, zabiorę Cię stąd. - wyszeptałem automatycznie i ostrożnie wyszedłem z chatki. Nie zmienił się nawet w tej kwestii. Był lekki jak kiedyś. Jego prawa ręka zwisała luzem, nie lubiłem tego. Wolałem, gdy trzymał je na swoim brzuchu, albo na moim ramieniu. - Popraw prawą rękę, proszę. - mruknąłem do niego. Zrobił to, co prawda resztkami sił, ale zrobił. Oddychał. Głośno, ciężko. Drżał i się pocił. Nie wiem jak i nie chcę wiedzieć.
Jakimś cudem dotarłem do stajni, gdzie ułożyłem go na koniu, na którego sam po chwili wsiadłem. Poprawiłem go tak, by opierał się o mnie i zdecydowałem się na ryzykowne prowadzenie jedną ręką. Chcę, by był bezpieczny, a nie żeby bezwładnie obijał się o brzuch klaczy.

- W końcu się obudziłeś. - wyszeptał z ulgą białowłosy. Bał się, że już nigdy nie zobaczy błękitnych tęczówek kochanka, który po ostatnim seansie opadł z sił jak mucha. Nie był doświadczony, robił wszystko na czuja, ryzykując przy tym życiem. Teraz było podobnie, gdy upiór wtargnął w jego ciało, wyżerając siły, drąc się i szarpiąc czarnowłosym na wszystkie strony. Rzucał nim, rozrywał skórę, krzykiem odłamał żuchwę od szczęki. Starszy obserwował to wszystko z przerażeniem i gulą w gardle, a potem opiekował się odciętym od świata na równy tydzień chłopakiem.
Dbali o siebie. Tak po prostu.

- Nazwałeś... mnie kochaniem. - wyszeptał nagle chłopak. Siedzieliśmy w lesie, gdzie nic więcej nam nie groziło. Zmarszczyłem brwi. - Dla...
- Przesłyszało Ci się. - mruknąłem twardo, chcąc nie przyznawać się do babola jakiego się dopuściłem.- Co Ci zrobili?
- Wywar na... Na Wamp... - nie dokończył, bo opadł z sił. Ponownie. Wywar na Wampiry. Mieszanka największego gówna jakie można znaleźć gdziekolwiek. Rozgnieciony czosnek, sok z cytryny, mak, tojad, a wszystko zalane wrzącym olejem. Obrzydliwe, a do tego trujące, tak właściwie dla każdego. Jakim cudem dał sobie to wlać do przełyku?
- Musimy to z Ciebie wylać, jakkolwiek to nie brzmi. - powiedziałem nachylając się nad Aysalem. Poklepałem go po buzi, rozbudził się. - Pomóż mi, to pomogę Tobie. - podnosiłem go delikatnie. Starał się utrzymać w pionie, po czym usiadł na własnych kolanach. - Słyszysz? Muszę spowodować wymioty. - na te słowa jakby ożył i spojrzał na mnie z oburzeniem.
- N-nie! - Bąknął oburzony, po czym na nowo jęknął z bólu. Kiedy skończył się spierać, związałem mu włosy w wysoką kitkę, byle ich nie ubrudzić, nienawidził tego, o ile dobrze pamiętam. Chwyciłem go za włosy i żuchwę, po czym pochyliłem go do przodu, stając za nim.
- Przepraszam, muszę. - wyszeptałem mu na ucho. Pociągnąłem jego szczękę do dołu, po czym wepchnąłem dwa palce głęboko w jego gardło. Zaczął się szarpać i dławić, ale po chwili wszystko, jedną falą wyleciało z jego rozgadanej zazwyczaj gęby. Dosłownie wszystko. Po chwili dotarła jeszcze końcówka z drugą falą. Aysal załkał żałośnie i oparł się swoim cielskiem na moje. Pogładziłem go czystą dłonią po plecach.
Umyłem go w pobliskim jeziorze, samemu obmywając swoje dłonie. Rozpaliłem ognisko i ułożyłem go z dala od niego, wiedząc, że Wampiry i płomień to raczej słabe połączenie. Plama po wymiocinach składała się z krwi, trutki, jakiejś wiewiórki i kawałka sztucznego materiału. Czyżby dał się zagonić w zasadzkę? Rzucił się na sztuczne zwierze?
- Byłem głodny, a żywa owca uciekła w ostatniej chwili, więc nadziałem się na to coś. - powiedział, czytając mi wcześniej w myślach. Nie robił tego często, raczej się tego wystrzegał. Brzmiał na zawstydzonego, bo taki był. Nie lubił przyznawać się do porażek. Wolał chwalić swoimi dokonaniami. Kto tego nie lubi? Skinąłem głową. Leżał plecami do mnie, podczas gdy ja siedziałem przy ognisku. Zaciągnął się powietrzem, zadrżał i skulił. Był głodny.
Łuk.
Zapomniałem o łuku.
Zabije mnie za to.
Znowu się skulił, znowu zawył. Podszedłem do niego, aby tyknąć go gołą stopą. Warknął głośno, po czym zerknął na mnie. Przeszedłem nad nim i kucnąłem tuż obok, nadstawiając przy tym nadgarstek. Zdziwione spojrzenie padło na mnie, jakby uważał mnie za niespełna rozumu. No, trochę taki byłem. Kto daje się dziabnąć Wampirowi? No ja.
Skinąłem głową na znak, by wbił się i pożywił. Zmarszczył brwi, ale usiadł i chwycił moją rękę. Powąchał skórę, polizał ją, a następnie ugryzł i ssał. Ssał długo. Ułożyłem drugą dłoń na jego głowie i patrzyłem jak mruży oczy, jak jego twarz się rozluźnia, jak grdyka pracuje. Uśmiechnąłem się mimowolnie.  Długo. Za długo. Za dużo. Osłabienie przyszło nagle. Wszczepiłem palce w jego włosy i odsunąłem go, by odepchnąć jednym, szybkim ruchem. Spojrzałem na krwawiący nadgarstek i kołysząc się wróciłem do ogniska, gdzie padłem jak kawka, ściskając nerwowo nadgarstek.

