Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oddam diabła w dobre ręce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oddam diabła w dobre ręce. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2018

Od Ishi do Marco

Uniosłam pełny pytań wzrok na mężczyznę, który z nieukrywaną desperacją starał się zniwelować możliwość jakiegokolwiek kontaktu między mną, a jego rodzicielem. Cała sytuacja i tak mnie dostatecznie, wewnętrznie przerażała, a co dopiero... 
- Panie Marco, proszę się opanować... - powiedziałam cicho, przecierając jednocześnie powieki. - Nie potrzebne są nam awantury na dzień do- - urwałam w momencie, gdy w trakcie wypowiadania tych słów zaczęłam świdrować ciemnowłosego wzrokiem. W oczy momentalnie rzucił mi się opłakany stan ubrania oraz masa plam na całej jego powierzchni. Zacisnęłam mocniej dłonie na pościeli, mrużąc jednocześnie podejrzliwie oczy. - Racja... Chyba, że ktoś jest już na nogach od paru godzin - mruknęłam pod nosem, posyłając stojącemu nade mną wymowne spojrzenie.
- To nie czas na podobne rozmowy - odparł prosto, spoglądając na mnie kątem oka. Widocznie przeszkadzała mu obecność swojego rodziciela, który z delikatnym, przesiąkniętym swego rodzaju trucizną uśmiechem, przyglądał się naszej wymianie zdań. Powstrzymałam się od jakiegokolwiek komentarza, przenosząc tym samym wzrok na drugiego osobnika odmiennej płci, który wciąż milczał. 
- Przepraszam za zbycie, również mi miło - skinęłam na niego delikatnie głową, przy tym odgarniając od siebie pościel oraz podnosząc się na równe nogi. Poprawiłam nieco swoją przydużą, ciemną koszulę nocną. - Co pana tutaj sprowadza? - podpytałam, zachowując jednocześnie neutralny wyraz twarzy. 
- Plotki o grasującej w okolicy demonicy, nadzwyczaj szybko się roznoszą... Z kolei swego potomka, czy też jego rzeczy, jestem w stanie bezproblemowo zlokalizować - wytłumaczył się bardzo ogólnie, pozostawiając kąciki swych ust delikatnie uniesione. Odwzajemniłam nieco drobniej gest.
- Przepraszam na ten moment panów. Pójdę się ubrać - powiedziałam, zbywając tym samym odpowiedź mężczyzny, którą wolałam na spokojnie, w samotności przeanalizować. Dorwałam do siebie jedynie bieliznę, białą nić oraz szarawą sukienkę z nielicznymi falbankami. Był to najprostszy i najszybszy do ubrania strój jaki posiadałam w całej swojej podróżnej "garderobie", ze względu na konieczność jedynie zapięcia trzech guzików pod szyją. Nie wliczając już nawet zawiązania drobnej kokardki, czy owinięcia sobie broni w postaci podległego mi kunsztu drutu. Gotowa byłam po niespełna pięciu minutach, z poukładanymi myślami oraz nieco bardziej rozbudzoną twarzą. Wyszłam z pomieszczenia, wprost do przesiąkniętego ciszą i mrokiem pokoju... Ta dwójka, chyba naprawdę siebie nie trawi. Odłożyłam koszulę nocną na swoje miejsce, zbliżając się przy tym do swego towarzysza.
- Mam nadzieję, że nie zapomniał pan o zapłacie starowince, w postaci pomocy domowej? - uniosłam wzrok na mężczyznę, przy tym uśmiechając się delikatnie. Dopóki nowo poznany nie zachowuje się w stosunku do mnie, czy też pana Marco agresywnie, pozostaje mi jedynie mieć się na baczności - przynajmniej coś takiego wywnioskowałam, przez te parę minut spędzonych w łazience.
- Jasne, wypadałoby się za to wziąć... - powiedział pod nosem i choć jego spojrzenie zostało skierowane na mnie, wciąż widocznie skupiał się na swym ojcu.
- Lecz przed tym, proszę iść się umyć i przebrać - wypaliłam prosto, uśmiechając się złośliwie na swój sposób. - Nie może pan paradować w takim stroju. Przynajmniej w moim towarzystwie - dodałam własnym zdaniem słusznie.
- Nie ma takiej opcji - urwał niemalże w momencie, piorunując mnie przy tym wzrokiem. - Nie mogę zostawić cię z nim samej, choćbym był w o wiele gorszym stanie - podsumował stanowczo.
- Natomiast ja, nie mam zamiaru tłumaczyć starowince twego stanu, czy tym bardziej, wchodzić z panem do łazienki... - burknęłam cicho, marszcząc niezadowolona brwi. - Zachowuje się pan jak nadopiekuńczy rodzic, choć jestem już prawie pełnoletnia. Proszę się nie martwić, przecież nic mi nie będzie - podsumowałam zwięźle, zapewniając przy tym mężczyznę nieco cieplejszym uśmiechem.
- Nie podoba mi się to wszystko... - odwrócił wzrok nieco w bok. - Przepraszam na trzy minuty, gdyby cokolwiek się... -
- Panie Marco, prysznic czeka. - wywróciłam oczami, kierując się wprost do postawionego tuż obok łóżka krzesełka. Przysiadłam na nim spokojnie, zakładając jednocześnie nogę na nogę. - Będę tęsknić, żegnaj. - palnęłam żartobliwie, dostrzegając wymalowany na jego twarzy frasunek. Westchnął cicho, biorąc do rąk swoje ciuchy, by po chwili zniknąć za drzwiami. Odetchnęłam z ulgą, mimowolnie uśmiechając się do siebie. Wewnętrznie już porzucałam nadzieję, że jakkolwiek uda mi się go zagonić do wzięcia prysznica i pseudo pozostawienia mnie na "pastwę losu". Zgryzotą dla pana Marco widocznie jest sam fakt oddychania osobnika, jakim jest jego rodziciel. Zupełne przeciwieństwo, w porównaniu do mojego stosunku do ojca...
- Zadziwiające... - wtrącił mi w myśli obecny wciąż w tym pokoju, pan Sarlic. - Bardzo ceni się panienkę wśród najemników, podczas gdy z trzeciej osoby, zdajesz się być najzwyklejszą przedstawicielką płci pięknej - zauważył słusznie mężczyzna, na co początkowo odpowiedziałam mu cichym śmiechem. 
- Nie są mi znane ich szczegółowe intencje, lecz podobno, stanowię spore zagrożenie. Jako przedstawicielka wiadomej rasy - dodałam, dobrze wiedząc o jego świadomości w kwestii bytu gatunkowego mojej osoby. Choć nasza odmiana nie idzie w parze, obie rasy mają świadomość o obecności przedstawiciela swego rodzaju antagonisty. Tym bardziej, jeśli mowa o samych bogach śmierci, posiadających wiedzę niemalże o każdej jednostce. - Niestety lub stety, nie gustuję w duszach ludzkich - dodałam jedynie, uśmiechając się przy tym.
- Nie są one potrzebne podobnym istotom do ciebie, by regulować funkcje życiowe? -
- Nie czuję podobnych potrzeb. - wzruszyłam ramionami, uśmiechając się przy tym.
Sarlic już otwierał usta by coś powiedzieć, gdy wtem w pomieszczeniu na powrót znalazł się Marco. Podniosłam się szybko z krzesła, podchodząc szybko do ciemnowłosego. Wzięłam sobie go momentalnie pod rękę, unosząc wzrok do góry.
- Chodźmy już, panie nadopiekuńczy! -
<Panie Marco? :3 >

piątek, 25 maja 2018

Od Marco do Ishi

Zaśmiałem się cichutko pod nosem, słysząc słowa dziewczyny. Kopie w nocy, tak? To zobaczymy, kto kogo pierwszego z łóżka zrzuci. Takie małe zawody, które prawdopodobnie zakończą się obrażeniami któregoś z nas. Z tego powodu, ułożyłem się u boku Ishi, zamknąłem ją w swych ramionach i, nie zważając na protesty, wtuliłem nos we włosy panienki.
— Spać mi tam, ale już. — rozkazałem niezbyt pasującym do tego, ciepłym, wręcz ojcowskim tonem. Brunetka westchnęła cicho, lecz mimo wszystko, przerwała batalię o uwolnienie się z koca i moich ramion, aby z czasem usnąć. Przez pewien czas głaskałem włosy Ishi i pilnowałem jej spokojnego snu, jednak szybko przegrałem walkę z sennością i, wyczerpany dniem, również poddałem się ukojeniu. Nareszcie mogłem odpocząć, zrelaksować się, nacieszyć miękką pościelą. Nawet, ku mojemu zadowoleniu, nie miałem żadnych snów czy koszmarów.
Jednak, jak to zawsze bywa, sielanka nie trwała długo.
Irytujące pieczenie w gardle, niezwykle wyczulone zmysły i dudniące w uszach bicie serca dziewczyny. Otworzyłem szeroko oczy, swoim oddechem podrywając włosy brunetki z jej karku. Zamrugałem kilkukrotnie, przeniosłem wzrok na powoli poruszającą się żyłę na szyi, transportującą litry krwi. Poczułem, jak zęby stają się ostrzejsze, a wszystkie moje myśli zaczynają krążyć wokół potwornego głodu. Zacisnąłem dłonie w pięści, poderwałem się z łóżka i oparłem o chłodną ścianę. Dlaczego w ogóle przez myśl mi przeszło, że mógłbym zjeść Ishi?
Rozejrzałem się wokół, szukając drogi wyjścia. Jakiejkolwiek. Drzwiami przecież nie wyjdę, bo obudzę starowinkę. Dach czy komin nie wchodzi w grę. Nie mam zamiaru spaść z wysokości czy bawić się w grubego ulubieńca dzieci. Podszedłem więc do okna, jak najciszej byłem w stanie otworzyłem je i stanąłem na parapecie. Nim zszedłem po ścianie na dół, posłałem długie spojrzenie Ishi. Nie powinienem zostawiać jej samej, więc zmusiłem ducha do stania  na straży, licząc, że tym razem nie uniesie się honorem i nie zniknie przy pierwszej okazji. Istoty tego pokroju bywają niezwykle krnąbrne.
Chwilę zbierałem się w sobie, aby w końcu ruszyć się z miejsca. Kiedy to jednak zrobiłem, poczułem specyficzną radość na sercu, że ocalę dziewczynę przed potworem. Przed samym sobą. Naszły mnie wątpliwości, czy ta cała podróż jest bezpieczna. Patrząc na to zarówno przez pryzmat drogowych opryszków, myśliwych, złodziejaszków, jak i naszych zdolności. Bo w końcu, nie bez powodu zwykło się mówić, że demony i bogowie nie idą ze sobą w parze.
Zacząłem przedzierać się przez pobliskie pole, gdyż na horyzoncie ujrzałem dom. Wyglądał na równie samotny jak chatka staruszki, co dawało szansę na porządny posiłek bez większego problemu ze strony strażników. Sytuacja, w której każdy wygrywa, no, nie licząc ofiary.
Zgrabnie przeskoczyłem nad zniszczonym, kamiennym murkiem, który otaczał pole i oddzielał go od gospodarstwa. Zerknąłem na swoje stopy, pokryte błotem i zszargane ubranie. Tak, powinienem przebrać się, nim wyruszyłem na tę eskapadę. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Czy coś takiego.
Śpiący pies leniwie podniósł głowę, szczeknął słabo i zamerdał ogonem. Patrząc na to, że jego miska była pusta, też by mi się nie chciało bronić czegokolwiek. Wszystko idzie zgodnie z planem.
Podszedłem do okna i zajrzałem do środka. Ujrzałem wnętrze sypialni, gdzie jakaś para spała na łóżku. Między nimi znajdowało się niemowlę. Przepraszając w duchu za swoje czyny, wkradłem się do środka, wcześniej ukrywając twarz w cienistej szacie, po czym rozpocząłem ucztę.
***
Zbliżając się do naszego tymczasowego noclegu, na wszelkie sposoby próbowałem zmyć z twarzy i rąk krew. Nie chciałem myśleć dłużej, niż to konieczne o mordzie na niewinnej rodzinie. Chciałem wrócić do Ishi, upewnić się, że nic jej nie jest. Z tego powodu, połączyłem się mentalnie z duchowym strażnikiem i spytałem o raport. Nie otrzymałem go jednak. Zaniepokoiło mnie to do tego stopnia, że przyspieszyłem, momentami nawet biegnąc, aby dostać się jak najszybciej do pokoju. Nie patrząc na to, co mogą inni pomyśleć, wykonałem długi skok na parapet, chwytając się go dłońmi, a następnie wciągając się do środka.
Podniosłem się z podłogi, zacząłem przywoływać kosę, kiedy ujrzałem Sarlica. Pochylał się nad dziewczyną, długimi, szarymi palcami odgarniając kosmyki z jej twarzy. Czyli nie dość, że się tutaj pojawił, to w dodatku był w tej okropnej, nieludzkiej postaci. Krew zagotowała mi się w żyłach.
— Co ty do cholery robisz? — syknąłem, podchodząc do ojca i chwytając go za materiał płaszcza. Chciałem odciągnać go od nastolatki, lecz jedyne, co zdołałem zrobić, to zdenerwować boga.
— Co robię? Patrzę na moją wnuczkę. Chyba mogę. — Sarlic zmierzył mnie długo wzrokiem tymi swoimi szkarłatnymi oczyma, po czym przeniósł spojrzenie na budzącą się Ishi. Kiedy dziewczyna podniosła powieki, momentalnie przybrał "normalny" kształt. Tak więc, zamiast boga śmierci, brunetka stanęła twarzą w twarz z dorosłym, nawet przystojnym mężczyzną. Przez umysł przebiegła mi myśl, że rzeczywiście wyglądamy jak upiorna rodzina.
— Witaj, Ishi — Bóg obdarzył rozbudzoną panienkę szerokim uśmiechem. — Nazywam się Sarlic. Miło mi nareszcie cię poznać.
— Nawet nie próbuj jej dotykać, bo ci ręce urwę — Stanąłem pomiędzy nimi, aby w razie czego chronić sobą Ishi.

