środa, 6 listopada 2019

Od Misericordii do Matriasena


Powinna była uciec. Kiedy tylko tajemniczy nieznajomy zniknął za drzwiami powinna wziąć nogi za pas, uciekać do lasu znaleźć Te’Yahnnę i opuścić to miejsce jak najszybciej. Po ucieczce z więzienia prawdopodobnie szuka ją cała straż więzienna, pewnie nawet i sam cesarz wysłał już za nią pościg. Ciekawość jednak była silniejsza od niej. Przecież nic się nie stanie jeśli tylko na chwilę zajrzy do szopy, prawda?
Wnętrze wyglądało jak wysypisko śmieci upchnięte w niewielkim pomieszczeniu. Wszędzie dookoła walały się śrubki, sprężyny, zębatki i inne bliżej niezidentyfikowane kawałki żelastwa. Ściany były niemal całkowicie zasłonięte przez góry śmieci, których przeznaczenia Misericordia nie próbowała się nawet domyślać. Za źródło światła służyła tajemnicza konstrukcja zwisająca z sufitu. Pośród poskręcanych rurek i powyginanych drutów, z których sypały się iskry wystawało coś na oko przypominające kryształ kwarcu w kształcie kuli. Wewnątrz znajdował się poskręcany drucik, który emitował żółtawe światło. Gdyby nie wiedziała nic o państwie, w którym się znajdowała mogłaby uznać, że jest to jakiś nieznany rodzaj magii. Skoro jednak znajdowali się w Sharr musi to być jakaś niezrozumiały dla niej mechanizm. O ile była w stanie zrozumieć magię, o tyle poruszające się i świecące przedmioty niemagiczne były dla niej zagadką. Kiedy wróci musi zapytać smoczycy czy wie coś więcej na temat technologii używanej w tym państwie. Tymczasem jednak postanowiła dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu. Białowłosy grzebał coś przy drzwiach, z których to leciał gęsty, czarny dym. Nie miała zielonego pojęcia o konstrukcji samootwierających się niemagicznych drzwi, jednak płaski kawałek żelastwa, wciśnięty między koła zębate dziwnego urządzenia stojącego w bliskim sąsiedztwie drzwi, nie wyglądał na coś, co zostało tam umieszczone celowo. Nieśmiało podeszła do trzęsącego się ustrojstwa, złapała zaklinowaną blaszkę i pociągnęła. Maszyna podskoczyła, wypluła z siebie obłok pary a drzwi gwałtownie się otwarły wpychając białowłosego w górę śmieci. Ten jednak nie wyglądał na szczególnie wkurzonego czy zaskoczonego. Wprost przeciwnie, z uśmiechem na ustach zeskoczył ze stosu rupieci i pełnym entuzjazmu głosu wykrzyczał:
- Wiedziałem! Idealnie nadajesz na mojego asystenta! – pokazał jej ruchem ręki żeby poszła za nim – A teraz pokażę ci moje najnowsze dzieło.
Zaczął iść w stronę jednego z żelaznych pagórków. Po raz kolejny pomyślała o tym, że powinna była już dawno temu uciec. Jednak już w chwili kiedy przekroczyła próg szopy podjęła decyzję – chce zobaczyć czego chce od niej nieznajomy i być może nawet odwdzięczyć się mu jakoś za uwolnienie z rąk niezbyt przyjaznych strażników więziennych. Poszła więc za nim w głąb pomieszczenia, przeszła przez drzwi schowane za stosem rurek i ujrzała coś, co sprawiło, że przestała kwestionować swoje decyzje. Niemal całe pomieszczenie zajmowała konstrukcja z rur i krzywo złączonych kawałków blachy. Jednak prawdziwie przerażający widok znajdował się na biurku przy ścianie. Stało tam wiadro pełne zwiędniętych, zgniecionych i lekko nadgnitych marchwi. Wyglądały jakby znajdowały się tam od dłuższego czasu. Również schematy rozrysowane na wielkiej płachcie papieru przywieszonej do ściany napawały ją przerażeniem. Nie rozumiała tego co widziała przed sobą, nie wiedziała też do czego służy tajemnicze urządzenie. Jednak rysunek marchewki ze strzałkami był jednoznaczny. W tym pomieszczeniu, za pomocą tej maszyny, przeprowadzane były eksperymenty na warzywach.
(Matriasen?)

