czwartek, 17 maja 2018

Od Dolorem do Takako

Nagle dołączyła do nas dwójka młodzieńców - niejacy Yuzu i Ryuu. Między nimi a Takako rozpoczęło się coś na wzór konfliktu z dziecięcymi dąsami i zabawami twarzą. Mimo wszystko, jednej osoby pozbyć się jest lepiej, niż trzech.
Ponownie zmierzyłam dziewczynę wzrokiem, a następnie jej towarzyszy. O dwójkę za dużo. Ale w sumie, akurat szukałam trójki służących. Przypadek? Tak sądzę.
- Na początek doprowadzisz się do porządku. - odparłam po chwili milczenia.
- Idźcie za mną i postarajcie się nie zabić po drodze. - mruknęłam, powoli odwracając się do nowo poznanych plecami i ruszając w drogę powrotną do mojego domu.
Przez całą trasę moje uszy były drażnione przez wesołe szepty tajemniczej trójki. To dotyczyły jakiegoś ptaka, to znowu kwiatka, albo jakiegoś patyka lub całego drzewa, a innym razem tego, jak "zabawna" jest sytuacja, w jakiej się znaleźli. Spotkania mojej osoby nie nazwałabym "zabawnym". Wielu wolałoby mnie nie poznać. No ale cóż. Dla nich było już za późno. Mówi się trudno.
Postanowiłam dzielnie znosić te wszystkie "tajne konwersacje", jak na damę przystało. Nie powiem, że było to łatwe zadanie. Diaval wciąż obserwował naszych nowych znajomych nieufnie. Rozumiałam go całkowicie. Również im nie ufałam, ale nie zamierzałam rozmawiać w lesie z dziewczyną, która była cała brudna. Czy raziło mnie to w oczy? Owszem. Nic nie poradzę, tak mnie wychowano. Poza tym, otrzymałam od niej propozycję "zapłaty". Tylko jak ma mi służyć niewidoma? Z jednej strony dobrze się składało, bo kilku rzeczy wolałabym nie pokazywać nikomu. Westchnęłam cicho i wzniosłam oczy ku górze. Dolorem, co ty wyprawiasz?
Niechętnie wpuściłam tą trójkę do swojego domu, słuchając ze znudzeniem ich okrzyków zachwytu. Następnie zaprowadziłam Taka oraz jej towarzyszy do łazienki i dałam dziewczynie czyste ubranie, składające się ze skromnej, białej sukienki, sięgającej kolan, beżowego obówia i wstążki w tym samym kolorze.
-Zawołaj mnie, gdy skończycie. Chodząc po zamku, mogłabyś się zgubić, a raczej obie byśmy tego bardzo nie chciały. - powiedziałam, po czym skierowałam się do korytarza.
- Dziękuję, Dolorem. - usłyszałam jeszcze za sobą. Dość rzadkie słowa, jak dla mnie. Ta dziewczyna zadziwiała mnie coraz bardziej. Ciekawa byłam, co z tego wszystkiego wyniknie.

