czwartek, 8 marca 2018

Od Marco do Ishi

Uśmiechnąłem się delikatnie do Ishi. Wyglądało na to, że alkohol zaczyna działać. To dobrze. Mogłem za jakiś czas skonsumować nieco jej krwi, aby samemu poczuć szumienie w głowie.. No cóż, takie są minusy bycia Żniwiarzem - nie możesz upić się w tradycyjny sposób. Odkryłem to pewnego poranka, kiedy mój ojciec jeszcze wstał, a ja zakradłem się do spiżarni, tuż obok kuchni. Służących jeszcze nie było, więc nikt nie zwrócił uwagi na małego chłopca z butelką złocistego trunku, prawdopodobnie była to jakaś nalewka. Schowałem się z moim "zakazanym owocem" w sypialni, wsunąłem się pod puchową pierzynę i z trudem odkorkowałem nalewkę. Wpierw zmarszczyłem nos, czując ostrą woń, lecz dzielnie, wmawiając sobie, że w ten sposób stanę się dorosły (chociaż w dłuższej perspektywie czasu to życzenie jest chyba jednym z gorszych), pociągnąłem spory łyk. Musiałem przerwać na chwilę pierwsze spotkanie z alkoholem, jednak ostatecznie opróżniłem całą butelkę. Nic się nie stało, jakby ten trunek nie miał żadnego wpływu na moją osobę. Nie powiem, zawiodłem się. Dzięki tak wczesnemu spotkaniu, mogę z dumą stwierdzić, że jestem abstynentem od ponad siedemnastu lat.
- Przygotuję pieczeń oraz ciasto śmietankowe. - oznajmiłem, wyciągając ze spiżarni ludzki udziec. Zakasałem rękawy, przygotowałem przyprawy i zająłem się obróbką. Ostrym nożem odciąłem pozostałości po punktach zaczepu ścięgien oraz nadmiar tłuszczu. Dziewczyna przysiadła na stole, już nieco bardziej śmielsza. Wyglądała jednak blado, co mnie zdziwiło, a za razem zaniepokoiło. Chyba się przeziębiła na tym mrozie. Biedactwo. Postanowiłem, że jak przygotuję posiłek, dam jej miejsce do spania, aby odpoczęła.
Naciąłem kawałek mięsa na środku, tworząc niewielką kieszonkę. Wypełniłem ją mieszanką ziół, ząbków czosnku oraz cząstek cebuli. Samą powierzchnię natarłem solą oraz kurkumą. Wszystko umieściłem na półmisku, otaczając przyszłą pieczeń ziemniakami, małymi paprykami i pomiodrami. Wszystko wsunąłem do pieca. Zerknąłem na brunetkę, która wyraźnie obserwowała moje ruchy.
- Jak się na taki posiłek zapatrujesz? - Spytałem, czyszcząc ręce oraz nóż. Ishi powąchała powietrze w kuchni.
- Pachnie... Dobrze. Trochę ostro, lecz smacznie. Masz coś jeszcze w zanadrzu? - Pani doktor wzięła w dwa palce jabłko, leżące luźno na stole i obejrzała je. Ostrożnie odebrałem owoc dziewczynie, widząc, jak jej dłonie zaczynając drżeć, a następnie pokroiłem jabłko. Podsunąłem cząstki, wczesniej posypane cynamonem, na talerzyku z patriamskiej porcelany. Moim zdaniem, dzieła z tamtego regionu oraz Tehali. Ten ostatni cieszył się szczególnym uznaniem na dworze ojca - prawie każdy element wystroju pochodził z wyspy. Nawet jeśli nie zawsze były odebrane pokojowo, musiałem przyznać - miały swój urok. Yamakaze z wdzięcznością zajęła się jedzeniem. Chcąc dotrzymać towarzystwa swojemu bądź co bądź gościowi, przeniosłem się z misą oraz jajkami na balt, przy którym się znajdowała.
- A więc, mówisz, że jest panienka medykiem. - Podniosłem białe jajko i przyjrzałem mu się. Powinno byc dobre. Podrzuciłem je, a następnie nabiłem na ostrze noża, przez co to pękło. Ishi położyła podbródek na dłoniach i zaczęła obserwować, jak kolejne żółtka spadają do naczynia.
- Tak, jestem. Zajmuję się głównie maściami na wysypki czy problemami u krów, które nie dają mleka. Nuda. Nikt nie chce mnie brać na poważnie. - Głos dziewczyny był zachrypnięty, jednak również dało się w nim wyłapać roluźnienie. Uniosłem kącik ust, wiedząc, że niedługo otworzy się całkowicie.
- Tak? A tóż to dlaczego? - Dodałem kolejne składniki i zająłem się mieszaniem ich w spójną całość. Brunetka wzruszyła ramionami, nabrała na palec masę i oblizała ją.
- Mmm.. Myślę, że to przez mój wiek. -
- Niech się panienka nie zraża. Ludzie zawsze mówili, mówią i będą mówić. - Odgarnąłem niesforne kosmyki za ucho, po czym przelałem ciasto do formy. Ta również znalazła się w piecu. Kolejnym etapem była masa śmietankowo - waniliowa, co ukończyłem nadwyraz szybko. Co jakiś czas spoglądałem na towarzyszkę, pilnując, aby przypadkiem nie zemdlała. Czuła się coraz słabiej, co widziałem gołym okiem. Kiedy prawie stoczyła się z krzesła, wziąłem ją, mimo protestów na ręce, i zaniosłem do sypialni.
- Ja już pójdę.. - Wymamrotała cicho Ishi, lecz zasłoniłem jej usta palcem.
- Niech panienka się położy. Zaraz przyniosę posiłek. - Przeniosłem chłodną dłoń na czoło dziewczyny. Te natomiast było rozpalone. Bez wątpliowości, miała gorączkę. Na szczęście, sprawa jeszcze nie była poważna, co nie znaczyło od razu, że stan Yamakaze może się nagle nie pogorszyć. W dodatku, niemiły dla ucha, chrapliwy kaszel wydobył się z ust mojej nowej znajomej. Wstałem więc z łóżka, po wcześniejszym okryciu dziewczyny i poszedłem do kuchni. Tam ukroiłem niewielki kawałek chleba z masłem oraz cukrem, przygotowałem rozgrzewającą herbatę i wziąłem z najwyższej półki karafkę z leczniczą substancją. Użycie jej było ryzykowne, gdyż, gdyby się okazało, że Ishi jest człowiekiem, umarłaby w męczarniach. W innym przypadku, do jutra będzie w pełni sił. Wróciłem do sypialni, podałem posiłek dziewczynie i podparłem ją ramieniem. Nie podobało jej się to, co wywnioskowałem po ściągniętych brewkach, lecz nie mogła już nawet mówić. Opiekuńczym gestem głaskałem włosy dziewczyny, kiedy jadła oraz piła. Następnie poleciłem jej wystawić język.
- To niegrzeczne. - mruknęła cichutko przez gorączkę, wykonując jednak moje polecenie. Z pewną dozą niepewności, upuściłem na język brunetki kilka kropel lekarstwa. Panienka skrzywiła się prawie od razu.
- Wiem, że nie jest zbyt smaczne.. Ale to pomoże panience. - powiedziałem z ciepłym, pocieszajacym uśmiechem, poprawiając pościel. Następnie, kiedy Ishi zaczęła zasypiać, przyciągnąłem do łóżka krzesło, postanawiając czuwać przy brunetce przez resztę czasu.

