Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kij i marchewka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kij i marchewka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2020

Od Matriasena do Misericordii

Marchewkowa dziewczyna rozpięła klamry na ciele wynalazcy. Matriasen roztarł miejsca, w których więzy uciskały skórę i spróbował stać, jednak mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa i momentalnie opadł z powrotem na krzesło.
- Daj mi chwilę - powiedział do Marchwi. - Po co właściwie chcesz rekonstruować te konkretne marchwie? Nawet jeśli operacja będzie skuteczna, nie będzie to wcale oznaczało przywrócenia do życia tego, czym to warzywo wcześniej było. Powiedziałbym, że będzie to kopia. Zresztą w przeciągu roku i tak ponownie zgnije. - Chłopak ponowił próbę wstania, opierając się na rękach. Jego żywe ramie odmówiło posłuszeństwa i zawisnął na swoim mechanicznym, niemniej zdołał doprowadzić się do pionu. - Zamiast klonować dawno umarłe tkanki nie lepiej znaleźć sobie coś żywego? Wiesz, nauka zaprzecza, jakoby możliwe było przywrócenie osoby do jej ciała.
- Wasza nauka w ogóle zaprzecza wielu rzeczom - zauważyła nieco naburmuszonym tonem rudowłosa. - A z tym... być może będzie jakiś sposób. Muszę spróbować.
- Jak tam sobie chcesz. - Matriasen wzruszył ramionami i chwytając wreszcie równowagę, ruszył do maszyny. - Pytanie brzmi czy mam dość energii na eksperymenty?
  Oparł się o klawiaturę, po czym nacisnął krótką melodię. Urządzenie zadrżało lekko, tuby organów zafalowały w górę i w dół, po czym rozsunęły się, odsłaniając półkole w swoim środku. Wśród dziwnie wyglądających tub, kryjących się zwykle pod metalową obudową Matriasen sięgnął do środkowej, wyróżniającej się dziwną strukturą, jakby złożoną z mniejszych rurek. Ostrożnie, jakby rozbrajał niebezpieczny artefakt, odczepiał kolejne z nich, aż w końcu wyciągnął element, znajdujący się w samym centru machiny. Był podłużny, zakończony owalnym zgrubieniem oraz zwężającym się płasko ustnikiem. U góry wyposażony był w liczne dziurki. Cesarz odwrócił się z nim do marchewkowej dziewczyny.
- No cóż, zbiornik jest prawie pusty. Będę musiał poprosić Vantona, by ponownie go napełnił. Zwykle zajmuje mu to kilka dni, więc i tak miałbym trochę czasu na inne projekty. Rekonstrukcja tkanki, tak? - zapytał jakby samego siebie, rzucając niedbale flet na klawiaturę organów i ruszając w stronę wyjścia z pomieszczenia do głównej hali. Minął dziewczynę, nawet na nią nie patrząc i przeszedł przez całą halę, aż do jedynej niezawalonej gratami ściany w tym pomieszczeniu. Choć "niezawalonej gratami" było tu raczej pojęciem względnym. Ściana była zawalona bardziej, niż cokolwiek innego - projektami, równaniami, pajęczyną połączeń, zrobionych z kolorowych sznurków. Matriasen chwycił belę z jedwabiem swoim mechanicznym ramieniem, po czym wspiął się na wysoką niemal do sufitu drabinę i wybierając miejsce, w którym była stosunkowo cienka warstwa projektów, rozwiesił tam kawał czystego płótna, przytwierdzając je żelaznymi klipsami. Resztę beli zrzucił na dół, niemal trafiając obserwującą go z dołu marchewkę, po czym sięgnął za ucho po ołówek, ale go tam nie znalazł. Dopiero wtedy zwrócił ponownie uwagę na rudowłosą.
- Podrzuć mi ołówek, powinien leżeć na biurku. - To mówiąc, wskazał bliżej nieokreślone miejsce, gdzieś po prawej stronie hali.
(Misericordia?)

wtorek, 17 marca 2020

Od Misericordii do Matriasena

Misericordia spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Nie rozumiała ani słowa z tego co próbował jej wytłumaczyć.
- Powtórz, ale w prostszy sposób – zażądała nadal patrząc na niego jak na wariata
- Marchew należy do hemikryptofitów co powoduje, że w procesie epizoochorii…
- Dobrze, wystarczy. – to było za wiele dla biednego warzywa, które większość z tych słów słyszało po raz pierwszy w swoim krótkim życiu – Może lepiej to narysuj.
Wręczyła mężczyźnie kawałek papieru i ołówek, których jeszcze chwilę wcześniej chciała użyć do napisania listu do cesarza. Uwolniła mu ręce i z zaciekawieniem oglądała wzory, które wychodziły spod jego rąk. Na nieszczęście dla marchewki schemat nie był nawet trochę czytelniejszy niż słowne wyjaśnienie. Prawdę mówiąc przypominało to trochę wzór zostawiony przez muchę, która wpadła do atramentu i ktoś wyciągnął ją na czystą kartkę papieru. Od centralnej plamy odchodziła siatka poplątanych linii porozrzucanych bezładnie na papierze, a wszystko to poopisywane jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi symbolami i napisami. Właściwie jedyne co była w stanie rozpoznać, to litery ludzkiego pisma, które nie tworzyły żadnych sensownie brzmiących słów oraz licznie strzałki pokazujące kierunek… Czegoś. W końcu Matriasen  skończył swój rysunek i zadowolony wręczył go dziewczynie. Ta wzięła go do rąk, obejrzała z każdej możliwej strony, zaczęła przekręcać kartkę na różne strony mając nadzieję, że schemat magicznie zacznie przypominać cokolwiek zrozumiałego. Po kilku minutach poddała się, nie była w stanie tego rozczytać. Zrezygnowana musiała przyznać, że potrzebuje pomocy tego dziwnego człowieka jeśli chce pomóc marchwiom, a może nawet przywrócić do życia swoją rodzinę, której śmierć widziała wtedy w ogródku… Postanowiła jednak upewnić się, czy ten schemat na pewno wykracza poza jej zdolności zrozumienia. Pokazała uwięzionemu mężczyźnie jakiś punkt pośrodku bezkształtnego skupiska linii i zapytała:
- Co to jest?
- To jest stworzeń od kultywatora plazmatycznego biomasy. Przekształca on nukleotydy egzoenergetyczne na peonitynę przy założeniu spełnionego trzeciego prawa Yanniego Mehr. Powoduje to wzrost energii w połączeniach celucytoidalnych co wywołuje efekt metonityczny w politektydach trifluktuozy.
Pokiwała głową z udawanym zrozumieniem.
- A to?
- W tym miejscu gleonityna zmienia strukturę na fleanityczną i zostaje wtłoczona to dimagnitydów pleozy.
Jeszcze raz spojrzała na schemat, przyjrzała się dokładnie mężczyźnie i zadecydowała.
- Mam pewną propozycję. – zaczęła – Ja cię uwolnię, a ty pomożesz mi w przywróceniu życia moim kre… Kilku marchwiom, które zostały brutalnie zamordowane żeby ludzie mogli się pożywić.
- A kiedy dokładnie te marchewki zostały zerwane? I masz może je gdzieś przy sobie?
- To było kiedy się uro… Kiedy podróżowałam po Temenii kilka miesięcy temu. Mam ze sobą to – Wyciągnęła skórzaną sakiewkę, którą nosiła zawieszoną na szyi i niezwykle delikatnie wyjęła z niej ususzony kawałek natki z marchewki.
- To trochę za mało – mężczyzna pokręcił głową – Moja maszyna nie jest w stanie zregenerować całego warzywa na podstawie fragmentu tkanki, a jedynie przywrócić do życia martwe komórki. Przykro mi.
Zmartwiona dziewczyna schowała z powrotem szczątki marchwi i już miała iść w kierunku wyjścia, kiedy wpadł jej do głowy jeszcze jeden pomysł.
- A może dałoby się tak… – zaczęła nieśmiało – Czy jeśli zgodzę się na pomoc w eksperymentach, to dasz radę ulepszyć swoją maszynę tak, że będzie możliwe ożywienie tej marchwi przy pomocy tego, co mam?
- Zobaczę co da się zrobić – powiedział Matriasen z uśmiechem na ustach – Umowa stoi.
(Matriasen?)

