sobota, 9 lutego 2019

Od Mirajane do Lexie

Przyjrzałam się dla mojego ojca. Jego blond włosy lekko opadały na jego ramiona. Siwe odrosty nie były widoczne przez koronę na jego głowie, przez co odjęło mu to kilka lat. Zazwyczaj lekko różowa cera mężczyzny była teraz blada, wręcz biało-szara, a w niektórych miejscach był siny lub niebieskawy kolor. Ubrany był w królewski mundur, czyli... Siedział tutaj od kiedy powrócił do zamku? To niemożliwe, przecież zawsze zmieniał swój ubiór po powrocie. Blade, puste, zielone oczy mojego ojca wpatrywały się we mnie i w Lexie, nic nie rzekł. Okropna cisza nadal była, dodawała tylko tego okropnego nastroju, przez jaki dostałam gęsiej skórki.
- Tatusiu...? - zapytałam, podchodząc nieco niżej. - Tatusiu, co się stało...?
Wtedy właśnie firany królewskich okien nieco się odsłoniły, a słońce wpadło do ciemnej komnaty. Ujrzałam, że mój ojciec był... Sparaliżowany. Nad tronem, w całej sali były na suficie umieszczone kokony. Służba, strażnicy, odwiedzający, kilka osób z miasta. Kiedy rozglądałam się, usłyszałam cichy śmiech. Zbladłam, bo prócz chichotu rozlegało się przerażające bzyczenie. Dziwiło mnie, że kobiece kokony różniły się od tych, w jakich byli mężczyźni... Żeńskie były znacznie grubsze. Zza tronu wydobyła się kobieta. Jej oczy i kości policzkowe były zakryte czymś... Dziwnym. Jakąś naroślą, przypominającą skrzydła ćmy... Kiedy ujrzałam uśmiech, ubiór nieznajomej, stała się od razu osobą mi tak  bliską. - M-Mama...? - zapytałam.
- Moja kochana córeczka wróciła... Witaj Lexie... Wreszcie mogę uwięzić dwie ostatnie kobiety... Kiedy to się stanie, wszystkie się obudzą... Moja armia powstanie, będę mogła zniszczyć wszystkich mężczyzn, a kobiety... One będą rządziły, wszystkie... Śpiące królewny przejmą kontrolę, a żaden mężczyzna ich więcej nie zrani... - powiedziała królowa, śmiejąc się głośno.Spod skrzydeł na jej twarzy, rozjaśniły się białe oczy, widocznie bez źrenicy. Kolor powoli przemieniał się na lekki pomarańcz, włosy z bieli zmieniały się w brąz. Wszystko robiło się tak okropnie straszne. Zaczęłam się cofać w przerażeniu, aż nagle wpadłam na gwardzistkę, jaka złapała mnie za przedramiona. Moja matka wrzasnęła nagle niczym harpia, ruszając w naszym kierunku. Byłam przerażona. Odepchnęłam Lexie do tyłu, a sama zamknęłam siebie oraz mamę w więzieniu z lodu. Nie może zranić mojej gwardzistki.
- Mamusiu... Proszę, uspokój się... - powiedziałam, ale kobieta po chwili rzuciła we mnie czymś dziwnym.
Przypominało to mały kokon, który po zderzeniu z lodem rozpadł się i wyleciało z niego milion robali, między innymi ćmy oraz większe owady, których na pewno nie chciałabym spotkać na swojej drodze. Wrzasnęłam, kiedy niektóre z nich mnie oblazły i zaczęły gryźć. Zetknięcie ich jednak z moją skórą i wypicie mojej krwi spowodowało, że te zamarzały i spadały na ziemię, a potem tłukły się na milion kawałeczków jak rozbita szklana karafka. Spojrzałam na moją matkę, jaka patrzyła na mnie. Biała cera, żółte oczy niczym u ćmy, okropne skrzydła na twarzy okrywające jak welon. Przerażała mnie. To nie była moja mama, co się stało, że tak bardzo zamroczyła się w ciemnej klątwie. Czy to w ogóle była klątwa, czy może jednak coś całkiem innego...
- Mamusiu... Boję się... - powiedziałam, odsuwając się, a wtedy kobieta stanęła przede mną i bez zahamowania zaczęła mnie dusić...
<Lexie? Co ty na to? ^^>

Od Crylin do Lexie

Po nieudanej próbie wykonania misji wróciłam do domu, ówcześnie sprawdzając, czy przypadkiem nikt mnie nie śledzi. Było już bardzo późno, dlatego nie spodziewałam się zastać młodszą siostrę chodzącą po korytarzu. Kiedy jednak ujrzałam lekkie, ciepłe światło w pokoju, mój umysł zaczął tworzyć rozmaite scenerie, niestety negatywne. Pośpiesznie szarpnęłam za klamkę, w tym samym czasie zdejmując maskę i przepaskę.
- Aria? – Zaczęłam wołać dziewczynkę, przeszukując coraz to kolejne pomieszczenia, aż w końcu moim oczom ukazała się biała czupryna. – Skarbie, czemu nie śpisz? Jest już bardzo późno.
Dość szybko dostrzegłam onyksowe oczęta, oświetlane ciepłym płomieniem świeczki i roztrzepane dwa kucyki.
- Nie mogłam spać. Bałam się być sama. – Wyszeptała zmęczona, podchodząc do mnie. Spokojnie objęłam ją rękoma, głaszcząc po głowie.
- Nie bój się, bijou (skarbie). Już jestem przy tobie. – Podniosłam Arie, która szybko wtuliła się w zagłębienie mojej szyi. Wolną ręką sięgnęłam po lichtarz, aby oświetlić sobie drogę do pokoju.
- Mogę dzisiaj spać z tobą Crylin? – Spytała, usypiając na rękach w swojej białej koszuli nocnej.
- Jasne. – Szepnęłam, kierując się do sypialni. Odłożyłam mlecznowłosą na pościel, po czym sama przebrałam się w piżamę.
~*~
Minęło kilka dni od felernej akcji w skarbcu, kiedy to na niebie zawitał srebrzysty księżyc w pełni. Ubrałam się w swój standardowy strój i ruszyłam na miejsce spotkania. Na szczęście nie było ono daleko od domu, mogłabym nawet powiedzieć, że nie raz pojawiałam się tam, jako zwykła mieszczanka, wraz z siostrą.
Cierpliwie wyczekiwałam strażniczki, spoglądając na fontannę spod przepaski i maski wilka. Miałam przeczucie, że brązowowłosa nie zignoruje ostrzeżenia i pojawi się za kilka chwil. W tym samym czasie zastanawiałam się nad rozwiązaniem sytuacji zlecenia. Gdyby mężczyzna nie był zagrożeniem dla Arii, a jego cała organizacja szumowinami, prawdopodobnie zrezygnowałabym z propozycji gwardzistki. Jednak w aktualnej sytuacji, współpraca z kobietą mogłaby przynieść mi wiele korzyści, oczywiście, jeśli wszystko zostałoby dobrze zaplanowane.
- Omdunner… - Usłyszałam niedaleko siebie. Lekko zaskoczona, kątem oka spojrzałam w kierunku znajomego głosu. Nie przekręcałam jednak głowy. Wystarczyło, że wyczuliłam wzrok, aby dostrzec strażniczkę. Mimowolnie kącik moich ust powędrował ku górze. Pierwszy raz spotkałam się z kimś, kto wymawiał słowa w moim ojczystym języku, nie znając ich znaczenia. Sytuacja ta zachęciła mnie do niewinnego żartu.
- Ne pas vous avoir laissez moi. (Nie zawiodłaś mnie) – Nie spojrzałam nawet na jej osobę. - Vous êtes l’un de ma famille? (Jesteś jedną z mojego rodu?)
Przyglądałam się jej skrzywionej buźce, powstrzymując przed wybuchem śmiechu. Mimo zakłopotania brązowowłosej postanowiłam nie drążyć tej zabawy. Chciałam szybko wrócić do siostry, która kolejny raz musiała zostać sama.
- Tylko żartowałam, ale lepiej nie wypowiadaj słów, których znaczenia nie znasz. – Odparłam dość szorstko. – Chciałaś, bym zaprowadziła cię do swojego pracodawcy. Mogę to zrobić, ale nie tak jawnie. Dlatego zaproponuję ci pewien układ.
- Jaki? – Jej ręce oplotły się w geście zainteresowania.
- Ty załatwisz mi dobrze wykonaną kopię łzy oceanu, a ja zaprowadzę cię do niego, jednak wcześniej musisz upewnić się, że wyglądem będziesz przypominać najemnika. W innym wypadku cały plan pójdzie w łeb.
- Dobra, ale po co ci kopia i czemu sama się tym nie zajmiesz? Przecież widziałaś, jak wygląda. – Spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Jeśli nie wykonam zadania, a nagle zginie pracodawca, wszelkie podejrzenia przejdą na mnie, tym bardziej że pałam wielką nienawiścią do tego mężczyzny. – Wyjęłam z pochwy na nodze metalowy szpikulec, by chwilę później zacząć się nim bawić.
- Rozumiem, ale to nie zmienia faktu, że sama możesz się… - Nie dałam jej dokończyć, od razu chwytając za maskę. Delikatnie ją zdjęłam, ukazując czarny materiał w miejscu oczu.
- Nie widziałam go, jedynie byłam w stanie wyczuć jego kształtu. Nie mam pojęcia, jak wygląda, a tym bardziej, z jakich materiałów mogłabym go zrobić. – Ponownie założyłam maskę na twarz. Sądziłam, że moja interlokutorka zacznie jeszcze bardziej dopytywać się szczegółów, jednak nie miało to miejsca.
- I tak powinna spaść na ciebie kara. – Szepnęła cicho, jakby do siebie, ale na szczęście to usłyszałam.
- A to niby dlaczego? – Zakpiłam.
- Zabiłaś jednego z naszych strażników. – Mogłabym przysiądź, że ton głosu gwardzistki się podniósł, a mnie zaczęło zastanawiać, czy istoty po tej części gór naprawdę tak ubolewają nad stratą kogoś, z kim tylko pracują.
- Wiem i nie zamierzam za to przepraszać. – Odparłam spokojnie, jakby było to dla mnie czymś oczywistym. Nie dałam nawet oburzonej kobiecie się zbesztać, bo znów zaczęłam swój monolog. – Gdybym żałowała jego śmierci, oznaczałoby to, że sama nie doceniałabym życia. Nie było tu nic innego niż zabić lub zostać zabitym. Sądzisz, że pozwoliłby mi żyć ze świadomością, że jakimś cudem dostałam się aż tak daleko?

