Misericordia stopniowo uwalniała resztki magii i kurczyła się aż jej ciało zmieniło się w całkiem zwyczajnie wyglądającą marchew. Przemiana miała również wpływ na jej umysł. Kiedy przestawała być człowiekiem zmieniał się jej sposób myślenia, o ile uznać, że rośliny potrafią myśleć. Kiedy była warzywem nie docierały do niej żadne dźwięki ani obrazy. Jedyny „ludzki” zmysł jaki posiadała w tej postaci to dotyk. Czuła zmiany temperatury i powietrze muskające jej listki. Docierały do niej również całkiem nowe informacje, niedostępne dla ludzi. Potrafiła dostrzec minimalne zawahania w składzie czy też strukturze gleby. Wyczuwała przepływ wody i magii, którą ziemia nasiąkła. Powoli pochłaniała wszystkie potrzebne składniki, a jej zmysły zaczynały się wyostrzać. Po pewnym czasie mogła zacząć swoją przemianę.
Misericordia budziła się do życia. Czuła jak jej korzonki pęcznieją pełne wody i soków wyssanych z ziemi. Skupiła całą swoją magiczną energię i zaczęła zamieniać się w człowieka. Najpierw jej marchewkowe ciało zaczęło rozdzielać się na dwie części, które to po chwili przekształciło się w nogi. Górne korzonki zmieniły się w ręce, a górna część warzywa, ta, z której wyrastała nać stała się głową otoczoną burzą rudych włosów. Przechodziła przemianę wielokrotnie, jednak jeszcze nigdy w czyjejś obecności. Otwarła oczy i rozejrzała się dookoła. Najwyraźniej jeszcze żyła.
Te'Yahnna przez cały ten czas siedziała na ziemi, obserwując marchew. To znaczy, ruszyła się kilkakrotnie, by rozprostować łapy, lecz cały czas pozostawała na polance. Teraz, gdy rudowłosa odzyskała ludzką postać, smoczyca spojrzała na nią natarczywie, jak ciekawski kot.
Dziewczyna zauważyła wpatrujące się w nią smocze oczy i zrozumiała, że teraz musi odpowiedzieć na kilka pytań.
- Co dokładnie chcesz wiedzieć?
- Jak? Marchewka, człowiek? - zapytała smoczyca. Jej ogon lekko drgnął, ukazując zainteresowanie.
Misa niechętnie wracała myślami do czasów swoich narodzin. Teraz jednak będzie zmuszona to zrobić. Smocza ciekawość nie pozwoli jej zbyt szybko odejść
- To długa historia...
- Mam czas - powiedziała smoczyca, patrząc na dziewczynę z zainteresowaniem. Położyła się na brzuchu i lekkim skinieniem głowy pokazała rudowłosej, by też usiadła.
Pomimo dziwności całej tej sytuacji Misericordia postanowiła zaufać skrzydlatej. Usadowiła się wygodnie na kępie mchu wystającej spod śniegu i zaczęła swoją opowieść.
…
Narodziłam się kilka miesięcy temu na polu gdzieś niedaleko Temenii. Czułam się wtedy podobnie jak przy każdej przemianie w człowieka. Nie wiedziałam wtedy czym jestem, trwałam w trudnym do opisania stanie. To tak jakby dookoła nie istniało nic oprócz mnie i pobieranych przeze mnie soków. Nagle… Coś zaczęło się zmieniać. Ziemia zaczęła się trząść, a obecna w ziemi woda i, jak się później dowiedziałam, magia zaczęły płynąć w zupełnie inną stronę. Jakby pojawiła się w pobliżu jakaś przyciągająca je siła. Wtedy właśnie usłyszałam krzyki. Wiele głosów wołało o pomoc, błagało o litość. Słyszałam je po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, a jednak wydawały się dziwnie znajome. Nie mogłam ich znieść, chciałam żeby tylko się skończyły. Jednak głosy nie chciały zamilknąć, wprost przeciwnie, krzyczały coraz głośniej, a do starych dołączały nowe. Chciałam się wydostać, uciec gdzieś daleko, nie musieć już słuchać kolejnych głosów proszących o pomoc. Jednak nie byłam w stanie się ruszyć. Poczułam na sobie ogromny ciężar, który wciskał mnie w ziemię. Coś pociągnęło mnie za włosy, a może raczej nać. Z moich ramion osypała się ziemia i zostałam wyciągnięta na powierzchnię. Krzyki stały się jeszcze głośniejsze kiedy nie tłumiła ich warstwa ziemi. Wtedy otwarłam oczy. Jasne światło początkowo oślepiało, jednak po chwili byłam w stanie wyłowić mgliste kształty otoczone bielą. Zostałam rzucona w miejsce, skąd wydobywały się głosy i sama zaczęłam krzyczeć. Świat powoli nabierał ostrości. Ujrzałam widok tak makabryczny, że głos zamarł mi w gardle. Leżałam w koszu pełnym marchewek. Przerażonych marchewek, które krzyczały nie mogąc się nawet ruszyć. Spoglądałam na ich twarze i poczułam, że muszę im pomóc. Byli moją jedyną rodziną.