środa, 15 stycznia 2020

Od Matriasena do Misericordii

Pulsujący ból w skroniach i dzwonienie w uszach. Nie było to dla Matriasena nowe uczucie. Spróbował się podnieść, jednak coś ograniczało jego ruchy. Otworzył oczy. Świat przypominał kolorową plamę, z której powoli wyłaniały się znajome kształty. Opuścił wzrok na swoje dłonie. Tkwiły w zatrzaskach, przytwierdzonych do krzesła. Przez chwilę próbował sobie przypomnieć, jak to się stało, gdy jego wzrok zogniskował się na elektrodach wykrywacza kłamstw. Właśnie, miał wypytać marchewkową dziewczynę o… o wszystko w sumie. Rozejrzał się, szukając płomiennych włosów. Były. Rudowłosa siedziała na ziemi, plecami do niego i najwyraźniej intensywnie się nad czymś zastanawiała. W dłoniach trzymała coś, co wyglądało jak kawałek pergaminu. Cesarz wyciągnął się na tyle, na ile pozwalała mu obręcz na szyi, próbując zobaczyć co pisze, jednak nic to nie dało. Czuł niejaką dumę. Naprawdę dobrze skonstruował to krzesło. Aż dziwne, że dziewczyna była w stanie się z niego wydostać.
- Jeśli szukasz odpowiedniego słowa, może pomogę – zaoferował pogodnie. Była dokładnie tym, czego szukał. Jego intuicja okazała się być jak zawsze niezawodna. Nic nie mogłoby go wprawić w lepszy humor. No, może tylko udoskonalenie maszyny z jej wkładem.
- Z-zamilcz potworze, dręczycielu marchwi i pożeraczu warzyw! - wykrzyknęła, wyraźnie zdenerwowana, choć akurat z ich dwójki to Matriasen powinien być bardziej nerwowy. - Teraz ja będę zadawać pytania, także mów prawdę!
  Dla podkreślenia swoich słów przesunęła przełącznik na wykrywaczu kłamstw. Urządzenie zabrzęczało lekko i po miedzianych drutach przeskoczyła iskra. Cesarz poczuł rażący ból w klatce piersiowej. Rzucił się, jakby chcąc się wyrwać, jego serce biło jak szalone, a palce dłoni zacisnęły na oparciu krzesła, wbijając w drewno. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Znowu zaczęło mu dzwonić w uszach.
  Gdzieś z oddali dobiegał go jakiś dźwięk, jednak nie był w stanie nawet go zidentyfikować. Poczuł dotyk na twarzy i z trudem otworzył oczy. Przed swoją twarzą miał twarz marchewkowej dziewczyny. Wyglądała na nieco zmartwioną, ale gdy tylko zobaczyła, że chłopak się budzi odsunęła się i poruszyła ustami, jakby coś mówiła.
  Cesarz nie raz został kopnięty przez prąd podczas pracy, jednak nigdy nie bolało to tak mocno. Przez głowę mu przeleciało, że trzeba się zastanowić nad skutecznością wykrywacza kłamstw. Być może wstrząsy elektryczne nie do końca stymulują ludzi do mówienia prawdy, mimo zapewnień Naczelnego Inkwizytora o skuteczności tej metody. Być może powinien sam się przyjrzeć przesłuchaniom i wspomóc wojskowych swoim błyskotliwym geniuszem.
- ...lo ...szysz ...bie ...ówię? - Dziewczyna otwierała szeroko usta i widać było, że stara się mówić bardzo powoli. Matriasen skinął lekko głową, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Rudowłosa położyła ponownie skupiła swoją uwagę na pudełku i zaczęła je oglądać z każdej strony. - To tak powinno działać? To chyba niezbyt efektywne potwierdzanie prawdomówności.
- Trzeba... - zaczął powoli wynalazca czując, jak plącze się mu język - zmniejszyć intensywność.
- Co, jaką intensywność? Że niby tymi kółkami z boku? - dziewczyna dotknęła czegoś na pudełku, a Matriasen zacisnął palce na oparciu w oczekiwaniu na kolejny wstrząs. Nic takiego jednak się nie stało. Rozluźnił się nieco.
- Zapewne, chodzi o tą dużą.
- Dobrze, a teraz mów. Co odkryłeś na temat ożywiania marchwi. - Nacisnęła przełącznik, a Cesarzem ponownie wstrząsnął prąd elektryczny. Tym razem jednak nie stracił przytomności, musiała więc znacząco zmniejszyć intensywność.
  Serce ponownie mu przyśpieszyło i potrzebował chwili, by je uspokoić.
- Na pewno pomogłoby... gdybyś zaczekała, aż zdążę coś powiedzieć - zauważył, wciąż czując, jak serce wali mu w piersi, jakby właśnie przebiegł maraton.
- Więc mów  - zażądała, zaplatając ręce na piersi.
  Chłopak odchylił głowę do tyłu w zastanowieniu.
- Łatwiej by to było narysować... ale dobrze. Marchew, jako warzywo deryglocjalne charakteryzuje się fluktuozą infracyjną, która oddziałuje z polifrozją morficzną mieszanki deokryrybonukleiny i miazmatu rotasu z wrażeniem pseudomistycznym ars musicorum, generowanym w sposób systematyczny przez struny wnętrza rut, połączonych neurofonicznie z sercem energetycznym, fletem z Hameln. Zgodnie z teorią Yashino Sho o hermerkulizacji nehjotowej powinno to zadziałać przy spełnieniu warunku optimum i założeniu fletrenu dodatniego, jednak z jakiegoś powodu działa to tylko na marchwie.
(Misericordia?)

