piątek, 9 marca 2018

And those, who were seen dancing, were thought to be insane, by those, who could not hear the music

Abz-J-Harding - http://abz-j-harding.tumblr.com/  Child of Shadow
Abz-J-Harding
Imię i nazwisko: Jego prawdziwe imię to Tevae, jednak w jego profesji imię jest zbyt cenne, by go używać. Jest więc zatem jego największą tajemnicą.
Przydomek/Pseudonim: Akroteastor Meaglite Poemika Nostrue Totneomon Liivei
Wiek: Stosunkowo mało, bo 372 lata.
Płeć: Chyba można powiedzieć, że jest samcem, choć sam z pewnych względów woli unikać rozmów na ten temat.
Wzrost: 233 cm, co często jest problematyczne, gdyż świat został stworzony dla istot nie wyższych, jak 2 metry.
Rasa: Morteo - zapomniany Bóg Śmierci. Jak to, zapomniany? Każdy naród ma swojego Boga-Stwórcę, każdy jednak ma też swojego Boga Śmierci, którego sednem istnienia jest położyć kres życiu narodu. Jednak gdy znika ostatni wierny, bożek zostaje zapomniany i rozpada się w popiół, z którego przy sprzyjających czynnikach powstaje Morteo - jest to niejako nagroda da wytrwałego boga za jego służbę, a jednocześnie kara, za ludobójstwo. Bożek otrzymuje normalne życie, nie jest też możliwe przewidzenie, jaką formę przybierze, jednak zawsze jest ona bliska wyobrażeniu jego przez naród, który go stworzył.
Stanowisko: Rezydent Temeni; Nekromanta, okultysta
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Narodził się w mrokach Darawy, jednak nie oferowały mu tego, czego poszukiwał. Przeniósł się więc do Temeni, gdzie osiadł, zanim jeszcze narodziło się młode państwo.
Charakter: Meaglite jest osobą spokojną i opanowaną. Czasem nawet do przesady. W gruncie rzeczy czaszka nie pozwala na okazywanie zbyt wykwintnej gamy emocji, jednak płonące w oczodołach jasne światełka zdają się czasem mówić więcej, niż powiedziałaby jakakolwiek twarz. Ceni sobie ciszę i spokój oraz swoją przestrzeń osobistą. Liivei jest samotnikiem, nieco gburowatym i ekscentrycznym, ale w gruncie rzeczy dobrym stworzeniem. Choć nie można o nim powiedzieć, że jest uczynny. Nie, jest raczej samolubny i egoistyczny, swoje dobro zawsze przedkłada nad dobro innych. Posiada też ten specyficzny, właściwy magom instynkt samozachowawczy, który wykształcił się w nim przez długotrwałe obcowanie z tajemnymi mocami. Jest bardzo nieufny i trudno się do niego zbliżyć, wszystko traktuje prostymi zaklęciami rozpoznania, zanim wogle weźmie do rąk. Ma lekką manię prześladowczą i wrodzoną niechęć do przebywania w dużych zbiorowiskach istot. Nie lubi też być dotykany. Wprost nie cierpi, nawet jeśli ktoś przypadkiem się o niego obetrze. Może to grozić nawet śmiertelną klątwą, jeśli Akroteastor jest nie w humorze. Dobrze sobie radzi również w przeczuwaniu niebezpieczeństwa i ulatnianiu się, nim zrobi się gorąco. Uciekanie przed wściekłym tłumem jednak wykształca coś więcej, niż tylko wytrzymałość fizyczną.
Liivei jest inteligentny i obeznany w świecie. Podróże i głód wiedzy doprowadziły go do punktu, w którym cytujesz słynne księgi nawet nie pamiętając, że to robisz. Jego słownictwo była więc czasem dość przestarzałe lub niezrozumiałe, zdarza mu się też używać zwrotów obcojęzycznych.
Mimo całej swojej wiedzy i doświadczenia, i wieku, Akroteastor zachował sobie nieco z... dziecka, którym nigdy nie był. Jest ponadprzeciętnie ciekawy świata i występujących w nim zjawisk, zadaje dużo pytań, nawet jeśli nie oczekuje odpowiedzi, zdarza mu się zachwycać zupełnie zwyczajną rzeczą lub obrazić się z byle powodu. Choć skrywa się za maską dumy i nieprzystępności, gdy nikt nie patrzy czasem gania się z wilkami w lesie lub struga wątpliwej wartości figurki z drewna.
Rodzina: Morteo niestety nie mają rodziny. Chyba, że uznać za nią panteon bożków jego narodu. Cóż... Panteon bożków również odszedł, razem z Erevis, któremu towarzyszył ongiś Bóg Śmierci Akroteastor.
Partner: Nie wyobraża sobie związku
Umiejętności: Liivei posiada naturalne predyspozycje do nekromancji, jako dawny Bóg Śmierci. Jednak poza tym większość jego magicznych umiejętności nie jest wrodzona, lecz nabyta latami studiów i mozolnej wprawy. Morteo specjalizuje się w demonach najniższych kręgów piekielnych, jednak tylko raz zdarzyło mu się przyzywać jednego z nich. Potężne demony zawsze mają wysoką cenę. Na co dzień wykorzystuje więc raczej pomniejsze diabliki czy zmory. Zajmuje się również zielarstwem w zakresie niezbędnym przywoływaczowi. Umie również posługiwać się podstawowymi zaklęciami z magii popularnej, dla ułatwienia sobie życia czy jego ochrony. Może też teleportować się na niewielkie odległości przy użyciu przejść, tworzonych naprędce.
Poza tym w aspekcie fizycznym przypomina wilka. Jest, tak jak on, wytrzymały, dorównuje mu szybkością i siłą, ma czułe zmysły zwierzęcia.
Aparycja: Akroteastro w gruncie rzeczy ma ludzką sylwetkę, parę długich nóg, których stopy są nienaturalnie wydłużone, a pięta - przesunięta do góry tak, że stwór stoi tylko na samych palcach. Na jego piersi widać wystające żebra, szczelniej opinające go w pasie i luźniejsze ku górze. Ma też dwie pary długich łap, zakończonych nienaturalnie wychudzonymi i długimi palcami, zakończonymi pazurami. Jego głowa jest zwierzęcą czaszką, niezidentyfikowanego pochodzenia, a okalają ją zakrzywione ku dołowi rogi oraz burza jasnych włosów i ciemnych piór, które zresztą na plecach przeradzają się w coś na kształt skrzydeł lub płaszcza. W losowych miejscach sterczą z nich jakby ciernie róży, posuwając się powoli po ciele Morteo w tylko sobie znanym celu.
Liivei zazwyczaj zakrywa swoje ciało długimi płaszczami z kapturem, jednak poza tym z reguły nie nosi ubrania.
Historia: Nie jest czymś, czym Akroteastor chciałby się z kimkolwiek dzielić. Nie jest dumny szczególnie z początkowych lat swojego życia, gdy prowadzony nieokiełznaną furią, której źródła nie mógłby teraz logicznie wyjaśnić, żył jak zwierzę. Dopiero później przyszło zrozumienie i wiedza. Dopiero, gdy udało mu się wyrwać z mrocznych odmętów Darawy. Tak rozpoczęła się jego tułaczka w poszukiwaniu własnego ja i wiedzy. Jednak ani jedno, ani drugie okazało się nie być osiągalne, jednak Akroteastora to nie zniechęciło. W poszukiwaniu zrozumienia zaczął wyprawiać się w światy mroczniejsze od Darawy i przyprowadzać ze sobą tajemne i zakazane moce na powierzchnię. Jego wybryki nie mogły być tolerowane przez zwykłe państwo, jednak spalona ziemia Temani okazała się Ziemią Obiecaną tego Morteo. Tam też osiadł, by kontynuować swoje testy. Nie oznacza to bynajmniej, że kompletnie zrezygnował z podróży. Zmienił się jednak nieco ich charakter, bo było miejsca, do którego ostatecznie, nawet jeśli po wielu latach, powracał, by rozszerzyć o kilka magicznych tomów, dzienników czy czasem nawet artefaktów oraz rzadkich ziół.
Inne:
Sweet Mary
Sweet Mary
- Stwór, podczas jednej ze swoich wypraw, zdobył artefakt o olbrzymiej mocy - pierścień w kształcie smoczego pazura. Pchany ciekawością założył go. Gładko wszedł na palec, mimo jego dziwnego kształtu, by po chwili wbić się w skórę Akroteastora. Od tego czasu nie może go zdjąć. Pierścień za każdym użyciem mocy pochłania część jej siły i kumuluje w cienkich liniach na ramieniu nosiciela. Gdy linie dochodzą do samej góry, Liveii zyskuje możliwość przemiany w ślepą wojowniczkę. Achai - po długich poszukiwaniach natrafił na tą nazwę i był pewien, że dokładnie z tym ma do czynienia. Dowiedział się również, że forma, którą otrzymał, ma władzę nad smokami. I że jej aktywacja będzie trwała do momentu, w którym wyczerpie się zgromadzona energia i stalowe ramię nie przemieni w pierścień na powrót. Dotychczas raz tylko zdołał uzbierać dość mocy. Był wtedy Achai przez równe 29 i pół dnia - od nowiu do nowiu.
Akroteastor potrafi poruszać się zarówno na dwóch, jak na sześciu kończynach, jak zwierzę.
- Włada płynnie wieloma językami, jednak nie mową Nelayan. Ten naród dotkliwie zraził go do siebie, gdy przebywał w jego granicach i stwór przysiągł sobie, że już nigdy tam nie powróci.
- Meaglite nigdy nie przepuści okazji, by odwiedzić świątynię, kapliczkę bądź miejsce kultu Boga Śmierci, jeśli takowe istnieje. Twierdzi, że ta profesja jest niedoceniana i że żywi powinni przywiązywać do tych bożków większą wagę. Nie jest to do końca prawdą, jednak jest dobrym usprawiedliwieniem dla nostalgii, jaką Morteo odczuwa w stosunku do swojej dawnej profesji.
- Prowadzi na własną rękę eksploracje wewnętrznych kręgów piekielnych, pisząc jednocześnie swój własny Nekronomikon z poradami, odnośnie poszczególnych, nowych demonów, metod ich przywoływania i zabezpieczeń. Jak dotąd zdołał zdobyć wiele nowych przydomków, jednak żadnych imion, które można by wykorzystać.
Właściciel: ketsurui
Za piękny plakat dziękuję Arteiyu^^