< Panienko Ishi? Przepraszam, że krótkie ~ >

środa, 2 maja 2018

Od Ishi do Marco

Westchnęłam cicho, przyglądając się ziemi widocznie zmieszana. Na tym świecie panuje istna plaga, chytrych osób wymagających czegoś w zamian, za użyczenie siebie w jakikolwiek sposób. Nic dziwnego, że w przypadku poszukiwań Dantego, będziemy musieli mieć z podobnymi do czynienia. W całej wypowiedzi mężczyzny, najbardziej nie podobała mi się kwestia związana z jego "udziałem". Ponowne użyczenie swego majątku, w rzeczywistości całkowicie na mój zysk, dosłownie nie pozwalało memu sumieniu siedzieć cicho. Zmarszczyłam brwi, jednocześnie delikatnie mrużąc oczy. Zwróciłam wzrok ku ciemnowłosemu, który aktualnie jechał czymś na wzór kłusa.
- Zamęczę się psychicznie, z poczuciem winy i bezradności, przez Pana pomoc... - powiedziałam całkiem cichym pół-mrukiem, którego następstwem było głośniejsze westchnięcie. - Lecz jeśli chodzi o dodatkowe środki zapłaty... Zaoferuję mu coś od siebie. - dodałam, gdy do głowy wpadł mi pewien plan, trochę podobny do akcji z wypożyczeniem koni. Gdybym tym razem zmieniła historię, bardziej skupiając się na swej - po części -, wyimaginowanej zemście na ów człowieku, za udział w morderstwie mego rodziciela. Jestem w stanie odrobinę podkoloryzować zarówno prawdę, jak i kłamstwo, złączone w jak najspójniejszą całość. Słabi, czy zwyczajnie, mniej zamożni, muszą radzić sobie w najrozmaitsze sposoby, by przeżyć, osiągać swe cele oraz po prostu - żyć. Nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu należę do tej grupy, z czego jedynie można gdybać nad mymi szczerymi intencjami, jak i nieco chytrych chwytach. Gdy tak teraz nad tym myślę, zaczynam stopniowo dochodzić do wniosku, że czego bym nie zmieniła - jestem prawie identyczna, w porównaniu z przykładowym, znajomkiem Pana Marco. Życie opieram głównie na ślepych trafach, nie rzadko - kłamstwach oraz oszustwach. Przy tym na własny zysk, rzecz jasna. Aż dziwne, że to społeczeństwo nie zdążyło się wyżreć od środka... Populacja, której przedstawiciele, przynajmniej jednej osobie, kiedykolwiek życzyli źle. Może taka właśnie jest natura ludzka. Trochę nie podoba mi się fakt, mojego, ostatecznego złączenia się z ów osobnikami. Bo jakby na to nie spojrzeć - stuprocentowym demonem, nigdy nie byłam, nie jestem i raczej nie będę.
Nawet nie zauważyłam, gdy te wszystkie przemyślenia, całkowicie zamordowały płynący wokół mnie czas. Również wokół, zakamarki natury zaczęła płynnie pochłaniać nocna otchłań. Zadziwiające, jak istota myśląca, może tak długo i generalnie - bezsensownie, skupić się na swych gdybaniach, wątpliwościach, czy zwykłych troskach. Trochę... Idiotyczne.
- Panie Marco, ile drogi do celu nam jeszcze zostało? - podpytałam w pewnym momencie, spoglądając na mężczyznę.
- Niestety panienko, na tyle dużo, że zmuszeni jesteśmy gdzieś się zatrzymać. Podróżowanie w nocy, szczególnie, w tych okolicach... Z tego co mi wiadomo, jest bardzo ryzykowne. - odpowiedział całkiem wyczerpująco, co jednoznacznie mówiło o postoju. Ziewnęłam głośno, na samą myśl o spaniu.
Po kilkunastu minutach, gdy okolica wsi przez którą dane nam było przejeżdżać, została praktycznie zupełnie spowita pół-mrokiem, rozpoczęliśmy swe poszukiwania jakiejś noclegowni, czy też zwykłej gospody. Z początku, drzwi były zatrzaskiwane przed czubkami naszych nosów. Szczerze, spodziewałam się podobnych reakcji, podobnie z resztą jak Pan Marco, lecz odważnie, odwiedzaliśmy kolejne domy. W swe progi, pod warunkiem porannej pomocy przy gospodarstwie, przyjęła nas starowinka imieniem Elizabeth. Wdowa, z tego co udało mi się wywnioskować, mieszkała samotnie w domku, typowo rodzinnym. Bardzo stary pokój dla dzieci, trochę zakurzone meble, mówiły same za siebie... Aż mi się trochę żal staruszki zrobiło. Zostaliśmy zaproszeni w progi pokoju gościnnego, z jednym, małżeńskim łóżkiem oraz średniej większości szafą. Gospodyni, objaśniła nam, że niegdyś ów pomieszczenie było zajmowane przez jej syna i synową, lecz ostatecznie relacje pomiędzy nimi szlag trafił i wszystko poszło w swoje strony. Generalnie, zostaliśmy obdarzeni masą historyjek, ciekawostek i żarcików, które o dziwo - jakby odrobinę mnie... Rozluźniły? Chyba tak mogę nazwać to uczucie. Zapomniałam całkowicie o wszelkich troskach, czy sprawach koniecznych do załatwienia. W pewnym sensie - odpłynęłam. Hah, chyba takie bywają uroki, przybywania roczników, o znacznej różnicy wiekowej.
- Aż nie mogę uwierzyć, że w drodze tutaj, byłam w stanie wrzucić wszystkich, nawet siebie do jednego worka... - wzruszyłam delikatnie ramionami, zamykając za nami drzwi, od użyczonej nam sypialni.
- Poszczęściło się nam, że trafiliśmy na samotną staruszkę, opuszczoną przez bliskich. - stwierdził zgodnie z nieukrywaną prawdą, której chyba nie szło kwestionować. - Choć ona sama, farta w życiu widocznie nie miała. - dodał jedynie, wyciągając ze swej torby, nieco cieńsze ubranie do spania. Postąpiłam podobnie, również w pierwszej kolejności udając się do łazienki. Oporządzenie się, zajęło mi niespełna dziesięć minut, po których minięciu pojawiłam się na powrót w pokoju. Mężczyzna zajmował się nadal swymi rzeczami, jakby uporczywie czegoś szukając. Zainteresowana, zbliżyłam się do ciemnowłosego, zza jego ramienia obserwując, jak przegrzebuje dotychczas poukładane na swych miejscach rzeczy.
- Coś się stało? - przechyliłam pytająco głowę, zadając krótkie pytanie. Pan Marco, jakby odrobinę mnie ignorując, sięgnął samego dnia torby. Wtem na jego usta wpłynął delikatny uśmiech, a sam, po chwili wyciągając z wnętrza paczkę krówek, rzucił w moją stronę pełne dumy spojrzenie. Czy przez dziesięć minut, gdy ja siedziałam w łazience, on siłował się ze swym, typowo, męskim nieporządkiem? Ostatecznie jednak, podekscytowana wysunęłam ręce ku paczuszce.
- A-a, Pani Doktor, chyba nie muszę wspominać o złych skutkach po spożyciu takiej ilości cukru na noc? - wypalił w momencie, delikatnie trącąc moją dłoń.
- Z dzieckiem ma pan zamiar się droczyć? - fuknęłam, nadal starając się dorwać do siebie saszetkę. - Nic nie zaszkodzi, ten jeden raz! - dodałam, również unosząc nieco kąciki swych ust.
- Ciężko leczy się próchnicę... - brnął w swoje, chyba zadowolony ze swego droczenia się.
- Połamane żebra, jak dobrze wiem, również trochę muszą się zrastać... - zmrużyłam oczy, ostatecznie przejmując trzymany przez mężczyznę przedmiot. Pewnie dał mi w tym momencie fory, lecz ignorując powstałą w tyłu mej głowy myśl, przysiadłam na ziemi z szerokim uśmiechem. Nie minęło kilka sekund, a w moich ustach znalazł się klejący słodycz. W trakcie mego długotrwałego delektowania się ciągutką, Pan Marco, zdążył chyba wzdłuż i wrzesz zwiedzić łazienkę. Wciąż siedząc na podłodze, już miałam zamiar brać się za kolejnego cukierka, gdy wtem, wyczułam w okolicy bioder czyiś uchwyt. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a znalazłam się pod kocykiem, w stojącym tuż obok łóżku. Zmierzyłam Pana Marco, morderczym spojrzeniem.
- Mówiono mi niegdyś, że okropnie kopię po nogach w nocy... Nie zdziwiłabym się, gdybym była również w stanie wykonać jakieś, bardziej stanowcze ruchy. Ostatnio, poświęciło się Panu, lecz teraz... Kto wie?

<Panie Marco? Hehe :3 >

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Od Marco do Ishi

Spojrzałem z dołu na Ishi, podnosząc brwi. Nie byłem pewien, co miała na myśli, mówiąc o wydarzeniach, które zapoczątkowały to wszystko, co działo się aktualnie. Dopiero po chwili wpatrywania się w dziewczynę, analizy poprzednich wydarzeń i przeszukiwania zakamarków swojego umysłu, skinąłem ze zrozumieniem głową. Chodzi o atak w mieszkaniu panienki.
Poprawiłem swój dosiad, podniosłem głowę i westchnąłem cicho. Teraz wystarczy zebrać myśli i wyjaśnić sytuację, w sposób jak najbardziej prosty oraz nie wzbudzający niepotrzebnych emocji.
- Gdy poszedłem po rzeczy panienki, było tam już kilku myśliwych. - Zacząłem spokojnym tonem, robiąc chwilę przerwy. Po szybkim namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej będzie powiedzieć całą prawdę, nawet gdyby Ishi miała to wykorzystać przeciwko mnie. - W dużym skrócie, oszczędzając panience niepotrzebnych, brutalnych szczegółów, jeden z nich zatruł mnie. Tojadem mocnym, aby być dokładnym. A to jest jedna ze słabości mojej rasy. - Zaśmiałem się pod nosem, po czym zbliżyłem się nieco do dziewczyny i poczochrałem jej włosy. Ta odsunęła głowę, z miną wyrażającą coś pomiędzy troską a zdenerwowaniem. Ciekawe, czym było to spowodowane. Może moimi słowami? Albo tym, że musiała uciekać, zostawiając wszystko za sobą? Albo przez jeszcze inne rzeczy, które uciekają mojej świadomości, są zbyt lotne, abym mógł je złapać i opisać?
A może wszystko po trochu?
Nie chcąc denerwować panienki, wysunąłem nogi ze strzemion, poluźniłem wodze i zamknąłem oczy. Adrenalina, która krążyła w moim ciele po dzisiejszym "przesłuchaniu", zdążyła już zniknąć, pozostawiając za sobą jedyne słaby, nic nie znaczący posmak dawnej pewności siebie oraz odwagi. Znowu byłem zagubionym chłopcem, żyjącym z zarobków o wątpliwej wartości moralnej, z żalem do ojca i całego świata.
Właśnie. Ojciec.
Być może zapomniał o tym, że groziłem mu śmiercią? Że obiecałem, iż go zabiję?
Było to mniej niż prawdopodobne, a ja, głupi!, żyłem nadzieją, że Sarlic przywita mnie z otwartymi ramionami. Wierzyłem, czy raczej - chciałem wierzyć, że jest na tym świecie ktoś, kto by mnie chciał. Zarówno jako syna i jako partnera. Od samego początku, gdy się narodziłem, byłem samotny. Miałem kontakt tylko z ojcem i służbą, bądź ludźmi z wiosek, ale ci ginęli zaledwie kilka chwil po poznaniu. Negatywne skojarzenia, związane z rodzicem, nie pomagały mi w przebiciu się przez osłonę bycia aspołecznym odludkiem, jaką sam wokół siebie wytworzyłem. Bałem się zaufać komukolwiek. Mówiąc szczerze, nadal mam z tym problem. Wszystko przez dotkliwe kary za wszystko, co robiłem. Czy to dobrze, czy źle. Zawsze w moich działaniach była jakaś rzecz, która Saralicowi nie przypadała do gustu.
- Panie Marco? - Spytała Ishi, zapewne widząc, że zbyt bardzo odpływam. Zamrugałem kilkukrotnie, spędzając z powiek myśli o rodzinnym domu. Rozejrzałem się ukradkiem, upewniając się, że opuściliśmy pola za miastem i aktualnie kierowaliśmy się w stronę lasu. Według map, które kiedyś przeglądałem, byliśmy na dobrej drodze do górzystego Anthrakas. Przy lepszej pogodzie, z naszego obecnego położenia, być może nawet zobaczylibyśmy wzgórza w oddali.  Tylko, czy my dobrze idziemy? Nie mam bladego pojęcia, gdzie znajduje się ten cały Dante. Jedziemy jak ślepcy we mgle!
A może Ishi wie coś na ten temat?
- Panienka wie, gdzie ten osobnik przebywa? - Spytałem po ciągnącej się ciszy, której przerwanie sprawiło mi radość. Nie chciałem, aby dziewczyna odniosła wrażenie, że jestem na nią zły. Wręcz przeciwnie - byłem panience wdzięczny, że nie nazwała mnie wariatem, gdy kazałem się jej pakować. Brunetka odwróciła wzrok, zapewne po to, aby zebrać myśli. Czekałem więc wiernie, aż zabierze głos. Gdy w końcu to zrobiła, poczułem niepokój i zagubienie. Ponownie.
- Nie jestem pewna. - W jej głosie dało się usłyszeć nutkę smutku.
Skomentowałem to cichym westchnięciem. Rzeczywiście byliśmy zagubieni. Mogliśmy niby jeździć po każdym królestwie i pytać o Dantego? Po pierwsze, nie jednemu psu na imię Burek, a po drugie, wzbudzimy tym niezdrowe zainteresowanie. A na pewno spotkamy kogoś, kto zna Alighieriego, a ten zapewne poinformuje osobnika o naszych poszukiwaniach. Wtedy nasz plan spłonie na panewce, nim zdążymy go chociaż w części zrealizować.
Pozostawało jeszcze inne wyjście, do którego wolałbym się nie uciekać. Jednak czasami trzeba zostawić za sobą stare niesnaski i iść do przodu. Opcjonalnie znowu prosić gburowatego, wrednego bożka o pomoc.
- Mam znajomego w Nelayan o bardzo ciekawym darze. - Poklepałem konia po boku, po czym zwolniłem do stępa. Ishi zrobiła to samo i rozciągnęła się delikatnie w siodle, gdyż zapewne również jej ciało było zmęczone po ciągłym odbijaniu się od grzbietu rumaka.
- Można mu zaufać? - Spytała od razu, nie czekając, aż rozwinę swoją wypowiedź. Wzruszyłem ramionami w geście, że nie miałem co do tego pewności. Bo jej nie miałem. Alaris gra na kilku frontach, ale jakąś tam godność ma. Więc nie powinien od razu polecieć do innego "klienta" i powiedzieć przy herbatce, jak to mu się spowiadaliśmy z problemów.
Nim jednak tam pojedziemy, musiałem spytać panienki o zdanie.
- Jest w stanie połączyć się z każdym umysłem, czy to ludzkim czy zwierzęcym i określić jego położenie. Ale jest jeden haczyk. - Wyciągnąłem z juków niewielki woreczek z kryształami, wartymi fortunę. - Ceni się bardzo wysoko. Tyle wystarczy zapewne tylko na minutę, dwie seansu. Więc jeśli nie zdobędziemy czegoś, co go rzeczywiście zainteresuje... Będziemy musieli się zastawić. Albo szukać Dantego w inny sposób. - Spojrzałem na dziewczynę, aby zobaczyć jej reakcję i poznać opinię na ten temat. Bo w końcu, jeśli nie podejmiemy jakieś decyzji, nasza podróż w nieznane może równie dobrze zakończyć się w tym miejscu.