sobota, 28 grudnia 2019

Od Misericordii do Matriasena

Cała ta sytuacja coraz to mniej jej się podobała. Ten nieszczególnie rozgarnięty osobnik coraz to bardziej zaczynał przypominać jej szalonego naukowca, którego spotkała podczas jednej ze swoich podróży, a jego mina sugerowała, że najchętniej rozebrałby ją na części i poskładał z powrotem dokładając kilka elementów. Jednocześnie dotarło do niej kilka rzeczy. Po pierwsze jego imię wydawało się dziwnie znajome. Nie potrafiła sobie przypomnieć kim właściwie był właściciel tego imienia, ale już je gdzieś słyszała. Ród Valhinów… To też powinno jej coś mówić, ale nie potrafiła skojarzyć faktów. Postanowiła zatem, że później się nad tym zastanowi. Po drugie – siedziała właśnie przykuta do krzesła. Jeśli nieznajomy postanowi skrzywdzić  ją albo którąś z marchwi jest całkowicie bezbronna. Pozostaje jej wierzyć, że Matriasen mówił prawdę i nie skrzywdzi uratowanej przez nią marchewki. Po trzecie, i najważniejsze – czy on właśnie wspomniał coś o ożywianiu warzyw? Musiała się dowiedzieć więcej na ten temat. Jeśli możliwe jest przywrócenia życia martwym marchewkom, to wtedy cała jej misja przyjmuje zupełnie inny wymiar. Nie tylko pomści śmierć swoich bliskich, ale też być może przywróci ich do życia. Nie mogła przepuścić takiej okazji.
- Przepraszam bardzo… – na wszelki wypadek postanowiła uważnie dobierać słowa – Czy mogłabym zadać pytanie?
- Pytanie? Najpierw odpowiedz na moje pytania! – znów uśmiechnął się w ten sam przerażający sposób – Kim jesteś? Skąd pochodzisz? Czy jest was więcej?
- Eee… - Misericordia nie wiedziała co odpowiedzieć
- W jaki sposób powstała hybryda człowieka i marchwi? Czy miała w tym udział magia? W środku wyglądasz jak człowiek, czy jak marchew? Odżywiasz się jak ludzie czy przeprowadzasz fotosyntezę? – Matriasen wyrzucał z siebie niekończący się ciąg pytań – Potrafisz korzystać z magii? Smakujesz jak marchew, czy jak człowiek? Czy pod tymi ubraniami skrywa się ludzka skóra, czy też może pomarszczona skórka z marchwi? Posiadasz korzenie? Jak nauczyłaś się chodzić i mówić? Czy jest możliwe stworzenie więcej ludzi-marchwi?
- Ja… Yyy… - zasypana pytaniami nie wiedziała na które powinna odpowiedzieć na początek
- Czekaj! Nie odpowiadaj! Przyniosę swój wykrywacz kłamstw, tak na wszelki wypadek. I coś do notowania – to powiedziawszy zniknął w sąsiednim pomieszczeniu
„To moja szansa!” pomyślała Misericordia i zaczęła wdrażać w życie swój plan opracowany dawno temu na wszelki wypadek. Ćwiczyła kiedyś w lesie częściową przemianę i postanowiła teraz jej użyć. Najpierw zaczęła zmieniać swoje stopy w korzenie. Kiedy zwęziły się na tyle, żeby przecisnąć się przez metalowe obręcze wyciągnęła je z nich i zamieniła z powrotem w stopy. Następnie powtórzyła to samo z rękami i głową. Najwięcej magii musiała zużyć na uwolnienie brzucha, bo wymagało to częściowej przemiany połowy ciała, jednak po chwili uporała się i z tym. Starając się robić jak najmniej hałasu wzięła w ręce jedną z metalowych rur i zaczęła się skradać. Powoli wyjrzała zza progu i ujrzała Matriasena grzebiącego w jednym ze swoich złomo- pagórków. „Jednak mam dzisiaj szczęście” pomyślała widząc, że jest odwrócony do niej plecami. Zaczęła powoli iść w jego stronę starając się nie nadepnąć na wszechobecne kawałki żelastwa. Była już tuż za nim kiedy ten znalazł to, czego szukał i odwrócił się w jej stronę. W tym momencie z perspektywy wynalazcy zdarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Odwrócił się, zrobił zaskoczoną minę, próbował krzyknąć, poczuł silne uderzenie w głowę i stracił przytomność. Misericordia przywaliła mu jeszcze kilka razy dla pewności i spróbowała podnieść ciało mężczyzny.
- Jakie to ciężkie! – wysapała i upuściła go prosto w stos gwoździ – To pewnie przez tą metalową rękę tyle waży
„Jak nie siłą, to może sposobem?” pomyślała i spróbowała złapać go za nogę i pociągnąć. Powoli zaczął się przesuwać w pożądaną przez nią stronę. Jednak ciągnięcie nieprzytomnego mężczyzny przez wysypisko śmieci nie należy do najłatwiejszych i na tej kilkumetrowej trasie zdarzyło się kilka „wypadków”. Otóż najpierw całkowicie „niechcący” nadepnęła mu na rękę kiedy wyciągała ze stosu żelastwa skrzynkę, którą Matriasen określił jako wykrywacz kłamstw. Następnie jeden z pagórków zawalił się prosto na jego brzuch, coś wybuchło tuż obok kiedy jego metalowa ręka trąciła jakiś podejrzanie wyglądający cylinder, na głowę spadła mu puszka z farbą, którą Misericordia przypadkiem strąciła kiedy uderzyła się głową o półkę, a już pod sam koniec ciało mężczyzny zaliczyło bliskie spotkanie trzeciego stopnia z progiem od drzwi i rzuconą niedbale na podłogę cegłą. Żaden wypadek nie był jednak na tyle poważny żeby wynalazca nie był w stanie odpowiedzieć jej na kilka pytań. A przynajmniej taką miała nadzieję. Do pokoju z tajemniczą maszyną dotarł poobijany, podrapany, posiniaczony i miał z lekka przypalone ubranie (prawdopodobnie od wybuchu) jednak po bliższych oględzinach nadal wydawał się być całkiem żywy. Przy najmniej na tyle, na ile marchewka była w stanie stwierdzić. Władowała go na krzesło, na którym sama jeszcze chwilę wcześniej siedziała, przykuła go metalowymi obręczami, podpięła do niego te dziwne przyssawki wystające z wykrywacza kłamstw, wzięła i postawiła obok siebie doniczkę z marchewką po czym usiadła na podłodze na wprost krzesła i postanowiła poczekać. Na jednym z kawałków tego dziwnego pergaminu, który leżał na biurku zaczęła pisać anonimowy list do cesarza, w którym zamierzała oskarżyć siedzącego na krześle nieprzytomnego człowieka o próbę morderstwa, tortury i niebezpieczną fascynacją hybrydami ludzi z warzywami. Uznała, że mężczyzna jest niebezpieczny i cesarz powinien coś z nim zrobić. Pisanie nie było nigdy jej mocną stroną, więc w żółwim tempie kreśliła koślawe literki na papierze.
- Jego eksel… ekcel… escel… - marchew próbowała przypomnieć sobie pisownię słowa – eminescencjo? Nie… To było inaczej… To może „Wielmożny cesarzu”. Tylko jak on się nazywał?
Usilnie próbowała sobie przypomnieć imię cesarza. Jak to Te’Yahnna go nazywała? Martes? Morten? Manfed? Macarius? Mahomet?
- O! Już wiem! Matriasen z rodu Valhinów! – to powiedziawszy spojrzała na uwięzionego mężczyznę i zbladła.
W tej oto chwili przypomniała sobie skąd kojarzyła imię tego człowieka i wcale jej się to nie podobało. Właśnie poturbowała i przykuła do krzesła władcę państwa, w którym właśnie się znajdowała. Jakby tego było mało wcześniej przywaliła mu rurą i siedząc na krześle wprost powiedziała, że zamierzała go zabić. Z tego to się już chyba w życiu nie wybroni… Z paniką w oczach wpatrywała się w ciało mężczyzny. Co teraz powinna zrobić?