Od Ishi do Marco

Czułam, jak z sekundy na sekundę me powieki stają się coraz cięższe. Mimo wyraźnych potrzeb organizmu związanych ze snem, mój niespokojny umysł, za wszelką cenę nie chciał oddać się tej odprężającej czynności. Przez kolejne kilka ułamków minuty, dane mi było jedynie przewracać się z boku na bok. Jestem okropnie zmęczona, lecz mimo to, wciąż nie potrafię spokojnie zasnąć. Przebłyski, pozostałego mi zdrowego rozsądku, boją się oddać to ciało w objęcia Morfeusza. Czuję się nazbyt źle, zarówno psychicznie, jak i fizycznie...
- Panie Marco... - wyszeptałam, wpatrując się w jego postać, mocno niewyraźnym wzrokiem. Zacisnęłam jedną z dłoni mocniej na pościeli, którą od dłuższego czasu miętosiłam pomiędzy palcami. - ...ja nie chcę umierać... - dokończyłam, z widocznym trudem nabierając powietrza. Panika ściska mi gardło. Zamrugałam kilka razy oczami, wciąż nie mając zamiaru zmrużyć ich na więcej niż sekundę.
- Panienko... - zaczął cicho, delikatnie dotykając mojej przytrzymującej pierzynę dłoni. Moja intuicja znowu chciała go odepchnąć, lecz w tym momencie nie potrafiłam zebrać w sobie więcej sił na opór. Bardziej boję się śmierci, niż jego dotyku, który ledwo dane mi jest czuć. - Nigdy nie słyszałem większych głupstw... - przed moim zamazującym się wzrokiem, mogłam dostrzec jego delikatny, ciepły uśmiech. Przymknęłam spokojnie oczy, mimo wcześniejszej niechęci, pozwalając spleść nasze palce. Moje obawy przed nim, którymi obecnością starałam się jak najszybciej opuścić jego towarzystwo, zdecydowanie za szybko zniknęły... "Jaki ze mnie lekarz, skoro nie potrafię nawet siebie wyleczyć..." - wyszeptałam jedynie do siebie, wtulając głowę w całkiem miękką poduszkę. Nie jestem pewna, co do skuteczności podanego mi leku. Oddychając nieco szybciej niż zwykle, przez nagle objawione skutki choroby, w końcu pozwoliłam oddać się tej przyjemnej czynności, jaką jest sen. Przynajmniej na niego liczyłam, czułam, że mocno tego potrzebuję. Zarówno odpoczynku, jak i ujrzenia przynajmniej skrawku twarzy ojca, w ciemności ogarniającej mój umysł. Potrzebowałam rady, czy chociaż zwykłej rozmowy. Podejmowanie ważnych decyzji, próby dokonania, osiągnięcia czegoś, żadnej z tych nie potrafiłam dokonać w pojedynkę. Zawsze ten okropny lęk, stawiał przede mną ogromny mur, niemożliwy do przekroczenia. Próby wyzbycia się go, również kończą się dla mnie klęskami. Opieram się na innych jak nikt inny, chociaż nie można tego dostrzec gołym okiem. Poznanie centrum strachu i zniwelowanie go, jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, lecz ból, który mogę po tym otrzymać, może być jeszcze gorszy... Moje próby odpoczynku i tak zostały zaprzepaszczone, przez gorączkę, której nawet jakieś dodatkowe lekarstwa znalezione przez mężczyznę, nie potrafiły zbić. Spałam z cogodzinnymi przerwami, po kilka minut. Chociaż budziłam się tak sporadycznie, cały czas był przy mnie obecny nowo poznany mężczyzna, co nie ukrywam, w pewnym stopniu było pocieszające. Zdołałam wypić sporo chłodnej wody, której orzeźwieniem, również on, pozwalał mi się delektować. Sama nie miałam pojęcia, jak mogę się za to wszystko odwdzięczyć... Poświęcony mi czas, wszystkie produkty żywnościowe, leki, siły, czy nawet nieprzespaną noc. Gdy tylko dane mi było dostrzec mocniejsze przejaśnienia za oknem, zaprzestałam swych prób przymusowego uśpienia organizmu. Nie miało to większego znaczenia, skoro i tak dostające się do pomieszczenia smugi światła, nie pozwolą mi zmrużyć oka. Podniesiona z lekka do pionu, od dłuższego czasu wpatrywałam się swym równie zamglonym wzrokiem co zwykle, w bladą ścianę. Marco kilka minut temu uprzedził, że musi mnie na jakiś czas opuścić. Sama dokładnie nie wiedziałam, gdzie mógł w tej chwili przebywać... Chociaż, zapewne przewidział, że ewentualna potrzeba zostawienia mnie na moment samej, nie powinna zakończyć się niczym złym. Jestem praktycznie przykuta łańcuchami do łóżka, więc wątpię, czy dalej niż do łazienki zdołałabym dojść. Zarówno przez niewyspanie, jak i tą trochę obniżoną temperaturę od nocnej gorączki. Tak więc, w końcu samoczynnie zbierając siły na wyjście spod cieplutkiej kołderki, odrzucając ją na bok, pozwoliłam swoim stopom zetknąć się z ziemią. Już na równych nogach, wkrótce pożałowałam swojej niezbyt rozsądnej decyzji. Momentalnie moją głowę spowił nieprzyjemny ból, jakbym wczoraj trochę nagięła z limitami alkoholowymi siedemnastolatki... Odczuwalne przeze mnie nieprzyjemne fale, idealnie pasowały do tych, gdy jeszcze jako czternastolatka przesadziłam z rumowymi czekoladkami. Zostawiono ich za dużo, jak na dziewczynkę ubóstwiającą czekoladę. Następnego dnia, czułam się tak jak teraz. Ale... Ja wczoraj chyba nic nie piłam... Chociaż wspomnienia z ostatniego wieczoru, są nieco poszarpane, jakoś potrafię je wszystkie odczytać.
- Ishi, twój mózg nadal nie funkcjonuje poprawnie. - powiedziałam do siebie, robiąc kilka mozolnych kroków w kierunku wyznaczonego w myślach pomieszczenia. Jakoś udało mi się poprawnie z niej skorzystać, bez pomocy "podparcia się" o podłogę.
Z tego co wywnioskowałam, po swej trochę trudnej do przeprowadzenia burzy mózgu, choroba pozwoliła sobie odejść - najprawdopodobniej -, wraz z działaniem podanego mi w pierwszej kolejności leku. Oprócz delikatnego, już rozplenia, bólu głowy i niewyspania, wszystko zdawało się być na swoim miejscu. O ile te dwa ostatnie dałoby radę samemu zniwelować, pierwszy chyba musiały ustąpić z czasem. Krok za krokiem, starałam się dojść do skromnego aneksu kuchennego, którego szafki - przynajmniej powinny -, zawierać coś zdatnego do picia. Brak obecności tego mężczyzny, chyba jedynie utrudniał mi sprawę... W końcu, nie chciałam grzebać w jego rzeczach, ani nie chciałam go wykorzystywać, chociaż mój suchy język sam o to prosił. Sięgnęłam dłonią po kubek, który dostrzegłam na jednej z z półek. Z wodą nie powinno być większych problemów, chyba wiem gdzie przechowuje całkiem duży baniak. Gdy moje palce już miały ująć ucho całkiem ładnie ozdobionej szklanki, do moich uszu doszedł paraliżujący skrzyp otwieranych drzwi. Jak z automatu odskoczyłam, tym samym zrzucając porcelanowy przedmiot prosto na podłogę. Moje powieki otworzyły się o wiele szerzej, gdy dane mi było przyglądać się różnokształtnym kawałeczkom, tak ślicznego kubeczka. Przykucnęłam przy nim, bezradnie opuszczając wzrok w dół.
- Przepraszam... - wyszeptałam, chcąc podnieść jeden z większych kawałków. Gdy moje palce, miały na powrót zetknąć się z tą chropowatą powierzchnią, ruch, szybko zatrzymało uchwycenie mego nadgarstka przez wyższego mężczyznę. Nawet nie spostrzegłam, jak szybko udało mu się tu przemieścić, spod przed chwilą zajmowanej przestrzeni przy wejściu... Uniosłam swój przepraszający wzrok prosto na niego.
- Panienka powinna być w łóżku, jeszcze nie jesteś w pełni sił. - powiedział nadzwyczaj spokojnym głosem, pomagając mi podnieść się do pionu. Odwróciłam szybko wzrok.
- Chciałam się napić... - odparłam cicho, przymykając z lekka oczy. - Zwrócę pieniądze za kubek, za wszystko... Za leki, za... - chciałam kontynuować, gdy wtem poczułam jego dłoń przy swym podbródku. Uniósł delikatnie moją głowę do góry, pocieszająco się uśmiechając.
- Przepraszam, to moje niedociągnięcie, że zostawiłem panienkę samą bez dostępu do wody. - przyznał jakby nigdy nic, odsuwając swą rękę. Nie potrafiłam się z tym zgodzić, przez swój zupełnie nieuodporniony organizm, przysporzyłam mu kłopotu. Zacisnęłam dłonie w pięści, wpatrując się w jego bladą cerę. Jaką rasę musi prezentować, by nie wyczuć we mnie cząstki demona i tak zwyczajnie się uśmiechać. Czy czegoś ode mnie oczekuje? Jakiś czas temu przestałam wierzyć w dobroduszność istot, na tym pełnym samowystarczalności świecie...
- Pomogę to pozbierać, a najlepiej, już zaraz zacznę się zbierać... - zwróciłam wzrok ku podłodze. Nie mogłam nic zrobić, póki ten chyba wykorzystując moje niewyspanie, przytrzymywał moją bezwładnie opuszczoną rękę.
- Zaraz się tym zajmę, natomiast panienka powinna się jeszcze położyć. - mówiąc to, chciał tak jak tamtego wieczoru jakoś "przetransportować" moją osobę zapewne pod pierzynę. Tym razem nie dałam tak łatwo, ponownie pozwolić sobie pomóc. Stojąc twardo, zdołałam jedynie uchwycić skrawek jego kurtki, której przez to małe zamieszanie nawet nie zdążył zdjąć.
- Zrobił pan dla mnie zbyt wiele, a tej nocy, nawet nie pozwoliłam panu zmrużyć oka! - powiedziałam szybko, zaciskając mocniej swoje palce na ciemnym elemencie jego ubioru. - Czy jest... Czy jest coś, co mogłabym dla pana zrobić? - zapytałam w końcu, czując, jak kąciki mych oczu zapełniane są przez słoną wodę. Nie mogę powiedzieć, że czuję się idealnie, lecz jaki ze mnie byłby lekarz, skoro nie potrafiłabym sama sobie poradzić z chorobą. - Cokolwiek... W podzięce...

