środa, 17 kwietnia 2019

Od Crylin do Richarda

Powoli na nieboskłonie pojawiały się pierwsze promienie światła, kiedy postanowiłam wrócić do domu z niewielkimi zakupami. Coraz częściej w nocy śniły mi się koszmary o porwaniu Arii przez żądnych zemsty najemników lub łowców. Nie byłam w stanie zmrużyć oczu, bojąc się włamania. Dobrze wiedziałam, że za długo czasu spędziłam w jednym miejscu i w końcu zainteresują się mną łowcy głów, albo daj boże gwardia. Musiałam zaplanować zmianę zamieszkania, ale potrzebowałam również pieniędzy, aby naszykować siebie i siostrę do podróży. Nawet mój pracodawca zaczął się przejmować, że ściągnę na niego organy władzy. Dobrze wiedziałam, że nie byłam tu w najbliższym czasie mile widziana, więc coraz większe problemy miałam w znalezieniu zlecenia.
- Gdzie byłaś siostrzyczko? – Przy drzwiach przywitał mnie widok zaspanej Arii. Drobną dłonią przecierała zmęczone oczka, a drugą nieświadomie ściskała materiał białej piżamki.
- Bonjour ange. Pourquoi t'es-tu levé si tôt? ( Dzień dobry aniołku. Dlaczego wstałaś tak wcześnie?) – Spytałam, kierując się pomału w stronę kuchni. Dziewczynka podążyła za mną, aby następnie rozsiąść się przy stole.
- Nie było cię w nocy, bałam się, że już nie wrócisz. – Szepnęła cicho, czekając na śniadanie. Na chwilę przerwałam rozpakowywanie siatki, aby podejść do białowłosej.
- Oj skarbie, nie martw się, przecież mam, do kogo wracać. – Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i przeczesałam kosmyki włosów. Ponownie wróciłam do przygotowywania skromnego posiłku, na który było mnie stać. Pokroiłam chleb i nałożyłam na niego masło, szynkę i kawałki papryki. Wszystko ułożyłam na talerzu i postawiłam przed siostrą.
- A ty nie będziesz jadła? – Spytała, kiedy zamiast siąść obok niej, ruszyłam do salonu.
- Non, nie jestem głodna.
Zmęczona rozłożyłam się na kanapie, myśląc nad rozwiązaniem problemu z pieniędzmi. Najlepszym wyjściem byłoby opuszczenie tych rejonów. Zawsze mogła być szansa, że za kilkadziesiąt kilometrów znajdziemy jakieś źródło pożywienia, albo ludzie nas nie rozpoznają. Westchnęłam głośno, podejmując ostateczną decyzję.
- Aria, pakuj się, jeszcze dziś musimy opuścić ten dom. – Odparłam stanowczo, zaglądając przez barek do kuchni.
- Dobrze, a będę mogła się pożegnać z koleżankami? – W jej oczach ujrzałam nadzieję i smutek. Doskonale wiedziałam, jak ciężko jej było ciągle opuszczać swoich przyjaciół, z którymi się przywiązała. Niestety byłyśmy obie skazane na taki, a nie inny los.
- Bien sûr. (Oczywiście) Spróbuj tylko być gotowa za dwie godziny. – Oznajmiłam i ruszyłam do swojego pokoju. Sprawnie spakowałam rzeczy do dużego plecaka i postanowiłam spotkać się z właścicielką mieszkania. Przed wyjściem narzuciłam na głowę ciemny płaszcz.
Nie musiałam długi iść, by dotrzeć do brzozowych drzwi świeżo wybudowanego domu. Delikatnie zapukałam i będąc mile przyjętą, wyjaśniłam obecną sytuację. Na szczęście małżeństwo zrozumiało mój problem i nie powodowało sporów. Zadowolona z obrotu spraw wróciłam na targ. Musiałam z resztek pieniędzy kupić jakieś pożywienie na podróż. Dobrze wiedziałam, że wszystko może się wydarzyć w czasie drogi, a przezorny zawsze ubezpieczony. Uliczny gwar całkowicie pochłoną mnie we własnych myślach. Wspominałam czasy spędzone na Darawie, kiedy nikt nie posługiwał się walutą. Walka o przetrwanie była na porządku dziennym, nie to, co tutaj. Czasami uważałam, że miejski klimat mnie rozleniwił i już nie jestem w takiej samej formie, co parę lat temu.
Do domu wróciłam ponownie z niewielkimi pakunkami, które od razu schowałam do plecaka. Do kieszeni spodni wsunęłam niewielką książkę i cierpliwie czekałam na Arię. W pewnym momencie zmorzył mnie sen i nawet nie zauważyłam, kiedy odleciałam do krainy Morfeusza.
Obudziły mnie stanowcze szturchnięcia, jak się okazało czarnookiej.
- Jestem gotowa. – Szepnęła i podeszła do swojego plecaka. Szybko się przeciągnęłam i ostatni raz spojrzałam na salon. Ten sam porządek, co zawsze, jakby nic się nie działo. Jednak to był prawdopodobnie ostatni raz, kiedy tu przebywałyśmy.
- Chodźmy już Ario, czeka nas długa droga. – Odparłam i wyszłam na świeże powietrze. Zamknęłam drzwi, a klucz schowałam pod wycieraczkę.