<Pani Doktor?>

wtorek, 6 marca 2018

Od Ishi do Marco

Sama nie wiem co mnie natchnęło, aby przystać do tej spontanicznej propozycji. Zapewne miało to swój związek z odczuwalnym, przeszywającym moje ciało zimnem i dodatkowymi syndromami choroby. Zresztą. Spędzenie najbliższych kilku kwadransów z ów mężczyzną, nie powinno przynieść mi żadnej szkody. Jeśli doszłoby do jakiejś nieprzyjemnej, czy niebezpiecznej sytuacji, powinnam dać radę się obronić. Niestety, nie dane mi było dokładniej przyjrzeć się nowo poznanej osobie, aby chociaż wstępnie spersonalizować jego egzystencję. Rasy z łatwością potrafię odróżniać, lecz w tym momencie niestety nie miałam siły uwierać się z własnymi myślami...
- Nie była chyba panienka przygotowana na taką pogodę, czyż nie? - moje krótkie przemyślenia przerwał mężczyzna, który swymi słowami na powrót zwrócił całą moją uwagę. Zmierzyłam zarówno jego, jak i trzymany w dłoniach napar wzrokiem. Już z tej odległości, moje nieco nazbyt uprzedzone myśli, wyczuły podstęp. Może moje spostrzeżenia były błędne, ale wolałam chociaż w małym stopniu zaufać swej kobiecej intuicji.
- Nie zwracałam szczególnej uwagi na pogodę, chcąc wyjść i chociaż trochę się natlenić. - wyznałam, przejmując od mężczyzny ciepły kubek. Po chwili, zasiadł tuż obok mnie, delektując się własnym naparem. W tej chwili było mi nazbyt zimno, aby w tym momencie podpytywać o pochodzenie podanej mi herbaty. Przynajmniej taki argument podałam sama sobie, po swoim dosyć łapczywym łyku. Wolałam w tamtym momencie zbyć maniery. Ciepło tej całkiem smacznej herbatki, nazbyt przyciągało mnie do siebie. Nie ukrywam, że jej dziwny posmak był dosyć niepokojący, lecz po swojej ocenie lekarskiej, zbyłam swój lęk przed możliwym podaniem trucizny. Bardziej mi to przypominało jakiś alkohol, ale z doświadczenia wiem, że istnieje wiele produktów polepszających smak, które do ów cieczy nie należą.
- Pochodzisz z jakiejś zamożniejszej rodziny, czy to twoje przedstawienie było jakimś dziwnym fetyszem? - zapytałam z cieniem uśmiechu na twarzy. Myślę, że podobnie jak Marco, chciałam poprzez rozmowę nieco rozluźnić tą, napiętą atmosferę pomiędzy nami. Wolę przynajmniej pogadać na jakieś bezsensowne tematy, niż siedzieć w grobowej ciszy. Nie jestem fanką niezręcznych - pewnie tylko z mojej perspektywy -, sytuacji.
- Sam nie wiem... - powiedział, również z lekka unosząc swe kąciki ust. - Myślę, że to zwyczajny odruch, pokazujący poszanowanie do danej przedstawicielki płci pięknej. - odparł po chwili, w przerwie pomiędzy zdaniami popijając herbatkę. Podobnie jak on, stopniowo sączyłam napar. Póki dane mi jest z nim normalnie porozmawiać, nie będę stronić od kontynuowania rozmowy. Moment, czy ktoś taki jak ja, w ogóle śmiałby pomyśleć o dobrym podchodzeniu do nieznajomych? - Co taką młodą dziewczynę jak ty, sprowadziło akurat tutaj? - dodał, gdy sama ostatecznie poświęcona swym przemyśleniom, nie zareagowałam na odpowiedź. Ach, dziwnie tracę swoją umiejętność podziału uwagi...
- Głównie praca. - powiedziałam zgodnie z prawdą, najwidoczniej mimo swego dziwnego roztargnienia, nie pozwalając wyjawić o sobie zbyt dużo. Dziwnie się czułam... Może śniadanie, które dane mi było zjeść rano, było zwyczajnie nieświeże? Wzięłam kolejny, nieduży łyk herbatki, odchylając się nieco bardziej do tyłu. Wolną ręką podpierając ciężar swego ciała, zwróciłam wzrok nieco bardziej ku sufitowi. W tym momencie, dlaczego zdawał się być aż tak interesujący? Może mam gorączkę i ta cała nierozwaga wywołana jest przez nią? Zapewne mojemu Świętej Pamięci ojcu, dane by było poznać odpowiedź w mniej niż pięć sekund. - Właśnie, jestem lekarzem. Chyba się nie chwaliłam... - kątem oka rzuciłam w jego stronę spojrzenie, swych wyraźnie wyblakłych tęczówek. W odpowiedzi mężczyzna zaśmiał się cicho. Albo za dobrze się czuję w jego towarzystwie, albo jednak jestem chora... - A ty?
- Ach, takie tam... Przeniosłem się tutaj, odesłany przez ojca. - wyjaśnił krótko, wzruszając z lekka ramionami. - Jakoś załatwił mi to małe mieszkanko!
- Może i małe, ale przytulne. - skomentowałam, przytakując zgodnie swoim słowom głową. Podniosłam się na równe nogi, robiąc kilka kroków po i tak niewielkiej przestrzeni "salonu". Odłożyłam na swego rodzaju blat, prawie pusty kubeczek, przy tym nieco lepiej rozglądając się po pomieszczeniu. Nie ukrywam, że dziwnym trafem moją uwagę przykuł widziany już wcześniej przedmiot, którym była nieduża, należąca do mężczyzny torba. Z tego co kojarzyłam, do jej wnętrza spakował zakupy... Zwróciłam wzrok z powrotem na Marco.
- Właśnie, mówiłeś coś wcześniej o posiłku? - podpytałam, podpierając się rękoma o blat, przy którym dane mi było od kilku sekund stać. W tym momencie, ta propozycja jakoś bardziej przekonywała mnie do siebie... Akh, co zaś ze mną nie tak?

< Marco? Obiadki przy chorych zmysłach c: >

Od Marco do Ishi

Po raz kolejny zerknąłem na dziewczynę, tym razem delikatnie się uśmiechając. Byłem od niej wyższy, a w dodatku, starszy. To było widać gołym okiem. Zadrżałem nieznacznie nie tyle z zimna, co z faktu, że kropla deszczu spłynęła mi za kołnierz. Klnąc niezwykle nieelegancko, starłem ją chusteczką i rozejrzałem się w poszukiwaniu mojego nowego zleceniodawcy. Dziewczyna udała, że tego nie słyszała. Przeniosłem więc na nią spojrzenie.
- Ah, gdzież moje maniery. Marco Taranisson. - Ująłem jej dłoń w swoje i musnąłem wargami bladą skórę brunetki. Nieznajoma szybko cofnęła rękę.
- Ishi Yamakaze Mephistopheles. - odparła po chwili ciszy, mierząc mnie wzrokiem. Powoli wyprostowałem się i spojrzałem przed siebie. Nie ma to jak cudownie żenujące początki znajomości. Westchnąłem ciężko, rozmasowując palcami skroń.
- Idiota. - mruknąłem pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę, co Ishi musiała o mnie pomyśleć. Strasznie wyglądający amator małych dziewczynek, całujący każdą, jak popadnie. I tak nie mam w tej dzielnicy Merkez zbyt dobrej opinii..
Dziewczyna wstała z ławeczki i przejrzała z udawanym zaciekawieniem zawartość półek. Domyśliłem się, że zrobiła to, aby uniknąć dalszego kontaktu z moją osobą. Cisza w sklepie, przerywana jedynie odgłosami deszczu za szybą, przeciągała się w nieskończoność. Kiedy wyjrzałem na zewnątrz, upewniłem się, że nie zanosi się zbytnio na rozpogodzenie. Postanowiłem kupić nieco rzeczy, potrzebnych do pieczeni oraz gulaszu. Wszystkie produkty owinąłem w materiał i schowałem do skórzanego chlebaka. Nim wyszedłem, zostawiłem wiadomość do zleceniodwacy przy ladzie i zbiżyłem się po raz ostatni do Ishi. Stanąłem przy niej z ciepłym uśmiechem.
- Może zgodzi się panienka na posiłek? Mieszkam niedaleko, więc nie zmokniemy jeszcze bardziej. -
- Nie, dziękuję. - Brunetka nasunęła maskę na twarz. - Zaraz wracam do siebie.-
- Ależ proszę. Chyba takie urokliwe dziewczę jak ty nie odmówi kubka herbaty przy kominku? -
Ishi chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym skinęła słabo głową. Okryłem ją połami płaszcza. Dziewczyna zmieściła się pod nim z łatwością, w dodatku materiał szczelnie osłonił Yamakaze przed kroplami. Wyszliśmy wspólnie ze sklepu i pospiesznie skierowaliśmy się ku kamienicy, w której przebywałem. Brunetka zręcznie przeskakiwała nad tworzącymi się na drodze kałużami, nie odzywając się słowem. Próbowałem kilkukrotnie zagaić rozmowę, lecz bezskutecznie. Może po herbacie z rumem się rozluźni. Zaczynałem mieć na nią coraz większą ochotę, wbrew sobie analizując, który fragment ciała wykorzystam do jakiej potrawy. Lubiłem eksperymentować, zwłaszcza w kuchni, więc im więcej mięsa, tym lepiej. Coś mi jednak w niej nie pasowało. Ta specyficzna woń i aura duszy, niezwykle podobna do demonicznej. Ishi jednak nie wyglądała na krwiożerczego mieszkańca Piekieł. Nawet jeśli - poradzę sobie z nią z łatwością. Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Otworzyłem drzwi do kamiennego budynku, wpuszczając panienkę do środka pierwszą. Następnie zaprowadziłem ją schodami w górę, na strych, gdzie znajdowało się moje małe mieszkanie. Dziewczyna rozejrzała się po nim, mierząc wzrokiem łóżko oraz palenisko i piec. Z lekkim ukłonem wskazałem na wieszak oraz leżankę, służącą za miejsce do rozmów. Sam ściągnąłem mokry płaszcz oraz buty, w łaźni przebierając się w luźniejszą, czarną koszulę. Ishi, jak zobaczyłem w drodze do paleniska, ograniczyła się do zrzucenia z siebie cienkiego okrycia wierzchniego.
- Nie była chyba panienka przygotowana na taką pogodę, czyż nie? - Spytałem, przygotowując wodę na herbatę. W dwóch kubkach mego autorstwa, które, nieskromnie przyznam, wyszły mi bardzo dobrze, umieściłem mieszankę ziół, do tej Ishi dodając złotawy alkohol. Po chwili napary były gotowe, więc przyniosłem je do "salonu". Zostało mi tylko czekać na rozwój sytuacji.