<Shu? Przyzwolenie, przyzwolenie... >

czwartek, 8 marca 2018

Od Marco do Ishi

Uśmiechnąłem się delikatnie do Ishi. Wyglądało na to, że alkohol zaczyna działać. To dobrze. Mogłem za jakiś czas skonsumować nieco jej krwi, aby samemu poczuć szumienie w głowie.. No cóż, takie są minusy bycia Żniwiarzem - nie możesz upić się w tradycyjny sposób. Odkryłem to pewnego poranka, kiedy mój ojciec jeszcze wstał, a ja zakradłem się do spiżarni, tuż obok kuchni. Służących jeszcze nie było, więc nikt nie zwrócił uwagi na małego chłopca z butelką złocistego trunku, prawdopodobnie była to jakaś nalewka. Schowałem się z moim "zakazanym owocem" w sypialni, wsunąłem się pod puchową pierzynę i z trudem odkorkowałem nalewkę. Wpierw zmarszczyłem nos, czując ostrą woń, lecz dzielnie, wmawiając sobie, że w ten sposób stanę się dorosły (chociaż w dłuższej perspektywie czasu to życzenie jest chyba jednym z gorszych), pociągnąłem spory łyk. Musiałem przerwać na chwilę pierwsze spotkanie z alkoholem, jednak ostatecznie opróżniłem całą butelkę. Nic się nie stało, jakby ten trunek nie miał żadnego wpływu na moją osobę. Nie powiem, zawiodłem się. Dzięki tak wczesnemu spotkaniu, mogę z dumą stwierdzić, że jestem abstynentem od ponad siedemnastu lat.
- Przygotuję pieczeń oraz ciasto śmietankowe. - oznajmiłem, wyciągając ze spiżarni ludzki udziec. Zakasałem rękawy, przygotowałem przyprawy i zająłem się obróbką. Ostrym nożem odciąłem pozostałości po punktach zaczepu ścięgien oraz nadmiar tłuszczu. Dziewczyna przysiadła na stole, już nieco bardziej śmielsza. Wyglądała jednak blado, co mnie zdziwiło, a za razem zaniepokoiło. Chyba się przeziębiła na tym mrozie. Biedactwo. Postanowiłem, że jak przygotuję posiłek, dam jej miejsce do spania, aby odpoczęła.
Naciąłem kawałek mięsa na środku, tworząc niewielką kieszonkę. Wypełniłem ją mieszanką ziół, ząbków czosnku oraz cząstek cebuli. Samą powierzchnię natarłem solą oraz kurkumą. Wszystko umieściłem na półmisku, otaczając przyszłą pieczeń ziemniakami, małymi paprykami i pomiodrami. Wszystko wsunąłem do pieca. Zerknąłem na brunetkę, która wyraźnie obserwowała moje ruchy.
- Jak się na taki posiłek zapatrujesz? - Spytałem, czyszcząc ręce oraz nóż. Ishi powąchała powietrze w kuchni.
- Pachnie... Dobrze. Trochę ostro, lecz smacznie. Masz coś jeszcze w zanadrzu? - Pani doktor wzięła w dwa palce jabłko, leżące luźno na stole i obejrzała je. Ostrożnie odebrałem owoc dziewczynie, widząc, jak jej dłonie zaczynając drżeć, a następnie pokroiłem jabłko. Podsunąłem cząstki, wczesniej posypane cynamonem, na talerzyku z patriamskiej porcelany. Moim zdaniem, dzieła z tamtego regionu oraz Tehali. Ten ostatni cieszył się szczególnym uznaniem na dworze ojca - prawie każdy element wystroju pochodził z wyspy. Nawet jeśli nie zawsze były odebrane pokojowo, musiałem przyznać - miały swój urok. Yamakaze z wdzięcznością zajęła się jedzeniem. Chcąc dotrzymać towarzystwa swojemu bądź co bądź gościowi, przeniosłem się z misą oraz jajkami na balt, przy którym się znajdowała.
- A więc, mówisz, że jest panienka medykiem. - Podniosłem białe jajko i przyjrzałem mu się. Powinno byc dobre. Podrzuciłem je, a następnie nabiłem na ostrze noża, przez co to pękło. Ishi położyła podbródek na dłoniach i zaczęła obserwować, jak kolejne żółtka spadają do naczynia.
- Tak, jestem. Zajmuję się głównie maściami na wysypki czy problemami u krów, które nie dają mleka. Nuda. Nikt nie chce mnie brać na poważnie. - Głos dziewczyny był zachrypnięty, jednak również dało się w nim wyłapać roluźnienie. Uniosłem kącik ust, wiedząc, że niedługo otworzy się całkowicie.
- Tak? A tóż to dlaczego? - Dodałem kolejne składniki i zająłem się mieszaniem ich w spójną całość. Brunetka wzruszyła ramionami, nabrała na palec masę i oblizała ją.
- Mmm.. Myślę, że to przez mój wiek. -
- Niech się panienka nie zraża. Ludzie zawsze mówili, mówią i będą mówić. - Odgarnąłem niesforne kosmyki za ucho, po czym przelałem ciasto do formy. Ta również znalazła się w piecu. Kolejnym etapem była masa śmietankowo - waniliowa, co ukończyłem nadwyraz szybko. Co jakiś czas spoglądałem na towarzyszkę, pilnując, aby przypadkiem nie zemdlała. Czuła się coraz słabiej, co widziałem gołym okiem. Kiedy prawie stoczyła się z krzesła, wziąłem ją, mimo protestów na ręce, i zaniosłem do sypialni.
- Ja już pójdę.. - Wymamrotała cicho Ishi, lecz zasłoniłem jej usta palcem.
- Niech panienka się położy. Zaraz przyniosę posiłek. - Przeniosłem chłodną dłoń na czoło dziewczyny. Te natomiast było rozpalone. Bez wątpliowości, miała gorączkę. Na szczęście, sprawa jeszcze nie była poważna, co nie znaczyło od razu, że stan Yamakaze może się nagle nie pogorszyć. W dodatku, niemiły dla ucha, chrapliwy kaszel wydobył się z ust mojej nowej znajomej. Wstałem więc z łóżka, po wcześniejszym okryciu dziewczyny i poszedłem do kuchni. Tam ukroiłem niewielki kawałek chleba z masłem oraz cukrem, przygotowałem rozgrzewającą herbatę i wziąłem z najwyższej półki karafkę z leczniczą substancją. Użycie jej było ryzykowne, gdyż, gdyby się okazało, że Ishi jest człowiekiem, umarłaby w męczarniach. W innym przypadku, do jutra będzie w pełni sił. Wróciłem do sypialni, podałem posiłek dziewczynie i podparłem ją ramieniem. Nie podobało jej się to, co wywnioskowałem po ściągniętych brewkach, lecz nie mogła już nawet mówić. Opiekuńczym gestem głaskałem włosy dziewczyny, kiedy jadła oraz piła. Następnie poleciłem jej wystawić język.
- To niegrzeczne. - mruknęła cichutko przez gorączkę, wykonując jednak moje polecenie. Z pewną dozą niepewności, upuściłem na język brunetki kilka kropel lekarstwa. Panienka skrzywiła się prawie od razu.
- Wiem, że nie jest zbyt smaczne.. Ale to pomoże panience. - powiedziałem z ciepłym, pocieszajacym uśmiechem, poprawiając pościel. Następnie, kiedy Ishi zaczęła zasypiać, przyciągnąłem do łóżka krzesło, postanawiając czuwać przy brunetce przez resztę czasu.

