Szczerze, kiedy Brainin powiedział mi o zadaniu z „znikającymi krowami”, moje szczęście po ograniu tamtej dwójki lekko osłabło. Wewnątrz mojej głowy rozegrał się wewnętrzny dialog pomiędzy moją osobowością kupca, a krasnoluda. Część mnie chciała siedzieć w karczmie, oglądać towary, snuć plany o zarobkach i liczyć przyszłe zyski. Jedak krew klanu równie mocno chciała chwycić za młot i ruszyć na przygody, nawet taką o wątpliwej jakości. Westchnąłem do siebie i chwyciłem się za skronie przeczuwając nadchodzący ból głowy.
- Dobrze chociaż płacą za tę misję? - spytałem, na co Brinin podniósł tylko brwi. Wtedy ze zgrozą zdałem sobie sprawę, że mój rodzony brat nie ma ŻADNEGO talentu do handlu skoro nawet nie spojrzał na kwotę za zlecenie. - Daj mi to! Karczmarz, piwa! Coś czuję, że na trzeźwo tego nie przetrawię. - powiedziałem biorąc zlecenie od Brainina i przyglądając się mu uważnym wzrokiem kupca. Karczmarz nie zdążył mi donieść piwa, a ja już wiedziałem dlaczego tego zadania nikt do tej pory nie przyjął.
Po pierwsze, nie wiadomo co zabija bydło, na farmie więc nie wiadomo na co się naszykować.
Po drugie, farmer jest raczej biedny bo cena za zlecenie nie powalała.
Po trzecie, wystarczy, że w lesie spotka się jakieś stado wilków i można śmiało powiedzieć, że to ich wina jednak w zleceniu jest napisane o polowaniu na potwora. Reasumując, farmer może zwyczajnie odmówić zapłaty jeśli będzie to jakieś dzikie stado, powiedzmy psów, bo oczywiście jemu się „wydawało”, że to bestia z najczarniejszych otchłani piekła, jakby nie miała nic lepszego do roboty zagryza jego trzodę.
Spojrzałem na kufel, który postawił przede mną karczmarz i poprosiłem profilaktycznie o następny. W tym czasie Brainin patrzył się na mnie tym swoim wzrokiem „Chodzimy się bić!”. Westchnąłem po raz kolejny i przygotowałem się na długą i ciężką rozmowę z moim bratem o oryginalnych zleceniach, a głupich misjach.
Na nieszczęście dla mnie wraz z długością debaty zamawialiśmy coraz więcej piwa i w związku z tym jakimś cudem Brainin przekonał mnie w końcu, by chociaż przejść się na farmę i zobaczyć jak wygląda truchło, bym mógł ocenić czy gra jest warta świeczki. Od razu mu przy okazji zaznaczyłem, że jeżeli dojdę do wniosku, że za całą aferę odpowiedzialne są jakieś zwykłe wilki czy coś takiego to wykręcamy się z tego zlecenia.
Brainin oczywiście podchmielony ucieszył się z takiego układu i podniósł toast, trochę zbyt ochoczo. Na nieszczęście dla jakiegoś również pijanego jegomościa za nim trochę trunku polało się na jego płaszcz. To co działo się później nie było zaskoczeniem dla nikogo. Jegomość „kulturalnie” zwrócił uwagę Braininowi na co ten „kulturalnie” powiedział, że może się iść wypróżnić, na co przedmówca powiedział kilka nieżyczliwych słów o naszej siostrze oraz matce i tak nasza rozmowa od słów przeszła do cięższych argumentów. Zaczęło się niewinnie od obijania delikwenta pięściami. Po chwili w całej sytuacji rozeznali się jacyś znajomi naszego „worka treningowego” i postanowili solidarnie pomścić towarzysza niedoli. Jednak kiedy kolejnych dwóch leżało na podłodze, a Brainin wyraźnie bawił się coraz lepiej, nasi nowi „przyjaciele” zrozumieli, że lepiej jednak sprawdzić czy nie muszą załatwić czegoś gdzie indziej.