Od Raggasha do Akroteastora

Raggash zamyślił się chwilę.
- Nie nie nie, palenie przestępców jest nudne. Miałem tego dość w piekle. Nic tylko krzyczą i krzyczą. Jakby, na przykład, łaskotać kogoś aż się udusi, to byłby ciekawsze!
Baron, choć ciężko w to uwierzyć, zrobił się jeszcze bledszy. Demon uznał, że starczy już nabijania się z gospodarza, w końcu miał niezłe poczucie humoru, choć widać było że jego najlepsza odmiana jest mu kompletnie obca. Wyswobodziwszy kciuk w sobie tylko znany sposób, kontynuował swą przemowę, żywo gestykulując, przy okazji machając zabawką przed oczami zebranych. Demon zdawał się tego nie zauważać
-Baronie, niech się Pan nie trwoży! Pańska mała, hm, inicjatywa reorganizacji Cellanu... Znajdujemy się w Cellanie, nieprawdaż? - Raggash poczekał na potwierdzenie od któregoś z zebranych, w końcu Elkanov kiwnął powoli głową - Świetnie, reasumując, jesteście Panowie całkiem bezpieczni. Zresztą, kto mi niby uwierzy? Przylecę pod osłoną nocy do komnaty obecnie panującego w postaci chmury pyłu, zmaterializuję się na środku jego komnaty i powiem mu "Siemasz królu, jestem duchem Twojej teściowej, von Rihler spiskuje przeciw Tobie"?- gospodarz zachichotał,  rozluźniając się nieco- Poza tym, już Pana polubiłem Baronie, żart o praczce godny powinszowania. Przy okazji, nie chciałby się Pan wymienić? Pański elektryczny pierścień za moją pułapkę? - Morteo wolał przeczekać ten wybuch aktywności Raggasha, a Baron przyjrzał się przedmiotowi. Niezbyt odważnie odrzekł:
- Pan wybaczy, ale niezmiernie polubiłem ten przedmiot. Mogę jednak skierować Pana do rzemieślnika, który go dla mnie wykonał. Ale jeśli Pan pozwoli, chętnie przetestuję tę pułapkę, o ile jest bezpieczna!
- Gwarantuję, że palca Panu nie utnie- uśmiechnął się Raggash, podając mu zabawkę. Baron mocując się z zabawką podjął temat właściwy.
- Skoro każdy z nas pragnie obalenia tej żałosnej dynastii, omówmy sposób osiągnięcia tego celu.
- Doprowadzenie króla do zawału wchodzi w grę? - Wtrącił Raggash
- ZA WCZEŚNIE NA TAK DRASTYCZNE DZIAŁANIA. SUGERUJĘ PRZEMYŚLANE, ROZWAŻNE CZYNNOŚCI.
- A chaos kontrolowany? - Demon nie dawał za wygraną.
- MA PAN COŚ KONKRETNEGO NA MYŚLI?
- Mówił Pan o zdobywaniu popleczników. Można poszerzać nasze wpływy wprowadzając anarchię, która służy naszym celom. Gdy przestanie być użyteczna, zgasimy ją jak płomień świecy.
- Jedno pytanie, Panie Avangash... - Baron wrócił do rozmowy, z kciukami uwięzionymi w zabawce wyglądał jednak infantylnie- Może dwa. Jak chce Pan ten... Bezład, kontrolować?
- Będę tworzył ludziom przywódców, którzy znikną gdy rewolucja osiągnie swój cel- mówiąc to przybrał postać niskiego, groźnie wyglądającego mężczyzny o czarnych, króciutkich wąsach i prostych włosach tego samego koloru, zsuwających się na czoło.
- A TO KTO?
- Pewien jegomość zasłużony u byłego szefa.-postać mówiła z dziwnym, ostrym akcentem-Bardzo charyzmatyczny. Ale może, ot tak- Demon pstryknął palcami i wrócił do poprzedniej postaci-zniknąć. Rebelia bez wodza się nie ostoi...
- Czyli będziemy osłabiać pozostałych siłą... Chłopów?- Baron był co najmniej zdumiony.
- Chłopów, mieszczan, żołnierzy. Gdy zdobędziemy ich serca i osłabimy władzę ich Panów, złożymy im propozycję nie do odrzucenia. Mogę nawet przybierać postać naszych popleczników, których potem ustawimy na stanowiskach...
- Zanim podejmiemy decyzję- von Rihler ponownie zabrał głos- czy mogę zadać drugie pytanie? -Avangash skinął zachęcająco głową- jak to zdjąć? - Spytał szlachcic, unosząc spętane dłonie.
Demon zarechotał i kilkoma ruchami uwolnił Barona z pułapki. Ten roztarł kciuki z ulgą.
- Za kontakt do owego rzemieślnika ofiaruję Panu ten przedmiot, von Rihler.
- Stoi!
W ten sposób szybciej ustalono cenę zabawki niż sposób obalenia monarchii. Zbrodnia doskonała! Raggash wykonał jeszcze kilka ruchów i wyjął coś z zabawki, a następnie przekazał podarek Elkanovowi.
- Co Pan wyjął?
- Hm? A tak, mechanizm odcinający palce. Raczej się Panu nie przyda.
Baron zaśmiał się, traktując to jako żart. Raggash pomyślał, że lepiej będzie nie mówić mu że gdyby szarpnął z obu stron, stałby się Czteropalczastym Baronem.  Miał, co prawda, kontrolę nad urządzeniem, ale wystarczyłaby chwila nieuwagi...
- Zatem, taka jest moja propozycja. Podburzyć, osłabić, przejąć kontrolę i pokazać ludowi ich "wodza" z poprzednim Baronem jako nowe przymierze.
- Dobra zmiana, że się tak wyrażę- rzucił z uśmiechem Baron- masa chaosu, mamimy ludzi i dopychamy się do władzy. Niegłupie, przyznaję, Panie Avangash, jestem pod wrażeniem!
- Dziękuję, Baronie. Miło słyszeć że tak oświecony jegomość podziela moje zdanie. Pytanie, czy Pan Akroteastor ma może inną koncepcję?
(No właśnie Ketsurui, ma jakąś?)

