Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W pogoni za wiatrem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W pogoni za wiatrem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2020

Od Cythian'diala do Orelli

Jeleń nie wyglądała na szczególnie przejętą zjawiskiem, które przez chwilę ukazało się ich oczom. Wydawało się wręcz, że niczego nie zauważyła. Gdy Orella się zatrzymała, ta szła dalej, kierując się prosto na gada, który jednak zniknął, nim pokonała mniej niż połowę odległości, dzielącej ją od niego. A jednak wprawny obserwator mógłby dostrzec w jej oczach cień. Cythian'dial pomyślał, że zjawił się przy boku szlachcianki w doskonałym momencie. Gdyby Ros nie przekazał mu informacji o jej przybyciu, nie byłoby go tu przy niej w samym centrum wydarzeń. Arcymag czuł na sobie spojrzenia wielu oczu. Czuł też niemal iskrzącą we mgle magię, zmagającą się o dominację na trakcie. 
Słysząc, że kobieta nadal nie poruszyła się ze swojego miejsca satyrka odwróciła się do niej, a jej delikatne, białe oczy zostały przesłonione przez rzęsy, gdy spuszczała wzrok. Jej uszy położyły się do tyłu. Objęła swoją prawą ręką lewe ramię, a jej ogonek zatańczył w powietrzu.
 "Ja znam ten kraj" - powiedziała cicho, patrząc na ciemną sylwetkę Orelli i jej konia, częściowo przysłoniętych przez mgłę. "Zaprowadzę cię, gdzie zechcesz. W ten sposób łatwiej ci będzie jej szukać, prawda? A w zamian tylko chcę, byś wybłagała również wolność mojej siostry... jeśli ją wogle znajdziemy..." Ostatnie słowa wybrzmiały tak cicho, że ledwie dało się je wychwycić w gwarze własnych myśli. Ogon Jeleń ponownie zatańczył nerwowo, a jej lewe ramię przesunęło po ciele do góry, by opleść we wzajemnym uścisku prawe. Uniosła wzrok, a jej białe oczy w mlecznej mgle wdały się być tylko pustymi oczodołami. "Opowiem ci nieco o Temeni, znam Rezydentów, wielu Rezydentów, choć czasem tylko z imienia. A jeśli wszystko, jeśli któryś z nich się pojawi, nas obie ochroni autorytet mojego pana. Albo twój miecz. Bo nie nosisz go dla ozdoby, kobieto?" Satyrka przekrzywiła głowę, jakby przyglądając się broni, wiszącej u boku Orelli. Broni, której nie miała prawa widzieć z tej odległości i przy tej mgle.
- Twojego pana? Jesteś...
  "Niewolnikiem mego pana." Odpowiedziała satyrka cicho. "Otrzymałam od niego zezwolenie na poszukiwania. Mój pan jest łaskawy. Ale nie mogłam prosić go o więcej, niż zezwolenie. Nie jestem zbyt silna, ale razem mamy większe szanse. Nie wszyscy są tak łaskawi, jak mój pan. Jeśli wejdziesz do twierdzy jednego z nich, zapewne skończysz w łańcuchach. Będziesz mieć dużo szczęścia, jeśli skończysz w łańcuchach przy swojej córce. A jeszcze więcej, jeśli okaże się, że wciąż cię pamięta po tym, co zrobili jej Rezydenci." 
  Kobiety stały, patrząc na siebie w mlecznej mgle. Orellę przeszedł dreszcz. Jej myśli obracały się wokół ostatnich słów satyrki, przywołując coraz to straszniejsze sceny tego, co jak jej się wydawało, mogło dziać się z jej dzieckiem. Dla Cythiana nie specjalnie oddawały one pełnię zamiłowań Rezydentów, lecz twarz kobiety była już i tak do tego stopnia blada, że nie należało jej dobijać, ukazując pełną prawdę.
- Jeśli chcesz, nie będę cię powstrzymywać. Ale nie mogę nic ci zaoferować. - Kobieta pociągnęła konia w dalszą drogę, zrównując się z satyrką. Ta pozwoliła jej wyprzedzić się o pół kroku i podążyła za nią. Decyzja o wyborze drogi musiała należeć do niej. Cythian'dial nie zamierzał mieszać się w wynik zakładu magów. To leżało w dobrym guście.
  Szły w ciszy, w śnieżnej mgle, po błotnistym trakcie w środku Temeni. Co jeszcze zaplanowali dla nich Rezydenci? Jak zamierzają zwrócić uwagę kobiety?
  Doszli do rozstajów. Samotny drogowskaz na jego środku miał zatarte napisy na tabliczkach. To było miejsce wyboru kobiety. Zapewne jedne z wielu, choć ten pozornie niezbyt spektakularny miał przesądzić o dalszym kierunku zmagań. Szlachcianka zatrzymała się niepewnie przy znaku.
- Pewnie nie jesteś w stanie mi powiedzieć, gdzie prowadzą te ścieżki? - zapytała w powietrze.
"Lord Goliath, Wielki Jullieon Torres, Madame Pollyon, Hrabia Czerwonej Grani, Lady Felisha, Bliźniacze Wieże Rodzeństwa Fungal." wyliczyła po kolei satyrka "I Fort Delaware."
- Nie specjalnie wiele mi mówią te nazwy - przyznała kobieta ponuro.
"Rezydenci, magowie, alchemicy, przestępcy, panowie niewolników. Każdy specjalizuje się w czym innym i każdy mógł być tym, kto potrzebował do czegoś twojej córki. Być może jeśli mi powiesz, jaki miała dar, w czym była wyjątkowa będę w stanie stwierdzić, dla kogo mogła być interesująca?"
- Berenika była... zaraz, nigdy nie powiedziałam, że chodzi o córkę. - Jakby dopiero teraz do niej dotarło, że informacja o jej celu przebiegła między nimi bez jej wiedzy. Położyła dłoń na mieczu i odsunęła się od satyrki. Ta spuściła wzrok.
"A kto inny byłby tak zdesperowany, by wskoczyć w paszczę najgroźniejszej bestii, jak nie matka szukająca córki? Nie myślisz przecież o niczym innym. Tylko o niej. O jej pięknej twarzyczce, o małych rączkach. Komunikacja zawsze działa w dwie strony." Kobieta zacisnęła mocniej wargi, nie opuszczając dłoni z głowni. Satyrka odwróciła się i spojrzała na drogowskaz, odsłaniając kobiecie swoje plecy. "Najwyraźniej nie pragniesz jej odzyskać tak mocno, jak ci się wydaje, skoro przez tę drobną wątpliwość odrzucasz prawdopodobnie jedynego sojusznika, jakiego jesteś w stanie zdobyć w tej niegościnnej krainie."
  Wątpliwości kobiety były uzasadnione, jednak wjeżdżając do Temeni samotnie, bez potężnej ochrony magicznej czy silnego protektora sama zadecydowała o swoim losie. Tak naprawdę jej decyzją będzie, czyim niewolnikiem zostanie, nie czy zostanie niewolnikiem. Osobiście Cythian'dial uważał, że lepiej jest być niewolnikiem akurat tej osoby, której nie jest wymierzana kara za zdradę.
- Nie mogę być pewna, że nim jesteś - oznajmiła kobieta, obchodząc słup w pewnej odległości. W powietrzu pojawiło się krótkie echo triumfu. Ktoś chyba uznał, że marionetka konkurenta nie podołała zadaniu. Dobrze. Grajmy zatem podsuniętymi kartami.
"Sądzę, że twoje dziecko będzie miał raczej jeden z kolekcjonerów." To mówiąc satyrka wskazała na prawo od siebie. "Cenią sobie liczny inwentarz. A szlacheckie dzieci zawsze są cenniejsze, niż pospólstwa. Szczególnie jeśli nikt ważny się nimi nie interesuje. Mniej wtedy z nimi kłopotu."
  Czarnowłosa kobieta przycupnęła przy ziemi, nie zwracając uwagi na słowa satyrki. Przyglądała się śladom, odciśniętym w grząskim gruncie. Sporo ciężkich, męskich butów i pojedynczy ślad czegoś o małych stópkach. Zmierzyła rozmiar. Pasował, choć nie przesądzało to wszystkiego.
- Raczej się nie skuszę - mruknęła i obrała drogę na rezydencję Jullieona Torresa. Dobry początek. Ten zawistny megaloman może być całkiem użyteczny ze swoimi przy długimi przemowami i rozwlekaniem wszystkiego w czasie. Orella będzie miała czas na namysł.
  Satyrka poczekała, aż się kawałek oddali, po czym potruchtała w ślad za nią. Nie truchtała specjalnie cicho, ale też we mgle dźwięk nie niósł się przesadnie głośno. Ale utrzymywała rozsądny dystans za szlachcianką. Musiała się upewnić, że żadne paskudne zaklęcie nie zmiecie jej z obranej drogi. I musiała to zrobić dyskretnie, by nikt nie zorientował się, kim była na prawdę. W każdym razie nie będzie to przyjemny spacerek.