(Matriasen?)

czwartek, 26 grudnia 2019

Od Matriasena do Misericordii

Matriasen wstał chwiejnie. Wciąż dzwoniło mu w uszach od uderzenia, był też nieco oszołomiony reakcją rudowłosej, którą najwyraźniej bardzo zdenerwowało uruchomienie maszyny. Trybiki w głowie wynalazcy zaczynały powoli się obracać, gdy jego wzrok powoli ogniskował się na postaci rudowłosej, odwróconej tyłem do niego i powoli gładzącej coś, czego chłopak do końca nie widział. Przemawiała do tego melodyjnym, delikatnym głosem - jak do dziecka. Dopiero teraz Matriasen zorientował się, że w ustach ma warzywo. A dokładniej - marchewkę. Wyjął je z nich. Dlaczego ta dziewczyna sprzeciwiała się użyciu warzywa do testów? Czemu została uwięziona? Czemu maszyna polepszyła jej stan. Maszyna nie działa na ludzi. Maszyna działa tylko na...
- Marchewki! - wykrzyknął wynalazca, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Nie było to najmądrzejsze, co mógł w tamtej chwili uczynić, bo widocznie zwrócił uwagę rudowłosej. Ta odwróciła się gwałtownie w stronę cesarza, a w jej oczach była chęć mordu, która najwyraźniej rozgorzała ponownie na widok wynalazcy. W dłoniach faktycznie trzymała ożywioną wcześniej marchew.
- Widać za słabo cię uderzyłam. - Odłożyła warzywo ostrożnie sobie do kieszeni i chwyciła ponownie użytą wcześniej rurę. - Tym razem się nie pozbierasz.
  Ruszyła w stronę chłopaka z wyraźnym zamiarem spełnienia swojej groźby.
- Czekaj, czekaj! Nic nie rozumiesz! - bronił się Matriasen, wycofując poza zasięg rury i obchodząc dziewczynę dużym łukiem, zmierzając w stronę maszyny.
- Rozumiem wystarczająco wiele. - Zamachnęła się, a chłopak gwałtownie wpadł całym swoim ciałem w nią, przemykając pod jej ręką i niemal przewracając. Niemal, bo rudowłosa okazała się silniejsza. Odepchnęła przeciwnika na bok i ponownie się zamachnęła, jednak zatrzymała w połowie ruchu, gdy chłopak wyciągnął przed siebie warzywo, które trzymał teraz w dłoni.
- Odłóż rurę albo - uniósł warzywo za trzymaną w dłoni zdrową, zieloną natkę - zjem marchewkę! - To była oficjalnie najgłupsza groźba, jaką wynalazcy udało się w życiu powiedzieć. Zwykle podobne pogróżki brzmiały: "Przestań nalegać, bym się przebrał albo nie zjem marchewki". Cesarz nigdy nie przepadał za warzywami. Rudowłosa machinalnie zaczęła macać się po kieszeni, do której ją włożyła. Ta była pusta. Spojrzała z nienawiścią na uśmiechającego się Matriasena i powoli odłożyła narzędzie. - Dobrze. A teraz wrócimy do tamtego pomieszczenia. - Białowłosy wskazał dłonią pokoik z maszyną. Kobieta zacisnęła dłonie w pięści, jednak wykonała polecenie. Widać nie chciała stracić świeżo odzyskanej towarzyszki. - Teraz ściągnij wszystko z tamtego krzesła, tego wystającego spod tej olbrzymiej rury. - Matriasen cały czas ściskał nać zakładniczki, trzymając się w sporej odległości od rudowłosej. Kobieta już udowodniła swoją siłę, cesarz wolał nie wdawać się z nią ponownie w bójkę. Wciąż nieco dzwoniło mu w uszach. - Dobrze, usiądź na nim. 
  Rudowłosa spojrzała niechętnie na Matriasena, a potem na mebel. Owo krzesło zdecydowanie nie wyglądało jak jedno z tych, które stawia się w jadalni dla gości. Przynajmniej nie w zwykłej jadalni. Jego ramy były niezwykle grube, masywne nogi zostały przytwierdzone do podłoża, a na oparciu, obu poręczach i przednich kończynach przymocowane zostały masywne klamry, zamykane na zatrzask.
- Zrobię to, ale musisz obiecać, że nie skrzywdzisz marchwi - powiedziała przez zęby dziewczyna.
- To rozsądna oferta - przyznał chłopak z uśmiechem, po czym przybrał poważny wyraz twarzy. Wyprostował się i przyłożył wolną dłoń do serca. - Ja, Matriasen z rodu Valhinów przysięgam, że tej marchwi nie stanie się krzywda, jeśli zrobisz o co proszę.
  Rudowłosa obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Nie miała wiele wyboru. Nie jeśli chciała uratować trzymane przez wynalazce warzywo. Z wahaniem usiadła, a gdy tylko jej plecy dotknęły oparcia, masywna klamra na wysokości brzucha zacisnęła się z cichym kliknięciem. Chłopak odetchnął i spojrzał na trzymaną w dłoni marchew z namysłem. 
- Na co czekasz? - burknęła rudowłosa. - Odłóż ją. 
- Daj mi chwilę - powiedział, po czym zniknął na chwilę z jej pola widzenia, by wrócić z niewielkim, ale wysokim pojemnikiem, po brzegi wypełnionym ziemią. Ostrożnie wsunął do niego swojego zakładnika i postawił na jednej z bardziej płaskich części tego złomowiska. - Dobrze, teraz możemy zająć się tobą - oznajmił pogodnie, ostatni raz poprawiając natkę warzywa. Podszedł do kobiety i ukląkł przed nią, by przypiąć jej nogi do nóg mebla. - Faktycznie mówili, że jesteś czarownicą, ale to? - Roześmiał się, podnosząc się i kolejno przytwierdzając jej dłonie do poręczy. - Ludzka marchewka była ostatnim, czego się spodziewałem. To na prawdę zaskakujące, że w tym świecie mogą istnieć takie cuda, jak ty. 
- Masz szczęście, że nie miałam noża. Gdyby nie to, byłbyś już martwy - mruknęła, gdy delikatnie przemieszczał jej głowę. 
- Tak, tak. - Wsunął jej swoją zwykłą dłoń pod włosy i uniósł je nieco, by nie zostały przytrzaśnięte. Ostatni zatrzask szczęknął, zaciskając się na szyi rudowłosej. - I nie miałbym okazji przyjrzeć się takiemu fenomenowi! Spójrz na siebie. Jesteś czymś, czego świat dotąd nie widział. Człowiek-marchewka. - Roześmiał się, a jego śmiech wcale nie brzmiał tak beztrosko i wesoło, jak przedtem. - Jak to się mogło stać, że się rozwinęłaś, co? Na pewno magia miała w tym swój udział. Skąd pochodzisz, kim jesteś? Czy w środku różnisz się od zwykłego człowieka? Wiedziałem, że jesteś kluczem do moich badań! Jeśli zrozumiem, jeśli znajdę to coś... może nie będę już dłużej musiał ożywiać warzyw? Może będę w stanie przywrócić życie... ludziom?
(Misericordia?)