poniedziałek, 4 listopada 2019

Od Akroteastora do Raggasha

Akroteastor nie lubił ryzyka. Ryzyko zawsze niosło ze sobą mnóstwo kłopotów. Jedną ze świętych zasad, które Morteo wyznawał było "Jeśli coś może pójść nie tak, to pójdzie. Jeśli coś nie może pójść nie tak, i tak pójdzie.", a jak powszechnie wiadomo demonom nie wolno ufać. Nawet najmarniejszy imp, jeśli mu pozwolić, doprowadzi do zguby swego pana. Jednak czy cała ta sytuacja nie była na tyle ryzykowna, że podjęcie tego dodatkowego, niewielkiego ryzyka nie zmieni zbytnio jego poziomu? Liivei nie wiedział nic o tym demonie, może poza tym, że lubił dobre żarty. Uniósł się w fotelu, by móc zbliżyć się do rozmówcy.
- CZYLI ZALEŻY PANU NA CHAOSIE? ACZKOLWIEK NIE POWINNO MNIE TO ZBYTNIO DZIWIĆ, JEST JEDNAK NIETYPOWYM, PRAGNĄĆ JEDYNIE BY ZAPANOWAŁ DISCORD. - Morteo wysunął głowę do przodu nieco za daleko, by mogło to uchodzić za gest naturalny dla człowieka. Spomiędzy pół płaszcza dało się teraz dojrzeć kawałki jego włochatej grzywy i ciemnych cierni.
- Nie docenia pan wagi dobrych dowcipów, ot co! - Avangash rozłożył teatralnie ramiona, po czym założył je za głowę i osunął się powoli do tyły, by rozeprzeć się wygodnie na powietrzu, jakby stał tam wygodny fotel. - Niech pan go zapyta, jak ważny i satysfakcjonujący jest pozytywny chaos! - To mówiąc demon, jakby od niechcenia wskazał na szlachcica, który najwyraźniej właśnie się obudził. Stwór momentalnie cofnął głowę i poprawił kaptur. Spojrzał w stronę wciąż nieco zszokowanego barona. Niespodziewanie Akroteastor dojrzał w tym szansę na wzięcie rewanżu na szlachcicu.
- UFAM, IŻ DROBNY ŻART MOJEJ OSOBY NIE URAZIŁ PANA ZBYTNIO - powiedział, wracając na swoje miejsce i splatając parę swoich dłoni w piramidkę na kolanach. - OBECNY TU RAGGASH ŻARTOWNIŚ WSPOMOŻE NAS W NASZYM PRZEDSIĘWZIĘCIU.
- Żart? - Von Rihler był nieco wciąż zdezorientowany i wodził wzrokiem od Morteo do demona. - To pański demon?
- MOŻNA TAK POWIEDZIEĆ - Stwór spojrzał w stronę Raggasha, z naciskiem wymawiając ostatnie słowo i licząc, iż tamten zrozumie aluzję. Demon wyszczerzył się w uśmiechu do barona. Na szczęście nie powiedział nic. Elkanov odchrząknął i uśmiechnął się nieco blado. 
- Na prawdę, nigdy nie zrozumiem humoru okultystów. Dobrze, skoro pański demon będzie nas wspierał, może lepiej przejdźmy do interesów, nieprawdaż? 
  Morteo przewrócił oczami za woalką. Miał nadzieję, że "do interesów" przejdą od razu, niestety został zaskoczony przez nie jednego, jak można było przypuszczać, ale aż dwóch żartownisiów. Nadprogramowy dowcipniś zresztą nie wyglądał na specjalnie zainteresowanego rozmową. W tym momencie bawił się czymś, co wyglądała jak Sharrska pułapka na kciuki. 
- OWSZEM.
- Zatem – baron pochylił się konspiracyjnie w stronę Akroteastora, dając mu znać, żeby zrobił to samo. Stwór zignorował to, wpatrując się w niego nieruchomo. Niezrażony dał ten sam sygnał demonowi, który z błyskiem w oku pochylił się do niego. Morteo poczuł w plecach ostrzegawcze ukłucie. – Chcecie obalić dynastię Dullundów?
- OWSZEM.
- Cudownie! – Raggash podskoczył, prawie ponownie zamieniając się w pył i zacierając ręce, niemal przyprawiając barona o kolejny atak serca. – Uwielbiam zapach obalonej dynastii o poranku.
- JEŚLI POWIADOMISZ O TYM WSZYSTKICH W PROMIENIU TYSIĄCA MIL, NASTĘPNĄ RZECZĄ JAKĄ POCZUJESZ BĘDZIE ZAPACH PALONYCH SPISKOWCÓW – Stwór zaplótł dotychczas trzymane luźno dłonie ba piersi, a drugą parą poprawił rzemyk przy płaszczu.
(Raggash?)