[...]Orella zatrzymała się przed masywnym przewyższeniem, tuż przed parą białych kolumn, na których szczycie widać było parę dumnych, złotych figur, dzierżących elegancki floret i spoglądających z góry na wchodzących. Pierwszy wizerunek Jullieona, który mieli zobaczyć tego dnia i na pewno nie ostatni. Przed nimi białe, marmurowe schody prowadziły w kierunku równie białego, ale uzupełnionego złotem, kompleksu, rozświetlonego wielkimi płonącymi misami.
"Jeśli naprawdę chcesz błagać o litość, nie zapomnij o licznych pochlebstwach i zwrotach pełnych patosu. Jullieon lubi pochlebców. I nie patrz mu w oczy. I nie odzywaj się niepytana. I nie sprzeciwiaj się rozkazom."
  Kobieta rzuciła badawcze spojrzenie satyrce, która położyła po sobie uszy i spuściła wzrok. Lekko zaczęła grzebać kopytkiem w ziemi. 
- Zapamiętam - oświadczyła. Spojrzała w stronę budowli i zacisnęła zęby. Zrobiła pierwszy krok na białych stopniach. A potem było już za późno, żeby się wycofać. Z samego szczytu powolnym i sztywnym krokiem zaczęła iść smukła postać w biało-złotej szacie. Niosła w rękach coś złotego, jednak z tej odległości nie było jeszcze widać, co.
  Orella zrobiła ruch, jakby chciała się cofnąć, jednak za jej plecami pojawiła sie para masywnych postaci. Oboje w złotych napierśnikach. Oboje o perfekcyjnym, atletycznym ciele. I oboje w hełmach, których przyłbicą było lustro. Chcąc nie chcąc, jedyną drogą była droga do przodu. Kobieta jęła wspinać się powoli, mijając kolejne marmurowe kolumny z wizerunkiem tego samego mężczyzny, co na wejściu, przyjmujące coraz to wymyślniejsze pozy. Wszystkie dumne. Wszystkie piękne. Wszystkie patrzące na wchodzącego z góry.
  Gdzieś w połowie, na jednej z szerszych półek, idący od góry mężczyzna stanął wreszcie twarzą w twarz ze szlachcianką. Jego odzienie było nienaganne, jego ciało delikatne i o subtelnej urodzie chłopca, choć ewidentnie musiał być już dorosłym mężczyzną, z racji swojego pokaźnego wzrostu. Jego twarz również zasłaniało lustro, przyczepione do laurowego wieńca, okalającego jego skronie. Złoty kształt, który przybysze już z daleka widzieli w jego dłoniach, był taca, na której leżała złota misa z wodą i biały ręcznik oraz mały flakonik z perfumami.
- Obmyjcie swoje dłonie i fizjonomie, zanim stawicie się przed obliczem Najwspanialszego, Złotego Słońca Swoim Nieskończonym Blaskiem Ogrzewającego Nas Jakże Mizernych, Wielkiego Cesarza Wzgórz Miodem i Mlekiem Płynących, Jullieona Torresa - oznajmił doniosłym, jednostajnym i nieco śpiewnym głosem. Ciche szczęknięcie zbroi za plecami Orelli nie pozostawiało złudzeń co do tego, czy mają jakiś wybór. Kobieta opłukała dłonie i twarz w misce. Woda miała wprost idealną temperaturę, a ręcznik był miękki, ale chłonny. Już chciała się odsunąć, by zrobić miejsce satyrce, gdy sługa zwrócił jej uwagę, na flakonik z perfumą. Nie do końca zadowolona jej również użyła, a następnie patrzyła, jak satyrka doprowadza się do porządku. Cythian'dial miała przez cały czas spuszczony wzrok, była też lekko skulona, a jej ogona poruszał się niespokojnie. To powinno wystarczyć, by udać niepokój. Chwilę po tym, jak arcymag psiknęła w swoją stronę perfumą usłyszała, jak ciało kobiety osuwa się bezwładnie na ziemię. Środki usypiające. Jednak. A po chwili sama pozwoliła sobie odpłynąć do głębszych pokładów świadomości. 