<Ishi? Kapitanie?>

sobota, 14 kwietnia 2018

Od Ishi do Marco

Niemalże od razu, me ciało spowił delikatny dreszcz. Krzyki, mające swe źródło, zapewne w gardle naszego "gościa", wciąż odbijały się echem w moich uszach. Cierpiał, i to bardzo, choć szczerze nie mogłam być pewna, co do jego śmierci. Wyczułabym, wyzionięcie ducha ze strony jakiejkolwiek, żywej egzystencji...
- Nie żyje? - zapytałam tylko, powstając z dotychczas zajmowanego miejsca. Zrobiłam pierwsze kroki ku drzwiom, gdy wtem, mężczyzna powstrzymał moje ruchy stanowczym, choć równie delikatnym chwytem za ramię.
- Panienko, lepiej nie zbliżać się do niego póki śpi. - ostrzegł, na przekór swym rzeczywistym wyobrażeniom, co podświadomie udało mi się wyczuć. Uniosłam na jego osobę, pełny podejrzeń wzrok. Ten facet - albo już nie żyje, albo odnajdę go w kilku kawałkach. Obie opcje, w teorii powinny zmobilizować mnie do natychmiastowej reakcji, lecz nic nie zmieni faktu, że podświadomie chciałam śmierci tego mężczyzny.
- Nie jestem dzieckiem, a jego cierpienia i tak nieumyślnie pragnęłam. - wzruszyłam ramionami. - Cokolwiek mu pan zrobił, chciałabym przynajmniej z ręką na sercu, pozwolić opuścić jego duszy to ciało. Ukrócić męki, jako- -
- Ishi, Ishi... - westchnął głośno, powstrzymując ponownie moje ruchy. Nie minął ułamek sekundy, a przyciągnięta, znalazłam się oparta plecami, o tors mężczyzny. Spuściłam mimowolnie wzrok, ku zadrapanej, widocznie starej podłodze. "Zawsze staram się trzymać prawnych zasad, lecz czy to sprowadzi mnie na odpowiednią ścieżkę?" - zapytałam samą siebie w myślach, czując wplatające się w me włosy palce. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, choć, jak dobrze wiem, odpowiedź powinna być dla medyka oczywista. - Spakowała panienka już wszystko? - podpytał, chyba już na trwałe zmieniając temat. Skinęłam w odpowiedzi głową, spoglądając jednocześnie w górę.
- Powinniśmy się pospieszyć, jeśli nasz gość ma nie sprawiać nam żadnych kłopotów... Bo jak widzę, zabiera pan praktycznie cały dobytek ze sobą. - stwierdziłam, gdy tylko za rogiem dostrzegłam wypakowane po brzegi juki.
- Racja, pora się zbierać. - przytaknął mi głową. Z cichym westchnięciem, podeszłam na powrót do swych sakw, które w głównej mierze zawierały ubrania. Dopiero w tamtym momencie, zdałam sobie sprawę, jak długo nie witałam w swych, prywatnych progach. Pozostały tam rzeczy, których za żadną cenę nie chciałabym stracić. Zacisnęłam mocniej dłonie, na pasku torby, po czym - o mało się nie przewracając -, przewiesiłam ją sobie przez ramię. Z racji na przystosowaną pod konie budowę sakw, ich wygodne noszenie na barkach, jest rzeczą absolutnie nie możliwą. Przeklęłam pod nosem, jak najszybciej przenosząc torbę pod same drzwi wyjściowe. W dźwiganiu wszelakich ciężarów, nigdy nie byłam dobra... Rzecz jasna fizycznie, bo umyślnie wykorzystując swe moce, dałabym radę z wieloma, nawet większej masy przedmiotami.
- Proszę się nie przemęczać, pomogę panience z torbami. - doszedł do mnie po chwili głos Pana Marco, który widocznie gotów do podróży, zajął się przyodzianiem płaszcza oraz obuwia. Zmrużyłam podejrzliwie powieki, by w ułamku sekundy znaleźć się bliżej mężczyzny. Podwinęłam któryś raz z kolei, jego górny przyodziewek.
- Może dojść do niedotlenienia mózgu, wywołanego przez niedobór tlenu we krwi. - objawiłam momentalnie. - Nie będzie pan niczego dźwigać, rynek znajduje się całkiem niedaleko, więc wrócimy tutaj z końmi. - zaproponowałam.
- To jedynie strata czasu, poza tym, nic mi nie jest. - uniósł delikatnie oba kąciki ust, zapewne, chcąc mnie tym samym zapewnić w swej racji. Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem, dorywając do siebie zarówno płaszcz, jak i pozostawioną na tym samym wieszaku maskę. W pojedynkę, z pewnością znalazłaby się ona na mojej twarzy, lecz tymczasem, zmuszona wtopieniem się w tłum jak najwiarygodniej, przywiązałam ją do jednej z toreb.
- Ruszajmy już. - mruknęłam praktycznie niezrozumiale, uprzednio dorywając do siebie ciężar, wychodząc na zewnątrz. Podczas gdy mężczyzna, rozglądał się jeszcze po mieszkaniu, zajęta sprawdzaniem swego sprzętu służącego do samoobrony, powoli zbliżałam się ku głównemu wyjściu. Poprawiałam jednocześnie nieco gryzące w nadgarstek, narzędzie obronne. Drut, który wedle mego życzenia, może stać się ostrzejszą od samych szwów nitką, rozcinającą ofiary na najdrobniejsze kawałeczki. Nie sprawiłoby mi również najmniejszego problemu, wprawienie go w wibracje na poziomie atomowym o wysokiej częstotliwości. Przynajmniej na tym ma to polegać, z tego co tłumaczył mi niegdyś ojciec.
Wspólna droga, minęła nam w głównej mierze na drobnych sprzeczkach, ściśle związanej z dźwiganą przeze mnie torbą oraz świeżo zagojoną raną mężczyzny. Strony, upierające się przy własnych wersjach, - na całe szczęście -, ostatecznie zakończyły swą wojnę, gdy tylko oczom ich reprezentantów ukazały się przepiękne wierzchowce. Zamrugałam kilka razy, przyglądając się średniej wielkości wybiegowi, na którego powierzchni, do każdego z wbitych w ziemię słupków, przywiązany był inny koń. "Pora się wykazać..." - powiedziałam do siebie w myślach, rzucając przelotne spojrzenie ku mężczyźnie. Ten, najwidoczniej zajmował się poszukiwaniem swej saszetki z pieniędzmi. Świadomość, że Pan Marco miał mnie wyręczać w kolejnych kwestiach, była dla mnie szczerze, nie do pomyślenia. Stanowczym szarpnięciem mężczyzny za ramię, zaciągnęłam go wprost przed oblicze starszego handlarza. Zaskoczony ciemnowłosy, zaprzestał swej czynności, tym razem skupiając się głównie mym poczynaniom. Z delikatnym uśmiechem, puściłam mu oczko, chcąc dać przy tym jasny znak o prośbie improwizacji, czy ewentualnego mówienia, niekoniecznie zgodnie z prawdą. Wzięłam głębszy wdech, na przekór nagłemu oporowi, brnąc w prezentowanej przeze mnie scence.
- Przepraszam pana, że przeszkadzam... - odrzuciłam na ziemię dotychczas dźwiganą torbę, by po chwili, niespodziewanie "przytulić" do siebie rękę Pana Marco. - Od kilku dni, z braciszkiem jesteśmy w pieszej podróży... - zaczęłam najsmętniejszym tonem, na jaki w tej chwili było mnie stać. - Przyszły do nas wieści, że z naszymi chorymi rodzicami jest coraz gorzej, możliwe, że nie zostało im więcej, niż czterdzieści osiem godzin, a my... - rzuciłam w jego stronę, bardzo bliskie płaczu spojrzenie. - Wciąż tkwimy w martwym punkcie, a przed nami jeszcze spora droga... - wtuliłam się bardziej w rękaw płaszcza, towarzyszącej mi osoby. - Zostało nam tylko tyle... - dodałam ciszej niż wcześniej, wyciągając z kieszeni niewielką sakiewkę, z zawartością nie równą cenie, nawet jednego rumaka. Starzec, widocznie niechętnie przejął drobnostkę, równocześnie przyglądając się mojej osobie, pełnym litości oraz rozczulenia wzrokiem. Odstawił zapłatę na dotychczas zajmowany taborecik, tym samym podnosząc się na równe nogi. Otworzył przed nami zagrodę, delikatnie się uśmiechając.
- Proszę, wybierzcie którekolwiek chcecie. Mam nadzieję, że uda wam się przynajmniej z nimi pożegnać... Reszty nie trzeba. - oznajmił swym delikatnie zachrypniętym głosem. Z zewnątrz zaskoczona, skłoniłam się teatralnie przed starcem, by następnie, ciągnąc za sobą Pana Marco i torby, znaleźć się wśród koni, przyjaznych w stosunku praktycznie do każdego. Dopiero, gdy wzrok dobroczyńcy został skierowany ku innym klientom, pozwoliłam sobie cicho się zaśmiać. Wstrzymywałam w sobie ów odruch w trakcie tłumaczenia wszystkiego, teraz, nie potrafiłam się powstrzymać...
- Przepraszam, panie Marco. Jeśli w jakikolwiek uraziło cię cokolwiek, co wypłynęło przed momentem z mych ust. - powiedziałam, przyglądając się wyższemu, który jedynie westchnął, z nutką, wyraźnie słyszalnego zawodu. Przechyliłam pytająco głowę. - Wiem, że to dziwne, ale wolę posunąć się do podobnych kłamstw, niż zobowiązywać pana do pomagania, czy płacenia za mnie. -
- Powinienem się godnie odwdzięczyć, za tak troskliwą opiekę, poświęcenie czasu oraz, w zasadzie, uratowanie życia. - odparł niemalże od razu me słowa, zajmując się jednocześnie założeniem juków na grzbiet każdego z koni. Odwróciłam wzrok, mimowolnie urywając, gdy tylko doszły do mnie słowa mężczyzny. Chyba nie potrafię odróżnić człowieka, od zobowiązań, jeśli można to tak nazwać. W zasadzie - Gdy jedno, monotonnie góruje nad drugim... Jak mam dostrzec prawdziwe wartości...?
Pogrążona w swych gdybaniach, po zaledwie pięciu minutach siedziałam już na koniu. Cisza, którą utrzymywaliśmy przez cały ten okres czasu, przynajmniej utrudniała ewentualnym łowcom, rozpoznanie mnie. Choć zlokalizowanie ofiary po głosie, w przypadku zwyklejszych byłoby niemożliwe, osoby lepiej przystosowane, obdarzone na przykład umiejętnością echolokacji, szybko poradziłyby sobie z ewentualnym rozpoznaniem. Tak przynajmniej ja sądzę...
- Gdy tylko złapiemy Dante'go, będę musiała wrócić do do- - urwałam nagle, gdy na myśl wróciła mi krwawa scena, z ledwo oddychającym Panem Marco, którego ubrania były całe we krwi. W tamtym momencie, zadawałam sobie tyle pytań, które dotychczas, chcąc dać odpocząć mężczyźnie, odkładałam na później. Rzuciłam kątem oka spojrzenie, ku dumnie prezentującemu się na rumaku przedstawicielu płci - niekoniecznie, w nielicznych przypadkach -, brzydkiej. - W zasadzie, to bardzo dobrze się składa! Możemy w końcu, spokojnie porozmawiać, o wydarzeniu, osobach, które zapoczątkowały pana problemy zdrowotne oraz, rzecz jasna, moją lekarską, ponad dwudziestoczterogodzinną opiekę!

<Panie Marco? Kobiety wybierają idealne momenty~ >

niedziela, 8 kwietnia 2018

Od Marco do Ishi (Uwaga +16)

Małe ostrzeżenie na początek, w razie czego. Jeśli masz zbyt dużą wyobraźnię lub słabe nerwy, pomiń fragment napisany kursywą
~ Aju

Wpatrywałem się w dziewczynę. To, co powiedziała przed chwilą, było takie nieprawdopodobne. Nigdy nie słyszałem od kogokolwiek słów uznania. Czy to od ojca czy innych osób. To aż dziwne uczucie. Takie elektryzujące, pobudzające i.. Uzależniające?
Uśmiechnąłem się delikatnie. Czułem w swoim od dawna martwym sercu ciepło. W połączeniu z moimi poprzednimi myślami, naprawdę pomyślałem, że będę w stanie mieć swoją rodzinę. Taką prawdziwą. Bez przemocy czy innych rzeczy tego typu, jakich doznałem w rodzinnym domu.
Położyłem dłoń na głowie Ishi, a następnie powoli poczochrałem jej włosy. Dziewczyna uniosła brwi, a następnie zaprotestowała głośno, gdy zająłem się czochraniem jej fryzury.
- Panie Marco! - Krzyknęła, wyrywając się. Mimo iście zirytowanego wyrazu twarzyczki, wiedziałem, że również się rozbawiła tą sytuacją.
- Nigdzie nie idziesz.- Uniosłem kącik ust, a następnie podszedłem do nieprzytomnego mężczyzny. Wyczułem, że to kwestia chwili, nim się obudzi. Dziewczyna podeszła do mnie, chwyciła za ubrania i odwróciła w swoją stronę.
- Jak to "Nigdzie nie idę"? Co to ma znaczyć?
- Piekielna su.. - Wybełkotał, podnosząc powoli głowę. Przerwałem mu w połowie zdania, silnym, tak zwanym ojcowskim, uderzeniem w twarz. Nie dość, że odezwał się bez pytania, to jeszcze chciał obrazić panienkę. A taka zniewaga krwi wymaga.
- Wyjaśnię Ci za chwilę.. - Obejrzałem się przez ramię na znieruchomiałą Ishi. Gdy zobaczyła, że na nią spoglądam, zamrugała i cofnęła się nieznacznie. - Teraz pójdź się spakować do sypialni, dobrze?
- Spakować? Panie Marco, proszę mi wytłumaczyć, co to ma znaczyć! - Tym razem postanowiła zawalczyć o swoje. Stanęła dumnie, zacisnęła dłonie w pięści, aż zbielały jej knykcie. - Jeszcze chwila i przestanę być taka miła!
Pogłaskałem kciukami policzki dziewczyny. Była słodka w chwilach, kiedy traciła kontrolę nad swoimi emocjami. Aż nie mogłem się powstrzymać przed czochraniem jej w jakikolwiek sposób.
- Po prostu mi zaufaj, panienko.
Oboje spojrzeliśmy w stronę śmiejącego się grubiańsko mężczyzny. Dziewczyna była już gotowa doskoczyć do niego, ale podniosłem ją od tyłu i zaniosłem do sypialni. Tak, to brzmi niezwykle dwuznacznie. Zwłaszcza, że Ishi postanowiła głośno protestować i wyrywać się z moich objęć.
- Panie Marco! - Zawołała, gdy usadziłem ją na łóżku. Od razu zacząłem szukać kolejnej krówki. Gdzieś tu powinna być ich torebka... - Proszę mi wyjaśnić..! - Wsunąłem w jej usta cukierka. Następnie uśmiechnąłem się jak najszerzej potrafiłem.
- Spakuj się, panienko. - Powtórzyłem spokojnie, poprawiłem włosy dziewczyny i wyszedłem z pokoju. Idąc powoli w stronę krzesła, mierzyłem wzrokiem gburowatego osobnika. Musiałem się nim zająć. Wiedział o wiele za dużo. Prawdopodobnie mimo zapewnień, pobiegnie przy pierwszej lepszej okazji do szefa, a wtedy całe zaskoczenie spłonie na panewce. Zamordowanie nie wchodziło również w grę, gdyż po pierwsze, nie miałem gdzie schować jego ciała, a po drugie, po prostu nie byłem głodny.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Od Ishi do Marco