<Pani Doktor?>

wtorek, 6 marca 2018

Od Ishi do Marco

Sama nie wiem co mnie natchnęło, aby przystać do tej spontanicznej propozycji. Zapewne miało to swój związek z odczuwalnym, przeszywającym moje ciało zimnem i dodatkowymi syndromami choroby. Zresztą. Spędzenie najbliższych kilku kwadransów z ów mężczyzną, nie powinno przynieść mi żadnej szkody. Jeśli doszłoby do jakiejś nieprzyjemnej, czy niebezpiecznej sytuacji, powinnam dać radę się obronić. Niestety, nie dane mi było dokładniej przyjrzeć się nowo poznanej osobie, aby chociaż wstępnie spersonalizować jego egzystencję. Rasy z łatwością potrafię odróżniać, lecz w tym momencie niestety nie miałam siły uwierać się z własnymi myślami...
- Nie była chyba panienka przygotowana na taką pogodę, czyż nie? - moje krótkie przemyślenia przerwał mężczyzna, który swymi słowami na powrót zwrócił całą moją uwagę. Zmierzyłam zarówno jego, jak i trzymany w dłoniach napar wzrokiem. Już z tej odległości, moje nieco nazbyt uprzedzone myśli, wyczuły podstęp. Może moje spostrzeżenia były błędne, ale wolałam chociaż w małym stopniu zaufać swej kobiecej intuicji.
- Nie zwracałam szczególnej uwagi na pogodę, chcąc wyjść i chociaż trochę się natlenić. - wyznałam, przejmując od mężczyzny ciepły kubek. Po chwili, zasiadł tuż obok mnie, delektując się własnym naparem. W tej chwili było mi nazbyt zimno, aby w tym momencie podpytywać o pochodzenie podanej mi herbaty. Przynajmniej taki argument podałam sama sobie, po swoim dosyć łapczywym łyku. Wolałam w tamtym momencie zbyć maniery. Ciepło tej całkiem smacznej herbatki, nazbyt przyciągało mnie do siebie. Nie ukrywam, że jej dziwny posmak był dosyć niepokojący, lecz po swojej ocenie lekarskiej, zbyłam swój lęk przed możliwym podaniem trucizny. Bardziej mi to przypominało jakiś alkohol, ale z doświadczenia wiem, że istnieje wiele produktów polepszających smak, które do ów cieczy nie należą.
- Pochodzisz z jakiejś zamożniejszej rodziny, czy to twoje przedstawienie było jakimś dziwnym fetyszem? - zapytałam z cieniem uśmiechu na twarzy. Myślę, że podobnie jak Marco, chciałam poprzez rozmowę nieco rozluźnić tą, napiętą atmosferę pomiędzy nami. Wolę przynajmniej pogadać na jakieś bezsensowne tematy, niż siedzieć w grobowej ciszy. Nie jestem fanką niezręcznych - pewnie tylko z mojej perspektywy -, sytuacji.
- Sam nie wiem... - powiedział, również z lekka unosząc swe kąciki ust. - Myślę, że to zwyczajny odruch, pokazujący poszanowanie do danej przedstawicielki płci pięknej. - odparł po chwili, w przerwie pomiędzy zdaniami popijając herbatkę. Podobnie jak on, stopniowo sączyłam napar. Póki dane mi jest z nim normalnie porozmawiać, nie będę stronić od kontynuowania rozmowy. Moment, czy ktoś taki jak ja, w ogóle śmiałby pomyśleć o dobrym podchodzeniu do nieznajomych? - Co taką młodą dziewczynę jak ty, sprowadziło akurat tutaj? - dodał, gdy sama ostatecznie poświęcona swym przemyśleniom, nie zareagowałam na odpowiedź. Ach, dziwnie tracę swoją umiejętność podziału uwagi...
- Głównie praca. - powiedziałam zgodnie z prawdą, najwidoczniej mimo swego dziwnego roztargnienia, nie pozwalając wyjawić o sobie zbyt dużo. Dziwnie się czułam... Może śniadanie, które dane mi było zjeść rano, było zwyczajnie nieświeże? Wzięłam kolejny, nieduży łyk herbatki, odchylając się nieco bardziej do tyłu. Wolną ręką podpierając ciężar swego ciała, zwróciłam wzrok nieco bardziej ku sufitowi. W tym momencie, dlaczego zdawał się być aż tak interesujący? Może mam gorączkę i ta cała nierozwaga wywołana jest przez nią? Zapewne mojemu Świętej Pamięci ojcu, dane by było poznać odpowiedź w mniej niż pięć sekund. - Właśnie, jestem lekarzem. Chyba się nie chwaliłam... - kątem oka rzuciłam w jego stronę spojrzenie, swych wyraźnie wyblakłych tęczówek. W odpowiedzi mężczyzna zaśmiał się cicho. Albo za dobrze się czuję w jego towarzystwie, albo jednak jestem chora... - A ty?
- Ach, takie tam... Przeniosłem się tutaj, odesłany przez ojca. - wyjaśnił krótko, wzruszając z lekka ramionami. - Jakoś załatwił mi to małe mieszkanko!
- Może i małe, ale przytulne. - skomentowałam, przytakując zgodnie swoim słowom głową. Podniosłam się na równe nogi, robiąc kilka kroków po i tak niewielkiej przestrzeni "salonu". Odłożyłam na swego rodzaju blat, prawie pusty kubeczek, przy tym nieco lepiej rozglądając się po pomieszczeniu. Nie ukrywam, że dziwnym trafem moją uwagę przykuł widziany już wcześniej przedmiot, którym była nieduża, należąca do mężczyzny torba. Z tego co kojarzyłam, do jej wnętrza spakował zakupy... Zwróciłam wzrok z powrotem na Marco.
- Właśnie, mówiłeś coś wcześniej o posiłku? - podpytałam, podpierając się rękoma o blat, przy którym dane mi było od kilku sekund stać. W tym momencie, ta propozycja jakoś bardziej przekonywała mnie do siebie... Akh, co zaś ze mną nie tak?