<Nie bój się, Ishi ; ) >

poniedziałek, 5 marca 2018

Od Ishi

Przewróciłam którąś z kolei kartkę, od dłuższego czasu trzymanej w dłoniach książki. Ostatni tydzień był aż nazbyt spokojny, co - nie da się ukryć -, zaczynało mnie mocno drażnić. Pacjentów mało, żadnych zleceń, czy jakiegoś ciekawego zajęcia... Pozostawało mi jedynie zanurzenie się, w tak długo odkładanej lekturze. Nie mam co do tego żadnych zastrzeżeń, lecz z tą chorą rutyną, za długo nie pociągnę. "Przeciwieństwem nudy nie jest przyjemność... Ale ekscytacja. Ludzie będą chętnie szukać wszelkiego rodzaju emocji, nawet bólu." - powiedziałam do siebie w myślach, wspominając słowa postaci książkowej, górującej w moim prywatnym rankingu autorytetów. Nie jest tajemnicą, że pierwsze miejsce zajmuje osoba, dzięki której jestem, kim jestem. Odkąd pamiętam, ojciec był dla mnie podstawowym wzorem i motywacją do działania. Nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze kiedyś poznać podobną osobę, potrafiącą bez większego powodu wywołać uśmiech na mojej twarzy. Szczęście, smutek, czy jakiekolwiek inne emocje. Bo na tą porę, dane mi jest spotykać jedynie pustych i nieokreślonych ludzi. Chodzących za tłumem, czy zwyczajnie pozwalającymi sobą manipulować... "O co mi chodzi...?" - zganiłam samą siebie w myślach, przymykając książkę, której czytanie przychodziło coraz ciężej, przez nachodzące moją głowę gdybanie. Widocznie nawet z koncentracją idzie mi słabo. Co się dziwić, przez swoje "wolne" dni, zdążyłam już przeczytać kilka książek. Nie zdziwiłabym się, gdyby mój umysł sam zadecydował o konieczności wyjścia z domu i jak na złość zaburzył moje skupienie. Natlenić się, odpocząć opatulonym przez delikatny wiaterek... W sumie, całkiem logiczne. Coś takiego powinno mi w pewnym stopniu pomóc. Zakańczając na ten moment swoje wewnętrzne monologi, wydostałam się spod cieplutkiego kocyka, pod którym dane mi było siedzieć. Odrzuciłam przyjemny w dotyku przedmiot na bok, sama po chwili stając na równe nogi. Ziewnęłam cicho, uprzednio przykładając dłoń do ust. Nie widziało mi się teraz tego ogarniać. Na wszystko jest czas... Podeszłam całkiem powolnym krokiem do przedpokoju, w którym znalazłam pozostawioną ostatniego dnia szczotkę do włosów. Skoro już miałam wyjść do ludzi, powinnam przynajmniej przypominać jednego z nich... Przynajmniej z pozoru. Maskę, - do której obecności na mojej twarzy, większość ludzi z sąsiedztwa zdążyła się przyzwyczaić -, i tak biorę ze sobą. Przy tym przyjemnym wiaterku, nie chciałam ryzykować przypadkowego ukazania, swej oszpecającej lewą stronę twarzy bliznę. Tylko tego mi brakowało, spekulacji na temat mojej osoby. Nie chcę, aby ci bardziej natrętni lub szukający sensacji, śmieli się bardziej wtrącać w moje życie prywatne oraz przeszłość. W zupełności wystarczy im mój adres, aby w razie ewentualnych problemów zdrowotnych, uzyskać niezawodną poradę, czy szybką pomoc. Jestem jedynie lekarzem. Może i niewykwalifikowanym, samozwańczym medykiem, lecz próba podważenia mych umiejętności jest zwykłym głupstwem. Potrafię być równie niezawodna w dziedzinie lecznictwa, ale jak zamorduję - to tylko własnymi rękami. Koniec końców, z idealnie dopasowaną do mojej twarzy maską, wydostałam się na zewnątrz. W zasadzie, tak, czy siak przywiązywanie uwagi do mojego aktualnego wyglądu, było bezsensownym tłoczeniem swych myśli. Nieuniknione, że za miesiąc mogę znajdować się już w zupełnie innym, wynajętym na jakiś czas mieszkanku. Wtedy do czynienia będę miała z zupełnie innymi istotami, które mogą być równie, mniej, lub bardziej denerwujące. Przez pierwsze kilkaset metrów przebytej przechadzki, na szczęście nie dane mi było wymienić spojrzenia z kimś znajomym. W sumie, czego można się dziwić... Wiszące nad okolicą chmurki, nie mogły zapowiadać niczego dobrego. Wcześniej nawet nie zwróciłam na nie uwagi, mając nadzieję, że są tylko przejściowym, niegroźnym zwiastunem. Teraz natomiast, przyprawiały mnie o delikatne obawy, ze względu na swoją przeciągającą się obecność na niebie. Chociaż miałam ogromną ochotę wrócić do domu, równie szybko odrzuciłam ten zamysł na bok. Po swoich krótkich kalkulacjach, zwyczajnie wywnioskowałam, że pobliski, nieduży sklepik jest miejscem bliżej umiejscowionym. Zmoknąć, i tak zapewne zmoknę, lecz w mniejszym stopniu. Nie minęła minuta od pojawienia się tej myśli w mojej głowie, a już zauważyłam, jak i poczułam pierwsze opadające z nieba kropelki. Przeklęłam w myślach, czując ten niemiły dreszcz przechodzący przez moje ciało. Nie ubrałam się za ciepło, mój błąd. Choroba nie może dopaść lekarza, nie mogę się tak upokorzyć, mimo swoich problemów zdrowotnych od dawien, dawna! "Nie tym razem" - podsumowałam, przyspieszając kroku. Przecierając co jakiś czas opadające krople na moją maskę, przebiegłam ostatnie kilkadziesiąt metrów dzielące mnie i sklep. Przytrzymując swój delikatnie przemoknięty płaszcz, z impetem wparowałam do niewielkiego budynku. Zamknęłam za sobą dosyć masywne drzwi, wzdychając ciężko. Z tego co dane mi było dostrzec, przez zasłaniającą twarz przedmiot, trochę się zebrało tych egzystencji ze względu na pogodę. W domu niczego mi nie brakowało, więc jedynie beztrosko przysiadłam sobie na czymś w rodzaju półki, na której ludzie zazwyczaj pakowali swoje towary. Z początku nawet nie zwróciłam uwagi, na osobę siedzącą jakiś metr obok. Ściągnęłam z siebie równie wilgotną co płaszcz maskę, cicho zaciągając nosem. Tak, tak, najlepiej zaczynać niby niegroźnym katarkiem... Sama zrzucam na siebie te nieszczęścia...
- Chyba niezbyt przyjemna pogoda na spacerki? - zagadnęła w pewnym momencie ów, wcześniej zignorowana przeze mnie egzystencja. Po głosie od razu mogłam stwierdzić, że osobą obok jest przedstawiciel płci męskiej. Założyłam nogę na nogę, kątem oka spoglądając na postać.
- Więc co ty tu robisz? - odpowiedziałam po kilku sekundach pytaniem na pytanie, widząc jego równie podmokłe ciuchy. - Jeszcze się rozchorujesz i będziesz chciał jakoś wcisnąć się w mój grafik... - dodałam z nutką złośliwości, przy tym przeszukując swoje kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek chusteczek. Nie miło się mówi przez zatkany nos, który jakoś sam zapycha się wraz z niską temperaturą i nieprzyjemną pogodą. Ostatnimi czasy nie zwracałam zbyt dużej uwagi na swoją odporność, czy zdrowie. Mimo minionego, nudnego tygodnia, poprzednie, bardziej owocne w chorych, poświęcałam głównie pacjentom. Wieść o moich "magicznych uzdrowieniach" rozniosła się zdecydowanie za szybko, przez co nic, tylko głowę mi zawracają. Sama nie wiem, czy jednak mi się to podoba, czy raczej nie. Ratowanie ludzkiego życia jest najważniejsze w mojej branży, ale za związanym z tym nawałem i rozgłosem nigdy nie przepadałam... Ach. Żeby szlag to trafił... Nie jestem porównywalna do innych kobiet, które w swoich torebkach noszą wszystko, ale żebym nie miała przy sobie zwykłych, higienicznych chusteczek? Chyba marny medyk ze mnie, nie przygotowany na nic. W moim przypadku, wzięcie ze sobą czegokolwiek innego niż maski, jest sztuką. Wywróciłam z lekka oczami. Od choroby nawet lekarz nie ucieknie. Teraz pozostało mi poczekać na wypogodzenie, w - na tą chwilę - milczącym towarzystwie mężczyzny. Nudno...