~*~

Cały dzień przemierzałyśmy opustoszałe drogi, kierując się na południe. Miałam w planach dotarcie do Ucurum, jednak piechotą było to o wiele cięższe. Co jakiś czas musiałyśmy robić postoje, aby się napoić i najeść. Kiedy zbliżał się wieczór, w oddali zauważyłam tory, które mogły być dla nas ocaleniem. Postanowiłam rozbić tu prowizoryczny obóz. Kazałam siostrze rozłożyć śpiwory, a sama ruszyłam nazbierać drewna. Drogę w lesie oświetlałam sobie płomieniami wydobywającymi się z mojej dłoni. Kiedy uzbierałam odpowiednią ilość materiałów, wróciłam do swojej młodej towarzyszki i rozpaliłam ognisko. Niedługo później dziewczynka usnęła, a ja czuwałam na warcie, co jakiś czas dzióbiąc patykiem w ogniu. O świcie moje wyostrzone zmysły zakomunikowały zbliżającą się podwózkę. Szybko obudziłam siostrę i zwinęłam śpiwory. Zaspana białowłosa nie rozumiała, co się dzieje, kiedy jednak do jej uszu doszedł dźwięk naszego transportu, szybko się rozbudziła. Obie podbiegłyśmy do jadącego powozu. Przy torach podniosłam małą na ręce, a drugą chwyciłam metalową rączkę. W ostatniej chwili wskoczyłam do jadącego przedziału. Nie była to pierwsza klasa, ale zawsze mogłyśmy czas drogi zaoszczędzić na odpoczynku i porządnym wyspaniu się.

~*~

Mijały dni, aż w końcu wraz z siostrą dotarłyśmy do niewielkiej wsi na obrzeżach Ucurum. Dość szybko udało mi się znaleźć karczmę, była to głównie zasługa ogromnego ciemnego budynku. Sprawnie weszłam z małą do lokalu, nie zwracając większej uwagi na ludzi. Usiadłam wygodnie na krześle i poprosiłam siostrzyczkę, aby przeczytała mi wywieszone na ścianie zlecenia. Każde z nich było banalne lub nieopłacalne. Jednak w pewnym momencie usłyszałam dość interesującą rozmowę…
- Facet poszukuje pomocnika do jakichś badań, podobno nieźle płaci. Jedynie musisz mieć silne nerwy. – Wytłumaczył jednemu z klientów czarnowłosy barman.
- Permettez (Przepraszam), mógłby pan trochę opowiedzieć o tym? Aktualnie poszukuje jakiejś roboty, a to zlecenie brzmi ciekawie. – Poprosiłam, unosząc dumnie głowę.
- Taa, podobno chętne osoby mają się zgłosić jutro przy porcie, aby ten wybrał tę odpowiednią. Z tego, co słyszałem, ochotnik będzie miał zagwarantowany nocleg i wyżywienie. Nie jestem pewny, co do prawdziwości tego, ale jeśli chcesz się przekonać, to po prostu zjaw się na miejscu przed czternastą. – Odpowiedział uprzejmie, podając klientowi kolejną kolejkę trunku. Sama jedynie kiwnęłam twierdząco głową i zaczęłam z uśmiechem przyglądać się śpiącej na moich rękach białowłosej.
- Chyba znalazłam coś odpowiedniego dla nas Aria. Przynajmniej nie wpakujemy się w żadne bagno. – Szepnęłam, jakby sama do siebie, wewnątrz nie mogąc się doczekać jutrzejszego spotkania.

<Richard?>

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Od Lexie do Mirajane

  Przez całą noc Lexie czuwała, czując przyjemne ciepło swojej pani na udach. Poza tym było jej zimno od momenty, w którym przykryła ją swoim płaszczem. Nogi jej drętwiały, jednak nie śmiała się poruszyć, by nie obudzić księżniczki ze snu. Tyle się wydarzyło, tyle wycierpiała. Gwardzistka czuła, że i w jej oczach wzbierają łzy. Zamek płonął, a w nim wszyscy których znała. Służba, gwardziści, dworzanie... rodzina królewska. Jednak nie mogła sobie pozwolić na rozklejanie się. Nie teraz, gdy była prawdopodobnie jedynym wsparciem dla swojej pani. Nie mogła jej zawieść. 
  Pogładziła Mirajane delikatnie po głowie, przeklinając siebie za tę słabość. Nie mogła sobie jednak tego odmówić, gdy księżniczka była tak blisko i wyglądała tak spokojnie. Lexie zaskoczyło, jak gorące było czoło dziewczyny. Zaskoczyło i zaniepokoiło. Nie miała nic więcej, żeby ją okryć i zaczęła się obawiać, że jej wysokość rozchoruje się od emocji i spania na świeżym powietrzu.
  Dotyk jakby obudził księżniczkę, bo otworzyła oczy, po czym zaraz wtuliła się mocniej w brzuch gwardzistki. Nie dane jej było jednak ponownie zasnąć. Do uszu obu kobiet zaczęły dochodzić dźwięki. Jej wysokość podniosła się dobywając ukrytej pod płaszczem różdżki, a gwardzistka wstała. Tego właśnie obawiała się najbardziej. Z krzaków przed nimi zaczęły wynurzać się te wynaturzone istoty. Wiele z nich było poparzonych, wielu brakowało kończyn, jednak nie przeszkadzało im to maszerować w stronę kobiet. Lexie dobyła miecza. Swoją włócznię pozostawiła w ciele królowej i teraz tego żałowała z całego serca. Nigdy nie była najlepszym szermierzem. A teraz jej mierne umiejętności będą musiały wystarczyć jej pani w starciu z armią kreatur, z których wiele odebrało podobne wykształcenie, co gwardzistka. Brunetka z przerażeniem rozpoznawała twarze kolegów, z którymi tyle razy stawała na warcie lub których widywała na posiłkach. Zacisnęła zęby. 
- Uważaj na siebie, Lexie...
  Słowa księżniczki były ciche, jednak sprawiły, że serce gwardzistki podskoczyło. Zacisnęła mocniej palce na rękojeści miecza.
- Tak, wasza wysokość - powiedziała głośno, jakby wyzywając wszystkich, którzy chcieliby zadać kłam jej słowom, choć nie była nawet pewna, czy powinna stawać do tej walki. Czy nie lepiej byłoby od razu się wycofać.
  Najbliższa pokraka zbliżyła się na odległość miecza. Gwardzistka cięła na odlew, z przedziwną łatwością przepoławiając stwora. Jednak one nie walczyły pojedynczo. Kolejny rzucił się na nią, z prawej strony i gdyby nie lodowy sopel Mirajane zapewne przygniótłby strażniczkę swoim ciałem. Następne dwa padły od cięć w brzuch, a kolejnemu lodowy kolec rozbił głowę, aż maź krwi i mózgu rozprysły się dookoła, brudząc Lexie. Kolejne stworzenia padały u stóp gwardzistki, jednak nie było im końca. Dwór Leoatle był niezwykle liczny i strażniczka dobrze wiedziała, że nie mogą tego wygrać. 
  W pewnym momencie jedna z kreatur z dużą siłą wbiła się w gwardzistkę, odrzucając ją na kilka dobrych metrów do tyłu. Gdy Lexie uniosła głowę, podnosząc się na rękach poczuła, jak mięśnie jej wiotczeją. Przed nią stała znajoma zbroja, ściskająca znajomą włócznię. W ciemnych otworach hełmu płonęło ponuro czerwone światło. Stwór ponownie zaszarżował, i tym razem gwardzistka odturlała się na bok.
- Lexie! - usłyszała krzyk swojej pani i poderwała się z ziemi, szukając jego źródła. Coś białego i puchatego otarło się o głowę kobiety. Mirajane siedziała na grzbiecie Discorda, który rozmiarem dorównywał w tamtym momencie dorosłemu bykowi,  i wyciągała rękę w stronę gwardzistki. Ta bez wahania schwyciła ją i podciągnęła się na grzbiet stworzenia. Hares poderwał się gwałtownie do góry.
- Prosiłam, żebyś na siebie uważała... - powiedziała słabo. 
- Przepraszam, pani - odparła bezwiednie strażniczka, lustrując ziemię pod nimi. Ćmopodobne kreatury kłębiły się w miejscu, z którego przed chwilą się wyrwała. To nie wyglądało dobrze. Lexie spojrzała kątem oka na swoją panią. Czy ona też go widziała? 
  Coś świsnęło przeciągle i Discord zaskrzeczał z bólu, po czym jego lot stał się nierówny i rozpaczliwy. Zaczęliśmy tracić wysokość. 
- Discord! - krzyknęła Mirajane, próbując zapanować nad zwierzęciem. Nie mogło być jednak o tym mowy. Ptak z rannym skrzydłem nie uleci daleko.
- Pani, skieruj Discorda w stronę morza - Lexie wskazała mieniące się w blasku płonącego zamku wody. - Spróbujemy uzyskać pomoc od drugiego króla.
(Mirajane? Uh, nie lubię scen walki ^>.<^)