poniedziałek, 28 października 2019

Od Raggasha do Akroteastora

Zapadła cisza. Akroteastor mrugał tylko oczami z niedowierzaniem. Ze wsztstkich hrabiów w tym królestwie akurat ten musi być najmożniejszym z buntowników. Cóż, mawiają że nie ma ludzi bez wad. Morteo jednak miał kilka typów osób których nie znosił całym swym jestestwem. Zgrywusi byli w tym zestawieniu bardzo wysoko.
- Jeśli skończył Pan już część humorystyczną naszego spotkania, Baronie, z niezmierną radością przejdę do tej właściwej...
Gospodarz nie dał mu skończyć.
- Panie Akroteastorze, wszak pierwsze wrażenie jest najistotniejsze! A jako że będziemy współpracować, warto zadbać o przyjemną atmosferę! Mój ojciec zawsze mawiał... -Morfeo zagotował się w środku. "Świetnie. Na dodatek gaduła. Jeśli zacznie ganiać za każdą niezamężną kobietą w Cellanie, jak ten przeklęty elf, zatrudnię zabójcę". Gwałtownym ruchem uciszył młodzieńca.
- Hrabio von Rihler- rozpoczął swą przemowę, cedząc słowa przez zęby- każda sekunda, którą trwoni Pan na opowieściach o dubach smalonych, to sekunda którą moglibyśmy poświęcić na rządzenie tym krajem. Zechce Pan przejść do rzeczy, miast od rzeczy gadać?
Eklanov miał minę dziecka któremu odebrano zabawkę.
- Naturalnie, Panie Akroteastorze. Raczy Pan usiąść- odparł, wskazując na kanapę - Przybył Pan do mnie z propozycją, więc zamieniam się w słuch.
"I możesz w tym stanie pozostać, głupcze" pomyślał Morteo, siadając.
- Jak Pan wie, królestwo nieźle radzi sobie gospodarczo, ale jest wewnętrznie skłócone. Aby przejąć kontrolę, musielibyśmy pozbyć się lub przeciągnąć na naszą stronę wszystkich ambitniejszych szlach... - zamarł w pół zdania.
Usłuszał parsknięcie.
Tym razem nie mógł być to Baron, bo dźwięk zaskoczył go tak samo jak Akroteastora. Spiskowcy zerwali się na równe nogi, nerwowo szukając źródła dźwięku. Nagle Baron zauważył ruch w rogu komnaty. Na ich oczach kurz... Unosił się, chichocząc. Chmura robiła się coraz większa, i coraz głośniej się śmiała. Akroteastor szykował zaklęcie ochronne. Jemu raczej nic nie groziło, ale ten błazen był mu potrzebny. Po chwili kurz opadł, ukazując czarnego jak smoła diabła, z płonącymi oczodołami i kłębami czarnego pyłu wydobywającymi się z ust, trzymającego w łapie najeżonej kolcsmi ogromne widły. Baron był blady jak pergamin, Morteo rozluźnił się nieco. Był prawie pewny, że demon jest niegroźny, a widok Elkanova śmiertelnie przerażonego sprawiał mu przyjemność.
- Nie bój się- zwrócił się nowo przybyły do von Rihlera głosem jakby z innego wymiaru- nie jestem tak straszny jak mnie malują!
Baron zemdlał ze strachu. Słowa potwora chyba niespecjalnie go uspokoiły. Jego ciało opadło bezładnie na chmurę kurzu która pojawiła się za nim w mgnieniu oka i przeniosła go na fotel.
- Przesadziłem?- Demon po raz pierwszy odezwał się do Akroteastora rozbawionym tonem. Ten popatrzył chwilę na nieprzytomnego von Rihlera. Po jego ustach przebiegł grymas, który mógł być czymś na kształt uśmiechu, gdyby ktoś wiedział jak wygląda uśmiechnięty Morteo.
- Nie, ale jeśli usłyszę dziś jeszcze jeden idiotyczny dowcip, nie ręczę za siebie.
Demon znowu przepoczwarzył się w chmurze dymu, powracając z niej jako mężczyzna po trzydziestce wysokiego wzrostu, z kompletnie łysą głową i ciemnym zarostem. Jego prawe oko zdobiła blizna.
- Strasznieś Pan sztywny, Panie Akroteastor.- rzucił z niezadowoleniem demon, już ludzkim głosem- Ale gdzie moje maniery. Jestem Raggash Avengash, były diabeł.- Podał mu rękę, jednak Morteo dokładnie ją zlustrował przed uściśnięciem, obawiając się kolejnej sztuczki. Przypomniawszy sobie jednak dłoń, którą Raggash posiadał przed chwilą, wstrzymał się od podania swojej, mrucząc pod nosem coś na kształt powitania.
- Po co te nerwy? Zmarszczki Panu wyjdą - Raggash wyszczerzył się szyderczo.
- A skądże ten uśmiech, skoro lada chwila może Pan wrócić ad infernum? - odciął się Morteo, zbierając magię.
Raggash skrzywił się słysząc pradawną nazwę piekła, ale zachował opanowanie.
- Widzę aurę, która Pana otacza, Akroteastorze. Nie ma Pan nade mną władzy z tej prostej przyczyny, że nie posiada Pan tego, czego szukam. Wydaje mi się jednak, że możemy mieć wspólne zainteresowania.
Morteo popatrzył nieufnie na demona. Słyszał wszystko, to pewne. Skąd jednak się tu wziął, i czemu się śmiał, tego nie wiedział. Pracował dla kogoś? Sam chciał władzy? Mocy? Ofiary?
- Czyżby? A czego Pan pożąda, Avengash?
- Chaosu. - słowo to wybrzmiewało przez chwilę w komnacie - No i dowcipów, tego pragnę bardziej jakby się nad tym zastanowić. Od kilkuset lat poszukuję okazji do żartów. Przez jakieś... Który w ogóle mamy rok? Nie miałem od dawna okazji do dobrego dowcipu. A im więcej bezładu ów kawał spowoduje, tym lepiej! Zechciałby Pan wyjaśnić mi szczegóły swego planu gdy już Pan Baron się obudzi?
- A dlaczegóż niby miałbym Panu zaufać? Dosłownie pojawił się Pan w tumanie kurzu, śmiejąc się do rozpuku.
- Ah tak, to sprawa tego doskonałego dowcipu o praczce. Szlachcic z poczuciem humoru, cudowny okaz śmiertelnika!
Wariat, pomyślał Morteo. Na dodatek kolejny żartowniś. Ale może być piekielnie, tfu, szalenie, tfu!, niezmiernie użyteczny. Tylko czy warto ryzykować?
(No właśnie Ketsurui, warto? :3)