<Jakiś Pan? >.< >

niedziela, 4 marca 2018

Od Marco do Madelyn

Prawie tak samo bardzo, jak nienawidziłem bankietów, nie lubiłem przebierania się w eleganckie surduty. Czasam nie było jednak innej opcji. Tak właśnie było w tym przypadku. Stanąłem z boku sali balowej, w dwóch palcach trzymając nóżkę kielicha, wypełnionego winem. Czujnym wzrokiem przeskakiwałem z jednego gościa do drugiego, chłonąc szczegóły wszystkimi swymi zmysłami. Woń egzotycznych perfum, odgłosy rozmów czy ujrzane kątem oka wymykające się pary dopełniały widok gości, sunących po sali.
- Hrabio, tu pan przebywa... - Gospodarz dworu zjawił się jakby znikąd i położył dłoń na mym ramieniu. Uśmiechnąłem się delikatnie do starszego mężczyzny, witając się z człowiekiem skinięciem głowy.
- Jak się panu podoba na tym skromnym przyjęciu? -
Udałem, że się zastanawiam. Lecz odpowiedź, czy raczej pytanie, miałem już na końcu języka. Ledwie zauważalnym gestem wskazałem na młodziutką dziewczynę po przeciwnej stronie. Jej ciało zdobiła suknia w kolorze morza, współgrająca z płomiennie rudymi włosami.
- Kim jest to dziewczę? - Spytałem, spoglądając następnie na gospodarza. Mężczyzna przyjrzał się mej upatrzonej szlachciance. Jej status wywnioskowałem po szafirowej kolii, na którą nie było stać byle kogo.
- To panienka z rodu van Atraniisów, przybyła tutaj na bal aż z Leoatle. To dom również Hrabi, czyż nie? -
- Otóż to. - Odpowiedziałem, lekko oblizując suche wargi. Widząc nieco zaniepokojone spojrzenie starszego mężczyzny, uprzejmie przeprosiłem, odłożyłem kielich na stolik przy służącym i zgrabnie zbliżyłem się do rudowłosej piękności. Dziewczę z początku nie zauważyło mnie, więc musnąłem palcami jej odsłoniętą szyję. Szlachcianka zerknęła przez ramię, oczekując kolejnego amanta. Obdarzyłem ją szerokim, ciepłym uśmiechem. Była elfką, w dodatku niezwykle urodziwą.
- Tak, panie? W czymże rzecz? - Mimo silenia się na bycie miłą, rudowłosa wyraźnie sugerowała, że nie chce rozmawiać. Nie sprawiło to jednak, że odpuściłem. Potraktowałem uwiedzenie elfickiej piękności jako swoiste wyzwanie, sprawdzenie mych sił na polu miłosnych podbojów. Używając swej charyzmy i po części magii, sprawiłem, że dziewczyna z łatwością i bez protestów podążyła za mną w ciemną noc. Prowadziłem ją za rękę, od czasu do czasu żartując czy rozmawiając o miłości. Postanowiłem, że wszystko dokona się w kamiennej krypcie w ogrodzie dworu, z dala od uszu i oczu osób postronnych. Kiedy stanęliśmy przed jasną budowlą, w której powierzchni odbijało się srebrzyste światło księżyca, szlachciankę ogarnął strach. Zostawiłem żelazną bramę i obróciłem się ku dziewczynie.
- Nie lękaj się, Sylvie. - Wymruczałem do jej ucha i przełożyłem jeden z niesfornych kosmyków za nie. Elfka uniosła spojrzenie swych dużych oczu.
- Ależ panie.. Czy tam nie będzie..? -
Uciszyłem ją delikatnym, lecz czułym pocałunkiem. Dziewczę chciało przenieść ręce na mą pierś, lecz w porę odsunąłem się.
- Należy bać się żywych, nie martwych. - Otworzyłem wejście do podziemnego grobowca, gestem zapraszając elfkę do środka. Kiedy mnie minęła, wciągnąłem zapach jej skóry. Był korzenny, z nutką kwiatów. Być może róż bądź azalii.
- Jest tu strasznie, panie. - Rudowłosa objęła się za ramiona, nieznacznie rozglądając się wokół. Jej wzrok prześlizgnął się po marmurowych trumnach oraz ścianach komnaty. Dołączyłem do niej, zamykając za sobą wejście. Zarówno po to, aby nikt nie wszedł, jak i nie wyszedł. Po raz kolejny pocałowałem elfkę, delikatnie lecz stanowczo popychając ją na jedną z kamiennych płyt. Każde jej słowo było tłumione przez me usta. Chciała uciec, jednak nie pozwoliłem jej na to. Kiedy udało jej się oderwać ode mnie, jej oddech był już przyspieszony, a serce pompowało litry życiodajnej krwi.
- Muszę już iść, panie, na przyjęcie. - Rudowłosa spojrzała na czubki kłów, wystające spomiędzy moich ust. Uśmiechnąłem się szerzej. Nie miałem zamiaru jej puszczać. Zasłoniłem dłonią, okrytą ciemną rękawiczką, wargi dziewczyny, a następnie rozerwałem jej suknię ostrymi jak rzeźnickie noże paznokciami. To samo zrobiłem z jej ciałem, z medyczną precyzją oddzielając tkankę od kości. Zacząłem się pożywiać. Organy takie jak serce czy wątrobę zostawiłem na koniec, gdyż zgodnie z mym zwyczajem, zjedzenie ich było równoznaczne z zakończeniem uczty. Nim opuściłem grobowiec, owinąłem nieco mięsa lnianym materiałem, aby mieć posiłek na następny dzień.
Nie wróciłem już na przyjecie, gdyż zawsze istniała możliwość, że ktoś zobaczy plamu krwi na surducie. Opuściłem więc ogród na jego skraju, przez co znalazłem się w spokojnym, a za razem tajemniczym lesie. Szedłem przed siebie, chustą próbując zmyć posokę z ust i szyi. Bezskutecznie. Ta nie chciała zejść z bladej skóry, znacząc mnie jako mordercę. Wiedziałem, że woda usunie ją z łatwością, ale aby to zrobić, musiałem dotrzeć do domostwa. Z czasem znalazłem się na trakcie, więc zacząłem się nim kierować ku stolicy. W pewnym momencie usłyszałem tętent kopyt. Z naprzeciwka nadjechał koń, dosiadany przed niewielką dziewczynkę, przypominającą dziecko. Panienka wstrzymała rumaka, kiedy również się zatrzymałem. Zmierzyłem ją wzrokiem, oceniając, czy jeszcze jestem na tyle głodny, aby pożreć kolejnego człowieka.
- Czy wszystko w porządku, panie? - Zapytała nieznajoma z troską w głosie. Odruchowo sięgnąłem do swojej twarzy, przypominając sobie, jak wyglądam. Aż dziw, że dziewczę to nie krzyknęło z przerażenia. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc jedynie wzruszyłem ramionami i spuściłem spojrzenie na ziemię.