niedziela, 24 listopada 2019

Od Misericordii do Matriasena

Kiedy minął pierwszy szok po walce z tajemniczą maszyną i Misericordia zorientowała się co właściwie się stało przerażenie zaczęło ustępować miejsca wściekłości. Najpierw wrzucił biedną marchew do wnętrza tej machiny, a potem to ustrojstwo ją zaatakowało! Chwyciła jedną z walających się tu i ówdzie rurek i rzuciła się na białowłosego wynalazcę. 
- Ej! Co ty… - mężczyzna próbował coś powiedzieć unikając nadlatującej ze wszystkich stron stalowej rury – Przestań!
Niczym niezrażona rudowłosa raz za razem okładała go kawałkiem metalu. A przynajmniej próbowała. Nieznajomy wykazywał się nadzwyczaj dobrym refleksem i jak do tej pory unikał każdego jej ciosu. 
- Stój spokojnie! – dziewczyna wzięła zamach – Ucieczka nic ci nie da!
- Po… czekaj… - nieszczęsny wynalazca bezskutecznie próbował coś przekazać – To nie tak... – od ciągłych uników dostał w końcu zadyszki 
Walka między dziewczyną a naukowcem trwała w najlepsze. Ona machała rurą na wszystkie strony, on nieustannie uciekał przed nadlatującym kawałkiem metalu. Co trochę próbował coś powiedzieć, jednak Misericordia nie chciała słuchać. Gonitwa pomiędzy wzgórzami ze złomu trwała, a mężczyzna stawał się coraz bardziej zmęczony. Rudowłosa dla odmiany zdawała się nie słabnąć nawet trochę. W końcu naukowiec potknął się o wystający kawałek blachy, a dziewczyna ze zdwojonym entuzjazmem i rządzą mordu w oczach rzuciła się w stronę swojego celu. 
- W końcu cię mam! – zamachnęła się rurą i z uśmiechem na ustach zadała finalny cios
BRZDĘK!
- Co do..? – zaskoczona Misericordia spojrzała na siedzącego na ziemi przeciwnika i spróbowała jeszcze raz przywalić mu rurą
BRZDĘK! Nieznajomy odbił żelastwo ręką co spowodowało ów metaliczny dźwięk. BRZDĘK! BRZDĘK! BRZDĘK!  Rudowłosa spróbowała jeszcze kilkukrotnie znokautować przeciwnika jednak rura za każdym razem odbijała się od jego ręki z metalicznym dźwiękiem. To nieco zbiło dziewczynę z tropu. Postanowiła więc zmienić taktykę. Wzięła z pobliskiego stosu kolejną rurę i zaczęła okładać go z dwóch stron. Nieznajomy za każdym razem odbijał nadchodzące uderzenia swoją metalową kończyną. W końcu jednak jeden z ciosów go dosięgnął i siłą rozpędu wpadł na stojące biurko. Stojące na nim wiadro ze zgnitymi marchewkami przewróciło się i wylądowało na głowie wynalazcy. Misericordia korzystając z okazji przywaliła rurą w owe wiadro i wśród metalicznych brzdęków nieznajomy stracił przytomność. Misericordia spojrzała na leżącego przeciwnika.
- Gdybym tylko miała przy sobie swój sztylet… No nic, później się nim zajmę – wymruczała pod nosem i ruszyła w kierunku tajemniczej maszyny
W czasie kiedy ta dwójka walczyła maszyna wydała z siebie szereg pomruków oraz mechanicznych kliknięć i skończyła pracę. W jednym z licznych otworów leżała teraz całkiem zdrowo wyglądająca dorodna marchewka. Ujrzawszy ją Misericordia podbiegła tam, delikatnie wzięła warzywo i zaczęła ją oglądać ze wszystkich stron. Nie ujrzała żadnych niepokojących znaków, więc ucieszona przytuliła marchewkę i zaczęła z nią rozmawiać.
- Już nic ci nie grozi, uratowałam cię – powiedziała gładząc warzywo po skórce – zabiorę cię ze sobą żeby nikt nie mógł cię więcej skrzywdzić i razem rozpoczniemy rewolucję. Co ty na to?
Miziająca marchewkę dziewczyna nie zauważyła, że białowłosy właśnie się ocknął, a w jego ustach tkwi jedna ze zgnitych marchewek, która znalazła się tam kiedy wiadro ze zgniłymi warzywami spadło mu na głowę.
(Matriasen?)

czwartek, 7 listopada 2019

Od Matriasena do Misericordii

Czy to nie jest piękne?! – Matriasen rozłożył ręce, jakby prezentował rudowłosej swój wynalazek. - Trzysta trzydzieści trzy dni - zaczął wyliczać z zapałem, podkreślając każde słowo uderzeniem palca wskazującego o otwartą dłoń - siedem godzin i dwadzieścia trzy minuty pracy. - teraz już uderzał nie jednym, a dwoma palcami - Siedemdziesiąt dwa narysowane schematy. - trzema -  Sześćdziesiąt pięć wyrzuconych. - czterema - Sto szesnaście prób podłączenia wszystkiego, by się nie rozwalało. Czterysta trzy poprawki i… - klasnął w dłonie. - utknąłem. – Rozłożył je, robiąc cierpką minę. – Ale, ale! – Zbliżył się nieco do wciąż oniemiałej dziewczyny, robiąc zamaszysty ruch palcem wskazującym. – Gdy tylko cię ujrzałem, już wiedziałem! WIEDZIAŁEM! Jesteś kluczem do rozwiązania mojego problemu! Spójrz tylko. Choć, choć. – Zachęcił ją ruchem ręki, porywając przy tym drugą martwą marchew z wiadra. Położył truchło na niewielkim stoliczku, nad którym skupiała się plątanina rur, przewodów, igieł oraz bliżej nieokreślonych ramion. Spod stoliczka wysunął coś, co wyglądało jak nałożone na siebie trzy klawiatury fortepianowe z tą tylko różnicą, że te opisane były dziwnymi symbolami, które dla niewprawnego oka wyglądały jak bazgroły szaleńca. Matriasen rozciągnął palce, które cicho strzeliły i w momencie, w którym miał z rozmachem położyć je na klawiaturze, dziewczyna gwałtownie odepchnęła go od nich, zasłaniając maszynę swoim ciałem.
- Nie! – krzyknęła, a przerażenie w jej oczach mieszało się z narastającą złością. – Nie możesz jej tego zrobić! Niczym sobie nie zasłużyła na takie traktowanie! 
  Dziewczyna chwyciła marchewkę i zaczęła nią machać chłopakowi przed nosem. Białowłosy był nieco zaskoczony, jednak nie zbiło go to zbytnio z tropu.
- Nie rozumiesz! – wykrzyknął pogodnie, wyrywając jej warzywo z dłoni. – Patrz, patrz tylko! – Odepchnął ją i umieścił marchewkę na miejscu. Rudowłosa spróbowała ponownie ją wydostać, jednak chłopak stawił gwałtowny opór, przez co oboje się przewrócili. Upadając, rudowłosa zahaczyła łokciem o klawiaturę. Z machiny wydobył się donośny, tubalny dźwięk, który miał nie wiele wspólnego z muzyką. Brzmiał raczej jak ryk dobijanego smoka.
  Potwór się budził.
- Ajajajajajajajaaaaj! – Matriasen gwałtownie poderwał się z ziemi i zaczął wciskać klawisze z dużą prędkością. Teraz dźwięki wydawane przez urządzenie znacznie bardziej przypominały melodię, jednak nie było w niej nic przyjemnego. 
- Wyjmij ją stamtąd! – krzyknęła niedawna więźniarka i wsunęła dłoń w szparę między stolikiem i częściami mechanizmu. To był błąd. Igły, dotychczas zwisające bezwładnie, gwałtownie wbiły się w jej rękę, a zielonkawo-czerwono-błękitny płyn napiął rury, tłocząc je w stronę dłoni. Rudowłosa wrzasnęła.
- Nienienienienie – białowłosy wyglądał, jakby ogarniała go panika. Spojrzał w twarz dziewczyny, która desperacko próbowała wyrwać urządzenia ze swojego ciała – na próżno. Machina była zbyt silna. Matriasen przestał grać i odsunął się nieco. Odetchnął. Gwałtownie chwyciła ją za dłoń, którą próbowała wyrwać się z uścisków maszynerii. – Przestań. Już, już dość. To nic nie da. – Płyn żwawo poruszał się w rurkach. 
  Dziewczyna spojrzała na niego. Była jeszcze bardziej przerażona, niż przed chwilą. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, z jej ciałem zaczęło się dziać coś dziwnego. Wyginało się, falowało i naciągało. Rudowłosa nie była w stanie nic powiedzieć, jakby ten proces zupełnie odebrał jej mowę. Kolory stawały się intensywniejsze, odbarwienia na skórze znikały. Już po chwili było po wszystkim. Machina cofnęła swoje kolce, puszczając zaszokowaną dziewczynę, która, ku największemu zdziwieniu Matriasena, wyglądała na młodszą i zdrowszą, niż jakikolwiek człowiek, jakiego chłopak widział w całym swoim życiu. Położył jej dłonie na ramionach i z zamyśloną miną zaczął jej przyglądać.
- Dziwne – powiedział. – Byłem pewny, że to działa tylko na marchewki.
(Misericordia?)