Do koszyka trafiały kolejne marchewki kiedy ja próbowałam zmusić się do jakiegokolwiek ruchu. Zebrałam całą swoją siłę i jeden z moich korzonków drgnął. W czasie kiedy reszta moich krewnych czekała nie mogąc nic zrobić ja uczyłam się jak poruszać tym ciałem. Odkryłam również zdolność do zmiany kształtu mojego ciała. W czasie kiedy formowałam swoje korzonki tak, aby pomogły mi opuścić koszyk, zapytałam jednej z leżących obok marchwi, dlaczego nie próbuje się wydostać. Wtedy dotarła do mnie kolejna rzecz. To nie tak, że nie chciała uciec. Żadna z obecnych tam marchwi nie posiadała oczu ani zdolności do ruchu. Mogły jedynie wysyłać swoje prośby, które zdawały się nie docierać do postaci niosącej koszyk. Postanowiłam przyjrzeć się jej dokładniej. Była ona wysoka, na pewno dużo większa od marchwi. Miała na sobie pelerynę z jasnego, cienkiego materiału, a na głowę zarzucony kaptur. Jasne włosy zakrywały większość twarzy, jednak wyraźnie widziałam uszy o charakterystycznym, szpiczastym kształcie i mały nos. Postać usiadła na niewielkim pieńku i wyspała zawartość koszyka na trawę obok. Z trudem wygrzebałam się spod leżących na mnie ciał i odpełzłam kawałek dalej. Jednak na tym mój horror się nie skończył. Postać trzymała w rękach nóż. Brała kolejne marchewki z ziemi i odkrawała im nać razem z głową. Następnie wrzucała ich martwe ciała co pustego teraz koszyka. Próbowałam chwycić którąś z krewniaczek i uratować ją przed okrutną śmiercią. Jednak uformowane w niewielkie haki korzonki, które miały mi pomóc opuścić koszyk nie nadawały się do chwytania. Schowałam się więc w trawę i zaczęłam formować korzonki na kształt dłoni, które miał nasz oprawca. Nie zdążyłam. Postać zamordowała wszystkie marchewki, po czym wzięła do rąk koszyk, zebrała z ziemi nacie i odeszła gdzieś w dal.
Po wielu próbach udało mi się stworzyć ciało podobne do tego, które miał nasz morderca. Niestety nie jestem w stanie utrzymywać go przez zbyt długi czas, zawsze po jakimś czasie wracam znów do postaci marchwi. Nauka chodzenia zajęła mi wiele przemian. Podobnie było z mową. Dotarcie do siedzib ludzkich i możliwość obserwacji ich zachowania znacznie ułatwiła mi zdobycie potrzebnych informacji. Tak więc udało mi się jakoś odnaleźć w tym świecie, gdzie nie tylko marchewki, ale i inne niewinne warzywa są mordowane aby ludzie mogli je zjeść. Zaczęłam polować na zwierzęta i je sprzedawać. Jeśli ludzie mają dostęp do mięsa więcej roślin jest bezpieczna. Moim celem jest jednak odnalezienie szpiczastouchej istoty, którą ujrzałam w dniu swych narodzin.
(Te’Yahnna?)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marchew twoja nać!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marchew twoja nać!. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 lutego 2019
czwartek, 24 stycznia 2019
Od Te'Yahnny do Misericordii
Smoczyca zacisnęła szczęki, dobijając biednego zająca. Upuściła truchełko na ziemię i przykryła je łapą, patrząc podejrzliwie na dziewczynę. Prychnęła cicho i z jej nozdrzy uniósł się mały obłoczek dymu. Misa spojrzała na martwego królika, a następnie na dym wypuszczany przez smoczycę. Miejsce odwagi zajął instynkt samozachowawczy i cofnęła się powoli do tyłu. Te'Yahnna mrugnęła po raz pierwszy, odkąd zobaczyła dziewczynę. Jak na razie rudowłosa nie rzuciła się na nią, a co więcej, złożyła jej propozycję.
– Mag? – zapytała niskim głosem, wskazując na rozmówczynię koniuszkiem skrzydła. Rudą zaskoczyło to pytanie. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Co prawda potrafiła zmienić się w człowieka, ale poza tym nie odkryła u siebie żadnych magicznych umiejętności. Choć prawdę mówiąc nawet nie starała się niczego odkryć. Po chwili namysłu wybrała odpowiedź zgodną z prawdą, jednak nie zdradzającą jej sekretu.
- Gdybym była magiem postarałabym się o lepszy kamuflaż – odpowiedziała. – Nie potrafię rzucać zaklęć.
Te'Yahnna nie była zbyt przekonana, jednak czy gdyby dziewczyna była magiem, nie zaatakowałaby jej od razu? Przekrzywiła lekko łeb i mruknęła cicho, zastanawiając się. Nadal jej nie ufała. Wypuściła z nozdrzy kolejny obłok dymu, tym razem większy. Zastanawiała się, jak ująć w języku wspólnym to, co chciała powiedzieć.
– Nie mów... – zająknęła się. – Nie mów że jestem – wydukała koślawo, po czym zmrużyła oczy, chcąc zabrzmieć bardziej surowo. Miała nadzieję, że dziewczyna zrozumie, o co jej chodzi. Nie chciała jej krzywdzić, jeśli naprawdę była tylko jakimś zbłąkanym myśliwym, a nie współpracowała z magami. Misericordia z trudem zrozumiała słowa smoka, który najwyraźniej nie znał zbyt dobrze języka używanego przez ludzi. Domyśliła się jednak, że smoczyca się przed kimś ukrywa.
– Nikomu nie powiem o twojej kryjówce – odpowiedziała z nadzieją, że dobrze zrozumiałą smocze intencje. – Chcę tylko upolować kilka zwierząt na sprzedaż.