niedziela, 27 października 2019

Od Akroteastora do Raggasha

Akroteastor garbił się nieco, idąc za dość niskim, nawet jak na człowieka, majordomusem, przemierzając za nim pozornie puste korytarze pałacu miejscowego barona. Morteo nie czuł się zbyt dobrze w zamkniętych przestrzeniach. Oferowały za mało dróg ucieczki. I jeszcze ten zapach... Stwór miał tylko nadzieję, że negocjacje przebiegną bez zakłóceń inaczej być może przepadnie mu ostatnia szansa odegrania swojej roli w nadchodzących wydarzeniach. Osoba tak zapobiegawcza jak on wolała stać po tej zwycięskiej stronie, gdy opadnie pył bitewny. A, cóż, zawsze łatwiej jest, gdy samemu miało się pewien wkład w zwycięstwo.
  Masywne wrota zgrzytnęły cicho, ujawniając przed Akroteastorem obszerny, bogato zdobiony misternie kutą miedzią i żelazem, powyginaną w kształty pnączy i kwiatów, salon, na którego środku pyszniła się puszysta, czerwona sofa, usytuowana przy niskim stoliczku dokładnie na przeciwko równie czerwonego fotela. W tym momencie odwróconego tyłem do wchodzących. Majordomus ukłonił się głęboko i wyszedł, zamykając za sobą drzwi i pozostawiając stwora sam na sam z odwróconym fotelem. Morteo poprawił kaptur i upewnił, że zasłonka okrywająca jego czaszkę znajduje się wciąż na właściwym miejscu. Odchrząknął, nieco niezdarnie. Nie wydarzyło się nic. Odchrząknął ponownie. Cisza.
  Zatem gospodarz zapewne zjawi się tutaj za chwilę. Akroteastor udał się w stronę kanapy, by wygodnie na niej usiąść w oczekiwaniu na barona. Sięgnął do wyrwy międzywymiarowej i wyciągnął z niej książkę, by nie tracić czasu w oczekiwaniu. W ciszy wertował dzieło, gdy nagle fotel zaskrzypiał, zwracając uwagę Morteo i powoli odwrócił się, ujawniając postać smukłego młodzieńca o dość niepocieszonej minie.
 Nekromanta zamknął dzieło i bezwiednie odłożył do międzywymiaru. 
- Miałem nadzieję, że sprawdzi pan czy na prawdę mnie tu nie ma - powiedział ponuro baron, ale zaraz się rozpromienił. - No cóż, mówi się trudno i rusza dalej. Jak zapewne wiesz nazywam się baron Elkanov von Rihler. Miło mi - to mówiąc wyciągnął do stwora dłoń. Akroteastor bardzo niechętnie i z ociąganiem wyciągnął swoją. Uścisnęli je sobie w milczeniu, a przez ciało Morteo przebiegł niespodziewany dreszcz energii elektrycznej. Odskoczył gwałtowni, a nagle postawiona tarcza magiczna z dużą siłą odepchnęła stojące obok niego meble. Baron wywrócił się na fotel, chichocząc w najlepsze. Stwór otarł dłoń o swój płaszcz i spojrzał ponuro na gospodarza.
- Musiałby pan zobaczyć siebie - powiedział wreszcie szlachcic przez łzy. - Genialna! Oh, to nie było nic takiego, pierścień rażący słabym piorunem. - To mówiąc pokazał stworowi sygnet na swoim palcu.
- PROSZĘ TAK WIĘCEJ NIE ROBIĆ - burknął Akroteastor, siadając ponownie na sofie. 
- Oczywiście, oczywiście. - Baron nieco spoważniał. - Jeśli mi pan powie, co mówi praczka podczas wieszania ubrań.
  Stwór przechylił pytająco głowę. Pytanie było dość abstrakcyjne. Na tyle abstrakcyjne, że Morteo wyczuwał podstęp. Gospodarz jednak nie dał dużo czasu do namysłu i sam sobie odpowiedział.
- Rzeczywiście!
(Raggash? Masz swój suchar XD)