Brainin jeszcze próbował wyzywać ich od tchórzy i maminsynków, ale po wcześniejszej akcji i widać niewielkich ilościach wypitego trunku, nie dali się „zaprosić” do kontynuowania „przyjaznego” zacieśniania znajomości za pomocą pięści i czasami również kopnięć, o ugryzieniach nie wspominając. Taktycznie zebrali swoich pobitych kolegów i wynieśli się z karczmy. Kilku bywalców klaskało nam udanego „przedstawienia”, inni wymieniali się pieniędzmi. Widać, mimo, że bójka trwała raptem kilka minut, jacyś zaradni „biznesmeni” wyczuli interes i teraz zbierali lub tracili. Ja oczywiście załatwiałem formalności z karczmarzem. Tym razem naprawdę kulturalnie zaproponowałem mu zapłatę za szkody, których na szczęście było niewiele, ponieważ, za co dziękuję boskiemu kowalowi, mój brat nie wpadł na pomysł, by zacząć używać mebli jako prowizorycznej broni, ewentualnie pocisków miotanych. W każdym razie karczmarz trochę się pokrzywił, pomarudził, ale kiedy zapewniłem go, że od teraz brat będzie „zacieśniał znajomości” z lokalnymi piwożłopami tylko u konkurencji, wyraźnie zaczął rozważać realnie moją propozycję. Jeszcze kilka kupieckich sztuczek i żartów, które wyraźnie rozbawiły właściciela karczmy, i ostatecznie puścił nasz mały „pokaz siły” mimochodem.
Spokojniejszy odwróciłem się w stronę Brainina i po bratersku trzepnąłem go głowę na co oczywiście znowu zaczęliśmy się droczyć, ale w końcu wybaczyliśmy sobie wszystkie kłótnie i niesnaski do trzydziestu lat wstecz racząc się jeszcze trzema kolejkami piwa. Po tym podśpiewując piosenkę z naszych rodzinnych stron zaczęliśmy się wtaczać do naszego pokoju na piętrze.
- Więc dołącz do nas dzisiaj, niechaj gra, grint się przelewa! - zachrypiałem jedną rękę trzymając się za ścianie, a drugą podpierając się o brata.
- A jutro rano wypełzniemy niczym świnie z chlewa! - kontynuował Brainin, robiąc kolejny niepewny krok na schodach. Jedną ręką trzymał się mnie, a drugą trzymał nasz cenny ładunek jakim była ostatnia butelka mocniejszego już bimbru, którego naprawdę nie wiem skąd i kiedy „wyczarował” mój brat.
- Więc dołącz do nas w piękną noc i zakręć swoją brodą! - kontynuowałem nasze pijackie śpiewy i nawet nie zauważyłem kiedy doczłapaliśmy się do naszego pokoju.
- Kolejka leci, a więc pijmy, cieszmy się swobodą! - Zakończył głucho Brainin kiedy zwaliłem go na jego posłanie. Na szczęście butelkę opróżniliśmy chyba na szczycie schodów, naprawdę nie jestem pewien, przy okazji o mało co nie spadliśmy z nich, ale to nie było ważne. Brainin przytulił się do butelki jak do pluszowego misia i coś tam jeszcze bełkotał, ale go już nie słuchałem od kiedy na czternastym stopniu schodów zaczął opowiadać, że widział kiedyś różowego gadającego kucyka.
Przed zwaleniem się na swoje wyrko jeszcze tylko upewniłem się, że zaryglowałem drzwi, tak na wszelki wypadek, i zwaliłem się na wyrko, miałem już iść spać, ale nie zdążyłem bo zasnąłem.
----Rano----
Na szczęście lub nieszczęście nasz pokój był od wschodu, więc przynajmniej przeklinając na wszystko, a w szczególności na słońce, wstałem, przeciągnąłem się, podrapałem po brodzie, ziewnąłem i spojrzałem na Brainina. Tak jak się spodziewałem, jakimś cudem w trakcie snu spadł z łóżka i wtoczył się pod nie razem z kołdrą i pustą butelką. Uśmiechnąłem się słysząc jego chrapanie dochodzące z bezpiecznej kryjówki przed promieniami słońca. Wstałem i udałem się na poszukiwanie wody oraz lekarstwa na kaca.