Smoczyca powoli, bardzo powoli skinęła głową. Spojrzała na leżącego na śniegu martwego zająca i przesunęła go w stronę rudowłosej. Ostatecznie, była jej winna jakąś zapłatę za współpracę, a to na razie jedyne, co mogła jej dać. Misericordia ostrożnie podeszła w stronę smoka i wzięła leżącego tam zająca. Jeszcze raz spojrzała na wychudzone ciało obrośnięte piórami i utwierdziła się w przekonaniu, że podjęła dobrą decyzję. Wyciągnęła rękę w jej stronę i powoli odpowiedziała:
– Dziękuję za propozycję, jednak myślę, że bardziej zasługujesz na tego zająca. Ty go upolowałaś, więc należy do ciebie – dodała. Te'Yahnna zmrużyła oczy. Wyciągnęła pysk i ostrożnie wyjęła zająca z ręki dziewczyny, po czym podrzuciła go w górę i połknęła w całości.
– Dziękuję – rzekła powoli. Co jak co, ale jedzeniem się nie gardzi. Tym bardziej, że zaczynała bardzo powoli ufać tej rudowłosej dziewczynie. Jak dotąd nie zrobiła nic podejrzanego. Misa powoli zaczęła rozluźniać napięte mięśnie. Najwyraźniej smok nie zamierzał jej zjeść. Z zasłyszanych opowieści o smokach wiedziała również, że smoki żywią się przeważnie mięsem. Są też istotami długowiecznymi, co znaczyło, że mają rozległą wiedzę na różne tematy. Postanowiła więc zapytać:
– Czy wiesz może gdzie znajduje się kraina zamieszkana przez istoty ze szpiczastymi uszami?
Te'Yahnna przekrzywiła lekko łeb. Nie była pewna, o kogo dokładnie chodzi dziewczynie. Mogła mówić o demonach, elfach, niziołkach... naprawdę wiele stworzeń miało spiczaste uszy. Zastanowiła się, przymykając oczy z zamyśleniem.
– Duże istoty? – zapytała, mając nadzieję, że dziewczyna będzie bardziej konkretna.
Duże? Cóż... Kiedy Misericordia ostatni raz widziała ową istotę wydawała się dość wysoka. Sama była wtedy jednak dość niska, więc jej osąd mógł być nieco zawyżony. Postanowiła jednak zaryzykować.
– Takie wysokie i chude, podobne trochę do ludzi.
Więc elfy lub demony, pomyślała Te'Yahnna. Bardziej prawdopodobne wydają się elfy, mimo że demony również często przyjmują ludzką postać.
– Aranaya – powiedziała, przypominając sobie nazwę krainy otoczonej Pierwotną Magią. Zmarszczyła jednak lekko nos. – Ale nie wsy... wszystkie. Wędrują – dodała. Znowu spojrzała na rudowłosą nieco podejrzliwie. Była ciekawa, jakim cudem ludzka dziewczyna nigdy nie słyszała o elfach. Nie chciała jednak pytać, nie było to jej sprawą.
– Aranaya? – Misa nigdy wcześniej nie słyszała tej nazwy – Jak daleko się znajduje?
Te'Yahnna spróbowała przywołać z pamięci mapy Sayari, które wielokrotnie widziała. Usiłowała przypomnieć sobie tę najnowszą. Granice w końcu się zmieniały, choć akurat tak dawne kraje jak Aranaya chyba były dość stałe w położeniu.
– Daleko – stwierdziła krótko. – Tydzień lotu z Darawy. Myślę – dodała niepewnie. Nie była pewna, jak dokładnie daleko znajdowała się Aranaya. Słowa te nieco zmartwiły Misericordię. Czekała ją daleka podróż. Po cichu liczyła, że kraina szpiczastouchych będzie tuż obok. Nigdy jeszcze nie przekroczyła granicy wytyczonej przez las i pobliskie wioski. A i samego lasu nie zwiedziła jeszcze w całości. Przejęta rozmową nawet nie zauważyła jak ucieka z niej magia i koniuszki włosów zaczynają się odbarwiać. Te'Yahnna, widząc nagłą zmianę kolorów, poruszyła szybko głową. Smoki, tak jak ptaki, są bardzo spostrzegawcze. Źrenice smoczycy powiększyły się. Magia? Napięła lekko mięśnie, zachowując jednak spokój.
– Włosy – powiedziała uprzejmie. Włosy? Misa spojrzała na końce swoich włosów i na jej twarzy odmalowało się przerażenie. Próbowała jakoś nad tym zapanować, jednak nie dało to żadnego efektu. Wiedziała, że musi jak najszybciej odejść i się ukryć, jednak nie wiedziała jak to zrobić, żeby nie wzbudzić podejrzeń smoczycy, która najwyraźniej uznała zielonkawe końcówki włosów za podejrzane. Spróbowała najprostszego ze sposobów:
– Dziękuję za miłą rozmowę, jednak muszę już iść – powiedziała powoli cofając się w stronę krzaków. – Kiedy wrócę, przyniosę więcej jedzenia.
Te'Yahnna przysiadła na łapach, kołysząc ogonem jak kot szykujący się do skoku. Bardzo nie spodobały jej się zmieniające kolor włosy. Jeśli to nie magia, to w takim razie co? Zrobiła krok do przodu, zbliżając się do dziewczyny.
– Zaklęcie? – zapytała nadal uprzejmie, lecz w jej głosie dało się wyczuć zapowiedź warknięcia.
– Mówiłam już, że nie potrafię rzucać zaklęć. Te włosy... One zawsze tak... – widząc napinające się ciało smoczycy przestraszyła się jeszcze bardziej. – Wyjaśnię wszystko jak tylko wrócę, naprawdę muszę iść.
Próbowała w jakiś sposób oszczędzać swoje siły. Najpierw zaczęła wyłączać wszystkie funkcje tego ciała, które nie były jej w tym momencie niezbędne. Udało jej się zatrzymać proces odbarwiania się włosów. Tylko na jak długo? W kolejnym akcie desperacji zaczęła grzebać czubkiem buta w śniegu licząc, że uda jej się wykopać choć niewielki dołek w zamarzniętej ziemi. Te'Yahnna nie wierzyła rudowłosej. Mówiąc kolejne zdanie, niby przypadkiem obnażyła ostre zęby bardziej, niż było to konieczne.
