
poniedziałek, 3 grudnia 2018
So what if I'm crazy? The best people are All best people are

Your heart's too big for your body. It's where your feelings hide. They're pouring out. Where everyone can see.

Od Keyi do Lexie
Kiedy brunetka spięła konia, pozostałam nieco w tyle. Jej towarzysz w ogóle się nie odzywał. Przynajmniej nie do mnie. Droga przed nami była prosta i łatwo było ją pokonać.
Dopiero kiedy przebiliśmy połowę drogi planowej, konie dostały upragniony odpoczynek. Z ich pysków sączyła się biała piana, a oddechy miały niespokojne.
- W sumie to dawno nie opuszczałam tych terenów. – skwitowałam, podziwiając krajobraz. – Krąży legenda, że w tych lasach żyje jakiś demoniczny stwór. Ciekawe czy to prawda.
Wyciągnęłam nogi ze strzemion, prostując je następnie, aby nieco odpoczęły. Powoli zaczynałam odczuwać skutki twardego siodła.
- Zawsze możesz sama to sprawdzić. – rzuciła młoda kobieta, wzruszając niedbale ramionami.
Nie patrzyła na mnie, a przed siebie, ale nawet z daleka dało się dostrzec wyjątkowe oczy. Kiedy podjechałam nieco bliżej, a Jastrząb zwrócił głowę w moją stronę dokładnie się im przyjrzałam.
Nie miały źrenic, a ich kolor emanował dziwną energią. Z jakiegoś powodu wywołał u mnie nieprzyjemny dreszcz. Być może to dlatego, że pozostawałam jedynie bezbronnym magii człowiekiem. A to właśnie narzędzie wzroku Ptaka mówił, że posiada w sobie magię.
Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe przyspieszenie. Zbroja wciąż milczał, a ja coraz bardziej miałam wrażenie, że to tylko pusta materia kierowana przez dziewczynę. Może miała jakaś moc kontrolowania rzeczy, czy coś w tym stylu. Pozostawałam w ciągłej gotowości do… no właśnie nie do końca wiedziałam do czego. Ucieczka na pewno wychodziła z możliwości do wyboru, a walka z istotą magiczną zawsze była niesamowicie dla mnie trudna.
W końcu po długiej jeździe, zobaczyłam wioskę. Konie nareszcie zaznały odpoczynku w stajni, a nasza trójka skierowała się po nowe.
Siodłając nową klacz, Jastrząb znów przeglądał narysowaną przeze mnie mapę.
- Robi się ciemno. – pierwszy raz od naszego spotkania znów usłyszałam jego głos.
- Już myślałam, że nie mówisz! – zaśmiałam się.
Zostałam jednak skarcona przez ostry wzrok Jastrzębia. Wzruszyłam jedynie ramionami, wsiadając na siwą szkapę. Nic więcej od Zbroi nie usłyszałam. Od Ptaka zresztą również nie. Nie byli zbyt skorzy do rozmów. Każde moje zagadnienie kończyło na krótkiej odpowiedzi lub milczeniu.
Nie miałam im tego za złe. Byłam jedynie obcą i „brudną” wieśniaczką, która nagle pojawiła się u ich boków.
Kiedy nastała całkowita ciemność dojechaliśmy do kolejnej wioski. Było tutaj mało ludzi, a wszyscy wyglądali na zbyt ostrożnych.
- Zatrzymajmy się w tej karczmie. – zaproponowałam, ziewając.
- Nie mamy czasu. – dziewczyna oddała stajennemu konia, patrząc teraz na mnie.
- Nie ma księżyca, a droga jest niebezpieczna. To nie jest dobry pomysł, żeby jechać dalej.
Widziałam zastanowienie malujące się na jej twarzy. W końcu cmoknęła i pokiwała kłową, zgadzając się ze mną.
- Ruszymy o świcie. – brzmiało to jak rozkaz.
W karczmie nie było nikogo prócz nas. Dostaliśmy osobne pokoje i ciepły posiłek. Dobrze było zjeść coś innego niż marną owsiankę, którą z reguły dostawałam. Dostaliśmy nawet możliwość umycia się, z czego naturalnie skorzystałam. Oczywiście moja sakiewka z zarobionymi monetami nieco przez to ucierpiała.