Wodę znalazłem w miednicy, a lekarstwo w sakwach Brainina opisane oczywiście plakietką „LIKARSTWO NA NAJGORSZĄ DOLEGLIWOŚĆ ŚWIATA”. Po jakiejś godzince byłem prawie zdrowy, w takich chwilach dziękuję wielkiemu kowalowi, że jestem krasnoludem i za sekretne Likarstwo naszego pra, pra wujka od strony matki. W trakcie następnej godziny dobudzałem brata i zajmowałem się poranną toaleta, i oczywiście poranną pielęgnacją brody, która po wczorajszym piciu nie prezentowała się zbyt okazale.
Ostatecznie wyruszyliśmy po trochę późnym śniadaniu w drogę na farmę, postanowiłem, że na razie przejdziemy się na farmę biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy a jeśli uznamy, że misja jest warta naszego czasu to wrócimy się po cały ekwipunek, który uznamy, że może się nam przydać w łowach. Szybko jeszcze na odchodnym zerknąłem czy niczego nie zapomniałem:
Sakiewka jest, młot jest, lunch jest, torba na ramieniu, mapa ok, płaszcz na plecach i kilka drobiazgów na wszelki wypadek.
< Brainin? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnicza mapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajemnicza mapa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 marca 2020
poniedziałek, 24 lutego 2020
Od Brainina do Rakagorna
Siedziałem na naszym wozie ledwie szóstą godzinę, gdy Rakagorn w końcu zjawił się z powrotem i zaczął marudzić na typowe opóźnienia związane z handlem, ale poza powierzchownym zirytowaniem wydawał się nie być naprawdę zły, więc po prostu założyłem, że i tak nie muszę się niczym martwić. Wręcz zacząłem się uśmiechać pod nosem, gdy braciszek oznajmił mi, że spędzimy kilka dni w mieście i nie będę musiał pilnować wozu, bo załatwił nam strzeżony magazyn na ten czas.
- Czyli jeśli dobrze zrozumiałem... - zacząłem zbierać moje klamoty z wozu w czasie, gdy Rakagorn opowiedział mi o swoich postępach i znów zaprzęgał kucyki do wozu - ...mam około trzech, czterech dni wolnego dla siebie, śpimy w karczmie "Dno beczki", w której twój znajomy załatwił nam pokoje i nie mogę tam powodować awantur... - kontynuowałem, a Rakagorn potakiwał i pomrukiwał w zgodzie - ...aha ...no dobrze, to ja się rozejrzę trochę po mieście. Jakbym nie wrócił za dwa dni przejdź się do świątyni lub lecznicy powinieneś mnie tam zastać. - odparłem wesoło i wymaszerowałem z uśmiechem i marudzeniem Rakagorna za plecami, który miał zająć się dowiezieniem wozu do pilnowanego magazynu.
Z plecakiem na plecach i torbą przewieszoną przez ramię zagłębiłem się w mieście szukając jakiegoś warsztatu lub sklepu rzemieślniczego. Chciałem wpierw uzupełnić brakujące mi materiały i odczynniki zanim będę mógł zająć się przyjemnościami.
Po jakimś czasie znalazłem sklep, który nadawał się w sam raz. "Kotłujący kociołek", który był czymś w stylu połączonego sklepu aptecznego i zielarza. Na wejściu jak to w przypadku takich miejsc uderzyła mnie mocna nieprzyjemna woń różnych roślin, nawozu oraz typowej "chmurki" wydobywającej się z kociołków. Gdy wszedłem rozległ się również dzwoneczek, którego w pierwszej chwili zignorowałem usiłując przyzwyczaić się do aromatów, ale sklepikarz oswojony z aromatami szybko przybiegł z zaplecza.
- Witam, w czym mogę pomóc? - zapytał niski człowiek (wciąż o jakieś czoło wyższy ode mnie) w pobrudzonym fartuchu, i rękami pobrudzonymi ziemią, jakby dopiero przed sekundą oderwał się od pracy. Szybko spytałem o najważniejsze brakujące mi odczynniki. Uzupełniłem większość zapasów i na odchodnym spytałem.