< Marco? Obiadki przy chorych zmysłach c: >

Od Marco do Ishi

Po raz kolejny zerknąłem na dziewczynę, tym razem delikatnie się uśmiechając. Byłem od niej wyższy, a w dodatku, starszy. To było widać gołym okiem. Zadrżałem nieznacznie nie tyle z zimna, co z faktu, że kropla deszczu spłynęła mi za kołnierz. Klnąc niezwykle nieelegancko, starłem ją chusteczką i rozejrzałem się w poszukiwaniu mojego nowego zleceniodawcy. Dziewczyna udała, że tego nie słyszała. Przeniosłem więc na nią spojrzenie.
- Ah, gdzież moje maniery. Marco Taranisson. - Ująłem jej dłoń w swoje i musnąłem wargami bladą skórę brunetki. Nieznajoma szybko cofnęła rękę.
- Ishi Yamakaze Mephistopheles. - odparła po chwili ciszy, mierząc mnie wzrokiem. Powoli wyprostowałem się i spojrzałem przed siebie. Nie ma to jak cudownie żenujące początki znajomości. Westchnąłem ciężko, rozmasowując palcami skroń.
- Idiota. - mruknąłem pod nosem, kiedy zdałem sobie sprawę, co Ishi musiała o mnie pomyśleć. Strasznie wyglądający amator małych dziewczynek, całujący każdą, jak popadnie. I tak nie mam w tej dzielnicy Merkez zbyt dobrej opinii..
Dziewczyna wstała z ławeczki i przejrzała z udawanym zaciekawieniem zawartość półek. Domyśliłem się, że zrobiła to, aby uniknąć dalszego kontaktu z moją osobą. Cisza w sklepie, przerywana jedynie odgłosami deszczu za szybą, przeciągała się w nieskończoność. Kiedy wyjrzałem na zewnątrz, upewniłem się, że nie zanosi się zbytnio na rozpogodzenie. Postanowiłem kupić nieco rzeczy, potrzebnych do pieczeni oraz gulaszu. Wszystkie produkty owinąłem w materiał i schowałem do skórzanego chlebaka. Nim wyszedłem, zostawiłem wiadomość do zleceniodwacy przy ladzie i zbiżyłem się po raz ostatni do Ishi. Stanąłem przy niej z ciepłym uśmiechem.
- Może zgodzi się panienka na posiłek? Mieszkam niedaleko, więc nie zmokniemy jeszcze bardziej. -
- Nie, dziękuję. - Brunetka nasunęła maskę na twarz. - Zaraz wracam do siebie.-
- Ależ proszę. Chyba takie urokliwe dziewczę jak ty nie odmówi kubka herbaty przy kominku? -
Ishi chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym skinęła słabo głową. Okryłem ją połami płaszcza. Dziewczyna zmieściła się pod nim z łatwością, w dodatku materiał szczelnie osłonił Yamakaze przed kroplami. Wyszliśmy wspólnie ze sklepu i pospiesznie skierowaliśmy się ku kamienicy, w której przebywałem. Brunetka zręcznie przeskakiwała nad tworzącymi się na drodze kałużami, nie odzywając się słowem. Próbowałem kilkukrotnie zagaić rozmowę, lecz bezskutecznie. Może po herbacie z rumem się rozluźni. Zaczynałem mieć na nią coraz większą ochotę, wbrew sobie analizując, który fragment ciała wykorzystam do jakiej potrawy. Lubiłem eksperymentować, zwłaszcza w kuchni, więc im więcej mięsa, tym lepiej. Coś mi jednak w niej nie pasowało. Ta specyficzna woń i aura duszy, niezwykle podobna do demonicznej. Ishi jednak nie wyglądała na krwiożerczego mieszkańca Piekieł. Nawet jeśli - poradzę sobie z nią z łatwością. Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Otworzyłem drzwi do kamiennego budynku, wpuszczając panienkę do środka pierwszą. Następnie zaprowadziłem ją schodami w górę, na strych, gdzie znajdowało się moje małe mieszkanie. Dziewczyna rozejrzała się po nim, mierząc wzrokiem łóżko oraz palenisko i piec. Z lekkim ukłonem wskazałem na wieszak oraz leżankę, służącą za miejsce do rozmów. Sam ściągnąłem mokry płaszcz oraz buty, w łaźni przebierając się w luźniejszą, czarną koszulę. Ishi, jak zobaczyłem w drodze do paleniska, ograniczyła się do zrzucenia z siebie cienkiego okrycia wierzchniego.
- Nie była chyba panienka przygotowana na taką pogodę, czyż nie? - Spytałem, przygotowując wodę na herbatę. W dwóch kubkach mego autorstwa, które, nieskromnie przyznam, wyszły mi bardzo dobrze, umieściłem mieszankę ziół, do tej Ishi dodając złotawy alkohol. Po chwili napary były gotowe, więc przyniosłem je do "salonu". Zostało mi tylko czekać na rozwój sytuacji.

<Nie bój się, Ishi ; ) >

poniedziałek, 5 marca 2018

Od Ishi

Przewróciłam którąś z kolei kartkę, od dłuższego czasu trzymanej w dłoniach książki. Ostatni tydzień był aż nazbyt spokojny, co - nie da się ukryć -, zaczynało mnie mocno drażnić. Pacjentów mało, żadnych zleceń, czy jakiegoś ciekawego zajęcia... Pozostawało mi jedynie zanurzenie się, w tak długo odkładanej lekturze. Nie mam co do tego żadnych zastrzeżeń, lecz z tą chorą rutyną, za długo nie pociągnę. "Przeciwieństwem nudy nie jest przyjemność... Ale ekscytacja. Ludzie będą chętnie szukać wszelkiego rodzaju emocji, nawet bólu." - powiedziałam do siebie w myślach, wspominając słowa postaci książkowej, górującej w moim prywatnym rankingu autorytetów. Nie jest tajemnicą, że pierwsze miejsce zajmuje osoba, dzięki której jestem, kim jestem. Odkąd pamiętam, ojciec był dla mnie podstawowym wzorem i motywacją do działania. Nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze kiedyś poznać podobną osobę, potrafiącą bez większego powodu wywołać uśmiech na mojej twarzy. Szczęście, smutek, czy jakiekolwiek inne emocje. Bo na tą porę, dane mi jest spotykać jedynie pustych i nieokreślonych ludzi. Chodzących za tłumem, czy zwyczajnie pozwalającymi sobą manipulować... "O co mi chodzi...?" - zganiłam samą siebie w myślach, przymykając książkę, której czytanie przychodziło coraz ciężej, przez nachodzące moją głowę gdybanie. Widocznie nawet z koncentracją idzie mi słabo. Co się dziwić, przez swoje "wolne" dni, zdążyłam już przeczytać kilka książek. Nie zdziwiłabym się, gdyby mój umysł sam zadecydował o konieczności wyjścia z domu i jak na złość zaburzył moje skupienie. Natlenić się, odpocząć opatulonym przez delikatny wiaterek... W sumie, całkiem logiczne. Coś takiego powinno mi w pewnym stopniu pomóc. Zakańczając na ten moment swoje wewnętrzne monologi, wydostałam się spod cieplutkiego kocyka, pod którym dane mi było siedzieć. Odrzuciłam przyjemny w dotyku przedmiot na bok, sama po chwili stając na równe nogi. Ziewnęłam cicho, uprzednio przykładając dłoń do ust. Nie widziało mi się teraz tego ogarniać. Na wszystko jest czas... Podeszłam całkiem powolnym krokiem do przedpokoju, w którym znalazłam pozostawioną ostatniego dnia szczotkę do włosów. Skoro już miałam wyjść do ludzi, powinnam przynajmniej przypominać jednego z nich... Przynajmniej z pozoru. Maskę, - do której obecności na mojej twarzy, większość ludzi z sąsiedztwa zdążyła się przyzwyczaić -, i tak biorę ze sobą. Przy tym przyjemnym wiaterku, nie chciałam ryzykować przypadkowego ukazania, swej oszpecającej lewą stronę twarzy bliznę. Tylko tego mi brakowało, spekulacji na temat mojej osoby. Nie chcę, aby ci bardziej natrętni lub szukający sensacji, śmieli się bardziej wtrącać w moje życie prywatne oraz przeszłość. W zupełności wystarczy im mój adres, aby w razie ewentualnych problemów zdrowotnych, uzyskać niezawodną poradę, czy szybką pomoc. Jestem jedynie lekarzem. Może i niewykwalifikowanym, samozwańczym medykiem, lecz próba podważenia mych umiejętności jest zwykłym głupstwem. Potrafię być równie niezawodna w dziedzinie lecznictwa, ale jak zamorduję - to tylko własnymi rękami. Koniec końców, z idealnie dopasowaną do mojej twarzy maską, wydostałam się na zewnątrz. W zasadzie, tak, czy siak przywiązywanie uwagi do mojego aktualnego wyglądu, było bezsensownym tłoczeniem swych myśli. Nieuniknione, że za miesiąc mogę znajdować się już w zupełnie innym, wynajętym na jakiś czas mieszkanku. Wtedy do czynienia będę miała z zupełnie innymi istotami, które mogą być równie, mniej, lub bardziej denerwujące. Przez pierwsze kilkaset metrów przebytej przechadzki, na szczęście nie dane mi było wymienić spojrzenia z kimś znajomym. W sumie, czego można się dziwić... Wiszące nad okolicą chmurki, nie mogły zapowiadać niczego dobrego. Wcześniej nawet nie zwróciłam na nie uwagi, mając nadzieję, że są tylko przejściowym, niegroźnym zwiastunem. Teraz natomiast, przyprawiały mnie o delikatne obawy, ze względu na swoją przeciągającą się obecność na niebie. Chociaż miałam ogromną ochotę wrócić do domu, równie szybko odrzuciłam ten zamysł na bok. Po swoich krótkich kalkulacjach, zwyczajnie wywnioskowałam, że pobliski, nieduży sklepik jest miejscem bliżej umiejscowionym. Zmoknąć, i tak zapewne zmoknę, lecz w mniejszym stopniu. Nie minęła minuta od pojawienia się tej myśli w mojej głowie, a już zauważyłam, jak i poczułam pierwsze opadające z nieba kropelki. Przeklęłam w myślach, czując ten niemiły dreszcz przechodzący przez moje ciało. Nie ubrałam się za ciepło, mój błąd. Choroba nie może dopaść lekarza, nie mogę się tak upokorzyć, mimo swoich problemów zdrowotnych od dawien, dawna! "Nie tym razem" - podsumowałam, przyspieszając kroku. Przecierając co jakiś czas opadające krople na moją maskę, przebiegłam ostatnie kilkadziesiąt metrów dzielące mnie i sklep. Przytrzymując swój delikatnie przemoknięty płaszcz, z impetem wparowałam do niewielkiego budynku. Zamknęłam za sobą dosyć masywne drzwi, wzdychając ciężko. Z tego co dane mi było dostrzec, przez zasłaniającą twarz przedmiot, trochę się zebrało tych egzystencji ze względu na pogodę. W domu niczego mi nie brakowało, więc jedynie beztrosko przysiadłam sobie na czymś w rodzaju półki, na której ludzie zazwyczaj pakowali swoje towary. Z początku nawet nie zwróciłam uwagi, na osobę siedzącą jakiś metr obok. Ściągnęłam z siebie równie wilgotną co płaszcz maskę, cicho zaciągając nosem. Tak, tak, najlepiej zaczynać niby niegroźnym katarkiem... Sama zrzucam na siebie te nieszczęścia...
- Chyba niezbyt przyjemna pogoda na spacerki? - zagadnęła w pewnym momencie ów, wcześniej zignorowana przeze mnie egzystencja. Po głosie od razu mogłam stwierdzić, że osobą obok jest przedstawiciel płci męskiej. Założyłam nogę na nogę, kątem oka spoglądając na postać.
- Więc co ty tu robisz? - odpowiedziałam po kilku sekundach pytaniem na pytanie, widząc jego równie podmokłe ciuchy. - Jeszcze się rozchorujesz i będziesz chciał jakoś wcisnąć się w mój grafik... - dodałam z nutką złośliwości, przy tym przeszukując swoje kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek chusteczek. Nie miło się mówi przez zatkany nos, który jakoś sam zapycha się wraz z niską temperaturą i nieprzyjemną pogodą. Ostatnimi czasy nie zwracałam zbyt dużej uwagi na swoją odporność, czy zdrowie. Mimo minionego, nudnego tygodnia, poprzednie, bardziej owocne w chorych, poświęcałam głównie pacjentom. Wieść o moich "magicznych uzdrowieniach" rozniosła się zdecydowanie za szybko, przez co nic, tylko głowę mi zawracają. Sama nie wiem, czy jednak mi się to podoba, czy raczej nie. Ratowanie ludzkiego życia jest najważniejsze w mojej branży, ale za związanym z tym nawałem i rozgłosem nigdy nie przepadałam... Ach. Żeby szlag to trafił... Nie jestem porównywalna do innych kobiet, które w swoich torebkach noszą wszystko, ale żebym nie miała przy sobie zwykłych, higienicznych chusteczek? Chyba marny medyk ze mnie, nie przygotowany na nic. W moim przypadku, wzięcie ze sobą czegokolwiek innego niż maski, jest sztuką. Wywróciłam z lekka oczami. Od choroby nawet lekarz nie ucieknie. Teraz pozostało mi poczekać na wypogodzenie, w - na tą chwilę - milczącym towarzystwie mężczyzny. Nudno...