Od Lexie do Ayarashi

  Lexie cieszyła się, że nie musi za to płacić. Drobna, rudowłosa dziewczyna miała apetyt jak chłop na żniwach. Obserwowanie jak wciąga danie za daniem było wręcz fascynujące i gwardzistkę zaczęło zastanawiać, jakim cudem nie przybiera na wadze.
  Gdy tylko młodszy strażnik powiadomił kobiety o przebudzeniu tajemniczego napastnika gwardzistka przerwała jedzenie i wstała od stołu, posyłając znaczące spojrzenie Aya.
- Zostały mi dosłownie dwa dania. Poczeka na nas jeszcze pięć minut - oznajmiła ruda, dojadając nuggetsy. Lexie przewróciła oczami i pociągnęła za łańcuch gwałtownie, podrywając za rękę dziewczynę od stołu.
- Im szybciej to załatwimy, tym lepiej - mruknęła, ciągnąć towarzyszkę w stronę wejścia do lochów. 
  Po krętych schodach w dół sprowadził nas strażnik w pełnym rynsztunku oraz z pochodnią, a na dole przejęło nas dwóch kolejnych, podobnie odzianych. Co jak co, ale służba więzienna działała w tym kraju jak należy. W końcu nikt nie chciał ścigać drugi raz tych samych przestępców.
  Kobiety zaprowadzono do przedostatniej celi. Zgrzytnął klucz w zamku i ich oczom ukazał się przykuty za dłonie do ściany, dobrze zbudowany mężczyzna. W zębach miał knebel i ponuro patrzył na wchodzących.
- Dlaczego został zakneblowany? - zapytała Lexie jednego ze strażników, patrząc na niedawnego napastnika.
- Próbował odgryźć sobie język, pani - odpowiedział tamten, a gwardzistka pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Zostawcie nas samych - rozkazała, a strażnicy wyszli. Lexie wiedziała, że w razie czego będę tuż za drzwiami, a nie będą się przynajmniej plątać pod nogami podczas przesłuchania. Brunetka spojrzała na kątem oka na Ayę, po czym podeszła bliżej mężczyzny. Obejrzała go dokładnie, podwijając najpierw jego rękawy, potem odginając kołnierz, a następnie podnosząc koszulę. Z ponurym uśmiechem odsunęła się nieco, by pokazać towarzyszce, co znalazła. Na skórze więźnia wypalony został symbol sowy w locie. - Puchacz - powiedziała krótko i ponuro. - To nie wygląda dobrze.
(Ayarashi?^^ Może słyszałaś już wcześniej o Puchaczu? XD)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Od Crylin do Lexie

Spoglądałam spod materiału na gwardzistkę z nietęgą miną. Mnie również nie podobała się aktualna sytuacja, tym bardziej że teraz w niebezpieczeństwie jestem nie tylko ja i Lexie, ale również jej towarzysze i moja siostrzyczka.
- Można się domyślić, że ze skarbca, a jeśli chodzi o zleceniodawcę… Może być spory problem, garde. – Pomachałam głową na boki. – To jak szukanie jednej perły w ogromnym jeziorze. Jednak postaram się, skontaktować z kilkoma sojusznikami. Będę też miała do ciebie prośbę, ale to później. Teraz trzeba się wydostać. Z nim nawet mowy nie ma na ucieczkę przez okno. Za ladą baru są drzwi prowadzące na zaplecze. Zwolnię ci drogę i zrobię zamieszanie, aby nikt nie zwracał na was uwagi, a ty się przekradniesz. Najwyżej, jak coś nie wypali, to nie odwracaj się, zatrzymam ich. – Uśmiechnęłam się przerażająco, ukazując widocznie większe i bardziej zaostrzone kły. Wyczuwając zagrożenie chciałam prosić Lexi o zapewnienie małej siostrzyczce bezpieczeństwa. W tym momencie ściągałam na nią kłopoty, a wiedziałam, że z Lexie byłaby bezpieczniejsza... Przynajmniej do czasu, aż wszystko się uspokoi.