<Takako? >

Od Aurory do Ktosia

Jak każdego dnia, wstałam razem ze słońcem. Z uśmiechem na ustach powitałam nowy dzień. Rosa, znajdująca się na trawie mieniła się dzięki złotym promieniom, bijącym od rozgrzanej do czerwoności żelaznej tarczy. Można było pomyśleć, że cały las został usypany z milionów drobnych szmaragdów, których ceny nie znał nikt. Ja natomiast wiedziałam, że żadne pieniądze nie są warte tego widoku.
Stałam tak jeszcze chwilę, zauroczona pięknem przyrody. Nabrałam w płuca słodki zapach sosen. Uwielbiałam to miejsce. Kochałam swój dom.
Niechętnie wróciłam do środka mojej chatki. Ubrałam na siebie skromną, białą sukienkę i brązowy fartuszek. Włosy związałam w warkocz, by po chwili zawiązać na głowie białą chustę. Na stopy włożyłam skromne, brązowe obówie. Może nie był to strój, który przepiękna dama ubrałaby na bal, ale dobrze się w nim pracowało i to było najważniejsze.
Szybko przygotowałam śniadanie, które zjadłam wspólnie z przyjaciółmi. Rusałki opowiadały mi najnowsze historie z jezior i lasu. Słuchałam ich z zaciekawieniem, pragnąc by i mnie spotkało coś ciekawego.
Gdy posiłek dobiegł końca, zebrałam naczynia i umyłam je w domu. Następnie przyszła kolej na cały dom. Zaraz po tym, zajęłam się ogrodem, który przez swoje rozmiary codziennie wymagał mojej uwagi. Mimo tego, lubiłam to zajęcie. Miło jest opiekować się nad roślinami, które za każdą pomoc szybko się odwdzięczają.
Gdy moja praca dobiegła końca, otrzepałam swoje ubranie z ziemi i zabrałam Draco na spacer do lasu. Dodatkowo potrzebowałam składników do lekarstw. Oboje wypatrywaliśmy leczniczych roślin, traktując to jak świetną zabawę. Koszyki szybko zapełniły się rozmaitymi ziołami.
Nagle usłyszałam z oddali cichy trzask łamanej gałązki. Instynktownie poderwałam się na równe nogi. Słyszałam śmiechy rusałek, bawiących się w rzece z przeciwnej strony, z której dobiegł owy dźwięk. Jednorożce prawdopodobnie były z nimi, by pilnować, aby nikomu nie stała się krzywda. Więc kim lub czym była istota ukryta za drzewami? Oby nie Łowcą.
Bezszelestnie zakradłam się między drzewa i schowałam w gęstwinie paproci. Stamtąd obserwowałam nieznaną mi osobę.

<Ktosiu? >

wtorek, 15 maja 2018

Od Akroteastora do Takako

  Dotąd Akroteastor sądził, że zagrożeniem jest nieznany psychopata, który wymordował wszystkich ludzi w zajeździe. Otóż w tym właśnie momencie zmienił zdanie. Realne zagrożenie stało przed nim i patrząc w przestrzeń niewidzącymi oczyma uśmiechało się, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
- CZYLI TO BY BYŁO NA TYLE - stwierdził zwięźle Liivei i odwrócił się na pięcie, by opuścić towarzystwo tej niepokojącej dziewczyny i jej służących.
- Na pewno nie chcesz nic zjeść? - spytała Takako, robiąc smutny wyraz twarzy. - Może w tej chatce by się coś znalazło?
  Akroteastor rzucił okiem przez dziurę w ścianie domku, na zwieszające się zewsząd zioła i poczuł, jak robi mu się słabo, gdy rozpoznawał co bardziej mordercze chwasty. 
- POSZUKAM ZAJAZDU, KTÓREGO GOSPODARZ POZOSTAJE PRZY ŻYCIU - zadecydował, nie mając ochoty próbować niczego, co przez pewien czas przebywało w towarzystwie toksycznych oparów wewnątrz niewielkiego zabudowania.
- Może masz rację? - zastanowiła się głośno dziewczyna, nadal skutecznie ignorując przybitego do drzewa więźnia. - Dobrze byłoby zjeść ciepły posiłek.
  To nie tak, że cię na niego zapraszałem... chciał powiedzieć Akroteastor, jednak zamiast tego zwrócił uwagę na bardziej palący problem.
- NIE ŻEBYM MIAŁ W TYM JAKOBYŚ ROMANS, JEDNAKOŻ PIERWEJ WINNAŚ ZAJĄĆ SIĘ TYM KIMŚ - zauważył jakby mimochodem.
- Ah, w sumie racja. - Takako odwróciła się przodem do wciąż nie do końca przytomnego mężczyzny.
- I właściwie... kim on jest? - zapytał wreszcie jeden z towarzyszy niewidomej. Pytanie było na tyle istotne, że najwyraźniej wcześniej nikt na nie nie wpadł.
- Oh, próbował mnie zabić. To nikt specjalny - opowiedziała dziewczyna, uśmiechając się do sługi.
- Co? - zdziwili się obaj chowańcy, po czym ich reakcje przestały być tak synchroniczne. Czarnowłosy zacisnął wargi i nie powiedział nic więcej, a białowłosy skoczył do przodu, najwyraźniej w celu rozszarpania niedoszłego zabójcy. Został jednak powstrzymany przez swoją panią, która zagrodziła mu drogę tak, że prawie na nią wpadł.
- Ryuu, nie tak gwałtownie, bo go wystraszysz - powiedziała.
  To nie tak, że najbardziej przerażającą osobą tutaj jesteś ty... pomyślał Liivei z zakłopotaniem. 
- Więc... - Takako odwróciła się do skrytobójcy. - Odpowiesz teraz na kilka moich pytań, dobrze? Dlaczego chciałeś mnie zabić? Odpowiadaj, póki grzecznie pytam.
  Mężczyzna nadal był nieco skołowany, jednak nie wyglądał na chętnego do składania wyjaśnień.
(Takako? Przepraszam, że tyle to trwało ;_; Nie potrafiłam się zebrać ostatnio do pisania.)