Nie zdążyłam dokładnie obgadać planu, kiedy w końcu pojawiłybyśmy się u szefa, słysząc szybkie stąpania i piskliwy krzyk.
- La petite sœur! (siostrzyczko) – Diametralnie odwróciłam się w stronę pędzącej białowłosej. Była czymś wystraszona, nie dało się tego nie zauważyć.
- Aria! Co ty tu robisz? Powinnaś już dawno spać w łóżku. – Skarciłam dziewczynkę, która zamiast się zatrzymać, skoczyła mi prosto w ręce.
- Panowie cię szukają. Powiedzieli, że jak cię znajdą to szef coś ci zrobi niedobrego. – Zaczęła popłakiwać, na co ją podniosłam, przytulając mocno.
- Nic ci nie zrobili? – Pozwoliłam sobie na spokojny ton, stojąc naprzeciw wyraźnie zdziwionej brązowowłosej. Czarnooka pokręciła przecząco głową, po czym dodała.
- Słyszałam, jak rozmawiali przed domem.
- Oczekują łzy, trzeba się pośpieszyć, więc wchodzisz w to? – Skierowałam przed siebie dłoń, czekając na jakikolwiek ruch.
- To twoja przyjaciółka? – Szepnęła dość głośno, na co jedna z brew gwardzistki się uniosła. – Ładna jest i wygląda na silną.
<Lexie?>

piątek, 8 lutego 2019

Od Ayarashi do Takako i Lexie

- Opatrzę tobie rany od kajdanek - uśmiechnęła się do niej miło.
Aya spojrzała zaskoczona na dziewczynę, a następnie podniosła prawą rękę wyżej.
- To nic takiego.
- Nie dyskutuj.
- Dobrze. - Spojrzała z zaciekawieniem na Takako. - Mogę cię zapytać o bardzo częste dla ciebie pytanie?
- Hm...? Tak.
- Jak widzisz otoczenie?
- Mam dobrze wyostrzone zmysły.
- Rozumiem. - Resztę drogi dziewczyny przeszły w milczeniu, Aya rozglądała się po korytarzu zamkowym. Już od dawna nie była w żadnym zamku. Po chwili znaleźli się na skrzydle zielarskim. Weszli do pomieszczenia, w którym znajdywała się dziewczyna, zanim ruszyła za ciemną postacią. Rudowłosa usiadła na łóżku, a w tym czasie Taka wyciągała jakieś maści. Tajemniczą mieszankę nałożyła na mini rany od kajdan i po szamotaninie.
Następnego dnia, Takako była od samego świtu na nogach i zajmowała się sprawami w zamku. Ayarashi otworzyła powoli oczy sądząc, że to wszystko co się wydarzyło było tylko i wyłącznie pomysłem Morfeusza. Jednak szybko zorientowała się, że to wszystko działo się naprawdę, ponieważ znajdywała się w salce zielarskiej, a opatrunki, które zrobiła Takako mówią same za siebie. Dziewczyna wstała z łóżka. Na biurku znajdywała się karta, dziewczyna wzięła ją do ręki i przeczytała wiadomość.
-"Zostałam wezwana do strażników. Proszę, nie rób kłopotów i zostań w pokoju.” No dobra. -Odparła sama do siebie po czym rozejrzała się do wokół. Jej uwagę przykuły zioła leżące nieopodal książki z zaznaczoną informacją potrzebną do wykonania tej mikstury. W tym czasie Lexie, Takako i jeszcze dwóch innych strażników zostali wezwani do władcy, gdy ten dostał raport z nocnej akcji.