Kiedy byłam na schodach, mimochodem doszła mnie rozmowa Jastrzębia z Zbroją. Nie chciałam podsłuchiwać, więc zamierzałam się wycofać. Rozmowa jednak dotyczyła najwyraźniej kogoś kogo znam.
- Myślę, że są zbyt głupi, aby planować coś takiego. – mówiła ściszonym głosem.
- Zrobimy tak jak ustaliłaś. – przytaknął jej Zbroja.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że to właśnie misja z bliźniakami przypadła właśnie mi.
Ostatnią wypowiedź raczej kierowała do siebie, ale mi jasno potwierdziła o co chodzi. Jeżeli zakładając, że to ta sama para rodzeństwa, na którą już wcześniej miałam okazję wpaść.
- Rozmawiacie może o takiej rudej panience i jej niedorobionym rudym braciszku?
Bez skrępowania podeszłam do siedzących naprzeciw siebie. Ptak zmarszczył brwi i obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Jej oczy dodatkowo go potęgowały. Wykręciłam usta w obronnym uśmiechu.
- Głucha nie jestem. – wzruszyłam ramionami, nie czując się z tym źle. Co usłyszę będzie moje.
- Co o nich wiesz? – o dziwo mówiła spokojnym tonem i pozbyła się groźnego wyrazu twarzy.
- Miałam okazję pracować z tym idiotą. – westchnęłam.
Na samo wspomnienie jego gęby robiło mi się niedobrze. Dałam się oszukać w tak głupi sposób.
- Z chęcią odrąbię mu parę kończyn. – dodałam, zaciskając pięść.
<Lexie? : } >
Życie zawsze rzuca nam kłody pod nogi. Aby nie dać się przewrócić musimy nauczyć się wysoko skakać. Pytanie tylko jak wysoko?
Od Mirajane do Lexie
- Nie martw się. Razem damy radę, jasne? - powiedziałam. - I nie waż się bać, to rozkaz. Będziemy we dwie walczyły za zamek i za moją rodzinę oraz całą służbę i wojsko. Zmień ten zmartwiony wyraz twarzy, idź przed siebie, Lexie. - dodałam, ściskając jej dłoń w swojej mrożącej łapce.
Na wierzchu dłoni gwardzistki pojawił się szron świadczący o moim stresie i strachu przed nieznanym.Niby wiedziałam z kim musimy się zmierzyć, ale nie byłam pewna zakończenia tego spotkania... Na twarzy Lexie ujrzałam rumieniec.
- Przyrzekam ci, Pani, że zawsze będę pani bronić... Bez względu na nic. W stu procentach ofiaruję swoje życie, aby to księżniczka była bezpieczna. - rzekła z powagą.
Moją zazwyczaj mroźną twarz pokrył uśmiech. Podeszłam do niej i ją po chwili przytuliłam, wtulając lodowate ciało w jej ciepłe. Zamknęłam oczy, ciesząc się bliskością innego człowieka, czego nie czułam tak długi czas. Po chwili się opamiętałam jednak i odeszłam na krok od Lexie. Od razu ujrzałam zamarznięta zbroję dziewczyny. Na szczęście jej ciało było odporne na magię, nie musiałam się bać, że stanie się jej krzywda.
- Wybacz mi... Zapomniałam się. Chodźmy już... - szepnęłam.
Lexie kiwnęła na to głową, od razu wygnała do przodu, jakby czuła zapach niebezpieczeństwa. Westchnęłam lekko i założyłam mocniej kaptur na głowę, aby w razie gapiów nie zwracać na siebie większej uwagi. W zamku było... Tak cicho... Jakby każda żywa dusza uciekła lub umarła. Niepokoiłam się. Nie chciałam, aby mój lud cierpiał przez moją głupotę. Spojrzałam na Lexie i lekko złapałam dłońmi krawędzie płaszcza, jaki zaczął pokrywać się szronem. Za mną kroczyła chłodna mgła, jaka powodowała, że wszelkie muszki owocówki przelatujące przez parę zamarzały na śmierć.
W holach roznosiło się uderzanie zegara, ciche chruszczenie liści za oknem. Nawet świerszcze nie grały. Była to mrożąca krew w żyłach cisza. Obawy coraz bardziej rosły. Kroki jakie stawiałam powodowały zamarzanie posadzki...
- Lexie... Boję się.... - szepnęłam nagle do gwardzistki, patrząc z przerażeniem na wiszący przy suficie kokon.