<Jakiś Pan? >.< >

niedziela, 4 marca 2018

Od Marco do Madelyn

Prawie tak samo bardzo, jak nienawidziłem bankietów, nie lubiłem przebierania się w eleganckie surduty. Czasam nie było jednak innej opcji. Tak właśnie było w tym przypadku. Stanąłem z boku sali balowej, w dwóch palcach trzymając nóżkę kielicha, wypełnionego winem. Czujnym wzrokiem przeskakiwałem z jednego gościa do drugiego, chłonąc szczegóły wszystkimi swymi zmysłami. Woń egzotycznych perfum, odgłosy rozmów czy ujrzane kątem oka wymykające się pary dopełniały widok gości, sunących po sali.
- Hrabio, tu pan przebywa... - Gospodarz dworu zjawił się jakby znikąd i położył dłoń na mym ramieniu. Uśmiechnąłem się delikatnie do starszego mężczyzny, witając się z człowiekiem skinięciem głowy.
- Jak się panu podoba na tym skromnym przyjęciu? -
Udałem, że się zastanawiam. Lecz odpowiedź, czy raczej pytanie, miałem już na końcu języka. Ledwie zauważalnym gestem wskazałem na młodziutką dziewczynę po przeciwnej stronie. Jej ciało zdobiła suknia w kolorze morza, współgrająca z płomiennie rudymi włosami.
- Kim jest to dziewczę? - Spytałem, spoglądając następnie na gospodarza. Mężczyzna przyjrzał się mej upatrzonej szlachciance. Jej status wywnioskowałem po szafirowej kolii, na którą nie było stać byle kogo.
- To panienka z rodu van Atraniisów, przybyła tutaj na bal aż z Leoatle. To dom również Hrabi, czyż nie? -
- Otóż to. - Odpowiedziałem, lekko oblizując suche wargi. Widząc nieco zaniepokojone spojrzenie starszego mężczyzny, uprzejmie przeprosiłem, odłożyłem kielich na stolik przy służącym i zgrabnie zbliżyłem się do rudowłosej piękności. Dziewczę z początku nie zauważyło mnie, więc musnąłem palcami jej odsłoniętą szyję. Szlachcianka zerknęła przez ramię, oczekując kolejnego amanta. Obdarzyłem ją szerokim, ciepłym uśmiechem. Była elfką, w dodatku niezwykle urodziwą.
- Tak, panie? W czymże rzecz? - Mimo silenia się na bycie miłą, rudowłosa wyraźnie sugerowała, że nie chce rozmawiać. Nie sprawiło to jednak, że odpuściłem. Potraktowałem uwiedzenie elfickiej piękności jako swoiste wyzwanie, sprawdzenie mych sił na polu miłosnych podbojów. Używając swej charyzmy i po części magii, sprawiłem, że dziewczyna z łatwością i bez protestów podążyła za mną w ciemną noc. Prowadziłem ją za rękę, od czasu do czasu żartując czy rozmawiając o miłości. Postanowiłem, że wszystko dokona się w kamiennej krypcie w ogrodzie dworu, z dala od uszu i oczu osób postronnych. Kiedy stanęliśmy przed jasną budowlą, w której powierzchni odbijało się srebrzyste światło księżyca, szlachciankę ogarnął strach. Zostawiłem żelazną bramę i obróciłem się ku dziewczynie.
- Nie lękaj się, Sylvie. - Wymruczałem do jej ucha i przełożyłem jeden z niesfornych kosmyków za nie. Elfka uniosła spojrzenie swych dużych oczu.
- Ależ panie.. Czy tam nie będzie..? -
Uciszyłem ją delikatnym, lecz czułym pocałunkiem. Dziewczę chciało przenieść ręce na mą pierś, lecz w porę odsunąłem się.
- Należy bać się żywych, nie martwych. - Otworzyłem wejście do podziemnego grobowca, gestem zapraszając elfkę do środka. Kiedy mnie minęła, wciągnąłem zapach jej skóry. Był korzenny, z nutką kwiatów. Być może róż bądź azalii.
- Jest tu strasznie, panie. - Rudowłosa objęła się za ramiona, nieznacznie rozglądając się wokół. Jej wzrok prześlizgnął się po marmurowych trumnach oraz ścianach komnaty. Dołączyłem do niej, zamykając za sobą wejście. Zarówno po to, aby nikt nie wszedł, jak i nie wyszedł. Po raz kolejny pocałowałem elfkę, delikatnie lecz stanowczo popychając ją na jedną z kamiennych płyt. Każde jej słowo było tłumione przez me usta. Chciała uciec, jednak nie pozwoliłem jej na to. Kiedy udało jej się oderwać ode mnie, jej oddech był już przyspieszony, a serce pompowało litry życiodajnej krwi.
- Muszę już iść, panie, na przyjęcie. - Rudowłosa spojrzała na czubki kłów, wystające spomiędzy moich ust. Uśmiechnąłem się szerzej. Nie miałem zamiaru jej puszczać. Zasłoniłem dłonią, okrytą ciemną rękawiczką, wargi dziewczyny, a następnie rozerwałem jej suknię ostrymi jak rzeźnickie noże paznokciami. To samo zrobiłem z jej ciałem, z medyczną precyzją oddzielając tkankę od kości. Zacząłem się pożywiać. Organy takie jak serce czy wątrobę zostawiłem na koniec, gdyż zgodnie z mym zwyczajem, zjedzenie ich było równoznaczne z zakończeniem uczty. Nim opuściłem grobowiec, owinąłem nieco mięsa lnianym materiałem, aby mieć posiłek na następny dzień.
Nie wróciłem już na przyjecie, gdyż zawsze istniała możliwość, że ktoś zobaczy plamu krwi na surducie. Opuściłem więc ogród na jego skraju, przez co znalazłem się w spokojnym, a za razem tajemniczym lesie. Szedłem przed siebie, chustą próbując zmyć posokę z ust i szyi. Bezskutecznie. Ta nie chciała zejść z bladej skóry, znacząc mnie jako mordercę. Wiedziałem, że woda usunie ją z łatwością, ale aby to zrobić, musiałem dotrzeć do domostwa. Z czasem znalazłem się na trakcie, więc zacząłem się nim kierować ku stolicy. W pewnym momencie usłyszałem tętent kopyt. Z naprzeciwka nadjechał koń, dosiadany przed niewielką dziewczynkę, przypominającą dziecko. Panienka wstrzymała rumaka, kiedy również się zatrzymałem. Zmierzyłem ją wzrokiem, oceniając, czy jeszcze jestem na tyle głodny, aby pożreć kolejnego człowieka.
- Czy wszystko w porządku, panie? - Zapytała nieznajoma z troską w głosie. Odruchowo sięgnąłem do swojej twarzy, przypominając sobie, jak wyglądam. Aż dziw, że dziewczę to nie krzyknęło z przerażenia. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc jedynie wzruszyłem ramionami i spuściłem spojrzenie na ziemię.