Zauważyłam uniesioną do góry brew swojej towarzyszki, która jeszcze tak naprawdę nie wiedziała, co potrafię. Odwróciłam się i spokojnie otworzyłam drzwi, nie patrząc przed siebie, dopiero jak uderzyłam w coś twardego, skupiłam się na wzroku. Zsunęłam z twarzy opaskę, aby ułatwić sobie prace.

- Bonjour et au Renoir. (Witam i żegnam) – Odparłam, po czym nabrałam więcej powietrza i uwalniając wewnętrzny ogień, dmuchnęłam w przeciwników. Zasięg płomieni był na tyle obfity, że nie mieli nawet czasu na ucieczkę. Nie pomogły im specjalne stroje, a ja nie pozwoliłam uwolnić nawet grama ich krzyków. Ciała przyszpiliłam kryształem do ściany, który zaczął się rozprzestrzeniać, pokrywając skórę w całości. Umiejętność lepszego panowania nad zdolnościami przy kontakcie wzrokowym zawsze była przydatna, szkoda tylko, że nie często mogłam sobie na nią pozwolić. Rozejrzałam się w głąb korytarza, ale wcześniejszych cwaniaczków już tu nie było. Kiwnęłam gwardzistce, że droga wolna i idąc pierwsza, kontrolowałam teren. Wcześniej oczywiście ponownie nałożyłam ciemny materiał na oczy. Nie może się rozprzestrzenić moje pochodzenie, a nie miałam pewności, czy ktoś na dole mi nie ucieknie podczas mordu.

Czując mdłości, pośpiesznie zakryłam sobie usta. Zawsze efekty uboczne ziania ogniem z ust były nieprzyjemne, wolałam używać do tego rąk, ale czasem byłam zmuszona się pozbyć gorąca z organizmu. Szybko powstrzymałam się przed zwróceniem śniadania i ruszyłam dalej przed siebie, układając w głowie plan działania. Przed schodami zatrzymałam brązowowłosą ręką.
- Dam ci znak, kiedy masz zejść. – Szepnęłam i zeszłam na dół.

Na szczęście nie było tu wiele osób, więc najzwyczajniej w świecie siadłam przed barem obok czarnowłosego mężczyzny. Niepostrzeżenie chwyciłam jego nóż do rzucania i schowałam do kabury. Zamówiłam sobie piwo dla niepoznaki i rozglądałam po pomieszczeniu. Ludzie śmiali się i upijali w najlepsze, nie zwracając uwagi na otoczenie. Gdy odebrałam napój, wstałam i zaczęłam się kierować w stronę wolnego stolika. Rzuciłam nóż w stopę jednego z ludzi, wywołując małe zamieszanie. Zaraz później dało się słyszeć krzyk i przekleństwa skierowane na właściciela ostrza. Następnie popchnęłam jedną z kobiet na pobliskiego mężczyznę, który zareagował na to, szczerząc się i klejąc do rudowłosej. W końcu i ona nie wytrzymała i rzuciła się na mężczyznę, prowokując resztę. W międzyczasie ukradłam sakiewkę z pieniędzmi kolejnemu mężczyźnie i podrzuciłam pod nogi siedzącego młodzieńca. Wróciłam do okradzionego gagatka, szepcząc mu na ucho: Słyszałam, jak niedaleko ktoś chwalił się, że cię okradł. W końcu zaczęło pojawiać się na tyle duże zamieszanie, że nikt nie zwracał uwagi na nic. Jedynie wciąż przeszkadzał mi barman, próbujący uspokoić najemników. Wypiłam do dna piwo i rzuciłam kuflem w pracownika, który padł na ziemię nieprzytomny. Każdy się kłócił i bił, nie zauważając nawet na to uwagi. Szybko wypuściłam płomiennego motyla w kierunku schodów, pilnując, aby każdy był zajęty czymś innym. Coraz musiałam unikać źle wymierzonych ciosów lub uważać, aby ktoś na mnie nie wpadł. Po chwili zauważyłam Lexie ciągnącą nieprzytomnego mężczyznę ze schodów. Spojrzałam na nią, wycofując się w bardziej bezpieczne miejsce, którym był bar.

<Lexie?>

Od Cynthii do Mer

Dziękowałam opatrzności, że ciemna kurtyna odcinała mnie od tego całego bólu. Miałam nadzieję, że będzie trwało to jak najdłużej, no ale... Nie można mieć wszystkiego.
Jeszcze zdrętwiała i nieposiadająca kontroli nad własnymi członkami poczułam najpierw mrowienie, a następnie coraz szybciej narastające cierpienie, rwące mnie na kawałki. Walczyłam z tym, błagałam, by znów się osunąć, lecz każda sekunda coraz bardziej wyrywała mnie z obojętności.
Mój słuch zaczął wyłapywać szmery płynące z otoczenia. Było cicho...
Zanim mogłam otworzyć oczy minęło kilka minut. Czułam się strasznie... Moje myśli wciąż były przyćmione, nie byłam pewna, gdzie się znajduję. Bałam się..
Spięłam się, powoli zmuszając obolałe ciało do pracy. Pierwszym wyzwaniem było usiąść... Teraz wyjść.... Wyjść.
Kiedy jednak wykonałam już parę kroków w kierunku drzwi... Trochę mi się przypomniało. Szczególnie ta góra metalu... A pod nią?
Cóż, próba zdecydowanie nie była udana.. A nawet bolesna. Wylądowałam na dość już posiniaczonych częściach ciała...
Puszka się podniosła, jednakże zanim zorientowałam się, czy po to, by mnie rozdeptać, czy po coś innego, zza drzwi rozległy się niepokojące odgłosy, coraz bliższe, coraz głośniejsze...
Aż nagle drzwi od izby otworzył się, z hukiem uderzając o ścianę. A stanął w nich..
...Nie. Jak dużego pecha można mieć jednego dnia?
Mój ostatni, ekhm, klient-ofiara, czerwony na twarzy, prowizorycznie opatrzony... Widocznie wściekły.
Dopadł do mnie, jego ciężkie kroki dudniące na panelach. Jego tłusta, obrzydliwa łapa chwyciła mnie wpierw za włosy, boleśnie podrywając na kolana, a następnie zacisnęła się na mym gardle. Rozum kazał mi walczyć, o tlen, o powietrze, ale moje dłonie nie był nawet na tyle silne by się zacisnąć. Serce dudniło mi coraz głośniej, mój oprawca krzyczał coś, czego nawet nie słyszałam... A mi, z każdą chwilą pozbawioną dechu coraz bardziej ciemniało w oczach. Miałam wrażenie, że trwało to wieczność.
Zrozpaczonym wzrokiem szukałam pomocy...
< Puszeczko-Niespodzianko? :3 >
*I tak. Ja żyję*