poniedziałek, 21 października 2019

Od Lexie do Ayarashi

Gwardzistka nie patrzała na nią. Stojąc obok ławki księżniczki miała wzrok wbity gdzieś daleko w przestrzeń. Nie bardzo wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Spojrzenie dzikich, niemal zwierzęcych oczu księżniczki wwiercało się boleśnie w jej osobę. Lexie odkaszlnęła nieco nerwowo, na prawdę źle się czuła w towarzystwie tej dziewczyny po całym tym czasie, w którym pomiatała nią jak szmatą.
- Wasza wysokość chciała się wykąpać - powiedziała wreszcie, desperacko próbując odwrócić jej uwagę od swojej osoby. - Jestem pewna, że łaźnia jest już gotowa.
  Ayarashi wygodniej rozsiadła się na ławce, obracając nieco na brzuch i wyraźnie zbliżając swoją twarz do nadal stojącej gwardzistki.
- A a a. - Wyciągnęła dłoń przed siebie i pokręciła palcem. - Nie ładnie tak nie odpowiadać na pytania, Lexie. Czemu się wymigujesz? To przecież nic takiego, nie sądzisz?
  Ogon księżniczki poruszał się nieregularnie, jakby żył własnym życiem. Strażniczka wiedziała, że kolejne próby sprowadzenia tematu na inne tury będą bezskuteczne, więc ponownie odkaszlnęła, przykładając dłoń zaciśniętą w pięść do ust i spuściła wzrok na Ayarashi.
- Nie jestem zbyt dobra w mówieniu o uczuciach, pani - odpowiedziała wreszcie nieco chłodniej, niż planowała.
- Spróbuj - zachęcała ją dalej księżniczka. - Nigdzie nie pójdziemy, póki tego z siebie nie wydusisz.
- To... dla mnie... - zaczęła powoli Lexie, ważąc każde wypowiedziane przez siebie słowo - niehonorowe, jak dotąd zachowywałam się względem ciebie, pani. Ciężko mi... przejść przez to... by odzyskać mój... wizerunek. W twoich oczach, pani.
  Te słowa może nie wyrażały pełni uczuć, targających kobietą, jednak były dostatecznie dobre. Może nawet więcej, niż dobre. Dopiero po ich wypowiedzeniu Lexie uświadomiła sobie, jak bardzo gryzło ją złe wrażenie, które musiała zrobić na zagranicznej księżniczce.
  Jej myśli przerwał szczery śmiech dziewczyny. Gwardzistka z niejakim zdziwieniem patrzyła na chichoczącą lisicę, której uszy położyły się na głowie, a ogon szaleńczo wirował w takt odgłosów radości.
- Przepraszam cię, Lexie. - Ayarashi otarła łezkę, która zebrała się w jej oku. - Jak już mówiłam, nie mam do ciebie żalu. Twój "wizerunek" - to mówiąc zakreśliła w powietrzu cudzysłów - nie ucierpi przecież tylko od czegoś takiego.
  Gwardzistka nie wyglądała na przekonaną jej słowami, jednak skłoniła się lekko, potakując.
- Pójdziemy zatem do łaźni, pani? - zasugerowała ponownie, mając nadzieję, że księżniczka postanowi nie drążyć tematu.
(Ayarashi?)