< Madelyn? >

Nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy pozbyć się wszelkich emocji i dążyć do celu nie zważając na ofiary

Autor zdjęcia: xGoldenPuffisx ?
Imię i nazwisko/ród: Ishi Yamakaze Mephistopheles
Przydomek/Pseudonim: Woli po imieniu, lecz toleruje skróty wywodzące się z jej drugiego imienia, takie jak Yam, czy Yami. Chociaż nie ukrywa, że uwielbia, gdy ludzie mówią do niej "Pani Doktor".
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta
Wzrost: 156 cm
Rasa: Pół-Demon
Stanowisko: Z racji na jej wiek, jest jedynie samozwańczym medykiem, chociaż posiada zarówno dużo doświadczenia, jak i wiedzę.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Najczęściej widuje się ją w Królestwie Merkez, lecz stale zmienia swoje miejsce zamieszkania. Przyszła na świat na wyspie Mantrikar, z której ze względu na dosyć niemiłe wspomnienia, ojciec postanowił przenieść się na główny kontynent, prosto do niedużej wioski w Aranaya.
Charakter: Jedynie świadomie jest burzą różnych emocji, których nigdy nie mogła wyrzucić otaczającemu ją światu. Ishi z natury jest cichą osobą, okazjonalnie rzucającą jakieś mniej, lub bardziej złośliwe uwagi, czy dzielącą się z innymi swoją osobistą opinią. Zaufanie tej dziewczyny naprawdę bardzo trudno zdobyć, a na straceniu go może zaważyć najmniejsze potknięcie. Potrafi być mściwa oraz agresywna, w stosunku do wrogów, zarówno swoich, jak i bliskich. Rzadko daje po sobie poznać jakiekolwiek emocje, różne od rozbawienia, powagi. Smutek, czy tęsknotę za ojcem skrywa głęboko w sobie, nie chcąc dać ich po sobie poznać. Nie lubi być kłopotem dla innej osoby, proszenie o pomoc jest u niej rzadkością. Zadawanie niewygodnych pytań, nawiązujących do przeszłości, charakteru, czy uczuć, zazwyczaj kończy się milczeniem, zmianą tematu i ostatecznym zbyciem z jej strony. Początki w przypadku Ishi są naprawdę trudne, chociaż na problemy innych zdaje się być całkowicie otwarta. Zostawianie żywej egzystencji, która cierpi psychicznie, czy fizycznie nie jest w jej stylu, co z automatu robi z dziewczyny osobę opiekuńczą. Stara się pocieszać na swój własny, wykwalifikowany sposób, którego większość psychologów i tak nie rozumie. Dzięki temu, pacjent czuje się w miarę lepiej, a ona sama nie pogłębia z nim relacji. Robi to ze względu na łatwe przywiązywanie się do ludzi, przez które w późniejszym czasie zwyczajnie cierpi. Jest bardzo emocjonalnym człowiekiem, potrafi bardzo przeżywać najmniejszą stratę. Mimo wszystko. Potrafi cenić sobie ponad życie bliżej poznaną osobę. Gdy naprawdę, jakimś cudem się ją zdenerwuje, jest zdolna do wyżycia się na pierwszym, lepszym przedmiocie. Ciężko ją opanować, więc nawet jeżeli spróbujesz - nie zdziw się, jak na twój policzek zostanie złożone soczyste uderzenie otwartą dłonią. Nawet jeśli na taką nie wygląda - łatwo doprowadzić ją do płaczu.
Rodzina: Wychowywała się z ojcem, lekarzem, po którym również odziedziczyła nazwisko. Matka nie dożyła nawet jej urodzin, w wyniku czego Ishi ledwo udało się uratować.
Partner: -
Umiejętności: Nigdy nie przywiązywała szczególnej uwagi do magii, zawsze starała się polegać na zdolnościach. Mimo to, ze względu na odziedziczone przekleństwo bycia w jakimś stopniu demonem, dane jest jej wiele możliwości, dotychczas opanowanych w amatorskim poziomie. Do najzwyczajniejszych można zaliczyć umiejętność posługiwania się językami, z którymi wcześniej nawet nie miała do czynienia. Nie jest dla niej problemem wyleczenie jakiejkolwiek choroby, czy rany. Posiada wrodzoną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie jej rodziny lekarzy, zdolność wskrzeszenia zmarłych. Przynajmniej w teorii, ponieważ na tą porę użycie ów mocy, mogłoby się skończyć tragedią dla niej samej. Z tych mniej paranormalnych umiejętności, w zadowalającym stopniu opanowała indonezyjską sztukę walki Pencak Silat. Również porusza się całkiem zręcznie i szybko. Siłą nie grzeszy, można bezdyskusyjnie określić jej ciało jako słabe, pod tym względem. Plusem u Ishi jest jej precyzyjność oraz inteligencja, która już w wieku przedszkolnym mocno przekroczyła wymagany poziom.
Aparycja: Ishi, jest dosyć drobną dziewczyną o ciemnych, niekiedy połyskujących zgniłą zielenią włosach oraz mocno wyblakłych, pomarańczowych oczach. Gustuje głównie w zwiewnych sukienkach, czy spódnicach - jej zdaniem -, umożliwiającymi lepsze, wygodniejsze i szybsze poruszanie się. W garderobie tej dziewczyny nie brakuje ciemnych ubrań, lecz nie da się ukryć, że włożenie czegoś bardziej kolorowego nie sprawiłoby jej większego problemu. Nie rzadko, można ją spotkać z kocią maską na twarzy, którą dodatkowo stara się ukryć - i tak przysłoniętą przez grzywkę - bliznę, ciągnącą się od okolicy skroni, aż po podbródek lewej strony twarzy. Posiada ją odkąd pamięta. Informacji o jej pochodzeniu, nigdy nie uzyskała.
Historia: Wychowana została przez ojca, ze względu na śmierć matki przed samym porodem. Sama ledwo uszła z życiem, lecz dzięki szybkiej interwencji rodziciela-lekarza, cudem udało się ją odratować z obumarłego ciała. Dzieciństwo wiodła stosunkowo szczęśliwe, mimo braku matki. Wystarczał jej ojciec, który wziął za nią pełną odpowiedzialność, wychował oraz przygotował do samodzielnego życia. Podzielił się z nią całą wiedzą jaką posiadał, jak i od najmłodszych lat zapoznawał z przyrodą, biologią oraz chemią. Do tej pory w snach widuje jego postać, charakteryzującą się swymi długimi, czarnymi włosami, które z jej perspektywy za każdym razem lśniły innym kolorem. Po ów człowieku pozostała tylko fryzura, gdyż sam został zmuszony na powrót stać się otuloną przez mrok poczwarą, tym samym tracąc człowieczą postać. Jako demon okazjonalnie ją odwiedza, w realnym świecie, co Ishi bardzo uszczęśliwia. Głównym powodem opuszczenia znajomych okolic, było właśnie ich rozstanie. Na tą porę często przesiedla się z jednego państwa, do drugiego, w poszukiwaniu tego "prawowitego" miejsca na ziemi, czy czegoś, co mogłoby ją dłużej zatrzymać. Robi to również ze względu na swoje stanowisko.
Towarzysz: -
Inne:
- Posiada bardzo płytki sen. Na dobę przeważnie przesypia trzy-cztery godziny.
- Czyta jedną książkę dziennie, gdy nie ma żadnych obowiązków, czy zwyczajnie zrobi sobie dzień wolny.
- Jej ulubionym autorem jest William Szekspir.
- Ubóstwia dramaty, szczególnie tragedie.
Właściciel: Hw - Asia1509 Email - asiasimsy@gmail.com