Od Mirajane do Lexie

Ciemność. Okropna, zimna, pusta, zupełnie bez niczego. Jakbym unosiła się w lodowatej wodzie z kostkami czegoś jeszcze chłodniejszego... Głowa mnie cała rozsadzała, a ciało zachowywało się jak nie moje. Co czułam prócz tego? Nic. Jakby nicość, która kawałkami mnie pochłaniała, brała kęs za kęsem, nie chciała przestawać. Ból jakby zaczął przeplatać się z lodem oraz pustką, nie lubiłam tego uczucia. Wokół mnie, jak przez grubą ścianę, słyszałam głosy... Było ich kilka... Potem kilkanaście... Mama. Moja mama, jaka dusiła mnie przed chwilą, chciała odebrać mi życie, chciała, abym nigdy nie była już szczęśliwa, abym nie zaspokoiła mojego marzenia o tym, aby mieć partnera jaki zawsze będzie mnie kochał...
Tata. Mój ojciec, jaki martwo patrzył na zabijanie mnie i nic nie chciał zrobić. Czułam, jakby potem jeszcze zawinił, jakby gonił tego, kto mnie właśnie ratował z tej lodowatej przestrzeni i nie chciał puścić. Mój tata nie chciał mi pomóc.
Lud. Mój lud, którego moja własna matka przemieniła w okropną, wielką armię złożoną z kobiet, mężczyzn, dzieci i zwierząt. Nie obchodziło ją nic... Podobnie jak mój lud, nie opierający się temu złu jakie robiła.
Lexie. Moja Lexie, jaka zawsze chciała mi pomagać. Mimo jej częstego odmawiania, wiedziałam, że robi to dla mojego dobra. Szanowałam ją, kochałam miłością platoniczną, była mi tak bliska i nigdy daleka. Pomagała mi bez znaczenia na wszystko, zawsze była obok. Kiedy jej potrzebowałam, pojawiała się. Kiedy było mi smutno, była gotowa mnie pocieszać. Nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobiła. Zasługiwała na wszystko co najlepsze, a nie poświęcanie swojego życia w moje imię... Nie chciałam jej stracić.
Mer. Mój Mer, który mimo tej okropnej ciszy był miły. Skąd to wiedziałam? Nigdy nie zrobił mi nic złego, ciągle pomagał dla Lexie, chronił mnie przed natarczywymi mężczyznami i tłumami pod zamkiem. Zawsze wybywał razem z nami... Gdzie teraz był? Walczył. Nie wiedziałam gdzie, nie wiedziałam jak... Pewna byłam jednego, chciałam, aby teraz był ze mną i z moja gwardzistką, aby nie tracił życia i sił na polu przegranej już dawno walki...
Nagle, ciepło. Dziwne, ale zarazem uspokajające. Woda zaczęła zanikać, a mnie ktoś wyciągał na powietrze. Moje płuca nie znosiły tego ciężaru, dusiłam się. Chciałam świeżego powiewu wiatru, słońca, a nie ciemności i chłodu. Było... Zimno. A teraz powolutku, krok za krokiem robiło się cieplej i cieplej. Nie wiedziałam jak to działało, co się właśnie działo, ale chciałam być już wolna z tego okropnego miejsca. Dłoń, jaka mnie wyciągnęła po chwili mocniej mnie przytuliła do siebie, a ja po zapachu powoli poznawałam kto to jest. Zapach ciepła, pomocy... Chęć ochrony zawsze biła od niej ogromnym blaskiem, szacunek wobec niej nie malał ani na chwilę, a w jej obecności zawsze to czułam. Lexie. Wyprowadziła mnie z... Płonącego zamku. Mojego domu, jaki właśnie palił się z moją matką, ojcem i ludem w środku. Czy tam był Mer?! Nie, nie. Nie mogło go tam być. Musiał zaraz tutaj przybyć. Na pewno wyskoczył i płynie teraz wodą, aby za jakiś czas do nas dołączyć. Nie mógł umrzeć. Nie mogłam stracić ludzi jakich potrzebuję teraz obok siebie. I tym właśnie osobom najmocniej ufałam... Nikomu innemu zaufać nie mogłam...
- L-Lexie...? - szepnęłam słabo, nadal mnie jakby coś dusiło w gardło, ciężko przechodziły mi słowa przez usta.
- Nic nie mów, moja pani. Jak będziemy bezpieczne, porozmawiamy. - powiedziała krótko.
Ja jednak nie dałam rady być cicho. A dlaczego? To chyba jasne. Mój dom płonął! Moi rodzice i inne znane mi osoby właśnie paliły się żywcem. Co z Merem, gdzie on jest. Nie mogłam stracić przedostatniej, najbliżej mi osoby. Nie, nie mogłam...
- L-Lexie... P-Pali się... M-Mer... N-Nie żyją...? L-Lexie... Uratuj i-ich... - powiedziałam, zaczynając płakać.
Kobieta spojrzała na mnie, mocniej przytulając mnie do siebie, trzymając mnie ciągle tak, abym nie wypadła. Tak bardzo się bałam... Tak bardzo chciałam usiąść i się mocno przytulić do mojej gwardzistki i zarazem najlepszej na ziemi przyjaciółki, jaką kochałam... Kiedy byłyśmy już bardzo daleko od zamku i chował się on powoli za horyzontem, kobieta zwolniła i teraz już szła ze mną w ramionach. Nadal byłam słaba, gdyby nie to, dałabym radę iść samodzielnie... Powoli się oddaliłyśmy od płonącego zamku, a Lexie wkroczyła do lasu, gdzie po zagłębieniu się w puszczę, posadziła mnie przy drzewie i rozpaliła ogień. Usiadła obok mnie, a ja od razu przytuliłam się do niej. Poczułam jak cała się od razu spina, a jej twarz wyraża zaskoczenie i zakłopotanie, ale zarazem dziwne, ale na swój sposób piękne uradowanie. Długo nie nacieszyłam się jej ciałem, bo odsunęła mnie od siebie. Jak zawsze... Spuściłam nisko głowę, ale po chwili uniosłam ją, czując po chwili spływające po policzkach łzy.
- Moja mama... C-Chciała mnie zabić... - szepnęłam. - Lexie... G-Gdzie jest Mer...? - zapytałam ją, a nie otrzymując odpowiedzi znowu się do niej przytuliłam. - Masz mnie nie odsuwać... To rozkaz... - dodałam cicho.
W tej pozycji usnęłam... Prawdopodobnie potem zsunęłam się na uda gwardzistki i tam zapadłam w sen... Tym razem świadomy. Kiedy było mi zimno, okryto mnie czymś ciepłym. Kiedy pociło mi się czoło, ocierano mi je. Kochałam ją, naprawdę ją kochałam jak siostrę. Jak najbliższą mi osobę, bo reszta mnie zawiodła... Mer. Gdzie on jest. Za nim też tak bardzo tęsknię...
---
Obudziłam się rano, kiedy nagle zrosił mnie pot i gorąc. Czyżbym chorowała? Prawdopodobne, często nawet mała zmiana temperatury kończyła się u mnie przeziębieniem. Wtuliłam się w brzuch Lexie, nieco panikując. Nie mogłam teraz przecież chorować... Zawiodłabym ją. Przecież to oznaczało, że w niczym nie dałabym rady jej pomóc... Nagle usłyszałyśmy dziwne... Coś. Ciężko było to nazwać znajomym odgłosem. To było coś, co słyszałam po raz pierwszy w życiu. Nagle z krzaków wyszła armia z zamku... Oni żyli... Nie umarli. Nie widziałam tam Mera, czyli nic mu się nie stało... Spanikowałam i to dość mocno, bo nadal nie czułam się na siłach, aby walczyć. Mimo to, złapałam za różdżkę ukrytą pod płaszczem i spojrzałam na Lexie.
- N-Nie przemęczaj się. Jak już będziemy czuły, że nie damy rady, zawołam Discorda, aby nas zabrał... - powiedziałam.
Dobrze wiedziałam, że mój pupilek pojawi się na każde moje skinienie. Był posłuszny, choć czasami nieco wariował... Spojrzałam na gwardzistkę z nadzieją.
- Uważaj na siebie, Lexie... - szepnęłam.
<Lexie? Morduj! <3 >