– Mów teraz – powiedziała chłodno. – Nie zrobię krzywdy, jak mów... – zająknęła się i syknęła z irytacją. - Jak powiesz.
- I tak mi nie uwierzysz. – Misericordia nie wiedziała już co ma powiedzieć. – Ja... Nie jestem człowiekiem.
Oczy smoczycy rozszerzyły się. Stanęła bokiem do dziewczyny i długi ogon zawinęła za jej plecami, odcinając jej drogę do zarośli.
– To czym?
Dziewczyna westchnęła. Nie chciała żeby jej sekret się wydał, nie w taki sposób. Jednak nie miała wyjścia, smoczyca odcięła jej jedyną drogę ucieczki.
– Marchewką.
Te'Yahnna zamarła. Spodziewała się każdej odpowiedzi, lecz nie takiej. Przyjrzała się uważnie rudowłosej od stóp do głów, jej źrenice na przemian rozszerzały się i zwężały. Sierść na jej grzbiecie lekko się nastroszyła w dezorientacji. Spojrzała w zielone oczy dziewczyny, wydając z siebie ciche syczenie.
– Naprawdę? – zapytała tonem żądającym prawdy.
– Jeśli jeszcze dłużej mnie tu przytrzymasz, to sama się przekonasz – dziewczyna już nawet nie próbowała uciekać. – Muszę jak najszybciej zakopać stopy w ziemi.
Te'Yahnna powoli cofnęła ogon i odstąpiła od dziewczyny na dwa kroki, lecz cały czas wpatrywała się w nią swoimi wielkimi ślepiami. Rudowłosa brzmiała przekonująco. Co prawda smoczyca nigdy nie widziała humanoidalnej marchewki, lecz widziała wiele innych dziwnych stworzeń, więc dlaczego nie? Poza tym, dziewczyna nadal nie okazała jej agresji, więc najprawdopodobniej wspólniczką magów naprawdę nie była. To dobrze. Dziewczyna widząc, że smoczyca robi jej miejsce wyciągnęła sztylet i zaczęła kopać nim dziurę w ziemi. Kiedy osiągnęła ona głębokość około jednej stopy ściągnęła buty, włożyła stopy do przygotowanego dołka i przysypała je ziemią. Być może zaraz zginie, zjedzona czy też zdeptana przez smoczycę kiedy będzie najbardziej bezbronna. Jeśli jednak nic nie zrobi może zakosztować smoczej wściekłości, o której tak wiele słyszała. Zadecydowała. Stopniowo zaczęła zmieniać się w marchew. Smoczyca otworzyła szeroko ślepia, patrząc na poczynania dziewczyny. Naprawdę zmieniła się w marchew. Naprawdę była marchewką. Te'Yahnna widziała już kilka całkiem efektownych transformacji, lecz... ta do nich nie należała. Dziewczyna zaczęła się kurczyć, jej włosy zmieniły się w nać, a ręce zmniejszyły do rozmiarów malutkich korzonków. Wbrew woli smoczyca wykrzywiła lekko pysk w uśmiechu, który dla ludzi wyglądałby jak paskudny, złośliwy grymas, dla niej jednak był oznaką rozbawienia. Gadająca marchewka - tego nie spotkała nawet w głębi Darawy. Przysiadła na zimnej ziemi, owijając łapy ogonem i wpatrując się w warzywo. Zostały jej obiecane wyjaśnienia, czyż nie? Poza tym, Te'Yahnna nigdy nie zostawiłaby czegoś tak ciekawego, nawet gdyby mogła.
(Misericordia? Przepraszam, że tyle to zajęło :<)
– Mag? – zapytała niskim głosem, wskazując na rozmówczynię koniuszkiem skrzydła. Rudą zaskoczyło to pytanie. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Co prawda potrafiła zmienić się w człowieka, ale poza tym nie odkryła u siebie żadnych magicznych umiejętności. Choć prawdę mówiąc nawet nie starała się niczego odkryć. Po chwili namysłu wybrała odpowiedź zgodną z prawdą, jednak nie zdradzającą jej sekretu.
- Gdybym była magiem postarałabym się o lepszy kamuflaż – odpowiedziała. – Nie potrafię rzucać zaklęć.
Te'Yahnna nie była zbyt przekonana, jednak czy gdyby dziewczyna była magiem, nie zaatakowałaby jej od razu? Przekrzywiła lekko łeb i mruknęła cicho, zastanawiając się. Nadal jej nie ufała. Wypuściła z nozdrzy kolejny obłok dymu, tym razem większy. Zastanawiała się, jak ująć w języku wspólnym to, co chciała powiedzieć.
– Nie mów... – zająknęła się. – Nie mów że jestem – wydukała koślawo, po czym zmrużyła oczy, chcąc zabrzmieć bardziej surowo. Miała nadzieję, że dziewczyna zrozumie, o co jej chodzi. Nie chciała jej krzywdzić, jeśli naprawdę była tylko jakimś zbłąkanym myśliwym, a nie współpracowała z magami. Misericordia z trudem zrozumiała słowa smoka, który najwyraźniej nie znał zbyt dobrze języka używanego przez ludzi. Domyśliła się jednak, że smoczyca się przed kimś ukrywa.
– Nikomu nie powiem o twojej kryjówce – odpowiedziała z nadzieją, że dobrze zrozumiałą smocze intencje. – Chcę tylko upolować kilka zwierząt na sprzedaż.