Ani ja, ani moja kompanka nie wiedziałyśmy co to było. Przygotowałam różdżkę, a dziewczyna włócznię...
To mogła być długa i męczennicza walka... Ale kto wie co wylezie z tego kokonu...
niedziela, 2 grudnia 2018
Od Vanitasa do Imogen
Z błogim spokojem pozwoliłem sobie oddać się swojej ukrytej pasji - czyli rzecz jasna gotowaniu. Naprawdę, to było coś, co pozwalało mi oderwać się od całego świa- - nie no, takie coś byłoby chyba dostatecznie niedorzeczne w zestawieniu z moim prawdziwym charakterem. Gotuję gdy jestem głodny, nie przepadam za wypadami na miasto, w celu zjedzenia czegoś w przydrożnej karczmie. Już wolę sam postarać się coś upichcić, niż łazić do takich miejsc... Westchnąłem ciężko, odwracając się jednocześnie w stronę przejścia, z którego dobiegał odgłos kroków. Chwilę później mogłem ujrzeć przed sobą ciemnowłosą kobietę odzianą w... Moją, trochę inaczej ubraną ze względu na skrzydła koszulę. Przygryzając dolną wargę, zasłoniłem otwartą dłonią swój nos, gdyby przypadkiem miała z niego wycieknąć krew. Stałem w osłupieniu, czując jak reszta mojego ciała zwyczajnie odmawia posłuszeństwa i nie jestem w stanie powrócić do gotowania. Przekląłem w myślach.
- Coś się stało...? - podpytała anielica, unosząc na mnie swoje szmaragdowe tęczówki. Pokiwałem szybko głową w znaku "nie", odsuwając jednocześnie dłoń.
- Nie dziwię się Adamowi, że wziął ten owoc od Ewy... - mruknąłem pod nosem, ni do tego, ni do niczego. Ta zdawała być się jeszcze bardziej zmieszana. Machnąłem jedynie ręką. - Po prostu kobiety czasami źle działają na mężczyzn... - sprostowałem, zwracając z powrotem swoją pełnię (no dobra, na pewno trochę mniej niż wcześniej) uwagi na ryż. Dzisiaj na obiad duszone mięsko z ryżem...
- Mogę Ci w czymś pomóc? - zapytała, zbliżając się z tym swoim pełnym biustem do mnie. Trochę zbity z tropu, sam do końca nie wiedziałem co powiedzieć. Pewnym jednak było, że trzeba będzie jej załatwić mniej kuszące dla typowego mężczyzny ciuszki...
- Jak Ci się chce, to w tamtej szafce masz talerze, a w tamtej szufladzie sztućce. Przygotuj stół, dobrze? - ponownie przerzuciłem spojrzenie na niższą istotkę. Ta jedynie skinęła głową, zabierając się za swoją robotę.
Po jakiś dwudziestu minutach mogłem w końcu zasiąść sobie przy prostokątnym stole, prezentującym się całkiem ubogo, jednak moim zdaniem smacznie. W półmisku znalazło się kilka kawałków drobiu, natomiast w miseczce kilkaset ziarenek ryżu. Przygotowałem do tego rzecz jasna sos oraz jakąś surówkę. Zadowolony z siebie, zacząłem nakładać sobie jedzonko jako pierwszy - anielica bowiem z niewiadomego mi powodu siedziała jedynie w bezruchu.
- No to... Imogen... Może opowiesz mi coś w końcu o sobie? Jakim cudem skończyłaś ze skrzydłem do amputacji? -
<Boże, jestem głupia xd Imogen?>
Od Akroteastora do Takako
Od Akroteastora do Kiirana
- NIE JESTEM TAKIEGOŻ ZDANIA - powiedział, prostując się do swojego prawdziwego rozmiaru, i strzepując z ramion niewidzialny pył. - CÓŻE JEST MOJĄ SPRAWĄ, POZOSTAJE MOJĄ SPRAWĄ.
- Posłuchaj, magiczna ekscelencjo - mężczyzna ruszył w kierunku stwora zdecydowanym krokiem. - Może i twoja sprawa jest twoja sprawą, ale w momencie, w którym olbrzymi tygrysojaszczur z piekła rodem atakuje miasto to przestaje być tylko twoją sprawą, a staje się sprawą bezpieczeństwa publicznego. I za przeproszeniem waszej tchórzliwej ekscelencji, nie możesz pozwalać bestii pustoszyć miasta!