[...] - Jak widzicie Ja, Wielki Jullieon Torres - świadomość Orelli powoli wracała do normy, ale nie podobało jej się specjalnie to, co słyszy - moją niebywałą wpros inteligencją, gracją i, co najważniejsze, niespotykaną mocą magiczną oraz klasą, sprytnie i nad wyraz błyskotliwie wykorzystałem niesnaski i nieporozumienia wśród was, nędzni magikowie, by snuć moją doskonałą intrygę, której geniuszu wasze rozumy nie byłyby w stanie nawet w jednym procencie pojąć. Otóż Ja, właśnie Ja, zwabiłem tą oto tu młodą damę i swoim niebywałym wprost talentem i siłą persfazji wcieliłem w poczet moich niewolników, gdyż moje miłościwe serce i wspaniałomyślność nie pozwoliły mi jej zabić, pomimo jej nędznego wyglądu, i uczyniłem jej zaszczyt stania przy mojej wspaniałej osobie. - Jullieon był w siódmym niebie. Pozostali członkowie spisku patrzyli na niego spode łba, zapewne zastanawiając się, jak by go tu zamordować. Ale układ to układ. Ten, który pierwszy sięgnąłby po broń musiałby zostać zabity przez pozostałych. A nikt nie chciał być tym martwym. - Patrzcie i podziwiajcie, gdyż złapałem ją pomimo niecnego ciosu, jaki jeden z was chciał zadać, umieszczając przy jej boku swojego niewolnika. - Mag uczynił gest ręką i do pomieszczenia wprowadzono satyrkę. Miała worek na twarzy i była ciasno skrępowana. Na jej ciele widać też było ślady po cięciach bicza. Rzucono ją na kolana przed stołem, zwracając uwagę znajdujących się tam spiskowców. Torres podszedł do niego i zdarł z jego głowy worek. - Swojego marnego i niekompetentnego głupca - Cythian'dial miał spuszczony wzrok. Zupełnie się nie poruszał, ale jego myśli powędrowały w stronę Orelli. "Na prawdę wierzyłem, że będziesz miała szansę błagać o litość. Jednak rządza władzy Jullieona była najwyraźniej większa, od chęci napwania się czołgającym się u jego stóp człowiekiem. Trochę szkoda, bo chciałem uczynić z niego przykład dla reszty." - Który nie mógł choć w ułamku mierzyć się z moim geniuszem. Idioty - Myśli Orelli były dość nieskładne, nieco spanikowane, nieco wściekłe. Gdyby nie miała zakneblowanych ust kto wie, co by się z nich posypało? "Jak mówiłem, jestem jedynym sojusznikiem, którego możesz zdobyć w tej niegościnnej krainie. Mogę zaoferować ci dużo. Znacznie więcej, niż mogłoby ci się wydawać. Protekcja mego Pana, znajomość tego miejsca, wsparcie. Odnalezienie twojej córki nie będzie problemem." - który mimo zbliżenia się tak mocno do celu nie zdołał przechylić szali na kożyść swego słabego pana. Ale czegóż można się było - "Wahasz się. Nie ufasz mi. Boisz się. Oni już się tobą zabawili. Jullieon pewnie jeszcze się zabawi. Ale jesteś śmieszna, póki jesteś nową zabawką. A Jullieon nie trzyma zabawek, które mu się znudziły." - spodziewać po tym, który próbował konkurować z prawdziwym i niepowtarzalnym mistrzostwem mojego umysłu? Czegóż można się było spodziewać po słudze i po nędznym magu, swoje szanse na zwycięstwo powierzającemu w ręce sługi? - "Nie ufaj mi. Brak zaufania jest cechą, która sprawia, że jesteś bardziej wartościowa. Zamierzam złożyć ci ofertę. Jedyną alternatywę dla życia niewolnika pod protekcją Jullieona." - Cóż, skoro już się na to poważyłeś, czemu nie odbierzesz swojej własności? Zawiodła i to sromotnie, a ja chętnie zobaczę, jak zostaje ukarana. Brudne zwierzę, nie wiem jak coś takiego można w ogóle trzymać w swoim domu. - "Możesz. Możesz się nie zgodzić. Ale niech poparciem moich słów będzie moje ciało. A nawet nie należę do niego. Jaka oferta? Chcę twojej wierności. Mówiłaś, że przychodzisz błagać o litość. Powiedzmy, że błaganie nie jest walutą, którą ktokolwiek byłby w stanie przyjąć. Ale twoje ciało, twoja dusza i umysł już tak. W zamian? W zamian otrzymasz moc. Ta moc pozwoli ci się stąd wydostać. Ukarać tych, którzy się tobą zabawili i odnaleźć córkę." - Co? Nikt? Nikt się nie chce przyznać? Czyżby teraz obleciał was tchórz?
- Skończ już tę tyradę - przerwał mu jeden z bardziej znudzonych Rezydentów. "Jaką masz wartość dla mnie? Jak zamierzam to zrobić? Dla mnie jesteś bezcenna. Bezcenna, jako zdesperowana matka, szukająca córki. Wyrazista i piękna. O stalowych rysach, o więdnącej urodzie. Twoje koneksje ze szlachtą Merkez. Twoje wykształcenie szlacheckie. Twoje pragnienia, twoja historia. Chcę tego wszystkiego. Dramat i ciepienie mają w sobie finezję." - Myślę, że wszyscy się tutaj zgadzamy, że skoro pojmałeś go w swojej posesji to powinieneś po prostu go zabić.
  Przez zgromadzonych magów przebiegł pomruk aprobaty. Oj ich nerwy były już na skraju wyczerpania. A przecież miał to być dla nich dopiero początek koalicji pod Jullieonem Torresem, megalomanem numer jeden, jeśli tak można powiedzieć.
"Byś mogła zaczerpnąć z mojej mocy zamierzam dokonać transfuzji monotorowej influencyjnej esencji mojego bytu, by przez sprzężenie zwrotne doładować naturalne predyspozycje... Nie, nie będzie problemem ich obecność. Ani to, że jestem związany. Ani to, że ty jeteś związana. Rozmawiamy już jakiś czas i rzaden z nich się nie zorientował."
- Dobrze! Niech więc tak będzie. - Jullieon dobył trzymanego przy boku floretu. "Musisz zaryzykować w którąś stronę." Wycelował go w pierś satyrki. "Twój wybór: w którą." I zamachnął finezyjnie, celując w głowę.
"ZGODA"
Mocna, telepatyczna wiadomość rozbrzmiała w telesferze całej sali. Floret przeleciał przez pustkę, a na twarzy Jullieona wymalowało się zaskoczenie. W tej samej chwili wszystkie lampy w pomieszczeniu pękły, pogrążając je w ciemności. Rozległ się krzyk, który na raz przeszedł w głęboki, gardłowy ryk. Orella czuła się, jakby coś smażyło jej wnętrzności, jakby pożerało ją od środka. Zerwała się z krzesła, do którego jeszcze przed chwilą była przywiązana i chwyciła za pierś. Jej palce zaczęły się przekształcać w srebrzyste szpony, a jej ciało pokrywała łuska. Opadła na kolana, a palące żywym ogniem kończyny przystosowały się do czworonożnej postawy. Jej ciało rozciągało się, aż poczuła, że plecami wbija się w sufit. Gorąc w środku był nie do zniesienia. Zaryczała ponownie i wypluła z siebie jęzory czerwonych płomieni. Nie do końca kontaktując, nie do końca kontrolując siebie ruszyła w przód. Instynkty powoli przejmowały kontrolę. Małe laleczki wrzeszczące, wymachujące w powietrzu patyczkami lub po prostu uciekające budziły w niej wściekłość. Nie wiedziała już nawet czemu. Nie rozumiała. Jej świadomość zasnuła mgła.