- A tak z innej beczki... nie wie pan, gdzie jest tu jakaś gildia najemników lub duża oberża? - spytałem, a na twarzy sklepikarza widać było zdziwienie, bo uznał mnie za uczonego lub alchemika nie zaś za łowcę nagród.
- Eee... no cóż... jeśli zajdzie pan na rynek powinien pan spostrzec tawernę "Tarcza i kufel"... tam przez większość czasu rezydują... osoby do wynajęcia. - skończył trochę niezgrabnie człowiek po czym pożegnaliśmy się i ruszyłem w stronę rynku. Oczywiście zanim dotarłem do oberży wpadłem jeszcze do kuźni i zaopatrzyłem się w trochę gwoździ i metalu, dzięki czemu mój plecak znów stał się przyjemnie ciężki (choć większość ras uznałaby już i tak, że był stanowczo za ciężki).
Teraz stałem przed szyldem ukazującego rycerza z tarczą, zrobioną z taboretu, i kuflem w drugiej dłoni będącego jego orężem. Widać w mieście musiał być jakiś rzeźbiarz albo artysta... zresztą nie mnie oceniać takie ozdoby, skoro niektórzy moi współplemieńcy sami tworzą wielkie murale lub wykuwają całe sceny bitew lub sag na ścianach jaskiń i domów.
Wzruszając ramionami wszedłem do tawerny, moje wejście zostało zauważone przez część biesiadników, ale tylko tych bliżej wejścia, bo pod barem było duże zamieszanie i rozgardiasz, którego z początku nie rozumiałem. Gdy jednak podszedłem bliżej (przepychając się pomiędzy kilkoma ludźmi) spostrzegłem, że nad barem jest zawieszona duża tablica wypełniona plakatami i zleceniami, a teraz akurat jakaś barmanka przypinała nowe zadania, które musiały być źródłem zainteresowania otaczających mnie ludzi.
Gdy barmanka z uśmiechem odeszła od tablicy naraz cały tłum zamilkł, zaczytany w listach i opisach zadań, aż ktoś zawołał.
- Dla nas zadanie z górskim ogrem! - Młody wojownik otoczony przez swoją drużynę podszedł do lady, a uprzejma barmanka podała mu kopię zadania wiszącego na tablicy ogłoszeń. Po czym zanotowała imiona śmiałków i odeszła do innych obowiązków.
Gdy znów skupiłem się na czytaniu zleceń szybko musiałem odrzucić dużą część zadań polegających na polowaniu na bandytów lub wymagających długich miesięcy podróży. W końcu wyłowiłem jedno dziwne zadanie, które mnie zaciekawiło.
- Chciałbym to zadanie z znikającymi krowami... - powiedziałem podchodząc do lady, a lekko zdziwiona kelnerka przez chwilę szukała zlecenia, o które mi chodzi, aż wyłowiła to, które mnie zaciekawiło. Polegało ono na pozbyciu się bestii, która porywała z farmy krowy co około tydzień. Nie było żadnego opisu stwora, bo farmer nie był na tyle odważny, by samemu spróbować zapolować na stwora, gdy usłyszał jego ryki w czasie zarzynania jego bydła.
- No dobrze... proszę oto pańska kopia, jako dowód wykonania zadania farmer powinien dać panu taką oto kamienną tabliczkę... używamy ich, by potwierdzić wykonanie zadania i jako upoważnienie do wypłacenia nagrody za rozwiązanie problemu. Kogo mam wpisać do rejestru? - spytała na koniec dziewka trzymając już uniesione pióro.
- Brainin Ogniobrody - odparłem chowając kopię zlecenia do wewnętrznej kieszeni kurty po czym zamówiłem jeszcze kufelek piwa i potrawkę z królika, bo już zaczynałem być porządnie głodny.
Gdy skończyłem posiłek, ruszyłem szukać karczmy "dno beczki" w której miałem nadzieję złapać Rakagorna i powiedzieć mu, że planuję jednak wybyć na trochę z miasta... na szczęście znalazłem go w karczmie wraz z kilkoma innymi handlarzami, którzy zagrywali się w "karawanę", grę dość wolną jak na standardy kasyn i wymagającą troszku myślenia i planowania. Gdy oderwał się od stołu był wyraźnie zadowolony i podrzucał wesoło nową sakiewkę.