sobota, 12 maja 2018

Od Takako do Dolorem

Ton dziewczyny przede mną był wyniosły i można było usłyszeć, że nie pochodzi z niższej klasy ludzi. Wywnioskowałam również to, że nie jest sama. Ktoś jej towarzyszył. Tak jak wypadało na samym początku się przedstawiłam, a dziewczyna zrobiła to samo. Zapewne można było to zaliczyć pod spoufalanie się ale ja chciałam jakoś uniknąć złego nastawienia.
- Co robisz w tym lesie? Łatwo tu o myśliwych, którzy tylko czekają na zbłąkane duszyczki. - jej wzrok utknął na mojej twarzy.
- Wiesz, tak naprawdę to nie jestem sama. Jest ze mną jeszcze dwóch członków rodziny, ale oni to obecnie nie dadzą rady się przedstawić. Pewnie przyjdą tutaj za jakieś siedem minut - miałam nadzieję, że nie pomyśli sobie o mnie źle. - Tak naprawdę to przyszłam po kilka roślin leczniczych, które rosną w tym lesie. Chciałam jakoś uzupełnić swój wolny czas na coś pożytecznego - zaśmiałam się nie wiedząc jakiej to reakcji się spodziewać po dziewczynie. - Przepraszam za wtargnięcie na twoje terytorium - skłoniłam się w pół w ramach przeprosin.
Nim kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć koło mnie zjawili się oni. Ryuu i Yuzu ciężko oddychania, zupełnie tak jakby się zmęczyli.
- Taka-chan dlaczego ty zawsze dajesz nam coś do roboty, zostawiasz nas z tym samych a koniec końców pakujesz się w kłopoty - Yuzu chwycił mnie za policzki i zaczął mi je ściskać.
- Przepraszamy za kłopot jaki to sprawiła taka dziewczyna jak Takako. Proszę o wyrozumiałość, gdyż ona ma już taka naturę - usłyszałam słowa przepraszajace Ryuu.
- To wasza wina, że mnie wkurzyliście! Ja się po prostu przestraszyłam - wymamrotałam cicho, gdy tylko pije policzki zostały uwolnione z uścisków chłopaka.
- Chłopcy przestańcie już! - moja twarz czerwieniła się na samą myśl o tym co mogła pomyśleć dziewczyna. - Czy mogłabym się w jakiś sposób odpłacić za wtargnięcie na twoją posesje? - zapytałam się uśmiechając że zdenerwowania.