Smoczyca powoli, bardzo powoli skinęła głową. Spojrzała na leżącego na śniegu martwego zająca i przesunęła go w stronę rudowłosej. Ostatecznie, była jej winna jakąś zapłatę za współpracę, a to na razie jedyne, co mogła jej dać. Misericordia ostrożnie podeszła w stronę smoka i wzięła leżącego tam zająca. Jeszcze raz spojrzała na wychudzone ciało obrośnięte piórami i utwierdziła się w przekonaniu, że podjęła dobrą decyzję. Wyciągnęła rękę w jej stronę i powoli odpowiedziała:
– Dziękuję za propozycję, jednak myślę, że bardziej zasługujesz na tego zająca. Ty go upolowałaś, więc należy do ciebie – dodała. Te'Yahnna zmrużyła oczy. Wyciągnęła pysk i ostrożnie wyjęła zająca z ręki dziewczyny, po czym podrzuciła go w górę i połknęła w całości.
– Dziękuję – rzekła powoli. Co jak co, ale jedzeniem się nie gardzi. Tym bardziej, że zaczynała bardzo powoli ufać tej rudowłosej dziewczynie. Jak dotąd nie zrobiła nic podejrzanego. Misa powoli zaczęła rozluźniać napięte mięśnie. Najwyraźniej smok nie zamierzał jej zjeść. Z zasłyszanych opowieści o smokach wiedziała również, że smoki żywią się przeważnie mięsem. Są też istotami długowiecznymi, co znaczyło, że mają rozległą wiedzę na różne tematy. Postanowiła więc zapytać:
– Czy wiesz może gdzie znajduje się kraina zamieszkana przez istoty ze szpiczastymi uszami?
Te'Yahnna przekrzywiła lekko łeb. Nie była pewna, o kogo dokładnie chodzi dziewczynie. Mogła mówić o demonach, elfach, niziołkach... naprawdę wiele stworzeń miało spiczaste uszy. Zastanowiła się, przymykając oczy z zamyśleniem.
– Duże istoty? – zapytała, mając nadzieję, że dziewczyna będzie bardziej konkretna.
Duże? Cóż... Kiedy Misericordia ostatni raz widziała ową istotę wydawała się dość wysoka. Sama była wtedy jednak dość niska, więc jej osąd mógł być nieco zawyżony. Postanowiła jednak zaryzykować.
– Takie wysokie i chude, podobne trochę do ludzi.
Więc elfy lub demony, pomyślała Te'Yahnna. Bardziej prawdopodobne wydają się elfy, mimo że demony również często przyjmują ludzką postać.
– Aranaya – powiedziała, przypominając sobie nazwę krainy otoczonej Pierwotną Magią. Zmarszczyła jednak lekko nos. – Ale nie wsy... wszystkie. Wędrują – dodała. Znowu spojrzała na rudowłosą nieco podejrzliwie. Była ciekawa, jakim cudem ludzka dziewczyna nigdy nie słyszała o elfach. Nie chciała jednak pytać, nie było to jej sprawą.
– Aranaya? – Misa nigdy wcześniej nie słyszała tej nazwy – Jak daleko się znajduje?
Te'Yahnna spróbowała przywołać z pamięci mapy Sayari, które wielokrotnie widziała. Usiłowała przypomnieć sobie tę najnowszą. Granice w końcu się zmieniały, choć akurat tak dawne kraje jak Aranaya chyba były dość stałe w położeniu.
– Daleko – stwierdziła krótko. – Tydzień lotu z Darawy. Myślę – dodała niepewnie. Nie była pewna, jak dokładnie daleko znajdowała się Aranaya. Słowa te nieco zmartwiły Misericordię. Czekała ją daleka podróż. Po cichu liczyła, że kraina szpiczastouchych będzie tuż obok. Nigdy jeszcze nie przekroczyła granicy wytyczonej przez las i pobliskie wioski. A i samego lasu nie zwiedziła jeszcze w całości. Przejęta rozmową nawet nie zauważyła jak ucieka z niej magia i koniuszki włosów zaczynają się odbarwiać. Te'Yahnna, widząc nagłą zmianę kolorów, poruszyła szybko głową. Smoki, tak jak ptaki, są bardzo spostrzegawcze. Źrenice smoczycy powiększyły się. Magia? Napięła lekko mięśnie, zachowując jednak spokój.
– Włosy – powiedziała uprzejmie. Włosy? Misa spojrzała na końce swoich włosów i na jej twarzy odmalowało się przerażenie. Próbowała jakoś nad tym zapanować, jednak nie dało to żadnego efektu. Wiedziała, że musi jak najszybciej odejść i się ukryć, jednak nie wiedziała jak to zrobić, żeby nie wzbudzić podejrzeń smoczycy, która najwyraźniej uznała zielonkawe końcówki włosów za podejrzane. Spróbowała najprostszego ze sposobów:
– Dziękuję za miłą rozmowę, jednak muszę już iść – powiedziała powoli cofając się w stronę krzaków. – Kiedy wrócę, przyniosę więcej jedzenia.
Te'Yahnna przysiadła na łapach, kołysząc ogonem jak kot szykujący się do skoku. Bardzo nie spodobały jej się zmieniające kolor włosy. Jeśli to nie magia, to w takim razie co? Zrobiła krok do przodu, zbliżając się do dziewczyny.
– Zaklęcie? – zapytała nadal uprzejmie, lecz w jej głosie dało się wyczuć zapowiedź warknięcia.
– Mówiłam już, że nie potrafię rzucać zaklęć. Te włosy... One zawsze tak... – widząc napinające się ciało smoczycy przestraszyła się jeszcze bardziej. – Wyjaśnię wszystko jak tylko wrócę, naprawdę muszę iść.