(LEXIE)

czwartek, 7 lutego 2019

Od Takako do Lexie & Ayarashi

Toż to się porobiło. Dziewczyna którą przyprowadziłam do zamku i dałam jej odtrutkę oraz kazałam jej się przespać. Sama odeszłam na chwilę od dziewczyny, aby pójść od księżniczki i sprawdzić jak się czuję. W razie wypadku wzięłam ze sobą kilka rzeczy, aby zapobiec przeziębieniu. Gdy wróciłam, usłyszałam od Yuzu, że dziewczyna uciekła. Chwyciłam się za głowę, nie wiedząc co mam zrobić. Co jak co, ale nie zdążyłam jeszcze powiadomić straży o tym, że kogoś zaprosiłam.
- Yuzu, Ryuu musimy ją znaleźć nim wplącze się w kłopoty! - spanikowałam trochę.
- Spokojnie Taka-chan, co może się stać? - powiedział Yuzu, a ja nim już się uspokoiłam, usłyszałam dźwięk alarmowy o intruzach.
- Toż to się teraz porobiło! - panika wzięła ponad górą. - Chłopcy znajdźmy ją! - rozdzieliliśmy się co raczej było mało dobrym pomysłem, ale było już za późno. Ostrożnie chodziłam po korytarzach zamku, straż chodziła, wręcz biegała w poszukiwaniach osoby, która chciała się wkraść do zamku.
- Toż to problem! Znowu ktoś ma przeze mnie problemy - przyspieszyłam tępo poszukiwania dziewczyny. Zatrzymałam się jednak w pewnej chwili, gdy usłyszałam głos strażników. Mówili o jakiejś dziewczynie którą złapali. Zaświtało mi w głowie, że może być to ona. Szybko pobiegłam do miejsca w którym mogli dziewczynę przetrzymywać.
- Z-zaczekajcie! - wleciałam do środka nie dla tego, że mi się tak spieszyło, a to, że straż chciała mnie zatrzymać. - Ja wszystko wytłumaczę! Ona jest tu z mojego zaproszenia - wszyscy skierowali na mnie swój wzrok.
- Co masz na myśli zielarko? - zapytała się Lexie.
- No bo ona została przez przypadek skrzywdzona przez księżniczkę, więc ją zabrałam do zamku, aby podać jej eliksir z odtrutką. Jednak ona wyszła mnie szukać jak się obudziła przez co zgubiła się w zamku i źle oceniliście sytuacje - straż akurat przybiegła, chcąc chwycić mnie i wyprowadzić na szczęście Lexie ich zatrzymała.
- Ej Lexie, to chyba on był w komnacie księżniczki - usłyszałam wybawiający głos Ryuu.
- Dziewczyna może iść z tobą Lazy jednak nie może nigdzie się ruszać od ciebie jak i z tego zamku no chyba, że ja pozwolę na to.
- Dziękuję ci no i nie zawiodę ciebie - uśmiechnęłam się, zabierając tym samym uwolnioną dziewczynę ze sobą. - Opatrzę tobie rany od kajdanek - uśmiechnęłam się do niej miło.

<Lexie? Ayarashi?>

Od Kiirana do Akroteastora

Mimo, że specjalnie w słowa tego stworzenia nie wierzyłem (w końcu, co to dla niego za problem, aby skłamać, a potem wbić mi nóż w plecy, kiedy tylko nadarzy się okazja?), musiałem się zmusić do wykrzesania chociaż niewielkiej dozy zaufania. Bez niego wielu ludzi w tym świecie by nie przeżyło, jak to kiedyś powiedziała pewna karczmarka w jednym z zajazdów, które odwiedziłem w czasie swej wędrówki. Z drugiej jednak strony, tyle samo osób, jak nie więcej, zginęło właśnie z tego powodu, że zawierzyło swój los nieodpowiednim personom.
Dobyłem sztyletu i obszedłem drzewo, aby znaleźć się za Akroteastorem. Powoli, ciągle obserwując reakcję demona czy jego zachowanie, przeciąłem więzy. Prawie jak oparzony odskoczyłem na bok, kiedy tylko istota podniosła się ze ściółki, gdzieniegdzie poprawiła czy otrzepała, a następnie zwróciła w moją stronę głowo - czaszkę. Chwilę się tak przypatrywała, lecz nic nie powiedziała. Westchnąłem więc i przewróciłem oczami. Byłem przyzwyczajony już do takiego zachowania.
— Nie ma za co — mruknąłem, biorąc z ziemi magiczną broń, aby przytroczyć ją do siodła konia. W tym czasie Liivei zaczął poruszać ramionami w sposób, który najbardziej przypominał mi specyficzną próbę bezgłośnego zaśmiania się. Albo po prostu odprawiał jakieś czary, kto go tam wie. W czasie, gdy mój towarzysz rozprostowywał kości, kucnąłem przed Czuwaczem i złapałem jego pysk w swoje dłonie. Zdawałem sobie sprawę, że pies mi raczej nie odpowie, jednak uważałem go za swojego jedynego sojusznika w tej całej sytuacji, więc postanowiłem zawierzyć mu te arcypoważne zadanie.
— Pilnuj tego dziwaka — szepnąłem do jego wielkich uszu. Pies wydobył z siebie cichy pisk, po czym zamerdał ogonem i przeciągnął językiem po moim policzku. Zaśmiałem się pod nosem, uznając to za znak, że Czuwacz przyjął tę informację do wiadomości. Wyprostowałem się, chwyciłem wodze konia i podszedłem do Akroteastora.
— Ten demon uciekł w tamą stronę — oznajmiłem, wskazując kierunek, gdzie po raz ostatni widziałem ogromną bestię. Mój towarzysz także tam zerknął, ale nie skupił się na tym jakoś wybitnie. Bardziej zainteresowało go coś, czego chyba sam nie byłem w stanie wyczuć, ponieważ ten podniósł głowę i przez chwilę tak stał, prawie zupełnie się nie ruszając. Zamknąłem oczy, chcąc uspokoić swoje nerwy, gdy nagły podmuch dziwnej mocy sprawił, że powietrze gwałtownie opuściło moje płuca. Kaszląc, cofnąłem się, a kiedy podniosłem głowę, Akroteastor spoglądał na mnie z słabym cieniem zainteresowania w oczach.
— CÓŻ TAKIEGO SIĘ STAŁO, AWANTURNIKU? — spytał najpewniej z grzeczności niż szczerej troski. Nie byłem pewien.
— Coś poczułem — szepnąłem, a istota przytaknęła nieznacznie. Prawdopodobnie przed chwilą miała podobne odczucia, ale nie było tego tak bardzo po niej widać — Co to było?
Demon jednak nie odpowiedział i ruszył przed siebie. Nie zostało mi nic innego, jak pójść za nim.

<Akroteastor?>

wtorek, 5 lutego 2019

Od Lexie do Ayarashi i Takako

  Noc była cicha, mimo to Lexie była niespokojna. Ostatnio w Leoatle wiele się działo i dziewczyna zaczynała niejasno odnosić wrażenie, że szykuje się coś większego. I że jej pani będzie w samym centrum tego, cokolwiek się wydarzy. Ciszę korytarza przerwał hałas, najwyraźniej dobiegający z wnętrza komnaty Mirajane. Co gorsza nie brzmiało to jak spokojny spacer do wychodka.
  Gwardzistka gwałtownie otworzyła drzwi, by ujrzeć szamoczące się postacie. One również ją zobaczyły i jak zaprzestały walki. Nim kobieta zdążyła do nich podbiec obie zniknęły za oknem.
- Mer! - Lexie zarzuciła włócznię na plecy i dała znać swojemu towarzyszowi, by zaalarmował straż zamkową.
  Gwardzistka chciała zwrócić się do swojej pani, którą najwyraźniej obudził hałas, jednak ta machnęła tylko ręką żeby biegła. Kobieta nie czekała ani chwili dłużej i szybko znalazła się za oknem. Rude włosy zalśniły jej, gdy ścigana zniknęła za krawędzią dachu. Szybka była. Lexie w lekkiej zbroi gwardzisty podciągnęła się za nią i ruszyła biegiem. To było to, co każdy gwardzista lubił najbardziej. Pościg. A cel nie należał do tych, które łatwo pojmać. Poruszał się z niesamowitą prędkością i widać było, że doskonale czuje się na dachach, czego nie można było powiedzieć o strażniczce, która co chwila potykała się i ślizgała. Jednak Lexie znacznie lepiej znała okolicę i dokładnie wiedziała, że tylko w kilku miejscach można przedostać się na ziemię bez specjalistycznego sprzętu. 
  Mer również o tym najwyraźniej wiedział, bo strażniczka ujrzała, jak przy jednej z tych dróg otwiera się klapa i wyskakują z niej inni gwardziści.
- Tam jest! - krzyknęła, wskazując kierunek, w którym jeszcze przed chwilą widziała uciekinierkę.
- Nie pozwólcie jej uciec! - krzyknął ktoś, kto właśnie wydostał się na dach. W świetle księżyca Lexie nie była w stanie określić kto to był, jednak zapewne ktoś ważny.
  Pościg trwał jeszcze chwilę, choć jego wynik był przesądzony. Ruda niedoszła zabójczyni wkrótce została porwana, o czym gwardzistka dowiedziała się słysząc rozkazy powrotu na swoje stanowiska. Odetchnęła. Skoro wszystko się skończyło powinna chyba zobaczyć co u księżniczki.