< Dun dun duuun >

piątek, 14 lipca 2017

Od Aysala do Sivika

Jego oczy zaświeciły w ciemności, która już dawno spowiła okolice. W końcu mógł być sobą, nie musiał ukrywać przed światem tego, co notorycznie robi w nocy. To zawsze zaczynało się tak samo. Schodził z dachów budynków, które znajdowały się najbliżej niego, ciągnąc za sobą kołczan pełen strzał. Łuk przewiesił przez ramię w taki sposób, żeby w żadnym, najmniejszym wypadku nie zawadzał mu w ruchach. Nigdy nie lubił nosić go luźno, próbował wyeliminować jakiekolwiek zagrożenie złamania swojej jedynej broni. Teraz może i groziło to jego strzałom, ale je zdecydowanie łatwiej zdobyć. Mężczyzna, od którego je kupuje, z każdym złamanym drewienkiem wydaje się produkować ich dla niego dwa razy więcej. Owszem, Aysal wyjmuje swoje strzały z ofiar za każdym razem, ale potrafi robić to tak nieumiejętnie, że jednym razem wyjmie całą, za drugim złamaną w pół, a jeszcze innym w jego rękach pojawi się zwykły kij z piórkiem na końcu, ponieważ grot został w ciele. Nie przeszkadzało mu to, chociaż za każdym razem stawało się bardziej i bardziej irytujące.

Rozejrzał się dookoła, oglądając teren przy lesie. Był pewien, że jeśli tam wejdzie, to za prędko nie wyjdzie. Dlatego musiał upewnić się, że nikt nie chciany za nim nie podąża. W swoim życiu był sprawcą tylu morderstw, dlatego pewne jest, że po karczmach wieszają jego zdjęcia z ogromnym napisem "Poszukiwany". Gdyby w tak łatwy sposób dał się złapać, byłoby to okropne dla jego wygórowanego ego. Po upewnieniu się, że nikt go nie obserwuje, wbiegł do pobliskiej puszczy i wspiął się na pierwsze lepsze wysokie drzewo. Z wysokości lepiej obserwowało mu się okolice, a względna ofiara nie zrozumie zbyt szybko, że ktoś za nią idzie. Pewnie teraz ktoś, by stwierdził, że nikt o zdrowych zmysłach nie wszedłby nocą do lasu. W pewnym sensie się nie myli, człowiek na sto procent nie wszedłby tu o później godzinie, ale las jest też środowiskiem innych stworzeń. Z łatwością da się wyłapać jakiegoś wilkołaka, wiedźmę czy nimfę leśną. To właśnie ich krwią najczęściej się żywił, ich było tutaj przeraźliwie dużo. Naprawdę rzadko pojawiał się tutaj ktoś innej rasy. Dlatego tak przeogromnym zaskoczeniem okazał się nigdy wcześniej nie widziany przez niego Moccobi. Chociaż nie, miał kiedyś do czynienia z jednym. Może i nie pamiętał o tym zbyt dobrze, czasami zastanawiał się czy aby na pewno nie ma amnezji.

Wydawało mu się, że chłopak już dawno wiedział o jego obecności, że czuł jego wzrok wampira na swoim napiętym ciele. Aysal przechylił tylko głowę i poprawił kaptur na niej. Sprawnym ruchem przeszedł jeszcze kawałek, obserwując mężczyznę z góry. Jego reakcje na najmniejszy ruch w krzakach czy szelest liści były tak cholernie śmieszne, że czasami siłą musiał powstrzymywać parsknięcie. W pewnym momencie postanowił zeskoczyć z drzewa, co na ten moment nie było zbyt rozsądnym pomysłem. Nie zdążył nawet pomyśleć z trzy razy, że gałązki czasem odrywają się od większych gałęzi i leżą przy pniu. Przy upadku na ziemię, jego ciężar przygniótł patyki, które wręcz natychmiastowo się przełamały. Teraz był wręcz pewien, że chłopak wiedział o jego obecności. Dlatego starał się jak najdyskretniej obejść go i zaatakować od drugiej strony. W pewnym momencie po prostu stanął w miejscu, wyjął strzałę z kołczanu, który przy wymianie z łukiem zarzucił na plecy. Ustawił lotkę na prężącej się lince i i wycelował broń w głowę czarnowłosego, który patrzył się prawie centralnie na niego. Niższemu przez chwilę przemknęła myśl, jak może go nie widzieć, gdy stoi przed nim właściwie odkryty. 