środa, 16 października 2019

Od Matriasena do Misericordii

Chłopak puścił dłoń rudowłosej dopiero przed bramą szopy. Jego dłoń powędrowała machinalnie do kieszeni, a nie znajdując w niej nic do drugiej. Matriasen poczuł niepokój. 
- Gdzie on... - mruknął do siebie, przetrząsając wszystkie swoje kieszenie jedna po drugiej, coraz bardziej nerwowo. Nagle palnął się w czoło, podszedł do futryny drzwi i sięgnął palcami pod zawias. - Prawie bym zapomniał. - Powiedział ni to do siebie, ni to do nieznajomej. Coś cicho szczęknęło i z wąskiej szczeliny, białowłosy wyciągnął klucz. - Zawsze mi się gdzieś gubił, więc uznałem, że najrozsądniej zostawić go po prostu w drzwiach. To oszczędza mi wiele problemów z szukaniem złodzieja, który jest w stanie rozbroić moje zabezpieczenia. Odkąd ten mały blondynek stracił dwa palce jakoś nie są chętni do pomocy.
- Nie sądzisz... - zaczęła ostrożnie dziewczyna - że ktoś go może znaleźć.
  Białowłosy podrapał się po głowie kluczem. Chyba nie przyszło mu to wcześniej do głowy. 
- Będę musiał jeszcze przemyśleć to rozwiązanie - powiedział w zamyśleniu. - Punkt dla ciebie, marchewkowa damo.
  Rudowłosa drgnęła, jednak chłopak jak gdyby nigdy nic zaczął gmerać w zamku. Po kilku głośnych szczęknięciach, cichym pyknięciu i trzykrotnym brzęku, jakby tłuczonego szkła, wrota zagrzechotały, a Matriasen odsunął się od nich, odpychając nieco towarzyszkę. Stalowe drzwi zgrzytnęły i zaczęły się powoli otwierać. Gdy szpara między nimi była mniej więcej wielkości ludzkiego przedramienia coś wewnątrz zaskrzypiało, coś huknęło kilka razy i kłęby czarnego dymu powlokły się w stronę nieba, a wrota zastygły. Król westchnął. 
- I tyle było z efektywnego otwarcia. Ciekawe, co tym razem poszło nie tak? - powiedział, po czym w zamyśleniu zaczął uderzać się palcem wskazującym w usta. Gwałtownie z szerokim uśmiechem odwrócił się do rudowłosej. - Nie zechciałabyś mi pomóc znaleźć problemu? Obiecuję, że jak tylko się z nim uporamy pokażę ci to, co obiecałem ci pokazać!
- Jest tylko jedna sprawa... - zaczęła nieśmiało dziewczyna, jednak Matriasen puścił to mimo uszu. 
- Zatem do dzieła, panno lisico! - Zamienił swoje okrągłe okulary, które dotąd miał na nosie, na masywne gogle, trzymane na szyi i wcisnął się przez wąską szparę do środka szopy. Przez chwilę coś tłukło się po drugiej stronie, po czym z mrocznego wnętrza wyłoniła się biała głowa chłopaka. - Zapraszam! Odsunąłem nieco części. Możesz wchodzić bez obaw!
(Misericordia? Tak, młody żyje trochę w swoim świecie xd)

wtorek, 15 października 2019

Od Raggasha do Akroteastora- zniszczmy sobie kraj

Mówią, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Jednakże opowiadana tu historia udowodni, że sprawa prezentuje się zgoła inaczej, gdyż nasi ulubieni mistrzowie tortur post mortem mogą więcej niż można by wnioskować z przysłowia. Raggash Avengash był zwykłym diabłem... Okej, wróć, brzmi to nudno. I kłamliwie przedstawia naszego bohatera. Przez krótki okres swego życia pracował jako diabeł w odmętach piekielnych. Jednak spotkanie duszy pewnego błazna przekonało go do przebranżowienia, ba, do przejścia na drugi świat... A może na pierwszy świat? W końcu z umarłych przechodzi do żywych, nie odwrotnie... Nieistotne. Otóż Ragg, bo tak wolał być nazywany, stwierdził że w piekle jest jakoś tak se i wydostał się do krainy Sayari w okolicach miejsca magii w Temeni. Poświęcił jednak tyle mocy, że skończył jako kupka kurzu i gruzu. Przez setki lat próbował zebrać dość mocy by stworzyć sobie ciało, ale odkrył że może poruszać się po świecie jako drobinki piasku, kurzu i innych sypkich substancji. Ba, nauczył się także przybierać kształty i... No w końcu podnosić przedmioty. Było to fatalne zdarzenie dla historii świata Sayari i początek końca pewnego... A nie, zbyt wcześnie by o tym mówić. W każdym razie kojarzycie moment w którym niemowlęciu wyrasta ząb? Po tym wydarzeniu zaczyna gryźć wszystko wokół. Ragg był taki sam.
Znał ludzie zwyczaje i postępki, a że w piekle zostało paru jego znajomych którzy uwielbiali swój zawód, postanowił im pomóc dokuczając najpierw ultrawierzącym. Wybierał najpiękniejsze szlachcianki na drodze do świątyni i nagłym porywem wiatru zadzierał to i owo w górę, doprowadzając kilku bezdomnych starców do zawału z wrażenia. Uczęszczał także na uroczystości i wpadał kapłanowi w oko (pamiętajmy, Ragg jest piaskiem, nie śmiertelnikiem o niebagatelnej urodzie) gdy miał czytać proroctwa. Jeśli czytacie na głos, kurz w oku mocno utrudnia sprawę. A spróbujcie przy tym wyglądać godnie! Pewien kapłan, z gatunku hipokrytów, gdy odruchowo chciał wyjąć uporczywą drobinę spod oka, wsadził w nie sobie pierścień z ogromnym klejnotem przy wszystkich zgromadzonych. A mówili że kapłani nie kalają swego języka prostactwem. Raggowi jednak dokuczanie duchownym rychło się przejadło i zaczął szukać żartownisiów, by słuchać dowcipów i kawałów. Jednakże wyższe sfery znały się na humorze jak diabeł na modlitwie, a żarty chłopów znał co do jednego po 100 latach. W oczekiwaniu na coś, co wyrwałoby go z letargu (a trochę to trwało!), zaległ w zapomnianym kącie jakiejś komaty... Do czasu...