[...]"Dobra robota, Orello von Warenhasse" oświadczyl Cythian'dial w swojej zwykłej, karłowatej formie małego demona. Był bez ubrania i jego czarna materia znaczaco odcinała się od otaczającej ich ciemności nocy. Wyglądał dość ludzko, poza tym, że ciało nie miało większości wypustek, a twarz posiadała tylko oczy. Miał też niewielkie różki. Kobieta spróbowała zebrać się z ziemi, zdołała jedynie podnieść się do pozycji siedzącej. Cythian'dial podszedł bliżej i stanął tuż przed nią, mając teraz twarz na wysokości jej twarzy. 
- Co...? - Kobieta była dość zdezorientowana, jednak ta mała postać przerwała jej, kładąc palec na jej ustach. Arcymag wpatrywał się bezwyrazowymi, błękitnymi oczyma w jej twarz. Przeciągnął palcem z jej ust w stronę jej lewego ucha i delikatnie wsunął pod nie.
"Czas dopełnić twoją przysięgę. I moje zobowiązanie. Orella von Warenhasse za Berenikę von Warenhasse. Kobieta, będąca smoczym potomkiem za jej własne potomstwo. Nie bój się. Demony dopełniają swoich paktów." Jego niewielkie paznokcie wbiły się w nasadę jej ucha. "Ja, Cythian'dial, Arcymag Temeni, zobowiązuję się do wypełnienia twojego warunku oraz czynię ciebie, Orello von Warenhasse mi bezwarunkowo posłuszną. Et pactum perfici." Po tych słowach pociągnął, a kobieta wrzasnęła z bólu i chwyciła się za miejsce, w którym jeszcze przez chwilą miała ucho, a teraz spływała z niego krew. Z przerażeniem uniosła wzrok na demona dokładnie w chwili, w której głowa tego rozwarła się nienaturalnie, odłaniając mroczne wnętrze i Cythian'dial wsuwał do środka jej ucho. Szczęka się zacisnęła i stojąca przed nią niewielka postać wykonała szybki ruch ręką. Krew przestała płynąć, ból zelrzał.
"Nie gustuję w rozrywaniu ofiar, jednak muszę przyznać, że zjedzenie ciebie byłoby nad wyraz smaczne." Odwrócił się. "Ros" pobliskie trawy zaszumiały nienaturalnie i wyłonił się z nich z zakłopotanym uśmiechem całkiem przystojny mężczyzna "Zajmij się nią. W końcu to ty jej nie zabiłeś."