Rzuciłam mężczyźnie przepełnione lękiem oraz pytaniami spojrzenie. Nie potrafię ukryć, że jego plany w stosunku do naszego gościa, delikatnie mnie niepokoiły. Westchnęłam cicho, zaprzestając swego z lekka dziecinnego, machania nogami.
- Proszę na razie to odłożyć. - choć ton w którym wypowiedziałam te słowa był stanowczy, można było również wyczuć w nim garść zawahania. - Może powie cokolwiek, mimowolnie... - dodałam powoli podnosząc się do postawy stojącej.
- Panienko, nie śmiałbym podważać twych słów, lecz wątpię, czy osoba z którą mamy do czynienia, przyjmie twoją, ładną prośbę. - odpowiedział mi po chwili, pozostawiając nagrzewający się pręt, na drobnym haczyku wmontowanym w murowaną ściankę pieca. Podchodząc do mnie i niewolnika, w drodze, poprawił swe zapewne wcześniej przyodziane rękawiczki.
- Proszę się mną nie przejmować, dopóki ten nie zrobi nic mojemu prawowitemu pacjentowi, mym obowiązkiem jest przestrzeganie się lekarskich zasad. Dopiero za naruszenie nietykalności cielesnej Pana, pobawię się w naginanie reguł. W końcu, zadaniem lekarza, jest ochrona swego rekonwalescenta. - uśmiechnęłam się delikatnie, spoglądając nieco pewniej na Pana Marco. - Czy posiada Pan jeszcze jakieś rękawiczki? - dodałam, zmieniając tym samym temat. Skinąwszy głową, z drugiej szafki komody, wyciągnął jakieś, zapewne ogrodnicze rękawice. Choć materiał, aktualnie owijający moje ręce dosłownie z nich zwisał, wolałam zachować chociaż takową ochronę. Zbliżyłam się do faceta, który już od kilku sekund, dawał jakieś jaśniejsze znaki życia. Już miałam zabrać się za swą przemowę, gdy w tym samym momencie, me nozdrza na powrót przeszył przyprawiający o wymioty zapach, mający swe źródło w wiadomym człowieku.
- Może, otworzymy okno? - spojrzałam kątem oka na bacznie przyglądającemu się sytuacji mężczyźnie.
- Żeby doszły do ludzi jego krzyki? - prychnął pod nosem, przy tym z lekka się uśmiechając. - Panienko, mogę się nim zająć sprawnie i szy- -
- Dobra, dam sobie jakoś radę... - syknęłam momentalnie przez zęby, tym samym urywając szyk wypowiedzi Pana Marco. Wzięłam nieco głębszy wdech, przysłoniętym ręką nosem. - Gadaj; kto cię tu nasłał, kim jesteś, skąd znasz ten adres... - gdy miałam wymieniać dosyć zdesperowana dalej, dosłownie zmusił mnie do przystania, głośny śmiech gbura. Zacisnęłam mocniej pięści, mrużąc przy tym oczy. - I z czego rżysz. - fuknęłam, przy tym marszcząc zdenerwowana brwi.
- Nie sądziłem, że za diabły mogą uchodzić AŻ tak, z wyglądu bezbronne istoty... - wypalił mi prosto w twarz, na co ja, jedynie zacisnęłam mocniej zęby.
- Zbyt płytkie słowa, by mogły mną one wzburzyć. - warknęłam pod nosem. - Kto cię nasłał? - powtórzyłam pytanie.
- Niczego nie robię za darmo, dziewczynko. - słysząc to jakże prostackie określenie skierowane w moją stronę, z chęcią, wytargałabym jego osobę, nawet, za tą przeszytą wszami brodę. Jedynie zdrowe zmysły, którymi na jego szczęście wciąż dysponowałam, powstrzymały mnie od tych radykalnych kroków.
- Podwoję pańską nagrodę za pochwycenie mnie, jeśli zaraz, bardzo ładnie, wszyściutko mi pan wyśpiewa. - zaproponowałam zwięźle, wzruszając jednocześnie z lekka ramionami. - Jeśli to nie jest dla pana zachęcające, mogę zaproponować, jedynie dzisiaj, w promocyjnej ofercie, darmowe blizny do końca życia! - uzupełniłam, nie zmieniając swej półtorametrowej odległości między pojmanym.
- Dante Alighieri. Myślę, że komuś z twojej rasy znany, łowca demonów. Szczerze nienawidzi takich diablic jak ty. - gdy tylko doszły do mnie dwa, w pierwszej kolejności wypowiedziane przez faceta słowa, gwałtownie, zrobiłam nieco chwiejny krok w tył. Zaciskając mocniej dłonie, przechyliłam głowę w kierunku stojącego za mną mężczyzny. Choć już otwierałam usta, by cokolwiek powiedzieć, na nowo przerwał mi gbur. - Według opisu miałaś być zabijającą wzrokiem istotą... Siedzę trochę w tej branży i... Ach, nie sądziłem, że szczenię Mephistopheles'a może być, aż tak słabe. - dopowiedział, dosłownie na wylot przesiąkając swą drwiną.
- Przyrzekam, że jeśli jeszcze raz, śmiesz w podobny sposób się odezwać, twoje życie będzie mi dostatecznie obojętne... - warknęłam, wciąż stojąc tyłem do "gościa". - Nie mam zamiaru wysłuchiwać gadek, które wymyślił ten debil na wzburzenie mnie. -
- Umknęłaś mu, gdy przyszedł czas tamtego diabła, czyż nie? - dosłownie, nie minęła sekunda, a ja znalazłam się naprzeciw faceta. Dokładnie wycelowanym uderzeniem w okolice szyi, pozbawiłam jego osobę przytomności.
- Panienko, czy na pewno- -
- Panie Marco... - szepnęłam cicho, równocześnie mu urywając. - To nie jest czas na wyjaśnienia, muszę znaleźć tego człowieka. - powiedziałam nad wyraz spokojnie, choć wewnętrznie czułam mocne rozdarcie starych blizn. Nie powinnam wierzyć w coś takiego jako lekarz, lecz lepszego określenia na psychiczne rozterki, nie potrafię znaleźć. - Zna go pan? - dopytałam, zachowując swój fizyczny, stoicki spokój.
- Możliwe, że obiło mi się o uszy, lecz nigdy nie spotkałem się z tym facetem. Poza tym. Nie jestem zwolennikiem twojej gwałtownej decyzji, Ishi. - podzielił się ze mną swym zdaniem, przy tym robiąc powolne kroki w mym kierunku.
- Racja, nie powinnam Pana dłużej wykorzystywać... - westchnęłam cicho, odwracając wzrok z lekka w bok. - I tak, za dużo już Pan dla mnie zrobił. - uśmiechnęłam się niemrawo, jednocześnie, pozwalając sobie podwinąć delikatnie koszulkę mężczyzny, by w następnej kolejności, zlustrować wzrokiem jego ranę. - Leczenie, uważam za zakończone. Zalecam dalszy odpoczynek. - wydałam krótką diagnozę. - Nie mogę, już dłużej narzucać się Panu, dam sobie radę zarówno ze sobą, jak i tamtym zleceniodawcą... - skierowałam tym razem swe spojrzenie, prosto w czerwonawe oczy osobnika. - Choć przez ten ostatni czas, zastąpił mi Pan kogoś bardzo ważnego... Dalej... Powinnam iść sama.

<Marco? *-*>

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Marco do Ishi

Moje spojrzenie przebiegło od zaniepokojonej twarzy Ishi do drzwi. Najchętniej zignorowałbym jej słowa, wstał i sprawdził, kto postanowił mnie nawiedzić. Ta opcja była najprostsza. Jednak wpłynęłaby na relację między mną a panienką. Zapewne w nie tę stronę, co bym chciał. Na pewno by się zdenerwowała na mnie, być może wyszła. Wyruszyłaby sama w ten nieprzyjazny świat, gdzie niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Nie chciałem jej na to pozwolić, odczuwałem potrzebę dbania o tę biedną sierotkę. Może jest na to za późno, ale chciałbym zaoferować jej takie dzieciństwo, jakiego ja nie miałem. Aby nie cierpiała, cieszyła się i wiedziała, że ma do kogo się zwrócić.
Może to i próżne marzenia. Prośby zdesperowanego człowieka, samotnego, obdarzonego zbyt miękkim sercem. Zbyt szybko przywiązuję się do ludzi, co zbyt bardzo boli, kiedy nadchodzi czas rozstania. Ah, znowu się rozkleję.
Uśmiechnąłem się słabo, z cieniem smutku. Następnie musnąłem palcami policzek brunetki.
- Nie bój się, panienko. - Wyszeptałem pewnym głosem, aby uspokoić nieco dziewczynę - Zajmę się tym.
- Panie Marco..! - Wysyczała Ishi jak niezadowolona kotka, kiedy podniosłem się z łóżka i wyszedłem z sypialni. Prewencyjnie przesunąłem mocą szafkę, aby przyblokować nieco drzwi, poprawiłem się w lustrze i otworzyłem drzwi. Nieznana mi osoba, o urodzie typowego mieszkańca podziemnych korytarzy o nieokreślonej rasie, wtoczyła się do środka. Zmarszczyłem nos, gdy poczułem zapach, nie, o d ó r, jaki przybysz wydalał. Fuj, tego mięsa nawet kijem nie szturchnę.
- W czym... Mogę pomóc? - Zapytałem niepewnie, spoglądając w stronę łazienki. Tak, gość powinien odwiedzić wannę. Ale nie moją. Jakaś z dala, najlepiej w sąsiednim królestwie.
- Masz tutaj diabelską kur.. Ej, co ty robisz?! - Osobnik spojrzał na mnie świńskimi oczkami, kiedy uderzyłem w ścianę tuż obok jego głowy. Wiedziałem, po kogo tu przyszedł. Kolejny Łowca, na moje oko, domorosły i z rodzaju tych, co polują, bo zarobki są stosunkowo dobre. Gardziłem tymi bardziej niż innymi myśliwymi.
- Waż na słowa. - Warknąłem, przywołując Diarmad. Trzon kosy idealnie dopasował się do dłoni, a po mym ciele przeszedł przyjemny dreszcz energii. - Jesteś w moim domu. A z tego co wiem, zdajesz sobie sprawę z pracy, jaką wykonuję.
- Czy to jest groźba?! - Gbur obrócił się w moją stronę, biorąc się pod boki i prostując, chcąc wyglądać na większego. Ku mojemu obrzydzeniu, ujrzałem, że jego skołtuniona broda zdaje się ruszać. Wolałem chyba jednak tego nie widzieć.
- Nie. - Założyłem rękawiczki, zarówno po to, aby nie zostawić śladów i niczym się nie zarazić. Już miałem swój plan. Ten Łowca z poboru na pewno miał jakieś informacje o tym, kto rozpoczął nagonkę na Ishi. Więc pod niewielkim naciskiem, wyśpiewa mi wszystko, co zechcę.
Szybkim ruchem pchnąłem go w głąb mieszkania, chwyciłem stojący na szafce zdobiony, metalowy świecznik, jaki kupiłem kiedyś od sprzedawcy na pchlim targu. Uroczy staroć, mimo, że nigdy go nie wykorzystałem. Przynajmniej nie ująłem mu niczego na wartości. Nim przybysz odzyskał równowagę, uderzyłem go w potylicę, przez co runął jak długi na podłogę. Odgarnąłem włosy z czoła, patrząc z góry na Łowcę. Nie był jakimś trudnym przeciwnikiem, ba, nie stanowił żadnego wyzywania, przez co poczułem delikatny zawód. No i jak ja mam się rozwijać w swojej branży, kiedy nie mogę trenować?
Akurat kiedy sadzałem przybysza z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy na zabezpieczonym materiałem krześle, jakiś złośliwy duch postanowił "uwolnić" panią doktor z sypialni, odsuwając szafkę.
- Panie Marco, co to ma znaczyć? - Dziewczyna podeszła do mnie, ściągając te swoje brewki, ale zatrzymała się na widok nieznajomego. - To on pukał?
- Tak. Kolejny twój adorator. - Pochyliłem się nad szufladami, przeglądając szpargały. Z cichym okrzykiem zadowolonia wyciągnąłem linę. Oczy brunetki otworzyły się szerzej.
- Co pan chce zrobić?
- Przesłuchać
- Ale tak.. Tak na siłę? - Pewnie lekarskim odruchem dziewczyna sprawdziła, czy osobnik nadal dycha. Ona jednak sama poddała się jego broni biologicznej, cofnęła się i przysłoniła nosek chusteczką.
- Tak. Na siłę. I z małą zachętą. - Po przywiązaniu nadal otępionego gościa, który stopniowo odzyskiwał świadomość, rozpaliłem palenisko. Ishi obserwowała to w milczeniu, siedząc w fotelu obok krzesła i machając nogami w powietrzu. Kiedy jednak wziąłem metalowy pręt i zacząłem go rozgrzewać w płomieniach, naszły ją wątpliwości.
- Czy pan.. Coś mu zrobi?
- Powiedzmy. - Uśmiechnąłem się w sposób, jaki w tej sytuacji mógł wydać się niepokojący. W dodatku, gdy ogień oświetlał moje czerwone oczy, nadając im jeszcze intensywniejszego blasku. - Po prostu rozwiążę mu język.