(Don't kill me, to pierwszy odpis ;_; Lecimy ketsurui :3)

niedziela, 13 października 2019

Od Ayarashi do Lexi

Dziękuję, wasza wysokość. Nie martw się, nie jestem obrażona -powiedziała Ayarashi swobodnie. - Mam tylko jeszcze jedną prośbę...
-Proś, o co ze chcesz -król rozpromienił się nieco. - Oczywiście w granicach rozsądku. 
-No więc... Po pierwsze, by nie dopuścić do nieporozumienia, między naszymi królestwami proponuję, by ta sytuacja została między nami w tej sali. -Ayarashi powiedziała, obserwując reakcje króla. -Po drugie, gorąca kąpiel, po tak cienkich dniach przydała, by się chwila relaksu. -Gdy skończyła, król zawołał służbę, która miała za zadanie zając się przygotowaniem łaźni. -Jeśli to wszystko chciałam, bym już odpocząć wraz z obecną tutaj gwardzistką. -Wskazała na nią ręką, a gdy skończyła się rozmowa, wraz z Lexi udały się do zamkowego ogrodu. Ciemnowłosa księżniczka zaplotła ręce za plecami w tak zwany koszyczek.
 -Lexi czemu jesteś taka spięta? Jestem przecież tą samą dziewczyną z którą, byłaś skuta przed paroma chwilami. -Powiedziała, siadają na ławce, jej wzrok nadal, był skierowany na gwardzistce. -Słuchaj. -Powiedziała brazowowłosa lisica, zakładając prawa nogę na lewą. -Nie mam do ciebie żalu, co do twojego postępowania względem mojej osoby. Nie miałaś prawa wiedzieć, kim jestem i skat pochodzę. Jakbyś wiedziała, kim jestem, zaraz byś zaczęła stosować tę królewską etykietę. -powiedziała, a do ostatnich słów podniosła rękę i dłonią w powietrzu zakreśliła trzy kółka, a następnie oparła łokieć o drewniane oparcie ławy, a dłoń o lewy policzek. Aya obserwowała zachowanie gwardzistki, która w widoczny sposób, była zmieszana, a wzrok księżniczki z sojuszniczego królestwa w tym przypadku nie pomagał. - Nie wiem za kogo uważałeś, mnie pod tamtą pistacią, ale to już nieważne. -Powiedziała, a po ogrodzie zaczął hulać morski wiatr, niosący znany świeży zapach.
(Lexie?)

środa, 9 października 2019

"Wprowadź malutką anarchię, zaburz ustalony porządek, a wszystko staje się chaosem. Jestem kochankiem chaosu."

Autor zdjęcia: artstation.com/sephirothart

Imię: Raggash
Nazwisko: Avengash
Przydomek: Ragg
Wiek: Około 2000 lat.
Płeć: Mężczyzna. Choć nie ma na to potwierdzenia w genetyce.
Wzrost: 183 cm 
Rasa: Demon
Zawód: Dowcipniś, kawalarz, prowokator, były diabeł.
Miejsce zamieszkania: Wciąż w podróży.
Miejsce urodzenia: Nora między kotłami w piekle.
Charakter: Śmiech jest jego najważniejszym celem w życiu. Wszystko co robi, robi by się śmiał. Preferuje przebywanie w samotności i cichą obserwację śmiertelników. Ludzie nie są dla niego zbyt interesujący, wiele musieliby udowodnić aby zdobyć jego zainteresowanie. Z nie do końca znanych powodów najbardziej nienawidzi istot znęcających się nad zwierzętami. Często dba o bezpańskie istoty, a po śmierci szykuje im miejsce w nekrozwierzyńcu którego skrzętnie dogląda. Choć nie trawi metod tortur piekielnych, chętnie uprzykrza życie ludziom którzy wykorzystują swoją pozycję w niezbyt moralny sposób. A czasem po prostu wycina hecę. Uwielbia podróże.
Rodzina: Piekielna, zostawiona po drugiej stronie życia.
Partner: Brak, bo i po co?
Umiejętności:  Słyszy wszystkie dobre żarty w całym Sayari. Nie posiada fizycznego ciała, co pozwala mu na lot i przechodzenie niemalże przez ściany. Porusza się z ogromną szybkością w drobinach piasku  kurzu, który potrafi kontrolować i za pomocą którego wykonuje swoje psoty. Ma szerokie poczucie humoru. Rozumie psy, płynnie rozmawia z kotami.
Aparycja: Może dowolnie zmieniać swój wygląd, tak został zilustrowany przez pierwszego nastraszonego członka rodziny królewskiej gdy próbował sprawdzić czy ich krew faktycznie jest błękitna. Lubi mieć czerwone, świecące oczy i rysę nad okiem.
Historia: Od młodości szkolony na diabła, jednakże poznawszy skazanego (nie)słusznie na śmierć błazna królewskiego za podrywanie szlachcianki całkiem zmienił pogląd na świat i stracił zainteresowanie w torturach. Nauczył się każdego dowcipu jaki znał ów błazen i zaczął wymyślać własne. Zwrócił nieszczęśnikowi życie w innym ciele i zadbał by wiódł dostatnie życie. Jednakże za ten czyn groziło mu wygnanie, dlatego wygnał się sam. Obecnie podróżuje przez Sayari wycinając coraz ciekawsze numery i rosnąc w siłę - wciąż pragnie posiadać własne ciało.
Właściciel: ShaggyRoger#5035
Preferowana długość odpisów: krótkie
Stopień Wpływu (SW): 3