KONIEC WĄTKU

wtorek, 15 września 2020

Od Orelli do Cythian'diala

Poradzę sobie sama — odparła Orella, choć w jej głosie nie było cienia przekonania. Poprowadziła klacz dalej, miętosząc lejce w zmarzniętej dłoni. — Niewiele mam już do stracenia — dodała, oczekując, że stworzenie zostanie za nią i zniknie gdzieś we mgle. Ta wydawała się jeszcze gęstsza, jeszcze bielsza i jeszcze bardziej dusząca.
Satyrka opuściła wzrok, choć wydawało się, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Jednak milczała. Orelli zaś zrobiło się głupio.
— Nie mogę ci pomóc. Nie potrafię. Nie mam niczego, co mogłabym ofiarować, byś odnalazła swoją… siostrę. Jestem z daleka, nie znam tych ziem, ani obyczajów ich mieszkańców — rzuciła kobieta, zatrzymując się i spoglądając za siebie przez ramię. — W Temeni na ludzi czeka tylko jedno…
Wreszcie odwróciła wzrok od satyrki. Trudno jej było wyczytać jakiekolwiek emocje z pustych oczu stworzenia. Jeśli jakiekolwiek tam gościły.
— Nie przyszłam walczyć, przyszłam błagać o litość — dopowiedziała Orella, wreszcie bezradnie rozkładając ręce i starając się usprawiedliwić. — Nie…
Wiatr dmuchnął niespodziewanie, przewracając kobietę na bok klaczy. Mara zarżała, zamaszyście wywijając ogonem i zadreptała w miejscu, robiąc krok do tyłu.
Na środku ścieżki pojawił się masywny gad, nie większy od kuny. Orella zrobiła kilka kroków w tył, patrząc na srebrzyste ciało zwierzęcia niemal lśniące na tle czarnej ziemi.
Tak, jak przedstawiony był herb Martelów.
Orella położyła dłoń na rękojeści miecza, zdecydowanie popychając klacz w bok.
Gad zasyczał, przekrzywiając głowę. Żółte oczy wpatrywały się prosto w nią, a małe pazurki żłobiły ziemię. Z paszczy wysunął się czarny język. A potem rozpłynął się w powietrzu.
— Co do… — mruknęła kobieta, zatrzymując się w pół kroku. — Zniknął, po prostu zniknął…
Orella spojrzała na satyrkę, potem znów na miejsce, w którym przed momentem znajdowało się zwierzę. W końcu pokręciła głową i gładząc siodło, westchnęła.
Mgła zgęstniała, nie mogła wsiąść na klacz. Wszystko wskazywało na to, że przed nocą nie uda się jej opuścić doliny. 
(Cythian'dial?)

sobota, 23 lutego 2019

Od Cythian'diala do Orelli

  Jeleń powoli podniosła się z pozycji półsiedzącej, kładąc uszy po sobie. Jej białe oczy uważnie wpatrywały się w czarnowłosą kobietę. I musiała przyznać rację Rosowi - była ona ładna. Jak czarny kwiat róży, z którego część płatków dawno odleciała z wiatrem przeciwności losu, pozostawiając po sobie zaledwie namiastkę tego, czym była kiedyś. Cythian'dial powoli podeszła do granicy cienia, gdzie przystanęła na chwilę, mrużąc oczy, nie przyzwyczajone do blasku. Witki wierzbowe delikatnie muskały jej twarz swoimi listkami.
  Kim jesteś? Nie wyglądasz na Rezydentkę. Delikatny, cichy i melodyczny, telepatyczny głos wniknął do umysłu kobiety, która drgnęła. Jak większość ludzi nie była przyzwyczajona do porozumiewania się z nią telepatycznie.
- Nie jestem nią. Jestem tylko wędrowcem. - Kobieta wyglądała na spiętą. Nic dziwnego, w końcu była na kompletnie nie znanym sobie terytorium. W zapomnianym przez boga kraju. Sama. Co tylko działało na korzyść Cythian'diala. Jeleń przekrzywiła delikatnie głowę.
  Jeśli nie jesteś Rezydentką ryzykownie jest zapuszczać się samotnie w głąb Temeni. Oni sprawią, że znikniesz. Satyrka chwyciła dłońmi wierzbowe gałązki, delikatnie się na nich wieszając, a jej ogon zatańczył, jakby posiadał własną wolę.
- Po prostu pozwól mi przejść. Muszę spróbować. - Orella wyglądała na zdeterminowaną. Jeleń podziwiała jej stalowe rysy, jej ciemną sylwetkę na tle mlecznej mgły. Mogłaby namalować olbrzymi obraz, chwytający cały otaczający tą kobietę krajobraz, jednaj jej drobna, malutka sylwetka ściągałaby na siebie wzrok każdego obserwatora. 
  Co jest tak ważnego, że ryzykujesz swoim bytem? Zapytała jeszcze ciszej. Co prowadzi cię w otchłanie piekielne?
  Cythian znał odpowiedź. Znał je wszystkie. W głowie kobiety kotłował się obraz małej dziewczynki. Jej pulchnych policzków, jej ciemnych włosów, jej wiotkiego ciałka, tak pełnego życia. Słowa Rosa nie były w stanie w pełni wyrazić mocy z jaką ta kobieta pragnęła odzyskać swoje dziecko. Nawet jej ułamka. Była idealnym celem. Zdesperowana. Pogrążona w rozpaczy. A jednak pełna nadziei. Kobieta, która na koniec świata skoczyłaby za swoim potomstwem. Sprawdzi każdą pogłoskę, jeśli będzie trzeba. Wejdzie w paszczę lwa, gdy ten jej powie, że w środku czeka Berenika. Gra miała tylko rozstrzygnąć, którą paszczę wybierze.
- Szukam kogoś...  Czy teraz mnie przepuścisz? - W głosie kobiety nie było strachu. Jednak była ostrożna. Bardzo ostrożna. W krainie, w której wszystko może czyhać na twoje życie to jedyna postawa, która gwarantuje ci... możliwość przeżycia. Dobrze.
  Nie zagradzam ci drogi. Zauważyła Jeleń, nadal pozostając w cieniu. Kobieta spojrzała na nią niepewnie, po czym powoli poprowadziła swojego konia obok wierzby, mijając kryjówkę stworzenia. Cythian'dial podążyła za nią w cieniu, idąc niemal równolegle do boku konia. W absolutnej ciszy, jakby jej kopytka nie stąpały po tym samym gruncie co kopyta konia Orelli. Gdy cień się skończył powoli wychynęła spod wierzby, ukazując się oczom kobiety w pełni okazałości. Która zresztą nie była jakoś specjalnie imponująca. Jak na standardy Temeni Jeleń była wyjątkowo zwyczajną postacią.
  Jeśli kogoś szukasz w Temeni będzie ci potrzebny przewodnik. Satyrka oplotła ramionami swoją pierś, a jej ogon nieco nerwowo kołysał się na nogi. Nie patrzyła w kierunku kobiety. Jej wzrok był spuszczony. Ja również kogoś szukałam... siostry. Być może będziemy w stanie pomóc sobie nawzajem?
(Orella? Wreszcie. To było ciężkie i do ostatniej linijki nie wiedziała, jak chcę to rozegrać. Ale cóż, pozostawiam inicjatywę i Jeleń w twoich rękach^^ Powodzenia~)