<Dolorem?> ^ω^

piątek, 11 maja 2018

Od Sivika do Carreou

Zebranie się chłopaka do kupy zabrało chwilę. Zanim dotarło do niego, co się działo, jak się działo i czemu się działo, zdecydowanie minęło dość sporo czasu, a gdy już załapał co i jak, wyglądał, jakby zaraz miał mi zejść na miejscu. Ale pokiwał niemrawo tą złotą główką, spojrzał na mnie ze zmartwieniem i zaczął badać dłońmi moje ciało, jakby upewniając się, czy aby na pewno jestem, a jak już, to czy z pewnością w całości.
Aż w końcu miękkie opuszki zahaczyły o szyję, iskierki wybuchły, błękitne oczy spojrzały na mnie uspokajająco. Mogłem tylko odetchnąć z ulgą, bo chociaż przecież nic poważniejszego mi się nie stało, to zawsze odjął jakiś tam ból i było to zdecydowanie bardzo przyjemne.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — odpowiedział w końcu z miną, jakby miał zaraz się rozpłakać i, o losie, rzeczywiście za chwilę to zrobił. Zaraz po tym, jak dał swojej dolnej wardze nieco zadrżeć, podobnie jak całemu ciału. Skorzystał z okazji, że moje dłonie dalej były stosunkowo blisko i wtulił się w nie, dalej łkając i smarając w najlepsze. Westchnąłem cicho, nie ruszając się ani kawalątek i dając się chłopakowi wyżyć.
— Przepraszam. — Skrzydła drgnęły, a mężczyzna ponownie załkał, dalej usilnie poszukując u mnie pocieszenia.
Wypuściłem dość ciężko powietrze, bo zdecydowanie anioł był jak duże dziecko, którym trzeba się zaopiekować, przytulić, poklepać po pleckach i powiedzieć, że w sumie to będzie dobrze.
Ale w końcu poruszyłem kciukami, ścierając przy okazji te nieszczęsne, mokre smugi z policzków i może nieco go pocieszając, gdy ten ryczał w najlepsze.
— Hej, hej, no już mi tu nie rycz — mruknąłem, przeciągając palce pod jego oczami i uśmiechając się przy okazji szeroko. — Jak cię boli, to zaraz dam ci jakieś ziółka i będzie dobrze, tylko mi nie płacz i nie przepraszaj, bo nie masz za co. Słyszysz, Carr? — kontynuowałem, ściągając dłonie z twarzy chłopaka i przenosząc je na jego plecy, żeby przytulić go mocno do piersi i westchnąć cicho.
I trwaliśmy tak chwilę, czy dwie, a kręgosłup zaczął dawać o sobie się we znaki, bo nie szło przetrwać upadku bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Nawet jeśli opadło się na miękką pufę.
— Co to było? — spytałem, gdy świat nieco zwolnił, ciśnienie zeszło, a chłopak odrobinę się uspokoił.

środa, 9 maja 2018

Od Dolorem do Takako


Zmierzyłam wzrokiem dziewczynę. Zdecydowanie była mi obca. Poruszyłam delikatnie palcami. Pierścienie otarły się o siebie z cichutkim zgrzytem. Byłam gotowa zaatakować, ale zdecydowanie nie spodziewałam się tego, co nastąpiło po chwili. Nieznajoma nagle upadła na ziemię. Uniosłam brew, nie zaprzeczajmy, nieco zdziwiona. Zamierzała mnie wyręczyć? Jakie to miłe.
Do moich uszu doszedł jęk bólu dziewczyny. Nie było to zaskakujące, biorąc pod uwagę siłę uderzenia.
- Czy coś ci się stało? - padło w moim kierunku. Dziewczyna podniosła się i stała przede mną cała umorusana. Zadawać takie pytanie komuś innemu, gdy to ona jest poszkodowana? Ten upadek musiał być poważny.
- Masz na myśli moją osobę czy swoją? - mruknęłam, mierząc nieznajomą wzrokiem. Gdy moje spojrzenie skierowało się na jej twarz, dostrzegłam, że jest niewidoma. Przez sekundę aż zrobiło mi się szkoda tej dziewczyny.
- Oczywiście, że mówię o tobie. - zaśmiała się nieznajoma. Tak, to chyba był śmiech.
- Wybacz, ale nie lubię, gdy osoba, która mnie nie zna za bardzo się spoufala. - odparłam, unosząc dłoń, na której po chwili przysiadł Diaval.
- Jestem Takako, a ty?- czyli nie dotarło.
- Dolorem z rodu Nigrumów. - odparłam z dumą, choć niechętnie.
- Co robisz w tym lesie? Łatwo tu o myśliwych, którzy tylko czekają na zbłąkane duszyczki. - zmróżyłam oczy i dotknęłam policzkiem czubka głowy kruka.