Wypuścił strzałę. 

Skrzywił się lekko, gdy jego ofiara w ostatniej chwili zdążyła uciec przed śmiercią. Fuknął pod nosem, wyciągając kolejną, gdy wyższy podszedł do drzewa i wyciągnął poprzednią z jego pnia, przyglądając się uważnie. To wtedy coś uderzyło w białowłosego. Dziwne uczucie, które podpowiadało mu, że ktoś już kiedyś tak robił. Zatrzymał swoje ruchy na sekundę. ON tak robił. Za każdym razem, gdy Aysal wracał ze swojego polowania, ten oglądał jego strzały, przejeżdżał opuszkami palców po ozdobnych żłobieniach. Nie. To należało do jego przeszłości, o której i tak zbyt wiele nie pamiętał. 

Złapał strzałę w dłoń, samemu przez chwilę się jej przyglądając. No cóż, było na czym zawiesić wzrok. To wtedy dopiero go dostrzegł, obleciał takim spojrzeniem, jakby go znał. Jakby był świadom jego umiejętności i tego co jest w stanie mu zrobić. Uśmiechnął się, mając z tego nie tak małą satysfakcję, Znów przystawił ją do łuku. Ciemnowłosy jak na zawołanie zaczął się cofać, próbując uniknąć tego co go czeka. Poczekał chwilę, zanim znów wycelował. Dał drugiemu chwilę czasu na ucieczkę, wyliczył dokładnie trzydzieści sekund zanim nie wypuścił strzały. Był pewien, że nie mogła trafić w cel. Z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy ruszył za nim powolnym jak na niego tempem. Mógłby biec z wampirzą szybkością, wyprzedzić go i z łatwością zabić, jednak jaka byłaby z tego zabawa? Zawsze wolał bawić się jedzeniem, nie ważne ile razy matka za młodu powtarzała mu, że to niestosowne.

Wypuścił kilka kolejnych strzał, specjalnie nie trafiając w cel, ale z czasem zaczęło go to nudzić. Wycelował w lewy bok, przekręcając lekko swoją głowę, aż nie puścił cięciwy po raz kolejny. Trafiając perfekcyjnie. Usatysfakcjonowany uśmiech wpełzł na jego usta, gdy zobaczył jak mężczyzna upada, pociągnięty siłą uderzenia. Znów ruszył przed siebie, dumnym krokiem, widząc jak błękitnooki wypatruje się w niego z przerażeniem w oczach.

Później wydawało się, że wszystko pójdzie jak gdyby nigdy nic. Zdjął kaptur, odsunął materiał koszuli z obojczyka drugiego i wgryzł się w nagie ramię. Nie spodziewał się, że po czymś takim Moccobi nadal będzie w stanie go odepchnąć, użyć tej swojej dziwnej władzy nad duchami przeciwko niemu. Stanął nad nim wkurzony, wycierając krew z ust, oblizując dłoń. Nienawidził marnować jedzenia. Wtem znów mu się oberwało, tym razem on odepchnięty siłą, zaorał głową o głaz.