Próbowała w jakiś sposób oszczędzać swoje siły. Najpierw zaczęła wyłączać wszystkie funkcje tego ciała, które nie były jej w tym momencie niezbędne. Udało jej się zatrzymać proces odbarwiania się włosów. Tylko na jak długo? W kolejnym akcie desperacji zaczęła grzebać czubkiem buta w śniegu licząc, że uda jej się wykopać choć niewielki dołek w zamarzniętej ziemi. Te'Yahnna nie wierzyła rudowłosej. Mówiąc kolejne zdanie, niby przypadkiem obnażyła ostre zęby bardziej, niż było to konieczne.
– Mów teraz – powiedziała chłodno. – Nie zrobię krzywdy, jak mów... – zająknęła się i syknęła z irytacją. - Jak powiesz.
- I tak mi nie uwierzysz. – Misericordia nie wiedziała już co ma powiedzieć. – Ja... Nie jestem człowiekiem.
Oczy smoczycy rozszerzyły się. Stanęła bokiem do dziewczyny i długi ogon zawinęła za jej plecami, odcinając jej drogę do zarośli.
– To czym?
Dziewczyna westchnęła. Nie chciała żeby jej sekret się wydał, nie w taki sposób. Jednak nie miała wyjścia, smoczyca odcięła jej jedyną drogę ucieczki.
– Marchewką.
Te'Yahnna zamarła. Spodziewała się każdej odpowiedzi, lecz nie takiej. Przyjrzała się uważnie rudowłosej od stóp do głów, jej źrenice na przemian rozszerzały się i zwężały. Sierść na jej grzbiecie lekko się nastroszyła w dezorientacji. Spojrzała w zielone oczy dziewczyny, wydając z siebie ciche syczenie.
– Naprawdę? – zapytała tonem żądającym prawdy.
– Jeśli jeszcze dłużej mnie tu przytrzymasz, to sama się przekonasz – dziewczyna już nawet nie próbowała uciekać. – Muszę jak najszybciej zakopać stopy w ziemi.
Te'Yahnna powoli cofnęła ogon i odstąpiła od dziewczyny na dwa kroki, lecz cały czas wpatrywała się w nią swoimi wielkimi ślepiami. Rudowłosa brzmiała przekonująco. Co prawda smoczyca nigdy nie widziała humanoidalnej marchewki, lecz widziała wiele innych dziwnych stworzeń, więc dlaczego nie? Poza tym, dziewczyna nadal nie okazała jej agresji, więc najprawdopodobniej wspólniczką magów naprawdę nie była. To dobrze. Dziewczyna widząc, że smoczyca robi jej miejsce wyciągnęła sztylet i zaczęła kopać nim dziurę w ziemi. Kiedy osiągnęła ona głębokość około jednej stopy ściągnęła buty, włożyła stopy do przygotowanego dołka i przysypała je ziemią. Być może zaraz zginie, zjedzona czy też zdeptana przez smoczycę kiedy będzie najbardziej bezbronna. Jeśli jednak nic nie zrobi może zakosztować smoczej wściekłości, o której tak wiele słyszała. Zadecydowała. Stopniowo zaczęła zmieniać się w marchew. Smoczyca otworzyła szeroko ślepia, patrząc na poczynania dziewczyny. Naprawdę zmieniła się w marchew. Naprawdę była marchewką. Te'Yahnna widziała już kilka całkiem efektownych transformacji, lecz... ta do nich nie należała. Dziewczyna zaczęła się kurczyć, jej włosy zmieniły się w nać, a ręce zmniejszyły do rozmiarów malutkich korzonków. Wbrew woli smoczyca wykrzywiła lekko pysk w uśmiechu, który dla ludzi wyglądałby jak paskudny, złośliwy grymas, dla niej jednak był oznaką rozbawienia. Gadająca marchewka - tego nie spotkała nawet w głębi Darawy. Przysiadła na zimnej ziemi, owijając łapy ogonem i wpatrując się w warzywo. Zostały jej obiecane wyjaśnienia, czyż nie? Poza tym, Te'Yahnna nigdy nie zostawiłaby czegoś tak ciekawego, nawet gdyby mogła.
(Misericordia? Przepraszam, że tyle to zajęło :<)
sobota, 5 stycznia 2019
Od Misericordii do Te'Yahnny
Misericordia patrzyła zaskoczona na stworzenie, które ukazało się jej oczom. Przypominało ono smoka, jednak spod warstwy słota wystawały biało-czarne pióra. Ze swojego schronienia widziała jak smok chwycił zająca, którego zamierzała upolować, a teraz wpatruje się w nią swoimi żółtymi ślepiami. Słyszała co prawda zbliżające się kroki czegoś dużego, jednakże nie sądziła, że spotka pierzastego smoka w samym środku lasu. Spodziewała się ujrzeć sarnę, jelenia, może nawet wychudzonego niedźwiedzia cierpiącego na bezsenność, ale nie to! Dopiero kiedy pierwszy szok minął postanowiła dokładniej się przyjrzeć stojącej przed nią postaci. Nie wiedzieć czemu była niemal pewna, że osobnik przed nią jest samicą. Postanowiła jednak zostawić te przemyślenia na lepszy moment.