A teraz, na twojej głowie pojawi się ... TOPÓR HAHAHAHA!!!

Imię: Uftak
Nazwisko: Ghal'agash
Przydomek/Pseudonim: Magik
Wiek: 40
Płeć: Mężczyzna
Wzrost: 195 cm
Rasa: Ork
Zawód: Wędrowny magik, sztukmistrz i awanturnik.
Miejsce zamieszkania: Leoatle
Miejsce urodzenia: Merkez
Charakter: Rodzina Ghal'agashów od wieków zajmowała się tym, czym zajmuje się każdy szanujący się Ork - piciem, wszczynaniem burd i rozbijaniem łbów (w dowolnej kolejności). I choć Uftak wyssał te zainteresowania z mlekiem matki, to różnił się znacznie od swoich pobratymców. Jego zwycięstwa nie były spowodowane jedynie brutalną siłą, lecz przede wszystkim sprytem, podstępem i odrobiną magii. Uftak nie mógł po prostu kogoś zdzielić toporem, musiał najpierw wyjąć go ze swojego kapelusza!
Co jeszcze lubi porabiać? Jak każdy dobry magik - grać w karty. Poker, Blackjack, czy Makao, nie ma to znaczenia, zna je wszystkie, i gdy tylko ktoś zaprosi go do gry, uśmiech od ucha do ucha pojawia się na jego twarzy, przez co wygląda prawie jak dziecko. Iskierki pojawiają się w jego oczach, a ręce same rwą się do wykonywania efektownych tasowań, przełożeń i sztuczek.
Jaki jest? Choć przez swój tryb życia wielu zalazł za skórę, to dla tych którzy go znają nie ma lepszego towarzysza. Swoimi sztuczkami potrafiłby rozśmieszyć krasnoludzkiego bankiera, a każde postawione przed nim wyzwanie można uznać za wykonane. Uftak śmieje się gromko, pije na umór, i imprezuje jak mało kto.
Rodzina: Orkowie nie słyną z szczególnie mocnych więzi rodzinnych, i Uftak nie jest tu wyjątkiem.
Partner: To się jeszcze okaże...
Umiejętności:
  • Iluzje, sztuczki, zwinne palce, i bystry umysł - są to rzeczy które zawsze znajdują się w arsenale Uftaka. Ale na tym nie kończy się lista : nietoperze z kieszeni, włócznia z buta,  czy ostry jak brzytwa As z rękawa zawsze są do jego dyspozycji. I oczywiście wiele innych, ale gdybyśmy mieli wymieniać mogłoby się dwa razy ściemnić.
  • Gdy niektóre sytuacje zapędzą go w kozi róg, przychodzi czas na użycie magii. Nigdy nie jest to magia ofensywna - Uftak uważa że odbiera ona zupełnie frajdę.  Jest ona za to bardzo wizualna - teleportacji z jednego miejsca na drugie towarzyszy stado oślepiająco kolorowych motyli, a stworzone przez niego zaklęcie tarczy hipnotyzuje swoimi niecodziennymi kształtami.
  • Na końcu gdy zabawa dobiega już końca, czas na krwawy finisz. Choć zwykle wystarczy mu pozostawienie swojego celu zdezorientowanego i ogłupionego, to jeśli ten ktoś był wredny, wywyższał się lub w inny sposób zalazł Uftakowi za skórę, kończy on z obitą twarzą lub toporkiem w głowie.
Aparycja: Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to tutaj  Uftak jest bardzo charakterystycznym orkiem. Uszyty na miarę elegancki strój, uczesane włosy (!) i stylowy kapelusz. Gdy jednak odwróci się uwagę od jego stroju, można zobaczyć sylwetkę doskonałego wojownika. Węzły stalowych mięśni, dumna, wyprostowana sylwetka i czujne spojrzenie. Nawet gdy jest już pijany, nie wygląda jakby opłacało się z nim zadzierać. Najciekawszą cechą charakterystyczną są cztery tatuaże ukryte na jego ciele. Symbolizują cztery figury karciane, i zdają się ciągle zmieniać położenie. Stają się dokładnie widoczne dopiero wtedy kiedy Uftak korzysta z swojej magii.
Historia: Mało wiadomo o historii Uftaka. Z plotek i krótkich doniesień można wywnioskować, że w swoich młodzieńczych latach wędrował po wielu krainach,  tu i tam dokonując jakiś fantastycznych wyczynów, między innymi wykradł wężowy klejnot z świątyni Setha, ośmieszył  publicznie maga Halakhanosa ściągając jego spodnie a potem ogłuszając nogą od krzesła. Nie trzeba wspominać iż takim trybem życia narobił sobie niemało wrogów, dlatego nigdy nie przebywał za długo w jednym miejscu. Podczas swoich podróży starał się także szlifować swoje umiejętności, przeglądając magiczne woluminy czy pojedynkując się z znanymi wojownikami. Ostatnimi czasy zdaje się przebywać podejrzanie długo w Leoatle… Czyżby powoli starość wkradała się w jego ciało i Uftak zaczyna myśleć o emeryturze? Albo być może planuje coś spektakularnego w Leoatle, jakiś wielki psikus, który wstrząsnąłby całym miastem? Tego nie wie nikt.