[...]- Mer, zajmij się jej wysokością. - Zmiana Lexie właśnie dobiegła końca i dziewczyna miała zamiar postarać się o możliwość przesłuchania osoby pojmanej w nocy. Strażnik nie odpowiedział, co kobieta potraktowała jako zgodę. W przypadku takiej osoby jak Mer lepiej było dopisać sobie jej część dialogu, niż liczyć na to, że ją wypowie. To zresztą nie miało znaczenia. 
  Brunetka przekroczyła właśnie drzwi lochu, by usłyszeć strzęp rozmowy z jedynej zapełnionej celi.
- Mówię, że nie miałam zamiaru jej zabić! - deklarował zdecydowanie żeński głos. Gwardzistka podążyła za nim i po chwili weszła do pokoju przesłuchań, zajmowanego obecnie przez rudowłosą małolatę, przypiętą grubymi, metalowymi sztabami do masywnego krzesła, w którego drewno wsiąkło tak wiele krwi, że zabarwiło się ono na lekko czerwono, kapitana straży więziennej oraz niezbyt ładna dziewczyna w maseczce na twarzy, która piastowała zaszczytny urząd kata. Gewlin, jeśli Lexie dobrze pamiętała. W tym momencie wyglądała, jakby wybierała narzędzia, których przeznaczenia gwardzistka mogła się tylko domyślać. Strażniczka wyprężyła się na baczność i zasalutowała.
- Panie, przybywam z rozkazu jej wysokości - oznajmiła w odpowiedzi na pytające spojrzenie tamtego. Skinął jej głową i wrócił do przesłuchania.
- W takim razie co robiłaś w jej komnatach? 
- Z-zaczekajcie! - Gwałtownie do pomieszczenia wpadła burza białych włosów, nieco zdyszana. - Ja wszystko wytłumaczę! Ona jest tu z mojego zaproszenia.
(Takako?)

Od Ayarashi do Takako i Lexie

- Jestem Takako, a ty? - spytała dziewczyna o biało-czerwonych włosach.
- Ayarashi.
- Mirajane, użyłaś swojego ostrza, prawda?
-Tak. - Dziewczyna zaczęła przeszukiwać kieszenie, szukając niewielkiej fiolki.
Po chwili dotarli do nas Yuzu i Riu.
- Księżniczko, wszystko dobrze?
- Tak.
- Musimy zabrać ją do zamku, bo się przeziębi.
- A co z nią?
- Ayarashi idzie z nami, potrzebuje odtrutki.
Wrócili wszyscy na teren zamku, Aya została przez większość osądzona błędnie, jako osoba, która zaatakowała księżniczkę. Aya usiadła na łóżku w pokoju, gdzie były pochowane różne zioła i leki. Dziewczyna przeszukiwał półki, a ona w tym czasie, poczułam zawroty głowy.
- Kręci mi się w głowie. - Powiedziała, łapiąc się prawą dłonią w okolice czoła.
- Długo wytrzymała. - Wymruczała tamtani to do siebie, ni to do Ayi. Ayarashi, położyła się i zamknęła oczy, ponieważ światło zaczynało ją drażnić. Dziewczyna znalazła odtrutkę i podała dziewczynie.
- Teraz się prześpij - dziewczyna prawie natychmiast zasnęła. Obudziła się dwie godziny później, otworzyła okno i wymknęła się przez nie, w oddali zauważyła czarną postać wślizgującą się do jakiegoś pomieszczenia, coś ją tknęło, żeby to sprawdzić. Okazało się, że to komnata księżniczki. Ciemno ubrana postać na jej widok od razu wyjęła ostrze i ruszył prosto na rudowłosą, bójka spowodowała dość głośny hałas, ściągając tym samym zainteresowania gwardzisty, który w tym monecie towarzyszył księżniczce. Hałas spowodował, że Lexie otworzyła drzwi, przygotowana do walki, wtedy ujrzała dwa "cienie" walczące ze sobą. Obie postacie zasłoniły twarz i wymsknęły się przez okno. Księżniczka pozwoliła mu pójść w pogoń za postaciami. Lexie po drodze, zabrał jeszcze kolegę, by ten zajął się drugą postacią, a on sam ścigał rudowłosą postać.