< Madelyn? >

Nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy pozbyć się wszelkich emocji i dążyć do celu nie zważając na ofiary

Autor zdjęcia: xGoldenPuffisx ?
Imię i nazwisko/ród: Ishi Yamakaze Mephistopheles
Przydomek/Pseudonim: Woli po imieniu, lecz toleruje skróty wywodzące się z jej drugiego imienia, takie jak Yam, czy Yami. Chociaż nie ukrywa, że uwielbia, gdy ludzie mówią do niej "Pani Doktor".
Wiek: 17 lat
Płeć: Kobieta
Wzrost: 156 cm
Rasa: Pół-Demon
Stanowisko: Z racji na jej wiek, jest jedynie samozwańczym medykiem, chociaż posiada zarówno dużo doświadczenia, jak i wiedzę.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Najczęściej widuje się ją w Królestwie Merkez, lecz stale zmienia swoje miejsce zamieszkania. Przyszła na świat na wyspie Mantrikar, z której ze względu na dosyć niemiłe wspomnienia, ojciec postanowił przenieść się na główny kontynent, prosto do niedużej wioski w Aranaya.
Charakter: Jedynie świadomie jest burzą różnych emocji, których nigdy nie mogła wyrzucić otaczającemu ją światu. Ishi z natury jest cichą osobą, okazjonalnie rzucającą jakieś mniej, lub bardziej złośliwe uwagi, czy dzielącą się z innymi swoją osobistą opinią. Zaufanie tej dziewczyny naprawdę bardzo trudno zdobyć, a na straceniu go może zaważyć najmniejsze potknięcie. Potrafi być mściwa oraz agresywna, w stosunku do wrogów, zarówno swoich, jak i bliskich. Rzadko daje po sobie poznać jakiekolwiek emocje, różne od rozbawienia, powagi. Smutek, czy tęsknotę za ojcem skrywa głęboko w sobie, nie chcąc dać ich po sobie poznać. Nie lubi być kłopotem dla innej osoby, proszenie o pomoc jest u niej rzadkością. Zadawanie niewygodnych pytań, nawiązujących do przeszłości, charakteru, czy uczuć, zazwyczaj kończy się milczeniem, zmianą tematu i ostatecznym zbyciem z jej strony. Początki w przypadku Ishi są naprawdę trudne, chociaż na problemy innych zdaje się być całkowicie otwarta. Zostawianie żywej egzystencji, która cierpi psychicznie, czy fizycznie nie jest w jej stylu, co z automatu robi z dziewczyny osobę opiekuńczą. Stara się pocieszać na swój własny, wykwalifikowany sposób, którego większość psychologów i tak nie rozumie. Dzięki temu, pacjent czuje się w miarę lepiej, a ona sama nie pogłębia z nim relacji. Robi to ze względu na łatwe przywiązywanie się do ludzi, przez które w późniejszym czasie zwyczajnie cierpi. Jest bardzo emocjonalnym człowiekiem, potrafi bardzo przeżywać najmniejszą stratę. Mimo wszystko. Potrafi cenić sobie ponad życie bliżej poznaną osobę. Gdy naprawdę, jakimś cudem się ją zdenerwuje, jest zdolna do wyżycia się na pierwszym, lepszym przedmiocie. Ciężko ją opanować, więc nawet jeżeli spróbujesz - nie zdziw się, jak na twój policzek zostanie złożone soczyste uderzenie otwartą dłonią. Nawet jeśli na taką nie wygląda - łatwo doprowadzić ją do płaczu.
Rodzina: Wychowywała się z ojcem, lekarzem, po którym również odziedziczyła nazwisko. Matka nie dożyła nawet jej urodzin, w wyniku czego Ishi ledwo udało się uratować.
Partner: -
Umiejętności: Nigdy nie przywiązywała szczególnej uwagi do magii, zawsze starała się polegać na zdolnościach. Mimo to, ze względu na odziedziczone przekleństwo bycia w jakimś stopniu demonem, dane jest jej wiele możliwości, dotychczas opanowanych w amatorskim poziomie. Do najzwyczajniejszych można zaliczyć umiejętność posługiwania się językami, z którymi wcześniej nawet nie miała do czynienia. Nie jest dla niej problemem wyleczenie jakiejkolwiek choroby, czy rany. Posiada wrodzoną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie jej rodziny lekarzy, zdolność wskrzeszenia zmarłych. Przynajmniej w teorii, ponieważ na tą porę użycie ów mocy, mogłoby się skończyć tragedią dla niej samej. Z tych mniej paranormalnych umiejętności, w zadowalającym stopniu opanowała indonezyjską sztukę walki Pencak Silat. Również porusza się całkiem zręcznie i szybko. Siłą nie grzeszy, można bezdyskusyjnie określić jej ciało jako słabe, pod tym względem. Plusem u Ishi jest jej precyzyjność oraz inteligencja, która już w wieku przedszkolnym mocno przekroczyła wymagany poziom.
Aparycja: Ishi, jest dosyć drobną dziewczyną o ciemnych, niekiedy połyskujących zgniłą zielenią włosach oraz mocno wyblakłych, pomarańczowych oczach. Gustuje głównie w zwiewnych sukienkach, czy spódnicach - jej zdaniem -, umożliwiającymi lepsze, wygodniejsze i szybsze poruszanie się. W garderobie tej dziewczyny nie brakuje ciemnych ubrań, lecz nie da się ukryć, że włożenie czegoś bardziej kolorowego nie sprawiłoby jej większego problemu. Nie rzadko, można ją spotkać z kocią maską na twarzy, którą dodatkowo stara się ukryć - i tak przysłoniętą przez grzywkę - bliznę, ciągnącą się od okolicy skroni, aż po podbródek lewej strony twarzy. Posiada ją odkąd pamięta. Informacji o jej pochodzeniu, nigdy nie uzyskała.
Historia: Wychowana została przez ojca, ze względu na śmierć matki przed samym porodem. Sama ledwo uszła z życiem, lecz dzięki szybkiej interwencji rodziciela-lekarza, cudem udało się ją odratować z obumarłego ciała. Dzieciństwo wiodła stosunkowo szczęśliwe, mimo braku matki. Wystarczał jej ojciec, który wziął za nią pełną odpowiedzialność, wychował oraz przygotował do samodzielnego życia. Podzielił się z nią całą wiedzą jaką posiadał, jak i od najmłodszych lat zapoznawał z przyrodą, biologią oraz chemią. Do tej pory w snach widuje jego postać, charakteryzującą się swymi długimi, czarnymi włosami, które z jej perspektywy za każdym razem lśniły innym kolorem. Po ów człowieku pozostała tylko fryzura, gdyż sam został zmuszony na powrót stać się otuloną przez mrok poczwarą, tym samym tracąc człowieczą postać. Jako demon okazjonalnie ją odwiedza, w realnym świecie, co Ishi bardzo uszczęśliwia. Głównym powodem opuszczenia znajomych okolic, było właśnie ich rozstanie. Na tą porę często przesiedla się z jednego państwa, do drugiego, w poszukiwaniu tego "prawowitego" miejsca na ziemi, czy czegoś, co mogłoby ją dłużej zatrzymać. Robi to również ze względu na swoje stanowisko.
Towarzysz: -
Inne:
- Posiada bardzo płytki sen. Na dobę przeważnie przesypia trzy-cztery godziny.
- Czyta jedną książkę dziennie, gdy nie ma żadnych obowiązków, czy zwyczajnie zrobi sobie dzień wolny.
- Jej ulubionym autorem jest William Szekspir.
- Ubóstwia dramaty, szczególnie tragedie.
Właściciel: Hw - Asia1509 Email - asiasimsy@gmail.com

sobota, 3 marca 2018

Jeżeli życie ma wielką wartość, to wyłącznie dlatego, że prowadzi nas do śmierci, która jest rozsupłaniem wszystkich węzłów