Usiedliśmy przy barze zamawiając sobie po szklanicy czegoś mocniejszego po czym opowiedziałem bratu gdzie zamierzam wybyć. Niedaleko miasta jakieś trzy czy cztery godziny od miasta na granicy z lasem leżała nieszczęsna farma, która była celem mojego zadania. Chciałem również dowiedzieć się czy Rakagorn zechce ze mną wyruszyć czy woli jednak spędzić czas w mieście.
(Rakagorn?)
czwartek, 12 grudnia 2019
Od Rakagorna do Branina
Skrzywiłem się nieznacznie na wspomnienie starego krasnoludzkiego capa z którym ubijałem interesy w poprzedniej wiosce. Przez chwilę nawet myślałem czy nasz stryjeczny szwagier nie wstał z grobu i nie opętał tamtego gbura, ale nasz szwagier śmierdział pastą do brody, więc odrzuciłem ten jakże głupi pomysł skupiając się na teraźniejszości.
- No cóż patrząc, że nasze plenię słynie z skąpstwa muszę powiedzieć, że poszło mi nadzwyczaj dobrze. - pochwaliłem się Braininowi, który siedział na zydlu koło mnie i wyglądał gorzej, niż zmoczony kundel pogoniony przez naszego stryja za napaskudzenie pod schodami jego domu.
- Dobra skończ gadać po próżnicy i przejdź do sedna. - jękną Brainin biorąc kolejny łyk mojego bimbru!
Westchnąłem przyzwyczajony do gburowatości brata i szybko przedstawiłem mu suche fakty handlowe gdzie udało mi się kupić dość sporo wyrobów krasnoludzkich czeladników za prawdziwe grosze, ale oczywiście mojego brata interesowało to w takim stopniu jak pytanie to czy paladyni muszą składać przysięgę celibatu (czyli wcale), tak więc wyjąłem coś co mogło go zainteresować.
Na Pierwszy rzut oka był to zwykłe zrolowany kawałek pergaminu co wywołało komentarz Brainina, że nie musi iść na stronę i mogę schować papier.
- To nie jest papier toaletowy! - ryknąłem mu prost do ucha na co ten chwycił się za głowę i powiedział, bym nie darł japy bez potrzeby. Kilka wyzwisk później oraz przekomarzania się po bratersku oraz przypieczętowaniu pokoju drugą flaszką zacnego krasnoludzkiego bimbru kontynuowałem.
- Przyjrzyj się dokładniej, to nie byle jakiś tak kawałek papieru, to stara mapa Anthrakasu! - powiedziałem nie mogąc powstrzymać podniecenia w głosie, kiedy Brainin przyglądał się znakom oraz runom wypisanym na mapie.
- No widzę, że to mapa tylko wiesz, możemy mieć z nią mały problem. - Stwierdził Brainin drapiąc się po brodzie, po czym sięgnął do wozu, a konkretniej do mojej sakwy i wyjął mapę, której sam używałem.
Zainteresowałem się i patrzyłem, jak gbur porównuje ze sobą mapy po czym stwierdza, że albo góry się poprzemieszczały po wyjątkowo zakrapianej imprezie w ciągu tych wszystkich lat, albo będziemy potrzebować speca od map, który pomoże nam uściślić lokalizacje zaznaczonych na mapie symboli.
- Ehh... mówi się trudno, trzeba będzie jeszcze trochę zainwestować w tą mapę. - stwierdziłem, poganiając kuce, które znowu skorzystały z okazji, że nie patrzę i zwolniły. - Mam tylko nadzieję, że nakład się zwróci. - szepnąłem pod nosem.
Jechaliśmy jeszcze z dwie godzinki, kiedy zza sosen zobaczyłem szare mury twierdzy Kahangon z rozsianymi dokoła niego domami oraz rynkiem głównym. Oznaczało to, że dojechaliśmy do miasta na granicy między Anthrakas i Markez.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. - powiedziałem odwracając się do Brainina, który wrócił do wozu i mieszał coś w swojej części wozu, w której trzymaliśmy jego materiały do badań. - Dojeżdżamy do miasta granicznego spróbuje kupić tu coś jeszcze na sprzedaż, by mieć pełen wóz kiedy ruszymy do Markez, ty w tym czasie proszę nie wdawaj się w żadne kłopoty.