Smoczyca miała długi pawi ogon i błękitną skórę, teraz pokryte warstwą błota. Jedno z jej skrzydeł wisiało pod dziwnym kątem. Misericordia domyśliła się, że z jakichś powodów jest ono niewładne. Jej ciało było drobne, wręcz wychudzone. W zębach trzymała miotającego się i krwawiącego zająca. Dziewczyna miała wrażenie, że skrzydlata jest równie zaskoczona tym niecodziennym spotkaniem. Przeklęła w duchu swój słaby kamuflaż i zaczęła zastanawiać się co dalej. Nie mogła uciec, widziany przed chwilą pokaz szybkości sprawił, że od razu zaniechała tego pomysłu. Schować się też nie miała jak, gdyż najbliższe krzewy znajdowały się za plecami smoczycy. Istniało też prawdopodobieństwo, że pierzasta spopieliłaby ten krzak razem z siedzącą tam dziewczyną. Topniejący śnieg stopniowo wsiąkał w ubrania sprawiając, że odmarzały jej korzonki. Jednak to nie mróz okazał się być najgorszy. Najcięższy do zniesienia był strach, który z każdą upływającą sekundą ogarniał kolejne zakątki jej duszy. Miała przed sobą dziwną istotę o nieznanych zamiarach, która to była większa i silniejsza od niej. Znajdowała się w miejscu, gdzie mało kto się zapuszczał. Ponadto Misericordia nie miała rodziny ani przyjaciół, jeśli zginie tu i teraz, w tym lesie, nikt nie będzie jej szukał.
Jednak nad tymi lękami stał jeszcze jeden, najsilniejszy. Czuła jak magia stopniowo się wyczerpuje i znika. Nie zostało jej zbyt wiele czasu. Pochopnie podjęta decyzja może być tragiczna w skutkach. Jeśli jednak się nie pospieszy nie zdąży się schować na czas przemiany, co może doprowadzić do jeszcze większej tragedii. Nie mogła pokazać swojej prawdziwej formy. Nigdy. Nikomu. Nie bez powodu tak pieczołowicie ukrywała swój wygląd, kiedy to nie przypominała człowieka. Nie na darmo trzymała się z dala od ludzkich siedzib, a do wiosek się zbliżała tylko, jeśli miała coś na sprzedaż. To możliwość ujawnienia jej największego z sekretów wydawała się być teraz najbardziej przerażająca. Gdyby tylko bardziej oszczędzała magię..
Wiedziała, że jeśli teraz polegnie nigdy nie osiągnie swojego celu. Celu, który prowadził ją przez życie, dodawał jej sił w trudnych chwilach i nadawał sens każdemu jej działaniu. Jeśli pewnego zimowego dnia zniknie z powierzchni ziemi, któż inny podejmie się zadania, które przecież tak wiele dla niej znaczy? Czy którykolwiek z bardów będzie opiewał jej bohaterskie czyny, jeśli teraz stchórzy? Doprawdy dziwne myśli targały nią w obliczu niebezpieczeństwa, jednak to właśnie w nich znajdowała siłę i odwagę aby iść naprzód. Również i teraz poczuła przypływ energii, a w jej umyśle pojawił się plan. Nie dbała już o oszczędne gospodarowanie magią, potrzebowała maksymalnego skupienia. Skrzydlata wydawała się być wygłodzona, co stało się podstawą dla jej planu.
Będąc pod silną presją czasu Misericordia zdecydowała się na radykalne rozwiązanie. Niezależnie od tego, czy ruszy się czy zostanie w miejscu czeka ją rozprawa ze smokiem. Smoczyca zdążyła oswoić się z sytuacją. Pora działać, teraz, albo nigdy. Choć jej introwertyczna dusza ostro protestowała, postanowiła zrobić coś, co zaskoczyło nawet nią samą. Kierowała nią determinacja. Powoli wstała i otrzepała kurtkę z resztek śniegu. Spod kaptura wysunął się kosmyk jaskrawo-pomarańczowych włosów. Wytężyła wszystkie zmysły i zaczęła powolnym krokiem iść w stronę smoka. Kiedy już zbliżyła się na odpowiednią odległość, tj. na tyle blisko by mogły swobodnie rozmawiać lecz na tyle daleko, my smoczyca nie dosięgła jej swoim skrzydłem, odezwała się cicho.
- Nie zjadaj mnie, proszę. – powiedziała patrząc jej prosto w oczy – Ja również szukam pożywienia w tym lesie. Jeśli chcesz mogę coś dla ciebie upolować
Zamilkła czekając na odpowiedź.
(Te’Yahnna?)
środa, 2 stycznia 2019
Od Te'Yahnny do Misericordii
Niebieska smoczyca, zwinięta w kłębek pod złamanym drzewem, ziewnęła szeroko, budząc się z płytkiego snu. Oblizała się rozwidlonym, wężowym językiem i otworzyła żółte ślepia. Podniosła głowę, by zorientować się w swoim położeniu. Nie spała długo; nadal było ciemno i smoczyca podejrzewała, że dopiero nadchodzi bardzo wczesny ranek. Wstała powoli, wypełzła ze swojej kryjówki i przeciągnęła się jak kot. Wyprostowała na całą długość również swoje lewe skrzydło. Prawe poruszyło się lekko, lecz pozostało przykurczone blisko ciała. Te’Yahnna, bo tak brzmiało imię smoczycy, nawet nie poświęciła mu zbytniej uwagi. Zamiast tego rozejrzała się uważnie, szukając jakiegokolwiek ruchu między drzewami. Szara wiewiórka przeskoczyła z drzewa na drzewo. Dwie wrony poderwały się do lotu. Poza tym cisza i spokój. Te’Yahnna mruknęła cicho, zadowolona. Znajdowała się tuż przy granicy Temeni, więc musiała być ostrożna. Rezydujący tutaj magowie z pewnością pogoniliby ją, gdyby dowiedzieli się o jej istnieniu. Te’Yahnna byłaby skłonna z nimi porozmawiać i przekonać, by pozwolili jej tu pozostać, lecz nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Ledwie znała język wspólny, ponadto magowie, których dotąd spotykała, nie byli zbyt życzliwi.