~*~

Zadrżał po raz kolejny, wbijając spojrzenie w ośnieżoną ziemię, po której stąpali już dobre dwie godziny. Śnieg zaskoczył ich znienacka, właściwie to zaczął padać w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego starali się wrócić jak najszybciej, żeby nie przebywać w tym zimnie za długo. Starszy nie miał najmniejszego pojęcia, że jego organizm może się jeszcze buntować i pozwalać na różne rzeczy, takie jak odczuwanie temperatury czy łapanie przeziębienia. To jednak on brnął przez usypany śnieg szybciej i szybciej. Wydawało mu się, że widzi już leśną chatkę przed oczami, ciemne drewno dziwnie odznaczające się w całej tej bieli. Tak samo krew, która jakimś sposobem znalazła się na jego ubraniach i mimo upływu czasu nadal raz po raz kapała na podłoże. 
Wyższy chłopak pociągnął go mocno za nadgarstek i zaczął biec przed siebie, chwilę po tym wpychając młodszego do ciepłego, tymczasowego domku. Białowłosy zadrżał po raz kolejny, dopiero teraz zdając sobie sprawę jak zimno mu było przez cały ten czas. Zmęczonymi oczami zerknął na otrzepującego się ze śniegu towarzysza, który zaraz po spostrzeżeniu jak ten wygląda, prawie biegiem rzucił się do kuchni. Aysal nie chciał sprawiać kłopotów, nie chciał zmuszać nikogo do opiekowania się nim, gdy on sam powinien o siebie zadbać. Był wystarczająco stary, żeby wiedzieć jak zrobić ziołową herbatkę, którą jego chłopak zawsze pochłaniał litrami, gdy to właśnie on chorował.
Przetarł wierzchem dłoni lekko załzawione oczy, które z każdą minutą zaczynały go szczypać jeszcze bardziej. Pozbył się też brudnego płaszcza i przemokniętych butów, po czym ruszył za chłopakiem, otulając się swoimi małymi, zimnymi rękoma.
- ... zimno mi. - mruknął do niego, wtulając się w ciepły bok. Jak na zawołanie został objęty długim ramieniem i przyciągnięty do drugiego bardziej. Wtulił się w niego, próbując znów nie zadrżeć, jednak ciepło drugiej osoby nic mu nie dawało. No, a poza tym ciemnowłosemu na pewno nie trzymało się jego lodowatego z natury ciał w ramionach. Chciał się odsunąć, nie sprawiać większego kłopotu, nie oziębiać też jego, żeby obaj nagle nie zachorowali na grypę. Zaprzestał jednak, gdy wystraszony dźwiękiem bulgoczącej wody znów przykleił się no wyższego.
Dźwięk wlewanej do kubka wody jednak go uspokoił, a zapach owocowej herbaty jakby ocucił. Uwielbiał to, że młodszy pamięta, w jakiej herbacie lubuje, jaka zawsze go uspokajała. Może jest jakieś prawdopodobieństwo, że pomoże mu się wykurować.
Białowłosy pociągnął nosem i uśmiechnął się wdzięcznie, zabierając kubek właściwie od razu do rąk.
- Bo się opa... - Ehh - drugi westchnął cicho, gdy przypomniało mu się, że starszy tak czy siak weźmie wrzątek do rąk, nie ważne co by mu się powiedziało. Dlatego przejechał tylko dłonią po jego włosach i znów otulił swoimi rękoma. Westchnął jednak po raz kolejny, czując kolejne drgawki, których dostawał niebieskooki. Pociągnął go więc lekko za sobą do salonu i zniknął na moment, żeby przynieść ciepły koc, pod którym spali. A właściwie to on spał, bo wampir od dawna nie miał takiej potrzeby. 
Aysal widząc gruby materiał, odstawił gorący kubek gdzieś na bok i poprawił się tak, żeby jego chłopak mógł go nim otulić i przy okazji zrobić to samo ze sobą, gdy wdrapał się obok niego. I za to mniejszy był wdzięczny. Za poświęcenie sił drugiego, by jak najlepiej zaopiekować się nim w czasie przeziębienia, mimo tego że wcale nie musiał. Takie małe gesty z jego strony, które każdego dnia starał się jakoś wynagradzać, odwzajemniać, ocieplały jego zlodowaciałe serce. To w nim uwielbiał. W pewnych momentach sam nie rozumiał, jak to możliwe, że w pewnym momencie stracił nim zainteresowanie.

~*~


Przetarłem twarz dłonią, na kolejne wspomnienie, które znów postanowiło zakłócić mój dzień. Odkąd znalazłem tamtego Moccobi w lesie, one co chwilę przychodziły i dawały spokój tylko na kilka minut, żeby zaraz wrócić. Najgorsze jednak było to, że za każdym razem potrafiłem przypomnieć sobie tylko i wyłącznie jego wzrost i kolor włosów. Nie pamiętałem jego imienia, czy wyglądu jego twarzy. Nie pamiętałem jak wyglądały jego oczy, które swego czasu tak bardzo uwielbiałem oglądać.
Zacisnąłem palce na łuku i spojrzałem przed siebie, na dachy budynków, rozciągające się na różne strony. Nostalgia jaka przychodziła z każdym wspomnieniem powoli zaczynała mnie irytować. Miałem już tego po dziurki w nosie, tego że nie potrafiłem zrobić nic prócz myślenia o tym prawie dwu metrowym patałachu.

~*~

Zerknął na jego twarz w ciemnościach po raz kolejny. Kolejną godzinę napawał się tym, jak spokojnie wyglądał podczas snu. Nie był już zirytowany przez te wszystkie jego duchy, jakby w końcu dały mu spokój, by mógł odpocząć. Wpatrywałem się w długie i gęste rzęsy, które czasem drgały wraz z powieką i rzucały dziwny cień. Usta, które lekko uchylone prosiły się, by te drugiego spoczęły na nich i już więcej się nie oderwały. Włosy młodszego nie były teraz już tak ułożone, wytarmosiły się gdy ten wiercił się na poduszce i teraz przykrywały wygolone boki, mimo tego że były i tak krótkie.
Wtedy po raz kolejny poczuł się źle, że nie jest w stanie zasnąć w jego ramionach, że nie jest w stanie budzić się rano do słodkich pocałunków, że nie jest w stanie błagać o jeszcze pięć minut błogiego snu. Kąciki jego ust opadły, a palce u dłoni zwinęły się w pięść. 
Chciał znów poczuć jak to jest być żywym, mieć możliwość robienia tych wszystkich rzeczy, które teraz są dla niego niemożliwe, ze względu na to kim się stał. Miał ochotę płakać, ale los nie chciał mu już więcej podarować łez. Nawet nie zasługiwał, za głupotę trzeba jakoś płacić. Pozostało mu tylko łkać cicho, nie roniąc ani jednej zabłąkanej łzy.
To wtedy właśnie powieki śpiącego uniosły się lekko, a on przeskanował starszego spojrzeniem. Zmarszczył lekko brwi i wyciągnął dłonie, żeby przyciągnąć białowłosego do siebie i tulić, póki w końcu się nie uspokoi.