< Ishi? :3 >

środa, 28 marca 2018

Od Ishi do Marco

Prychnęłam cicho, odstawiając z powrotem na stół miskę po truskawkach. Przez ostatnie kilkanaście minut, akurat ona była głównym obiektem mych zainteresowań. W momencie znalazłam się na równych nogach, przy tym dosyć mozolnie zbliżając się do mężczyzny. Podparta łokciami o blat, z cichym westchnięciem zmierzyłam wzrokiem przygotowany przez pana Marco posiłek. Wyglądało całkiem smacznie...
- Tą sprawę dogłębniej przedyskutujemy, gdy będzie pan już w pełni zdrów. - uśmiechnęłam się mimowolnie, kątem oka spoglądając w kierunku ciemnowłosego. - Ładnie pachnie, lecz wątpię, czy będzie pan w stanie cokolwiek zjeść w tym stanie. - dodałam i korzystając ze swego zdecydowanie niższego położenia, pozwoliłam sobie podwinąć z lekka koszulkę stojącego obok. Nie sądziłam, że tak szybko wygenerują się wszystkie tkanki - powiedziałam do siebie w myślach, przy tym powracając do równego pionu.
- Ile zjesz? - wtrącił po kilku sekundach, przy tym unosząc ręce - zapewne - by z wyższej szafki wyciągnąć talerzyki. Nim uniósł się o kolejny centymetr, błyskawicznie dostał ode mnie po łapach. Zmrużyłam oczy, widocznie niezadowolona jego zachowaniem. W tej chwili, już całkowicie na poważnie zaczęłam myśleć o załatwieniu jakichś sznurów...
- W tym momencie, ma pan się położyć! - warknęłam pod nosem, momentalnie chwytając mężczyznę za skrawek koszulki.
Chodź z początku nie było łatwo, całkiem zwinnie udało mi się uporać z wyrośniętym, nieusłuchanym dzieckiem. Ostatecznie, mimo licznych protestów, zaciągnęłam pana Marco z powrotem do łóżka. Gdy tylko grzecznie leżał, zajęłam się przygotowywaniem rzeczy najpotrzebniejszych do usunięcia szwów. Na całe szczęście, wśród aneksu lekarstw oraz bandaży, znalazłam drobną pincetkę, oryginalnie służącą do usuwania amunicji z rany. Chodź pierwotnie swe przeznaczenie zyskuje w pierwszym studium obchodzenia się z rozdarciem po postrzałowym, powinna być dobrym narzędziem, właśnie w tym przypadku. Przy użyciu nożyczek, całkiem sprawnie uporałam się z nieco dłuższymi, cienkimi kawałkami stali. Resztę, usunęłam z pomocą drugiego, drobnego narzędzia.
- Leczenie rany uznaję za ukończone w dziewięćdziesięciu procentach. Zalecany odpoczynek. -
Niezdatne do niczego kawałki metalu, zawinęłam we wcześniej przygotowany papier, po czym z delikatnym uśmiechem wymalowanym na twarzy, ruszyłam do kuchni. Po wyrzuceniu śmieci do odpowiedniego pojemnika, zabrałam się za nałożenie, wcześniej przygotowanych przez mężczyznę placków, prosto na nieduży talerzyk. Z uprzednio podgotowanym mlekiem, wróciłam do niewielkiego pokoju. Przysiadłam spokojnie na krzesełku, z wymownym uśmiechem przyglądając się spoczywającemu na łóżku. Zajęłam się przekrawaniem na mniejsze kawałki, jeszcze ciepłego placka. Po chwili, nabiłam nieduży kawałek na widelec, by w następnej kolejności, z lekka go podmuchać. 
- Proszę otworzyć szerzej usta. - dodałam nadal uśmiechnięta, podsuwając kąsek wprost pod nos pacjentowi. 
- Pani Doktor, myślę, że ręce mam sprawne. - zauważył, również delikatnie unosząc kąciki swych ust. Prychnęłam pod nosem, po chwili podnosząc się na równe nogi.
- Może i tak, lecz to mnie pan wybrał za swojego lekarza i teraz jest pan pod moją opieką. - odparłam, przysiadając na skraju łóżka. Nieco poważniejąc, z powrotem do siebie rękę, nie widząc z jego strony zainteresowania jedzeniem.
- Poza tym, w głównej mierze przygotowałem ten posiłek dla ciebie, pani doktor. - odpowiedział niemalże od razu, po chwili przechwytując mój widelczyk. Przechyliłam pytająco głowę, rzucając przepełnione tym sam akcentem spojrzenie mężczyźnie. Zanim zdążyłam cokolwiek dodać, widelczyk znalazł się tym razem pod moim nosem. Zezując na ów przedmiot i jedzenie, zmarszczyłam z lekka brwi.
- Nie powinnam... To jest... Nie mogę tego przyjąć! Nie zasługuję na to... - odburknęłam po chwili, odwracając wzrok w bok. - To ja opiekuję się panem, a nie na odwr- - urwałam, gdy mężczyzna wykorzystując sytuację, pozwolił całej zawartości nabitej na widelczyk, znaleźć się w moich ustach. Przełknęłam szybko, przy tym oblizując górną wargę. Dawno nie jadłam tych puszystych naleśniczków... - wymruczałam praktycznie niesłyszalnie, zaciskając dłonie na pościeli.
- No dobra... - zakasłałam cicho, dodatkowo, biorąc głębszy wdech. - Zjem, jeśli obieca mi pan w końcu wyjaśnić, skąd tak właściwie wrócił pan tak zakrwawiony, z raną na brzuchu. - wypaliłam po krótkim namyśle, tym samym stawiając mu jakże groźne ultimatum. W odpowiedzi, z początku usłyszałam jedynie cichy śmiech.
- Jasne, nie będzie z tym najmniejszego problemu. - przytaknął w momencie, przy tym prostując się. Odebrałam z powrotem sztuciec, by nabić na niego kolejny kawałek. Gdy tylko miałam zabrać się za jedzenie, niespodziewanie, z rytmu wyrwało mnie dosyć donośne pukanie do drzwi. Czułam, jak w tym momencie serce podchodzi mi do gardła. Zwróciłam wzrok z powrotem, w kierunku zabierającego się do powstania mężczyzny. W momencie odłożyłam talerzyk na nakastliczek, zatrzymując pacjenta stanowczym chwytem za ramię.
- Jeśli ich jest więcej... Jeżeli się zorientują... Nie da pan sobie rady. - wtrąciłam szeptem, przy tym podnosząc się. Stanęłam naprzeciw, siedzącego na skraju łóżka ciemnowłosego. - Proszę nie ryzykować, mam złe przeczucia...
<Marco?>

niedziela, 25 marca 2018

Od Marco do Ishi

Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc "groźby" dziewczyny. Gdybym powiedział, że mnie tym przekonała do czegokolwiek, skłamałbym. Postanowiłem jednak dalej ciągnąć tę grę, w tym czasie jedząc przygotowane wcześniej mięso. Wiedziałem, że kiedy się pożywię, proces regeneracji się rozpocznie. A jeśli wystarczy czasu - rana być może zniknie.
- Jakbym był przywiązany, to kto by panienkę pilnował? - Zapytałem, obracając nóż w dłoni i wbijając go w pieczeń.
- Sama sobie poradzę, panie Marco.- udała, że się naburmuszyła - podniosła podbródek, wyprostowała się i wypięła dumnie pierś. Próbowała spojrzeć na mnie z góry. W odpowiedzi poczochrałem dłonią jej włosy. Wręcz nie mogłem się powstrzymać, kiedy przejęła tę swoją minkę.
- Hej! -
- Przynieś mi lepiej galon mleka z chłodni. - Puściłem oko ciemnowłosej. Ta wzniosła spojrzenie ku sufitowi, lecz podążyła do wskazanego pomieszczenia, aby wykonać moją prośbę. Była taka miła, pomocna i troskliwa. Jak matka albo córka. Ah, znowu złapałem się na myśleniu o Ishi w nieodpowiednich kategoriach. Przynajmniej nie mam w planach uwiedzenia jej. W końcu, jest za młoda, moim zdaniem - za mała, na jakąkolwiek formę miłości poza przytulniem czy czymś tego typu.
Kiedy drzwi zamknęły się za panienką, wyciągnąłem z szafki surowe, ludzkie mięso, które zacząłem jeść, ostrymi paznokciami odrywając coraz to większe kawałki. Musiałem skończyć swój posiłek, nim dziewczyna wróci. Nie chciałem, aby zobaczyła mnie w tym stanie. Nie jest jeszcze na to gotowa.
- Tylko tyle zostało.. - Ishi wniosła dzban do kuchni, zatrzymując się w połowie kroku. Opuściłem palce, zakryłem mięso szmatką. No to mam problem. I to spory. Chcąc uratować sytuację, sięgnąłem po truskawki z koszyka i wsunąłem całą garść do ust. Było to trudne, gdyż aktualnie mój organizm był nastawiony anty - wegetariańsko, więc od razu szarpnęły mną torsje. Z trudem powstrzymałem się przed pobiegnięciem do łazienki. Dlatego wziąłem od ciemnowłosej naczynie, postawiłem je na stole, a następnie wcisnąłem jej w objęcia miskę z truskawkami.
- Proszę pana..! -
- Shh... - Położyłem palec na wargach, po czym zacząłem myć ręce. - Owoce to zdrowie. I kluczowy element diety osób w wieku dojrzewania. - Uniosłem nieznacznie kącik ust. - Ale to pani doktor już wie. -
- Proszę się nie śmiać z kogoś, kto uratował panu życie i wracać do łóżka. - Ishi zasiadła na stołku, lecz jednak zajęła się jedzeniem truskawek. Czułem, że zaczyna coś podejrzewać. Może już wie. Ważne, że jeszcze o tym nie wspomina. Nie podejrzewałbym takiej odważnej dziewczyny jak ona o atak paniki, ale pozory czasami mylą.
Po umyciu rąk i schowaniu mięsa, kontynuowałem gotowanie posiłku. Tym razem przeszkodą były delikatne skurcze w okolicach rany, oznaczające stopniowe leczenie się. Syczałem za każdym razem głucho przez zęby, a moja pani doktor co rusz podnosiła głowę. Musiałem uspokajać ją ruchami dłoni. Nie sądzę jednak, aby to przekonało brunetkę w jakikolwiek sposób.
- Hmm, tak sobie teraz myślę. - Zacząłem niepewnie, smażąc kolejnego syrnika. Nie były może najsmaczniejszą potrawą na świecie, ale spełniały swoja rolę obiado - deseru. I to się liczyło najbardziej. - Może nauczyłbym cię samoobrony i walki, co panienka sądzi o tym pomyśle? -
Dziewczyna ściągnęła brewki i skrzyżowała ręce na piersi. Jej mimika mówiła, że jest już na skraju zdenerwowania. W sumie, w łóżku powinienem być dobrą godzinę temu. Mam nadzieję, że chociaż naleśniczki wynagrodzą dziewczynie nerwy przez moją osobę. Kiedy skończyłem przygotowywać ostatniego syrnika, oparłem się o blat i dotknąłem opuszkami palców rany przez materiał. Teraz wszystko było boleśnie naciągnięte, a ja musiałem jak najszybciej usunąć szwy. Albo poprosić o to Ishi. Nadal czekałem na odpowiedź. Gdy cisza ciągnęła się prawie w nieskończoność, przewróciłem oczami.
- No dobrze, pójdę do łóżka. Ale powiedz najpierw, czy chcesz, abym cię uczył, panienko? -

<Ishi? Przepraszam, że krótkie :c >

piątek, 23 marca 2018

Od Ishi do Marco

Zacisnęłam mocniej dłonie, zszokowana, z początku nie mając odwagi, ani dobrego tchu by cokolwiek powiedzieć. Unormowałam po chwili swój oddech, by w sekundzie do mych uszu mogło dotrzeć mocniejsze i zdecydowanie szybsze bicie serca ciemnowłosego. Również pot spływający z jego czoła był niepokojący, nie wspominając nawet o krzyku i trzaskach, które mnie tu sprowadziły.
- P-Panie Marco... - wyszeptałam, skupiając swój wzrok na jednym, widocznym z tej perspektywy punkcie. - Pana ciepło, dreszcze i przyspieszony rytm serca... To nie jest naturalne... - dodałam równie cicho. Chodź podświadomie czułam że muszę, jakaś mniejsza część mych myśli, nie pozwalała mojej osobie oderwać się od jego uścisku. Podczas, gdy jeszcze przed chwilą nie potrafiłam się wyzbyć, przeszywającego me ciało zimna, teraz... Czułam się o stokroć lepiej... - Diagnozuję... Przeziębienie, albo delikatną gorączkę... Potrzebny będzie w tym wypadku sen, albo odpowiednio przyrządzony napar. - odparłam, nieustannie wsłuchując się w stopniowo opadające tętno jego serca.
- To nie tak... - w krótkim czasie, doszedł do mnie jego protest, z wyczuwalnym, delikatnym rozbawieniem. - Ishi... Czy ty również, miewasz czasami sny? - zapytał, po niezbyt długiej przerwie na zebranie oddechu. Westchnęłam praktycznie niesłyszalnie, wciąż pozostając w delikatnych objęciach mężczyzny, nieco się podnosząc.
- Nie mogę tak Pana przygniatać, to niezdrowe dla rany... Powinnam się ni- - urwałam w momencie, gdy wyczułam, jak moje włosy przeplatane są przez palce ciemnowłosego. "Dlaczego, mimowolnie nie chcę reagować..." - wyszeptałam w myślach, wpatrując się w losowy punkt.
- Spokojnie... Nic mi nie będzie... - odparł, starając mi się wcisnąć z daleka widoczny kit. Przez mój ciężar, odbudowane tkanki w ranie mężczyzny, mogły się jedynie uszkodzić... A co za tym idzie, ciało, wymaga stworzenie nowych. Uniosłam z lekka wzrok, by móc po chwili przeskanować swym wzrokiem, uważnie przyglądające się mojej osobie oczy. "Nie stracę żadnego pacjenta..." - wyszeptałam, by w momencie, siedząc swego rodzaju rozkrokiem w okolicach pasa mężczyzny, móc dokładniej zbadać stan pacjenta. Przyłożyłam swą dłoń, do czoła Pana Marco. Chodź było ono ciepłe, czułam, jak stopniowo traci swą wysoką temperaturę.
- Póki... - zaczęłam dosyć niepewnie, przygryzając przy tym delikatnie dolną wargę. - Póki nie jest Pan w pełni zdrów... Proszę... - kontynuowałam, zaczynając rozwijać bandaż pacjenta. -...niech Pan nie będzie taki nieostrożny. Sprawia Pan zarówno kłopot, jak i przykrość lekarzowi, który musi się przyglądać uparcie ukrytemu cierpieniu... - uzupełniłam, rozluźniając bandaże, by ujrzeć ranę. - Proszę odwrócić wzrok... - ostrzegłam, spostrzegając mocniejsze naciągnięcie nitki, symbolizowane swymi zaczerwienieniami i drobnymi przecięciami, w nielicznych miejscach. - Chociaż wolę ogólnodostępne, światowe sposoby... Jestem piekielnym lekarzem... - ułożyłam swą dłoń tak, by mogła zakryć większą część rany. - Stwierdzam liczne rany cięte, pomoc w naprawie poszarpanych tkanek zakończona sukcesem, zalecana, dyfuzja krwi. - nigdy nie testowałam czegoś takiego w praktyce, lecz sądząc po polepszonym stanie i ostatecznym efekcie, swoje działania mogłam zaliczyć w stu procentach pozytywnie. - Na lekach, własnym samoleczeniu i dodatkowej, mojej pomocy, pacjent jutrzejszego dnia, w granicach południa powinien być zdolny stanąć na nogi. - zakończyłam swój mały teatrzyk, kładąc tym razem obie dłonie w okolicy szyi mężczyzny. Uśmiechnęłam się delikatnie, całkowicie ignorując jego z lekka zdezorientowane moimi uczynkami spojrzenie.
- Dlaczego tamci ludzie nie potrafią dostrzec tego, co ja widzę? - zadał po chwili swoje pierwsze od dłuższego czasu pytanie, podobnie jak wcześniej, bawiąc się mymi włosami. Wzruszyłam delikatnie ramionami.
- Panie Marco. Ja również, potrafię być niebezpieczna, gdy trzeba... - zaśmiałam się krótko, z lekka wzdychając. - Dopóki nikt nie będzie chciał mnie bezpośrednio zabić, nie będę śmiała unieść nawet palca na żadnego śmiertelnika! - sprostowałam, by po chwili znaleźć się w pozycji leżącej, tuż obok mężczyzny.
- Cieszę się, że tak młoda istota jak panienka, pozostaje w tej kwestii bez grzechu.
- Grzechem, może być samo moje istnienie... Nie jestem tworem nieba, lecz piekła... - uśmiechnęłam się mimowolnie, przytrzymując w palcach rożek cieplutkiej pościeli. - Chociaż... Nie jest to takie złe. Cieszę się, że mogę być właśnie teraz, tutaj... Obok Pana... - wyznałam, unosząc wzrok.
- Ach, Ishi... - kąciki ust pacjenta, również z lekka podskoczyły do góry. - Również się cieszę... - Ponownie czując jego dłoń na swych włosach, przymknęłam mimowolnie oczy. Ziewnęłam cicho.
- Prawie każdej nocy miewam sny... Ściśle związane z ojcem, przeszłością... - odparłam szeptem. - Lecz... Mój drogi pacjencie, proszę jeszcze odpocząć, jeśli chce Pan wstać w najbliższym czasie na nogi... - dodałam z uśmiechem, na moment rozchylając powieki.
- Śpij dobrze, Pani doktor. - odpowiedziały mi po chwili równie cicho.