< Lexie? >

poniedziałek, 4 lutego 2019

Od Cythian'diala do Orelli


  - To cię zaciekawi – Ros podniósł butelkę whisky ze stołu i nalał do zawczasu przygotowanej szklanki, w której olbrzymia bryła lodu parowała powoli w niezbyt zresztą ciepłym powietrzu niewielkiego gabinetu, zawierającego w swoim wnętrzu jedynie: jeden regał z książkami, pełniący również funkcję ściany, którego półki uginały się wprost od opasłych dzieł, oznaczonych przedziwnymi runami i otoczonych aurą tajemnicy, starości, a czasem nawet możliwości, bo jak wiadomo przy pomocy magii można pozyskać dzieła, które nie zostały napisane z różnych przyczyn, a których istnienie byłoby bardzo pożądane dla niektórych; jedno biurko ustawione przodem do drzwi tak, że żaden wchodzący nie mógł umknąć uwadze rezydującej na nim osobie; jeden stolik na krótkich acz eleganckich nóżkach z ciemnego drewna, rzeźbionego na kształt nóg piekielnego ogara z długimi, zakrzywionymi pazurami; jedną kanapę, obitą gustowną, brązową skórą oraz jeden fotel w tym samym stylu, okalające stolik jedynie z dwóch stron tak, że potencjalni goście mieli widok na biblioteczkę i ewentualną osobę przy niej stojącą; jeden kandelabr, ustawiony w najdalszym rogu pokoju będący również jedynym źródłem światła, który tylko w niewielkim stopniu rozpraszał panującą w pomieszczeniu ciemność, jakby blask w jakiejkolwiek postaci nie był mile widziany przez rezydenta; jedno lustro, pełniące funkcję drugiej ściany i odbijacie mistyczny regał w swojej gładkiej tafli bez żadnej skazy oraz sprawiające, że przebywający w pokoju doświadczali na raz poczucia klaustrofobii i agrogobii; oraz, z niewiadomych przyczyn, jednego pluszowego misia, którego biała główka opadała smętnie, jakby już dawno pogodził się ze swoim losem.
  Co takiego? Mała postać, stojąca przy regale i powoli przeglądająca jakby od niechcenia jedną z pozycji właśnie z niego zdjętą wyglądała na niezainteresowaną rozmówcą. Cythian’dial rzadko wyglądał na zainteresowanego rozmówcą. Być może było tak dlatego, że zwykle zdążał trzy razy przesądować jego umysł, nim ten w ogóle otworzył usta. Co prawda z Rosem sprawa wyglądała inaczej. Władca Temeni posłał mu przelotne spojrzenie. Wysoki, barczysty mężczyzna jakich widuje się wielu w karczmach, gdzie wypijają kufel za kuflem, by potem podrywać kelnereczki i czarować swoim urokiem osobistym, niechlujnie przystrzyżonymi włosami i urokiem atletycznego łobuza. Jedynym co go odróżniało od tych ludzi były oplatające go pasożytnicze ciernie, powoli rozkładające jego ciało i poruszające się po nim powoli, niczym węże po swojej ofierze. No i oczy – czyste białka, bez chociażby śladu tęczówek czy źrenic. Całkiem paskudna klątwa dla takiej osoby, jaką Ros zwykł być. Jednak gdyby nie ona to kto wie, czy mężczyzna dalej obracałby się w towarzystwie żywych. Arcymaga nużyli zwykli ludzie, a gdy był znużony wprowadzał do systemu impuls, który miał poprawić mu nastrój.
- Nie młoda laska, egzotyczna piękność właśnie przekroczyła granice – powiedział, uśmiechając się zaczepnie. Nie wielu mówiło zaczepnie do Cythian’diala. W tym również Ros był wyjątkiem. Przy tym, co ciekawe, ani jedna myśl nie zmąciła jego mózgu. Ros nie potrzebował czegoś takiego jak myśli. Byłoby to tylko marnotrawstwo czasu, bo i tak zawsze wszystko ostatecznie wypływało przez jego usta. – Samotność i determinacja – to jedyni jej towarzysze. Prze poprzez teren nieprzyjaciela z jednym tylko pragnieniem. Jednym, jedynym celem – tu zrobił dramatyczną pauzę – by odnaleźć swoją córkę.
  To historia jakich wiele. Ufam, że się jej pozbyłeś.
- Nie, nie! Nie mógłbym przecież tego zrobić. – Ros rozłożył bezradnie ręce. – Nie mam w zwyczaju zabijać dam.
  To poślę kogoś innego.
- Nie znasz się na żartach, Cyth. – Jednym haustem wypił całą szklankę whisky tylko po to, by nalać sobie kolejną. – Taka błahostka by mi nie przeszkodziła. – Machnął lekceważąco ręką. – Chodzi o co innego. I to jest sedno tej sprawy. Jak zawsze Oni są w to zamieszani.
  To zrób z nimi porządek. Masz stosowne uprawnienia. zauważył Arcymag, bez zainteresowania przerzucając kolejną stronę w księdze. Gdybym się przejmował każdym drobnym spiskiem z ich udziałem nie starczyłoby mi czasu na naukę.
- I tak wiem, że to robisz. – Ros wyszczerzył się w nieco agresywnym uśmiechu, a ciernie na jego ciele poruszyły się trochę bardziej nerwowo, niż zazwyczaj. – Relaks. Ten jest naprawdę ciekawy. I bierze w nim udział 13 magów. Tego nie można nazwać „drobnym spiskiem” – mówiąc to wykonał w powietrzu cudzysłów.
  Cythian’dial pozostawał nieruchomy, jakby zaczytując informacje ze strony, którą miał przed swoją twarzą. Ros jednak wiedział dokładnie, kiedy władca naprawdę czytał, a kiedy tylko udawał, że to robi. Tak, spisek z trzynastu magów to było coś. Ci starzy ekscentryczni egocentrycy zwykle nie potrafili zgodzić się co do tego jaki kolor widnieje w herbie Temeni, więc co tu mówić o unii trzynastu magów, zgadzających się w czymkolwiek.
- Postawili zakład, a stawką jest twoje życie. Dosłownie, wychodzi na to, że chcą cię obalić, tylko nie potrafią się zgodzić, kto ma dowodzić. – Mężczyzna ponownie rozłożył ręce w geście rezygnacji. – Jak już oni na coś wpadną to musi zawierać jakąś elementarną głupotę. Ale co mieli zrobić? Przecież jakby się powybijali to z rebelii nici. Zabawna sprawa, nie? – Ros opróżnił kolejną szklankę trunku i ponownie ją napełnił. Uniósł i pomieszał, delikatnie dzwoniąc lodem, którego zaczynało robić się coraz mniej.
- Nie zapytasz o co dokładnie chodzi? Nie ciekawi cię to, Cythi? – dopytywał zadziornie. – A może boisz się o swoje dupsko, co? Trzynastu magów to w końcu nie byle co. Z trzynastoma magami można zwojować świat.
  Rozumiem. Dziecięcy głos Arcymaga brzmiał niezmiennie bez wyrazu w głowie Rosa. Demon przewrócił stronę w książce, a jego gość przewrócił oczyma.
- Podsunęli jej córkę jako przynętę – wyjaśnił, a zaraz potem sam sobie zaprzeczył. – Znaczy nie, nie jej córkę. Diabli wiedzą, gdzie ta mała jest. Knif polega na tym, że nie mają tej córki. W każdym razie każdy z nich udaje, że ją ma. I ma przekonać tamtą laskę, żeby nabrała się właśnie na jego podstęp! Durne jak diabli, ale oni uznali to za bardzo zabawne i godne ich intelektów. Nie oceniam! – Uniósł ręce w obronnym geście. -  Ja jestem tylko debilem który któregoś dnia powiesi się na własnych cierniach. Jednak założę się, że jest mnóstwo mniej rzucających się w oczy sposobów na wybór wodza. Chyba że jeśli się wyda chcą powiedzieć „Ej, ale naszym celem nie była wcale jakaś głupia elekcja. Robiliśmy tylko zakłady w ramach rozsądnej, towarzyskiej gry. Nie możesz nam tego zabrnić!” czy coś takiego. Prawo wolności, ach, jakże cudowne i jakże uporczywe.
  Nie sądzę, by coś takiego mnie powstrzymało. Zauważył Cythian’dial, nie czytając już praktycznie swojej książki.
- Nie, nie, oczywiście, że nie. Ale oni twierdzą inaczej. – Ros zamilkł na chwilę. Chyba wierzą w de-mo-kra-cję.
  Ostatnie słowo sprawiło mu wyraźną trudność w wymowie. I zdziwiło Cythian’diala. To słowo zdecydowanie nie powinno się pojawić w ustach kogoś urodzonego w obecnie panującym wieku. Szczególnie jeśli chodziło o osobę tak stroniącą od książek, jak to robił Ros. Arcymag zrozumiał jak poważna jest sytuacja. Demokracja była pięknym ideałem, który jednakowoż nie sprawdziłby się w Temeni. Po pierwsze na przykład dlatego, że jakkolwiek demokratycznie wybrany władca zostałby szybko tyranem, jeśli chciałby zachować swoje stanowisko dłużej, niż kilka dni. W pracy z silnymi charakterami, jak te, które posiadali magowie nie można było sobie pozwolić na dyskusje, referenda i wybory. Oni po prostu nie nadawali się do czegoś takiego. Już sam ich zakład dotyczący tamtej kobiety był na to najlepszym przykładem. Spod maski demona wyleciało ciche westchnięcie. Cythian’dial rzadko wzdychał. Zasadniczo oddychanie nie było mu potrzebne do życia. Było jednak bardzo użyteczne w niektórych sytuacjach. Na przykład teraz, gdy chciał dać do zrozumienia mężczyźnie, że już wystarczy i powinien się zbierać. Co zasadniczo w wypadku tego osobnika było nieskuteczne, gdyż cokolwiek bardziej subtelnego, niż podniesiony głos rzadko odnosiło zamierzony skutek.
- Też tak uważam – potwierdził Ros. – No nic, jeśli chcesz to oczywiście się tym zajmę. Usunę laskę, raz czy dwa grzmotnę kijem starych zboków i będzie spokój. Nikt nawet się nie zorientuje…
  Wróć do swoich obowiązków. Rozkazał Arcymag, przerywając kolejny monolog mężczyzny. Kobieta od teraz należy do moich problemów. Przekaż to pozostałym. I przypomnij co się stało z Terramerielem. Czy to wszystko?
  Ros wypił ostatnią szklankę whisky i odłożył ją na stolik z cichym brzęknięciem.
- Nie, to chyba wszystko. Reszta jest mniej interesująca. – Wstał i rozciągnął się. Nie wyglądał nawet na lekko podchmielonego. Klątwa miała też swoje dobre strony. – Wpadnę znowu, gdy będę miał chwilę. Trzymaj się staruszku.
  Cythian’dial nie odpowiedział. Nie odprowadził nawet mężczyzny wzrokiem do drzwi, gdy ten wychodził.
Roz opuścił pomieszczenie jak zwykle pozostając w jednym kawałku. Było to swego rodzaju osiągnięcie, gdyż nie wszystkim się to udawało. Szczególnie tym, którzy odzywali się w ten sposób do władcy Temeni. Ros był jednak inny. Był inny od nich wszystkich. Był w końcu jedynym przyjacielem Arcymaga.
  Mały ludzik odłożył powoli książkę na półkę. Przez chwilę trzymał jeszcze dłoń na jej grzbiecie, po czym odwrócił się do lustra, które niezmiennie pokazywało karzełka odzianego w wiele warstw czarnego materiału oraz białą maskę bez wyrazu. Był charakterystyczny. Każdy w całym Temeni był w stanie rozpoznać tę sylwetkę. Dla większości była to w końcu kwestia życia lub śmierci. Pozostali zaś byli samobójcami, którzy już dawno pogodzili się ze swoim losem. Niewielka postać ściągnęła ubrania i przekształciła się w przeciętnej wielkości humanoida o jelenich kopytkach oraz parze długich rogów i odstających uszu. Gdy patrzył na Nivil w lustrze odnosił czasem wrażenie, że są oddzielnymi bytami, że mógłby z nią porozmawiać jak wtedy, gdy uratowała mu życie, jednak zaraz po tym racjonalna część Jelenia przypominała jej delikatnie, że to niemożliwe. Cythian’dial poczuła się nagle bardzo samotnie. Oplotła swoje nagie ciało ramionami i wbiła w nie mocno palce. Miała ochotę się rozpłakać, jednak nie było na to czasu. Dobrze pamiętała, co zamierza zrobić i to trochę podnosiło ją na duchu. W końcu w jej uprzejmej, empatycznej naturze głęboko zakorzeniona była pomoc bliźnim. Nie była tylko pewna jak to zamierza zrobić. Trochę bała się tego spotkania. A co jak tamta jej nie polubi? Odrzuciła to  na razie na bok. Teraz trzeba się ubrać, potem – poprosić kogoś by ją przeniósł. A potem… a potem zaczną się schody.