~*~

Naciągnąłem cięciwę, celując prosto w tył głowy starszego rybaka, który najzwyczajniej w świecie był zbyt bardzo zajęty łapaniem rybek w strumyku, żeby zauważyć wampira siedzącego na gałęzi drzewa i obserwującego go od parunastu minut. Już dawno zdążyłem zestrzelić towarzysza tego dziadka i wypić z niego krew. Ciekaw byłem tylko, kiedy ten zauważy, jak długo go nie ma. Prychnąłem pod nosem, puszczając elastyczną nić i wprawiając ozdobioną strzałę w ruch. Odgłos przebijanej czaszki wprowadził sadystyczny uśmiech na moje usta. Zeskoczyłem z grubej gałęzi na ziemię, upewniając się, że nie złamałem łuku i ruszyłem do powoli czerwieniącej się wody, na której bezwładnie dryfowało martwe ciało. No cóż, dzisiaj dostawy ryb nie będzie.
Wbiłem zęby w szyję staruszka...
To właśnie wtedy w oczy rzucił mi się dziwny domek niedaleko. Zmarszczyłem lekko brwi, puszczając mężczyznę wolno i wyciągając strzałę, która przebiła mu głowę na wylot.
Wtedy z tego domku wyszła moja kochana, niedoszła ofiara.