Smoczyca niespiesznie ruszyła przed siebie. Opadłe, gnijące powoli liście szeleściły pod jej łapami. Unosząca się nad ziemią mgła sprawiała, że gęsty las wyglądał niemal mistycznie. Gdzieniegdzie widać było plamy śniegu, lecz nie było go zbyt wiele – większość osiadła na gałęziach iglastych drzew. Te’Yahnna była jednak niemal pewna, że niedługo czeka ją jakaś śnieżyca. Zima się zbliżała, a właściwie już przyszła, tylko jeszcze nie do końca oficjalnie. Wraz z nią nadchodził znacznie cięższy dla smoczycy czas, czas głodu i jeszcze dokładniejszego ukrywania się. Ślady na śniegu widać bardzo wyraźnie, nie mówiąc już o tym, że śnieg nie chciał się trzymać szafirowej sierści tak dobrze, jak obecne na niej teraz zaschnięte błoto. Większość zimy Te’Yahnna z pewnością spędzi pod górskim stokiem, widocznym w oddali między drzewami. Zaszyje się w jednej z kilku obecnych tam grot i będzie wychodzić tylko, gdy będzie kompletnie ciemno i na tyle późno, by nikomu nie przychodziło do głowy zapuszczać się tak głęboko w las. Porzuciła planowanie swojej strategii na kolejną zimę, słysząc burczenie w brzuchu. Syknęła cicho. Głód był znacznie bardziej naglącą sprawą. Pochyliła głowę, układając ją w jednej linii z grzbietem, i złożyła ciasno skrzydła. To złamane końcówką ciągnęło się po ziemi, pozostawiając na śniegu obok śladów łap również nieregularną linię. Te’Yahnna zwolniła kroku. Jej żółte oczy przesuwały się szybko z lewa na prawo, skanując otoczenie. Gdy zarejestrowały szybki ruch w oddali, smoczyca zatrzymała się. Wyciągnęła szyję. Ruch nastąpił znowu i Te’Yahnna zorientowała się, że patrzy na zająca, stojącego słupka i rozglądającego się równie uważnie, jak ona. Długie uszy zwierzaka poruszały się szybko. Te’Yahnna wysunęła znów język, zastanawiając się. Zające były łatwą zdobyczą, ale tylko pod warunkiem, że podeszło się do nich wystarczająco blisko. Trzeba było być niezwykle cicho, co nie było proste przy rozmiarach smoka, Te’Yahnna miała jednak doświadczenie. Uniosła nieco głowę i poczuła, jak lekki wiatr zwiewa jej długie, delikatne pióra. Skręciła, chcąc podejść do zająca pod wiatr. Sama miała słaby węch, lecz zdawała sobie sprawę, że w świecie zwierząt jest pod tym względem wyjątkiem. Idąc pomiędzy rosnącymi blisko siebie, starymi drzewami, Te’Yahnna cały czas wzrok miała utkwiony w zającu. Szarak obgryzał uschnięty krzak, co jakiś czas przysiadając na tylnych łapkach, by się rozejrzeć. Smoczyca cieszyła się, że jest w większości osłonięta przez grube pnie drzew i młode iglaste krzewy.
Z wielkim zadowoleniem przypadła do ziemi, stawiając łapy bardzo rozważnie i cicho. Zwierzak był już naprawdę niedaleko. Była to odległość na tyle mała, by móc podjąć pościg, ale trzeba jeszcze wykorzystać element zaskoczenia. Te’Yahnna umiała szybko biegać i szybko się zrywać, lecz zające posiadały tę samą umiejętność. Smoczyca siedziała na zgiętych łapach tak długo, że te zaczęły jej drętwieć, lecz nadal nie ruszała się z miejsca. Zając był czujny, kilkakrotnie patrzył w jej stronę, lecz na szczęście dla Te’Yahnny oddzielało ich kilka sporych krzewów. Źrenice Te’Yahnny powiększyły się, gdy zając usiadł na ziemi i zaczął się drapać tylną łapką za uchem. Smoczyca powoli wyprostowała tylne łapy. Szarak podniósł przednie łapki, pochylając łeb i wycierając sobie pyszczek. Te’Yahnna zrobiła powolny, długi krok. Nie podejrzewający niczego zając skończył czyścić długie uszy w momencie, gdy pysk smoczycy wychynął powoli spomiędzy gałęzi dużego jałowca. Ucho zwierzaka drgnęło i biedak odwrócił się w samą porę, by zobaczyć wyskakującą z krzewów niebieską błyskawicę. Nie minął ułamek sekundy, nim zając rzucił się do panicznej ucieczki, ale Te’Yahnna, poruszając się długimi susami, wcale nie była daleko za nim. Wystartowała szybciej, szarak na swoje nieszczęście nie zdążył się rozpędzić. Długie zęby kłapnęły przy tylnych łapach zająca, łapiąc jedną z nich. Zając zdążył ledwie pisnąć, gdy smoczyca zatrzymała się, wzniecając fontannę ziemi i śniegu, i podrzuciła go w górę. Chwyciła go w zęby i już miała połknąć w całości, gdy zamarła.
Przed podejściem do zająca upewniła się kilkakrotnie, że nikogo nie ma w pobliżu. Była wręcz pewna, że jest tutaj sama. Najwyraźniej jednak burczący brzuch zaślepił ją na tyle, że nie zorientowała się, że plama śniegu pomiędzy pobliskimi drzewami wcale nie była plamą śniegu. Była białą, futrzaną kurtką. Te’Yahnna zastanawiała się, jak mogła być tak głupia i tak ślepa, wpatrując się swoimi żółtymi ślepiami w zielone oczy leżącej na ziemi postaci.
(Misericordia?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)