Głos: Youtube timestamp
Towarzysz: Zbyt często Uftak próbuje zrobić coś co zdecydowanie przerasta jego możliwości. Choć jak na razie przeżył wszystkie takie sytuacje, to z nie jednej wyszedł z poważnymi obrażeniami. W takich sytuacjach zawsze pomaga mu gobliński szaman Zatag. Podróżuje on z Uftakiem po części z wdzięczności za uratowanie życia, ale przede wszystkim dlatego że orkowy magik jest prawdziwą kopalnią złota. Zatag korzysta z każdej sposobności żeby na nim zarobić. W zamian nie raz ratował życie Uftakowi, korzystając z naparów, ziół i prymitywnej magii.  
Inne: Choć nigdy się do tego nie przyzna, cholernie boi się wydr. Czasami śnią mu się po nocach.
Właściciel: Valhalla12345#3895 (Discord)


Preferowana długość odpisów: Jestem nowy więc raczej krótsze opisy. Ale nie trzeba mnie oszczędzać znowu jakoś bardzo.
Stopień Wpływu (SW): 5SW (Jednak chciałbym zaznaczyć że Uftak jest sprawnym i sprytnym awanturnikiem, i jego okaleczenie lub śmierć powinna być wynikiem wyjątkowo intensywnej akcji.)

sobota, 6 kwietnia 2019

Od Ayarashi do Lexie

Uważałam, że gwardzistka, działała trochę za szybko, ten typek mógł wyjawić nam coś jeszcze, jakby tylko poczekała trochę dłużej. Moja towarzyszka podniosła nie przytomnego mężczyznę z podłoża i ruszyliśmy w stronę posterunku, gdzie chciała go zostawić. Ruszyłam powolnym krokiem, za nią. Nie miałam ochoty, być targana za ten przeklęty łańcuch. W pewnym momencie, z cienia wyskoczyła na mnie zakapturzona postać, w ostatniej chwili zablokowałam atak swoim ostrzem. Gdy Lexie wyciąga broń, postać odskoczyła. Chwytając łańcuch i przyciągając go do siebie. Ta mała chwila nieuwagi, kosztowała nas obie wytrącenie z równowagi. Brązowowłosa oparła się o miecz, tym samym się odsłaniając, zabójca chciał to wykorzystać, lecz nie spodziewał się, że szybko się zbiorę i go atakuje. Skoczyłam mu na plecy, przez co zaczął się szamotać. Zupełnie nie widziałam otoczenia, nie byłam w stanie stwierdzić, co właśnie robi Lex. Gdy postać mnie z rzuciła, tym samym zacisnęła pętle na swojej szyi, która utworzyła się podczas naszej szamotaniny. Obie szarpnęłyśmy mocno łańcuch, tak by postać straciła przytomność. Gdy to nastało, poluźniliśmy i sprawdziliśmy, czy żyje. Po upewnieniu się, że wszystko jest dobrze, zaciągaliśmy obu panów na posterunek. Tam się niemi zajmą. Gdy tylko przekroczyliśmy próg drzwi, wręczyliśmy ich, komu trzeba. Zaburczało mi cicho w brzuchu.
- Może mała przerwa na posiłek, skoro musimy poczekać, aż się obudzą. - Dziewczyna odparła zadowalając moją osobę. Ruszyliśmy na jadalnie, która znajdowała się na posterunku. Nawet nie wiedziałam, że ją tutaj mają. Podeszliśmy do okienka, po drugiej stronie stał chudy jasnowłosy mężczyzna.
- Co chcecie? - Zapytał nas z uśmiechem na twarzy, wydawał się lubić swoją pracę, zaczęłam wymieniać dania. -Widać, że masz spory apetyt. - Zaśmiał się i po paru chwilach, podał zamówione danie, gdy Lex też odebrała swój posiłek, usiadłyśmy przy stole, a jej mina zdradzała jej zaskoczenie.
- Ty to wszystko zjesz?
- Tak, to takie dziwne? - Zapytałam między ugryzieniami kurczaka. Pierogi, nuggetsy, naleśniki, Shake, soczek., frytki, schabowy wszystko to pochłonęłam. Gdy zostały mi nuggetsy i shake, dowidzieliśmy się, że interesująca nas osoba właśnie się ocknęła.
(Lexie?)