niedziela, 10 lutego 2019

Od Orelli do Cythian'diala

Temeni. 

Ostatnie miejsce, do którego powinien zaglądać człowiek. Ostatnie, do którego powinna jechać samotna kobieta pozbawiona jakichkolwiek mocy, protekcji maga, sama wraz ze swoją nadzieją. Do zapomnianego przez bogów kraju na końcu świata.

Podróżowała trzeci miesiąc, aby wreszcie sięgnąć granic Khayru. Gdy Orella zaskoczyła z Mary, jej buty zatonęły w błocie spływającym z gór, a widok był więcej, niż ponury. Kobieta wyjęła z sakwy pognieciona mapę i rozprostowała na siodle, patrząc przed siebie. Świstek papieru nie mówił wiele, zaznaczał tylko dolinę leżącą za wzniesieniem, najbliższe przejście prowadzące do Temeni.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Od Cythian'diala do Orelli


  - To cię zaciekawi – Ros podniósł butelkę whisky ze stołu i nalał do zawczasu przygotowanej szklanki, w której olbrzymia bryła lodu parowała powoli w niezbyt zresztą ciepłym powietrzu niewielkiego gabinetu, zawierającego w swoim wnętrzu jedynie: jeden regał z książkami, pełniący również funkcję ściany, którego półki uginały się wprost od opasłych dzieł, oznaczonych przedziwnymi runami i otoczonych aurą tajemnicy, starości, a czasem nawet możliwości, bo jak wiadomo przy pomocy magii można pozyskać dzieła, które nie zostały napisane z różnych przyczyn, a których istnienie byłoby bardzo pożądane dla niektórych; jedno biurko ustawione przodem do drzwi tak, że żaden wchodzący nie mógł umknąć uwadze rezydującej na nim osobie; jeden stolik na krótkich acz eleganckich nóżkach z ciemnego drewna, rzeźbionego na kształt nóg piekielnego ogara z długimi, zakrzywionymi pazurami; jedną kanapę, obitą gustowną, brązową skórą oraz jeden fotel w tym samym stylu, okalające stolik jedynie z dwóch stron tak, że potencjalni goście mieli widok na biblioteczkę i ewentualną osobę przy niej stojącą; jeden kandelabr, ustawiony w najdalszym rogu pokoju będący również jedynym źródłem światła, który tylko w niewielkim stopniu rozpraszał panującą w pomieszczeniu ciemność, jakby blask w jakiejkolwiek postaci nie był mile widziany przez rezydenta; jedno lustro, pełniące funkcję drugiej ściany i odbijacie mistyczny regał w swojej gładkiej tafli bez żadnej skazy oraz sprawiające, że przebywający w pokoju doświadczali na raz poczucia klaustrofobii i agrogobii; oraz, z niewiadomych przyczyn, jednego pluszowego misia, którego biała główka opadała smętnie, jakby już dawno pogodził się ze swoim losem.
  Co takiego? Mała postać, stojąca przy regale i powoli przeglądająca jakby od niechcenia jedną z pozycji właśnie z niego zdjętą wyglądała na niezainteresowaną rozmówcą. Cythian’dial rzadko wyglądał na zainteresowanego rozmówcą. Być może było tak dlatego, że zwykle zdążał trzy razy przesądować jego umysł, nim ten w ogóle otworzył usta. Co prawda z Rosem sprawa wyglądała inaczej. Władca Temeni posłał mu przelotne spojrzenie. Wysoki, barczysty mężczyzna jakich widuje się wielu w karczmach, gdzie wypijają kufel za kuflem, by potem podrywać kelnereczki i czarować swoim urokiem osobistym, niechlujnie przystrzyżonymi włosami i urokiem atletycznego łobuza. Jedynym co go odróżniało od tych ludzi były oplatające go pasożytnicze ciernie, powoli rozkładające jego ciało i poruszające się po nim powoli, niczym węże po swojej ofierze. No i oczy – czyste białka, bez chociażby śladu tęczówek czy źrenic. Całkiem paskudna klątwa dla takiej osoby, jaką Ros zwykł być. Jednak gdyby nie ona to kto wie, czy mężczyzna dalej obracałby się w towarzystwie żywych. Arcymaga nużyli zwykli ludzie, a gdy był znużony wprowadzał do systemu impuls, który miał poprawić mu nastrój.
- Nie młoda laska, egzotyczna piękność właśnie przekroczyła granice – powiedział, uśmiechając się zaczepnie. Nie wielu mówiło zaczepnie do Cythian’diala. W tym również Ros był wyjątkiem. Przy tym, co ciekawe, ani jedna myśl nie zmąciła jego mózgu. Ros nie potrzebował czegoś takiego jak myśli. Byłoby to tylko marnotrawstwo czasu, bo i tak zawsze wszystko ostatecznie wypływało przez jego usta. – Samotność i determinacja – to jedyni jej towarzysze. Prze poprzez teren nieprzyjaciela z jednym tylko pragnieniem. Jednym, jedynym celem – tu zrobił dramatyczną pauzę – by odnaleźć swoją córkę.
  To historia jakich wiele. Ufam, że się jej pozbyłeś.
- Nie, nie! Nie mógłbym przecież tego zrobić. – Ros rozłożył bezradnie ręce. – Nie mam w zwyczaju zabijać dam.
  To poślę kogoś innego.
- Nie znasz się na żartach, Cyth. – Jednym haustem wypił całą szklankę whisky tylko po to, by nalać sobie kolejną. – Taka błahostka by mi nie przeszkodziła. – Machnął lekceważąco ręką. – Chodzi o co innego. I to jest sedno tej sprawy. Jak zawsze Oni są w to zamieszani.
  To zrób z nimi porządek. Masz stosowne uprawnienia. zauważył Arcymag, bez zainteresowania przerzucając kolejną stronę w księdze. Gdybym się przejmował każdym drobnym spiskiem z ich udziałem nie starczyłoby mi czasu na naukę.
- I tak wiem, że to robisz. – Ros wyszczerzył się w nieco agresywnym uśmiechu, a ciernie na jego ciele poruszyły się trochę bardziej nerwowo, niż zazwyczaj. – Relaks. Ten jest naprawdę ciekawy. I bierze w nim udział 13 magów. Tego nie można nazwać „drobnym spiskiem” – mówiąc to wykonał w powietrzu cudzysłów.
  Cythian’dial pozostawał nieruchomy, jakby zaczytując informacje ze strony, którą miał przed swoją twarzą. Ros jednak wiedział dokładnie, kiedy władca naprawdę czytał, a kiedy tylko udawał, że to robi. Tak, spisek z trzynastu magów to było coś. Ci starzy ekscentryczni egocentrycy zwykle nie potrafili zgodzić się co do tego jaki kolor widnieje w herbie Temeni, więc co tu mówić o unii trzynastu magów, zgadzających się w czymkolwiek.