< Sivik? Lololol >

środa, 12 lipca 2017

Od Sivika

- Pod srebrnym kotłem... - zamruczałem nisko zerkając na napis głoszący nazwę karczmy, pod którą aktualnie się znajdowałem. Nowo wybudowane miejsce, pachnie jeszcze świeżością, a nie piwskiem i popsutym mięsem. Cudownie. Poprawiłem bawełnianą koszulkę i żwawym krokiem ruszyłem do środka. Drzwi nie skrzypiały, zawiasy były jeszcze całe. Drewniane panele ułożone równo, stoły bez wydłubanych inicjałów i obleśnych słów, a także rysunków przedstawiających ludzkie genitalia. Jeszcze nie babrały się tutaj upite do skraju możliwości Krasnoludy i ludzie, a Niziołki nie chowały się pod stołami w obawie przed przemocą orków, którzy jak paniska okupowali zawsze największe stoliki po kątach. Zamiast tych wszystkich ohydnych stworów, potworów i monstrów, które zazwyczaj szwendały się uwalone w trzy dupy, zastałem jedynie czyszczącego drewniane kufle karczmarza i uroczą, rudowłosą dziewczynę siedzącą przy barku. Uśmiechnąłem się, mimo, że dostrzegłem jeszcze kątem oka nawalonego, jak kowal na emeryturze, Goblina, który dopijał trzeci kufel mocnego alkoholu. Wzdrygnąłem się nieco, ale obrzydzenie minęło wraz z posadzeniem się przy barku, obok atrakcyjnej dziewczyny. Wyglądała na około trzydzieści lat, jednak równie dobrze mogła być wiedźmą z trzystuletnim doświadczeniem życiowym. - Szklankę wody, poproszę. - rzekłem do mężczyzny, po czym obdarowałem dziewczynę delikatnym uśmieszkiem. Odpowiedziała tym samym.
- Wodę? To karczma, nie restauracja u Vandera. - Zaśmiał się niskim, chrypliwym głosem, mrużąc przy tym świńskie oczka. Burknąłem cicho.
- Mam jeszcze kawałek do przebycia, nie chcę go spędzić na czworakach, zataczając się jak tamten. - Odparłem spokojnie, wskazując na stwora za nami, który właśnie spadł z krzesła, prawie rozbijając sobie przy tym głowę. Skrzywiłem się delikatnie na ten widok, ale szybko powróciłem do szczątków konwersacji z towarzyszami z baru. Szklanka z wodą już od dawna stała przede mną, więc wziąłem ją i upiłem trochę, obserwując przy tym dwójkę. Kobita nic nie robiła, facet jedynie przecierał sztućce, które chyba jeszcze nawet nie były używane, nie widziałem więc sensu w tym, co robił. Nie dyskutowałem jednak, a jedynie przykładałem szkło do ust. Chłodne szkło. Gładkie, ale silne.
Błękitne oczy.
Wzdrygnąłem się i natychmiast odstawiłem szklankę. Ba, upuściłem ją z łomotem na blat i odsunąłem się. Znałem je. Znałem to wspomnienie, jakbym już je widział. Nigdy, ale to nigdy nic takiego mi się nie wydarzyło.
 - Coś się stało? - Spytała kobieta, nieco zaniepokojonym głosem. Ja jednak jedynie pokręciłem głową i lekko przecierając włosy, ponownie chwyciłem za szklankę. Duch? Widmo? Kolejne opętanie? Nie może być.
Szybkim krokiem przemierzałem uliczki Merkez, chcąc jedynie dostać to, co potrzebuję i uciec do najbliższego motelu z nadzieją na spokojną, przespaną w całości noc. Zielarz... Gdzie ja tu znajdę zielarza? Oczywiście, że w najbardziej śmierdzącej, zaniedbanej alejce jaka tylko może istnieć. Do tego Zielarz okazuje się ćpunem, który właśnie jest na haju i nie ma pojęcia o czym mówisz, więc nie masz innego wyboru jak ruszenie w ciemny, głęboki las, gdzie upiory i dzikie bestie, które tylko czekają na ofiarę, to chleb powszedni. Wspaniale...          
Niechętnie spojrzałem na puszczę, podciągając przy tym rękawy bawełnianej koszuli. Brak włóczni, czy chociaż małego noża wcale nie dodawał mi otuchy, a wycie wiatru tylko wzmagało niepewność i strach, który wywołał na moim ciele gęsią skórkę. Mimo wszystko wpełzłem w tereny między drzewami pewnym krokiem. Nie byłem pewny tego, czy to dobry pomysł, ale musiałem zdobyć składnik, sytuacja tego wymagała, nie ważne jaka miała być za to cena.
Stąpałem uważnie, ostrożnie, zerkając pod nogi i stawiając pierw przód stopy, by w porę móc odskoczyć od potencjalnego niebezpieczeństwa. Nasłuchiwałem otoczenie, rozglądałem się, nawet starałem się wyczuć cokolwiek nosem.
Obce stworzenie.
Obróciłem się prędko i obejrzałem dokładnie każdy skrawek, jaki mi się napatoczył. Słyszałem coś. Słyszałem łamaną gałązkę. Poczułem czyiś wzrok.
Głuche wycie. Dusza wołająca o pomoc. Szloch, płacz, jęki umęczonych. Niechaj przyjdą na czas Dziadów, odeślemy ich tam, gdzie będzie ich miejsce.
Ponownie wbiłem wzrok w podłoże. Rośliny, chrust, grzyby. Typowa leśna gleba, iglasta wykładzina. Ostrożniej Siviku...
Zapach igliwia męczył moje nozdrza, igły i kamienie wbijały się boleśnie w gołe stopy. Oddychałem głośno. Za głośno. Okoliczne drapieżniki, znając moje szczęście, już doskonale wiedziały o moim pobycie tutaj. Czaiły się, zerkały złotymi ślepiami, błyskały gotowymi do rozszarpania mnie kłami. Ostrzyły pazury, stroszyły futro. Byłem ofiarą, czułem to w kościach.
Muszę przyznać, adrenalina mi podskoczyła, a zmysły wyczuliły do tego stopnia, że spietrałem słysząc wiewiórkę na drzewie obok. Byłem gotów ruszyć w długą, nie przejmując się możliwością zachęcenia stworzeń do pogoni za mną.