Sama dokładniej nie wiem, która była godzina gdy delikatne promyki słońca, mimowolnie rozchyliły me powieki. Niemiłe... Znowu urwały mi one w trakcie tak pięknej czynności, jaką jest śnienie na jawie. Dosyć uporczywe, szczególnie, gdy w rzeczywistości tak przyjemnie ci się śpi... Rozejrzałam się z lekka, przy tym podnosząc swe ciało do pozycji siedzącej. Z dotychczas przepełniającego mnie, sennego nastroju, w ułamku sekundy zostałam wyrwana przez dosyć rzucający się w oczy szczegół.
- Panie Marco? - zapytałam jakby samą siebie, szybko wyplątując się spod cieplutkiej pościeli. W mgnieniu oka znalazłam się przy drzwiach, przy tym jakoś przedostając się pomiędzy drobinkami, zbitej porcelany. Wybyłam z pomieszczenia, równie błyskawicznie pozwalając swemu wzrokowi przejrzeć salon.
- Cóż za uparty pacjent! - mruknęłam pod nosem, spostrzegając szukaną osobę, jakby nigdy nic zajmującą się przygotowywaniem jakiegoś posiłku.
- Nie chciałem panienki budzić. - odparł, wzruszając z lekka ramionami. Chociaż patrzył na mnie nazbyt pewnym wzrokiem, w jego postawie potrafiłam dostrzec widoczny trud utrzymania się na równych nogach. Cholera... Zaniedbuję swych pacjentów, spełniając swoje własne pragnienia...
- Moim obowiązkiem jest opieka nad pacjentem! Proszę się położyć, a ja, zaraz zorganizuję dla Pana posiłek! - zaprotestowałam, stając już zaledwie metr przed nim. - Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie... Ale jeśli już, następnym razem, przywiążę Pana do łóżka... - dodałam z wymownym uśmieszkiem, krzyżując przy tym ręce.
<Marco?>

czwartek, 22 marca 2018

Od Marco do Ishi

Starałem się zachować świadomość jak najdłużej się dało, chciałem rozmawiać z Ishi, lecz nie miałem już na tyle siły. Sam nie wiem, dlaczego. Może przez upływ krwi? Brak snu? Stres ostatnich dni?
Spojrzałem na sprawnie poruszające się dłonie dziewczyny, raz po raz zszywające ranę za pomocą "nielegalnie przemyconych" rzeczy. Wiedziałem, że poszła je kupić, nie bacząc na me zakazy, czy raczej, sugestie, że powinna pozostać w bezpiecznym mieszkaniu. Ostatnie, czego mi tu teraz brakowało, to tego, że ktoś zauważył tą małą panienkę, opuszczającą kamienicę i spacerującą w świetle bożego dnia. Może zbyt bardzo się martwiłem, w końcu, skoro już tyle sobie radziła sama, bez niczyjej pomocy..?
Moje powieki opadały raz po raz, a w którymś momencie, nie mogłem ich podnieść. Może to i dobrze. Przynajmniej w ten sposób zmuszę się do snu, czyż nie? Nie sądziłem, abym miał jakiekolwiek wizje. Miewam je rzadko, do tego stopnia, że nie pamiętam, kiedy miałem ostatnio jakiś sen. Miesiąc, dwa temu? Może to było już w Merkez, może w drodze.
Tym razem podświadomość mnie zaskoczyła, gdyż "zobaczyłem", że znajduję się w dziwnie znajomym lesie. Rozejrzałem się wokół, wzrokiem wodząc po rozświetlonych przez robaczki świętojańskie pniach drzew. Kluczyłem między nimi, chłonąc pokaz bioluminescencji tych żyjątek. Wtem usłyszałem śpiewny głos. Podniosłem głowę jak czujne zwierzę i oblizałem się. Dźwięk oraz smakowita woń ludzkiego ciała nęciły me zmysły, kusząc i wręcz nawołując"Chodź". Jako że nie przepadałem za kłóceniem się za instynktem, poddałem się temu uczuciu.
Trawa oraz liście muskały moją skórę na dłoniach oraz nagich stopach. Wszystko było takie magiczne. Tajemnicze. Realistyczne. Być może to nie był sen, a ja jakimś cudem znalazłem się w tym zaklętym borze?
Przystanąłem na brzegu krystalicznie czystego jeziorka. Podniosłem głowę na skałę na środku wody. A dokładniej, na rudowłosą piękność tam siedzącą. To do niej ten głos należał. Była wręcz obezwładniająco piękna. A jej głos? Głos był jak ciepły koc na me skołatane nerwy. Delikatna, smutna pieśń, przywołująca szereg najróżniejszych emocji.
Niewiele myśląc, zrzuciłem z siebie koszulę i wszedłem do jeziorka. Chciałem być jak najbliżej tego anioła, aby jej dotknąć. Zasmakować również. W pełnym tego słowa znaczeniu.
Rusałka zerknęła na mnie, chichocząc cicho pod piegowatym noskiem. Spojrzenie jej jadeitowych oczu sprawiło, że przyspieszyłem swe ruchy. Ostatecznie, wyczerpany lecz w pozytywny sposób, znalazłem się obok skały. Jedną dłonią przytrzymując się chropowatej powierzchni, wynurzyłem się nieco. Po długiej chwili przyglądania się sobie nawzajem, dziewczę uśmiechnęło się szeroko. Zupełnie jakbym wiedział, co mam robić, ująłem jej stopę i delikatnie musnąłem wargami. Nie chciałem uszkodzić takiej istoty, swym wyglądem przypominając porcelanową lalkę.
- Panienko.. - wyszeptałem prawie bezgłośnie. Nie musiałem podnosić wzroku, gdyż podświadomie zdałem sobie sprawę, że ten cały czas obserwowałem Ishi, ukrytą skrzętnie za magiczną iluzją. Jednak to nie zniechęciło mnie ani trochę. Nadal dotykałem z uniżeniem stóp dziewczęcia, co jakiś czas całując je. Brunetka jedynie co jakiś czas przeczesywała palcami moje włosy. W jej gestach było tyle samo niewinności co dostojności, zupełnie jak u księżniczki.
- Pozwól mi.. Tobie służyć.. - powiedziałem w przerwach między pocałunkami. Ciemnowłosa dotknęła swojego podbródka, zastanawiając się.
- A co będę z tego miała? -
- Mą duszę i wierność na wieki. - Nie wiedziałem, czy małą diablicę to przekona, gdyż zamiast prostej, zwykłej odpowiedzi, otrzymałem dźwięczny śmiech, przywodzący na myśl tysiące dzwonków. Nagle Ishi zanurzyła moją głowę pod wodę.
- Zobaczymy, panie Marco.. Wszystko w swoim czasie.. -

Obudziłem się z krzykiem, gwałtownie siadając na łożu. Dyszałem szybko i nierówno, cały mokry. W dodatku czułem pulsujący ból, emanujący z rany na brzuchu. Podpierając się na przedramieniu, odgarnąłem czarne kosmyki z czoła i wyjrzałem przez okno. Było ciemno, więc musiałem przespać większą część dnia. To nie tak miało być, powinienem pilnować Ishi przez ten cały czas, a nawet głupiego ducha z nią nie zostawiłem!
Spadający wazon wyrwał mnie z ciągu myślowego, opierającego się głównie na pomszczeniu na swa głupotę. Prawdopodobnie któremuś z obecnych tu bytów określenie "głupi" niezbyt przypadło do gustu..
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a do środka zajrzała mała pani doktor. Widząc, że siedzę, ściągnęła brewki, podeszła do łóżka i chwyciła się pod boki.
- Chyba coś powiedziałam, panie Marco, czyż nie? -
- Ishi.. Oh, Ishi.. - przyciągnąłem dziewczynę do siebie i, nie zważając na protesty, przytuliłem do swojej piersi, aby uspokoić swoje serce, które biło jak oszalałe.

<Ishi?>

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Ishi do Marco

Westchnęłam cicho, wbijając wzrok w bok.
- Lekarze nie powinni opowiadać o swoim życiu prywatnym, w pracy... - wymyśliłam na miejscu, chodź było to z lekka sprzeczne z moimi aktualnymi myślami. Owszem, nie bałam się powiedzieć więcej na swój temat. Większą rolę miał tutaj sposób, w jak może odebrać to Marco. Nie chcę, by zrobił ze mnie jakąś biedną, niezdolną do niczego ofiarą losu. Zacisnęłam mocniej palce na pościeli, unosząc spojrzenie nieco ponad głowę mężczyzny, tym samym wpatrując się w niewidoczny dla innych punkt. - Od całkiem niedawna, w pewnym sensie jestem pełnoprawną sierotą. Jak z początku, nie miałam jedynie mamy, tak teraz odszedł również ojciec. - wyjaśniłam krótko, swoją sytuację w aspekcie rodziny, by po chwili kontynuować: - Tata był lekarzem, również demonem, to właśnie w jego ślady poszłam, stając się samozwańczym medykiem... Takie tam... Wykończyli go ludzie, a ja byłam zmuszona się przesiedlić. Ostatnio często zmieniam miejsce zamieszkania, trochę ze względu na instytut medyczny... Chociaż teraz, chyba sprzedadzą najpotrzebniejsze informacje łowcom nagród, by dokończyć swego dzieła. W końcu w tych chorych czasach, każde stworzenie, czy to bardziej powiązane z niebem, bogami, czy piekłem jest wytykane palcami. A złapanie go, jest jeszcze większym wyczynem... - uśmiechnęłam się słabo, po chwili, korzystając z poświęconej mym słowom, uwagi mężczyzny, schodząc z łóżka. Ponownie wzięłam głębszy oddech, ocierając niedużą łezkę, utworzoną w kąciku mego oka. Zbliżyłam się w miarę sprawnie do drzwi, by chwilę później, będąc przy nich, ponownie spojrzeć na starszego mężczyznę. - Nie będę teraz od pana wyciągać żadnych szczegółów, jeśli pójdzie pan grzecznie spać. - odparłam, nieco wyżej unosząc kąciki ust.
- Ach... Lecz kto wtedy będzie sprawował opiekę nad niepełnoletnią panienką? - podpytał, odwzajemniając gest.
- Spokojnie, nigdzie się nie wybieram... - odwróciłam szybko wzrok, podświadomie mając świadomość, że to co mówię jest kłamstwem. Wykorzystam najkrótszy moment, gdy jego uwaga będzie skupiona na śnie, czy czymkolwiek innym i podejdę do pobliskiego sklepiku medycznego. Przynajmniej ów udało mi się zauważyć, gdy ubiegłego dnia pędziłam wraz z mężczyzną w stronę jego kamiennicy. Miałam nadzieję, że w jej wyposażeniu znajdę choćby zwykłą, chirurgiczną nitkę... - Miłego snu! - dodałam jeszcze odchodząc, wcześniej zamykając za sobą drzwi od sypialni. Od razu wzięłam się za ogarnięcie tego całego syfu, który wraz z akcją ratunkową samoistnie się stworzył. Zaczęłam od zajęcia się naczyniami, później przechodząc przez ręczniki oraz waciki, by na koniec zamieść i przy pomocy owiniętej w mokrą szmatę miotły, umyć podłogę. Upewniwszy się, iż wszystko znajduje się na swoim miejscu, postanowiłam zająć się własnym wyglądem. Przebierając przez przyniesione mojej osobie rzeczy, ostatecznie pozostałam przy już z początku upodobanej sobie, szarej koszuli oraz białej bluzce. Sukienkę, którą dotychczas dane mi było nosić, wyprałam ręcznie, jak najdokładniej było mnie na tą chwilę stać, by później pozostawić ją do schnięcia przy kominku, do którego dorzuciłam trochę chrustu. Wszystkie te czynności nie zajęły mi trochę ponad godzinę, lecz za to byłam w pełni gotowa wyjść na moment z domu pana Marco. Drzwi wejściowe, uchyliłam najciszej jak na ten moment było mnie stać, by później równie bezszelestnie je zamykając. W ciągu zaledwie ośmiu minut, udało mi się bez szczególnego zainteresowania ludzi, zakupić najpotrzebniejsze rzeczy i na powrót znaleźć się w progach mieszkania. Będąc już w środku, jak gdyby nigdy nic, zaczęłam szykować wodę na herbatkę. Dodatkowo zakupione dla pana Marco, regeneracyjne ziółka, przyszykowałam w miarę szybko, dzięki czemu dane mi było znaleźć się w jego sypialni, po prawie pięciu minutach, z przewieszoną na nadgarstku, lnianą siatką. Cholera... Jak ja mu się wytłumaczę ze swojego nagle powiększonego inwentarza? Nawet nie otrzymałam czasu na przemyślenie, gdyż po chwili dane mi było spostrzec, że powieki mężczyzny są uchylone.
- Skąd masz te rzeczy? - wtrącił od razu, gdy chciałam mu podać kubek. Wzruszyłam z lekka ramionami.
- Tajemnica lekarska... - odparłam pod nosem, chowając przedmiot jego zainteresowań za siebie.
- Nie przystoi młodym damom kłamać. - powiedział krótko, przejmując przyniesiony przeze mnie kubek. Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem, mrużąc z lekka oczy. - Więc jak to było? - dopytując, wziął łyk cieczy o temperaturze swobodnej do wypicia duszkiem.
- Jeszcze się pan zadławi, proszę uważać i wypić w spokoju... - fuknęłam, starając się za wszelką cenę zmienić temat i zaprzestać wysłuchiwania dopytywań z jego strony. Odpowiedziało mi ciche westchnięcie, by zaraz po nim mężczyzna pan Marco zabrał się za picie, a nie rozmowę. Wyczekiwałam zakończenia przez niego ów czynności, za plecami nerwowo bawiąc się uchwytem niewielkiej pseudo reklamówki. Nie minęła minuta, a mogłam odebrać od niego naczynie... Ach, gdyby było nieco cieplejsze, trochę dłużej musiałby z tym się pomęczyć...
- Więc? - wpatrywał się we mnie wyczekująco.
- Proszę się nie ruszać... - wydałam krótkie, chyba jednoznaczne polecenie, by po chwili nachylić się nieco bardziej nad jasnym opatrunkiem. Pozwalając sobie nieco odchylić kołdrę, przyjrzałam się uważniej ledwo widocznej plamce, stworzonej zapewne przez nawet najmniejsze ruchy znajomego. Westchnęłam cicho. - Może i kłamię i nie dostosowuję się do pana zaleceń, lecz nie mogę pozostawić swojego pacjenta w tak karygodnym stanie! - rzekłam, wyciągając z torebki najpotrzebniejsze do pozbycia się mocniejszych krwawień przedmioty. - Później, przygotuję coś do jedzenia... Muszę jak najlepiej dbać o swoich pacjentów...
<Panie Marco?>

niedziela, 18 marca 2018

Od Marco do Ishi

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Wplotłem palce w czarne kosmyki dziewczyny, spoglądając słabo w sufit. Analizowałem dokładnie jej słowa. Może i miała rację w kwestii, że demony są w stanie pożreć dusze niewinnych, jeśli tylko by zechciały. Bardziej racjonalna część mnie wiedziała również, że Ishi mogłaby to zrobić. Nie mogłem jednak zmusić się do wytworzenia wizji drobnej istotki, takiej niewinnej, o dobrym sercu jak panienka, aby kogokolwiek skrzywdziła. Nie mówiłem tu nawet o przysiędze Hipokratesa czy jakimś innym kodeksie lekarskim. To bardziej kwestia duszy i sumienia, a patrząc po reakcji dziewczyny na to, że zostałem ranny z jej powodu, na pewno była o wiele bardziej ludzka od niejednej osoby, uważającej się za człowieka. Po raz kolejny pomyślałem, że jesteśmy podobni. Może stwierdzenie, że Ishi pasowałaby do roli mojej córki było o wiele za daleko wybiegające w przyszłość, to w przypadku bycia wyrzutkami społecznymi, zwłaszcza w tym momencie, byliśmy jak dwie krople wody. Ona była poszukiwanym przez łowców nagród demonem, ja - najemnikiem oraz kanibalem. Ah, ludzkie mięso.. Zrobiłbym wszystko za chociażby kęs świeżego uda!
Oblizałem się po dawnym posiłku. Cała jego energia została przekierowana do usuwania zakażenia z mojego organizmu, które, jak czułem, stopniowo zanikało. W większej jednak części była to zasługa lekarstw Ishi. Panienka była niezwykle dobra w swoim fachu.
- W sumie, powinienem ci w końcu powiedzieć, kim jestem. -
Ciemnowłosa podniosła głowę, ponownie ocierając policzki. Gestem zaprosiłem ją do siebie, a kiedy tego nie zrobiła, przeniosłem ją telekinezą na łóżko. Dziewczyna rozejrzała się zdziwiona.
- Panie Marco? -
- Jestem Żniwiarzem Dusz. Czyli tak jakby po części bogiem śmierci, jeśli można to tak określić. - Wziąłem kilka głębszych wdechów i skrzywiłem się nieco, czując przy tym ból w brzuchu. Ciemnowłosa sięgnęła do opatrunku, aby sprawdzić, czy się nie poluzował. Na szczęście, wszystko było na swoim miejscu.
- To znaczy, że zabija pan ludzi? - W głosie Ishi wyczułem nutkę strachu albo typowo naukowej ciekawości. Uniosłem kącik ust i zacząłem głaskać włosy towarzyszki.
- Tylko jak muszę. Albo jak inni na to zasługują. Najczęściej jednak robię całkowicie przeciwną rzecz...-
- To znaczy? - Panienka uniosła spojrzenie na moją twarz, więc zacząłem czochrać pięścią jej włosy. Dziewczyna mruknęła niezadowolona, próbując się uwolnić. Uśmiechając się złośliwie, jedynie wzmocniłem swoją czynność. Nie miałem zamiaru jej puszczać. Nie tak łatwo.
- Na przykład ratuję panienki z opresji, jeśli trzeba. I opiekuję się nimi. - Chwilę zastanawiałem się, co mogę jeszcze powiedzieć, lecz kiedy nic nie przyszło mi do głowy, westchnąłem cichutko.
- Masz jeszcze jakieś pytania? O, albo lepiej.. Powiedz mi może, jak się tutaj znalazłaś? Co robiłaś wcześniej? Z chęcią posłucham. - Gdybym mógł, obróciłbym się na bok. Jednak wizja wnętrzności, wypływających na Ishi, była dostatecznie przekonywująca, aby się nie ruszać.