[…]Ros siedział oparty o skałę z wyrazem samozadowolenia na twarzy. Czarnowłosa kobieta, której piękność już dawno zaczynała przekwitać, co jednak tylko bardziej podniecało mężczyznę, powoli jechała na swoim rumaku wśród mgły. Krajobraz nie był zachęcający. Górzysty, poszarpany, martwy. Ludzie zawsze czują się nieswojo wkraczając do Temeni. Szczególnie, gdy są samotną kobietą, która zapewne wiele słyszała o tym ekscentrycznym miejscu. Ciekaw był, co Cythian zamierza teraz zrobić. I nie zamierzał tego przegapić.
  Stukot kopyt na kamieniu raptownie umilkł. Mężczyzna wypuścił jedno ze swoich cierni za głaz i jął lustrować okolice zmysłem rośliny. Na środku ścieżki coś leżało, a gdy się temu przyjrzał prawie parsknął śmiechem. Drobna satyrka, wyglądająca na zagubioną i przerażoną próbowała się podnieść i uciec, jednak najwyraźniej była ciężko ranna, bo zaraz upadła.
  Mam bardzo ciekawy eksperyment, który muszę przeprowadzić. Sądzę, że mógłbyś być chętny, by mi w nim pomóc Ros, skoro masz za dużo czasu.
- Ajjj - mruknął do siebie i podrapał się po miejscu, w który powinno być jego lewe ucho. - Zabawopsuj.
  I po chwili zniknął we mgle.
(Orellio? Taki tam wstęp xd Ale dawno nie pisałam Cythem i musiałam się rozpędzić. W sumie istotne są tylko dialogi, wiec resztę możesz pominąć xd)

Od Lexie do Crylin


Lexie instynktownie chciała ruszyć w pościg. Pościg był jedną z tych rzeczy zakorzenionych w świadomości gwardzistów gdzieś pomiędzy odruchem źrenicznym a wymiotnym. Poczuła jednak, że jej buty przytwierdzone są do podłoża, schyliła się więc by ujrzeć twardy kryształ opasujący je. Szybko dotknęła je dłonią, a gdy ten rozsypał się w drobny pył zrobiła ruch, jakby chciała kontynuować nie zaczętą pogoń… jednak zrezygnowała. Nie było sensu gonić ulotnego cienia. To, co teraz powinna zrobić to upewnić się, że najemnik odszedł, że strażnikom nic nie jest i odłożyć kamień na miejsce. Łza Oceanu… co takiego było w tym krysztale, że ktoś mógł zapragnąć go ukraść? Gwardzistka nie znała się na takich rzeczach. W jej dłoni był zresztą tylko okruchem skały produkującym powoli sypiący się za nią pył. Odłożyła go do kieszeni i ruszyła na obchód. Upewniła się, że pomieszczenie jest puste i wyszła do przedsionka, by zobaczyć przyszpilonego do ściany strażnika. Jego ręce i nogi były przebite, a głowa uwięziona w krysztale. Prawdopodobnie nie miał nawet szansy podnieść swoją włócznię. Ryzyko zawodowe, a jednak Lexie poczuła narastający ciężar na sercu. Wróciła do skarbca, by odłożyć Łzę na swoje miejsce. Procedura wymagała, by w wypadku znalezienia martwego strażnika wszcząć alarm, musiała się więc upewnić, że zanim to zrobi wszystko będzie na właściwym miejscu. Nie byłoby przecież dobrze, gdyby ktoś oskarżył ja o kradzież. Nie dociekłaby wtedy kto i dlaczego chce ten przeklęty odłamek skały.
Wróciła do przedsionka i chwyciła za linę dzwonka alarmowego. Pociągnęła mocno trzy razy, po czym zajęła się strażnikiem. Jedno muśnięcie palców wystarczyło, by pozbyć się magicznej materii z ciała gwardzisty. Opadł bez życia na ziemię, jednak dla pewności Lexie sprawdziła mu puls. Właśnie układała go na plecach, gdy na schodach pojawiło się trzech strażników z pełnym wyposażeniem. Kobieta poderwała się na równe nogi i wyprężyła w pozycji na baczność. Zasalutowała, a przybysze spojrzeli na nią pytająco.
- Ktoś zamordował Tracka, panie – wyjaśniła.
- Stern, sprawdź skarbiec. Troy, zaalarmuj resztę. – polecił najbliżej stojący strażnik i dwóch jego towarzyszy zniknęło we wnętrzu. Kapral Devis, bo to właśnie on odpowiedział na wezwanie, podszedł bliżej ciała. – Jak?
- Przyszpilony kryształem do ściany, panie. Zginął na miejscu.
- Rozumiem – przytaknął tamten. Rozległ się szczęk zbroi i dwóch pozostałych gwardzistów pojawiło się przy zmarłym.
- Nikogo nie ma, panie. Nie wygląda też na to, by coś zostało skradzione – zameldował posłusznie jeden z nich. Kapral zamyślił się.
- O świcie zrobimy szczegółowy przegląd – zawyrokował. – Jeśli nie złapią tego drania to i tak nie ma się co martwić tym teraz. Nikogo nie widziałaś?
- Nie, panie – skłamała płynnie Lexie.
- Lepiej się módl, żeby nie zginęło nic wartościowego – mruknął ponuro kapral. – Konsekwencje zawsze są w takich sprawach nieciekawe. A teraz wracaj na swój posterunek. Gdy Stern skończy obchód niech zostanie z tobą na posterunku.
- Tak, panie. – Gwardzistka zasalutowała, a Devis który słyszał o perfekcjonalistycznej naturze strażniczki odwdzięczył się tym samym, po czym wyszedł.