Od Akroteastora do Kiirana

- NIEMALŻEŚ ZGADŁ - Morteo pokiwał głową w zamyśleniu, a awanturnikowi nieco zrzedła mina. - MOJA OSOBA POTRZEBOWAĆ BĘDZIE KILKA STANDARDOWYCH SKŁADNIKÓW. - To mówiąc Akroteastor wystawił przed siebie zaciśniętą dłoń i zaczął wyliczać na palcach. - ŚWIECE CZARNE, ZAPACHOWE, SPROSZKOWANY WĘGIEL, PIEPRZU ŻUWNEGO NIECO, CALEI ORAZ LULEK CZARNY. OFIARĘ STANDARDOWĄ W POSTACI KRWI ZWIERZĘCIA, KURCZAK POWINIEN BYĆ WYSTARCZAJĄCY. POZA TYM DO PRZYWOŁANIA HOLERA POŚWIĘCIŁO SWOJE ŻYCIA TRZECH KULTYSTÓW. JEDNO Z ICH SERC BĘDĘ POTRZEBOWAŁ. 
- Serce kultysty? Mówisz, że mamy wrócić do tamtego miasta, mimo że ledwie z niego uciekliśmy? - Chłopak nie wyglądał na przekonanego. - Powiedzmy, że reszta składników brzmi nawet sensownie, ale z tym może być problem.
  Akroteastor wiedział o tym. Jednak nie w tym wypadku nie było za bardzo drogi, by to obejść. O ile większość składników zależała od preferencji okultysty, o tyle ten jeden element nie był zależny od niego. Był wyznacznikiem kierunku, w którym podążać będzie rytuał.
- NIE JA USTALAM REGUŁY. - Stwór wzruszył ramionami. 
- Już łatwiej byłoby podążać za tropem i znaleźć tego maga, który zniewolił tego demona, niż załatwianie tego wszystkiego - zauważył Kiiran, rozglądając się po polanie.
- ŁATWIEJ NIE ZNACZY LEPIEJ - zauważył Morteo. Stworowi nie uśmiechało się gonienie osoby, kimkolwiek była, która miała dość mocy, by poradzić sobie z szalejącym betztamerem oraz zmusić go do uległości. Nawet posiadając prawdziwe imię nie było to proste. A przecież nawet czczący go kultyści go nie posiadali. - Z MEGO DOŚWIADCZENIA WYNIKA, ŻE ROZSĄDNIEJSZYM JEST WYBÓR ROZWIĄZANIA NIE ZAKŁADAJĄCEGO POGONI ZA MAGIEM. W SZCZEGÓLNOŚCI ZWAŻYWSZY NA FAKT, IŻ TOŻSAMOŚĆ OWEGO JEGOMOŚCIA JEST NAM NIEZNANA. - Akroteastor zaplótł dwie pary rąk na piersi. - NA TAKOWY POŚCIG MOJA OSOBA SIĘ NIE PISZE.
(Kiiran? Więc jak?^^)

piątek, 5 kwietnia 2019

Od Lexie do Ayarashi

  Głowa mężczyzny odwróciła się na moment, po czym spojrzał wściekle na Lexie. Z ust płynęła mu stróżka krwi.
- Słuchaj no, ty suko - warknął, jednocześnie korzystając z chwili swobody próbując się wyrwać. Na próżno. Ręka gwardzistki tylko mocniej przycisnęła mu sztylet do gardła. - Puść mnie, albo będziesz mieć do czynienia z na prawdę nieprzyjemnymi ludźmi.
- Nie ty dyktujesz warunki - zauważyła ciemnowłosa. - A teraz mów, póki możesz.
  Mężczyzna zacisnął usta w wąską szparkę. Strażniczka znała ten wyraz twarzy. Westchnęła i z całej siły przywaliła mu pięścią w skroń. Minormator zaczął się osuwać po ścianie na bruk, jednak Lexie złapała go w połowie drogi. Schowała sztylet i zarzuciła sobie oprycha na ramię.
- Nic nam nie powiedział - zauważyła Aya. 
- Nic by nie powiedział - mruknęła gwardzistka, wzruszając ramionami, co sprawiło, że zbir się zachwiał. - Odniosę go na posterunek. 
- Powiedziałby - zapewniła ruda, ruszając za towarzyszką. - Za słabo naciskałaś.
- Może - odparła krótko, ucinając dyskusję. Być może gdyby bardziej naciskała faktycznie by coś powiedział. Być może nawet zrobiłby to kilka chwil przed tym, jak jego ziomki nie pojawiłyby się za plecami dziewczyn. Lexie jednak obawiała się, że zrobiły zbyt wiele zamieszania i nie zdołałyby umknąć towarzyszom Minormatora.
  Ulice były ciche, wiał lekki wietrzyk. Gdzieś zaszczekał pies. Gwałtownie z ciemności wyłoniła się zakapturzona postać i rzuciła prosto na Ayę, zupełnie ignorując idącą obok niej gwardzistkę. Lexie wypuściła trzymanego zbira w tym samym momencie, w którym klinga noża napastnika skrzyżowała się z bronią rudej. Miecz wyskoczył z pochwy strażniczki, jednak przeciwnik jakby to wyczuł, bo gwałtownie odskoczył, chwytając przy tym za łańcuch, łączący obie dziewczyny i wytrącając je z równowagi. Wtedy...
(Ayarashi? Zostawiam cię z naszym zabójcą^^)