<Takako? :) >

wtorek, 8 maja 2018

Od Takako do Dolorem

Jak zawsze przekimaliśmy się w jakimś nieznanym nam miejscu, aby zacząć kolejny dzień, który ma przynieść nam trochę przygód. Co jak co, ale dzisiaj to się wyspałam i to bardzo.
Chłopcy poszli po składniki, aby przyrządzić coś do jedzenia. Może nic nie widziałam, ale za to gotować to potrafiłam. Oczywiście z drobną pomocą chłopców. Po przyrządzeniu i zjedzeniu naszego śniadania nadszedł czas, aby opuścić las. Czas spędzony w nim był bardzo miły, ale musieliśmy wyruszyć dalej. Może i nie dostałam wezwania na czyiś królewski dwór, ale są również inne osoby, które potrzebują mojej pomocy. Idąc przez las wsłuchiwałam się w odgłosy ptaków. Tak pięknie śpiewały, że szkoda było mi opuścić tutejsze miejsce. Mój spokój zakłóciła kłótnia moich dwóch kompanów. Ponownie zaczęli się kłócić. Sama nawet nie wiedziałam jaka tym razem była przyczyna. Szłam ostrożnie przed siebie do momentu w którym to nastała głucha cisza. Nie słyszałam już kłócących się ze sobą Ryuu i Yuzu. Stanęłam w miejscu, gdyż ta nagła cisza mnie zaniepokoiła.
- Ryuu, Yuzu, czy coś się stało? - zapytałam się w obawach, że coś się stało. Nic w odpowiedzi nie dostałam. - Chłopcy przestańcie się wydurniać - dodałam, a prócz cichego chichotu ich obu nie usłyszałam więcej.
- Twoja mina Taka-chan nigdy mi się nie znudzi - powiedział Yuzu nie mogąc się przestać śmiać.
- Mi również - dodał Ryuu.
- Skoro macie czas na wygłupy to się zajmijcie czymś pożytecznym - zezłościłam się i to bardzo na nich.
- Przestań Taka-chan... - Ryuu chciał dokończyć, ale nie dałam mu szansy. Wzięłam swoją "różdżkę" i przywołałam kilku pomniejszych Bogów.
- Skoro macie czas na wygłupy to macie teraz czas na mały trening - oburzona, ruszyłam dalej.
Szłam przed siebie trochę szybszym krokiem. Może i ci pomniejsi Bogowie są silni, ale dla Yuzu i Ryuu to ani nie rozgrzewka. Chciałam od nich trochę odpocząć. Zamyśliłam się co spowodowało, że się o coś potknęłam i wylądowałam na ziemi. Ktoś stał przede mną, jednak nie wiedziałam za bardzo kto to był.
- Ałć! - usiadłam na ziemi. Wylądowałam bardzo twardo na ziemi. Zapewne bez siniaków się nie obejdzie. Tajemnicza osoba stała wciąż przede mną. - Czy coś ci się stało? - zapytałam się z uśmiechem na twarzy. Wstałam na równe nogi. Nawet się nie otrzepałam, bo nie wiedziałam gdzie się ubrudziłam.

<Dolorem?>

Od Carreou do Sivika

Nie sądziłem, że umrę w taki głupi sposób. W dodatku taki, który na upartego można podciągnąć pod samobójstwo. W końcu, to przeze mnie otworzył się ten cholerny portal, a ja pociągnąłem za sobą w nieznane Sivika.
Spróbowałem uratować sytuację, rozkładając skrzydła. Zaniechałem tego czynu, czując, że pęd powietrza jest zbyt silny, aby wyhamować w bezpieczny sposób. Zostało mi tylko czekanie i błaganie o boską interwencję. O ile ta nastąpi.
Poczułem, że mężczyzna się rusza. Delikatnie, lecz nadal rusza. Nie zwróciłem większej uwagi na to, co robi, gdyż mój umysł był i tak opętany myślami o rychłym zgonie. Zgaduję, że każdy w naszej sytuacji, miałby takie zmartwienia, czyż nie?
Ale wtedy okazało się, że Sivi uratował dzień po raz kolejny.
Spadaliśmy tak chyba w nieskończoność, ziemia była niemiłosiernie bliżej z każdą mijająca chwilą. Zamknąłem oczy, nie chcąc widzieć, co się stanie później.
Usłyszałem nagle wybuch, coś na wzór szumu, a potem tylko miękka powierzchnia. Podniosłem najpierw jedną, a potem drugą powiekę. Zmierzyłem wzrokiem otoczenie. Byliśmy już na dole. Bezpieczni. Leżący na czymś pomiędzy kwiatem a poduszką. Mężczyzna leżał pode mną, dysząc, jakby przebiegł co najmniej maraton. Najprawdopodobniej sam nie mógł uwierzyć w to, co się stało, że przeżyliśmy upadek z takiej wysokości.
Gwałtownie, zupełnie uniemożliwiając mi reakcję, złapał mnie za policzki. Od razu znieruchomiałem, a po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.To było dla mnie zbyt intymne. Zbyt ludzkie, abym czuł się komfortowo z takimi gestami. Poczułem, jak się rumienię, kiedy Sivik dodatkowo zmierzył moją twarz wzrokiem i odgarnął palcami niesforne włosy.
— Nic ci nie jest? — Jego głos był przerywany przez krótkie, lecz częste sapnięcia — Żyjesz?
Skinąłem słabo głową, nie mogąc zebrać się na odpowiedź. Sprawdziłem ostrożnymi ruchami dłoni, czy ciało mojego towarzysza jest całe, ostatecznie decydując się na dotknięcie jego szyi i uleczenia drobnych zadrapań, jakie powstały podczas naszej ucieczki. Obserwując, jak białe nitki światła opuszczają me palce, aby rozejść się po skórze ciemnowłosego, uspokoiłem się do tego stopnia, że mogłem otworzyć usta i wyszeptać te kilka słów.
— Żyję. Tylko głowa mnie trochę boli — Warga mi zadrżała, a samotna łza zakręciła się w kąciku oka, z czasem znajdując drogę na policzek. Później w ślad za nią popłynęły kolejne, przez co mój pozorny spokój poszedł w diabły. Niepewnie, szukając czyjegoś oparcia, przytuliłem twarz do dłoni Sivika. Nie mogłem spojrzeć na ciemnowłosego, nie w takim stanie i z takimi wyrzutami sumienia.
— Przepraszam. — Wydusiłem tylko z siebie, prostując skrzydła i łkając w ciszy, jakby to mogło chociaż po części zmniejszyć ból w mym sercu.