- CHŁOPCZE, JESTEŚ ZA MŁODY O HERUN WIOSEN, AŻEBY PRAWIĆ MI MORAŁY - oznajmił Akroteastor, wpatrując się nieruchomo w młodzieńca. - JEŻELI DOŻYJESZ WIOSEN PIĘĆDZIESIĘCIU POROZMAWIAMY O WŁAŚCIWEJ POSTAWIE WOBEC KREATURY, EKSTERMINUJĄCEJ MIASTO. CO RACZEJ ZDAJE MI SIĘ BYĆ WĄTPLIWYM.
- Może. Może masz rację - przyznał tamten. - Co jednak nie oznacza, że można zrzucać swoje problemy na innych.
- JEŻELIŚ RZEKŁ WSZYSTKO, COŚ MIAŁ DO POWIEDZENIA W TYM KARZUSIE, BĘDĘ SIĘ JUŻ ZBIERAŁ - oznajmił Morteo, odwracając się na pięcie... i natykając prosto na włócznię strażnika miejskiego.
- Tu jesteś, potworze - syknął tamten.
Liivei uniósł wszystkie swoje ręce do góry.
- CÓŻ RZEC, TU JA... - nie do kończył zdania, tylko odskoczył desperacko w bok, chcąc przedostać się przez portal jak najdalej, jednak ku swojemu zdziwieniu opadł na ziemię dokładnie tam, gdzie każdy niemagiczny śmiertelnik by upadł. Ostry koniec włóczni został skierowany prosto w jego czaszkę. Morteo przełknął ślinę. Dopiero teraz poczuł, że z jakiegoś powodu jego magia pozostaje nieaktywna i jedyne, na czym mógłby polegać były jego kły i pazury... niezbyt skuteczne, gdy ktoś akurat mierzy w jeden z twoich słabych punktów bronią, przystosowaną do takich sytuacji.
- Nie ruszaj się - syknął strażnik.
- ANI BYM ŚMIAŁ - mruknął Akroteastor, na końcu którego pola widzenia pojawiły się dwie postacie - AWANTURNIKA, KTÓREGO WROBIŁ W POKONYWANIE DEMONA I EWIDENTNIE DRUGIEGO STRAŻNIKA, KTÓRY JEDNAK ZAMIAST DZIERŻYĆ WŁÓCZNI TRZYMAŁ BUŁAWĘ, OTOCZONĄ EWIDENTNIE MAGICZNĄ AURĄ.
Morteo poczuł kopnięcie w bok i został obrócony na brzuch, po czym poczuł, jak kolano gwardzisty wbija mu się w plecy, a ręce są wykręcane do tyłu.
- Masz dodatkową parę kajdan? - zapytał niewidoczny dla Liiveia gwardzista swego towarzysza.
- Mam trochę sznura - oznajmił tamten, a po chwili Morteo poczuł drapiący splot na swoich nadgarstkach. - Twoje zasługi młodzieńcze muszą zostać wynagrodzone. - Drugi strażnik najwyraźniej stracił zainteresowanie jeńcem i skupił się na awanturniku. - Dzięki tobie udało się pojmać niebezpiecznego, piekielnego sługę, który chciał sprowadzić na świat wieczną ciemność.
Akroteastor przewrócił oczyma. W tamtej chwili zyskał pewność, że drugi strażnik jest tak na prawdę kapłanem, a właściwie czymś w rodzaju kapelana gwardii. Ludzie tego typu zawsze go irytowali swoim zadufaniem w moc swoich bogów, czystość, nienawiść do ciemnych wymiarów i zamknięte umysły. Już sam fakt, że służyli bogom, którzy zawsze tak skutecznie swoją mocą i chwałą zagłuszają bogów zagłady napawał serce Morteo, choć nigdy w życiu by się do tego nie przyznał, zazdrością.
(Kiiran? XD)
Od Lexie do Keyi
- Jak dobrze znasz teren? - spytała, nie opuszczając jednak włóczni.
- Dość dobrze, by doprowadzić was bezpiecznie do Nelayan - odparła śmiało Keya, nie opuszczając dłoni. - Jeśli przestaniesz celować w moje gardło będziemy mogły przegadać szczegóły, jeśli chcesz.
Lexie przez chwilę milczała, wpatrując się w białowłosą. Wreszcie westchnęła i uniosła grot włóczni do góry, uwalniając pannę Snow od presji możliwości poderżnięcia gardła.