Zapach bzu nagle zaatakował mój nos. Wbił się głęboko, wręcz w zatoki, wirował mi w głowie, przeczyszczał płuca.
Białe, długie, miękkie włosy. Delikatnie muskające moją twarz, wchodzące do ust i oczu.
Krew.
Metaliczny posmak w ustach pozostawiony przez zazwyczaj chłodne wargi, które tym razem jednak dalej były gorące przez dopiero co wyssaną ciecz i widok czerwieni na mojej szyi. Burgundowy ślad na policzku, mokry, spływający ku żuchwie.
Był obrzydliwy, a zarazem tak pociągający.
Sapnąłem słysząc świst. Obróciłem się i  w ostatniej chwili wyminąłem lecący w moją stronę grot. Z łoskotem wbił się głęboko w korę drzewa za mną. Zerknąłem na pocisk, który gdyby nie moja niezwykle szybka jak na mnie, reakcja, wystawałby już z obu stron mojej czaszki, powodując natychmiastowy zgon i prawdopodobnie doprowadzenie, do porwania moich zwłok przez dzikie stworzenia. Każdy normalny człowiek uciekłby już w popłochu, próbując ratować swoje życie, ja natomiast, dosyć ciekawy tego wszystkiego, podszedłem obejrzeć dokładnie strzałę. Z trudem wyrwałem ją z drzewa, mając nadzieję, że w tak zwanym międzyczasie, nie zostanę zabity. Spojrzałem na drewno i stalową końcówkę. Żłobienia, zdobienia, znaki. Druidzkie zdobienia wzdłuż drewienka. Zmarszczyłem brwi.
Strzała między palcami. Obracana. Zgrabnie, gładko, harmonijnie. Był wprawiony nawet w takiej głupocie. Uśmiech na wargach, wypychany przez potężne kły. Bez i krew. Białe włosy. Niebieskie oczy i ten zadziorny wyraz twarzy. Zastrzygł elfimi uszami i podszedł do mnie, jak zawsze gdy postanawiałem luźno oprzeć się o drzewo. Kasztan. Zniszczony przez chorobę, mimo to dalej piękny, podobnie jak on. Zniszczony przez klątwę, a dalej tak cudowny i jedyny w swoim rodzaju. Miałem wrażenie, że jego chłodne jak metal serce nagrzewa się tylko w moim towarzystwie, że działam na niego jak tlen na ogień. Rozbudzam go, przywracam do życia, które stracił tyle lat temu.
Pocałował mnie, tak jak lubiłem. Ciepło, z uczuciem. Był wtedy zupełnie inny niż zazwyczaj. Był po prostu ludzki.
Kolejny raz tego dnia postawiłem jeden krok do tyłu, trzęsąc przy tym głową. To nie były duchy. Duchy nie mamiły, nie wprowadzały w zagubienie. Duchy tłumaczyły, albo wyjaśniały. To było coś innego, niejasnego. Jakby deja vu, jednak pewien byłem, że nigdy się to nie wydarzyło. Nie mogło. Nie było takiej opcji... no chyba, że najzwyczajniej w świecie o tym zapomniałem.
Nie, nie zapomniałem. Nie byłem w stanie zapomnieć o tych niebieskich jak lazur morza tęczówkach.
Odwróciłem się, doskonale wiedząc co się dzieje. Zbierając jak najwięcej sił w nogach, runąłem w długą, pragnąc uchronić swoje, zagrożone jak nigdy, życie. Błagałem, by nie wypuścił więcej strzał, a jeśli już, to żeby spudłował.
On nie pudłuje, Siviku...
Sprężyste, długie kroki. Głośny oddech, adrenalina buzująca w moich żyłach. Ciśnienie powyżej normy, łzy w oczach, susza w nozdrzach i gardle. Wołanie o pomoc duchów. Odprawiam je prawie każdej nocy, mogłyby raz się na coś przydać. Na coś więcej niż beznadziejne nawiedzenia i męczenie mnie po nocach.
Świst i szczęk drwa. Spudłował, specjalnie. Od zawsze lubił bawić się ofiarami, wiedział, że i tak mu nie uciekną.
Załkałem cicho. Kolejne dwie strzały, jedna centralnie nad moją głową. Deszcz pocisków, muzyka świstów, taniec grotów z powietrzem. Bałem się. Tak bardzo się bałem. Tak bardzo łkałem. Tak bardzo chciałem po prostu uciec.
Przyjemne świerzbienie w lewym boku. Pociągnięty siłą, upadłem na twardą glebę, która zaraz zmieniła się w śmierdzące, czerwonawe błoto. Bezbłędnie tam, gdzie tego zapragnął. W czuły punkt każdego Moccobi, miejsce, gdzie przepływa dużo energii jednocześnie. Był wprawionym łowcą, znającym się na każdej zwierzynie. Zdradziłem mu zdecydowanie za dużo.
Obróciłem się na plecy i zacząłem panicznie rozglądać. Nigdy nie pomyślałbym, że właśnie przez niego. Pierwszy raz czułem się tak bezradnie, jakby skazany na śmierć, porażkę.
Para bezlitosnych, zimnych jak lód oczu zabłyszczała w ciemności. Patrzyła na mnie, wygłodniałe. Jak bestia. Dzika, nieokrzesana bestia, zupełnie inaczej jak kiedyś. Bez duszy, bez życia, bez krztyny człowieczeństwa.
Zawisł nad nim, jak on kiedyś. Odsunął czarny jak ta noc kaptur, ukazując biel swej cery i włosów. Nie zmienił się ani trochę, wyglądał tak, jak brunet go zapamiętał. Nie zestarzał się, nie mógł. Na jego ustach grasował ten sam, pełen ironii uśmiech, a na twarzy tańczył grymas głodu i chęci wyssania go do ostatniej kropli. Sivik sapnął cicho, spoglądając z rozpaczą na mniejszego. Zaciągnął się powietrzem, udławił łzami. Nie ważne jak bardzo lubił ból, teraz zamiar cieszyć się z jego powodu, upadał w agoniach i mękach. Pachnący bzami nachylił się nad nim, lecz zamiast składać czułe pocałunki na spierzchnięte, delikatne usta, począł szarpać skórę na barku. Gryzł ją ostrymi jak sztylety zębami, bo wyjątkowo wystawił cały arsenał, nie tylko kły. Drapał jego klatkę piersiową pazurami niczym żylety, rozdzierając wcześniej materiał koszuli. Lizał, pogłębiał ranę, wysysał ile mógł.