< Pani Doktor Ishi? >

piątek, 16 marca 2018

Od Ishi do Marco

Przeklęłam pod nosem, przyglądając się ranie, wciąż zasłanianej przez dłoń mężczyzny. Szybko odgarnęłam jego kończynę, by po chwili, bez zapowiedzi pozwolić sobie do końca rozedrzeć - i tak już rozciętą -, koszulkę. Całość nie wyglądała zbyt ciekawie... Podobnie z resztą, jak dosyć nietypowa, ciemnawa ciecz.
- Cholera... - warknęłam, dorywając do siebie wiszący na wieszaku obok ręcznik. - Czy ma pan w tym domu jakąkolwiek apteczkę? - skierowałam swoje szybkie pytanie, w kierunku przymykającego oczy Marco.
- Górne szafki, w kuchni... - odpowiedział, z przerwami na krótsze wdechy. Przytrzymywany w dłoniach, ręcznik z jakiegoś sztucznego tworzywa, w mgnieniu oka odpowiednio zwinęłam i przyłożyłam do otwartej rany. Zalecając ciemnowłosemu, w miarę możliwości mocniej przycisnąć ranę, gwałtownie poderwałam się z podłogi, o mało nie przewracając się o własne nogi. W miarę szybko udało mi się znaleźć kilka metrów bandaża, jakieś gaziki, wodę utlenioną i rękawiczki. W drodze powrotnej do łazienki, dorwałam pierwszą, lepszą, glinianą miskę oraz szklankę, a po zabezpieczeniu swych dłoni, jedną z przyniesionych książek. Zorganizowanie wszystkiego zajęło mi ledwo ponad dziesięć sekund, głównie ze względu na mą nadnaturalną szybkość. Będąc z powrotem przy poszkodowanym, napełniłam miskę wodą. Z przyniesionej książki, wyciągnęłam owinięte w cienki papier, suszące się od dłuższego czasu zioła.
- Ma pan szczęście, że wybrał pan akurat te książki... - powiedziałam cicho, krusząc w zaciśniętej dłoni całkiem spory liść i kwiat rośliny, by po chwili całość zsypać do szklanki. Przecierając jedną z kropli potu, która zapewne w wyniku stresu wytworzyła się na moim czole, ostatni raz przebiegłam przez mieszkanie, prosto do czajnika, w którym znajdowało się już trochę wody. Włączyłam gaz, by po sekundzie być na powrót w łazience, siedząc na płytkach.
- Przepraszam, że musiał pan czekać... - dodałam jedynie, biorąc się za oczyszczanie rany na przemian zwykłą i utlenioną wodą. Nie minęło pięć minut, a okolice wciąż w pewnym stopniu krwawiącego miejsca, były dobrze oczyszczone. W celu zatamowania krwotoku, dodatkowo przyłożyłam wcześniej przygotowany gazik i całość, odpowiednio owinęłam bandażem. Nie zważałam podczas tego szczególnej uwagi na skrzywienia, czy jęki poszkodowanego. Wszystko robiłam zgodnie ze swoimi, wywodzącymi się z samozwańczego bycia lekarzem, zobowiązanymi. Chociaż w głębi duszy czułam ogromny stres, związany z możliwością zrobienia czegoś źle, czy nieszczęśliwego pogorszenia się stanu pacjenta, nie dawałam tego po sobie w najmniejszym stopniu poznać. Muszę pamiętać o swojej kamiennej postawie, jako szanujący siebie lekarz... Dotychczas niebieskie rękawiczki, mocno zmieniły swoją barwę, przez tą niepokojącą barwę krwi. Zapewne ludzie, a raczej ich mocna odmiana, charakteryzuje się czymś takim. Westchnęłam cicho, odrzucając na bok przewrócony na lewą stronę, przedmiot dotychczas zabezpieczający moje dłonie. Podnosząc się na równe nogi, już zaczynałam zastanawiać się nad sposobem przetransportowania mężczyzny, do wygodnego łóżeczka w sypialni. Przygryzając z lekka dolną wargę, przeskanowałam dokładnie wzrokiem drogę do przebycia.
- Niby jest jedna możliwość, ale... - wyszeptałam do siebie pod nosem, przyklękając. - Musi pan zamknąć oczy, to nie będzie przyjemny widok... - dodałam równie cicho, delikatnie kładąc swoją dłoń, na jego ramieniu, by po chwili moje palce powędrowały ku policzkowi mężczyzny. - I policzyć do pięciu sekund. - odwróciłam wzrok w bok, kątem oka jednak obserwując jego z sekundy, na sekundę bardziej nieobecne spojrzenie. "Szybko..." - powiedziałam do siebie jedynie.
- Nie musi panienka się martwić, jakoś sam dam- - nie dałam mu dokończyć, gdy sama przysłaniając mu oczy otwartą dłonią, pozwoliłam na moment ustąpić swojej odmiennej, charakterystycznej dla rasy formie. Nigdy nie przydarzyło mi się korzystać z niej w obecności osoby słabo znanej. Szczególnie tej, z głębi piekieł... Zawsze liczę na swe umiejętności, a nie na moce, lecz w tym momencie. Powinnam jak najszybciej, w ułamku kilku sekund podać przyszykowane wcześniej zioła. Dostało mu się dość słabą mieszanką, chociaż trafiona w takie miejsce, mogła szybko dojść do serca i innych, ważnych narządów. Dla niego na szczęście były to zaledwie trzy sekundy, w których czasie mogłam bezproblemowo, w pewnym stopniu naginając prawa fizyki przetransportować jego osobę na łóżko i stanąć, już w normalnej formie, obok, z gotowym naparem w dłoniach.
- Nie może się pan prostować, poza tym, proszę to szybko wypić. - powiedziałam szybko, przystawiając mu pod nos kubek. Gdy ten, w miarę swoich sił go przytrzymywał, ja, błyskawicznie podsunęłam mu kilka poduszek pod głowę, aby znalazł się w pozycji wygodnej do picia, a zarazem odpowiedniej dla rany. Przyglądając się kątem oka, jak ten powoli sączy ciepły napar, podsunęłam sobie nieduże krzesełko, by po chwili na nim spocząć.
- Na tą chwilę, nie zakładam szwów. - wtrąciłam, zakładając nogę na nogę. - A raczej... Nie założę ich, bo nie posiadam ów przy sobie... - dodałam nieco zmieszana, poprawiając opadające mi na twarz włosy.
- I mam nadzieję, że panienka nie będzie się po nie wybierać. - wtrącił, pozwalając aromatowi ziół, przeszyć od wewnątrz całe jego drogi oddechowe. Na jego odpowiedź, pokręciłam zrezygnowana głową.
- Lecz w takim razie, nie może pan się ruszać przez najbliższe czterdzieści osiem godzin, bo jeszcze uszkodzi pan ranę... - odparłam z delikatnym uśmiechem na twarzy, podpierając głowę o otwartą dłoń. - Nic nie powinno się stać, jeśli podejdę do sklepu... - mruknęłam pod nosem. W odpowiedzi, z początku otrzymałam ciche kaszlnięcie.
- Nawet panienka nie zdaje sobie sprawy, jak szybko wieści roznoszą się po tym mieście. - stwierdził, popijając przygotowanym przeze mnie lekarstwem.
- Co mnie to interesuje! - warknęłam, podnosząc głos. Gwałtownie podniosłam się na równe nogi, zaciskając pięści. - Nic mi nie przeszkodzi w ratowaniu ludzkiego, czy nieludzkiego życia! Kim bym nie była, syreną, wampirem... Co z tego, że jestem demonem! - omijając krzesło, podeszłam bliżej w stronę okna. Wyjrzałam przez nie. - Ludzie, te niewinne istoty, których dusze zdołałabym zgłodniała porwać w jedną noc... Rozumiesz? Nie chcę ich! Nie korzystam z tych wszystkich, odziedziczonych przekleństw! Jak długo żyłam i będę żyć, nie mam zamiaru tknąć żadnej, żywej, czy nieżywej duszy! Mogę umierać z głodu, nie chcę ich! - oparte o parapet dłonie, zacisnęłam o oba kąty kamiennego tworu. - Chociaż dobrze wiem, że nienawidzą takich tworów jak ja, uważają je za zagrożenie, przekleństwo... Nie dbam o to! Czy tego chcą, czy nie... Na pewno ich ocalę... - zsunęłam się mozolnie, ku podłodze i dosyć miękkiej wykładzinie, by po kilku sekundach oprzeć się o lewy bok łóżka. - Nie wiem, kim pan jest... Nie wiem, czego pan ode mnie tak naprawdę chce... Nawet nie wiem, skąd wzięła się rana na pana brzuchu... - westchnęłam, przymykając z lekka oczy. - Wybuchłam, chociaż nigdy nie chcę do tego doprowadzać... - otarłam dłonią twarz, wracając do rzeczywistości - widocznie niezadowolona ze swojej niekulturalnej postawy. - Może narażę swoje życie, a raczej swoją aktualną egzystencję, ale wolę ją postawić, jako rekompensatę pana zdrowia. W końcu... Podoba mi się tu, ale... Przynajmniej... Przyłączyłabym się do ojca, co wcale by nie było takie złe... - uśmiechnęłam się delikatnie, swój planowany śmiech, zamieniając w podobny co przed momentem, głębszy wdech. Wtuliłam głowę, w mięciutki nawet z tego miejsca materac. - Przepraszam, musiałam to wyrzucić z siebie...
<Panie Marco?>

czwartek, 15 marca 2018

Od Marco do Ishi

Czekałem na powrót dziewczyny, a dokładniej na krówki, które miała przynieść. Ze znudzeniem przewróciłem się na plecy, nogi przerzucając przez podłokietnik. Długo nie wracała, więc zacząłem się niepokoić. Nieważne, że była zaledwie kilka metrów ode mnie. Zawsze ktoś mógł się włamać do domu przez okno, zaczaić się pod łóżkiem, wyłonić z szafy..!
Poderwałem się z leżanki i wszedłem do sypialni. Wpierw, widząc ciemnowłosą, leżącą bezwładnie na pościeli, myślałem, że jest martwa, że się spóźniłem. Wyciągnąłem dłoń ku głowie Ishi, kiedy ta ziewnęła cichutko. Poczułem ulgę, widząc, że to tylko moja nadopiekuńcza część wzięła górę. Chciałem ponownie usiąść przy dziewczynie, aby ją pilnować, kiedy przypomniałem sobie, że chciała iść po swoje rzeczy. Teraz bynajmniej mi nie przeszkodzi. Lecz pozostał nadal jeden problem. Jak znaleźć miejsce zamieszkania Ishi?
Po namyśle, upewniłem się, że panienka śpi. Gdyby zobaczyła, co mam zamiar zrobić, miałaby traumę do końca życia. Wsunąłem nos między jej włosy, tuż za uchem i wciągnąłem woń dziewczyny. Po plecach brunetki przeszedł delikatny dreszcz, więc znieruchomiałem, czekając aż ponownie zapadnie w głębszy sen. Jeszcze kilka razy powąchałem Ishi, aby dokładniej zapamiętać jej zapach. Kiedy się wyprostowałem, już znałem jej trasę, nawet jeśli była częściowo stłumiona przez inne aromaty. Przed wyjściem ze swojego małego mieszkanka, położyłem zapasowe klucze na stoliku przy drzwiach i zostawiłem Ishi małą karteczkę, że wychodzę. Być może popełniłem błąd, zostawiając tę małą demonicę samą sobie, więc poprosiłem ducha starego rezydenta, aby rzucił na nią od czasu do czasu okiem. Widząc, jak starzec RZECZYWIŚCIE wyciąga swoją gałkę oczną i szykuje się do rzutu, westchnąłem ciężko. No cóż, dusze bywają czasami niezbyt inteligentne..
Zamknąłem za sobą drzwi i zszedłem powoli na dół, wahając się jednak przed wyjściem na ulicę. Nie byłem gotowy na spotkanie z ludźmi. Zwłaszcza tymi smakowitymi. Ssanie w żołądku, związane z głodem, znacznie utrudniało mi opanowanie się. W dodatku słodki zapach Ishi, błądzący w moim nosie jak narkotyk, nie pomagał w żadnym stopniu. Wziąłem głęboki wdech, chcąc zatrzymać w płucach jak najwięcej "neutralnego", zakurzonego powietrza z wnętrza kamienicy i pchnąłem drewniane wrota. Od razu usłyszałem radosne odgłosy życia ulicy, płynące od strony kolorowych straganów, pokazów domorosłych artystów czy biegających pod nogami przechodniów dzieci wszystkich ras. Spróbowałem skupić się na celu swojej misji. Dom Ishi. Minąłem elficką dziewczynkę, która bawiła się jakąś zabawką na skraju ulicy, a następnie skierowałem się za rozmytym zapachem do miejsca zamieszkania młodej pani doktor. Zbliżając się , dotarło do mnie, że nie przewidziałem pewnej rzeczy. Jak się tam dostanę? Dlaczego myślę o takich rzeczach na końcu?
Obejrzałem się, moja kamienica była za daleko, a znając życie, zgubię zapach Ishi i będę musiał ją wąchać ponownie. A to nie wchodziło w grę. Jak się okazało, moje wątpliwości zostały rozwiane, jak tylko wszedłem do środka. Łowcy czy złodzieje, bez różnicy, plądrowali mieszkanie panienki. Stanąłem więc w progu, ogarniając spojrzeniem pokoje. Rzeczy prywatne zostały przeszukane, półki z książkami przewrócone, a co cenniejsze rzeczy - zrabowane. Wyglądało na to, że wieść o Ishi szybko się rozniosła po okolicy. Zapukałem więc w wyważone drzwi.
- Dzień dobry. Panowie to znajomi Ishi? - Spytałem formalnie i zerknąłem na reakcję ludzi. Było ich kilku, trzech, może czterech. Słabo uzbrojeni. Czyli jednak złodzieje.
Jeden z nich przerwał upychanie monet do kieszeni i dobył pałki. Przewróciłem oczami, kiedy broń została mu wyrwana przez niewidzialną siłę. Pokonanie pozostałych było błahostką. Większość od razu próbowała się poddać. Lecz ostatni okazał się wyzwaniem. Kiedy skierowałem swe kroki ku niemu, zaczął nerwowym ruchem nacierać ostrze noża jakimiś roślinami.
- To ci nic nie da..- Skomentowałem z politowaniem w głosie, chwyciłem mężczyznę za ubrania i podniosłem. Wbrew sobie oblizałem się. Hmm. W sumie, mogę przekąsić tego człowieka.
Opuściłem spojrzenie na swój brzuch, kiedy poczułem piekący ból. Nóż tkwił w nim, a złodziej zaciskał na trzonie dłonie.
- Tojad. - Warknąłem do siebie, całkowicie tracąc nad sobą kontrolę.
Następne wydarzenia pamiętałem jak przez mgłę. Czy raczej, tak sobie wmówiłem, nie chcąc pamiętać o krwawej uczcie. Zabiłem kolejnego człowieka... Po raz pierwszy straciłem nad sobą panowanie do tego stopnia, że zaatakowałem teoretycznie niewinną osobę. Stałem się potworem, tak ja mój ojciec.
- Panie Marco? - Gdy wróciłem do domu, Ishi była już na nogach. Jej ręce drżały, była zdenerwowana. Wręczyłem ciemnowłosej rzeczy, składające się głównie z książek i ubrań.
- Tyle zdołałem znaleźć, panienko. - Oparłem się o szafkę, zostawiając na niej odcisk dłoni. W głowie zakręciło mi się do tego stopnia, że prawie upadłem. Dziewczyna chwyciła mnie za łokieć, lecz wyrwałem się.
- Proszę pana, dlaczego tu jest tyle krwi? -
- Nie jest moja. - Odparłem krótko, snując się powoli do łazienki. Wolną dłoń, której nie wykorzystywałem do podpierania się, tamowałem krwotok czarnej cieczy. Chciałem obejrzeć, jak paskudnie rana po nożu wygląda, a następnie odkazić ją. Nim jednak dotarłem do pomieszczenia, upadłem na podłogę. Ishi od razu znalazła się przy mnie. Mierząc ją wzrokiem, pomyślałem sobie, że może być moją córką. Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Chyba potrzebuję pomocy, pani doktor..-