- Postawili zakład, a stawką jest twoje życie. Dosłownie, wychodzi na to, że chcą cię obalić, tylko nie potrafią się zgodzić, kto ma dowodzić. – Mężczyzna ponownie rozłożył ręce w geście rezygnacji. – Jak już oni na coś wpadną to musi zawierać jakąś elementarną głupotę. Ale co mieli zrobić? Przecież jakby się powybijali to z rebelii nici. Zabawna sprawa, nie? – Ros opróżnił kolejną szklankę trunku i ponownie ją napełnił. Uniósł i pomieszał, delikatnie dzwoniąc lodem, którego zaczynało robić się coraz mniej.
- Nie zapytasz o co dokładnie chodzi? Nie ciekawi cię to, Cythi? – dopytywał zadziornie. – A może boisz się o swoje dupsko, co? Trzynastu magów to w końcu nie byle co. Z trzynastoma magami można zwojować świat.
  Rozumiem. Dziecięcy głos Arcymaga brzmiał niezmiennie bez wyrazu w głowie Rosa. Demon przewrócił stronę w książce, a jego gość przewrócił oczyma.
- Podsunęli jej córkę jako przynętę – wyjaśnił, a zaraz potem sam sobie zaprzeczył. – Znaczy nie, nie jej córkę. Diabli wiedzą, gdzie ta mała jest. Knif polega na tym, że nie mają tej córki. W każdym razie każdy z nich udaje, że ją ma. I ma przekonać tamtą laskę, żeby nabrała się właśnie na jego podstęp! Durne jak diabli, ale oni uznali to za bardzo zabawne i godne ich intelektów. Nie oceniam! – Uniósł ręce w obronnym geście. -  Ja jestem tylko debilem który któregoś dnia powiesi się na własnych cierniach. Jednak założę się, że jest mnóstwo mniej rzucających się w oczy sposobów na wybór wodza. Chyba że jeśli się wyda chcą powiedzieć „Ej, ale naszym celem nie była wcale jakaś głupia elekcja. Robiliśmy tylko zakłady w ramach rozsądnej, towarzyskiej gry. Nie możesz nam tego zabrnić!” czy coś takiego. Prawo wolności, ach, jakże cudowne i jakże uporczywe.
  Nie sądzę, by coś takiego mnie powstrzymało. Zauważył Cythian’dial, nie czytając już praktycznie swojej książki.
- Nie, nie, oczywiście, że nie. Ale oni twierdzą inaczej. – Ros zamilkł na chwilę. Chyba wierzą w de-mo-kra-cję.
  Ostatnie słowo sprawiło mu wyraźną trudność w wymowie. I zdziwiło Cythian’diala. To słowo zdecydowanie nie powinno się pojawić w ustach kogoś urodzonego w obecnie panującym wieku. Szczególnie jeśli chodziło o osobę tak stroniącą od książek, jak to robił Ros. Arcymag zrozumiał jak poważna jest sytuacja. Demokracja była pięknym ideałem, który jednakowoż nie sprawdziłby się w Temeni. Po pierwsze na przykład dlatego, że jakkolwiek demokratycznie wybrany władca zostałby szybko tyranem, jeśli chciałby zachować swoje stanowisko dłużej, niż kilka dni. W pracy z silnymi charakterami, jak te, które posiadali magowie nie można było sobie pozwolić na dyskusje, referenda i wybory. Oni po prostu nie nadawali się do czegoś takiego. Już sam ich zakład dotyczący tamtej kobiety był na to najlepszym przykładem. Spod maski demona wyleciało ciche westchnięcie. Cythian’dial rzadko wzdychał. Zasadniczo oddychanie nie było mu potrzebne do życia. Było jednak bardzo użyteczne w niektórych sytuacjach. Na przykład teraz, gdy chciał dać do zrozumienia mężczyźnie, że już wystarczy i powinien się zbierać. Co zasadniczo w wypadku tego osobnika było nieskuteczne, gdyż cokolwiek bardziej subtelnego, niż podniesiony głos rzadko odnosiło zamierzony skutek.
- Też tak uważam – potwierdził Ros. – No nic, jeśli chcesz to oczywiście się tym zajmę. Usunę laskę, raz czy dwa grzmotnę kijem starych zboków i będzie spokój. Nikt nawet się nie zorientuje…
  Wróć do swoich obowiązków. Rozkazał Arcymag, przerywając kolejny monolog mężczyzny. Kobieta od teraz należy do moich problemów. Przekaż to pozostałym. I przypomnij co się stało z Terramerielem. Czy to wszystko?
  Ros wypił ostatnią szklankę whisky i odłożył ją na stolik z cichym brzęknięciem.
- Nie, to chyba wszystko. Reszta jest mniej interesująca. – Wstał i rozciągnął się. Nie wyglądał nawet na lekko podchmielonego. Klątwa miała też swoje dobre strony. – Wpadnę znowu, gdy będę miał chwilę. Trzymaj się staruszku.
  Cythian’dial nie odpowiedział. Nie odprowadził nawet mężczyzny wzrokiem do drzwi, gdy ten wychodził.
Roz opuścił pomieszczenie jak zwykle pozostając w jednym kawałku. Było to swego rodzaju osiągnięcie, gdyż nie wszystkim się to udawało. Szczególnie tym, którzy odzywali się w ten sposób do władcy Temeni. Ros był jednak inny. Był inny od nich wszystkich. Był w końcu jedynym przyjacielem Arcymaga.
  Mały ludzik odłożył powoli książkę na półkę. Przez chwilę trzymał jeszcze dłoń na jej grzbiecie, po czym odwrócił się do lustra, które niezmiennie pokazywało karzełka odzianego w wiele warstw czarnego materiału oraz białą maskę bez wyrazu. Był charakterystyczny. Każdy w całym Temeni był w stanie rozpoznać tę sylwetkę. Dla większości była to w końcu kwestia życia lub śmierci. Pozostali zaś byli samobójcami, którzy już dawno pogodzili się ze swoim losem. Niewielka postać ściągnęła ubrania i przekształciła się w przeciętnej wielkości humanoida o jelenich kopytkach oraz parze długich rogów i odstających uszu. Gdy patrzył na Nivil w lustrze odnosił czasem wrażenie, że są oddzielnymi bytami, że mógłby z nią porozmawiać jak wtedy, gdy uratowała mu życie, jednak zaraz po tym racjonalna część Jelenia przypominała jej delikatnie, że to niemożliwe. Cythian’dial poczuła się nagle bardzo samotnie. Oplotła swoje nagie ciało ramionami i wbiła w nie mocno palce. Miała ochotę się rozpłakać, jednak nie było na to czasu. Dobrze pamiętała, co zamierza zrobić i to trochę podnosiło ją na duchu. W końcu w jej uprzejmej, empatycznej naturze głęboko zakorzeniona była pomoc bliźnim. Nie była tylko pewna jak to zamierza zrobić. Trochę bała się tego spotkania. A co jak tamta jej nie polubi? Odrzuciła to  na razie na bok. Teraz trzeba się ubrać, potem – poprosić kogoś by ją przeniósł. A potem… a potem zaczną się schody.