sobota, 3 marca 2018

Jeżeli życie ma wielką wartość, to wyłącznie dlatego, że prowadzi nas do śmierci, która jest rozsupłaniem wszystkich węzłów

Autor zdjęcia: LAS - T
Imię i nazwisko/ród: Marco 'Serafino' Taranisson
Przydomek/Pseudonim: Daku, Shu, Marcyś, lecz wszelkie zdrobnienia irytują go.
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: około 178 centymetrów
Rasa: Żniwiarz Dusz - Potomkowie boga śmierci i ludzkich, bądź elfickich kobiet. Ich głównym zadaniem jest "odciążanie" ojca od wszelkich spraw związanych ze zabieraniem dusz na "tamten świat". Po wojnie, jaka wybuchła wśród bóstw, Żniwiarze zostali praktycznie wybici, lecz ci, którzy jeszcze rozwijali się wewnątrz matek, są ostatnimi przedstawicielami swojej rasy.
Cechuje ich specyficzny wygląd - ciemne włosy, szkarłatne jak krew oczy, blada cera i nieco przedłużone kły. Są mylone z wampirami, lecz w przeciwieństwie do nich, nie karmią się posoką, a mięsem humanoidów, która daje im energię i leczy obrażenia. Ich wiek jest o wiele dłuższy niż u ludzi, lecz nie żyją w nieskończoność. Podobno ulubieńcy ich ojca są czasami obdarzani nieśmiertelnością, co nigdy jeszcze nie nastąpiło. Panują również nad Kosami, zaklętymi broniami boga śmierci, którymi zarówno walczą, jak i zbierają dusze. Dotknięcie tego oręża przez niegodnych powoduje oparzenia, a w skrajnych przypadkach zgon.
Stanowisko: Najemnik do wszystkiego. Porwie, ukradnie, zabije, dzieckiem się zajmie, a czasem nawet ogórdek wypielęgnuje, kiedy ma nieco więcej wolnego czasu.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Urodził się na dworze ojca na skraju Leoatle, lecz niedawno zamieszkał w Merkez.
Charakter: Można go uznać za miłą, roześmianą i przyjacielską istotę, która zawsze służy ramieniem do wypłakania się czy dobrą radą. Oczywiście, dopóki dana osoba nie narzuca się za bardzo - wtedy Marco dosadnie mówi, że potrzebuje spokoju, sugerując towarzyszowi natychmiastowe oddalenie się w wybranym kierunku. Rzadko jednak dochodzi do takich sytuacji, ponieważ przez lata treningu wyćwiczył u siebie kontrolę nad emocjami oraz niemalże nieograniczone zapasy cierpliwości. Z drugiej strony, kiedy od dawna nie pożywiał się, zaczyna być burkliwy, kąśliwy i niezdrowo energiczny. Nigdy nie zaatakował niewinnej osoby, lecz nawet pół - bogowie nie mogą opanowywać swojej żądzy krwi w nieskończoność.
Rodzina:
Sarlic Taranisson (prawdziwe imię nieznane) - ojciec Marco, wychowywał go po śmierci matki i trenował na Żniwiarza
Lydia Invergsen - matka, była elfką, lecz zginęła w tajemniczych okolicznościach po urodzeniu syna. W jej wnętrzu rozwijało się jeszcze jedno potomstwo, lecz te nigdy nie przyszło na świat.
Partner: Było kilka zauroczeń, drobnych romansów, lecz żaden nie trwał długo. Aktualnie poszukuje kogoś, kto go zaakceptuje mimo swojej rasy.
Umiejętności: Podczas swojego treningu opanował wiele sztuk walki, metod morderstw, zacierania swoich śladów czy kontaktu ze zmarłymi. Oprócz tego, od dziecka przejawiał zdolności telekinezy, które rozwija, lecz nadal go zawodzą. Potrafi posługiwać się magią, głównie nekromancją, jednak jeszcze nie zbadał w całości wszystkich zagadnień.
Aparycja: Jest chudy, wyniosły i niezbyt umięśniony. Blada skóra sprawia, że łatwo wyróżnia się z tłumu i czasem jest brany za wampira. Czarne włosy zwykle są rozczochrane, bądź niedbale skierowane do tyłu. Dla wielu kobiet jest "atrakcyjny", mimo szkarłatnego spojrzenia i kłów. Kiedy zaczyna głodować, żyły stają się bardziej widoczne i przyjmują czarną barwę. Z czasem na skórze pojawiają się pęknięcia, które nie znikną, dopóki Marco nie pożywi się ludzkim mięsem. Nie tyczy się to jednak blizn z dzieciństwa, gdyż te uporczywie trwają na swych miejscach, przypominając Marco o przeszłości. W takich okresach, ubiera się w długie płaszcze, zakłada rękawiczki i robi wszystko, aby w jak najmniejszym stopniu pokazywać swe ciało. Zazwyczaj jednak zakłada szaty w ciemnych barwach, niezależnie od pogody.
Historia: Urodził się i wychował w okazałym dworze Sarlica, z dala od ludzi, sam na sam z gniewnym i wybuchowym bogiem. Od kiedy pamiętał, ojciec za każde, nawet najmniejsze przewinienie, karał swego potomka czy to zakazem jedzenia kolacji czy nocą spędzoną na dworze. Smagnięcia biczem i recytacja zasad to najwyraźniejsze wspomnienie Marco z tamtego okresu. Brak kontaktu z rówieśnikami sprawił, iż kontakty z innymi przychodziły mu z wielką trudnością. Widząc to, Sarlic sprowadzał do dworu dziewki z wiosek. Ze swoim już dziesięcioletnim synem, podczas treningów czy zwykłych zabaw, mordował je z zimną krwią. W ten sposób zahartowany Marco bez protestu kontynuował swoje szkolenie, na którego zakończenie otrzymał swoją pierwszą broń - kosę, zwaną Diarmad.
Planował pozostać na dworze do końca swojego żywota, lecz nie było mu to dane. Twierdza została otoczona przez ludzi, buntującym się przeciwko porwaniom ich córek i sióstr. Sarlic nakazał Marco wziąć swego konia ze stajni i uciec, dając potomkowi jedynie list, który miał pokazać przyjacielowi mężczyzny, kiedy dotrze do Merkez. Taranisson wykonał polecenie, zarówno ze strachu przed gniewem ojca jak i chęcią odkrycia świata. Podróżował długo, nie zostając nigdzie na dłużej. Ostatecznie trafił do stolicy, odnalazł odpowiedniego człowieka i zamieszkał na strychu jego domostwa, nieopodal głównej części miasta. Tam postanowił zacząć nowe życie, aby wrócić do Leoatle, kiedy będzie gotowy stanąć przeciwko ojcu w walce o władzę nad światem zmarłych.
Towarzysz: Nie ma jednego konkretnego, są to głównie napotkane po drodze czy w okolicy duchy, wskazujące czasami przeoczone fakty.
Inne:
- Nie jest odporny na choroby, te po prostu przechodzą u Marco szybciej i najczęściej nie zostawiają po sobie nieprzyjemnych powiklań.
- Obecność piołunu, tojadu i żelaza osłabia go. Staje się wtedy agresywny i nie może używać części swoich umiejętności.
Właściciel: Amicka