Wtem Szaman, jakby tknięty mocą odepchnął go jednym, silnym ruchem. Spojrzał ponownie na potwora, a następnie prawie rozrywając przy tym szwy przy ustach, rozdziawił paszczę. Tysiące głosów, jak jeden mąż, tchnięte w struny głosowe i miejsce energii Moccobiego, rozdarły się na całą puszczę, płosząc tutejsze ptactwo, które wzniosło się tworząc przy tym szelest piór i pieśń skrzeków. Wrzeszczały niezrozumiałe słowa, różnymi językami, różnymi tonami, dźwiękami. Natomiast, gdy oczy jego wypełnione zostały zielonkawym dymem, wrzasnęły wspólnie.
Kukimbii.
Nitki w skórze pękły, podobnie jak energia. Tworząc wyrwę w ziemi i odrzucając niektóre drzewa, podobnie jak Wampira, który w hukiem uderzył o pobliski kamień.          
Chłód na czole. Otworzyłem powoli zmęczone oczy, by dostrzec nade mną uśmiechniętą brunetkę o skórze usianej piegami. Ugładziła delikatnie mój policzek i ze łzami w oczach, wyszczerzyła się jeszcze bardziej. Resztkami sił i głosu, zdałem się tylko na ciche "Nihian", znaczące jej imię, w zamian za co podarowany zostałem pogładzeniem po włosach i ucałowaniem w policzek. Nimfa powoli wstała i po chwili nieobecności przyniosła mi wodę, którą kazała pić przez słomkę zrobioną z trawy rosnącej przy stawie.
- Już dobrze, Sivik. - wyszeptała, poprawiając przy tym koc, którym byłem okryty.
- Jak, ja...
- Nie teraz. - przerwała mi. - Teraz masz przede wszystkim odpoczywać. Idę zrobić kolację, a ty leż i się nie ruszaj. - powoli wstała, otrzepując przy tym spodnie rybaczki.
- Nih... Ile ja tu leżę? - Spytałem, nim była w stanie mi przeszkodzić. Zmarszczyła swoje nieco przygrube brwi, wydęła nieco wargi i westchnęła cicho. Nie lubiła rozmawiać o krzywdach, wolała pomagać.
- Dwa tygodnie, Siv. Już myślałam, że się nie obudzisz, miałeś bardzo słabą wyczuwalność, a jednak... - mruczała smutno, a mimo to, pod koniec na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. - Kurczak, czy...
- Królik. - tym razem to ja przerwałem. Skinęła głową i zeszła po skrzypiących schodach. Chatka przy jeziorze była miejscem, w którym spędzałem więcej czasu niż we własnym w domu, w którym swoją drogą też byłem gościem. Poprawiłem się na miejscu i zacisnąłem szczęki. Dotknąłem palcami warg.
Nowe szwy.
Przedzieliłem palcami mięso i wepchnąłem je do ust. Kobieta tylko patrzyła na mnie z uśmiechem. Od dwóch tygodni nie miałem stałego posiłku w ustach, więc królik na przystawkę był spełnieniem moich marzeń. Delikatne, rozpływające się mięso, dodatku wyjęte spod noża Nihi, która była, według mnie, arcymistrzynią gotowania.
- To jak, powiesz mi jak to było? - Spytałem się zerkając na nią znad posiłku. Jej mina zrzedła, zabrała twarz z dłoni i wyprostowała się. Chrząknęła cicho.
- Chcesz to słyszeć przy jedzeniu? - Zmarszczyła brwi i skrzywiła się nieco.
- Duchy opowiadają mi o rozczłonkowaniu przy śniadaniu, nie bój żaby. - uśmiechnąłem się. Westchnęła.
 - Cóż, właśnie robiłam na drutach, miałam w planach taki ładny szal, w ładnych kolorach, specjalnie dla Ciebie, bo Ty chodzisz po tych lasach prawie nago. - zaczęła cicho, a mi zrobiło się cieplej na sercu. - Takie ładne, zielenie, szmaragdy, turkusy, bo wiem, że lubisz. Już się rozkręciłam, rozmawiałam właśnie z duszkiem wodnym, gdy jak nie huknie, jak nie buchnie! Myślałam, że dym rozsadzi mi chatkę. Początkowo myślałam, że to jakiś gagatek wrzucił mi petardę dymną przez okno, ale jak się potem okazało, to Ty i te Twoje duchy musiały efektywnie zmiażdżyć moją kanapę. To jednak był pikuś, w porównaniu z tym co zobaczyłam u Ciebie. Powiedzenie, że wyglądałeś jak siedem nieszczęść to mało. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to Ty, ale nie miałam złudzeń. Miałeś rozorane ramię, dosłownie. Widać, że robota Wampira, ślady po ich zębach łatwo rozpoznać. No i byłeś blady jak ściana. Oprócz tego przebity lewy bok. Pięknie po prostu, jak widzisz obwiązałam Cię całego. Powinieneś mnie za to obcałowywać po stopach, nawet nie wiesz jak ciężkim klocem jesteś, klocu. Męczyłam się z Tobą dobre półtorej godziny i schudłam z trzy kilo. Lepsze niż trening z Orkami. Poharatał Ci klatkę piersiową, tak mocno, że zastanawiałam się, czy nie trzeba będzie zrekonstruować Ci sutka. No i szwy Ci pękły, podobnie jak usta. Na szczęście w porę przyszła Arc i z drobną pomocą magii wyleczyła wszystko jak należy. Potem spałeś te dwa tygodnie, no i jesteś z powrotem. Tak w ogóle, kto Cię tak załatwił? To, że Wampir to wiem. Pamiętasz typa? - Skinąłem głową. - No dalej, opisuj go, to prześlę list gończy, albo pismo do królestwa, szybko się z ni...
- Aysal.
Wraz z tym słowem jej mina zrzedła jeszcze bardziej, kobieta wręcz zamarła, jakby wyzionęła ducha. Jej ręce zadrżały nerwowo, zatrzymała oddech. Pokręciła głową, nie dowierzając w moje słowa.
- Poluje na mnie. - Wyszeptałem dobitnie i wbiłem wzrok w jedzenie.
Wspaniale.

< Mój drogi ex Wampirze? >