Autor zdjęcia: LAS - T
Imię i nazwisko/ród: Marco 'Serafino' Taranisson
Przydomek/Pseudonim: Daku, Shu, Marcyś, lecz wszelkie zdrobnienia irytują go.
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: około 178 centymetrów
Rasa: Żniwiarz Dusz - Potomkowie boga śmierci i ludzkich, bądź elfickich kobiet. Ich głównym zadaniem jest "odciążanie" ojca od wszelkich spraw związanych ze zabieraniem dusz na "tamten świat". Po wojnie, jaka wybuchła wśród bóstw, Żniwiarze zostali praktycznie wybici, lecz ci, którzy jeszcze rozwijali się wewnątrz matek, są ostatnimi przedstawicielami swojej rasy.
Cechuje ich specyficzny wygląd - ciemne włosy, szkarłatne jak krew oczy, blada cera i nieco przedłużone kły. Są mylone z wampirami, lecz w przeciwieństwie do nich, nie karmią się posoką, a mięsem humanoidów, która daje im energię i leczy obrażenia. Ich wiek jest o wiele dłuższy niż u ludzi, lecz nie żyją w nieskończoność. Podobno ulubieńcy ich ojca są czasami obdarzani nieśmiertelnością, co nigdy jeszcze nie nastąpiło. Panują również nad Kosami, zaklętymi broniami boga śmierci, którymi zarówno walczą, jak i zbierają dusze. Dotknięcie tego oręża przez niegodnych powoduje oparzenia, a w skrajnych przypadkach zgon.
Stanowisko: Najemnik do wszystkiego. Porwie, ukradnie, zabije, dzieckiem się zajmie, a czasem nawet ogórdek wypielęgnuje, kiedy ma nieco więcej wolnego czasu.
Miejsce zamieszkania i urodzenia: Urodził się na dworze ojca na skraju Leoatle, lecz niedawno zamieszkał w Merkez.
Charakter: Można go uznać za miłą, roześmianą i przyjacielską istotę, która zawsze służy ramieniem do wypłakania się czy dobrą radą. Oczywiście, dopóki dana osoba nie narzuca się za bardzo - wtedy Marco dosadnie mówi, że potrzebuje spokoju, sugerując towarzyszowi natychmiastowe oddalenie się w wybranym kierunku. Rzadko jednak dochodzi do takich sytuacji, ponieważ przez lata treningu wyćwiczył u siebie kontrolę nad emocjami oraz niemalże nieograniczone zapasy cierpliwości. Z drugiej strony, kiedy od dawna nie pożywiał się, zaczyna być burkliwy, kąśliwy i niezdrowo energiczny. Nigdy nie zaatakował niewinnej osoby, lecz nawet pół - bogowie nie mogą opanowywać swojej żądzy krwi w nieskończoność.
Rodzina:
Sarlic Taranisson (prawdziwe imię nieznane) - ojciec Marco, wychowywał go po śmierci matki i trenował na Żniwiarza
Lydia Invergsen - matka, była elfką, lecz zginęła w tajemniczych okolicznościach po urodzeniu syna. W jej wnętrzu rozwijało się jeszcze jedno potomstwo, lecz te nigdy nie przyszło na świat.
Partner: Było kilka zauroczeń, drobnych romansów, lecz żaden nie trwał długo. Aktualnie poszukuje kogoś, kto go zaakceptuje mimo swojej rasy.
Umiejętności: Podczas swojego treningu opanował wiele sztuk walki, metod morderstw, zacierania swoich śladów czy kontaktu ze zmarłymi. Oprócz tego, od dziecka przejawiał zdolności telekinezy, które rozwija, lecz nadal go zawodzą. Potrafi posługiwać się magią, głównie nekromancją, jednak jeszcze nie zbadał w całości wszystkich zagadnień.
Aparycja: Jest chudy, wyniosły i niezbyt umięśniony. Blada skóra sprawia, że łatwo wyróżnia się z tłumu i czasem jest brany za wampira. Czarne włosy zwykle są rozczochrane, bądź niedbale skierowane do tyłu. Dla wielu kobiet jest "atrakcyjny", mimo szkarłatnego spojrzenia i kłów. Kiedy zaczyna głodować, żyły stają się bardziej widoczne i przyjmują czarną barwę. Z czasem na skórze pojawiają się pęknięcia, które nie znikną, dopóki Marco nie pożywi się ludzkim mięsem. Nie tyczy się to jednak blizn z dzieciństwa, gdyż te uporczywie trwają na swych miejscach, przypominając Marco o przeszłości. W takich okresach, ubiera się w długie płaszcze, zakłada rękawiczki i robi wszystko, aby w jak najmniejszym stopniu pokazywać swe ciało. Zazwyczaj jednak zakłada szaty w ciemnych barwach, niezależnie od pogody.
Historia: Urodził się i wychował w okazałym dworze Sarlica, z dala od ludzi, sam na sam z gniewnym i wybuchowym bogiem. Od kiedy pamiętał, ojciec za każde, nawet najmniejsze przewinienie, karał swego potomka czy to zakazem jedzenia kolacji czy nocą spędzoną na dworze. Smagnięcia biczem i recytacja zasad to najwyraźniejsze wspomnienie Marco z tamtego okresu. Brak kontaktu z rówieśnikami sprawił, iż kontakty z innymi przychodziły mu z wielką trudnością. Widząc to, Sarlic sprowadzał do dworu dziewki z wiosek. Ze swoim już dziesięcioletnim synem, podczas treningów czy zwykłych zabaw, mordował je z zimną krwią. W ten sposób zahartowany Marco bez protestu kontynuował swoje szkolenie, na którego zakończenie otrzymał swoją pierwszą broń - kosę, zwaną Diarmad.
Planował pozostać na dworze do końca swojego żywota, lecz nie było mu to dane. Twierdza została otoczona przez ludzi, buntującym się przeciwko porwaniom ich córek i sióstr. Sarlic nakazał Marco wziąć swego konia ze stajni i uciec, dając potomkowi jedynie list, który miał pokazać przyjacielowi mężczyzny, kiedy dotrze do Merkez. Taranisson wykonał polecenie, zarówno ze strachu przed gniewem ojca jak i chęcią odkrycia świata. Podróżował długo, nie zostając nigdzie na dłużej. Ostatecznie trafił do stolicy, odnalazł odpowiedniego człowieka i zamieszkał na strychu jego domostwa, nieopodal głównej części miasta. Tam postanowił zacząć nowe życie, aby wrócić do Leoatle, kiedy będzie gotowy stanąć przeciwko ojcu w walce o władzę nad światem zmarłych.
Towarzysz: Nie ma jednego konkretnego, są to głównie napotkane po drodze czy w okolicy duchy, wskazujące czasami przeoczone fakty.
Inne:
- Nie jest odporny na choroby, te po prostu przechodzą u Marco szybciej i najczęściej nie zostawiają po sobie nieprzyjemnych powiklań.
- Obecność piołunu, tojadu i żelaza osłabia go. Staje się wtedy agresywny i nie może używać części swoich umiejętności.
Właściciel: Amicka

piątek, 2 marca 2018

Od Lexie do Madelyn

  Ujadanie psów rozdarło jak błyskawice ciszę lasu. Zaraz za nimi w zielony busz wtargnął tętent kopyt i wesołe rozmowy mężczyzn o wcześniejszych polowaniach. Wyjątkowe poruszenie wywołał również fakt, że na wyprawie jest również para synów królewskich. Król Reiss po raz pierwszy wziął swoje latorośle na łowy, mimo że obaj chłopcy mieli już po 19 lat. Lexie trzymała się blisko młodszego z bliźniaków, o bardziej wybuchowym charakterze, żeby w razie potrzeby móc interweniować. Zwykle zajmowała się ochroną ich starszej siostry, jednak tym razem na polecenie króla musiała zostawić swoją panią. I może dobrze się stało, że Mirajane nie lubi polowań. Kontrolowanie jej bohaterskich zapędów mogło okazać się trudne w sytuacji, w której książę Floeran również wpadłby na jakiś głupi pomysł.
- Rhydian złapał trop, miłościwy panie! – krzyknął jeden z psiarzy i nagonka ruszyła.
  Koń gwardzistki galopował tuż za wierzchowcem księcia i już po chwili w zielonej głuszy kobieta nie widziała nikogo, poza młodzieńcem. Jazgot psów dobitnie mówił im, w którym kierunku zmierzać, nie było więc potrzeby kontakty wzrokowego.
  Wtem z przodu wywiązało się zamieszanie, podniosły się krzyki. Floeran słysząc to spoił konia ostrogami i wychylił się, usiłując coś dostrzec. W tym momencie masywna gałąź zwaliła go z konia, który pogalopował dalej bez jeźdźca. Gdyby nie błyskawiczna reakcja Lexie to byłoby księcia ostatnie polowanie. Kobieta osadziła swojego ogiera w miejscu i zeskoczyła z siodła, by pomóc swemu panu wstać. Młodzieniec jednak podniósł się sam, patrząc z nieskrywaną wyższością na gwardzistkę i wymamrotał coś o niedorzeczności drzewa liściastego w borze sosnowym.
  W istocie las, w którym rozgrywało się polowanie był lasem mieszanym, czego jednak strażniczka zdecydowała się nie zauważać. Zaoferowała księciu swojego wierzchowca z fachowym, lodowatym wyrazem twarzy, gdy z zarośli wypadł na nich jakiś pomarańczowy kształt. Lexie, działając tylko na wpół świadomie, zasłoniła Floerana swoim ciałem, jednocześnie płynnie zrzucając włócznie z ramienia i zataczając nim półokrąg, dążący na spotkanie kształtu. Kotowaty został uderzony w bok i na chwilę wywrócony. Ryś prychnął i ponownie rzucił się na gwardzistkę.
- Nie! – krzyknął ktoś, kto dopiero teraz pojawił się na scenie.
  Lexie zasłoniła się włócznią przed pazurami i kłami lecącej bestii, po czym obie postacie – ludzka i kocia, potoczyły się splecione w morderczym pojedynku o życie.
- Maku! Wracaj tutaj!
  Szczęka kotowatego jeszcze raz kłapnęła tuż przed twarzą strażniczki i ciężar na jej piersi ustąpił. Kobieta zebrała się z ziemi.
- Ty, to twoja bestia? – zapytał dumnie książę. – Lepiej trzymaj ją na łańcuchu. Tu trwa polowanie!
(Madie? Nietypowy początek, a w każdym razie bez bezpośredniego wpadania na siebie, jak to zwykle bywa XD)