- Podróżujemy szybko - oznajmiła. - Wymień konia i ruszamy.
- Świetnie - zgodziła się dziewczyna i zeskoczyła z siodła swojego wierzchowca.
Odeszła w kierunku stadniny, z której przed chwilą korzystali gwardziści i zniknęła im z oczu. Mer nie odezwał się słowem. Nie zgłosił żadnych pretensji czy wątpliwości. I Lexie była mu za to wdzięczna. W końcu to był jeden z licznych powodów, dla których nalegała, by to właśnie ten gwardzista jej towarzyszył. Szczególnie, że zadanie zostało jej powierzone przez samego króla.
Nigdy nie sądziła, że będzie musiała opuścić swoją panią i udać się tak daleko od Leoatle. To zdecydowanie nie jest coś, co normalni członkowie gwardii książęcej robią. Jednak ona była jedyną osoba, która mogła się tym zająć.
Koń przestąpił nerwowo z nogi na nogę, chcąc już ruszać w drogę, gdy Keya wyprowadziła swojego nowego wierzchowca z budynku. Wkrótce cała trójka szła stępa gościńcem, wśród spokojnego, górskiego krajobrazu Anthrakas. Upewniwszy się, że nowy koń Mer jest w stanie unieść ciężar jego zbroi i by nowa towarzyszka trzymała się niezbyt daleko, jednak na przedzie wyprawy, Lexie podtruchtała do boku jej wierzchowca, wyjmując z juków papier oraz trochę naostrzonego węgla i podając to Keyi.
- Po co mi to dajesz? - zapytała białowłosa, przyjmując materiały.
- Naszkicuj mapę terenu oraz trasę, którą będziemy się przemieszczać. Zamieść na niej wszystkie wioski, w których będzie możliwa wymiana koni. Kierujemy się do miasta granicznego Kostroi. - wyjaśniła rzeczowo gwardzistka.
- To będzie sporo roboty... kawał drogi przed nami - westchnęła Snow, patrząc na żółtawy papier. - A ja nie jestem mistrzem rysunku.
- Nie musi być piękny - Lexie wzruszyła lekko ramionami, a Keya pokiwała głową i zaczęła skrobać węglem po materiale.
Po chwili ciszy wyżywająca się artystycznie dziewczyna podjęła próbę nawiązania rozmowy z mrukliwą gwardzistką.
- Nie będziesz się dopytywała, kogo szukam w Nelayan? - spytała, nie przestając bazgrać.
- To twoja sprawa - mruknęła gwardzistka.
- Wiem, że moja... a właśnie, nie zdradziliście nawet swoich imion - zauważyła. - Skoro już podróżujemy razem dobrze by było, bym wiedziała, jak się do was zwracać.
- Masz rację - przytaknęła Lexie. - Ja jestem Jastrząb, a tamten to Zbroja.
- Nie o to mi dokładnie chodziło...
- Tak będzie najlepiej.
Przez chwilę jechały w milczeniu. Wreszcie...
- Skończyłam. - Snow oddała papier Jastrzębiowi, która przyjęła go i uważnie obejrzała. Pokiwała głową.
- Zgadza się. Zrobimy postój w wiosce za trzecim lasem. - Złożyła nowo powstałą mapę i wsunęła ją do juków. - Czas zwiększyć tempo.
<Keya? Izi, po takim czasie braku odpowiedzi ja też bym się zdziwiła, że jest do mnie opo ;) >
sobota, 1 grudnia 2018
Od Keyi do Lexie
Nie miałam wątpliwości, że młoda kobieta umie walczyć, a może nawet zabijać. Wydedukowałam, że albo jest kiś w rodzaju rycerza, albo zwykłym najemnikiem, co wydawało mi się bardziej prawdopodobne. Dopiero kiedy pojawił się ktoś jeszcze potwierdziło to moją pierwszą myśl. Nie mogłam uwierzyć, że ludzie z własnej woli bronią wysoko rodzonych dupków. Również jej ciało wykazywało na wysoką sprawność fizyczną. Tylko własny język zbytnio oszczędzała.
Zastanawiało mnie co właściwie tutaj robią i co miała znaczyć ich wcześniejsza rozmowa, która zresztą była niezwykłe skąpa w słowa. To jeszcze bardziej podsycało moją ciekawość i wzbudzało zainteresowanie.