piątek, 2 marca 2018

Od Lexie do Madelyn

  Ujadanie psów rozdarło jak błyskawice ciszę lasu. Zaraz za nimi w zielony busz wtargnął tętent kopyt i wesołe rozmowy mężczyzn o wcześniejszych polowaniach. Wyjątkowe poruszenie wywołał również fakt, że na wyprawie jest również para synów królewskich. Król Reiss po raz pierwszy wziął swoje latorośle na łowy, mimo że obaj chłopcy mieli już po 19 lat. Lexie trzymała się blisko młodszego z bliźniaków, o bardziej wybuchowym charakterze, żeby w razie potrzeby móc interweniować. Zwykle zajmowała się ochroną ich starszej siostry, jednak tym razem na polecenie króla musiała zostawić swoją panią. I może dobrze się stało, że Mirajane nie lubi polowań. Kontrolowanie jej bohaterskich zapędów mogło okazać się trudne w sytuacji, w której książę Floeran również wpadłby na jakiś głupi pomysł.
- Rhydian złapał trop, miłościwy panie! – krzyknął jeden z psiarzy i nagonka ruszyła.
  Koń gwardzistki galopował tuż za wierzchowcem księcia i już po chwili w zielonej głuszy kobieta nie widziała nikogo, poza młodzieńcem. Jazgot psów dobitnie mówił im, w którym kierunku zmierzać, nie było więc potrzeby kontakty wzrokowego.
  Wtem z przodu wywiązało się zamieszanie, podniosły się krzyki. Floeran słysząc to spoił konia ostrogami i wychylił się, usiłując coś dostrzec. W tym momencie masywna gałąź zwaliła go z konia, który pogalopował dalej bez jeźdźca. Gdyby nie błyskawiczna reakcja Lexie to byłoby księcia ostatnie polowanie. Kobieta osadziła swojego ogiera w miejscu i zeskoczyła z siodła, by pomóc swemu panu wstać. Młodzieniec jednak podniósł się sam, patrząc z nieskrywaną wyższością na gwardzistkę i wymamrotał coś o niedorzeczności drzewa liściastego w borze sosnowym.
  W istocie las, w którym rozgrywało się polowanie był lasem mieszanym, czego jednak strażniczka zdecydowała się nie zauważać. Zaoferowała księciu swojego wierzchowca z fachowym, lodowatym wyrazem twarzy, gdy z zarośli wypadł na nich jakiś pomarańczowy kształt. Lexie, działając tylko na wpół świadomie, zasłoniła Floerana swoim ciałem, jednocześnie płynnie zrzucając włócznie z ramienia i zataczając nim półokrąg, dążący na spotkanie kształtu. Kotowaty został uderzony w bok i na chwilę wywrócony. Ryś prychnął i ponownie rzucił się na gwardzistkę.
- Nie! – krzyknął ktoś, kto dopiero teraz pojawił się na scenie.
  Lexie zasłoniła się włócznią przed pazurami i kłami lecącej bestii, po czym obie postacie – ludzka i kocia, potoczyły się splecione w morderczym pojedynku o życie.
- Maku! Wracaj tutaj!
  Szczęka kotowatego jeszcze raz kłapnęła tuż przed twarzą strażniczki i ciężar na jej piersi ustąpił. Kobieta zebrała się z ziemi.
- Ty, to twoja bestia? – zapytał dumnie książę. – Lepiej trzymaj ją na łańcuchu. Tu trwa polowanie!
(Madie? Nietypowy początek, a w każdym razie bez bezpośredniego wpadania na siebie, jak to zwykle bywa XD)