< Ishi?>

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Ishi do Marco

Westchnęłam cicho, swój beznamiętny wzrok pozostawiając wlepiony w podłogę. Wykonałam drobny krok, dłonią delikatnie podpierając się o ścianę, przy której siedział starszy mężczyzna. Próbując ominąć kontakt wzrokowy, na który widocznie wyczekiwał Marco, zsunęłam się po ścianie, podobnie jak towarzysz kilka sekund temu.
- Dobrze wiem, że demony zazwyczaj przynoszą wiele złego ludzkości, lecz... Czy ja, pani doktor, chciałabym się zaliczać do tego grona? - powiedziałam cicho, z lekka przygryzając wargę, podczas gdy na moje usta wpłynął cień uśmiechu.
- Może i ma panienka rację... - odparł, również biorąc głębszy wdech. - Ale niestety nic nie zmienia faktu, że aktualnie stałaś się celem wielu najemników. - dodał, przynajmniej z twarzy niewzruszony. Mimo dosyć neutralnej mimiki, dane mi było wyczuć tą burzliwą aurę wokół jego osoby. Tysiąc myśli na sekundę, znam to całkiem kłopotliwe uczucie.
- Nie wiem czy zginę, nie wiem z czyjej ręki... Szczerze mówiąc, nawet nie mam pojęcia, co ze sobą w takiej sytuacji począć. Okropnie się boję, chociaż będąc demonem, powinnam przynajmniej w najmniejszym stopniu być zdolna do obrony... - wyszeptałam praktycznie niesłyszalnie. Skulona, z kolanami podsuniętymi pod sam podbródek, ukradkiem przeniosłam swoje równie wyblakłe co zwykle tęczówki, w kierunku siedzącego obok, ciemnowłosego. Z tej, o wiele bliższej i jaśniejszej perspektywy, dane mi było dostrzec wyraźne oznaki zmęczenia, malujące się pod oczami mężczyzny. Podpierając się jedną z otwartych dłoni, o nieco chropowatą powierzchnię podłogi, po chwili mogłam na powrót znaleźć się w pozycji stojącej. Wykonałam kolejne, delikatnie większe kroki, by w ułamku kilku sekund znaleźć się naprzeciw Marco, który wciąż nieco zmieszany, poszedł w moje ślady ze swoimi czynami. Uniosłam w jego stronę, swoje trochę pewniejsze spojrzenie... By po krótkim momencie, jednak z powrotem wbić je podłogę, nad wyraz zawstydzona. Dlaczego jakiekolwiek kontakty wzrokowe, właśnie z tą, żywą egzystencją przynoszą na mnie taki efekt? Dosyć uporczywy, niepohamowany czyn mojego ciała, którego istnienie utrudnia mi kontakty międzyludzkie. Mruknęłam coś do siebie pod nosem, zaciskając z lekka pięści. Ostatecznie, ze zmrużonymi oczami udało mi się wbić w jego osobę swoje spojrzenie.
- Powinien pan położyć się i odpocząć! - szczerze mówiąc, moje "stwierdzenie" w swojej naturze bardziej przypominało nakaz. Rozbawiony wzrok wyższego, od razu został rzucony w moją stronę. Mimo to, pozostałam ze swą nieugiętą miną.
- Posłucham się poleceń lekarza, lecz skąd mam mieć pewność, że gdy się obudzę, wszystko będzie stało na swoim miejscu? - podpytał, z tym swoim wymownym uśmiechem. - Podobnie jak ty, panienko. - dodał, najwidoczniej zachciewając podejrzewać moją osobę o jakieś niemoralne czyny. Prychnęłam pod nosem.
- Nawet jeśli zdołałabym niezauważona wyjść, byłby to dosyć nierozsądny krok. - wzruszyłam z lekka ramionami. - W końcu... Nieuniknione, że mogę się rzucać w oczy. - odparłam, odwracając wzrok w bok. Pozwoliłam zachować pomiędzy nami krótką ciszę, by po chwili znowu rozchylić usta. - Ale jeśli już mam tu zostać na dłuższy czas, chciałabym wziąć z domu kilka najpotrzebniejszych rzeczy... - zboczyłam odrobinę z tematu rozmowy, wracając do planów mojego zostania na kilka dni w mieszkaniu pana Marco. Chociaż sprzeczne dylematy na temat wizji spędzenia tutaj kilku nocy, nieustannie nachodziły moje zakłopotane myśli, uważałam ten dom, - czyli, de facto miejsce zamieszkania jednego z najemników -, za najbezpieczniejsze przemilczenie całej tej sytuacji.
- Jak sobie życzysz, ale możemy nawet- -
- Nie. Ty. Teraz. Idziesz. Spać. - wtrąciłam się dosyć niekulturalnie w zdanie mężczyzny, na co ten, jedynie pokiwał nieco zrezygnowany moim zachowaniem głową. Skrzyżowałam ręce na poziomie piersi. - To ja posiedzę sobie teraz przy tobie... - uśmiechnęłam się, z cieniem niezbyt często ukazywanej przeze mnie złośliwości, zarówno w mimice, jak i w głosie.
- Jasne, jasne... - zaśmiał się, wymijając moją osobę, by po chwili przysiąść na oddalonym o kilka metrów, czymś w rodzaju kanapy. W sumie co za różnica, miękkie i zdatne do siedzenia. Właśnie. Spoczywać, a nie spać.
- Dlaczego nie idzie pan do sypialni? - wtrąciłam, podchodząc do ów przedmiotu i mężczyzny. - I proszę mi nawet nie mówić, że to wina mojej osoby... - syknęłam nieco ciszej przez zęby, mierząc jego postać od góry do dołu wzrokiem.
- Panienka również powinna się przespać, czyż nie? - podpytał, gdy tylko stanęłam mu naprzeciw.
- Idę po cukierki... - odburknęłam tylko w odpowiedzi, odchodząc w stronę miejsca, gdzie z tego co pamiętam zostawiłam podarowane mi słodycze. Przekraczając próg pokoju, od razu wzrokiem prześledziłam całe pomieszczenie, w poszukiwaniu papierowej torebki. Przysiadając w stylu tak zwanego "siadu w literę W", sięgnęłam dłonią w kierunku dostrzeżonego przedmiotu. Wbijając jeden z łokci w materac, dorwałam do siebie paczuszkę. Akh... To łóżeczko jest takie mięciutkie... "Chyba... Nic się nie stanie, jak chwilę tak sobie poleżę?" - powiedziałam do siebie w myślach, przytulając do siebie zarówno torebkę, jak i skrawek pościeli.
<Marco?>

Od Marco do Ishi

Wyciągnąłem dłoń, aby pogłaskać jej włosy, lecz szybko zaniechałem swojego czynu. Nie powinienem spoufalać się zbyt bardzo, aby nie wystraszyć Ishi. Zamiast tego z ciepłym uśmiechem przełożyłem ciemny kosmyk za ucho dziewczyny.
- Nie musi się panienka odwdzięczać w żaden sposób. -
Towarzyszka otworzyła usta, aby zaoponować, lecz szybkim ruchem włożyłem między jej wargi karmelowego cukierka. Zarówno po to, aby słodycz skleiła jej usta oraz żeby nabrała nieco energii. Musiała być osłabiona po tej chorobie.Po raz kolejny podjąłem próbę wzięcia dziewczyny na ręce, tym razem wykorzystując fakt, że była zbyt zajęta uwalnianiem się z okowów krówkowej ciągutki. Ishi jęknęła głucho w akcie protestu, lecz było już za późno, gdyż leżała pod kołdrą, szczelnie okryta. Prewencyjnie przyniosłem do sypialni kubek oraz dzban z wodą miętową.
- Zaraz przyniosę śniadanie.. Proszę odpoczywać. -
Opuściłem bezszelestnie pokój i skierowałem się do aneksu kuchennego. Nie byłem pewien, co może zasmakować mojemu gościowi, więc wybrałem neutralną potrawę - kromki białego, świeżego chleba z musem z owoców leśnych. Przełożyłem pieczywo na talerz, chwilę manewrując nimi, aby znaleźć złoty środek całego układu, po czym ozdobiłem chleb listkami mięty i wszystko zaniosłem do sypialni. Pani doktor zdawała się być w pewnym stopniu zła, że potraktowałem ją jak dziecko, lecz to było jedyne, logiczne rozwiązanie. Nie mogłem przecież pozwolić, aby krew panienki zepsuła się przez jakąś zarazę, czyż nie?
- Smacznego, Ishi. - Posadziłem dziewczynę na łóżku, podparłem ją poduszkami i nalałem do kubeczka wody. Drobne paluszki przyjęły napój z wdzięcznością. Już miałem wychodzić, aby samemu zdrzemnąć się chociaż chwilę na leżance, kiedy brunetka chrząknęła cicho. Momentalnie zatrzymałem się, zerkając przez ramię na Ishi.
- Panie Marco.. - Powiedziała z niepewnością w głosie, uderzając paznokciami o gliniany kubek. Uniosłem brwi, czekając na kontynuację. Dziewczyna długo walczyła ze sobą, prawdopodobnie z uprzedzeniami i wątpliwościami, jednak ostatecznie wzięła głęboki wdech.
- Czymogłabymjeszczetrochęcukierków. - wymamrotała półgębkiem. Zaśmiałem się krótko, zbliżyłem do łóżka i pochyliłem nad Yamakaze. Ta odwróciła głowę na bok, unikając kontaktu wzrokowego.
- Słucham, panienko? -
- Czy mogę prosić o jeszcze kilka cukierków? Jeśli można, oczywiście.. - Nerwowe poruszanie dłońmi dało mi do zrozumienia, że taka prośba przychodzi Ishi z trudem. W pierwszym odruchu, chciałbym powiedzieć, że nie może otrzymać więcej krówek. Dosłownie uwielbiałem je, zwłaszcza te czekoladowe, które cudem kupiłem u podróżnego sprzedawcy. Nie miałem serca odmówić tej uroczej istotce. W dodatku, każda próba polepszenia smaku ciała innej osoby jest warta kilku krówek.
Wyciągnąłem z białego papieru dwie ciągutki, resztę dając brunetce. Ta otworzyła szeroko oczy i zaczęła oddawać mi słodycze, lecz twardo uparłem się przy swoim. Zgaduję, że kłócilibyśmy się w nieskończoność, proponując coraz to nowsze oferty, kiedy usłyszałem łomotanie do drzwi na parterze. To mogła być tylko jedna osoba. Przeprosiłem szybko zdziwioną dziewczynę, po czym pobiegłem wpuścić swojego zleceniodawcę. Starszy mężczyzna bez słowa wszedł na górę, mierząc wzrokiem moje skromne mieszkanie. Sprawdziłem, czy sypialnia jest zamknięta, po czym zaprosiłem gestem prawdopodobnego pracodawcę do salonu. Wspólnie usiedliśmy po obu stronach pseudostolika, mierząc się chwilę wzrokiem.
- Daku, tak? - Zaczął mężczyzna, zwieszając głos. Skinąłem więc głową, utwierdzając go, że trafił do właściwej osoby. - Jak się możesz domyślić.. Mam dla ciebie zadanie. -
- Zamieniam się w słuch. - Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, dłonie krzyżując na brzuchu. Skupiłem się dokładnie na słowach mężczyzny, który streścił mi powód swojego przybycia - w naszym mieście pojawiło się demoniczne szczenię, jego zdaniem, plugawe połączenie człowieka i mieszkańca piekielnych odmętów. Według zrzeszenia, którego mężczyzna był wysoko postawionym członkiem, ta osoba mogłaby wyrządzić sporo szkód. Zgodziłem się z nim w myślach. Tak, to prawda, diabły potrafią być problematyczne, jeśli można to tak ująć. Lecz przy odpowiednim podejściu, są nawet przyjazne i pożyteczne.
- Najpierw ocenię, czy ten... hmm, cel, zasługuje na unicestwienie. Nim jednak rozpocznę obserwację, jak nazywa się obiekt? - Zapytałem mężczyznę, na co ten wyciągnął przybrudzony pergamin.
- Mephistopheles. Ishi Yamakaze Mephistopheles. -
Znieruchomiałem w fotelu, a mój wzrok powędrował ku zamkniętym drzwiom. To nie może być przypadek. Musiałem jednak przynajmniej stworzyć pozory chęci współpracy.
- Dobrze, rzucę na to okiem. - Podniosłem się, dając zleceniodawcy znak, że nasze krótkie, lecz treściwe spotkanie dobiegło końca. Kiedy mężczyzna opuścił budynek, osunąłem się po ścianie na podłogę i spojrzałem w sufit.
- Ishi.. - powiedziałem spokojnym tonem, samemu próbując pozostać opanowanym. Mimo, że odpowiedziała mi cisza, wiedziałem, iż dziewczyna tam jest. I wszystko doskonale słyszy.
- Lepiej będzie... Jak zostaniesz kilka dni u mnie. Będę mógł cię tutaj chronić. -
Zza drzwi dobiegło smutne westchnięcie, a szparka między framugą powiększyła się. Przeniosłem więc spojrzenie na dziewczynę, aby zobaczyć jej reakcję.

<Towarzyszu Ishi? >