środa, 6 listopada 2019

Od Misericordii do Matriasena


Powinna była uciec. Kiedy tylko tajemniczy nieznajomy zniknął za drzwiami powinna wziąć nogi za pas, uciekać do lasu znaleźć Te’Yahnnę i opuścić to miejsce jak najszybciej. Po ucieczce z więzienia prawdopodobnie szuka ją cała straż więzienna, pewnie nawet i sam cesarz wysłał już za nią pościg. Ciekawość jednak była silniejsza od niej. Przecież nic się nie stanie jeśli tylko na chwilę zajrzy do szopy, prawda?
Wnętrze wyglądało jak wysypisko śmieci upchnięte w niewielkim pomieszczeniu. Wszędzie dookoła walały się śrubki, sprężyny, zębatki i inne bliżej niezidentyfikowane kawałki żelastwa. Ściany były niemal całkowicie zasłonięte przez góry śmieci, których przeznaczenia Misericordia nie próbowała się nawet domyślać. Za źródło światła służyła tajemnicza konstrukcja zwisająca z sufitu. Pośród poskręcanych rurek i powyginanych drutów, z których sypały się iskry wystawało coś na oko przypominające kryształ kwarcu w kształcie kuli. Wewnątrz znajdował się poskręcany drucik, który emitował żółtawe światło. Gdyby nie wiedziała nic o państwie, w którym się znajdowała mogłaby uznać, że jest to jakiś nieznany rodzaj magii. Skoro jednak znajdowali się w Sharr musi to być jakaś niezrozumiały dla niej mechanizm. O ile była w stanie zrozumieć magię, o tyle poruszające się i świecące przedmioty niemagiczne były dla niej zagadką. Kiedy wróci musi zapytać smoczycy czy wie coś więcej na temat technologii używanej w tym państwie. Tymczasem jednak postanowiła dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu. Białowłosy grzebał coś przy drzwiach, z których to leciał gęsty, czarny dym. Nie miała zielonego pojęcia o konstrukcji samootwierających się niemagicznych drzwi, jednak płaski kawałek żelastwa, wciśnięty między koła zębate dziwnego urządzenia stojącego w bliskim sąsiedztwie drzwi, nie wyglądał na coś, co zostało tam umieszczone celowo. Nieśmiało podeszła do trzęsącego się ustrojstwa, złapała zaklinowaną blaszkę i pociągnęła. Maszyna podskoczyła, wypluła z siebie obłok pary a drzwi gwałtownie się otwarły wpychając białowłosego w górę śmieci. Ten jednak nie wyglądał na szczególnie wkurzonego czy zaskoczonego. Wprost przeciwnie, z uśmiechem na ustach zeskoczył ze stosu rupieci i pełnym entuzjazmu głosu wykrzyczał:
- Wiedziałem! Idealnie nadajesz na mojego asystenta! – pokazał jej ruchem ręki żeby poszła za nim – A teraz pokażę ci moje najnowsze dzieło.
Zaczął iść w stronę jednego z żelaznych pagórków. Po raz kolejny pomyślała o tym, że powinna była już dawno temu uciec. Jednak już w chwili kiedy przekroczyła próg szopy podjęła decyzję – chce zobaczyć czego chce od niej nieznajomy i być może nawet odwdzięczyć się mu jakoś za uwolnienie z rąk niezbyt przyjaznych strażników więziennych. Poszła więc za nim w głąb pomieszczenia, przeszła przez drzwi schowane za stosem rurek i ujrzała coś, co sprawiło, że przestała kwestionować swoje decyzje. Niemal całe pomieszczenie zajmowała konstrukcja z rur i krzywo złączonych kawałków blachy. Jednak prawdziwie przerażający widok znajdował się na biurku przy ścianie. Stało tam wiadro pełne zwiędniętych, zgniecionych i lekko nadgnitych marchwi. Wyglądały jakby znajdowały się tam od dłuższego czasu. Również schematy rozrysowane na wielkiej płachcie papieru przywieszonej do ściany napawały ją przerażeniem. Nie rozumiała tego co widziała przed sobą, nie wiedziała też do czego służy tajemnicze urządzenie. Jednak rysunek marchewki ze strzałkami był jednoznaczny. W tym pomieszczeniu, za pomocą tej maszyny, przeprowadzane były eksperymenty na warzywach.
(Matriasen?)