niedziela, 18 lutego 2018

Od Rahelii do Naix'a

Pora była coraz późniejsza, wychylonych kielichów coraz więcej. Młoda elfka kończyła właśnie piąty, a może czwarty już zamówiony trunek. Cała tawerna zdawała trząść się w posadach, a ludzie wirować wraz z nią. Za każdym razem gdy ktoś uchylał drzwi wejściowe, do środka wpadało mroźne powietrze zwiastujące nadejście chłodniejszych dni. A im zimniej będzie, tym więcej ludzi zacznie odwiedzać tawerny i różnego typu zajazdy. Będzie bardziej tłoczno, to z pewnością. A im więcej ludzi tym więcej rabunków... To oznaczałoby łatwy zarobek. Stosunkowo prosto złapać niedoświadczonego rzezimieszka, który pierwszych ofiar szuka w gwarnych karczmach, opływających często stęchlizną i wonią piwa. 
Adrenalina buzowała w żyłach elfki. Nie siedziała już na swoim miejscu. Nie podsłuchiwała rozmowy z sąsiedniego stolika. Zdążyła nawet zapomnieć z jakiej winy ktoś chciał pozbawić kogoś innego przyrodzenia. Krążyła wśród tłumu, zaczepiała zadziornie klientele, wymieniała się drobnymi plotkami z państw. Śmiała się z nie śmiesznych żartów, wykonała nawet kilka tańców z różnymi ludźmi. Cóż... Pchało ją do rzeczy, których nie powtórzyłaby w tym miejscu na trzeźwo. Pewnie nawet i prywatnie by ich nie zrobiła. Ba! Śmiała się wcześniej z ludzi, których ponosiło do tego stopnia. A teraz sama zdążyła wykonać też ze dwa niezbyt grzeczne tańce, całowała się z kilkoma mężczyznami... Przeczyła własnym ideałom. 
Nagle tawerna okazywała się niezwykle dużym miejscem. Niczym wielki świat, który należałoby zwiedzić w całości. Drewniane deski skrzypiały nieustannie, jednak w gwarze nie dało się tego słyszeć. Elfka nieumyślnie zbliżała się do miejsca, od którego zaczęła się jej wędrówka. Stół z kilku osobową kompanią wciąż trzymał na sobie przebity sztyletem list gończy, za jakimś łotrem. To jednak nie istotne. W pobliżu powstawała właśnie sprzeczka. 
Nimfetka uderzyła w kogoś, kto właśnie wstawał od jednej z ław. Upadła na jakiś stolik. W pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na biały błysk. Bardziej zdawał się ją uprzytomnić dźwięk toczącego się po podłodze kamiennego przedmiotu. Jakby cały alkohol nagle opuścił jej organizm... 
Błyskawicznie sprawdziła swoje kieszenie. Nie. Sakwa również nie. Pusta. Spojrzała za swoją zgubą. Znalazła ją pod stopą rosłego krasnoluda. Kobieta patrzyła uważnie. Miała wrażenie, jakby cały świat nagle zwolnił, kiedy mężczyzna podnosił kamień. Jej ostatnie zlecenie właśnie miało zawisnąć na włosku. W tym momencie praca, która wydawała się być skończona już kilka dni temu, teraz zdawała się niemal rozpoczynać od nowa. Dziewka stanęła do pionu zauważając łakome spojrzenie krasnoluda na błyskotce. 
- Oddaj. - Warknęła ponuro. 
Towarzystwo co najmniej kilku bliżej znajdujących się osób zdawało się uciszyć. Patrzyli na rozgrywającą się scenę. Zawsze to jakaś dodatkowa rozrywka do obejrzenia. Niby takie akcje były równie normalne co wschody i zachody słońca, jednak widownia wciąż chętnie obserwowała. Często spotkać się też można było z obstawianiem zakładów na zwycięzcę sporu. Człekokształtni zdawali miłować się w hazardzie.
Krasnolud zmierzył Rahelie spojrzeniem. Oceniającym. W jego spojrzeniu z łatwością można było dojrzeć drwinę. W swoim umyśle już był zwycięzcą. Z pewnością kpił sobie w myślach z najniższej elfki jaką kiedykolwiek widział. Ten fakt tylko bardziej ją zirytował. Równie mocno, co nie ustające wirowanie w głowie spowodowane podchmieleniem. Tylko dzięki determinacji stała jeszcze na nogach i mierzyła się w bitwie na spojrzenia z krasnoludem. Rozproszyła się nieco widząc, jak trzymany w zaciśniętej pięści mężczyzny kamień zmienia swoją barwę. Biały kryształ ciemniał. Jakby dziwny szron osadzał się w nim od wewnątrz. W ciągu kilku sekund był niemal czarny.
— Zadziwiające skarby nosi panienka ze sobą. — Zaśmiał się szyderczo. — Długo zapewne musiałaś sobie na niego pracować — przybrał groźniejszy ton — a może po prostu zabrałaś czyjąś własność?
— Krasnoluda elfickie skarby najmniej powinny interesować - charknęła na niego.
Brodacz zaśmiał się na jej odpowiedź. Kiedy uniósł swoje barczyste ramiona i przyjrzał się kamieniowi zastygł na moment.
— Przeklęłaś go, wiedźmo? — Zauważył, że kryształ zmienił swoją barwę.
— To prosty czar. — Bąknęła elfka. Przymrużyła oczy by wyraźniej widzieć swojego napastnika. — Wielu go wykorzystuje. —  Uśmiechnęła się pod nosem z zadowolenia. Brnęła dalej w tą gierkę. Miała tylko nadzieję, że wymyślona na prędko historyjka okaże się wiarygodna. — Kamień zmienia barwę zależnie od zamiarów osoby, która go trzyma. Czarny nie świadczy o niczym dobrym...
— Jak śmiesz!? — Kobieta miała wrażenie, że z gardła krasnoluda zaraz zacznie się wręcz toczyć piana. — Twierdzisz, że jestem nieuczciwy!? 
— Tego nie powiedziałam. — Mruknęła elfka, próbując ustać na nogach. — Ale kamień mówi sam za siebie. Skąd mamy mieć pewność, czy nie jesteś złodziejem, a może nawet i mordercą!? — By dodać napięcia zaczęła zwracać również się w imieniu otaczających ją osób. 
Gdy spojrzała po ich twarzach dostrzegła różne emocje. Niektóre wyrażały aprobatę dla jej słów, inne wykrzywione były w strachu, kolejne jeszcze wypełniało zdziwienie. Byli i tacy, których sprawa kompletnie nie interesowała i póki skłócona dwójka zanadto się do nich nie zbliżała, ignorowali ich. 
Krasnolud zwrócił ponownie na siebie uwagę, wydając potężny ryk ze swojego gardła. 
— Zapłacisz mi za to, ladacznico! — Warknął czerwony na twarzy. 
Poczuła strach. Teraz uświadomiła sobie, że przecież jej przeciwnikiem jest krasnolud. Potężny krasnolud. Do tego znajdowali się w zamkniętej przestrzeni. No i przede wszystkim nie da rady obronić się w tym miejscu przy użyciu łuku. Zwłaszcza, że wypita w nadwyżce ilość miodu mąciła teraz w jej głowie. Szanse były bardzo marne. 
Krasnolud szarżował już na nią. Pomimo wszystko kobieta przyjęła obronną postawę. Nie wytrzymała siły uderzenia i zgięła się w pół. Razem z brodatym krasnoludem runęła na podłogę. Zaczęli się szamotać. Gdy elfka znalazła się przyciśnięta do podłogi, walcząc o oddech i próbując zdjąć ręce napastnika z szyi, ktoś rzucił się nagle na złodziejaszka. Przez szumiący umysł dziewczyny przedarł się zwierzęcy ryk. A za nim krzyki przerażenia. Krasnolud siłą został odrzucony od nimfetki i dopiero wtedy zauważyła ona niedźwiedzia. 
— Skarbie! — krzyknęła podbiegając do czworonoga i próbując odepchnąć go od powalonego brodacza — Miałeś zostać w pokoju! Wyjdź stąd! — Ostatnie słowa nacechowane zostały jeszcze większą siłą. 
Niedźwiedź wydał z siebie dźwięk podobny do wycia i z ociąganiem zaczął kierować się ku wyjściu. Ludzie w szoku ustępowali mu drogi. A może w strachu, kto wie. Rahelia wyciągnęła z bezwładnej na ten moment dłoni krasnoluda kryształ. Z zaskoczeniem stwierdziła, iż zaczął przybierać powolnie barwę fioletu. Kiedy uniosła spojrzenie dostrzegła na sobie ciskający gromami wzrok karczmarza. Skierowała się ku wyjściu. Raczej nie będzie już zbyt mile widziana w tym miejscu. 


Naix? 

(Jeśli jej zachowanie się nie zgadza, to zwalam na wypite przez nią trunki... i moje przeziębienie)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Mer do Cynthii

  Szczęknął charakterystycznie metal zbroi nieznajomego i masywna postać rycerza pochyliła się w kierunku leżącej dziewczyny, wyciągając do niej dłoń i chcąc pomóc jej wstać. Raptownie zastygła w połowie ruchu, jakby za późno zauważając czerwony kwiat krwi, wykwitły na ciele ognistowłosej. Mógł go też zastanowić fakt, że trzymała się za podejrzanie wybrzuszający się brzuch. Mógł, była taka możliwość, jednak nie wyglądało, że zrozumiał, co to oznacza aż do momentu, w którym jego odziana w rękawicę dłoń opadła ku koszuli.
  Jego działania nie pozostały bez odzewu ze strony leżącej. Dziewczyna odtoczyła się, wyraźnie próbując chronić brzuch, co jednak prawdopodobnie nie na wiele jej pomogło. Zerwała się na nogi, jednak szybki upływ krwi ją osłabił i zachwiała się. Mer spojrzał na nią pustym, upiornym w mroku uliczki, spojrzeniem szparek w hełmie. 
- Dogadajmy się, złociutki - zaproponowała dziewczyna, szybko obierając strategię obronną, przeciwko nieoczekiwanemu przybyszowi. Wyglądało na to, że zbroja gwardzisty przywiodła jej na myśl wizję śmierdzącego stęchlizną lochu, a zważywszy na kiepski stan chciała wykpić się niskim kosztem lub przynajmniej kupić sobie kilka sekund wytchnienia czczą gadką. Oparła się zalotnie o kant budynku, by wspomóc się w utrzymaniu równowagi i uśmiechnęła do gwardzisty. - Udasz, że nic nie widziałeś, a ja udam, że zgubiłam kilka błyskotek. Umowa?
  Zbroja szczęknęła cicho, gdy Mer nadspodziewanie szybko zbliżył się do czerwonowłosej. Znacznie nad nią górował, co mogło przyprawić o prawdziwe ciarki na plecach nie jednego kozaka. Chwycił ją za ramię, nim zdążyła rzucić się do biegu. Pochylił się i ponownie sięgnął do jej koszuli. 
  Rozległ się głuchy brzdęk, gdy ta niepozorna dziewczyna z dużą mocą uderzyła kawałkiem deski w jego hełm. Na powierzchni metalu pojawiło się delikatne wgniecenie, jednak palce rycerza wreszcie dosięgły swego celu. Spod ubrania dziewczyny posypało się złoto, skąpane w krwi. Jednak gwardzista nie zwrócił na nie uwagi. Chociaż nie, nie całkiem. Jego wzrok skupił się na złotej bransolecie, utkwionej w ciele na kilka centymetrów.
- Trzeba zabezpieczyć - mruknął, grobowym głosem ożywionej zbroi.
(Cynthia? Mało wojowniczo, ale straciłaś dużo krwi :P Mam nadzieję, że jest w miarę i że będzie lepiej już niebawem.)