sobota, 5 maja 2018

Od Dolorem do Ktosia

Przetarłam oczy, czując na twarzy natarczywe promienie słońca. Uchyliłam powieki i usiadłam na łóżku, układając sobie w głowie plan na dopiero co rozpoczęty dzień. Prawdopodobnie będzie to, co zwykle - kontrola zaraz po ogarnięciu się. Potrzebowałam jeszcze kilku roślin. Dobrze się składało. Kontrola lasu i zbiory w nim - dwie czynności za jednym razem.
Następnie wstałam i wzięłam poranną kąpiel. Ze znudzeniem obserwowałam, jak bańki piany unoszą się na wodzie, by po chwili pęknąć i zniknąć bezpowrotnie. Idealnie obrazowały to, jak kruche jest życie.
Słysząc znajomy skrzek, uniosłam głowę na pleciony kosz z ubraniami, na którym siedział Diaval.
- Co? - mruknęłam. Ptak przeskoczył z jednego końca kosza na drugi. Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko. Tak oto moja chwila relaksu została złośliwie przerwana.
Z niezadowoleniem wysuszyłam swoją skórę i ubrałam się. Następnie zjadłam śniadanie ze swoim przyjacielem. Nie przemyślałam do końca pozbycia się i zwolnienia służby. Postanowiłam, że zatrudnię z trzy osoby. Ciężko jest zarządzać samemu tak dużą posiadłością. O sprzątaniu nie wspominawszy.
Posiłek przebiegł w ciszy. Po nim udaliśmy się jak zwykle na wspólny spacer. Było to jednocześnie sprawdzenie, czy nikt nie zakradł się na nasz teren.
Zbierałam do koszyka zioła, owoce i potrzebne składniki. Szybko został on zapełniony, więc całą uwagę mogłam poświęcić wypatrywaniu nieproszonych gości, w głowie układając plan na zajęcie się nimi. Udawać miłą czy pokazać prawdziwe oblicze?
Blade promienie słońca przechodziły przez szczeliny w koronach drzew. Odgarnęłam zielone liście od mojej twarzy, by nie zaczepiły mi o włosy. Z wyższych gałęzi słyszałam ciche śpiewy ptaków. Kiedyś może mogłabym cieszyć się tą chwilą, ale cóż. Te czasy minęły. Wytężyłam więc wzrok i w milczeniu szłam przed siebie, kątem oka obserwując gęstwiny i drzewa po moich bokach.
Gdy już zaczynałam myśleć, że w lesie otaczającym zamieszkiwaną przeze mnie budowlę nikogo nie ma, usłyszałam cichy szelest w krzakach. Znieruchomiałam, czekając, aż ten ktoś lub coś opuści swoją kryjówkę, wpatrując się w nią. Diaval usiadł na moim ramieniu. Ukryłam swoje zatrute pierścienie za suknią.
"No pokaż się.." szeptałam w myślach, jakbym myślała, że ten ktoś lub coś mnie usłyszy.