[…]- Ale nic nie ukradli? – upewniła się Mirajane ze zdziwieniem.
- Tak, wasza wysokość. – odparła kobieta beznamiętnie.
- Dziwna sprawa. – Księżniczka oparła się wygodniej na fotelu, zakładając nogę na nogę. Przyłożyła dłoń do twarzy w wyrazie intensywnego zamyślenia. – Będzie trzeba ją zbadać.
  Poderwała się gwałtownie ze swojego miejsca siedzącego i ruszyła w stronę drzwi.
- Idziemy! – wykrzyknęła, a gwardzistka posłusznie ruszyła za nią. Straż zamkowa przeprowadziła już pełne dochodzenie i niczego nie znalazła, wątpiła więc by księżniczce się to udało, jednak z doświadczenie wiedziała, że takie rzeczy jak zerowe prawdopodobieństwo znalezienia czegokolwiek nie odwiodłyby jej pani od powziętej decyzji. Podążyła więc za nią mając tylko nadzieję, że Mirajane nie będzie chciała biegać po mieście szukając złodzieja.

[…]Już trzecią noc z rzędu Lexie maszerowała w obszernym płaszczu ulicami miasta. Najemnik był wyjątkowo dowcipną i poetycką osobą, czego gwardzistka nie pochwalała. Nie mógł podać jawnych danych, dokładnego czasu i miejsca, zamiast tego rzucił zagadką, która po pewnym śledztwie, przeprowadzonym przez gwardzistkę dała pięć różnych lokalizacji oraz siedem różnych czasów, w tym pięć z nich, te bardziej prawdopodobne pięć, miało miejsce w nocy. Na całe szczęście, bo mogła się wyrwać ze swoich kwater po zakończeniu służby. Jednak nocne eskapady powodowały u strażniczki notoryczne znużenie i ostatnio nawet, aż wstyd się przyznać, zdarzyło jej się ziewnąć na warcie! Niby jedyną postacią w okolicy był Mer, a on prawdopodobnie nie zwróciłby uwagi, gdyby Lexie położyła się w poprzek korytarza i zasnęła, jednak co się wydarzyło, to się wydarzyło. Wystarczyło, że gwardzistka o tym wiedziała, by było godne potępienia.
Brunetka przystanęła pod kamiennym rzygaczem w kształcie syreny. Rozejrzała się. Ani żywego ducha. Miejsce numer jeden – zaliczone. Ruszyła w dalszą drogę. Następna na liści była fontanna trzech syren na Placu Portowym. To miejsce nawet o tej porze było dość ruchliwe. W tym tłumie nikt by pewnie nie zauważył dwóch postaci wymieniających poufne informacje. Gwardzistka oparła się o kamień fontanny i czekała. Dała najemnikowi pięć minut, nim ruszyła do kolejnego punktu – niewielkiej fontanny płaczącej syreny, która jednak okazała się tej nocy kompletnie sucha – jak zresztą poprzedniej. Najwyraźniej od dwóch dni jakieś rury były zatkane i nikt się jeszcze nimi nie zajął. Jednak strażniczka poświęciła kilka minut na oczekiwanie również w tamtym miejscu. Bezskutecznie. Dopiero pod następnym pomnikiem, przedstawiającym dość buntowniczo wyglądającą syrenę z mieczem wzniesionym do góry ktoś okazał się czekać. I tym razem postać była szczelnie opatulona warstwami materiału, spod którego jednak przeświecały kobiece atrybuty. Było coś jeszcze, co skłoniło Lexie do wniosku, że ma do czynienia z tą samą postacią co ostatnio – nie widziała jej oczu.
Wieloletnie treningi w szkole rycerskiej nauczyły strażniczkę dwóch rzeczy – że nie należy zastanawiać się nad składem bulgoczącego w kotle gulaszu i że w ciemności najłatwiej dostrzec mignięcie białek oczu przeciwnika – nawet jeśli jest perfekcyjnie zakamuflowany.
Gwardzistka, niby przypadkiem, stanęła koło najemniczki, przodem do sikającej wodą fontanny. Nigdy nie poświęcała jej zbyt wiele uwagi, nie interesowała się za bardzo bezużyteczną sztuką jakichś podrzędnych, masowych artystów. Teraz jednak czuła, że dokładnie zapozna się z detalami tej rzeźby, zanim cała sprawa zostanie doprowadzona do końca.
- Omdunner… - zaryzykowała, próbując przypomnieć sobie fonetyczne brzmienie słowa, którym została powitana w skarbcu przez złodziejkę.
  Przez chwilę panowała cisza. Gwardzistka czekała. Co więcej mogła zrobić?
(Crylin? #wery_gud_frencz XD)