[…]Ros siedział oparty o skałę z wyrazem samozadowolenia na twarzy. Czarnowłosa kobieta, której piękność już dawno zaczynała przekwitać, co jednak tylko bardziej podniecało mężczyznę, powoli jechała na swoim rumaku wśród mgły. Krajobraz nie był zachęcający. Górzysty, poszarpany, martwy. Ludzie zawsze czują się nieswojo wkraczając do Temeni. Szczególnie, gdy są samotną kobietą, która zapewne wiele słyszała o tym ekscentrycznym miejscu. Ciekaw był, co Cythian zamierza teraz zrobić. I nie zamierzał tego przegapić.
  Stukot kopyt na kamieniu raptownie umilkł. Mężczyzna wypuścił jedno ze swoich cierni za głaz i jął lustrować okolice zmysłem rośliny. Na środku ścieżki coś leżało, a gdy się temu przyjrzał prawie parsknął śmiechem. Drobna satyrka, wyglądająca na zagubioną i przerażoną próbowała się podnieść i uciec, jednak najwyraźniej była ciężko ranna, bo zaraz upadła.
  Mam bardzo ciekawy eksperyment, który muszę przeprowadzić. Sądzę, że mógłbyś być chętny, by mi w nim pomóc Ros, skoro masz za dużo czasu.
- Ajjj - mruknął do siebie i podrapał się po miejscu, w który powinno być jego lewe ucho. - Zabawopsuj.
  I po chwili zniknął we mgle.
(Orellio? Taki tam wstęp xd Ale dawno nie pisałam Cythem i musiałam się rozpędzić. W sumie istotne są tylko dialogi, wiec resztę możesz pominąć xd)