<Ktosiu? >

środa, 2 maja 2018

Od Ishi do Marco

Westchnęłam cicho, przyglądając się ziemi widocznie zmieszana. Na tym świecie panuje istna plaga, chytrych osób wymagających czegoś w zamian, za użyczenie siebie w jakikolwiek sposób. Nic dziwnego, że w przypadku poszukiwań Dantego, będziemy musieli mieć z podobnymi do czynienia. W całej wypowiedzi mężczyzny, najbardziej nie podobała mi się kwestia związana z jego "udziałem". Ponowne użyczenie swego majątku, w rzeczywistości całkowicie na mój zysk, dosłownie nie pozwalało memu sumieniu siedzieć cicho. Zmarszczyłam brwi, jednocześnie delikatnie mrużąc oczy. Zwróciłam wzrok ku ciemnowłosemu, który aktualnie jechał czymś na wzór kłusa.
- Zamęczę się psychicznie, z poczuciem winy i bezradności, przez Pana pomoc... - powiedziałam całkiem cichym pół-mrukiem, którego następstwem było głośniejsze westchnięcie. - Lecz jeśli chodzi o dodatkowe środki zapłaty... Zaoferuję mu coś od siebie. - dodałam, gdy do głowy wpadł mi pewien plan, trochę podobny do akcji z wypożyczeniem koni. Gdybym tym razem zmieniła historię, bardziej skupiając się na swej - po części -, wyimaginowanej zemście na ów człowieku, za udział w morderstwie mego rodziciela. Jestem w stanie odrobinę podkoloryzować zarówno prawdę, jak i kłamstwo, złączone w jak najspójniejszą całość. Słabi, czy zwyczajnie, mniej zamożni, muszą radzić sobie w najrozmaitsze sposoby, by przeżyć, osiągać swe cele oraz po prostu - żyć. Nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu należę do tej grupy, z czego jedynie można gdybać nad mymi szczerymi intencjami, jak i nieco chytrych chwytach. Gdy tak teraz nad tym myślę, zaczynam stopniowo dochodzić do wniosku, że czego bym nie zmieniła - jestem prawie identyczna, w porównaniu z przykładowym, znajomkiem Pana Marco. Życie opieram głównie na ślepych trafach, nie rzadko - kłamstwach oraz oszustwach. Przy tym na własny zysk, rzecz jasna. Aż dziwne, że to społeczeństwo nie zdążyło się wyżreć od środka... Populacja, której przedstawiciele, przynajmniej jednej osobie, kiedykolwiek życzyli źle. Może taka właśnie jest natura ludzka. Trochę nie podoba mi się fakt, mojego, ostatecznego złączenia się z ów osobnikami. Bo jakby na to nie spojrzeć - stuprocentowym demonem, nigdy nie byłam, nie jestem i raczej nie będę.
Nawet nie zauważyłam, gdy te wszystkie przemyślenia, całkowicie zamordowały płynący wokół mnie czas. Również wokół, zakamarki natury zaczęła płynnie pochłaniać nocna otchłań. Zadziwiające, jak istota myśląca, może tak długo i generalnie - bezsensownie, skupić się na swych gdybaniach, wątpliwościach, czy zwykłych troskach. Trochę... Idiotyczne.
- Panie Marco, ile drogi do celu nam jeszcze zostało? - podpytałam w pewnym momencie, spoglądając na mężczyznę.
- Niestety panienko, na tyle dużo, że zmuszeni jesteśmy gdzieś się zatrzymać. Podróżowanie w nocy, szczególnie, w tych okolicach... Z tego co mi wiadomo, jest bardzo ryzykowne. - odpowiedział całkiem wyczerpująco, co jednoznacznie mówiło o postoju. Ziewnęłam głośno, na samą myśl o spaniu.
Po kilkunastu minutach, gdy okolica wsi przez którą dane nam było przejeżdżać, została praktycznie zupełnie spowita pół-mrokiem, rozpoczęliśmy swe poszukiwania jakiejś noclegowni, czy też zwykłej gospody. Z początku, drzwi były zatrzaskiwane przed czubkami naszych nosów. Szczerze, spodziewałam się podobnych reakcji, podobnie z resztą jak Pan Marco, lecz odważnie, odwiedzaliśmy kolejne domy. W swe progi, pod warunkiem porannej pomocy przy gospodarstwie, przyjęła nas starowinka imieniem Elizabeth. Wdowa, z tego co udało mi się wywnioskować, mieszkała