niedziela, 3 lutego 2019

Od Crylin do Lexie

Kolejny raz wylądowałam w tym paskudnym miejscu. Wszędzie czuć duszący dym cygara, pot i alkohol. W myślach wspominałam wcześniejsze miejsce zbioru zleceń. W porównaniu do aktualnej rudery jeszcze nie tak dawno mogłam siedzieć na wygodnej kanapie, popijając whisky wśród innych najemników i słuchając pikantnych szczegółów ich misji. Miałam cichą nadzieję, że karczmarz, od którego zwykle zbierałam zgłoszenia, wróci szybko ze swoich łowów. Niestety minął już ponad tydzień, a ja potrzebuję pieniędzy, aby opłacić mieszkanie. Poza tym za kilka dni są urodziny siostry, a ja chcę kupić jej wymarzone ochraniacze. Zawsze chciała uczyć się walki, a ja zwykle jej odmawiałam, bojąc się o jej zdrowie. Jednak ostatnio jej pomysł zaczął mnie przekonywać. Nie zawsze byłam w stanie opiekować się czarnooką, a gdyby coś jej się stało, umiałaby się chociaż obronić. Dlatego teraz stoję wśród pijaków, czekając na jakieś dobrze płatne zlecenie w masce wilka i słuchając seplenienia obrzydliwych typów.
Spojrzałam kolejny raz na wskazówki szkarłatnego, drewnianego zegara. Dziesięć minut temu mój dorywczy pracodawca poszedł szukać jakiegoś zlecenia i jeszcze nie wrócił. Chciałam jak najszybciej przyjąć zgłoszenie i nie wracać do tej budy. Na szczęście nikt mnie nie zaczepiał, nie miałam ochoty wywoływać kolejnej bójki, tylko po to, by dotrzeć do jakiegoś półgłówka.
Kiedy w końcu dostałam kartkę z zadaniem, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wynagrodzenie.
- Przeczytaj, o co chodzi w misji, mam przypominać, że nie widzę, conne? – Zwróciłam się do otyłego mężczyzny. Słyszałam, jak westchnął, klnąc pod moim adresem.
- Musisz zdobyć łzę oceanu z książęcej korony, cena jest dość wysoka. Tyle ci wystarczy? – Pokiwałam twierdząco głową. Normalnie taki zakres informacji nic nie daje, ale na szczęście zdołałam sama przeczytać kartę, zanim ją zwróciłam właścicielowi. – To wynoś się stąd!
- Uważaj na słowa, a tym bardziej do kogo je mówisz. – Szepnęłam, przytwierdzając swój sztylet do gardła tego oblecha. – Mam ci przypomnieć, kto ostatnio ratował ci tyłek?
Jeszcze chwilę stałam przy mężczyźnie, czułam zainteresowane spojrzenia w moim kierunku.
- Nie podpisywałaś ze mną umowy na stałą pracę. Miałaś okazje być po mojej stronie, ale skoro zrezygnowałaś to powodzenia w walce z gwardzistami solo. – Dokładnie widziałam, jak zadowolony oblizuje wargi. – I nie muszę przypominać jak tu karamy za niewykonaną misję?
Poczułam, jak po moim ciele przechodzą ciarki. Dokładnie pamiętałam dzień, w którym przez przypadek byłam świadkiem ich typowej kary na młodej łuczniczce. To właśnie zniechęciło mnie do podpisania współpracy z tym mężczyzną. Gwałt nigdy nie będzie dla mnie czymś normalnym, nie ważne, jakie czasy nadejdą. Dość szybko wytworzyłam kryształowy szpikulec, który sprawnie wbiłam w łapę mężczyzny.
- Tylko spróbuj. – Wysyczałam. – Jutro zdobędę łzę oceanu i radzę ci trzymać łapska przy sobie.
Zauważyłam, jak nagle wszystko ucichło. Natychmiast ulotniłam się z tamtego miejsca, od razu kierując w stronę domu. W międzyczasie opracowywałam plan zdobycia minerału. Dokładnie wiedziałam, że sama podróż trochę potrwa, nie mówiąc już o ilości straży, która będzie chronić skarbca. Musiałam przygotować coś specjalnego na tę okazję, dlatego pierwszy raz od bardzo dawna postanowiłam odwiedzić sklep alchemiczny. Nie miałam wyboru, jeśli nie zdobędę tego przedmiotu, będę musiała przygotować się do masowego mordu, co może się skończyć dość źle, jeśli zostanę jakkolwiek trafiona.
~*~
Mijała już trzecia godzina podróży do miejsca docelowego, kiedy w końcu dostrzegłam na swojej drodze straże. Sprawnie zakradłam się za nich, ówcześnie skupiając ich zainteresowanie płomienną kobietą. Wyglądała jak płonąca dusza, o których czytałam w jednej z ksiąg. Podobno żaden z przedstawicieli tego gatunku nie pokazał się od wieków. Początkowo nie reagowali na kobietę, dopiero po pewnym czasie, chyba zauważyli, z kim mają do czynienia. Płomień wesoło tańczył po przeciwnej stronie, pozwalając mi pozostać w cieniu. Najciszej jak tylko potrafiłam, zakradłam się do środka. Wspomagałam się dobrym słuchem, aby mijać kolejnych strażników. Nie miałam na celu nikogo zabijać. Gdy już jednak schodziłam po schodach do skarbca, zauważył mnie jeden z żelaznych. Nim zdążył zwołać resztę, przykułam jego nogi i ręce do ściany za pomocą kryształu. W taki sam sposób zamknęłam jego buźkę, po czym ruszyłam dalej w głąb ciemności.
Nie musiałam długo czekać, aby znaleźć skarbiec, co najdziwniejsze, nikogo tam nie było, albo po prostu nie mogłam go wyczuć. Zbliżyłam się do korony, dokładnie oglądając każdy element.
,,Cudne zdobienia” – Przyszło mi na myśl. Niestety musiałam pośpieszyć się z zadaniem, zanim zebrałabym więcej przeciwników.
W pewnym momencie poczułam stal przy krtani, a następnie dostrzegłam wysuniętą dłoń w moją stronę.
- Nie ruszaj się – Usłyszałam stanowczy głos. Niestety byłam zmuszona oddać kamień… jak na razie. - Jesteś najemnikiem, prawda?
Skinęłam delikatnie głową, starając się dostrzec najwięcej detali postaci. Niestety przepaska nie ułatwiała mi zadania, ale musiałam ukrywać przed światem swoje oczy. Kto by pomyślał, że wystarczą pionowe źrenice i intensywne tęczówki, by zaniepokoić ludzi.
- Dobrze. Teraz pracujesz dla mnie. Nie wiem, ile ci zaoferowano za tą kradzież, jednak ja zapłacę ci dwa razy tyle. A zadanie będzie proste. Chcę, żebyś zaprowadziła mnie do tego, kto ci to zlecił. – Uśmiechnęłam się kpiąco pod maską, czy ludzie naprawdę uważają, że najemnicy są tak płytcy?
- Homme d’honneur. – Parsknęłam cicho, jednak moja interlokutorka musiała to usłyszeć, przez co delikatnie drgnęła. Nie musiałam bać się, że mnie zrozumie. Jeszcze nie poznałam kogoś, kto zna mój ojczysty język. – Czy wyglądam ci na typowego najemnika? Mimo że robię to dla pieniędzy, nie oznacza, że nie mam honoru.
Odkryłam delikatnie płachtę, przenosząc dłoń na bok, z której chwile później wypłynęły ogniste listki wraz z płomieniami. Szybko zapaliły najbliższą pochodnię, rozświetlając pomieszczenie.
- Proponuję ci o wiele większą stawkę, każdemu najemnikowi chodzi o pieniądze. – Zakpiła, dokładnie przyglądając się mojemu wyglądowi. Mimo ciepłych płomieni większość mojego ciała i twarzy była zakryta, nie dało się nawet zidentyfikować koloru włosów, które były spięte i zakryte głębokim kapturem.
- Dlatego łatwo go przekupić? Akurat u mnie się pomyliłaś, jest coś ważniejszego od pieniędzy. Jeśli zdradzę ci swojego zleceniodawcę, będę miała kłopoty nie tylko ja, ale też osoba, za którą mogłabym poświęcić życie. Taki układ wcale nie jest dla mnie korzystny, garde. – Założyłam ręce na piersi, wyczekując reakcji ze strony długowłosej.
- Mogę postarać się o schronienie, dla tej osoby. – Odparła spokojnie, ciągłe trzymając w dłoni broń. Usłyszałam, że zaczęło się robić zamieszanie wśród straży, dlatego musiałam się pośpieszyć.
- Wszystko uzgodnimy. Kiedy na niebie w pełni zakwitnie białe kwiecie, ponownie się spotkamy. Tym razem wśród latających kropel kamiennej syreny. Jeśli jednak się nie zjawisz lub naślesz na mnie ludzi… będę przychodzić co noc po łzę. Z zasady nie lubię zabijać, ale tym razem nie będę miała z tym problemów. À tout à l'heure!
Szybko pozbyłam się światła w pomieszczeniu i zniknęłam za ścianą. W czasie swojej przemowy przyczepiłam buty kobiety do podłoża za pomocą kryształu. Musiałam mieć pewność, że za mną nie pobiegnie, poza tym kryształ zniknie, gdy tylko będę nieco dalej.
< Lexie? Wybacz, że tak długo>