Upiłam ostatni łyk piwa i odrzuciłam na trawę kufel. Pawie nie czułam we krwi alkoholu. Jedyny efekt jaki zyskała to przyjemne rozgrzanie organizmu. Wieczory były teraz szczególnie zimne, a tym bardziej w miejscu, w którym się znajdowała.
Przeciągnęłam zastane ciało i potarłam dłonie, aby nieco przywrócić im krążenie. Kiedy tylko obie postacie zniknęły z moich oczu, ruszyłam szybko do stajni na zapleczu. Mieli tutaj przeciętne konie, ale dla mnie i one były odpowiednie. Oczywiście nie miałam pieniędzy na zapłatę, ale jako, że było już całkowicie ciemno mogłam przystąpić do kradzieży. Było to trudniejsze niż się spodziewałam i prawie mnie złapali, jednak ostatecznie udało mi się uprowadzić silnego wałacha. Był nieco narowisty i niespokojny, ale po dawce spokojnego podejścia stał się łatwiejszy w obejściu. Na tyle, abym czuła się z nim bezpieczna. Jedynym zmartwieniem pozostał fakt, że będą mnie szukali.
- Wrócisz cały i zdrowy, obiecuję. – szepnęłam, klepiąc gniadosza po szyi.
Ślady znalazłam szybko i bez problemu. Przystąpiłam więc do śledzenia. Zanim je jednak dogoniłam minęła noc i nastał poranek, a dosiadany przeze mnie koń zaczął dawać oznaki zmęczenia, a przecież nie chciałam go zajechać. Martwiłam się, że spadnie deszcz i zmyje ślady, uniemożliwiając mi dalszą jazdę. Tym bardziej, że górzysty tere podczas ulew był niezwykle niebezpieczny.
Chwilę po moich rozmyślaniach zauważałam w oddali dwóch jeźdźców, którzy wyjeżdżali z domostwa. Kiedy nieco się zbliżyłam, byłam już pewna, że to te same osoby.
Miałam dwie możliwości. Mogłam nadal pozostać w oddali udając samotną podróżną, albo podjechać bliżej i liczyć, że pozwolą mi jechać ze sobą. Co do drugiej opcji nie byłam w pełni przekonana. Nie wątpiłam, że są uzbrojone, a może i nawet zakują mnie w jakieś kajdany oddając w niewolę. Pierwsza pcja wcale nie była lepsza. Raczej musiałyby być głupie, żeby się nie zorientować, że nie mam przy sobie niczego i z akurat podążam tam gdzie one. A nie wyglądały na osoby, którym brak inteligencji. Szczególnie moja rozmówczyni. Z jakiegoś powodu mnie intrygowała.
Spięłam mocniej konia i ruszyłam ku podróżnym licząc, że jednak nie zostanę złapana. A na moim wyczerpanym obecnie wierzchowcu daleko bym nie uciekła.
- O proszę, znów się spotykamy! –krzyknęłam, kiedy niemal się z nim zrównałam.
Klacz jednej z dziewczyn groźnie zastrzegła uszami , odstraszając mojego rumaka.
- Ah – westchnęła brązowowłosa, nawet na mnie nie parząc. – Czegoś ode mnie potrzebujesz?
Zachowywała uprzejmy ton, do którego nie byłam przekonana.
- Jako, że zauważyłam, że nie jesteście stąd pozwoliłam sobie sądzić, że potrzebujecie przewodnika.
Nie uwierzyła.
- Kim jesteś i czego chcesz? – w mgnieniu oka wyciągnęła z boku długą i piękną włócznię, która spoczęła na moim gardle. – Nie mam czasu na głupie gierki.
Uniosłam ręce w geście obronnym, ukazując uległość.
- Zapewniam, że nikim ważnym. Nazywam się Keya Snowy, co pewnie nic i tak Ci nie mówi. Jedziecie do Nelayan, prawda? – nie uzyskałam odpowiedzi. – Chciałabym jedynie, abyście mnie tam zaprowadziły. Zapewniam, że jestem przydatna. Szukam kogoś, kto może tam przebywać.
Mój głos przybrał poważy ton, a barwi ukazywały oczekiwanie. W każdym jednak momencie pozostawałam w gotowości do ucieczki.
<Lexie? ^^ Wybacz, że tak długo ;-; >