(Branin?)
„Obecne zapełnienie wozu to ok 70% dokładny stan wozu jeśli chce ktoś wiedzieć to:”
– Skrzynie z wyrobami krasnoludzkich czeladników (narzędzia, miecze, ozdoby, oraz przedmioty potrzeb domowych.)
– Kilka beczek z olejem do lamp, sprowadzonych z Ardmoru na zamówienie.
– Trzy skrzynki pełne butelek z bimbrem (2 na sprzedaż, ostatnia na użytek własny).
poniedziałek, 9 grudnia 2019
Od Brainina do Rakagorna - Tajemnicza mapa
Ugh... moja głowa... gdzie jesteśmy... co się stało ? - rzuciłem pytanie w przestrzeń, a chwilę później wesołym tonem odezwał się mój brat Rakagorn.
- W końcu wstałeś? No naprawdę musiałeś tym razem mocno oberwać... - gdy mówił udało mi się lekko otworzyć powieki i uświadomić sobie, że leżę na wąskiej pryczy na wozie Rakagorna, którym podróżowaliśmy zwykle sprzedając towary klanu. Drugą rzeczą, która do mnie dotarła był fakt, że mam głowę owiniętą bandażem, a w lewym barku czuję jeszcze echo wczorajszej potyczki.
- ...córka karczmarza kazała mi przekazać, że masz zapłacić za zniszczone stoły i kufle, ale sam karczmarz wydawał się nie mieć z tobą żadnych problemów... no cóż, nie dziwne, biorąc pod uwagę fakt jaka była popijawa zgaduję, że za jednym razem musiał sprzedać chyba wszystkie trunki w piwniczce. - przewróciłem oczami słysząc śmiech krasnoluda, gdy mówił o moich przygodach karczemnych.
- No dobrze już dobrze... była bójka i bijatyka, ale gdzie jesteśmy? - spytałem wstając z łóżka i czując zawroty głowy i ból pulsujący w ramieniu.
- I co ważniejsze, gdzie schowałeś likarstwo?! - warknąłem masując ramię.
- Jest w trzecim kufrze na lewo... - odpowiedział po czym usłyszałem, jak woła na kuce, które zwalniają, by zaraz potem poczuć wstrząsy nierównej drogi.
- Przeklęte drogi... - westchnąłem trzymając się ściany wozu i wspinając się na pakunki, by znaleźć kufer z likarstwem. Duże matowo-brązowe butle wypełnione po szyjki złocistym płynem i dla bezpieczeństwa wymoszczone sianem już czekały gdy otworzyłem wieko kufra i złapałem za jeden z nich szybko wyciągając korek zębami i biorąc kilka głębszych. Od razu poczułem się lepiej, gdy zacny trunek wypełnił moją krew. Może być to dla innych ras niepojęte, ale krasnoludy szybciej zdrowieją pijąc piwo, bimber lub inny trunek... ze względu zaś na naszą odporność na magię ciężej nas wyleczyć zaklęciami czy miksturami.
Gdy poczułem się wystarczająco dobrze otworzyłem małe drzwiczki, którymi można było dostać się na siedzenie woźnicy. Rakagorn z uśmiechem przyjął butelkę którą mu podałem i sam zdrowo łyknął. - Ach... nie ma nic lepszego, niż porządny trunek o poranku. - westchnął, gdy przełknął i oddał mi znacznie lżejszą butlę, mimo to wciąż pełną na tyle, bym mógł skutecznie zdrowieć. - Jak tam poszło ci uzupełnienie naszych zapasów? - spytałem ciekawy, jak tym razem Rakagorn zdołał wycyckać dość konserwatywnych krasnoludzkich kupców, którzy nade wszystko skupowali żywność (ryby są dość drogim rarytasem w twierdzach krasnoludów).
(Rakagorn?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)