środa, 16 października 2019

Od Matriasena do Misericordii

Chłopak puścił dłoń rudowłosej dopiero przed bramą szopy. Jego dłoń powędrowała machinalnie do kieszeni, a nie znajdując w niej nic do drugiej. Matriasen poczuł niepokój. 
- Gdzie on... - mruknął do siebie, przetrząsając wszystkie swoje kieszenie jedna po drugiej, coraz bardziej nerwowo. Nagle palnął się w czoło, podszedł do futryny drzwi i sięgnął palcami pod zawias. - Prawie bym zapomniał. - Powiedział ni to do siebie, ni to do nieznajomej. Coś cicho szczęknęło i z wąskiej szczeliny, białowłosy wyciągnął klucz. - Zawsze mi się gdzieś gubił, więc uznałem, że najrozsądniej zostawić go po prostu w drzwiach. To oszczędza mi wiele problemów z szukaniem złodzieja, który jest w stanie rozbroić moje zabezpieczenia. Odkąd ten mały blondynek stracił dwa palce jakoś nie są chętni do pomocy.
- Nie sądzisz... - zaczęła ostrożnie dziewczyna - że ktoś go może znaleźć.
  Białowłosy podrapał się po głowie kluczem. Chyba nie przyszło mu to wcześniej do głowy. 
- Będę musiał jeszcze przemyśleć to rozwiązanie - powiedział w zamyśleniu. - Punkt dla ciebie, marchewkowa damo.
  Rudowłosa drgnęła, jednak chłopak jak gdyby nigdy nic zaczął gmerać w zamku. Po kilku głośnych szczęknięciach, cichym pyknięciu i trzykrotnym brzęku, jakby tłuczonego szkła, wrota zagrzechotały, a Matriasen odsunął się od nich, odpychając nieco towarzyszkę. Stalowe drzwi zgrzytnęły i zaczęły się powoli otwierać. Gdy szpara między nimi była mniej więcej wielkości ludzkiego przedramienia coś wewnątrz zaskrzypiało, coś huknęło kilka razy i kłęby czarnego dymu powlokły się w stronę nieba, a wrota zastygły. Król westchnął. 
- I tyle było z efektywnego otwarcia. Ciekawe, co tym razem poszło nie tak? - powiedział, po czym w zamyśleniu zaczął uderzać się palcem wskazującym w usta. Gwałtownie z szerokim uśmiechem odwrócił się do rudowłosej. - Nie zechciałabyś mi pomóc znaleźć problemu? Obiecuję, że jak tylko się z nim uporamy pokażę ci to, co obiecałem ci pokazać!
- Jest tylko jedna sprawa... - zaczęła nieśmiało dziewczyna, jednak Matriasen puścił to mimo uszu. 
- Zatem do dzieła, panno lisico! - Zamienił swoje okrągłe okulary, które dotąd miał na nosie, na masywne gogle, trzymane na szyi i wcisnął się przez wąską szparę do środka szopy. Przez chwilę coś tłukło się po drugiej stronie, po czym z mrocznego wnętrza wyłoniła się biała głowa chłopaka. - Zapraszam! Odsunąłem nieco części. Możesz wchodzić bez obaw!
(Misericordia? Tak, młody żyje trochę w swoim świecie xd)

czwartek, 19 września 2019

Od Misericordii do Matriasena

Misericordia patrzyła osłupiała na człowieka, który zaczął ją prowadzić w bliżej nieokreślonym kierunku. Jeszcze przed paroma minutami przechadzała się po celi szukając sposobu żeby się wydostać, a teraz ucieka w towarzystwie człowieka, którego widzi po raz pierwszy w życiu. Dlaczego jej pomógł? I kto to właściwie jest? Dziewczyna już dawno przestała rozumieć co się właściwie stało. Już sam powód, dla którego znalazła się w zamkowych lochach wydawał jej się dość dziwny. Wszystko zaczęło się kiedy zostawiła swojego smoczego ochroniarza ukrytego w jaskini, a sama poszła do miasta zasięgnąć informacji.
Te’Yahnna poleciła jej wybrać się do pobliskiego miasta żeby Misericordia mogła naprawić swój sprzęt do polowania i podpytać ludzi, czy wiedzą coś na temat położenia stolicy Elfów. Odwiedziła więc zakłady rzemieślnicze, sprawdziła dostępne zlecenia w lokalnej Gildii Łowców i wybrała się na targ. W trakcie swoich podróży dowiedziała się od pewnego kaletnika, że na targu w Sharr sprzedają duży wybór barwników, w tym farby do włosów. Z racji, że koniuszki włosów Misericordii zmieniające kolor na zielony wielokrotnie sprawiały problemy i prowokowały liczne niebezpieczne sytuacje gdziekolwiek się nie znalazła, postanowiła je zabarwić. Liczyła na to, że pod warstwą farby zmieniające kolor końce nie będą widoczne, albo chociaż nie będą się tak rzucały w oczy. Poprzednie eksperymenty z włosami nie skończyły się zbyt dobrze, więc tym razem zamierzała kupić najlepszą dostępną farbę w swoim naturalnym kolorze. Co jeśli znowu skończy z niebieskimi włosami albo zaczną świecić w ciemności? Nawet nie chciała o tym  myśleć. 
Rozmyślając o nowych sposobach polowania przekroczyła próg targowiska. Ujrzała labirynt wąskich ścieżek pomiędzy kolejnymi sklepikami. Z daleka dobiegł ją zapach pieczonego mięsa. Uśmiechnęła się pod nosem. 
- Może chociaż tutaj mieszkają ludzie o mniej barbarzyńskich nawykach żywieniowych. – pomyślała
Z pozytywnym nastawieniem ruszyła między stragany rozglądając się na wszystkie strony w poszukiwaniu farb. Przeciskała się przez tłum ludzi aż ujrzała coś, co sprawiło, że zjeżyły jej się wszystkie korzonki a mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Oto bowiem miała przed sobą elfią kucharkę o jasnych włosach, która kroiła marchewki w plasterki i wrzucała je do garka. Niewiele myśląc ruszyła pędem w tamtym kierunku. Odruchowo chciała sięgnąć po sztylet, jednak ten razem z resztą broni oddała do naprawy. Niewzruszona rzuciła się na niewinną kobietę i powaliwszy ją na ziemię zaczęła krzyczeć:
- Potwór! Morderca! Zabiłaś moją rodzinę i jeszcze ci mało?! – z rządzą mordu w oczach wpatrywała się w przerażoną kucharkę – Ile jeszcze niewinnych i bezbronnych istot musisz obedrzeć ze skóry i poćwiartować żebyś zrozumiała, że one też mają uczucia? 
Awantura zaczęła ściągać coraz więcej gapiów.  Tymczasem rudowłosa kontynuowała swój wywód:
- Ja, moi krewni, cała nasza rasa. Jesteśmy tępieni! A przecież niczego nie zrobiliśmy! Nie mamy nawet możliwości żeby się obronić! 
Wypowiedziawszy te słowa poczuła silny cios w głowę i straciła przytomność.
Obudziła się zamknięta za kratami. Chwilę trwało zanim skojarzyła fakty. Ktoś musiał ją obezwładnić i zamknąć w więzieniu po tym jak rzuciła się na elfkę-morderczynię. Tylko dlaczego? Czyż nie miała prawa bronić swoich krewnych? Postanowiła zastanowić się nad tym kiedy indziej. Tymczasem miała ważniejsze rzeczy na głowie. Zapasy magicznej energii starczą jej na jakieś 3 dni jeśli nie będzie poruszać swoim ciałem. Skoro musi jeszcze dotrzeć do swojej kryjówki w jaskini, to nawet krócej. Sprawa jest poważna. Kimkolwiek są ludzie, którzy ją zamknęli, nie mogą zobaczyć jej prawdziwej formy. Zaczęła dokładnie sprawdzać ściany, drzwi i okno w poszukiwaniu jakiegoś sposobu na wyjście. Minęła okno i zaczęła szukać śladów na ziemi kiedy nagle zjawił się ten dziwny człowiek z jakimś ustrojstwem i zaczął ją ciągnąć w bliżej nieokreśloną stronę. Po chwili zobaczyła, że zbliżają się do czegoś w rodzaju szopy. Czy właśnie tam ją prowadzi?
(Matriasen?)

piątek, 16 sierpnia 2019

Od Matriasena do Misericordii - "Kij i marchewka"

Już wiem! - oczy Matriasena błysnęły z podniecenia. Chwycił gwałtownie dłonie właśnie spotkanej, rudowłosej dziewczyny i przyciągnął ją do siebie i ucałował w czoło, po czym puścił i ze śmiechem zrobił obrót wokół własnej osi i klasnął w ręce. Nieco oszołomiona przedstawicielka płci pięknej patrzyła na niego jak na wariata, a on ponownie do niej podbiegł i chwycił za dłoń. - No chodź!