samotnie w domku, typowo rodzinnym. Bardzo stary pokój dla dzieci, trochę zakurzone meble, mówiły same za siebie... Aż mi się trochę żal staruszki zrobiło. Zostaliśmy zaproszeni w progi pokoju gościnnego, z jednym, małżeńskim łóżkiem oraz średniej większości szafą. Gospodyni, objaśniła nam, że niegdyś ów pomieszczenie było zajmowane przez jej syna i synową, lecz ostatecznie relacje pomiędzy nimi szlag trafił i wszystko poszło w swoje strony. Generalnie, zostaliśmy obdarzeni masą historyjek, ciekawostek i żarcików, które o dziwo - jakby odrobinę mnie... Rozluźniły? Chyba tak mogę nazwać to uczucie. Zapomniałam całkowicie o wszelkich troskach, czy sprawach koniecznych do załatwienia. W pewnym sensie - odpłynęłam. Hah, chyba takie bywają uroki, przybywania roczników, o znacznej różnicy wiekowej.
- Aż nie mogę uwierzyć, że w drodze tutaj, byłam w stanie wrzucić wszystkich, nawet siebie do jednego worka... - wzruszyłam delikatnie ramionami, zamykając za nami drzwi, od użyczonej nam sypialni.
- Poszczęściło się nam, że trafiliśmy na samotną staruszkę, opuszczoną przez bliskich. - stwierdził zgodnie z nieukrywaną prawdą, której chyba nie szło kwestionować. - Choć ona sama, farta w życiu widocznie nie miała. - dodał jedynie, wyciągając ze swej torby, nieco cieńsze ubranie do spania. Postąpiłam podobnie, również w pierwszej kolejności udając się do łazienki. Oporządzenie się, zajęło mi niespełna dziesięć minut, po których minięciu pojawiłam się na powrót w pokoju. Mężczyzna zajmował się nadal swymi rzeczami, jakby uporczywie czegoś szukając. Zainteresowana, zbliżyłam się do ciemnowłosego, zza jego ramienia obserwując, jak przegrzebuje dotychczas poukładane na swych miejscach rzeczy.
- Coś się stało? - przechyliłam pytająco głowę, zadając krótkie pytanie. Pan Marco, jakby odrobinę mnie ignorując, sięgnął samego dnia torby. Wtem na jego usta wpłynął delikatny uśmiech, a sam, po chwili wyciągając z wnętrza paczkę krówek, rzucił w moją stronę pełne dumy spojrzenie. Czy przez dziesięć minut, gdy ja siedziałam w łazience, on siłował się ze swym, typowo, męskim nieporządkiem? Ostatecznie jednak, podekscytowana wysunęłam ręce ku paczuszce.
- A-a, Pani Doktor, chyba nie muszę wspominać o złych skutkach po spożyciu takiej ilości cukru na noc? - wypalił w momencie, delikatnie trącąc moją dłoń.
- Z dzieckiem ma pan zamiar się droczyć? - fuknęłam, nadal starając się dorwać do siebie saszetkę. - Nic nie zaszkodzi, ten jeden raz! - dodałam, również unosząc nieco kąciki swych ust.
- Ciężko leczy się próchnicę... - brnął w swoje, chyba zadowolony ze swego droczenia się.
- Połamane żebra, jak dobrze wiem, również trochę muszą się zrastać... - zmrużyłam oczy, ostatecznie przejmując trzymany przez mężczyznę przedmiot. Pewnie dał mi w tym momencie fory, lecz ignorując powstałą w tyłu mej głowy myśl, przysiadłam na ziemi z szerokim uśmiechem. Nie minęło kilka sekund, a w moich ustach znalazł się klejący słodycz. W trakcie mego długotrwałego delektowania się ciągutką, Pan Marco, zdążył chyba wzdłuż i wrzesz zwiedzić łazienkę. Wciąż siedząc na podłodze, już miałam zamiar brać się za kolejnego cukierka, gdy wtem, wyczułam w okolicy bioder czyiś uchwyt. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a znalazłam się pod kocykiem, w stojącym tuż obok łóżku. Zmierzyłam Pana Marco, morderczym spojrzeniem.
- Mówiono mi niegdyś, że okropnie kopię po nogach w nocy... Nie zdziwiłabym się, gdybym była również w stanie wykonać jakieś, bardziej stanowcze ruchy. Ostatnio, poświęciło się Panu, lecz teraz... Kto wie?

<Panie Marco? Hehe :3 >