  Zapewne zechcecie się dowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło. To niezbyt długa i niezbyt fascynująca historia, a zaczęła się, jak każdy dzień, od wymknięcia się pokojówce, która czyhała na króla za drzwiami z żelaznym zamiarem zmuszenia go do ubrania oficjalnych królewskich szat. Stalowe Ramię był jednak na to przygotowany. Nie widząc znajomej twarzy w pokoju był pewien, że gdy tylko choćby uchyli skrzydło wparuje do pokoju i będzie musiał w końcu ustąpić. Miał lepszy pomysł. Wyjął z szafy wszystkie wieszaki, zrzucając eleganckie szaty na ziemię i korzystając z zestawu narzędzi trzymanego pod łóżkiem sklecił z niego niewielką lotnię, którą dopełnił suknem z kotary, wiszącej na oknie. 
  Gdy zniecierpliwiona pokojówka w końcu zdecydowała się przekroczyć próg królewskiej komnaty, jego wysokość właśnie wyskakiwał przez okno. Podbiegła za nim, z prawdziwym przerażeniem na twarzy, by ujrzeć, jak sklecona na szybko lotnia zatacza się i uderza wpada do fosy.
  Matriasen wynurzył się z zimnej wody, parskając głośno, po czym z niejakim trudem dopłyną do brzegu. Niestety, jego stalowe ramię nie nadawało się do pływania w żadnym calu. Przelotnie przebiegło mu przez myśl, że zastosowanie wewnątrz balonów, napełnionych powietrzem lub czymś nawet nieco lżejszym od powietrza zwiększyłoby jego wyporność oraz ciężar. Na teraz jednak odrzucił tą myśl, skupiając się na wyciśnięciu białej, lnianej koszuli, którą miał na sobie i nałożeniu okularów oraz swoich ulubionych rękawic wymagały jedynie wypróżnienia z wody. 
  Gdy ruszył w stronę bramy dobiegła go przyciszona rozmowa strażników, którzy znużeni całonocną wartą usiłowali nieco się obudzić rozmową - skoro i tak nikt nie słuchał.
- Magiczną kobietę? Czarownicę? - zapytał jeden cicho. - Kiedy?
- Wczoraj wieczorem. Ponoć zeszła z gór. Z... tamtąd.
- Jaką magiczną kobietę? - zapytał król, ociekając wodą, ale z pogodnym uśmiechem stając przed żołnierzami. Ci gwałtownie wyprężyli się na baczność i zasalutowali.
- Tą w naszych lochach, panie! - powiedział jeden z nich, nieco nerwowo przełykając ślinę.
- W lochach - zdziwił się Matriasen. - Zajmę się tym później, miłej warty chłopaki.
Przeszedł przez bramę, odbierając z uśmiechem salut gwardzistów, po czym skierował się do sali bankietowej, która jak zawsze, była pusta. Nie mógł słyszeć, jak za jego plecami strażnicy wymieniają się ponurymi uwagami, na temat "zajmowania się" czarownicą przez króla. Ociekając wodą usiadł na swoim krześle, a przy jego boku jak cień pojawił się Vanton. Odchrząknął.
- Powinieneś panie zmienić swój strój - powiedział cichym, acz stanowczym głosem.
- Potem. - Mężczyzna machnął ręką. - Najpierw jedzenie, potem obowiązki.
  Służący westchnął tylko i zaczął wertować swój notatnik. Do sali weszła służąca, niosąc w dłoni tacę z śniadaniem.
- Na dzisiaj przewidziana jest wizyta dwóch ambasadorów z lenn, wysuniętych najbardziej na południe, podwieczorek z lady Flagrantią z rodu Maleven, przegląd gwardii...
- Tak, tak. - Król machnął tylko na to ręką, zabierając się do swojego posiłku. - Zajmij się tym. Coś mniej codziennego?
- Nie panie - odparł z rezygnacją Vanton, zamykając notes. - Niemniej wymagane jest...
- Hak, hak - powiedział z pełnymi ustami wynalazca, uciekając myślami do nowych planów maszyn, którymi będzie mógł się zająć w najbliższym czasie. - Jutro.
  Gwałtownie wstał, przerywając w połowie posiłku. Przełknął kęs, który miał w ustach i poprawił kołnierz koszuli, widząc nadchodzącą znajomą pokojówkę, której twarz wyrażała ni to ulgę, ni to wściekłość. W obu dłoniach niosła świeżo wyprasowany, purpurowy strój, pełen niewygodnych zagięć, futer i falban, którego Matriasen wprost nie znosił.
- Wasza wysokość - fuknęła, stając na przeciwko króla. - Wasza wysokość nie jest już dzieckiem. Nie może wasza wysokość chodzić ubrany jak chłop wasza wysokość. Wasza wysokość ubierze więc ten strój i wasza wysokość pozbędzie się natychmiast tego śmiecia wasza wysokość. 
- Dużo tych "waszych wysokości" - zauważył pogodnie król - ale niech będzie.
  Wziął od kobiety eleganckie szaty i mrugnął do Vantona, który już wiedział, że nie ujrzy tego kompletu przez najbliższy miesiąc.

[...]Mężczyzna przeszedł wzdłuż okienek lochu, wychodzących na niewielki dziedziniec, który o tej porze był pusty. Miał na sobie już suchą biała, lnianą koszulę, brązowe spodnie, ciemny kaszkiet, okulary oraz parę długich, izolowanych rękawic. Na jego ramieniu spoczywało masywne urządzenie, wyglądem przypominające skrzyżowanie muchomora z widłami o dwóch tylko zębach. Wreszcie mignęła mu ruda fryzura i bez wahania zainstalował swój wynalazek. Stając możliwie tak daleko, jak to było możliwe, wyciągnął stopę i przełączył butem przycisk. Huknęło, zgrzytnęło i kraty celi rozchyliły się na boki. Matriasen wsunął rogi mechanizmu do środka, w stronę dziewczyny, która z powodu hałasu przemieściła się na drugi skraj celi.
- Chwyć się ich, wyciągnę cię! - krzyknął do niej i już po chwili oboje stali na niewielkim dziedzińcu. Gdy tylko ich oczy się spotkały, jakiś trybik przeskoczył w umyśle wynalazcy.
I znajdujemy się w momencie obecnym, w którym to marchew została zaskoczona wybuchem wylewności tego dziwnego wybawiciela.
(Misericordia? Mam nadzieję, że dobrze przedstawiłam królika i ta fabuła okaże się udana^^)